- Opowiadanie: Kalep - Skute lodem Lan Exeter (wiedźmiński fanfic) [PRZE-TWORZENIE 2013]

Skute lodem Lan Exeter (wiedźmiński fanfic) [PRZE-TWORZENIE 2013]

Autorze! To opowiadanie ma status archiwalnego tekstu ze starej strony. Aby przywrócić go do głównego spisu, wystarczy dokonać edycji. Do tego czasu możliwość komentowania będzie wyłączona.

Oceny

Skute lodem Lan Exeter (wiedźmiński fanfic) [PRZE-TWORZENIE 2013]

 

I

 

Namiestnik do spraw bezpieczeństwa w Novigradzie spojrzał na swój zabytkowy egzemplarz memuaru „Pół wieku poezji”. To zadziwiające, że ta opowieść przetrwała najazd hordy z Haklandu i Wielką Wojnę z Vranami, podczas dziejowej zawieruchy stracono większość dzieł stworzonych podczas Mrocznych Wieków. A tu proszę, rękopis z uporem godnym gnomiego bankiera przetrzymał wszystko, znalazł się nawet odważny wydawca, który postanowił dać prastare dzieło do powszechnego druku. Zaowocowało to chociażby ogromną popularnością imienia Geralt, czego sam namiestnik był ofiarą.

 

Takie ciekawe rozważania niestety nie pozwoliły zapomnieć o irytującym gościu urzędnika, starcu odzianym we fioletowy frak, białą kamizelkę oraz wysłużony cylinder. Od dobrych czterdziestu minut wygłaszał swój monolog, zajmując cenny czas jednej z najważniejszych osób w mieście.

 

– Mówi się, że Novigrad to największe miasto Nilfgaardu, panie Leuvaarden. Jeszcze pięćdziesiąt lat temu o to zaszczytne miano rywalizował z Lan Exeter, ale oziębienie klimatu i klęska głodu, spotęgowana przez nadmierną eksploatację środowiska naturalnego, wybijanie zagrożonych gatunków, zwłaszcza foki szarej, rezygnacje z programu ochrony narybku, niepohamowany rozwój przemysłu…

 

– Drogi panie… – przerwał spokojnie Geralt Leuvaarden.

 

– Dorregaray z Vole.

 

– Panie Dorregaray, po pierwsze, Novigrad to wolne miasto, oczywiście dzięki wspaniałomyślności cesarza Emhyra Calveita, niech jego rządy trwają jeszcze sto lat! Dużym uproszczeniem jest nazywanie naszego miasta nilfgaardzkim. Po drugie, Wolne Miasto Novigrad nie posiada funduszy na ten pański program ochrony bocianów w pobliskim Parku Narodowym…

 

– Gadanie, a jakoś Akademia Oxenfurcka dostała dotacje na wykopaliska. Sądzą, że znajdą Rivię, ale szukają w złym miejscu. Wiem to, ponieważ byłem tam przed jej zniszczeniem…

 

Namiestnik Geralt Leuvaarden westchnął. Każde dziecko w Novigradzie znało opowieści tego zdziwaczałego starca, który uważał się za prastarego czarodzieja, pamiętającego jeszcze Mroczne Wieki i tajemnicze odejście elfów. Nikt oczywiście nie dawał wiary tym bajkom, jeśli sprawa zależałaby od Geralta, to Dorregaray trafiłby do szpitalu dla obłąkanych, najlepiej do szaleńców ponoć uprowadzonych przez Dziki Gon, ale z jakiś powodów cesarz lubił tego wariata. Może imperator łudził się, że zbzikowany obrońca zagrożonych gatunków zna dawno zaginione tajemnice starożytnej magii, przykładowo teleportację.

 

– A po trzecie, dlaczego pan się z tym zwrócił do mnie? – ciągnął namiestnik do spraw bezpieczeństwa, nie zwracając wcale uwagi na gadanie rozmówcy. – Sprawy ekologiczne nie należą do moich obowiązków.

 

– Zajmuje się pan bezpieczeństwem miasta, a zachwianie równowagi ekologicznej może mieć nieprzewidywalne skutki, które mogą zagrozić istnieniu Novigradu. Lan Exeter to obecnie skute lodem miasto duchów, gdzie zapuszczają się jedynie przemytnicy i wielorybnicy. Jeśli o mnie chodzi, to ci drudzy są gorsi.

 

– Przesadza pan z tym miastem duchów. Wie pan, dla mnie większym problemem są przemytnicy. Jak pan zapewne wie z radia albo gazet…

 

– Nie uznaję tych godnych pożałowania tworów cywilizacji. To właśnie na takie gazety wykarczowano Brokilon.

 

– Skradziono dwa zabytkowe kryształy błękitnej barwy z Muzeum imienia Kalksteina. Imperator jest wściekły, ponieważ dwa bliźniacze egzemplarze zniknęły w tajemniczych okolicznościach z Muzeum Cesarskiego. Wie pan dobrze, iż cesarz jest niezwykle zainteresowany zagadkami przeszłości, więc sprawa tajemniczych kryształów została uznana za priorytetową. Nawet przy najszczerszych chęciach muszę się zająć tą zagadkową sprawą i nie mam czasu na jakieś ptaszyska.

 

– Jaka tam zagadkowa sprawa, pewnie złodzieje udali się do Lan Exeter, a tam sprzedadzą kryształy na czarnym rynku, wielu szlachciców ma podobne zainteresowania jak Emhyr…

 

Geralt Leuvaarden zachował kamienną twarz, choć bardzo zaskoczyła go trafność słów starca. Szpiedzy Korporacji, do której należał namiestnik, właśnie to miejsce wskazywali jako cel złodziei kryształu z Novigradu. Może Dorregaray nie był do końca szalony?

 

Namiestnik do spraw bezpieczeństwa podjął decyzję. Na daleką północ wyśle swoich najlepszych ludzi. Po namyśle jednak stwierdził, że określenie „ludzie” nie pasuje do Grupy Specjalnej Lamia.

 

II

 

Parowy transporter opancerzony bez większych trudności przejeżdżał przez śnieżne zaspy. Cesarskiej Autostrady Kovir nikt oczywiście nie odśnieżał, albowiem droga po dniu znowu przypominałaby tort obficie pokryty bitą śmietaną. Na tej trasie poradzić sobie mogły jedynie specjalnie przystosowane do zimowych warunków pojazdy.

 

Padający stale śnieg zaczynał być szary, jakby natura usiłowała ostrzec podróżnych przed jakąś nieokreśloną groźbą. Winę za to ponosiło Lan Exeter. Nadmorskie miasto, leżące u ujścia rzeki Tango, majaczyło w oddali i jawiło się jak miraż wśród mroźnego krajobrazu. Kominy niczym palce wielkiego trupa wskazywały w niebo, ze stalowych opuszków wydobywał się dym, tworzący nad miastem ciemne chmury.

 

Transporter wjechał na prostą i nabrał prędkości. Pojazd po niecałych dwóch godzinach dotarł do ogromnej bramy okutej żelazem, nazywanej przez miejscowych po prostu Wschodnią. Po jej bokach wybudowano masywne umocnienia, przypominały bastiony na planie pięcioboku. Właz na szczycie pojazdu uchylono, buchnęła para i wyłoniła się z niego drobna postać. Chyba chciała coś krzyknąć do wartowników ukrytych w masywnych fortyfikacjach, ale rozbrzmiał syk hydraulicznych siłowników oraz zgrzyt jakiegoś zębatkowego mechanizmu. Z donośnym jękiem wrota rozwarły się na odpowiednią dla transportera szerokość. Śnieżny monstrum z betonu i stali otworzyło swoją paszczę.

 

III

 

Torres Leuvaarden, namiestnik Północnego Pogranicza, wrzucił do kominka list od swojego kuzyna z Novigradu. Płomienie chciwie zaczęły pochłaniać papier. Gruby mężczyzna o ogorzałej twarzy rozchylił koszulę i chwycił złoty medalion, na którym wyobrażona była otoczona płomieniami gwiazda wpisana w trójkąt. Wydawało się, że ozdoba bardzo mu ciąży. Nagle oprzytomniał, schował ją z powrotem.

 

– Twój mocodawca i nasza Korporacja żądają za wiele – wyjaśnił nieco drżącym głosem.

 

Odwrócił się do stojącego w jego gabinecie dowódcy Grupy Specjalnej Lamia. Ledwo powstrzymał grymas na twarzy, nie w smak było mu goszczenie bobołaka. Małe, błyszczące oczka stwora migotały, wpół skryte w popielatym futrze, upstrzonym białymi kosmykami. Niska, humanoidalna istota musiała mieć już młodość za sobą. Torres sapnął. Jego gość zdawał się nie słuchać, zajęty wyłamywaniem drobnych palców.

