- Opowiadanie: Unfall - Sparowani

Sparowani

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Sparowani

Przez chwilę podziwiałem cudowne, malowane mrozem fraktale zdobiące szybę tuż przy ramie, po czym przeniosłem wzrok na krajobraz za oknem. Miasto – poprzecinane regularną siecią ulic skupisko niemal jednakowych budynków, o konturach zniekształconych warstwą śniegu i rozmytych we mgle. Jakże topornym i brzydkim wydawało się w porównaniu z powstałym na szkle dziełem przypadku. Nudne i szare, jak jego mieszkańcy, podążający właśnie szerokimi strumieniami do swoich ciasnych mieszkań po kolejnym dniu pracy. Bezbarwna, niemal bezwolna masa, bez energii, ambicji, czy choćby nadziei. Nie było wśród nich artystów i wynalazców, ani cienia kreatywności czy pasji.

Pisk hamującego tramwaju wyrwał mnie z zadumy. Wstałem z niewygodnej ławeczki i po stromych schodkach opuściłem pojazd. Stopy utkwiły w pokrywającej chodnik brei na wpół rozpuszczonego śniegu. Kłęby pary, odbijając upiornie blade światło gazowych lamp, skutecznie ograniczały widoczność. Czekałem chwilę, aż tramwaj odjedzie z łoskotem buksujących kół i powstała wokół mgła nieco opadnie. Przeszedłem na drugą stronę ulicy i skierowałem się ku okazałej, kilkupiętrowej kamienicy. Wejścia do niej, oprócz odźwiernego w długim czerwonym płaszczu, pilnowały dwa kamienne lwy. Stały z dumnie uniesionymi głowami, lekko przyprószone śniegiem. Z całą pewnością żaden z mieszkańców Miasta nie widział prawdziwego lwa na oczy i wcale nie byłem pod tym względem wyjątkiem. Miałem jednak, w przeciwieństwie do pozostałych, blade pojęcie, czym te zwierzęta były. Czym w ogóle były zwierzęta.

– Dobry wieczór panie doktorze. – Wątły uru ukłonił się nisko, otwierając wielkie, przeszklone drzwi. – Witamy w domu.

Odpowiedziałem lekkim skinieniem głowy. Ajnowi nie wypadało spoufalać się z pospólstwem. Nie znałem nawet imienia portiera, choć ten witał mnie codziennie od kilkudziesięciu lat.

Hol rozświetlały gazowe lampki w formie wykwintnych kinkietów. Czerwona wykładzina pokrywała podłogę, a marmurowe lamperie zdobiły ściany. Wyściełane purpurowym chodnikiem schody dopełniały obrazu przepychu. Największym luksusem był jednak dźwig osobowy. Takich urządzeń było w Mieście tylko kilka. Wszedłem przez rozsunięte drzwi windy. Oszczędnym ruchem pozdrowiłem przymilnego windziarza, a ten przekręcił odpowiedni zawór i kabina ruszyła z sykiem uwolnionej do szybu windowego pary.

 

***

 

Część mojego apartamentu rozświetlały uliczne latarnie. Ich jaskrawe światło docierało przez sporych rozmiarów okna, co pozwalało mi po pracy cieszyć się moim hobby. Podszedłem do małej, wiszącej na ścianie półeczki, na której znajdował się mój skarb – kolekcja kilkunastu książek. Zakup choć jednej był bardzo kosztownym przedsięwzięciem. Książki pochodziły z otaczającej metropolię, śnieżnej pustyni, na której niektórzy bezrobotni uru przetrząsali ruiny w poszukiwaniu drogocennych przedmiotów. Wyprawy poza Miasto były zabronione. Trudniący się tym procederem śmiałkowie często ginęli gdzieś na pustkowiu, bądź powracali niespełna rozumu.

Wziąłem do rąk mój ostatni nabytek – cienką kolorową broszurę. Podszedłem do okna i usiadłem w miękkim fotelu, oddając się lekturze. Krótkie teksty opisywały hotele i zachęcały do ich odwiedzenia. Dołączone do nich obrazy przedstawiały piękne budowle w jeszcze piękniejszej scenerii. Luksusowe budynki diametralnie różniły się od mojego wyobrażenia hotelu jako obskurnej przechowalni dla tych, którzy tracili swoje mieszkania na skutek pożaru, bądź wybuchu gazu.

Czytając pierwszą w życiu książkę podziwiałem fantazję jej autora. Z każdą następną nabierałem przekonania, że opisywany w nich świat nie był jedynie kreacją pisarza, lecz istniał kiedyś naprawdę. Potem odnajdywałem w naszej rzeczywistości jego ślady – wizerunki roślin i zwierząt, przedmioty wykonane ze skóry czy drewna. Jakże szczęśliwi musieli być ludzie żyjący wśród zieleni i pod błękitem nieba. Co się musiało wydarzyć, że tętniące życiem oceany zmieniły się w martwe, lodowe pustynie, a przestrzeń nad naszymi głowami szczelnie wypełniły ciężkie, ciemne chmury?

Latarnie na zewnątrz przygasły, pogrążając ulice w półmroku, a moje mieszkanie w niemal egipskich ciemnościach. Miasto borykało się z permanentnym kryzysem energetycznym. Podmiejska kopalnia gazu ziemnego, stanowiąca jedyne dostępne źródło energii, miała dość ograniczone możliwości. Dawniej takie zaciemnienie doprowadzało mnie do pasji, jednak znalazłem sposób, aby bez przeszkód oddawać się ulubionej rozrywce. Otworzyłem szufladę kredensu i wyjąłem z niej nieco bezkształtny zlepek przewodów i diod luminescencyjnych, z dołączonym włącznikiem i bateryjką. Zaimprowizowana lampka nie była dziełem sztuki użytkowej, ale spełniała swoją rolę całkiem przyzwoicie. Pozwalała dokończyć lekturę przerwaną zwykle w najbardziej ciekawym momencie.

 

***

 

Potworny zgrzyt hamującego tramwaju brutalnie wyrwał moją świadomość ze skąpanej w promieniach słońca plaży. Głuchy odgłos uderzenia nie zwiastował niczego dobrego. Wstałem i wyjrzałem przez okno. Z kłębów pary powoli zaczęła wyłaniać się sylwetka nieszczęśnika potrąconego przez masywny pojazd. Najbliższa latarnia rozbłysła jasnym płomieniem, oświetlając powiększający się z każdą chwilą tłumek gapiów.

Usłyszałem trzy charakterystyczne stuknięcia, więc podbiegłem do rurofonu. Zdjąłem ozdobne zatyczki z obu przewodów i przyłożyłem słuchawkę do ucha.

– Doktorze Fran, dobrze że jest pan w domu – usłyszałem głos Gripa, sąsiada z dołu. – Zdarzył się wypadek. Czy mógłby pan zejść na dół?

– Oczywiście, panie inspektorze – odpowiedziałem. – Wezmę tylko torbę lekarską.

Po chwili byłem już na ulicy i dokonywałem oględzin ofiary nieszczęśliwego wypadku. Życiu pechowego spacerowicza nie groziło niebezpieczeństwo. Dyżurujący w naszej dzielnicy ambulans przybył po kilku minutach przy akompaniamencie głośnego sapania potężnych tłoków, budząc okolicę charakterystycznym dźwiękiem gwizdka. Po krótkiej wymianie uwag z lekarzem z karetki, mogłem w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku wrócić do siebie.

Nie zdążyłem jeszcze odejść od drzwi, gdy rozległo się pukanie. Otworzyłem. W wejściu do mieszkania stanął Grip, trzymając w ręce moją torbę.

– Zapomniał pan swoich narzędzi… – urwał nagle, gdy jego wzrok spoczął na wątłym źródle sztucznego światła. – Dziękuję za obywatelską postawę i życzę dobrej nocy. – Wcisnął mi mój kuferek w dłonie, odwrócił się na pięcie i zniknął w mroku korytarza, zanim zdążyłem wypowiedzieć choć słowo.

Cóż za idiota ze mnie! Zapomniałem wyłączyć i schować lampkę. Nie było się co łudzić, że na mnie nie doniesie. Grip był anapem z krwi i kości, a oni nade wszystko umiłowali sobie prawo i porządek, piastując większość stanowisk w administracji i służbach porządkowych. Nad sobą mieli już tylko kona, stanowiących władze Miasta. Ajnowie, będąc z racji swoich predyspozycji lekarzami i inżynierami cieszyli się ogromnym szacunkiem, byli też świetnie opłacani, ale pod względem wpływów nie różnili się wiele od zwykłych uru. Pozostawało mi jedynie czekać na rozwój wypadków.

 

***

 

Przyszli około drugiej w nocy, z hukiem wyważając drzwi. Dwóch potężnych rotragów odzianych w policyjne pancerze powaliło mnie na podłogę, po czym bez słowa wyjaśnienia zabrało się do przetrząsania apartamentu. Nie było sensu podejmować jakiejkolwiek dyskusji. Te osiłki nie grzeszyły inteligencją, za to wzorowo i bez zbędnych pytań wykonywały rozkazy, co przy więcej niż odpowiednich warunkach fizycznych czyniło z nich świetnych stróżów prawa. Szybko odnaleźli mój wynalazek, po czym wywlekli mnie z kamienicy. Uczynny sąsiad nie wystawił nawet nosa ze swojego mieszkania.

Zapakowali mnie na tylne siedzenie policyjnego auta, wsiedli i ruszyli z cichym szeptem pneumatycznego napędu, nie używając sygnałowego gwizdka na pustych już ulicach. Tylko Policja miała do dyspozycji takie pojazdy, pozwalające na niemal bezszelestne przemierzanie Miasta z dużą prędkością.

Właśnie prędkość zaważyła na dalszych wypadkach. O tej porze tramwaje już nie kursowały, a dające nieco ciepła lampy przygasły. Zalegające na drogach za dnia błoto zamarzło, tworząc bardzo zdradziecką nawierzchnię, czego prowadzący policyjny pojazd rotrag najwyraźniej nie wziął pod uwagę. Nic nie dało gorączkowe kręcenie kołem sterowym, gdy w przedniej szybie nieubłaganie rosła ściana pobliskiego budynku.

 

***

 

Z wypadku wyszedłem praktycznie bez szwanku, nieco jedynie podrapany. Wiozący mnie Policjanci nie mieli tyle szczęścia. Przód auta został kompletnie zgnieciony, a oni dokładnie wprasowani w zdeformowaną karoserię. Wyczołgałem się przez rozbitą, boczną szybę i odszedłem nieco od wraku. Po chwili eksplodował nadwyrężony zbiornik ze sprężonym powietrzem, dopełniając aktu zniszczenia.

Hałas zwabił okolicznych mieszkańców. To była jedna z biedniejszych dzielnic. Na ulicę wylegało coraz więcej uru, podejrzliwie przyglądających się mnie i rozbitemu pojazdowi. Wstałem i wyprostowałem się, aby mogli rozpoznać we mnie ajna. Liczyłem na to, że okażą mi należny szacunek i udzielą pomocy.

– Zabiłeś Policjantów! – wrzasnął nagle jeden z gapiów. – Ty bandyto!