 

– Lan Exeter ma jakieś tysiąc kilometrów kwadratowych. Tysiąc kilometrów kwadratowych labiryntu kanałów i ciasnych uliczek. Ponad pięćdziesiąt procent powierzchni miasta jest opustoszała – rzekł namiestnik. – To istny raj dla złodziei, bandytów i przemytników. A ja ludzi potrzebuję tutaj, nad Wielkim Kanałem. I tak już do maksimum uszczupliłem garnizony przy bramach, fabrykach i dworcu kolejowym.

 

Stwór pozostawał niewzruszony, teraz skupił się na powolnym prostowaniu i zginaniu palców.

 

– Słuchaj, Czehl – człowiek wymówił z pewnym trudem imię wysłannika Geralta. – Nie mogę przekazać ci moich ludzi. Oczywiście, jako członek Korporacji, będę pomagał, ale tylko w granicach moich możliwości. Wydam ci odpowiednie dokumenty, które upoważnią twój oddział do swobodnego poruszania, zapewnię kwatery, miejsce na wasz transporter i spróbuję zdobyć jakieś informacje w sprawie kryształów skradzionych cesarzowi i z muzeum Korporacji, ale muszą wystarczyć twoi ludzie…

 

Namiestnik zmieszał się na moment, w oddziale Czehla nie było chyba żadnego człowieka.

 

– To bardzo źle, panie Leuvaarden – stwierdził chrapliwym głosem bobołak, błysnął szpiczastymi zębami. – Pański krewniak nie będzie kontent, jak to mówią w Kraju Barsa. Zapewne podobnie zareaguje reszta… zgrupowania. Nawet dziesięciu ludzi mogłoby bardzo pomóc. Albo chociaż jeden psionik, bo o czarodzieja pewnie tutaj trudno.

 

Namiestnik zbladł, a po chwili poczerwieniał.

 

– Nie dam ci żadnych ludzi, to moje ostatnie słowo. Zna pan drogę do wyjścia.

 

Czehl skłonił się niedbale i wyszedł z gabinetu. Pod drzwiami, poza dwoma strażnikami Torresa z karabinami, czekał wysoki jegomość w luźnym, szarym stroju, który uniemożliwiał dokładne ocenienie postury. Ubranie nie odkrywało nawet skrawka ciała, twarz była owinięta długą tkaniną, a oczy zasłaniały okulary o okrągłych, ciemnych szkłach. Zamaskowany nieznajomy bawił się zawieszonym na szyi srebrnym medalionem z wypolerowanym chalcedonem, pod pachą trzymał jakiś podłużny pakunek, który wręczył dowódcy.

 

– Dzięki, Oszluzg – rzucił bobołak.

 

Ruszyli korytarzem, mijając niczym nieozdobione ściany. W całym gmachu Esenady było dość ciepło, zwarzywszy na mróz niepodzielnie panujący na zewnątrz. Pod koniec listopada taka temperatura na Północnym Pograniczu nie była niczym niezwykłym.

 

– Uzyskałeś wsparcie namiestnika, czy może efekt jest taki jak zwykle, gdy próbujesz się dogadać z wysoko postawionym człowiekiem? – spytał bez nawet odrobiny emocji w głosie Oszluzg.

 

– Rumak nigdy nie dogada się ze świnią, jak to mówią w Kraju Barsa. Dowiedziałem się kilku ciekawych rzeczy, chociaż przyznam, że nie lubię wiedzieć za dużo o naszym mocodawcy i jego… znajomych. Więc Muzeum Kalksteina, to w novigradzkiej dzielnicy Oxenfurt, należy do Korporacji. Kto był na tyle głupi, żeby ich okradać? Wyczytałeś coś z głowy spasionej świni, chociaż poznałeś jego emocje?

 

– Chyba go nie polubiłeś. Nigdy nie byłem szczególnie uzdolnionym w telepatii i teleempatii, nie zdążyłem odebrać nauk z tej dziedziny. Nic nie wyczułem, może nasz gospodarz posiada amulety chroniące przed percepcją pozasensoryczną.

 

Wyszli tylnym wyjściem z Esenady, przed głównym wejściem trwał nadal protest nieludzi, domagających się zmniejszenia wysokich cen żywności. Czehl wzdrygnął się, wyszczerzył zęby, jakby okazując wrogość miastu.

 

Bobołak zdążył się już przyzwyczaić do Novigradu, który nadal zachował swój dawny styl architektoniczny. Tamtejszy zamek, Baszta Zbożowa, Wielka i Mała Szpica, ratusz oraz zabytkowe kamienice były powszechnie znanymi atrakcjami turystycznym, Wolne Miasto stanowiło jedną z ostatnich enklaw tradycji w świecie zdominowanym przez przemysł i zysk.

 

Jego przeciwieństwem było betonowe Lan Exeter, poza Esenadą i gmachem Admiralicji nie zachowały się chyba żadne ślady po dawnym budownictwie. Czehl i Oszluzg zeszli po schodach, ruszyli długim, ale za to bardzo wąskim chodnikiem nad kanałem wciśniętym między wysokie budynki. Nad ich głowami znajdowały się liczne mostki, które niczym pajęczyny spinały ze sobą szare bryły.

 

Oszluzg nagle przystanął i wykonał kilka szybkich gestów, mrucząc przy okazji coś pod nosem.

 

– Nie mam takiego futra jak ty, a odpowiednie ubranie za bardzo krępowałyby mi ruchy, ten ziąb szybko by mnie wykończył, więc muszę się posiłkować moimi sztuczkami – wyjaśnił spokojnie pod pytającym spojrzeniem bobołaka.

 

– Uważaj, bo jeszcze wyda się nasz czarodziej atutowy. Nie należy za wcześnie pokazywać wszystkich asów w rękawie, jak to mówią w Kraju Barsa.

 

– Czarodziej atutowy, może jeszcze arcymistrz magii? – zażartował bez najmniejszej nuty humoru w głosie.

 

Zeszli do miejsca postojowego małych łódek nazywanych drakkarami, które służyły do transportowania towarów oraz pasażerów. Wielu profesorów oburzało to błędne nazewnictwo, bo przecież drakkarami nazywano dawne okręty wiosłowo-żaglowe, ale reszta społeczeństwa bez oporów posługiwała się taką terminologią. Czehl zapłacił flisakowi, wyłupiastookiemu przedstawicielowi ryboludzi.

 

– Do portu – rzucił chrapliwym głosem bobołak.

 

Wsiedli na pokład, a wodny stwór kucnął za nimi i zaczął wiosłować długimi łapami. Szło mu dosyć sprawnie, w końcu błona między długimi palcami nie była tylko ozdobą.

 

Ich wodna droga wpadał do Wielkiego Kanału, tam, mimo zapewnień o mieście duchów, panował spory ruch.

 

– Świeże szczury w pięciu smakach! Tak tanie, że prawie za darmo! – zachwalał swoje potrawy rudowłosy niziołek na pływającej jadłodajni.

 

Kilka brodatych korredów ze statku transportującego węgiel zaczęło głośno domagać się jedzenia, z typową dla nich bezczelnością żądali strawy za darmo, a tą „prawie za darmo” kazali wsadzić sobie sprzedawcy rzyć. Knypek coś odkrzyknął, wtedy zaczęli wygrażać pazurami oraz kłami, których nie powstydziłby się wilk. Ich statek prawie staranowałby łódź goblinów. Jeden z nich spadł do wody, ale pobratymcy szybko go wyciągnęli. Wywołało to salwę śmiechu na statku. Oburzony pływak wyciągnął obrzyna zza pasa towarzysza i wystrzelił w winowajców. Jeden z korredów wpadł do Wielkiego Kanału, w wodzie pojawił się czerwony obłok.

 

– Nadchodzi Czas Białego Zimna i Białego światła, Czas szaleństwa i Czas Pogardy, Czas Końca! – krzyczał jakiś domorosły kaznodziei, ale nikt się nim nie przejmował.

 

– U was zawsze tak spokojnie? – spytał obojętnym głosem Oszluzg.

 

Flisak jedynie zasyczał i odpłynął od wymiany ognia, która rozgorzała między korredami a goblinami.

 

– Spokojnie jak na wojnie. Tu pierdolnie, tam pierdolnie i znów spokojnie, jak to mówią w Kraju Barsa – stwierdził filozoficznie Czehl.

 

Rzeczywiście po chwili był spokój, jeden z korredów spuścił się po linie na łódź pokonanych goblinów. Flisak wykrzywił zębatą paszcze w ryboludzkiej wersji uśmiechu. Na kaznodzieja nadal nikt nie zwracał uwagi, nawet gdy mówił o sposobie na ocalenie przed śmiercią podczas nadchodzącej epoki lodowcowej.

 

Minęli gmach Admiralicji, niegdysiejszą chlubę Lan Exeter, obecnie wyglądała mizernie, odpadający płatami tynk odsłaniał szary kamień. Wyglądało na to, że zabytek starał się upodobnić do otaczających go budynków. Były one na swój sposób majestatyczne. Betonowe, wysokie, ale wąskie bryły niczym pradawne menhiry Dauków godziły w niebo spadzistymi dachami. Liczne kładki, drabiny, schody oraz mostki oplatały ściany jak liany. Na to wszystko padał szary śnieg.

 

Dopłynęli w końcu do ujścia Wielkiego Kanału, gdzie w sztucznie stworzonej zatoce ulokowano port, odgrodzony od mroźnego Wielkiego Morza betonowymi falochronami. Cumowało tu kilka parowców oraz innych statków, które, sądząc po ich stanie, mogły pamiętać Wielką Wojnę z Vranami. Czehl i Oszluzg wysiedli, flisak pożegnał ich jakimś dziwacznym syczeniem.

 

– Cholera wie co powiedział – mruknął bobołak.

 

– Uroki posiadania strun głosowych nieprzystosowanych do artykułowanej mowy. Tylko nieliczni ryboludzie potrafią posługiwać się mową powierzchniowych gatunków inteligentnych.

 

– Chyba chciałeś powiedzieć ras.

 

– Rasa, jak dowodził Edmund Bumbler, jest pojęciem często błędnie stosowanym. Można mówić o rasach w przypadku psów, ale już tacy ryboludzie i bobołaki to dwa odrębne gatunki. W takim wypadku przy stosunku seksualnym tychże istot mięlibyśmy do czynienia z zoofilią…

 

– Mądrze zaczyna, a zawżdy na dupie kończy, jak to mówią w Kraju Barsa.

 

Minęli sporą grupę marynarzy, którzy otoczyli walczące na zaimprowizowanej ze skrzyń arenie dwie wiwerny. Oba jaszczury wyglądały bardzo mizernie, zimny klimat Lan Exeter na dłuższą metę był zapewne dla nich zabójczy. Machały pokaleczonymi skrzydłami niezdolnymi do lotu. Nagle jedna z wiwern skoczyła i wbiła ostre zęby w długą szyję drugiej. Część zebranych zaczęła złorzeczyć, reszta krzyknęła radośnie. Bobołak poprowadził Oszluzga do tej zbierany.

 

– Widzicie, drodzy państwo, jak straszliwe bazyliszki się ścierają! – krzyknął wysoki, ospowaty mężczyzna.

 

– To nie są bazyliszki – stwierdziła jakaś dziewczynka, która wmieszała się między marynarzy.

 

Rozpoczęła się dyskusja nad naturą tych stworów, poparta wymachiwaniem pięściami.

 

– Zdziwiło mnie, że chciałeś na coś takiego popatrzeć. Czyżbyś robił się bardziej… ludzki? – spytał Oszluzg bez żadnych emocji w głosie.

 

– Jesteśmy śledzeni, może od samej Esenady. Dwóch ludzi w grubych płaszczach, chyba uzbrojeni. Byłoby nam na rękę jakieś zamieszanie – szepnął Czehl.

 

– Cicho tam! – wrzasnął ospowaty. – To bazyliszki, bazyliszek jeden znaczy, bo drugiemu się zmarło w nieszczęśliwym wypadku. Więc jeśli znajdzie się jakiś odważniak, oczywiście za drobną opłatą, może wejść na arenę i sobie cielsko zabrać. A jak powszechnie wiadomo, ze skóry bazyliszka można zrobić świetne obuwie. Tylko trzeba uważać na żywą gadzinę.

 

Szybko znalazł się chętny uzbrojony w młot, jakiego używa część szkutników. Śmiałek przeskoczył barykadę ze skrzyń i stanął naprzeciw wiwerny. Gad zasyczał, zwinął się i smagnął go kolczastym ogonem. Mężczyzna odskoczył w ostatniej chwili, zamachnął się bronią, ale bestia zwinnie się uchyliła.

 

– Trzeba było zabrać lustro! – krzyknął ktoś.

 

– Chyba żeby trzasnąć stwora przez łeb – odpowiedział śmiałek.

 

Nagle powietrze zafalowało, a po chwili jakaś siła rozsadziła jedną ze skrzyń. Drewniane odłamki boleśnie raniły wielu ludzi, przez powstałą wyrwę między zebranych wbiegła wiwerna. Gad syczał groźnie, rozdając razy ogonem.

 

Bobołak tylko zerknął na towarzysza, który kiwnął głową. Wykorzystując zamieszanie Czehl z Oszluzgiem wymknęli się do wąskiej uliczki wciśniętej między jakieś magazyny portowe.

 

– Na przyszłość ograniczaj swoje destrukcyjne zapędy – polecił przywódca.

 

– Przyznam, że moim działaniom brakowało finezji, ale cel został osiągnięty. Przyznam też, że zrobiłem to z pewną satysfakcją. Schowajmy się gdzieś, mogli zauważyć, że tu wchodzimy.

 

W uliczce znajdowały niewielkie drzwiczki prowadzące do, jeśli wierzyć napisowi na szyldzie przedstawiającym jakiegoś szarego banana oraz brązowego człowieka z liśćmi zamiast włosów, apteki „Pod Podkową i Mandragorą”. Rozejrzeli się uważnie i ostrożnie przekroczyli próg. Zadźwięczał dzwonek, uderzył ich mocny ziołowo-korzenny zapach, pochodzący prawdopodobnie od pęków suszonych ziół, którymi obwieszono wszystkie ściany. Spomiędzy półek obładowanych najrozmaitszymi słoikami oraz butelkami wyłonił się szpakowaty mężczyzna w średnim wieku o garbatym nosie.

 

– Na razie tylko oglądamy, ma pan pokaźny asortyment ziół – stwierdził Oszluzg.

 

Aptekarz uśmiechnął z zaciśniętym wargami i zajął miejsce za ladą, przypatrując się im z zainteresowaniem.

 

– Aż dziwne, że te budynki się nie zawalą bez żadnych kolumn – zagadnął Czehl.

 

– Przyznam, że nie przepadam za kolumnami i ta cecha tego okropnego budownictwa z wykorzystaniem betonu mi odpowiada – rzekł grzecznie aptekarz. – Może byłby pan zainteresowany zakupem barwnika, który zamaskowałby siwiznę na futrze?

 

– Na starość się nie siwieje, na starość nabiera się blasku, jak to mówią w Kraju Barsa.

 

Odczekali jeszcze kilka minut, a potem, pożegnawszy wcześniej aptekarza, wyszli na zewnątrz.

 

– Chyba jest czysto – stwierdził Czehl. – Coś się tu szykuje, wracajmy do reszty okrężną drogą.

 

IV

 

Poranny mróz namalował na szybie piękne wzory, delikatne liście paproci zdawały się nietrwałe przy betonowym monstrum, które rozpościerało się na zewnątrz. Szare budynki zasłaniały nawet Wielkie Morze, a na niebie gęstniały ciemne chmury z fabryk. Nad tą częścią miasta dominowała wzniesiona niedaleko pękata wieża ciśnień. Czehl nie lubił tego miasta, strasznie różniącego się od jego rodzinnej osady. Z przerażeniem stwierdził, że coraz gorzej pamięta dawny dom wśród szczytów Amellu, a już nie zdoła go sobie przypomnieć. Marmur ukryty w trzewiach gór był zbyt wielką pokusą dla ludzi.

 

– Na pewno nic nie wiesz? Nawet jeśli podwoję zapłatę? – spytał bobołak.

 

Starszy niziołek, właściciel jadłodajni, aktualnie opustoszałej, wpatrywał się w szablę o prostej rękojeści u pasa bobołaka. Po chwili wrócił jednak do obserwowania kabury z rewolwerem, widocznie tę broń uznał za bardziej niebezpieczną.

 

– Ja nic nie wiem, nie chcę mieć kłopotów – odpowiedział drżącym głosem.

 

Czehl westchnął i bez słowa wyszedł na zewnątrz. Pod drzwiami czekał rudobrody korred, wspierał się znudzony na toporze.

 

– Szefie, sukinsyny coś wiedzą, daj mi z nimi porozmawiać po mojemu, to od razu wszystko wyśpiewają. – Brodacz wyszczerzył imponujące kły.

 

– Bez niepotrzebnego rozlewu krwi, Rutteitzer.

 

Ruszyli kładką umiejscowioną jakieś osiem metrów nad niewielkim kanałem.

 

– No weź, no… szefie, jak jakieś debile łazimy wokół tej chędożonej wieży, a mimo to czarny rynek nie stoi przed nami chędożonym otworem.

 

Czehl chciał chyba jakoś skomentować chędożony otwór, ale nagle przystanął i gestem kazał zamilknąć korredowi. Rutteitzer bez słowa chwycił topór oburącz. Znaleźli się na dachu jednego z niższych budynków, na którym czekało czterech uzbrojonych ludzi. Przewodził nimi kędzierzawy niziołek.