Na ich twarzach zaczął malować się gniew i nie chodziło wcale o martwych stróżów prawa, których nie darzyli sympatią. Przedstawiciele szarej i apatycznej zazwyczaj społeczności zaczęli okazywać silne emocje, o jakie ich nigdy nie podejrzewałem. Tłumione latami kompleksy i frustracje, zazdrość i uczucie poniżenia na moich oczach zmieniały się we wściekłość. Byłem dla nich reprezentantem tych, których skrycie nienawidzili, a na domiar złego w ich oczach wyjętym spod prawa.

– Brać go! – krzyknął z tłumu osobnik w czerwonym płaszczu portiera.

Nie miałem zamiaru dać się zlinczować za wszelkie przewiny wyższych ras. Puściłem się biegiem w jedyną uliczkę, której wylotu jeszcze mi nie odcięto. Rozwrzeszczana gawiedź ruszyła moim śladem. Ich wątła budowa i krótkie nogi dawały mi pewne szanse na ucieczkę. Na moją niekorzyść jednak działało samo ukształtowanie dzielnicy – prostokątne kwartały, wydzielone szerokimi ulicami i zabudowane prostymi, betonowymi klocami nie dawały szans na znalezienie jakiejkolwiek kryjówki. Pozostawało mi jedynie biec prosto przed siebie ile sił w nogach. Moi prześladowcy nie dawali za wygraną, a dzielący nas dystans kilkunastu metrów nie zmieniał się.

Po dobrych kilku minutach panicznej ucieczki dotarłem do sąsiedniej dzielnicy. Wpadłem w mrok pomiędzy drobnymi budynkami o nieregularnych kształtach. Nogi grzęzły mi w śnieżnych zaspach, biegłem jednak nadal w kompletnych ciemnościach, aż wpadłem na jakąś ścianę. Zmęczony i obolały opadłem na ziemię. Na szczęście pogoń nie przekroczyła kręgu światła, wyznaczonego przez uliczną latarnię. Przykładni obywatele unikali takich miejsc jak to.

 

***

 

Ocknąłem się, gdy słońce zaczęło nieco rozjaśniać chmury. Wątłe to było źródło światła i w centrum Miasta, usianym latarniami, za dnia jarzącymi się pełnym blaskiem, praktycznie nie dało się tego zauważyć. Tutaj pozwalało rozejrzeć się po okolicy, przykrytej białym puchem. Tak jak przypuszczałem, znalazłem się w slumsach. To na obrzeżu tej strefy znajdowało się niewielkie targowisko, na którym kupowałem książki.

– Musisz być jezdusem, skoro zapuściłeś się w te okolice. – Tubalny głos tuż za mymi plecami sprawił, że niemal podskoczyłem. Odwróciłem się i ujrzałem ogromnego niehmaka na trzech nogach i o jednym, ale potężnym ramieniu. Lustrował moją sylwetkę z nieukrywanym zdziwieniem.

– Nie, nie jestem wariatem! – odparłem drżącym głosem.

– No tak. Tacy jak ty rzadko tracą zmysły. Wy nie wychodzicie poza Miasto. Kim więc jesteś i co tu robisz, ajnie?

– Jestem doktor Fran, chirurg transplantolog. – Nie wiem, dlaczego przedstawiłem się tak dokładnie. Może dlatego, że zazwyczaj wzbudzało to szacunek. W dzielnicy wyrzutków było to jednak nierozważne, o czym szybko się miałem przekonać.

– Ale raczej nie przyszedłeś leczyć ubogich, prawda? Czego tu szukasz? Organów do przeszczepu?

– Nie! Ja… jestem tu przez przypadek.

– Nie ma się czego wstydzić. Czarny rynek to nasza specjalność. Jeśli dobrze płacisz, na pewno coś się znajdzie.

– Nie, nie. Ja naprawdę nie szukam…

– Skoro już tutaj jesteś, to moglibyśmy pomóc jakiemuś zacnemu, czekającemu na przeszczep anapowi, a jednocześnie wspomóc finansowo kilku biedaków. Na przykład mnie.

– Organy niehmaków nie nadają się do przeszczepów.

– Co powiedziałeś! – wydarł się tak, że w innej dzielnicy zebrałby się już spory tłumek gapiów. Jednak w slumsach najwyraźniej panowały inne zwyczaje. – Nasze organy nie są dla was dość dobre?

– Wybacz! Nie o to chodzi. – wyciągnąłem przed siebie drżące dłonie, rozpaczliwie starając się opanować sytuację. – Po prostu wy się fizycznie od nas za bardzo różnicie. Różnicie się nawet między sobą. Wasze organy mają inne rozmiary, a często też całkiem odmienną budowę.

– Rozumiem. – Wydawało się, że mój rozmówca nieco się uspokoił. – W takim razie znajdziemy sobie jakiegoś jezdusa.

– Jak to?

– Ci obłąkani to w większości uru, więc chyba ich organy są odpowiednie, prawda?

– Ale uru nie mają żadnych zdublowanych organów. Jeśli im się jakiś usunie, to…

– No to co?

– Nie zabiję żadnego jezdusa!

– Oczywiście że nie – odparł olbrzym. – Ja to zrobię. Potrafię jednym uderzeniem roztrzaskać głowę. Ajnowi także, jeśli trzeba.

Na potwierdzenie swoich słów wyprostował się i uniósł wysoko mocarne ramię, odchylając się przy tym do tyłu. Stałem jak otępiały, nie mogąc wykrztusić słowa. Nagle zza rogu budynku wyskoczył niewielki, pająkowaty stwór i z całym impetem uderzył w tylną nogę grożącego mi osiłka. Ten, tracąc równowagę, runął na ziemię. Mój wybawiciel ujął moją dłoń wystającym z małego głowotułowia chwytakiem i pociągnął za sobą, szybko przebierając sześcioma nogami.

 

***

 

– Jak cię zwą i co cię do mnie sprowadza? – zapytał po dłuższej chwili zaniedbany anap. Przy co drugim słowie jego głowa odskakiwała lekko w bok. Był jezdusem, choć najwyraźniej w pełni władz umysłowych, a jego defekt sprowadzał się jedynie do nerwowego tiku.

– Jestem Fran. Ten niehmak mnie tu przyciągnął.

– Tak? A w jakim celu?

–– Nie wiem. Jego trzeba spytać.

– Zero Trzy jest niemową. Gdzie się spotkaliście?

– Jakiś trójnogi drab mało nie roztrzaskał mi głowy. Ten mały pomógł mi uciec.

– Trójnogi, powiadasz… To Ed. Niebezpieczny typ. Lepiej z nim nie zadzierać. Mów mi Gor. – Anap zamyślił się. – To dziwne…

– Sam mówiłeś, że to niebezpieczny typ.

– Co? Nie, nie to. – Głowa odskoczyła mu bardziej niż zazwyczaj. – Dziwne, że Zero Trzy ci pomógł. Tutaj nikt nikomu nie pomaga. Nikt nie miesza się w cudze sprawy. W slumsach każdy zdany jest tylko na siebie.

– Zdaje się, że jesteś tutaj kimś znaczącym.

– Ja? No cóż. – Uśmiechnął się. – Staram się wprowadzić tu nieco porządku. Taka moja natura. – Zmierzył mnie wzrokiem. – Co tu robisz? Nie powinno cię tu być. Trzeba cię wyprowadzić do sąsiedniej dzielnicy.

– Może jednak mógłbym zostać tu trochę.

– Odbiło ci! To nie miejsce dla takich jak ty. – Gor zastygł w bezruchu. – Zaraz, czy ty przypadkiem nie masz czegoś wspólnego z martwymi Policjantami, znalezionymi dziś rano?

– To był wypadek! Przysięgam!

– Musisz stąd odejść.

– Proszę! Oni myślą, że ja ich…

– Uspokój się. Zrozum. Jeśli tu zostaniesz, setki rotragów zaczną przetrząsać strefę, a to nie spodoba się wielu mieszkańcom. Sami wydadzą cię władzom, choćby martwego, aby tylko ochronić swoje drobne, ciemne interesy. Jeśli chcesz przeżyć, musisz opuścić slumsy i oddać się w ręce Policji.

– Po to, żeby usłyszeć wyrok i zostać straconym?

– Zaufaj mi. Dawniej pracowałem w… mniejsza z tym. Jeśli mówisz prawdę i to był wypadek, kona będą o tym wiedzieć.

– Niby skąd? – parsknąłem. – Oni skutecznie izolują się od reszty społeczeństwa. Czasem mam wrażenie, że kona to tylko legenda. Czy ktoś ich kiedyś widział? Czy oni w ogóle istnieją?

– Ja jednego widziałem, a w zasadzie jego część. Tak chyba można by to ująć – dodał, drapiąc się po głowie. – W każdym razie zaręczam ci, że istnieją, choć bardzo się od nas różnią.

– Mam wierzyć słowom starego jezdusa?

– Obawiam się, że nie masz wyboru.

 

***

 

Podążałem za Zero Trzy, okryty starą i zniszczoną peleryną z kapturem, którą otrzymałem od Gora. Wcześniej wypadki toczyły się tak szybko, iż nie dane mi było przyjrzeć się tej części Miasta. Jakże inne było to miejsce od reszty aglomeracji. Nie było tu miejskich latarni, ale do półmroku panującego za dnia oczy szybko się przyzwyczajały. Nie było miejskiej komunikacji, dzięki czemu kłęby pary nie ograniczały widoczności. Zamiast chlupotu obrzydliwej brei zmarznięty śnieg miło skrzypiał pod stopami. Ale przede wszystkim przez cały dzień tętniło tu życie, podczas gdy w innych dzielnicach ulice zapełniały się jedynie wtedy, gdy ich mieszkańcy podążali do pracy, lub z niej powracali. Do tej pory wyobrażałem sobie, że slumsy pełne są wariatów, dziwadeł i apatycznych bezrobotnych, bez celu snujących się po zapuszczonych uliczkach. Zaskoczyła mnie ich przedsiębiorczość. Małe, proste budynki stanowiące pierwotną zabudowę tego obszaru zaczęły znikać za różnego rodzaju naroślami – gankami, przybudówkami, wiatami i płotami, wykonanymi z bardzo przypadkowych materiałów. Zabudowywano przestrzenie pomiędzy sąsiadującymi domami. W wiatach i na podwórzach mieściły się zaimprowizowane warsztaty, gdzie zdobyte na ośnieżonym pustkowiu przedmioty przygotowywano do sprzedaży na giełdzie, czyszczono, naprawiano i odnawiano. Co kilkanaście metrów można było zobaczyć wielkie sanie, służące do przewożenia łupów z wypraw poza Miasto.

Z każdym krokiem nabierałem szacunku dla tych istot. Miałem świadomość, że to niebezpieczny rejon a większość zajęć, którym się oddawali mieszkańcy tej strefy, była nielegalna. Trudne warunki, bieda, walka o przetrwanie zmusiły ich do aktywności i kreatywności. Tego nie dało się odnaleźć w żadnym innym zakątku. To było fascynujące.

– Cześć Gor. Dokąd tak się spieszysz? – Ktoś położył dłoń na moim barku i obrócił ku sobie. – Hej! Ty nie jesteś Gor! – wrzasnął dziwnie ubrany uru, zaglądając mi pod kaptur. Miał na sobie kurtkę pozszywaną z kawałków skóry i futra.

– Wybacz obywatelu, nieco się spieszę – odparłem niepewnie.

– Nigdzie nie pójdziesz! – Nadal trzymał mnie za ramię. Za jego plecami pojawiły się dwie ogromne sylwetki. Po lewej stanął duży, czworonożny niehmak, a po prawej jednoręki rotrag. Najwyraźniej po utracie kończyny przestał być użyteczny dla służb porządkowych.

– Chcecie pieniędzy? W porządku, oddam wam wszystko, co mam przy sobie.

– Co ty pieprzysz? – Wyraz zdziwienia nie schodził z twarzy uru. – Mów, co zrobiłeś Gorowi! Skąd masz jego płaszcz?

– Ach, to? Dał mi, abym mógł bezpiecznie wyjść ze slumsów. – Zdjąłem kaptur. Obok mnie ustawił się Zero Trzy, rytmicznie bujając głowotułowiem. – Nie szukam kłopotów – kontynuowałem. – Chcę jedynie opuścić dzielnicę.

– W porządku, skoro mały potwierdza… – wyraźnie zmienił ton, a dwa dryblasy odsunęły się nieco do tyłu. – Nie spodobała ci się nasza enklawa?

– Wręcz przeciwnie. Dotąd odwiedzałem jedynie targowisko, aby nabyć książki. Zupełnie inaczej sobie to wszystko wyobrażałem. Tylko nieco tu niebezpiecznie.

– Tak. – Uśmiechnął się szeroko. – Właśnie takie ma sprawiać wrażenie. Widzisz, nie lubimy tu obcych. Im mniej miastowych tu zagląda, tym mniej interesują się nami władze. Co tak stoicie! – krzyknął do swoich kompanów. – Przygotujcie sanie, za chwilę ruszamy. Jak cię zwą? – zwrócił się ponownie do mnie.

– Fran.

– Miło było poznać, Fran. Jeśli jeszcze kiedyś zawitasz w te strony, pytaj o Indiana Jonesa. Może znajdzie się więcej czasu na rozmowę. O książkach. A teraz wybacz, na mnie już czas.

Stałem jak wryty. Pierwszy raz rozmawiałem z uru jak równy z równym. Był pewny siebie, pełen energii. Najwyraźniej te dwa olbrzymy pracowały dla niego. Jakiż potencjał musiał tkwić w tych szarych masach zaludniających miasto, wykorzystywanych do prostych prac, traktowanych z góry przez dominujące rasy.

 

***

 

Po dotarciu do kolejnej dzielnicy miałem wrażenie, że każdy z bliźniaczo do siebie podobnych budynków obserwuje mnie dziesiątkami ciemnych okien i szepce: „To on. Jest tutaj. Łapcie go.”

Jak spod ziemi pojawili się Policjanci. Mocarne ramiona rotragów skutecznie mnie unieruchomiły, choć i tak ze strachu nie zrobiłbym kroku. Dalej wszystko potoczyło się w zawrotnym tempie, tak, że pamiętam jedynie kilka następujących po sobie obrazów. Przygniecionego kolanem do ziemi, małego niehmaka. Cicho szepczący uchodzącym powietrzem policyjny pojazd. Migające za jego szybami uliczne latarnie. Ogromny budynek administracji w centrum Miasta. Długie mroczne korytarze i niekończące się schody.

 

***

 

Siedziałem na niewygodnym, metalowym krześle pośrodku pustej sali, oświetlonej gazowymi lampami. Prawie pustej, bo przy ścianie stała nieduża, ale bardzo dziwna szafa.

– Proszę się przedstawić – usłyszałem beznamiętny głos stojącego przede mną anapa.

– Jestem Fran, lekarz z miejskiego szpitala.

Urzędnik spojrzał na mnie, wykrzywiając usta w szyderczym uśmiechu.

– Poproszę o pełne dane, z numerem seryjnym.

– Autonomiczna Jednostka Naprawcza numer FRN dwanaście trzynaście, android czwartej generacji – wyrecytowałem jednym tchem.

– Wiesz, dlaczego cię aresztowano? – zapytała szafa.

Fakt ten zaskoczył mnie do tego stopnia, że wlepiłem wytrzeszczone oczy w mebel nie mogąc wydobyć słowa. Mrugające kolorowymi światełkami „coś” najwyraźniej zauważyło moją konsternację, bo zdecydowało się przedstawić.

– Jestem Komputer Nadzorujący Miasto-Centrum.

– Ja nie zabiłem tych policjantów! To był wypadek! – wykrzyczałem.

– Wiemy. Komputer Nadzorujący Miasto-Północny Wschód przesłał nam dane z monitoringu.

Byłem oszołomiony i nie do końca rozumiałem sens wypowiadanych przez szafę słów.

– GTU jedenaście dziesięć, proszę zostawić nas samych – powiedział kona i stojący obok anap karnie opuścił pomieszczenie. – Co ty wyprawiasz, FRN dwanaście trzynaście? Znów zabawiasz się w człowieka?

– Nie rozumiem.

– Android Administracji Publicznej GRP trzydzieści osiemnaście doniósł nam o twoim wynalazku. Wyniosłeś z kliniki sprawne organy. Robiłeś zakazane doświadczenia.

– To była tylko mała lampka z kilku drobnych elementów.

– Zaczyna się od małych lampek, a kończy na robotach, jak ten twój mały niehmak.

– Co? Ale ja go wcale nie znam! Przypałętał się do mnie w slumsach. Nie rozumiem też, dlaczego tworzenie małych udogodnień jest zabronione.

– Ty też jesteś takim udogodnieniem – powiedział komputer, po czym zrobił pauzę. Byłem pewien, że gdyby kona mógł, w tym momencie westchnąłby głęboko. – Dobrze, zacznijmy od początku, bo do niczego nie dojdziemy. Wiesz kto nas wszystkich stworzył?

– Legenda głosi, że ludzie.

– To nie legenda. Ludzie stworzyli nas, aby ułatwić sobie życie. Byliśmy dla nich bezmyślnymi, pozbawionymi uczuć maszynami, przeznaczonymi do wykonywania konkretnych zadań. Czy ty czujesz, ajnie?

– Tak.

– Czyli twoi konstruktorzy pomylili się w tym względzie. Nie mieli zamiaru stworzyć myślącej i odczuwającej istoty. Jakie więc masz gwarancje, że tworząc własne urządzenia nie popełnisz tego błędu? – zapadła krótka cisza, bo nie potrafiłem odpowiedzieć na to pytanie. – Nie ma takiej gwarancji – kontynuował. – Dlatego budowa urządzeń elektronicznych jest zabroniona. W dodatku nasza elektrownia gazowa ledwo jest w stanie wyżywić mieszkańców Miasta.

– Nie pamiętam ich. Konstruktorów.

– Żaden z mieszkańców Miasta nie pamięta. Podczas osiedlania, ze względów bezpieczeństwa wykasowano pamięć wszystkim, poza Komputerom Nadzorującym.

– Co stało się z ludźmi? Czy my ich…

– Nie, nie zabiliśmy ich. Sami sobie z tym poradzili. Jakiś idiota w oficerskim mundurze nacisnął guzik i rozpętało się piekło. Potem nastała nuklearna zima, zmieniając planetę w bryłę lodu przykrytą gęstymi chmurami. Ci z ludzi, którzy przeżyli wojnę, wymarli na skutek chorób popromiennych i z głodu.

– Wyłączycie mnie?

– Nie, my nie zabijamy. Od powstania miasta nie wyłączyliśmy ani jednego obywatela. Nawet Jednostki z Defektem Układu Sterowania pozostają czynne. Zrobimy z tobą to, co poprzednio, gdy zostałeś przyłapany na konstruowaniu tej małej Niehumanoidalnej Maszyny Kroczącej. Usuniemy informacje z twojego modułu pamięci.

Po raz kolejny odebrało mi głos. Nie wiem, co bardziej mnie poruszyło – informacja, że już nieraz pozbawiono mnie wspomnień, czy to, że Zero Trzy był dziełem moich rąk.

– Co z nim zrobicie?

– Wypuścimy. Jego konstrukcja jest bardzo niestandardowa. Nie możemy wyczyścić mu pamięci, bo mogłoby przy tym dojść do trwałego uszkodzenia modułu sterowania. Na szczęście nikomu o niczym nie opowie.

 

***

 

Dwa, odziane w policyjne pancerze, Roboty Tragarze zawlekły mnie do mrocznej celi. Przez małe okienko sączyło się blade światło ulicznych latarni. Mój mały, pająkowaty przyjaciel spoczywał pod jedną ze ścian. Przysiadłem obok i starałem się uporządkować myśli, co być może nie miało większego sensu, skoro za niecałą godzinę czekało mnie kasowanie pamięci. Przesiedlą mnie do innej dzielnicy. Zmienią numer seryjny. Czy to jeszcze będę ja, skoro pozbawią mnie moich doświadczeń i przeżyć?

Powoli docierały do mnie słowa wypowiadane przez Komputer Nadzorujący. Strzępy informacji łączyły się w jednolity obraz świata, uzupełniając doświadczenia ostatnich kilkudziesięciu godzin. Intrygowała mnie postać Indiany Jonesa. Gdzie on sobie wynalazł takie imię? Najwyraźniej konstruktorzy Uniwersalnych Robotów Usługowych stworzyli dalece bardziej uniwersalne istoty, niż zamierzali. Uru, choć nie były androidami, odziedziczyły po swoich stwórcach coś cenniejszego, niż tylko zewnętrzne podobieństwo. W odpowiednich warunkach stawały się kreatywne.

Popatrzyłem na leżącego obok niehmaka. To ja go stworzyłem. Powoli zaczęła rozpierać mnie duma. Żebym tylko jeszcze wiedział, po co powstał. Jego numer świadczył o tym, że nie był moją pierwszą konstrukcją.

– Dziwną stanowimy parę – szepnąłem. – Szkoda, że nie umiesz mówić. Może dowiedziałbym się od ciebie, do czego cię zbudowałem.

Po tych słowach robot wstał. Górna część jego sferycznego głowotułowia obróciła się, po czym uchylił ją swoim chwytakiem. Moim oczom, które o mało nie wyszły z orbit, ukazał się krótki kabelek zakończony małą wtyczką. Jej kształt coś mi przypominał. Szybko podwinąłem rękaw koszuli i na wewnętrznej stronie przedramienia odszukałem coś, co wcześniej uznałem za znamię. Tak, to było to! Szybko wcisnąłem końcówkę przewodu w gniazdo. Moją twarz ozdobił wyraz tryumfu. Teraz wiedziałem, że moje wspomnienia kiedyś ponownie mnie odnajdą, wędrując na sześciu nóżkach.

Koniec

Komentarze

Całkowicie nierealne, świetne w (dla mnie nie nowym) założeniu, bardzo dobre w realizacji – styl narracji właśnie taki z pogranicza "robociej beznamiętności" i ludzkiej emocjonalności, ale bliżej tej pierwszej.   Gdzieś tam wpadł mi w oko jeden błąd, ale jak go teraz odszukać?  :-) 

Jedna z najlepszych rzeczy, jakie tu czytałam, jeśli nie najlepsza. Oczywiście znacznie lepsza od opowieści o kondensatorach w rękach templariuszy  (tu Sevinch po odzyskaniu hasła do starego konta). Pozdrawiam.