 

– Witam was, drodzy oraz plugawi nieludzie – powitał ich knypek. – Doszły mnie słuchy, że jakieś przybłędy z Novigradu interesują się bardzo handlem magicznymi przedmiotami, zwłaszcza kryształami. To bardzo ciekawy zbieg okoliczności, albowiem reprezentuję grupę, która bardzo nie lubi obcych węszących w takich sprawach.

 

Czehl zdawał się nie słuchać, spojrzał jedynie w kierunku starej wieży ciśnień, która była jedną z ostatnich ceglanych konstrukcji w Lan Exeter. Choć zdewastowana i nieczynna, nadal zachowywała dawny charakter, była pomnikiem minionych dni w morzu szarości.

 

– Chyba nie masz ochoty mnie słuchać, bobołaku, trudno. Rączki do góry, idziecie z nami.

 

Czehl powoli wzniósł ręce do góry, korred poszedł za jego przykładem.

 

– Bardzo ładnie – pochwalił niziołek.

 

– Graj, muzyko, jak to mówią w Kraju Barsa – powiedział dowódca i zacisnął prawą dłoń w pięść.

 

Świst, czterej ludzie jak na komendę zgięli się wpół i padli na ziemię, wokół nich rozkwitły plamy czerwonej krwi.

 

Niziołek chciał uskoczyć w bok, ale Czehl w tym momencie wyciągania rewolweru z kabury skręcił broń, ustawiając ją poziomo przy biodrze. Niemal równocześnie odbezpieczył kciukiem pistolet i strzelił pokurczowi w udo.

 

– Proszę bez numerów, chciałem trafić w kolano, ale sam pan rozumie, w tym pośpiechu nie mogłem należycie wycelować. Na wieży ciśnień mam snajperów, więc teraz to wy pójdziecie ze mną. Fortuna kołem się toczy, jak to mówią w Kraju Barsa.

 

– Rzyć chędożona, szefie, nie mówiłeś, że ze ślicznotkami zastawiłeś pułapkę – oburzył się korred.

 

– Chciałem ci zrobić niespodziankę.

 

V

 

Niziołek co jakiś czas zerkał ze strachem na pilnującą go „ślicznotkę”. Smukła driada w wojskowej kurtce uśmiechała się do niego słodko. Ktoś mógłby pomyśleć, że dziwożona nie jest takim złym strażnikiem, ale knypek chciał jak najszybciej opuścić niewielki pokój w starej wieży ciśnień. Już wolałby posiedzieć w ciemnicy. Nie mógł znieść widoku twarzy, z której ktoś dawno temu musiał oderwać spory kawałek policzka z połową nosa. Próbował poluzować więzy, bezskutecznie.

 

Do pomieszczenia wkroczył Czehl w towarzystwie Oszluzga i Rutteitzera.

 

– Dziękuję, Sirssa, możesz odpocząć z siostrami – powiedział chrapliwym głosem bobołak.

 

Driada wyszła, a na twarzy niziołka zagościła ulga.

 

– Myślałem, że wy, małe zasrańce, znani powszechnie jako gangsterzy, którzy maczają swoje drobne paluchy we wszystkich przestępstwach w cesarstwie, od handlu fisstechem do przemytu broni dla rebeliantów z Zerrikanii i Haklandu, jesteście bardziej twardzi. A tu wystarczyło posiedzieć kilka godzin z jedną z naszych ślicznotek i od razu miękniesz. Miałem nadzieję, że będziesz twardszy i pogadamy po mojemu. – Korred wyszczerzył swoje kły.

 

– Chędoż się! – wrzasnął niziołek, przybierając, w jego opinii, groźną minę.

 

Rutteitzer zarechotał i już miał uderzyć pięścią jeńca, ale bobołak położył mu dłoń na ramieniu.

 

– Mój drogi, bądź uprzejmy dla naszego gościa.

 

– Właśnie, bo pożałujecie, jestem Sam Biberveldt – odparł pewnie „gość”.

 

Zamilkli na moment, wpatrywali się uważnie w niziołka. Ten tylko uśmiechnął się bezczelnie.

 

– Dokładnie, nie przesłyszeliście się, z tych Biberveldtów, największej rodziny mafijnej po tej stronie Amellu. Wpakowaliście się w niezłe gówno, a myślałem, że nikt nie jest tak głupi, żeby zadzierać z mafią niziołków Rdestowa Łąka. Możecie już sobie zamówić gustowne trumny. Radzę się pośpieszyć, bo miejscowi grabarze mają dużo roboty.

 

– Niekoniecznie, kto im o tym powie? Twoi ludzie nie żyją, ty do nich dołączysz. Nim Rdestowa Łąka ustali przebieg wydarzeń, to my już będziemy daleko. Nie znajdą nas, umiemy po sobie posprzątać – oznajmił bez najmniejszego śladu emocji w głosie Oszluzg.

 

Niziołek zauważalnie pobladł.

 

– Czekajcie, źle zaczęliśmy naszą znajomość. Jak sami zauważyliście, mamy straty w ludziach, a wy wyglądacie na fachowców, przydalibyście się nam. – W oczach Sama tliła się jeszcze iskierka nadziei.

 

Członkowie Grupy Specjalnej Lamia milczeli.

 

– Jesteście już pewnie związani z konkurencją, bez obaw, nie dorwą was. Zapłacimy wam o wiele więcej…

 

– Nie traktuj nas jak ludzi – warknął korred.

 

– Słucham? – zdziwił się Biberveldt.

 

– Drogi Samie, niziołki już dawno zasymilowały się ludźmi, więc nic dziwnego, że jesteście tak do nich podobni. Opowiem ci coś, bo chyba nadal nie rozumiesz – stwierdził bobołak i kucnął naprzeciwko skołowanego niziołka.

 

– Jak zapewne wiesz, bobołaki zostały kiedyś wyparte w góry, to było na długo przed tajemniczym zniknięciem elfów z tego świata. Żyłem sobie w takiej niewielkiej osadzie w Amellu. Nie było lekko, srogie zimy, jedzenia mało, ale jak się trzymało razem, to można było przetrwać. Aż tu pewnego dnia przyjeżdża kilka transporterów opancerzonych z wojskiem. Mięli nawet czołg parowy, ale ugrzązł w zaspach. Bez owijania w bawełnę, jak to mówią w Kraju Barsa, wszystkich, oczywiście poza mną, wyrżnięto i zaczęto wydobywać marmur. Ja trafiłem do klatki, pokazywano mnie w cyrku jako ostatniego bobołaka, może to prawda. Tam spotkałem tego przyjemniaczka. – Wskazał korreda. – Dawniej walczył o wyzwolenie jakiegoś państewka w Górach Sinych, ale cesarstwo nie mogło stracić kopalni węgla. Powstanie stłumiono, a mój przyjaciel wędrował z rąk do rąk jako niewolnik. W cyrku namalowano mu paski i udawał człowieka-tygrysa albo jakiegoś innego kotołaka.

 

– Tygrys to duży, drapieżny ssak, przedstawiciel kotowatych. Dziś niemal całkowicie wytępiony – wyjaśnił Oszluzg.

 

– Aż tu pewnego dnia zjawia się pewien tajemniczy jegomość – podjął bobołak. – Kupił nas po okazyjnej cenie. Mogliśmy pracować dla niego albo ruszyć w swoją drogę, dał nam wybór. Czasem łudzę się, że pomógł nam z dobroci serca, nie wiedząc, że nie mamy się dokąd udać i z radością powitamy jakiś cel w życiu, że bez niego mogliśmy znowu trafić do klatek. Bardzo lubię się czasem tak łudzić, świat wydaje się wtedy taki piękniejszy. Oczywiście to tylko słodkie kłamstwa, ale pozostaje jeden, bardzo ważny fakt… jako jedyny człowiek dał nam wolny wybór. Czegoś takiego się nie zapomina.

 

– Ale… – zaczął Sam.

 

– Podobnie było z tą panią, która ciebie pilnowała. Las Brokilon, pożarty przez cesarski przemysł, osierocił wiele swoich córek, a jaki los mógł spotkać pokonane driady? Siłą zostały zaciągnięte do burdeli. Nasza Sirssa, razem ze swoimi trzema siostrami, trafiła do najpodlejszego. Próbowały uciec, zabiły przy tym właściciela tego przybytku, pech chciał, brata miejscowego komendanta. Policja ostro je skatowała, czego ślady pozostały do dziś. Zapewne czekałby je stryczek, ale zjawił się wcześniej wymieniony tajemniczy jegomość.

 

– Dlaczego mi to mówisz? – spytał Sam.

 

Opuściła go cała pewność siebie, skulony wpatrywał się szeroko otwartymi oczami w bobołaka.