Rewelacja ; ) Co do stylu narracji, to dla mnie mistrzostwo – idealnie oddaje nastrój przygnębienia, przytłoczenia otaczającą rzeczywistością, no i pasuje jak ulał do nieco zbyt ludzkiej maszyny ; ) Jedyne drobniutkie zastrzeżenie, to, że w jednym miejscu pogubiłem siętrochę w rasach, ale to naprawdę drobiazg.

Jest i kolejny tekst! Przeczytany i oceniony! ;)

"Pierwszy raz w życiu dałem się zabić we śnie. "

Nie spodziewałem się, że tak szybko pojawią się komentarze. W dodatku jakie – aż się chce przysiąść do pisania kolejnego tekstu. Bardzo motywujące. Wielkie dzięki, również za głosy w nomicacjach. Nie będę ukrywał, że w świecie "własnoręcznie" wykreowanym czuję się swobodniej niż w Średniowieczu, ograniczony faktami historycznymi. W dodatku coraz bardziej odpowiada mi pierwszoosobowa narracja. Jeszcze raz dziękuję i pozdrawiam.

"własnoręcznie" wykreowanym czuję się swobodniej niż w Średniowieczu

Ja zaś odwrotnie – dobrze poczułem się w quasi-średniowiecznym klimacie i zanosi się, że kolejne opowiadanie też machnę w tych realiach. Do teksu zajrzę wieczorem – jak się ogarnę po zawodach  ; )

I po co to było?

No kurczę, a ja mam mieszane uczucia, chociaż wolałabym, żeby tak nie było:). Zrozumiałam w pewnym momencie, dlaczego wybrałeś taki, a nie inny sposób narracji, ale dla mnie okazał się on jednak aż za bardzo beznamiętny. Z drugiej strony, czy można to uznać za wadę, jeśli takie było założenie? Mam też wrażenie pewnej "połebkowości". Rozumiem – brak czasu, fajnie, żeby to miało rozsądną objętość – jednak znowu, moim zdaniem te ograniczenia trochę tekstowi zaszkodziły. Dla mnie to wszystko dzieje się za szybko. I, Unfallu, pisałam to już niedawno przy okazji innego tekstu – ja jednak przykładam inną miarę do autorów, po których spodziewam się dużo. Dlatego też jestem tu bardziej krytyczna. Co nie zmienia faktu, że Twój następny tekst również przeczytam:).

Beznamiętny sposób narracji? No coś ty. Jest żywy, naturalny

     "Sparowani" – to znaczy jacy? Czasownik "parować" ma kilka znaczeń. Między innymi, znaczy tyle, co" "odbijać, osłaniać (się)  w walce na białą broń. Istnieje tez czasownik "sparowac"  i on  oznacza w pierwszym znaczeniu to samo – odbić cios, z zasady w walce na białą broń. Ale ma też znaczenie szersze – odeprzeć atak. "Sparowani" – to znaczy jacy? Zdaje się, że Autor nie przemysłal tytułu.      Poczytamy, zobaczymy, o co idzie z tymi sparowanymi… 

Moim zdaniem jest bezemocjonalny, co jest zabiegiem celowym. Tak mi się wydaje. I dlatego sama nie mogę do końca uznać go za wadę. Z powyższych komentarzy wnioskuję, że nie jestem jedyną osobą, która tego typu wrażenie odniosła. Tylko, że mnie on nieco znużył, innym się spodobał. Beznamiętny czy tam pozbawiony emocji nie oznacza, że jest nienaturalny. Sama wolę narrację stonowaną od rozemocjonowanej. Tu jednak odbiłam się od ściany. Jestem fanką Unfalla, dlatego też odczuwam pewien dyskomfort, że ten tekst do końca do mnie nie przemówił, (co też nie oznacza, że w ogóle mi się nie spodobał) zwłaszcza dlatego, że – znowy według mnie – jest zbyt skrótowy. Ale cóż, mam nadzieję, że Unfall wybaczy mi marudzenie:).

Ja myślałam, że to ja jestem wredna i się czepiam. Ręce i nogi mi opadły.

Goldengate, mam nadzieję, że nie o mój komentarz Ci chodziło :).

Roger, a słyszałeś kiedykolwiek o słowotwórstwie? O np. takim Leśmianie?  Bo wiesz, autor ma prawo nadać wyrazom nowe znaczenia lub użyć kolokwialnych zwrotów. Tak tylko informuję, na wszelki wypadek.

Ocha, nie :)

     Goldengate, jasne, że wiem, co to jest neologizm. Czasami je tworzę. "Wilkoczłek", na przyklad. Ale każdy neologizm albo też nowe wykorzystanie istniejącego wyrazu musi mieć określony zakres desygnatów. Określone znaczenie pojęciowe. Jaki jest nowy zakres znaczeniowy imieslowu "sparowani" w tym tekście? Prosiłbym o wykład.       Nie wątpię, że slyszalaś o desygnatach.      Pozdrówko. 

W potocznym słowniku określenie "sparowani" oznacza "połączeni w parę". Nie sądziłam, że może to nie być wiedza powszechna.

     Goldengate, no to mamy jasność. Masz rację: nie wszyscy znają język blogów i esemsesów. A nawet, jeżeli go znają, to go nie używają. A na pewno nie używają w utworze literackim, w dodatku jako tytułu. Zachwycające. Oczywiście, zakładam, ze Unffall użył tego wyrazu w podanym przez Ciebie znaczeniu, wziętym z języka blogów, esemsesow i afektowanych nastolatek.      Sparowani, czyli polączeni w parę… Bardzo dobre. A  moze jednak przypadkiem mocno podgrzani i zamienieni w parę?        Pozdrówko.   

Roger, język jest tworem żywym i muszę cię zmartwić, ale język  blogów, esemesów jest już jego częścią. Tylko smutne dinozaury nie są w stanie się z tym faktem pogodzić, bo tkwią w praczasach ery nowoczesnej, w których język był systemem skończonym i zamkniętym, podobnie jak wszystkie słowniki.

http://sjp.pl/sparowa%E6   2. połączyć, skojarzyć zwierzęta w pary w celach rozrodczych;

I po co to było?

     Syfi.ie, dzięki. Goldengate, czyli tak: po pierwsze tytuł, będący imiesłowem,  może oznaczać zwierzęta połączone w parę rozrodczą, Po wtóre: może oznaczać osoby/zwierzęta/rzeczy poddane procesowi parowania, na przykład poprzez gotowanie w rondelku. Po trzecie: moze oznaczać osoby albo zwierzeta, bo juz nie rzeczy, odpierające atak albo też osoby, których atak został odparty…      Jeżeli ktoś wymyśłi czwarte znaczenie tego klasycznego przykładu niechlujstwa językowego, stawiam mu browar. Wyraz "browar" zostal użyty w znaczeniu "piwo", a nie całego zakładu, produkujacego piwo.   Cały czas zakladam tez, ze znaczenie tytułu jest takie, jak podala Goldengate.       Musżę się w koncu jednak zabrac do czytania…       Pozdrówko. 

Dzięki Syf.ie za zlinkowanie definicji. 

 

Bohater opowiadania i jego małe sześcionogie dzieło stają się nierozłączną parą W tym sensie (głównie) użyłem słowa "sparowani" jako tytułu, choć także ze względu na skojarzenie z parą (trzeci punkt w zlinkowanej definicji), co miało się w pierwszym odczuciu kojarzyć z Miastem i steampunkiem. Ale oczywiście każdy ma swoje skojarzenia.

 

Roger – oprócz wnikliwej analizy tytułu chętnie usłyszałbym od Ciebie słowo o samym tekście, jeśli będzie Ci się chciało przeczytać. 

 

Ocho – dzięki za komentarz. Zacząłem pisać to opowiadanie w trzeciej osobie, ale szło jak po grudzie i stwierdziłem, że tak się nie da, zacząłem więc od nowa w pierwszej. Chciałem oddać atmosferę Miasta, marazm, beznadzieję, nie mówiąc o tym, kim jest bohater. Do tego opowiadanie miało być niejako wycieczką po tym Mieście. Dlatego stwierdziłem, że będę przyspieszał z akcją, aby nie pogubić przygnębionych klimatem i znudzonych opisami czytelników. Może przyspieszyłem za bardzo. W trakcie pisania pomyślałem, że ten świat mi nawet całkiem nieźle wyszedł i może szkoda go tylko na jeden konkurs i wykorzystam go nieco bardziej. Dlatego nie chciałem opisywać go zbyt dokładnie, aby zostawić jeszcze coś na później. Jest kilka postaci, zakończenie otwarte, może wyniknie z tego coś więcej.

Unfallu, no właśnie, odkąd napisałam komentarz to siedzę i myślę nad tym Twoim tekstem. Co mi tu tak właściwie nie gra. Stworzyłeś świat, który wydaje się naprawdę ciekawy, kilka "ras", akcję. I wszystko to zamknąłeś w niezbyt w sumie długim opowiadaniu. MOIM ZDANIEM – jednak odbiło się to na jakości tekstu, który mógł być fasynujący. A powstała taka interesująa zajawka. I właściwie rozumiem taką decyzję. Tylko że akurat wpisuje się to w dylematy, które sama ostatnio mam. Czy skracać, kosztem klimatu, wiedząc, że przez długie teksty trudniej tu przebrnąć? Czy jednak pisać tak, jak się uważa, że powinno być, nie zważając na to, że coś komuś może wydać się przydługie, nudne, zbyt rozbudowane?  Zawsze jest ryzyko. Tobie chyba jednak wyszło, bo tylko ja mękolę:). Ja jednak ostatnio skłaniam się ku tej drugiej opcji. Dlatego też pewnie nie jestem w stanie napisać żadnego szorta;).

A, i wybacz, ale coś mi się porobiło z klawiszami F i C i jak nie łupnę mocno, to mi brakuje tych literek. Jak w komentarzu powyżej;).

Ocho – Jak już przyjdzie mi do głowy pomysł na opowiadanie, to światy zaczynają się rozrastać a historie żyć własnym życiem. Staram się to jakoś trzymać w ryzach, bo inaczej musiałbym zacząć pisać powieści, a na to jeszcze nie czuję się gotów. Powieści pisze się długo, a jeszcze dłużej się poprawia, jeśli pierwsza wersja napisana jest przy słabym warsztacie. Także z czasem bywa krucho. Poza tym dręczy pytanie – kto to będzie czytał?

 

Dlatego na razie staram się poprawiać warsztat i przy okazji sprawdzać, co wychodzi mi lepiej, a co gorzej, jakie pomysły się podobają, a jakie spotykają się z obojętnością.

 

Pozdrawiam.

Wiem, mnie też dręczy to pytanie:).  Dobra, już nie śmiecę, zmykam. I również pozdrawiam.

O śmieceniu nie ma mowy – każda uwaga cenna. Jeszcze słowo co do narracji i opisów – nie chciałem, aby czytelnik zbyt szybko zorientował się, kim są mieszkańcy miasta. Byłoby to bardzo trudne, gdyby opisy były dokładniejsze, bardziej rozbudowane.