 

– Oszczędzę ci już historii Oszluzga, choć jest ona bardzo ciekawa, pełna krwi i łez. Nie jest taka nadzwyczajna, mając na uwadze jego pochodzenie mogło w niej być jeszcze więcej krwi. Chyba, że chciałbyś usłyszeć?

 

– Czego chcesz? – niemal wrzasnął niziołek.

 

– Trochę informacji, bardziej dla potwierdzenia słów twoich towarzyszy. Nie wypada podważać honoru nieboszczyków, ale zrozum, jesteśmy ostrożni – wyjaśnił spokojnie Oszluzg.

 

– Wypuścicie mnie? – spytał z nadzieją w głosie Sam.

 

– Jeśli będziesz z nami szczery, to pomyślimy. Pierwsze pytanie, kto nas wydał? – Czehl wstał.

 

– Policjant, nasza wtyka. To on powiedział, że szukacie kryształów, przysięgam. Podał mi twój rysopis i tego w okularach.

 

– Gdzie są te kryształy?

 

– Nie wiem dokładnie, chyba przewozili je do starego szpitalu w opuszczonej części miasta. Rdestowa Łąka zajmuje się przerzutem różnych rzeczy dla zajmujących ten budynek ludzi. Nikt inny, no może jeszcze co odważniejsi szabrownicy, się tam nie zapuszcza. Dzika Dzielnica to bardzo niebezpieczne miejsce. Ponoć widziano tam fledery.

 

– To niemożliwe, te wampiry niższe nie występują w tym klimacie – stwierdził Oszluzg.

 

– Okłamujesz nas? – spytał bobołak.

 

– Nigdy w życiu, nie znam się na tych plugastwach.

 

– Obyś mówił prawdę. Oszluzg, dowiedz się szczegółów. – Bobołak wyszedł z korredem.

 

– Jakbym mógł pogadać po mojemu, to bez zbędnej gadaniny szybciej bym z tego zasrańca wyciągnął te szczegóły. Choćby przez rzyć! – odezwał się Rutteitzer, gdy zamknęli za sobą drzwi.

 

– Co ci mówiłem o niepotrzebnym rozlewie krwi?

 

– Szefie, a co z nim zrobimy? Reszta grzecznie się wykrwawiła nim zanieśliśmy ich do wieży. Bo ja widziałem niedaleko bardzo elegancki i parowy rębak do drewna, może jeszcze sprawny.

 

– Po przesłuchaniu zamkniemy go gdzieś…

 

– Szefie, z całym szacunkiem, ale chyba miękniesz na starość, „Dobrą Księgę” zacząłeś czytać?

 

– Wiesz, Rutteitzer, zacząłem się zastanawiać. Robiłem sporo paskudnych rzeczy i chciałbym ocalić resztki człowieczeństwa we mnie. Wiem, głupio brzmi u bobołaka „człowieczeństwo”, ale w słowniku nie ma lepszej alternatywy. W życiu też.

 

VI

 

Bobołak czuł się kiedyś podobnie. Rok temu musiał odbijać jakiegoś arystokratę ważnego dla Korporacji z rąk bandytów, ukrywali się w katakumbach na pustyni Korath. Przemierzał wtedy zimne podziemia wybudowane przez jakąś pradawną cywilizację z niespotykanym rozmachem. Pamiętał, że w tym upiornym labiryncie nigdy nie widział sufitu, który nikł w ciemnościach nad ich głowami. Teraz czuł się podobnie, tylko grobowy labirynt zbudowano z betonu, a ciemne i nieuchwytne sklepienie ozdobiono gwiazdami. Nawet szary śnieg, który często padał nad miastem, tej nocy odpuścił, jakby próbując upodobnić ciasne uliczki Dzikiej Dzielnicy do podziemi.

 

Jego grupa, złożona z Oszluzga, Rutteitzera i czterech driad, ostrożnie przemierzała miasto duchów, kierując się do dawnego szpitalu. Dziwożony miały dobyte karabiny, lufy oparły na zgięciu lewego ramienia, a prawa ręka spoczywała na chwycie.

 

Nagle usłyszeli jakieś warczenie z pogrążonego w ciemnościach zaułku.

 

– Spokojnie, idziemy dalej – powiedział korred, który widział najlepiej w ciemności. – To tylko strzyga, której przerwaliśmy jedzenie mglaka. Smacznego.

 

Po chwili dotarli do sześciennego, czteropiętrowego budynku. Wszystkie okna zamurowano, a główne wejście zatarasował śpiący pukacz. Masywna, brodata istota mogłaby, gdyby oczywiście zechciała się podnieść, sięgać głową do okien na pierwszym piętrze, w barach miał jakieś dwa metry.

 

– Jestem jakieś szesnaście kroków od wielkoluda, a i tak czuję od niego wódę – stwierdził szeptem korred.

 

– Zostawmy go – polecił bobołak.

 

Ruszyli wzdłuż ściany, szybko natrafili na wielką skrzynie, za którą, według słów Sama, miało znajdować się przejście. Rutteitzer odsunął ją bez trudu, była zamontowana na szynach. Wkroczyli do tunelu pogrążonego w mroku, korred, ze względu na zdolność widzenia w ciemności, prowadził. Nie chcieli na razie zdradzać swojej obecności światłem.

 

– Przed nami jest jakiś hol, uważajcie – szepnął Rutteitzer.

 

Skradali się powoli, ustawieni parami, uważnie nasłuchując.

 

– Minęliśmy kilka pomieszczeń, wszystkie zagracone, ale chyba dawno nie używane. Są ślady, świeże, prowadzą do zamkniętych drzwi. Nie widać żadnej ochrony – zauważył przewodnik.

 

– Wchodzimy tam – polecił dowódca.

 

Korred chwilę się mocował z klamką.

 

– Chyba są zamknięte.

 

Bobołak przysunął się do drzwi i po omacku zaczął manipulować swoim wytrychem. Po kilku bardzo długich uderzeniach serca usłyszeli cichy klik, zalała ich fala słabego światła oraz ciepła.

 

– Tu mogą być strażnicy, porozumiewamy się tylko gestami – szepnął Czehl.

 

Zeszli schodami oświetlonymi pochodniami. Po chwili stanęli na czymś w rodzaju balkonu dla orkiestry w teatrze cesarskim. Na dole miał miejsce spektakl.

 

Na niewielkiej arenie, otoczonej zapełnionymi trybunami, tańczyły dwa humanoidy. Wyglądały jak ludzie, których ktoś dosłownie obdarł ze skóry, a mimo to bez najmniejszych problemów wykonywały piruety. Dostrzegli błysk mieczy, taniec był tak naprawdę walką zwinnych wojowników.

 

– Są nieludzko szybcy, ledwo za nimi mogę nadążyć, zupełnie jak… – szepnął Oszluzg, chyba po raz pierwszy jego głos wyrażał zainteresowanie.

 

– Wiedźmini – dokończył bobołak, przypominając sobie legendarnych zabójców potworów.

 

– Słyszałem, że byli mutantami, tworzonymi dzięki jakimś tajemniczym procesom, które odbywały się z udziałem pradawnych magów.

 

– A nigdy nie odkryto przeznaczenia skradzionych kryształów – zauważył Czehl.

 

– Tylko jaki debil uczył ich takiej taneczno-pieruetowej szermierki? Szybki sztych albo niepewny grunt i po takim szermierzu chędożonym – stwierdził korred.

 

– Ten pokaz… produktu może być nam na rękę, może reszta kompleksu jest słabiej pilnowana. Idziemy, zachowujemy ciszę – szepnął dowódca.

 

Ruszyli dalej tunelem, który wił się to tu, to tam, zupełnie jak jakiś wielki wąż. Wtem, przed ostrym zakrętem, usłyszeli kroki. Bobołak przekazał sprawdzonym systemem znaków, że mają nieznajomego obezwładnić.

 

Zza rogu wyłonił się siwobrody starzec w szarej szacie czarodzieja. Na jego twarzy malowała się głęboka zaduma, która jednak szybko ustąpiła zaskoczeniu. Korred sprawnie przygwoździł go do ziemi, a bobołak założył mu niewielkie kajdanki. Człowiek zacharczał w wymiotnym odruchu, Rutteitzer przystawił mu składany nuż do gardła.

 

– Proszę zachować spokój, kajdanki wykonane są ze stopu żelaza i dwimerytu, który, poza kilkoma skutkami ubocznymi, tłumi zdolności magiczne – szepnął Czehl. – Proszę o ciszę, bo inaczej zamilkniesz już na wieki. Zrozumiałeś?

 

Starzec kiwnął głową, ze strachem w oczach obserwował korreda, który trochę przycisnął ostrze i wyszczerzył w uśmiechu kły.

 

– Macie kryształy? – spytał bobołak.

 

Starzec znowu kiwnął głową.

 

– Prowadź do nich. Jeśli zaprowadzisz nas do pułapki, to zabijemy bez wahania.