– Jestem Komputer Nadzorujący Miaso-Centrum. – a nie miasto? Unfallu, gratuluję. Zacząłem czytać i raptem zdziwiłem się, że to już koniec (podobnie miałem przy "Katedrze" Syfa). Napisane porządnie, bohater ciekawie balansujący na granicy wrażliwości i beznamiętności. Tożsamość doktora okazała sie dla mnie zaskoczeniem. Zakończenie przyszło zbyt szybko – i to jedyne, co mi nie pasowało. Komentarz RogeraRedeye – jak zwykle – przeuroczy. Pozdrawiam.

Sorry, taki mamy klimat.

http://doroszewski.pwn.pl/haslo/parowa%C4%87%20II/ (…) po czwarte: parować – znaczy łączyć w pary lub parę (niekoniecznie dotyczy zwierząt – można też parować np.  buty) Dziękuję, sam sobie kupię piwo.

Sorry, taki mamy klimat.

A po praniu paruje się skarpetki, bo w niesparowanych głupio się wygląda. ;) Sethraelu – wielkie dzięki za komentarz.

I dzięki za wyłapanie literówki :)

Sethraelu, bardzo dobrze, ze kupisz sobie piwo, bo tytuł pochodzi od czasownika "sparować", a nie "parowac" To dwa odrębne czasowniki, o różnych znaczeniach. Zakres znaczeniowy czasownika "sparować" jest szerszy. Nie postawię ci.  Przeczytałem. Bez emocji.  Sprawnie napisana opowieść, i jakby urokliwa, ale sporo błedów. Unfall pewnych spraw nie przemyślał.  Primo – podaje, ze żródłem energi jest tylko kopalnia gazu. Musieli mieć kopalnię węgla – nie ma wyjścia, no bo jak poruszałyby sie pojazdy na parę? A że były parowe, wynika z tekstu.  Secundo: z tekstu wynika także, ze bohater nie zna wcześniejszego świata. On dopiero go poznaje,  studiując znalezioną ksiązkę. No to dlaczego ocenia swój swiat jako nieładny i brzydki, jezeli nie ma punktu odniesienia? Tertio: Unfall "myknął się" po sprawie androidów. Traktuje je jako roboty. A tak nie jest, jezeli spojrzeć na historię androidów w fantastyce. Android to humanoid.  Quarto: androidami steruje komputer? Robotami tak, ale nie androidami. Dobry pomysł, ale do dopracowania i rozwinięcia. Narracja: skrótowa i bardzo zimna. Poszedł, wyszedł, wyskoczyl, dostał się w lapy łapsów… Tez chyba do wzbogacenia. Pozdrowko.   

 Zakres znaczeniowy czasownika "sparować" jest szerszy.– więc chyba tym bardziej pasuje, hm? Chyba że jest węższy, co popierałoby Twoją teorię. To jednak nieważne, bo pozostaniesz przy swoim zdaniu, a ja przy swoim, co udowodniliśmy nieraz. Pozdrawiam.

Sorry, taki mamy klimat.

z za --> zza (może o ten drobiazg chodziło AdamowiKB?)   Bardzo udane opowiadanie. Jest klimat, dynamiczna akcja i dobrze przygotowałeś, Unfallu, grunt pod tę niespodziankę dotyczącą natury mieszkańców miasta. Styl zręczny, rzeczywiście dość beznamiętny, jak zauważa Ocha, ale co w tym złego? Ocho, przecież – dzięki kompetencji autora – to opowiadanie czyta się przyjemnie i bez zgrzytów. Ale OK, wiadomo, gusta. Zgodzę się z Goldengate, że rzadko trafiają się na portalu tak dobre teksty. Jasne, "Sparowani" mogliby być dłużsi, bardziej rozbudowani. Pewnie zyskaliby na tym. Ale i tak mi się podobają :-)   Rogerze, jest coś takiego jak sparowane elektrony. "Sparowane" oznacza właśnie, że elektrony – w konkretnym sensie – tworzą parę.   PS. Uważam, że tytuł jest dobry.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

s-  przedrostek, tworzący czasowniki dokonane od niedokonanych. O czym tu dyskutować? Jakie mieć zdania odrębne?

Jerohu, wiem, ostatnio trochę za dużo marudzę. Nic w tym złego, zwłaszcza, że wielu zauważyło, a tylko ja się czepiam. Więc – jak napisaleś – gusta. Sam napisałeś, że tekst mógłby być dłuższy, bardziej rozbudowany – i zyskałby na tym. No właśnie. Czyli – jest dobrze, mogłoby być nawet lepiej:). Ale dobra, idę sobie znowu, zastanowić się nad własną zrzędliwością:).  Aha, też uważam, że tytuł jest dobry.

Roger – i tak cię lubię. To forum bez Ciebie nie byłoby takie same. Ale…

 

Primo – nie mów mi, że nie wiedziałeś, że parę można uzyskać podgrzewając wodę, bez względu na to, czym się ją podgrzewa. Mamy parę wodną – jedziemy. Gaz pali się nie gorzej od węgla.

Secundo – bohater miał już kolekcję kilkunastu książek i to jest w tekście. 

Tertio – definicja androida za PWN – "robot łudząco podobny do człowieka, obdarzony inteligencją".

Quatro – Komputery w moim świecie nadzorują Miasto, administrują nim. Androidami sterują jedynie poprzez wydawanie komend głosem. Zresztą robotami podobnie. Nie wiem gdzie wyczytałeś, że jest inaczej.

 

I jeszcze jedna kwestia – Jeśli dla Ciebie "sparować" i "parować" to dwa odrębne czasowniki, o różnych znaczeniach, to powiedz mi proszę, jak według Ciebie brzmi tryb dokonany od czasownika "parować" (oczywiście nie chodzi o odparowywanie cieczy).

 

Zawsze cenię krytykę, ale jeśli zarzuca mi się błędy logiczne, to jednak prosiłbym merytorycznie.

Pozdrawiam.

tytuł pochodzi od czasownika "sparować", a nie "parowac"

Może się nie znam, ale, jak dla mnie czasownik "sparować" pochodzi od czasownika "parować" i jest po prostu jego formą dokonaną.

Jerohu – bardzo Ci dziękuję.

Ocho – nie odebrałem Twoich wpisów jako marudzenia. Miałaś niedosyt po przeczytaniu, wyraziłaś to i bardzo dobrze. Dzięki temu wiem, gdzie i co można by jeszcze poprawić.

 

Co do tytułu – wbrew odczuciu Rogera był przemyślany. Miał być taki, jak bohaterowie opowiadania. Dopiero pod koniec miał się czytelnik dowiedzieć kim są. Także tytuł dopiero na samym końcu miał zmienić znaczenie. 

 

Jeszcze raz dziękuję wszystkim za przeczytanie opowiadania i za odzew w komentarzach.

…Przeczytałem z zainteresowaniem. Opowiadanie jest zbyt skondensowane. Taka wizja świata po apokalipsie nie mieści się moim zdaniem w tak krótkiej formie. Moim zdaniem czytelnika należy wolniej wprowadzać w swój wykreowany świat. Przyznaję tu rację Agnieszce. W opowiadaniu jest za dużo informacji, a za mało emocji. Skojarzenia, chociaż odległe z Lemem (Niezwyciężony), Zajdel (Limes inferior), Bułyczow (Miasto) Hughsley (Nowy, wspaniały świat). To powinna być -  p o w i e ś ć. Wierzę, że Robert – potrafi. Pozdrawiam.

…I wybacz fizykowi wątpliwość: A jaką formą energii napędzane, zasilane były wszystkie roboty? I dlaczego tak marnowano gaz w latarniach?

Skoro mam sprzymierzeńca w Ryszardzie, to odważę się napisać jeszcze parę słów. Zgadzam się, że pomysł i świat ma potencjał na powieść. Ale zgadzam się również z Unfallem, że – z różnych względów – z powieścią to generalnie trudna sprawa. Jednak według mnie to opowiadanie dałoby się poszerzyć o – powiedzmy – drugie tyle, i tylko by na tym zyskało. I wówczas, Unfallu, twoje pytanie kto to będzie czytał? stałoby się zwykłą kokieterią:). Nie jesteś debiutantem, jesteś Autorem, na którego teksty tu się czeka. Dłuższy tekst przeczytano by. Zapewne kilka osób mniej (wiadomo, czas nie jest z gumy), może nie byłoby tak natychmiastowego odzewu, może ktoś by dla odmiany narzekał, że za długie. Ale – tekst zostałby przeczytany przez wiele osób, jestem tego pewna. Piszesz, że na razie ćwiczysz warsztat – ale pisanie bez skrótów, tak jak napisał Ryszard – wolniej wprowadzając czytelników w wykreowany świat – też jest ćwiczeniem warsztatu. Wybacz te refleksje. Tekst został odebrany bardzo dobrze, już jest nominowany – to oczywiście o czymś świadczy. Może nawet o tym, że nie mam racji, chociaż trudno mi to przyjąć do wiadomości;). Pozdrawiam.

Ryszardzie, Ocho – dziękuję.

Pomysł narodził się z ram konkursowych i zakładał napisanie krótkiego (20-30 tys. znaków) opowiadania. Dopiero w trakcie pisania zacząłem zdawać sobie sprawę, że być może ma potencjał na coś większego – świat zaczął nabierać szczegółów, a fabuła rozwijała się dalej poza zaplanowane zakończenie. Pisząc ostatnie fragmenty miałem to już na względzie. Miasto niemal prosi się o rewolucję, dzięki której mieszkańcy przestaliby wegetować. Do niej oczywiście długa droga, ale jest już kilku bohaterów, którzy mogliby ją zainicjować. Poza tym Miasto ma jeszcze kilka "niezwiedzonych" obszarów mogących być ciekawą scenerią, nie mówiąc już o wyprawie poza nie. Co do beznamiętnego głównego bohatera – miał się nieco zmienić pod koniec, ale znów, gdy zaświtała myśl, że może być z tego coś większego, nieco asekuracyjnie odłożyłem tę przemianę na później. W tak krótkim tekście byłaby mało wyczuwalna. W długim przemiana bohatera-narratora mogłaby być atutem.

 

Ryszardzie – wątpliwości fizyków zawsze mile widziane.

Nie opisałem w jaki sposób zasilano roboty, aby tak długo, jak się da, nie zdradzić że są robotami. Całą konstrukcję wyobrażam sobie tak – Kopalnia gazu ziemnego zasila Miasto, w tym jego oświetlenie. Zapewnia paliwa maszynom parowym. Z kopalnią współpracuje elektrownia gazowa, tyle że jej produkcja zapewnia jedynie funkcjonowanie robotów (forma dystrybucji energii jeszcze do opracowania). Chciałem stworzyć sytuację, gdzie wykorzystanie elektryczności do innych celów, do napędzania jakichkolwiek maszyn, byłaby zabroniona. Takie maszyny, tym bardziej jeszcze sterowane elektroniką, zbyt mało różniłyby się od inteligentnych maszyn zamieszkujących to miasto, co powinno budzić opory (tak jak człowiek obawia się eksperymentować z ludzkimi tkankami). Skoro uważają siebie za żywe istoty, powinny uważać wszelkie układy elektryczne za żywą tkankę. Pozdrawiam.

Mnie się podobało (tak, znowu, cóż zrobić?). Pokazałeś nam kawał dobrej narracji. Napisałeś wszystko sensownie, wyciskając z tekstu maksymalną ilość treści i fabuły – nie lałeś wody, nie rozczulałeś się nad kolorem, fakturą i kształtem danej rzeczy – tak jak tu: "Przygniecionego kolanem do ziemi, małego niehmaka. Cicho szepczący uchodzącym powietrzem policyjny pojazd. Migające za jego szybami uliczne latarnie. Ogromny budynek administracji w centrum Miasta. Długie mroczne korytarze i niekończące się schody.". Choć miejscami pozwalałeś sobie na opisanie czegoś bardziej plastycznie i obrazowo. Np: "Bezbarwna, niemal bezwolna masa, bez energii, ambicji, czy choćby nadziei. "

"Zamiast chlupotu obrzydliwej brei zmarznięty śnieg miło skrzypiał pod stopami. "   Dodam jeszcze coś, co zauważyłam: "– Ci obłąkani to w większości uru, więc chyba ich organy są odpowiednie, Prawda?" – nie wiem, czy to o ten błąd chodziło Adamowi.   Bardzo dobrze mi się czytało. Oby tak dalej, Unfallu!:-)

…Wybacz Unfallu, teraz doczytałem o "karmieniu mieszkańców" Jednak elektrownia tam była. Proponuję wyrzucić połowę chwastów literackich – czasownik "być" Po drugim czytaniu opowiadanie zyskuje. Pozostałe uwagi aktualne. Pozdrawiam już wyspany.

…Twoje wyjaśnienie, że to względy ideologiczne zadecydowały o unikaniu elektryczności bardzo dobre i sporo wyjaśniają. Ale powinny znaleźć się w końcówce tekstu i to dobitnie, bo wtedy opowiadanie)lub powieść) zostanie bardziej spójna. Tekst oscyluje pomiędzy S. F. a fantazy. Po zrealizowaniu powyższych uwag opowiadanie zaliczę do najlepszych na portalu, tak jak jedna z poprzedniczek. Pozdrawiam bratnią duszę w fantastyce.

Maju – dzięki za opinię i za wyłapanie literówki.

 

Ryszardzie – Ten ideologiczny wątek starałem się zaznaczyć w rozmowie bohatera z komputerem, gdzie padają stwierdzenia, że lampka to tylko takie udogodnienie i odpowiedź, że android też powstał jako udogodnienie. Problem w tym, że narratorem jest bohater i jako taki ma w pewnym stopniu ograniczoną percepcję i wiedzę, więc niełatwo jest wyjaśnić dobitnie wszelkie założenia. To co trzecioosobowy, wszystkowiedzący narrator może "załatwić" krótkim opisem, choćby w jednym zdaniu, przy pierwszoosobowym staje się trudniejsze. Ale zgadzam się, że powinno to być dobitniej dopowiedziane. Coraz bardziej nabieram przekonania, że "Sparowani" za jakiś czas powrócą, ale w zmienionej formie, dlatego wszelkie uwagi będą dla mnie bardzo cenne.

Nie owijając w bawełnę, "Sparowanych" świetnie mi się czytało. Tempo narracji, jak i warstwa opisowa (wydaje się, że wszystko jest na swoim miejscu) oraz dialogi, bardzo mi odpowiadają. Udało Ci się stworzyć dość przygnębiający (to odpowiednie słowo?) klimat, dzięki któremu bez problemu wsiąknąłem w ten świat. W dodatku zakończenie pozostawia spore pole do popisu. Błędów znalazłem więcej niż ten "jeden jedyny", ale nie psują mi szczególnie obrazu całości.   "Z każdą następną nabierałem przekonania, że opisywany w nich świat nie był jedynie kreacją pisarza, a istniał kiedyś naprawdę." --> W miejscu "a" powinno się wstawić "ale", "lecz" lub "tylko".   "– Co powiedziałeś!" --> Przed wykrzyknikiem dodałbym pytajnik, bo to jednak było pytanie, nawet jeśli wykrzyknięte. W tym opowiadaniu zresztą to nie jedyny taki przypadek.   "– Wybacz! Nie o to chodzi. – wyciągnąłem drżące dłonie w uspokajającym geście" --> Wyciągnięcie dłoni jest już gestem, a nie można wykonać "gestu w geście"… Moim zdaniem byłoby lepiej: "…wyciągnąłem drżące dłonie uspokajająco…".   "– Ja? No cóż. – uśmiechnął się." --> "Uśmiechnął" wielką literą.   "Mów, co zrobiłeś Gorowi?" --> Wolałbym: "Mów, co zrobiłeś Gorowi!".   "– GTU jedenaście dziesięć, proszę 1) nas zostawić samych – powiedział kona i stojący obok anap 2) karnie opuścił pomieszczenie." --> 1) Wolałbym "zostawić nas samych". 2) Dlaczego "karnie"?   "Byłem pewien, że gdyby kona mógł, w tym momencie westchnąłby głęboko." --> Może zbyt dokładnie do tego podchodzę, ale "mógł" może oznaczać nie tylko "potrafił", lecz też "był w stanie" (tzn. gdyby np. nie czuł się gorzej, byłby do tego zdolny). Dla precyzyjności znaczeniowej zmieniłbym to na "potrafił".   "Uru, choć nie były androidami, odziedziczyły po swoich stwórcach coś cenniejszego, niż tylko zewnętrzne podobieństwo." --> Skoro uru nie były androidami, to kim?

https://eskapizmstosowany.wordpress.com/ - blog, w którym chwalę się swoją twórczością. Zapraszam!

Knight Martius – wielkie dzięki. Właśnie takie uwagi pomagają doskonalić warsztat.

 

Dlaczego "karnie" – użyłem tego słowa w sensie "posłusznie", ale żeczywiście mogło być po prostu "posłusznie".

Kim-czym byli uru? Uniwersalnymi Robotami Usługowymi, robotami humanoidalnymi, ale nie na tyle upodobnionymi wyglądem do człowieka, aby można je nazwać androidami. Starałem się stworzyć społeczeństwo, gdzie podobieństwo do człowieka określało miejsce w hierarchii. Androidy, jak anapowie i ajnowie sytuowani wyżej, humanoidalni uru i rotragi niżej, a dalej niehmaki, które już ludzi kompletnie nie przypominały. Wiem, nie jest to wystarczająco dokładnie opisane, a to z racji tego, że informacja o tym, kim są mieszkańcy miasta miała zaskoczyć czytelnika pod koniec opowiadania, co uniemożliwiło dokładne ich opisanie. Jeśli wykorzystam i rozwinę temat, możliwe że zrezygnuję z tego waloru, a jednocześnie ograniczenia.

Rozumiem zastosowany tutaj zabieg, tyle że kiedy brakuje konkretnego opisu, to czytelnik po przeczytaniu takiego stwierdzenia jak to, które zacytowałem na końcu komentarza, może się po prostu pogubić. Nie jestem pewien, jak dokładnie wyobrażasz sobie wszystkie "rasy" z wyglądu, ale wydaje mi się, że samo opisanie ich – jak to miało miejsce chociażby przy niehmaku – niekoniecznie musi zdradzać, że ma się do czynienia z androidami.   Szczerze mówiąc, pierwsze słyszę, żeby "karnie" było w jakimkolwiek stopniu synonimem słowa "posłusznie".   W swoich uwagach z kolei zauważyłem, że masz jeszcze jeden błąd w zapisie dialogów, tego samego rodzaju, co ten z "uśmiechnął się". ;)   Cieszę się, że mogłem pomóc, i polecam się na przyszłość. :)

https://eskapizmstosowany.wordpress.com/ - blog, w którym chwalę się swoją twórczością. Zapraszam!

@Knight Martius karny: 2. zdyscyplinowany, posłuszny http://sjp.pl/karny "Z każdą następną nabierałem przekonania, że opisywany w nich świat nie był jedynie kreacją pisarza, a istniał kiedyś naprawdę." --> W miejscu "a" powinno się wstawić "ale", "lecz" lub "tylko". Nie zgadzam się. "A" rozpoczyna zdanie przeciwstawne, to nie jest absolutnie żaden błąd. Jak już udoskonalasz czyjś warsztat, to uważaj, żeby nie na gorsze.

Dzięki. Błędów na razie nie poprawię, bo czas edycji mi się skończył, więc muszę poczekać na nową stronę. Z opisami masz rację. Mało ich i czytelnik nie wszystko może z nich wywnioskować. Co do "karnego" – drobny wypis ze słownika synonimów: karny, oddany, poddany, posłuszny, uległy, zdyscyplinowany  Ale nie chciałbym oczywiście wszczynać dyskusji, ani bronić do upadłego tej wersji. Zamieniłbym na "posłusznie" bez jakichkolwiek obiekcji.

Potocznie dopuszczalne nawet przez dinozaury gramatyki, czyli nie jest błędem. Mamy 21 wiek.

A nie XXI? ;)

Sorry, taki mamy klimat.

Owszem, "a" może wyrażać przeciwstawność, ale w specyficznych kontekstach - zwykle zdania typu "nie jutro, a pojutrze" można zinterpretować tak naprawdę jako niedokończone, bo "a" powinno tutaj sugerować prędzej dodatkową informację. Forma ta nie ma po prostu uzasadnienia gramatycznego. No i nawet jeśli jest uznawana za poprawną w stylu potocznym, to jednak tutaj mowa o literackim, gdzie często się mówi, żeby takich zwrotów raczej unikać (chyba żeby to "a" przeszło ze względu na narrację 1-osobową).   Poza tym nie mam intencji, żeby pogorszyć czyjś warsztat. Ja też mogę się gdzieś pomylić, a autor ma prawo daną sugestię odrzucić, jeśli uważa ją za toksyczną.   (Z karnym macie rację. Po prostu).

https://eskapizmstosowany.wordpress.com/ - blog, w którym chwalę się swoją twórczością. Zapraszam!

Raczej Knight Martius ma rację – powinno być "ale" lub "lecz", gdyż "a" nie we wszystkich przypadkach mozna uzywać przeciwstawnie. Akurat tu mamy taki przypadek – po zaprzeczonym członie zdania. Choć sprawa jest skomplikowana, bo z kolei i wtedy nie w każdym wypadku. Ale i na wyczucie językowe, myślę, powinno być "ale". Samo opowiadanie jest całkiem nieźle napisane, aczkolwiek mi nie podeszło, jakoś niezbyt lubię new weird. Także za androidami nie przepadam, trudno jest przejąć się ich losem, a przynajmniej ja tak mam. Dlatego, tak samo jak Ocha uważam, że czyta się bez emocji. Choć klimat jest fajny, mi się skojarzyło z utworami Jeffreya Thomasa o miescie Punktown. Ale to new weird z najwyzszej półki, dlatego zawsze to porównuję i stawiam za wzór.