 

Ruszyli powoli, trochę niezgrabnie, bo korred cały czas trzymał nóż na gardle jeńca. Prowadził ich przez opustoszały labirynt korytarzy i pokoi, widocznie wszyscy zebrali się na arenie. Stanęli przed okutymi żelazem drzwiami, które nie chciały się otworzyć.

 

– Są zabezpieczone magicznie, potrzeba zaklęcia, aby je otworzyć – wyjaśnił starzec. – Jeśli zdejmiecie mi kajdany, to mógłbym…

 

Oszluzg bez słowa kucnął przy wejściu, zaczął powoli wodzić palcami po zimnej powierzchni, mrucząc pod nosem jakieś niezrozumiałe słowa. Trochę to zajęło, ale zamek ustąpił z donośnym zgrzytem.

 

Ich oczom ukazał się obszerny pokój. Pod ścianami ustawiono stoły pełne najrozmaitszych przyrządów i narzędzi kojarzonych z alchemią. Na środku pomieszczenia wyryto dwa trójkąty, mniejszy wpisano w drugi. Wierzchołki większego zdobiły piedestały, na każdym umieszczono bursztynowy kryształ. Wewnątrz tego dziwnego diagramu znajdował się stół z rzemieniami do krępowania ciała. Czehl podszedł do kręgu.

 

– To są te kryształy? – spytał.

 

– Tak, służą do stabilizacji Próby Traw – odpowiedział niepewnie starzec.

 

– Na pewno?

 

Korred bez słowa przyłożył ostrze noża do krocza jeńca.

 

– Może po jajeczku? – spytał Rutteitzer.

 

– Mówię prawdę, nie mamy innych kryształów – wyjąkał starzec.

 

– Jeszcze nikt nie kłamał z nożem na jajcach, szefie.

 

– Te są za wielkie, nie zgadza się kolor i liczba. Tu są tylko trzy, a Korporacji skradziono cztery.

 

– Jajca? – spytał głupkowato korred.

 

– Jak to? Przecież ja jestem z Korporacji – wybełkotał człowiek.

 

Bobołak w kilku susach był obok niego, w dłoni Czehla pojawił się scyzoryk. Starzec chciał krzyknąć, ale korred zatkał mu usta. Szybkie cięcie rozcięło szatę, nie kalecząc nawet jeńca. Pod ubraniem miał medalion, który przedstawiał otoczoną płomieniami gwiazdę wpisaną w trójkąt. Był to symbol Korporacji. Zapadła cisza.

 

– Kurwa – podsumował sytuację Rutteitzer. – Co robimy?

 

– Zostaliśmy wrobieni, chyba wiem przez kogo. To bardzo dziwne, że policjant, który donosił Rdestowej Łące, wiedział, iż jesteśmy z Novigradu. Jak teraz o tym pomyślę, to tylko jedna osoba wiedziała, że zostaliśmy stamtąd przysłani – myślał na głos bobołak.

 

– Musimy go zabić, może być dla nas zbyt wielkim zagrożeniem – stwierdził spokojnie Oszluzg.

 

Starzec próbował coś powiedzieć, ale korred nadal go skutecznie kneblował.

 

– Masz rację, zróbcie to szybko – oznajmił zmęczonym głosem bobołak. – Ale jak skończycie, to idźcie do wieży ciśnień i uwolnijcie niziołka. Bez dyskusji. Ja muszę jeszcze z jedną osobą wyrównać rachunki, potem opuszczamy ten lodowy grobowiec.

 

VII

 

Pierwsze promienie słońca wpadały przez okna w Esenadzie. Torres Leuvaarden, namiestnik Północnego Pogranicza, wspinał się po spiralnych schodach do komnaty obserwacyjnej w Wieży Szalonego Tankreda. Jeśli wierzyć legendom, stary król Esterad Thyssen wybudował ją, aby mieć pod ręką swojego krnąbrnego syna, który później został najgorszym, przy okazji też ostatnim, władcą Koviru i Poviss. Później nastał cesarski ład, oby trwał wiecznie.

 

Namiestnik, nieco już zdyszany, dotarł do najwyższej komnaty. Była ona zimna, przez nieszczelne okna wpadał mroźny wiatr. Pokój spełniał rolę graciarni, zastawiony starymi meblami, które nie przypadły do gustu Torresa. Wyjrzał przez okno, z którego miał świetny widok na Wielkie Morze oraz port.

 

– Ładny widok, nieprawdaż? – Usłyszał za sobą chrapliwy głos.

 

Aż podskoczył ze strachu, obrócił się powoli. Jego wzrok przyciągała lufa wycelowanego w niego rewolweru, który trzymał bobołak.

 

– Czehl, co ty tu robisz? – spytał człowiek.

 

– Wpadłeś jak śliwka w kompot, jak to mówią w Kraju Barsa.

 

– Właśnie mnie to zastanawia, co to za „Kraj Barsa”? Nigdy o nim nie słyszałem, sprawdzałem nawet w atlasie, ponoć wzorowanym na dziele Fabia Sachsa. – Uśmiechnął się niepewnie.

 

– To ty stoisz za kradzieżą kryształów? – Czehl bardziej stwierdził fakt niż zapytał.

 

– Nie tylko ja, jeszcze kilka osób z Korporacji ze mną współpracuje. Dzięki nim dotarłem do informacji, że najważniejsi członkowie naszego tajemniczego stowarzyszenia postanowili poświęcić się pogoni za marzeniami. Projekt Wiedźmin miał na celu odtworzenie tych pradawnych mutantów i udoskonalenie ich. Pewnie nic nie wiedziałeś, to wiedza dla nielicznych, chyba nawet mój kuzyn nic nie wiedział. Mięli się stać superżołnierzami na rozkazach Korporacji. Wyobraź to sobie, bezwzględne, nadludzkie maszyny do zabijania, pozbawione emocji. Robi wrażenie?

 

Bobołak nie odpowiedział, obserwował uważnie namiestnika.

 

– Widzisz, na mnie nie robi. Minęły już dawno czasy takich jednostek, teraz o dominacji świadczy technologia. W świecie parowych czołgów nie ma miejsca na anachroniczne relikty Mrocznych Wieków. Dlatego bez żalu, wykorzystując dogodny i niekoniecznie przypadkowy zbieg okoliczności, zrobiłem z Projektu Wiedźmin przynętę. Za pomocą szpicli Rdestowej Łąki, którzy byli tak naprawdę podwójnymi agentami, przekazałem im informacje o was. Mogli was zabić albo wy zajęlibyście się iluzją waszego celu, w obu przypadkach nic nie traciłem.

 

Torres przysiadł na parapecie, spojrzał na zbierające się nad Wielkim Morzem burzowe chmury.

 

– Zapowiada się kiepska pogoda tego ranka, a to przecież taki ważny dzień. Dziś ma się rozpocząć moja kuracja. Widzisz, wykryto u mnie raka. Parszywa choroba, jeśli dobrze zrozumiałem maga-uzdrowiciela, to moje tkanki same mnie zabijają. Kiedyś czarodzieje potrafili leczyć te schorzenie, ale wiedza ta niestety zaginęła. Ludzie tyle stracili przez swoją głupotę, nie tylko jeśli chodzi o magię, bo jak już mówiłem, ja nie ufam anachronicznym wynalazkom, ale niestety nasza technologia do walki z nowotworem nie dorosła. Na szczęście, gdy ludzie bezmyślnie trwonili czas na prowadzenie siebie ku autodestrukcji, razem z kilkoma równie rozgarniętym rasami, ktoś inny rozwijał naukę i czekał. Ktoś już dawno ma za sobą prymitywny wiek pary. Ten ktoś czekał na mnie.

 

Torres rozchylił koszulę i chwycił swój złoty medalion, znak Korporacji.

 

– Już nie jest mi potrzebny, Korporacja jest skończona. Ja tu gadam, a pewnie ciebie interesują cudowne kryształy? Są one potrzebne do stabilizacji portalu, inaczej Wrota nie spełniłyby swojego zadania. Gdy wy szukaliście kryształów w Lan Exeter, to moi ryboludzie umieścili je na dnie Wielkiego Morza, przed portem, gdzie otworzone zostaną Wrota. Jakieś pytania?

 

– Coś mnie bardzo zastanawia – stwierdził po namyśle bobołak. – Dlaczego tak łatwo zdradzasz mi swój plan?

 

– Nie myśl, że jestem głupcem, który w bezsensownym akcie pychy wyjawia wszystkie sekrety. Mówię ci to z prostej przyczyny, już nie powstrzymasz biegu wydarzeń. Możesz tylko razem ze mną podziwiać spektakl.

 

Nagle, zupełnie jak na zawołanie, z Wielkiego Morza wystrzeliły gigantyczne słupy jasnego światła. Tworzyły one na wodzie ogromny kwadrat, którego bok miał jakieś trzy kilometry długości.

 

– Nieźle, prawda? A to dopiero prolog – powiedział rozbawiony namiestnik.

 

Czehl nie mógł uwierzyć swoim oczom, wewnątrz kwadratu pojawiły się mlecznobiałe obłoki. Podłoga pod stopami bobołaka zadrżała. Z oparów wyłoniły się okręty, większe nawet od niszczycieli parowych w cesarskiej armii, musiały mieć ponad trzysta metrów długości. Te tajemnicze giganty przypominały pływające, podłużne platformy z więżą po prawej stronie. Na każdym znajdowały się jakieś trudne do określenia z tej odległości kształty. W porcie woda w kilku miejscach zaczęła się wybrzuszać, po chwili spod powierzchni wypłynęły jakieś obiekty, przypominały stalowe kaszaloty. Uwagę bobołaka z powrotem przykuły płaskie giganty, z ich powierzchni odrywały się jakieś maszyny. Wyglądały trochę jak szybowce, ale były znacznie większe, jakby ożyły mityczne smoki. Wykonywały na niebie niemożliwe ewolucje, rozwijały prędkość, która była poza zasięgiem nawet najszybszego pociągu.

 

– Najwyższy Dowódca Eredin Bréacc Glas się nie spóźnił, nowy Dziki Gon przybył punktualnie – stwierdził Torres. – Jesteś świadkiem zmiany świata, drogi bobołaku.

 

– Kim oni są? – spytał zszokowany Czehl.

 

– To, mój drogi, zakończenie wszystkich wojen między ludźmi i innymi głupimi rasami, nowi panowie naszego świata. Przynoszą ze sobą postęp, a ci, którzy się sprzeciwią, zaznają ich gniewu. Już nie będzie Czasu Pogardy, Czasu Szaleństwa, ocalą nas przed Białym Zimnem. Elfy wróciły do naszego świata.

Koniec

Komentarze

Trochę się zastanawiałem nad wstawieniem tego opowiadania, miałem mniej czasu na pracę nad nim niż się spodziewałem i tekst nie miał czasu "leżakować" (wiem, marne wytłumaczenie), ale przez pewien czas będę odcięty od internetu (dlatego mogę przez kilka dni nie odpowiadać na komentarze, ale zachęcam do ich pisania, do soboty powinienem się ze wszystkimi zapoznać). Proszę o wyrozu… właściwie o to nie proszę, cenniejsze są dla mnie merytoryczny komentarze (nawet krytyczne). Jestem ciekaw, czy ktoś inny postanowił połączyć świat wiedźmina ze steampunkiem, może tylko ja jestem taki dziwny ;), byłbym wdzięczny za wszelkie tego typu informacje. Życzę przyjemnej lektury.

Lan Exeter ma jakieś tysiąc metrów kwadratowych. Tysiąc metrów kwadratowych labiryntu kanałów i ciasnych uliczek. - zdajesz sobie sprwę z tego, że 1000 m kw. to obszar niewielki – bo np. prostokąta o bokach zaledwie dziesięc na sto metrów? Doczytam jutro albo pojutrze i wypowiem się szerzej, póki co tekst zapowiada się ciekawie i z jajem, choc już widać było kilka literówek ale nie spisywałem.

Sorry, taki mamy klimat.

Dobrze, że jeszcze siedziałem przy komputerze, dziękuję za wyłapanie tego błędu (w moim przypadku jednak leżakowanie dłuższych tekstów jest konieczne). Chodzi oczywiście o kilometry kwadratowe. Literówek poszukam jeszcze później (chociaż dam radę dopiero po czasie przeznaczonym na edycję). Pozdrawiam.

Przemyśl kwestię obszaru miasta. Tysiąc kilometrów kwadratowych?    Poza tym dużo drobnych błędów. A to literówka, a to odmiana, a to szyk… Warto przysiąść fałdów, wyszlifować, jak mawia Kolega Roger, bo tekst tego trudu wart. Obrzeża mojej parafii, jak to ja mawiam, ale przeczytałem z dużym zainteresowaniem.

"Rutteitzer przystawił mu składany nuż do gardła." – Panie Kalep! :) Przeczytałem, ponotowałem i wypowiem się przy ogłoszeniu wymików.

"Pierwszy raz w życiu dałem się zabić we śnie. "

Ciekawe spojrzenie na wiedźmiński świat. Opowiadanie dobre.

Infundybuła chronosynklastyczna

Ciekawy jestem jak odbiera opowiadanie Kalepa ktoś, kto nie zna sagi o Wiedźminie? Może kozajunior przeczyta bo gdzieś pisał, że jeszcze nie brał się za Sapkowskiego.

Pomysł ożenienia Geralta ze steampunkiem ciekawy, ale jakoś mnie nie ruszył. Może po prostu nie przepadam za fanfikami. Dużo literówek.

Babska logika rządzi!

Czytało się całkiem nieźle, i to w zasadzie wszystko, co mogę powiedzieć o tekście. O Wiedźminie tylko słyszałam, sagi nie czytałam. Nie wiem, może powinnam żałować… Krótko mówiąc, wszystko co nawiązuje do Wiedźmina, jest mi obce, a świat przedstawiony w opowiadaniu, mało zrozumiały. Autorefleksja Autora, że tekst winien leżakować, jest nad wyraz trafna.  

 

„…ale z jakiś powodów cesarz lubił tego wariata”. –– …ale z jakichś powodów cesarz lubił tego wariata.

 

…jakby natura usiłowała ostrzec podróżnych przed jakąś nieokreśloną groźbą”. –– Wolałabym: …jakby natura usiłowała ostrzec podróżnych przed czymś nieokreślonym, groźnym.

 

„Po jej bokach wybudowano masywne umocnienia, przypominały bastiony na planie pięcioboku”. –– Wolałabym: Po jej bokach, na planie pięcioboków, wybudowano masywne umocnienia, przypominające bastiony.

 

Śnieżny monstrum z betonu i stali otworzyło swoją paszczę”. –– Śnieżne monstrum z betonu i stali otworzyło swoją paszczę.

 

„…w sprawie kryształów skradzionych cesarzowi i z muzeum Korporacji…” –– …w sprawie kryształów skradzionych cesarzowi z muzeum Korporacji

 

„…czekał wysoki jegomość w luźnym, szarym stroju, który uniemożliwiał dokładne ocenienie postury”. –– Wolałabym: …czekał wysoki jegomość w luźnym, szarym stroju, uniemożliwiającym dokładne ocenienie postury.

 

„Nigdy nie byłem szczególnie uzdolnionym w telepatii…” –– Nigdy nie byłem szczególnie uzdolniony w telepatii… Lub: Nigdy nie byłem szczególnych zdolności do telepatii…

 

„Nie należy za wcześnie pokazywać wszystkich asów w rękawie…” –– Wolałabym: Nie należy za wcześnie pokazywać wszystkich asów, schowanych/trzymanych w rękawie. Lub: Nie należy za wcześnie wyciągać z rękawa wszystkich asów.  

 

„…zaczął wiosłować długimi łapami. Szło mu dosyć sprawnie, w końcu błona między długimi palcami…” –– Powtórzenie.

 

„Ich wodna droga wpadał do Wielkiego Kanału…” –– Literówka.

 

„…ale pobratymcy szybko go wyciągnęli. Wywołało to salwę śmiechu na statku. Oburzony pływak wyciągnął obrzyna…” –– Powtórzenie. Może w pierwszym zdaniu:… ale pobratymcy szybko go wydostali.

 

„…krzyczał jakiś domorosły kaznodziei…” –– …krzyczał jakiś domorosły kaznodzieja

 

„Flisak jedynie zasyczał i odpłynął od wymiany ognia, która rozgorzała między korredami a goblinami”. –– Wolałabym: Flisak jedynie zasyczał i odpłynął od miejsca wymiany ognia, rozgorzałej między korredami a goblinami.

 

„Na kaznodzieja nadal nikt nie zwracał uwagi…” –– Na kaznodzieję nadal nikt nie zwracał uwagi

 

„W uliczce znajdowały niewielkie drzwiczki prowadzące do…” –– Wydaje mi się, że uliczki nie posiadają drzwiczek. Może: W jednym z budynków znajdowały się niewielkie drzwiczki, prowadzące do

 

„Spomiędzy półek obładowanych najrozmaitszymi słoikami…” –– Wolałabym: Spomiędzy półek zastawionych najrozmaitszymi słoikami

 

„…wyłonił się szpakowaty mężczyzna w średnim wieku o garbatym nosie”. –– Nigdy nie przypuszczałam, że średni wiek może mieć garbaty nos! ;-)

Proponuję: …wyłonił się mężczyzna w średnim wieku, szpakowaty i z garbatym nosem.

 

„…a na niebie gęstniały ciemne chmury z fabryk”. –– To były chmury produkowane w fabrykach? ;-)

Może: …a na niebie gęstniały ciemne chmury dymów, wydobywające się/buchające z kominów fabryk.