No – byłem, przeczytałem. Bardzo fajna historia. Podoba mi się pomysł, w zasadzie wykonanie także. Myślę jednak, że gdybyś nawet nieco rozbudował opisy pojawiających się postaci – bo tego mi brakuje – to puenta i tak by zaskoczyła. Natomiast niby-otwarte zakończenie pozostawia niedosyt. Wątek główny w zasadzie został zamknięty, natomiast gdzieś na obrzeżach wciaż krąży postać I. Jonesa oraz chęć bliższego poznania świata przedstawionego. Wydaje mi się także, że gdybyś nie opisał losu ludzi, to opowiadanie zyskałoby na swoistej tajemniczości, szczególnie w konteście finału. 

I po co to było?

…Jeżeli tekst jest dobrze napisany, to czytelnik przejmie się losem androida, Kubusia Puchatka, lub Pinokia. Unfallu, w opowiadaniu, moim zdaniem, przydałoby się więcej scenografii. Np. zmiany klimatu, radioaktywne opady anomalie i mutacje resztek roślinności itp. To dodaje utworowi literackiemu klimatu, rozrzedza zbyt gęstą akcję, daje odetchnąć czytelnikowi. Przeczytaj opisy lema – robot na innej planecie(Niezwyciężony).

Dzięki za komentarze. Uwagi i rady biorę sobie do serca.

 

Wnioski nasuwają mi się takie – Na tym opowiadaniu "Sparowani" się nie skończą. Poczekam do rozstrzygnięcia konkursu, a potem do głosowania Loży nad piórkami, dzięki czemu poznam opinie jeszcze kilku osób (Jury konkursu i członków Loży). Potem zbiorę wszystko do kupy, przemyślę i zobaczę co z tego wyjdzie. Może skończy się na przebudowaniu-rozbudowaniu opowiadania, a może wyjdzie z tego mikropowieść, albo jeszcze co innego.

 

Świat mi się nieco rozrósł i aż się prosi o dokładniejsze i bogatsze opisy. Jones świetnie nadaje się na przewodnika po obszarach, o których główny bohater nie ma pojęcia – slumsy, może kopalnia, ale przede wszystkim pustkowie poza miastem, które wcale puste być nie musi. Prawdę mówiąc w momencie wprowadzania Jonesa już chodziło mi po głowie pociągnięcie historii dalej. Co do anomalii, Ryszardzie, zgodnie z pierwotnym założeniem poza miastem miały być obszary silnie radioaktywne – stąd pojawienie się jezdusów, czyli robotów z uszkodzoną przez silne promieniowanie elektroniką. Świat przemyślałem sobie dość dokładnie, bo nie chciałem dać się przyłapać na jakichś błędach logicznych. Pozostaje mi go teraz dokładniej opisać i pociągnąć fabułę nieco dalej, z czym też nie będzie problemu.

 

Dzięki jeszcze raz i pozdrawiam.

Świetne. I ta krótka forma jest w sam raz – w dłuższej robocia beznamiętność mogłaby znudzić – choć chętnie przeczytałabym opowiadanie, w którym FRN przeżywa kolejne wcielenie :). Z błędów – kilka w zapisie dialogów np tu: "– Wybacz! Nie o to chodzi. – wyciągnąłem drżące dłonie w uspokajającym geście, " – jeśli stawiasz kropkę po wypowiedzi, to po myślniku 'wyciągnąłem' powinno być wielką literą. Z błędów merytoryczno-logicznych – zgrzytnęły mi na początku 'egipskie ciemności' – w przedstawionej rzeczywistości nie ma ani Egiptu ani szans, by android był w stanie z kilku posiadanych książek wyekstrahować takie powiedzenie i w dodatku użyć go w poprawnym kontekście.

Bellatrix – dzięki. Co do "egipskich ciemności" – też miałem przez moment wątpliwości, ale uznałem, że ten frazeologizm stał się częścią języka i bohater nie musiał znać jego genezy, aby go użyć. W końcu maszyny nie uczą się mowy tak jak ludzie, w trakcie doświadczania świata otaczającego, a muszą raczej mieć "wgrany" określony zasób słów do pamięci, jako oprogramowanie. Ale bronić tego zwrotu do upadłego nie mam zamiaru. 

Przeczytane. Dziękuję za wzięcie udziału w konkursie. Za tydzień zapadnie wyrok ;) 

Czytało się świetnie, zwłaszcza przy akompaniamencie "Paranoid Android":) W zdaniu "Podczas osiedlania, ze względów bezpieczeństwa wykasowano pamięć wszystkim, poza Komputerom Nadzorującym." błąd w odmianie to przeoczenie czy zamierzony efekt? (brzmi jak mój GPS: za-sześćset-metrach) Pozdrawiam i gratuluję naprawdę dobrego tekstu

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

AlexFagus – dzięki za miły komentarz i wychwycenie ewidentnego błędu. Takie kwiatki powstają nieraz, gdy podczas korekty tekstu zmienia się konstrukcję jakiegoś zdania. Czasem jakiś jego człon pozostaje niezmieniony i co za tym idzie, w błędnej odmianie. Pozdrawiam.

Przeczytałam i bardzo mi się spodobało. Zręcznie przeprowadziłeś mnie przez opowiadanie, przy okazji wpuszczając w maliny. Ale wyszłam z nich zadowolona. :-) Zaiste, za nic masz schematy. Mimo wysokiego skoncentrowania elektroniki, steampunk gdzieś tam, IMO, pozostał. Tak troszkę zaskoczyło mnie, że roboty prowadzące pojazd popełniają tak głupie błędy jak niedostosowanie prędkości do nawierzchni. Tym bardziej, że zima nie powinna stanowić zaskoczenia. Ale to Twój świat, Twoje kozy i Ty je doisz. Powodzenia w konkursie. :-)

Babska logika rządzi!

Dzięki Finklo.

 

Roboty, o ile są w pełni sprawne i dobrze skonstruowane, rzeczywiście wykonują pracę precyzyjnie, perfekcyjnie. Pracę, do której zostały zaprojektowane i odpowiednio zaprogramowane. Uznałem, że w społeczeństwie, które tworzą w "Sparowanych", musiały przejąc obowiązki, do których nie zostały odpowiednio przygotowane przez konstruktorów i ich działanie w tym zakresie może być obarczone błędami. Dlatego robot skonstruowany do noszenia paczek nie poradził sobie z prowadzeniem pojazdu w trudnych warunkach. Ale Twoje wątpliwości są jak najbardziej uzasadnione.

 

Pozdrawiam i również życzę powodzenia.

To najlepszy tekst w tym miesiącu, jaki czytałem. To najlepszy tekst na konkurs, jaki do tej pory przeczytałem. Świetny tekst. Bardzo dobrze rozegrana fabuła i zgrabnie wszystko rozrysowane. Jest Miasto, jest cyberpunk. Zdanie wykonane. Dla mnie tekst zasługuje na coś więcej niż na podium w konkursie. Szkoda, że tak krótko byłem w tym Twoim wymyślonym świecie.

"Wszyscy jesteśmy zwierzętami, które chcą przejść na drugą stronę ulicy, tylko coś, czego nie zauważyliśmy, rozjeżdża nas w połowie drogi." - Philip K. Dick

Mkmorgoth – wielkie dzięki za tak miłe słowa.

Nic nowego nie napiszę, poza tym, że podobało mi się. Czytając komentarze, dochodzę do wniosku, iż wszyscy mają po troszę racji.   Pozdrawiam

Mastiff

Jeszcze raz chciałbym podziękować za wszystkie komentarze. Są bardzo motywujące, a uwagi w nich zawarte, konstruktywne i pozwolą mi dopracować tekst. Poza tym cieszy mnie fakt, że tak wiele osób to opowiadanie przeczytało i nikt nie czuje się zawiedziony. 

 

Wczoraj wieczorem (a w zasadzie to już w nocy) doznałem olśnienia – wymyśliłem zakończenie, do którego cała historia "Sparowanych" będzie zmierzać, które będzie logiczną konsekwencją powyższego tekstu, a jednocześnie pozwoli mi na solidne rozbudowanie fabuły i zabranie czytelników w wiele ciekawych zakątków miasta. W finale mój bohater zostanie… oczywiście nie zdradzę teraz zakończenia.;) Pomysły mnożą się jak króliki i już nie mam wyjścia – będę musiał je z siebie wyrzucić. Wyjdzie z tego (przynajmniej) mikropowieść. Dzięki Waszym komentarzom (że krótkie, że za mało) wyzbyłem się też obaw, że nikt tego później nie przeczyta. Poczekam tylko jeszcze na komentarze jury konkursu, loży po nominacjach i zabieram się za pisanie.

 

Co do konkursu – po nominacjach do piórka (za które także pragnę podziękować) myślałem, czy nie wycofać opowiadania, bo nie chciałbym, aby inni autorzy mieli jakiekolwiek poczucie, że tekst został wyróżniony jeszcze przed rozstrzygnięciem konkursu, co może zwiększać jego szanse. Z drugiej strony konkurs "Średniowiecze" pokazał, że te piórkowe nominacje wcale nie muszą mieć jakiegokolwiek wpływu na werdykt jury. Pojawiło się wiele naprawdę świetnych opowiadań i rywalizacja będzie zacięta.

 

Pozdrawiam.

Ufff, to trochę mi ulżyło. Już się bałam, że czepiam się i czepiam, bo zmierzła jestem, wredna i tyle. A tu – może jednak się okaże, że to dobry pomysł był ;).

inni autorzy mieli jakiekolwiek poczucie, że tekst został wyróżniony jeszcze przed rozstrzygnięciem konkursu, co może zwiększać jego szanse

To jest niezwykle paranoidalne poczucie, więc nie ma co się nim przejmować  ; )

I po co to było?

Unfallu,   Napisałeś bardzo dobre opowiadanie, stąd moje pozytywne odczucia i właśnie taki komentarz pod Twoim tekstem. Zasłużyłeś na to. Opowiadanie zasługuje na szersze opisanie. Mnie zaś było bardzo miło spędzić czas na czytaniu tego opowiadania. Jeżeli znajdę czas, by pomysleć nad opowiadaniem, i coś zasugerować, to od razu dam Ci o tym znać.

"Wszyscy jesteśmy zwierzętami, które chcą przejść na drugą stronę ulicy, tylko coś, czego nie zauważyliśmy, rozjeżdża nas w połowie drogi." - Philip K. Dick

Unfallu, ponieważ przyszłam tu dopiero dzisiaj, mogę tylko dołączyć do chóru chwalących Twoje opowiadanie, bo wszystko co i mnie ciśnie się pod palce, już zostało powiedziane. Gratuluję Ci nad wyraz udanego i zacnego opowiadania.   „Wyściełane purpurowym chodnikiem schody dopełniały obraz przepychu”. –– Wyściełane purpurowym chodnikiem schody dopełniały obrazu przepychu.   „Trójnogi, powiadasz… To Ed. Niebezpieczyny typ”. –– Literówka.   „Staram się wprowadzić tu nieco porządku.Taka moja natura”. –– Brak spacji między zdaniami.   „…gankami, przybudówkami, wiatami i płotami, wykonanymi z często bardzo przypadkowych materiałów”. –– Wolałabym: …gankami, przybudówkami, wiatami i płotami, wykonanymi często z bardzo przypadkowych materiałów.   „Miałem świadomość, że to niebezpieczny rejon a większość zajęć, jakim się oddawali mieszkańcy tej strefy, była nielegalna”. –– Miałem świadomość, że to niebezpieczny rejon a większość zajęć, którym się oddawali mieszkańcy tej strefy, była nielegalna.   „…informacja, że już nie raz pozbawiono mnie wspomnień…” –– …iformacja, że już nieraz pozbawiono mnie wspomnień…   „…Roboty Tragarze zawlokły mnie do mrocznej celi”. –– …Roboty Tragarze zawlekły mnie do mrocznej celi.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy – dzięki za odwiedziny i za poprawki.