 

„Z przerażeniem stwierdził, że coraz gorzej pamięta dawny dom wśród szczytów Amellu, a już nie zdoła go sobie przypomnieć”. –– Pewnie miało być: Z przerażeniem stwierdził, że coraz gorzej pamięta dawny dom wśród szczytów Amellu, a już niebawem nie zdoła go sobie przypomnieć.

 

„…była pomnikiem minionych dni w morzu szarości”. –– Wolałabym: …była pomnikiem minionych dni, górującym w morzu szarości.

 

„…wokół nich rozkwitły plamy czerwonej krwi”. –– Czy zdarzało się, że krew mogła mieć inny kolor? ;-)

Może wystarczy: …wokół nich rozkwitły plamy krwi.

 

„Niziołek chciał uskoczyć w bok, ale Czehl w tym momencie wyciągania rewolweru z kabury skręcił broń, ustawiając ją poziomo przy biodrze”. –– Chyba nie bardzo wiem, co Autor chciał powiedzieć. Bo chyba nie chodzi o to, że Czehl miał w kaburze broń rozłożoną na części i zaczął ją skręcać w momencie gdy uznał, że będzie z niej strzelać. I jeszcze ustawiał ją poziomo… ;-)

 

Mięli nawet czołg parowy, ale ugrzązł w zaspach”. –– Skoro mięli czołg, to było wiadomo, że taki pognieciony daleko nie pojedzie, a w zaspach to już w ogóle. ;-)

Zdanie winno brzmieć: Mieli nawet czołg parowy, ale ugrzązł w zaspach.

 

„Jakbym mógł pogadać po mojemu, to bez zbędnej gadaniny…” –– Powtórzenie.

 

„Rok temu musiał odbijać jakiegoś arystokratę ważnego dla Korporacji z rąk bandytów…” –– Korporacja z rąk bandytów, jak się domyślam, jest organizacją przestępczą. ;-)

Może: Rok temu musiał, z rąk bandytów, odbijać jakiegoś arystokratę, ważnego dla Korporacji

 

„Przemierzał wtedy zimne podziemia wybudowane przez jakąś pradawną cywilizację z niespotykanym rozmachem”. –– Jakaż to pradawna cywilizacja miała niespotykany rozmach? ;-)

Może: Przemierzał wtedy zimne podziemia, z niespotykanym rozmachem wybudowane przez jakąś pradawną cywilizację.

 

„Nawet szary śnieg, który często padał nad miastem…” –– Czy padający śnieg zatrzymywał się nad miastem? Czy na miasto już nie spadał?

 

„Dziwożony miały dobyte karabiny, lufy oparły na zgięciu lewego ramienia, a prawa ręka spoczywała na chwycie”. –– Tak się składa, że ramienia zgiąć nie można, chyba że siłą, ale wtedy ulegnie złamaniu. Nie można niczego trzymać w zgięciu ramienia. Wydaje mi się także, że chwyt wykonujemy dłonią, ręka więc może spoczywać na uchwycie. Zdanie winno brzmieć: …lufy oparły na zgięciu lewej ręki/łokcia lewej ręki, a prawa spoczywała na uchwycie.

 

„…szybko natrafili na wielką skrzynie…” –– Literówka.

 

„Na dole miał miejsce spektakl”. –– Czy aby miejsce, które miał spektakl, było dość wygodne? Wolałabym: Na dole odbywał się spektakl. Lub: Na dole trwał spektakl.

 

„Człowiek zacharczał w wymiotnym odruchu, Rutteitzer przystawił mu składany nuż do gardła”. –– Czy nuż to takie składany pojemnik przeznaczony do łapania tego, co ewentualnie wydali się w wymiotnym odruchu? …Rutteitzer przystawił mu składany nóż do gardła.

 

„Szybkie cięcie rozcięło szatę, nie kalecząc nawet jeńca”. –– Wolałabym: Szybkim ruchem rozciął szatę, nie kalecząc nawet jeńca.

 

Mięli się stać superżołnierzami na rozkazach Korporacji”. –– Ktoś, kto ma stać się superżołnierzem nie może być wymięty. ;-) Mieli się stać superżołnierzami na rozkazach Korporacji.

 

„Kiedyś czarodzieje potrafili leczyć te schorzenie…” –– Kiedyś czarodzieje potrafili leczyć to schorzenie

 

„Te tajemnicze giganty przypominały pływające, podłużne platformy z więżą po prawej stronie”. –– Domyślam się, że więża to rodzaj kozy, gdzie przetrzymywano tych, którzy nabroili. ;-)

Te tajemnicze giganty przypominały pływające, podłużne platformy z wieżą po prawej stronie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

W sumie… przeczytałem. Historię śledziło mi się z pewną ciekawością, ale nic mnie w niej nie porwało. Jeśli chodzi o postacie, to widać wyraźnie, że starałeś się, aby były wyraziste (najbardziej, wzorem Sapkowskiego, poprzez dialogi), i nieźle Ci to wyszło; mimo to odniosłem wrażenie, że niektóre kwestie można by napisać lepiej.   Ogółem – moim zdaniem nic specjalnego, ale po przeczytaniu nie mam uczucia straconego czasu.

https://eskapizmstosowany.wordpress.com/ - blog, w którym chwalę się swoją twórczością. Zapraszam!

Niestety chroniczny brak czasu pozwolił mi dopiero teraz zapoznać się z uwagami, przepraszam. Na wstępie chciałbym wszystkim podziękować za komentarze. @AdamKB W sprawie tysiąca kilometrów chodzi o rozmiar tego miasta czy samo użycie wielokrotności metra? @regulatorzy: „Jakbym mógł pogadać po mojemu, to bez zbędnej gadaniny…” –– Powtórzenie. Tylko, że to wypowiedź jednego z bohaterów, więc chyba ktoś może w mowie potocznej stosować powtórzenia? „Niziołek chciał uskoczyć w bok, ale Czehl w tym momencie wyciągania rewolweru z kabury skręcił broń, ustawiając ją poziomo przy biodrze”. –– Chyba nie bardzo wiem, co Autor chciał powiedzieć. Bo chyba nie chodzi o to, że Czehl miał w kaburze broń rozłożoną na części i zaczął ją skręcać w momencie gdy uznał, że będzie z niej strzelać. I jeszcze ustawiał ją poziomo… ;-) Opisałem pewien manewr znany mi tylko z filmów i mangi (ciekawskich odsyłam do mangi Peace Maker, konkretniej do rozdziału piątego). Pozdrawiam i przepraszam za "nuż" oraz inne takie "babole" ;) Va fail!

Kalepie, to Twoje opowiadanie, Ty decydujesz, jakich słów użyjesz, by było jak najlepszy. Wierzę na słowo, że Czehl miał w kaburze kompletny rewolwer i nie skręcał go wkrętakiem. ;-) Pozdrawiam.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Chodzi o obszar tego miasta. Porównaj te Twoje tysiąc kilometrów kwadratowych z powierzchnią, zajmowaną przez miasta naprawdę ludne – Nowy Jork, Meksyk, Tokio, inne podobne…

Nie widzę tutaj niczego nieodpowiedniego, po prostu Lan Exeter to bardzo duże miasto, takie Tokio (oczywiście współczesne) jest jakieś dwa razy większe. Natrafiłem kiedyś na informację, że Londyn w latach trzydziestych miał właśnie jakieś tysiąc kilometrów kwadratowych (wliczając w to obszary wodne i zielone). Moje Lan Exeter jest jeszcze o tyle specyficzne, że rozrastało się nadmiernie z powodu przemysłu (wiek pary zrobił swoje) i handlu (Kovir i Poviss u Sapkowskiego to największy eksporter kopalin), ten nadmierny rozrost połączony z oziębieniem klimatu mógł doprowadzić do stopniowego upadku miasta. No i po prostu chciałem wykreować miasto z rozmachem ;)

Twoje koncepcje, Twój utwór. Ja, czytelnik, mogę się tylko dziwić temu czy owemu, tego czy owego nie chcieć z jakichś względów przyjąć do wiadomości. Mogę też nie doczytać się, nie wczytać dostatecznie dokładnie, by coś tam pojąć. Na przykład tego, że niegdyś kwitnące, kipiące życiem miasto nadal, pomimo upadku, jest takie wielkie obszarowo…   

Zamieszkałe Lan Exeter to pięćdziesiąt kilometrów kwadratowych, po prostu nikt nie wyburzał niezamieszkałej części. Nie było też nic o zagęszczeniu ludności (i nieludności), może jest niskie. Trudno się jednak nie zgodzić, że czytelnik rozumie to po swojemu, a nie zawsze można wyjaśniać w komentarzach swoje pomysły.

Przepraszam, pięćset kilometrów. Też dużo, ale już mniej od 1000.

Nowa Fantastyka