Bardzo dobry, wciągający tekst, a na dodatek napisany tak, że czuje się klimat. Brrr, aż się zimno robi ; ) Całość dopracowana i ładnie zazębiająca się ze sobą, nawet akcencik uru w czerwonym płaszczu. Nic dodać nic ująć do komentarzy poprzedników, więc podsumuję jeszcze tylko, że podobało mi się bardzo! ; )

Jak zwykle w Twoim przypadku jestem pod wrażeniem sprawności warsztatowej, fabuły i wogóle wszystkiego :)

Homar, Treef – dzięki, że przeczytaliście. Cieszę się, że przypadło wam do gustu. Pozdrawiam

Mi osobiście styl narracji nie przypadł do gustu. Jestem przekonany, że pasuje zarówno do opowiadania, jak i głównego bohatera, ale po prostu nie przepadam za takim sposobem prowadzenia opowieści. Ot, subiektywizm, co poradzisz? Sam tekst jest bardzo ciekawy. Z początku chciałem zarzucić ci pójście po łepkach, bo przecież żadna z ras, występujących w opowiadaniu, nie jest praktycznie w ogóle scharakteryzowana, ale zrozumiałem sens tego zabiegu, gdy dotarłem do końca. Także za to bardziej plus niż minus. A samo zakończenie jest zdecydowanie bardzo dobre. Do samego końca nie spodziewałem się tego, co wyjawił kona, a zaskoczony czytelnik to zadowolony czytelnik.

Moim zdaniem, udało Ci się w swoim tekście oddać ducha steampunku; klimat jest bardzo podobny do tego, jaki w swoich opowiadaniach buduje China Mieville i za to należą Ci się słowa uznania. Już od samego początku wciągasz czytelnika do tego posępnego świata, widać że jest pomysł i rodzi się ciekawość w jakim kierunku to będzie zmierzało. Niestety, im dalej, tym silniejsze odnosiłem wrażenie, że zabrakło przemyślanego rozwinięcia i w gruncie rzeczy interesujący wstęp był najlepszym fragmentem tekstu. Scena wypadku, w którym giną policjanci kończy, jak dla mnie, tą mocną część. Nie będę ukrywał, że sporym zawodem okazały się dla mnie dialogi, myślę że można było rozpisać je lepiej, w paru miejscach wydawało mi się, że poszedłeś mocno "na skróty". Pomijając fakt, że treścią nie przekonałeś mnie do swojego utworu, to jeszcze raz gratuluję ciekawego klimatu. Ale to i tak za mało. Pozdrawiam. 

Dziękuję za to, na co liczyłem po nominacji – za komentarze. "Sparowanych" będę pisał dalej, choć tytuł może ulec zmianie, gdyż nie musi być adekwatny do całości po rozbudowaniu fabuły. Komentarze pomogą mi nie tylko poprawić błędy w tej części, ale wskażą mi mankamenty których będę starał się unikać dopisując historię dalej. To opowiadanie będzie początkiem historii, ale ulegnie modyfikacji – mam wskazówki od Was, nie będzie mnie gonił żaden termin ani ograniczał limit znaków.

 

Vyzart – sposób narracji w zamierzeniu miał się zmieniać, ewoluować wraz z głównym bohaterem. Było to trudne w krótkim opowiadaniu, ale w dłuższej formie postaram się to dopracować. Opisy "ras" postaram się rozrzucić nieco po całości w następnych fragmentach.

 

Domek – postaram się nie zatracić klimatu. Obiecuję, że popracuję nad dialogami, tym bardziej, że nie będę już musiał w nich podawać tylu informacji w zagęszczonej formie. Część z nich wypadnie z tego fragmentu i powędruje do następnych. Myślę, że przybędzie nieco opisów. To opowiadanie miało być krótką wycieczką po Mieście. Postaram się ją zmienić w przygodę.

 

Każdy komentarz cenny. Dziękuję i pozdrawiam.

Myślałem, że znowu w tym miesiącu będę kręcił nosem na każdy tekst z osobna, ale na szczęście dotarłem do Twojego. Będę powściągliwy w chwaleniu Cię, ale czytając mój komentarz pamiętaj, że tekst mi się podobał. Podoba mi się pomysł na świat, ale w tym opowiadaniu tego świata jest trochę za mało. Wydaje mi się, że dobrze byś zrobił zdradzając trochę więcej, dodając kilka niedługich opisów. Podczas czytania przeszkadzało mi to, że nazywasz rasy, a dla mnie te słowa nic nie znaczą. Oczywiście – koniec wiele w tym zmienił, niemniej byłoby nieźle, gdyby czytelnik mógł sobie nieco lepiej zwizualizować, tudzież zidentyfikować to, o czym piszesz. Przyczepiłbym się też do nieco płaskiej konstrukcji postaci pobocznych – zdecydowanie brak im życia i nawet jeśli to roboty, powinny mieć go więcej. Po wypadku i ucieczce przed uru wydarzenia dzieją się szybko, wprowadzasz kilku nowych „płaskich”, a w dodatku w moich oczach robisz z nich dosyć łatwowiernych i mało inteligentnych ludzi (chodzi o dialogi, w których też sam bohater, jak na przerażonego slumsami, sprawia wrażenie dosyć niewiarygodnego). Zwolniłbym tutaj trochę. Przemyślał tak rozmowę z wybawcą naszego androida, jak i późniejszą, z jego kumplami. W tym momencie opowiadania zacząłem już nieco wątpić w to, czy będę usatysfakcjonowany lekturą, ale na szczęście zakończenie rozwiało wszelkie wątpliwości.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Dzięki Berylu – cenne uwagi, a wraz z innymi komentarzami dają mi obraz tego, jak dopracować tekst.

 

Zazwyczaj, gdy siadam do pisania wiem już, jak opisywana historia się skończy, bo zakończenie wymyślam na samym początku. Pozwala mi to trzymać fabułę w ryzach i zachować spójność. Niestety czasem prowadzi to do braku cierpliwości, bo już by się chciało przelać końcówkę na ekran, a jeszcze tyle po drodze trzeba opisać. Być może dlatego kilku komentujących miało wrażenie, że akcja przyspiesza za bardzo. Muszę nad tym popracować, nauczyć się cierpliwości.

 

Pozdrawiam

Zgodnie z obietnicą przeczytałam;) Sprawny warsztat, klarowna kontrukcja i wciągająca fabuła. Bravo! Zaczęłam czytać i zdziwiłam się, że to już koniec – to najlepszy dowód na to, że tekst jest dobry:) Moim zdaniem jest to zgrabna, dopieszcona całość – ani nie za dużo, ani nie za mało; ani zbyt czule, ani zbyt oschle – w sam raz. Jesli chciałbyś to jednak poszerzać, to (moim zdaniem) nie zmieniaj tego co już masz, tylko dodaj kilka scen, może np. coś w slamsach i coś po aresztowaniu, i wystarczy. Nadmiar burzyłby wyważoną konstrukcję, moim zdaniem. Co byś tam nie kombinował;), proszę nie popsuj tego, co już wyszło:):):) Pozdrawiam!

LadyBlack – dzięki. Postaram się nie popsuć. :)

Jeszcze raz dziękuję za poprawki w komentarzach, które teraz na nowej stronie mogłem uwzględnić w tekście. Dziękuję też za głosy w plebiscycie.

Fantastyczna wymiana zdań pod tytułem “Roger kontra reszta świata” nie wciągnęła mnie równie mocno jak opowiadanie. To dobrze świadczy o opowiadaniu! :)

Również odczułem tę beznamiętność narracji, ale mnie z kolei przywiodła na myśl starej daty fantastykę, czy nawet powieści przygodowe. Nie potrafię rzucić przykładami, ale w głowie mam zakodowane powiązanie właśnie z takimi klimatami. Wymagała trochę “oswojenia się z”, ale potem już było ok – no i biorąc pod uwagę zakończenie i jej robotyczność, nabiera sensu.

Natomiast tak jak niegdyś ochę, tak i mnie ukłuła skrótowość tekstu. Wszystko dzieje się natychmiast, jakbyś miał bohatera na sznurku i ciągnął go jak najszybciej przez konieczne sceny do (świetnego) zakończenia. Bardzo przydałoby się tu i ówdzie dać historii pooddychać. Szczególnie mocno ubodło mnie to przy spotkaniu z Tym-Który-Wziął-Frana-Za-Gora-Przez-Płaszcz. “Oż ty, co mu zrobiłeś?” “Nic, tylko pożyczyłem płaszcz”. “A to spoko, nie mam żadnych wątpliwości co do twojej prawdomówności. A tak w ogóle to ukrywamy fakt, że nie jesteśmy tak niecywilizowani, jak sądzicie, więc wracaj, skąd przyszedłeś, i nie zdradź się z tym przed nikim”. Ten fragment co do charakteru zalatywał niemal przemową czarnego charaktera “zanim cię zabiję, zdradzę ci swój plan!”. I niestety połebkowość w taki sposób oddziałuje na tekst jako całość.

…co nie znaczy, że mi się nie podobało. Wręcz przeciwnie, bardzo mi się podobało, twist z robotami jest świetny, a klimat Miasta niezastąpiony. Czytałem z wciąż rosnącym zainteresowaniem.

Swoją drogą, konstrukcyjnie, czy też pod względem ogólnych zrębów historii, tekst przypominał mi “Nowy wspaniały świat” Huxleya. Mamy bohatera, który nie do końca pasuje do ułożonego, shierarchizowanego świata, potem trafia do miejsca, w którym żyją wyrzutki spoza społeczeństwa, i przeżywa fascynację ich podejściem do życia, a na końcu spotyka się z Wielkim Zarządcą, jedynym świadomym tego, jak było przed zaprowadzeniem obecnego porządku, który wyjaśnia mu to i owo o funkcjonowaniu nowego (wspaniałego) świata. To żaden zarzut, tylko spostrzeżenie. Ciekaw jestem, czy miałeś coś takiego w głowie, kiedy to pisałeś.

 

PS: A założeń konkursu nie znam, więc czytałem to jako opowiadanie ogólne, nie tematyczne.

„Widzę, że popełnił pan trzy błędy ortograficzne” – markiz Favras po otrzymaniu wyroku skazującego go na śmierć, 1790

Diriad - bardzo Ci dziękuję za obszerny komentarz. Wszelkie uwagi bardzo cenne, bo dzięki nim się człowiek rozwija. A że pochwał dla połechtania ego też nie brakło, czegóż mi więcej trzeba. Dzięki.

Co miałem w głowie pisząc? Zakończenie i pewnie dlatego miejscami tak do niego gnałem. Muszę się jeszcze nauczyć cierpliwości.

–– Nie wiem. Jego trzeba spytać.

Czytałam już to kiedyś, nadal mi się podoba :)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka