- Opowiadanie: Niofomune - Bilet w jedną stronę

Bilet w jedną stronę

Autorze! To opowiadanie ma status archiwalnego tekstu ze starej strony. Aby przywrócić go do głównego spisu, wystarczy dokonać edycji. Do tego czasu możliwość komentowania będzie wyłączona.

Oceny

Bilet w jedną stronę

Po bezcennych radach, jakie dostałam przy moich poprzednich opowiadaniach, postanowiłam wziąć się poważnie za konstrukcję fabuły i mam nadzieję, że tym razem jej bestialsko nie zarżnęłam. Wesoło dałam sobie też spokój z tematyką Japoniopodobną i to chyba na amen, bo taki research może człowieka zabić.

 

Gdańsk, 29.08.2013

 

Człowiek zwany Jacca William zapewnił sobie stałe miejsce w koszmarach swoim spektakularnym wejściem. Bo przecież co innego powiedzieć o chudym nastolatku w szkolnym mundurku, który rozmachem wpada do celi razem z kratą?

– Przepraszam – powiedział Jacca, strzepując tynk z rękawa. Głos miał zaskakująco wysoki i jasny, ale z irytującą intonacją, którą stosował zapewne przez czystą przekorę. – Mogłem się teleportować bezpośrednio do celi, ale coś mnie podkusiło.

Sam Batt był zbyt zszokowany, żeby ruszyć się ze swojego miejsca na pryczy, więc tylko wbijał wzrok w intruza. Po trzech latach przyzwyczaił się do życia bez większych niespodzianek, więc tego typu wizyta była zwyczajnie wypierana przez jego mózg.

– Naprawdę przepraszam – powtórzył Jacca poirytowanym głosem, nie widząc żadnej reakcji. – Ale długo już tu nie pomieszkasz, więc na co ci jakieś drzwi, co?

Wąskie oczy o żółtych tęczówkach patrzyły uważnie i z dystansem. Sam zdążył znienawidzić ten kolor całym swoim sercem, ponieważ zbyt wiele razy widział go już w lustrze.

– Hej, słyszysz mnie? – Jacca pomachał mu ręką przed oczyma. – Zawiesiłeś się? Masz katatonię? Jesteś debilem?

Sam zamrugał, na co intruz westchnął i odsunął się.

– Kim jesteś? – Więzień co prawda mógł zadać głupsze pytanie, ale nie zrobił tego, chociaż bynajmniej nie z premedytacją.

– Naprawdę nie wiesz? – Jacca westchnął teatralnie. – Tyle pracy nad nieograniczoną sławą medialną idzie na marne.

– Po prostu się upewniam – warknął Sam, podnosząc się wreszcie z pryczy.

– O? Tak, jestem Jacca William. William to nazwisko, tak na marginesie. Wszyscy mają z tym problem.

Jeszcze przed osadzeniem Sama w więzieniu sporo nasłuchał się on o tym legendarnym niemal przywódcy buntowników, bo rzeczywiście był to człowiek nader medialny. Nawoływał głośno o prawach mutantów i nagłaśniał wszystkie sprawy samowoli ludzi – nic więc dziwnego, że pozwami i nagrodami za swoją głowę mógłby wytapetować pokój mniej-więcej wielkości hangaru. Z tego, co kojarzył Sam, miał koło trzydziestu lat i chociaż chłopak wiedział o mutantach o wiele więcej, niż by chciał, wygląd Jaccy i tak go zszokował.

– Czego tutaj chcesz? – zapytał krótko.

– Ooo… Jesteś nieuprzejmy, wiesz? Jak myślisz, ile czasu leciałem w te całe Karpaty? – Jacca porzucił ton rozpieszczonej panienki niemal równie szybko, jak wcześniej go przyjął. – Widzisz, masz dwie opcje. Pierwsza! – Pokazał Samowi jeden odgięty palec. – Zostaniesz jednym z moich kompanów i przyczepisz sobie na czole plakietkę grupy bojowniczej „Pancernik”. Druga! – Odgiął drugi palec. – Nie zrobisz żadnej z tych rzeczy, ale klawisze i tak stwierdzą, że jesteś podejrzany, bo z tobą rozmawiałem. Co ty na to?

Sam wprost nie mógł uwierzyć w to, co słyszy.

– To wszystko, co masz mi do powiedzenia?

– Mam jeszcze paczkę landrynek, ale wolałbym się nimi nie dzielić.

– Nie chcę żadnych landrynek!

Naprawdę! I ktoś taki uważa się za osobę reprezentującą interesy mutantów? Nic dziwnego, że wszyscy kończą w więzieniach!

– Na pewno? Cytrynowe. – Jacca machnął ręką. – No dobrze, dobrze. Nie złość się, Armeńczyku.

– Nie jestem Armeńczykiem – powiedział Sam, opierając się o ścianę. Jeny, zmęczył się od tego wszystkiego.

– Nie? – Wąskie oczy nieoczekiwanie znalazły się dokładnie na wprost jego twarzy. – Na tabliczce przy drzwiach jest napisane: „Samvel Batt, skazany na dożywocie za niezarejestrowaną działalność paranormalną”. Pomyliłem cele?

– Nie pomyliłeś. – Sam odsunął się na bezpieczną odległość. – Nie jestem z Armenii, tylko stąd, z FSZy.

– No dobrze, Asyryjczyku. – Jacca wzruszył ramionami. – Chodź ze mną. Zobaczysz, będzie fajnie. Pod moimi rządami mutanci będą mogli wieść normalne życie, tylko trzeba nad tym trochę popracować. Dlatego potrzebuję ludzi takich jak ty, bo inaczej rzeczywiście nie będę w stanie z niczym ruszyć. Pomyśl, ile dobrego możesz zrobić, zamiast gnić w tym więzieniu z powodu absurdalnego oskarżenia.

Sam przyzwyczaił się już do więzienia i nigdy nie lubił zmian, ale słowa przywódcy rebeliantów przebudziły w nim jego dawne marzenia. Kiedyś, zanim wydało się, że nie jest człowiekiem, chciał zostać tłumaczem przysięgłym, założyć rodzinę, żyć jak najnormalniejszy obywatel. A miał przecież wciąż dwadzieścia dwa lata i całe życie przed sobą.

– No, taka postawa jest o wiele lepsza. – Jacca z aprobatą skinął głową. – Chodźmy. Widzisz, zorganizowałem dywersję w zachodnim sektorze, żebyśmy mogli sobie pogadać, ale tutaj strażnicy też powinni niedługo dotrzeć.

Korytarz oświetlony niskowatowymi żarówkami zdawał się ciągnąć w nieskończoność i wszędzie wyglądał tak samo, ale Jacca bezbłędnie wybrał kierunek.

– Nie teleportujemy się? – wyraził zdziwienie Sam. – Przecież w ten sposób się tu dostałeś.

– Tak, tak. – Przywódca rebeliantów machnął niefrasobliwie ręką. – Musiałbyś mieć specjalny bezpiecznik, żeby teleportować się łańcuchowo, a zupełnie zapomniałem wziąć go z domu. Dlatego będziemy musieli wydostać się stąd metodą klasyczną. Nie martw się, jestem niepokonany. – Wyciągnął z kieszeni paczkę landrynek i rozerwał opakowanie. – Oj, wygląda na to, że niechcący wprowadziłem cię w błąd. Landrynki były ananasowe.

– Co za różnica? – Wycedził Sam przez zęby, ale odpowiedziało mu tylko pogodne chrupanie. – Ej, a reszta więźniów? Nie mów, że zamierzasz ich tutaj zostawić.

– Niestety. – Jacca schrupał kolejnego cukierka. – Nie jestem w stanie zapewnić transportu wszystkim, dlatego wydostanie twoich umiejętności jest dla mnie priorytetem. Ale to tylko kwestia czasu, aż więzienia otworzą się i wszyscy nasi kompani wyjdą na wolność.

Wydawał się być zupełnie spokojny, poza tym emanował aurą samobójczej wręcz pewności siebie. Sam w całym swoim życiu nikogo podobnego nie spotkał, ale nie dziwiło go to specjalnie – w końcu rozmawiał z żyjącą legendą. Chociaż pewien problem stanowił do niego pogodzenie wizerunku przywódcy buntowników z tym chłopaczkiem o niesamowicie jasnych włosach i z paczką cukierków w ręce.

– Niestety, mam już narzeczoną – oznajmił Jacca, a Sam poczuł, że czerwienieje. – Chociaż to tylko na pokaz, żeby zagadywane w barze licealistki mnie nie podejrzewały, ale nie rozpowiadaj tego specjalnie.

– Nie wierzę, że taki idiota naprawdę przewodzi buntownikom – stwierdził Sam z rezygnacją.

– Ciii. – Jacca uciszył go niespodziewanie i zatrzymał się. – Mamy gości.

Seria z karabinu maszynowego przeszła po ścianie, obsypując uciekinierów tynkiem. Sam nie mógł uwierzyć własnym oczom na widok kul, które zatrzymały się pół metra przed zbiegami i wróciły do swoich właścicieli z niezwykłą prędkością. Strażnicy, widząc opór i padających na ziemię kumpli, natychmiast schronili się za załomem korytarza.

– Jakim cudem używasz swoich mocy? – Sam wciągnął towarzysza za zakręt, zanim ten zdążył ruszyć prosto na schowanych strażników. – Przecież tu co krok to wygłuszacz. To więzienie dla mutantów!

– Mówiłem ci, że jestem niepokonany. – Jacca wzruszył ramionami, jakby wyjaśniał coś oczywistego.

Machnął tylko ręką i korytarz, z którego przyszli, zapadł się z hukiem. Rzucony przez strażników granat pędem śmignął z powrotem i chwilę później ścianami wstrząsnął potężny wybuch, a powiew wymiótł podłogę do czysta.

– Przeciwko czemu to było? Czołgom? – Jacca wystawił głowę za róg. – Czysto, możemy iść dalej, Aryjczyku. Ach, ci ludzie nigdy się nie nauczą…

Sam szedł za nim dalej w dziwnym oszołomieniu, z jakiego nie wyrwał się jeszcze od momentu – w zasadzie przed chwilą – kiedy ten niemożliwy intruz wparował do jego celi. Wyglądało na to, że Jacca nie ma najmniejszych problemów z wydostaniem się z miejsca, które miało być więzieniem dla takich jak oni. Ba, w jego wykonaniu wyglądało to jak spokojny spacerek do najbliższego sklepu – ani przez moment nie przestawał się uśmiechać, jak rodzic widzący psotę niesfornego dziecka, a serie z karabinów nawet nie miały szansy do niego dotrzeć. Szedł przez więzienie jak wolno wzbierająca lawa, której obojętne są wysiłki przerażonych ludzi. Wcale nie kłamał, mówiąc, że jest niepokonany.

– To nasz helikopter – powiedział Jacca, wskazując na niebo przez dziurę w dachu. – Dość już tej zabawy.

Chwycił kompana za ramię i po prostu odbił się od ziemi. Sam nigdy dotychczas nie był nawet na pokładzie samolotu i nie przypuszczał w najdziwniejszych snach, że można przydarzyć mu się coś tak absurdalnego. Podłoga jednak rzeczywiście uciekała w dół, gdy przelatywali przez wyrwę w dachu, a potem więzienie zmniejszało się i oddalało coraz bardziej. Z pokładu helikoptera było już tylko szarą bryłą wyciśniętą pomiędzy zbocza dwóch zalesiony gór.

 

– Witaj, w naszym królestwie. – Jacca wskazał szerokim gestem na docelowe miejsce.

Był to nowoczesny, trzykondygnacyjny dom skrzący się stalą i ścianami szkła. Widać było, że projektowany był z niebywałym rozmachem, ale również elegancją oraz pewnym kunsztem estetycznym. Sam nawet nie chciał się zastanawiać, skąd buntownicy mieli fundusze na wybudowanie i utrzymanie takiej posiadłości.

– To dzięki grze na azjatyckiej giełdzie – wyjaśnił Jacca, jakby czytał w myślach towarzysza. – W końcu musimy mieszkać w czymś reprezentacyjnym, skoro to ma być zalążek nowego świata. Progu tego domu nie przekroczył jeszcze żaden człowiek i nigdy do tego nie dojdzie, zaręczam.

– A skąd bierzecie prąd? – Sam rozejrzał się w poszukiwaniu słupów wysokiego napięcia, ale takowych nie zauważył – Przecież to miejsce pośrodku niczego, nie prowadzą tu nawet drogi.

– Mamy coś w rodzaju prywatnej elektrowni – wyjaśnił enigmatycznie Jacca i Sam postanowił już o nic więcej nie pytać.

Jak się okazało, wnętrze urządzone było z równą starannością i gustem – szczęśliwy projektant wnętrz musiał zbić na buntownikach fortunę. Chyba że mieli jakiegoś w swoim gronie, co, patrząc na dziwactwa Jaccy, nie wydawało się takie głupie. Tymczasem jednak Sam został sprowadzony po zawiniętych schodach i jego oczom ukazał się widok na całkiem sielski pokój dzienny. Kilka osób natychmiast spojrzało w kierunku wchodzących.

– Sierżancie! Szybko ci to poszło. – Cycata blondynka w niebieskim mundurze natychmiast do niech podeszła. – Nie, żebym spodziewała się czegoś innego.

– Nie słodź już tak. – Chłopak z szopą rudych włosów oparł się obok na kiju bilardowym. – Sierżancie, kupiłem ci rodzynki w czekoladzie prosto z „Zawijasa”. Są na kredensie.

– Poznajcie się, to Minimilian, Adolfa, to Helenka. – Jacca uznał, że dopełnił obowiązków gospodarza i teleportował się na kanapę. Z kredensu natychmiast sfrunęły do niego pilot i paczka słodyczy.

– Czy on tak zawsze? Czy dzisiaj się czegoś naćpał? – Sam zgrzytnął zębami. – Jestem Samvel Batt, miło mi.

Dwoje buntowników tylko się uśmiechnęło na to pytanie. Oboje mieli bardzo jasno żółte oczy.

– Maks Wincler.

– Alruna Kretz.

Sam uścisnął wyciągnięte ręce.

– O, a więc tak to było – powiedziała nieoczekiwanie Alruna. – Sierżant wreszcie przyznał, że jest zaręczony tylko dla picu.

Sam natychmiast cofnął rękę i zrobił krok do tyłu.

– Jest telepatką – wyjaśnił Maks za koleżankę.

– Zauważyłem.

– A ja elektrownią.

– Że co proszę?

Chłopak tylko strzelił palcami i z dłoni poszła mu błyskawica. Sam cofnął się jeszcze o krok.

– Ej, nie strasz nam nowego – zrugała go Alruna, następnie zwróciła się do Sama: – Pewnie chcesz się odświeżyć i odpocząć? Pokażę ci, gdzie będziesz mieszkał. W razie jakichś problemów zawsze możesz też do mnie przyjść, na przykład gdyby ten z sianem na głowie próbował cię w coś dziwnego wciągnąć.

Będąc na schodach, Sam obrzucił pokój jeszcze jednym spojrzeniem. Na kanapę obok Jaccy wspięła się dziewczynka w sukience w grochy, na oko pięcioletnia, i położyła przywódcy buntowników głowę na ramieniu. Ten natomiast poczochrał jej włosy z ciepłym uśmiechem i podsunął pod nos rodzynki w czekoladzie. Od stołu bilardowego również podszedł ktoś, żeby się przywitać, ktoś inny przyniósł na tacy ciasteczka i dosiadł się.

– Wszyscy go tu uwielbiają – zauważył Sam, na co Alruna uśmiechnęła się.

– Wiele mu zawdzięczamy.

Po wyjściu z pokoju dziennego, Sam trafił na pierwsze piętro i Alruna zaprowadziła go do drzwi w połowie wyłożonego beżowym dywanem korytarza. Sypialnia pachniała nowością, jasne meble i oliwkowo-zielony dywan dodawały pomieszczeniu przytulności. Z okna rozpościerał się widok na sosnowy bór gdzieniegdzie przełamany jedliną, a także kawałek basenu ze zjeżdżalnią. Dla Sama, który ostatnie trzy lata spędził w surowych warunkach więziennych, był to istny raj na ziemi.

– Mieszkam kawałek dalej, za rogiem, drzwi są podpisane, więc jakbyś czegoś potrzebował, to daj znać – powiedziała z progu Alruna. – Jutro albo pojutrze Maks wybiera się do miasta, więc możesz się z nim zabrać i kupić, co tam potrzebujesz. A to jest plan dnia. – Wręczyła mu tabelkę. – o siódmej pobudka i poranne ćwiczenia, o ósmej trzydzieści śniadanie, potem do południa planowanie działalności dywersyjnej, popołudniowy sparing, o piętnastej obiad… Tak?

– Czy mógłbym zostać oddelegowany do kuchni?

Sam naprawdę chętnie mógłby nawet zmywać. Chociaż prawdę powiedziawszy, to najchętniej nic by nie robił – jak uznał pół godziny później wyciągnięty wygodnie w wannie z gorącą wodą. Ale gdyby zaszła już taka konieczność, wolałby powstrzymywać się od przemocy i typowego buntowniczego szkolenia. Oczywiście zdawał sobie sprawę, dlaczego Jacca wyciągnął go z więzienia, zresztą sam przywódca buntowników wcale się z tym nie krył. W końcu osoby potrafiącej zatrzymać czas nie spotyka się na co dzień w metrze.

Sam chlapnął w powietrze pianą i patrzył, jak bańki z wodą zawisają w powietrzu w całkowitym bezruchu. Uwolnił je i spadły z powrotem do wanny.

Ci wszyscy buntownicy wyglądali jak szkolna wycieczka, rozgadana, wesoła ferajna – ale w końcu czemu się dziwić? To przecież młodzi ludzie, którzy niedużo wcześniej nagle dostali moce jak z komiksu. I w dodatku zostali zorganizowani przez charyzmatycznego, ekscentrycznego przywódcę, który dał im wspaniałą ideę. Sam nie był tutaj wyjątkiem i też chciałby uwierzyć, że rzeczywiście dla mutantów znajdzie się jakieś miejsce na tym świecie. Przecież sam widział wyraźnie, że są ludźmi jak wszyscy inni, tylko społeczeństwo widzi w nich potwory i obawia się na każdym kroku. Ta sielanka, jaką przedstawiali sobą poplecznicy Jaccy, wyraźnie mówiła, że w tym „królestwie” zanegowany jest ten jeden miażdżący fakt. Nic dziwnego, że wszyscy tutaj tak swojego przywódcę uwielbiali.

Następnego dnia Sam razem z Maksem, teleporterką Jolly i jeszcze dwojgiem innych rebeliantów wybrał się do miasta – sporej, ćwierćmilionowej miejscowości na terenie dawnej Ukrainy z nazwą nie do wymówienia. Wyglądało na to, że buntownicy tutaj właśnie zaopatrywali swoją bazę w żywność i produkty pierwszej potrzeby, a nie mieli schowanych gdzieś w górach pól uprawnych czy pastwisk, jakkolwiek łatwo przychodziło w tę drugą opcję uwierzyć. Sam za pożyczone pieniądze kupił sobie bojówki, t-shirt i – jak określił to Maks – menelską myckę, żeby wreszcie wyglądać jak człowiek. Od razu zrobiło mu się z tym faktem lepiej.

Wraz z upływem czasu chłopak coraz bardziej wczuwał się w atmosferę tego miejsca i odzyskiwał spokój. Na początku dziwił się, że został tak beztrosko i przyjaźnie przyjęty – w końcu był dla tych ludzi kompletnym nieznajomym, mógł na przykład szpiegować dla jakiegoś rządu czy organizacji – ale Jacca zbył we wątpliwości lakonicznym „Jesteś przecież jednym z nas”. Tak jakby sama przynależność rasowa definiowała, czy ma się do czynienia z poczciwcem czy ostatnią szują. Ale atmosfera tego miejsca udzielała się i Sam po pewnym czasie zaczął zapominać, że poza granicami królestwa Jaccy jest jeszcze jakiś świat. Chłopak zaprzątnięty był tętniącym, barwnym życiem i ludźmi, których przewijała się przez bazę cała gromada.

Jacca znikał czasami na całe dnie, a kiedy wracał, natychmiast zasiadał przed telewizorem albo konsolą wideo w pokoju dziennym, czasami przywożąc dla pięcioletniej Tamy zabawki kupione po drodze, rzucając wokoło przyjaznymi docinkami i bez zdziwienia przyjmując wyrazy przywiązania. Był sercem tej grupy wyrzutków i nikogo zupełnie to nie dziwiło.

Sam niczego jeszcze nie podejrzewał, gdy pewnego wieczora, kiedy grał akurat z Maksem w bilard, rozległ się dzwonek „Duquesne Whistle” Boba Dylana. Jacca odebrał telefon, trzymając go w dwóch palcach, jak to miał w zwyczaju, i rzucił krótkie „Hm?” do słuchawki, następnie słuchał przez chwilę osoby przemawiającej po drugiej stronie. Kiedy rozmówca skończył, przywódca buntowników westchnął i rozłączył się.

– Ten pajac… – westchnął, odstawiając na powietrze talerzyk z tiramisu. – Jurij Babanin znów wpakował w coś swoich. Będziemy musieli się tym zająć.

– Czemu mamy go wyręczać? – Alruna zrobiła niezadowoloną minę. – Niech wreszcie nauczy się dbać o swoich podwładnych.

Jacca oparł głowę o kanapę i komórkę również zawiesił w powietrzu.

– Chciałbym – przyznał. – Ale rosyjskie GHQ postanowiło urządzić publiczną egzekucję. Można było podejrzewać, że któryś kraj wykorzysta tę klauzulę w międzynarodowym prawie karnym.

– Ohydztwo. – Alruna zacisnęła usta. – Tylko ludzie mogliby coś takiego wymyślić.

– Wyruszamy zaraz, bo to kawałek drogi – zakomenderował Jacca. – Idzie ze mną Minimariusz, Jokasta, Adolf i Aryjczyk.

Mimo że oprócz imienia Tamary Jacca nie był w stanie – czy może nie chciał – zapamiętać żadnego, każdy cudownym sposobem wiedział, o kogo chodzi.

– Sierżancie, zabierasz nam elektrownię? A co z prądem?

– W graciarni stoi rowerek z akumulatorem. Jak masz czas narzekać, to masz też czas pedałować.

– Wolałbym jednak zostać – zauważył Sam niespecjalnie zachwycony z sytuacji.

– Zobaczysz, będzie ciekawie. – Jacca poklepał go po ramieniu i teleportował się.

 

Sytuacja mutantów w dawnym bloku Radzieckim uznawana była dawniej za jedną z najgorszych na świecie, jednak żeby temu zapobiec część państw Europy środkowej utworzyła w oparciu o Unię FSZę – Federację Słowian Zachodnich, która utrzymywała narzucane przez Zachód standardy. Sam uważał, że miał wielkie szczęście, bo linia demarkacyjna przeszła o kilkanaście kilometrów od jego rodzinnego miasta, dzięki czemu „jedynymi” konsekwencjami, jakie go spotkały, było zamknięcie w izolowanym zakładzie, kiedy jego umiejętności wyszły na jaw. Niestety nie zmieniało to faktu, że na terenie Europy wschodniej i w większej części Azji sytuacja bynajmniej nie uległa poprawie – a nawet się pogarszała. Jedyną przeciwwagą na tym kontynencie był wschodni sojusz Japonii i Południowej Korei, jednak te kraje niewiele mogły zdziałać przeciwko światowym supermocarstwom prócz przyjmowania tych nielicznych zbiegów, którym udało się przemknąć przez kontrole na granicach.

Sam nie był wcale zachwycony, że nagle wielka polityka wyciąga po niego ręce, w końcu nie uważał się za kogoś, kto mógłby zmienić losy świata. Jednak nie zamierzał bynajmniej siedzieć bezczynnie w takiej sytuacji i chociaż najchętniej w tej chwili leżałby na łóżku w swoim pokoju odcięty od całego świata słuchawkami, stał w oknie pokoju hotelowego na peryferiach Angarska i czekał na wiadomości od grupy zwiadowczej. Na parkingu dwa gołębie obsrywały czerwoną Ładę, ale poza tym w zasięgu wzroku było zupełnie pusto, co chłopak starał się paranoicznie weryfikować co chwilę. Jacca z kolei nie wydawał się specjalnie emocjonować sytuacją – chrupał czekoladowe Pocky i oglądał rosyjski melodramat, w czym, jak widać, nienaturalnie głośno chodząca klimatyzacja zupełnie mu nie przeszkadzała.

– Helenko…?

– Mówiłem, żebyś mnie nie denerwował.

– Możesz mi tłumaczyć? Bo ni w ząb nie rozumiem, o czym oni tam mówią.

– Może zajmij się czymś pożytecznym? – Sam westchnął i wywrócił oczyma, w odpowiedzi usłyszał jedynie chrupnięcie kolejnego Pocky.

– Naprawdę nie masz się czym denerwować, bo tak długo, jak ja tu jestem, nikt nie jest w stanie nas pokonać. Prawdę powiedziawszy, mógłbym wszystko tutaj zrobić sam, ale chciałbym zobaczyć z bliska twoje umiejętności. Czekaj, gadają. Tłumacz!

– Zatrudnij sobie tłumacza!

– Uch, jesteś paskudny. Teraz nie wiem, co się dzieje.

Sam, jesteś?

Chłopak natychmiast przyłożył palce do skroni, żeby się skoncentrować, słysząc wezwanie telepatyczne.

Alvin?

U nas wszystko gotowe. Kiedy sierżant da znać, Maks rozpocznie dywersję.

– Czekamy jeszcze na Babanina, aż wyśle plany budynku – powiedział Jacca, nie odrywając wzroku od ekranu.

Minuty mijały w ciszy przerywanej tylko gadaniem głośników i buczeniem wentylatora. Dla Sama wydawała się to cała wieczność, nim telefony jego i Jaccy zabrzęczały dźwiękiem przychodzącego MMS-a.

– No to jedziemy. – Lider rebeliantów nawet nie pofatygował się, żeby wyłączyć telewizor.

Alvin, startujemy.

Jacca chwycił Sama za ramię i obaj się teleportowali.

 

Pociski zatrzymały się i zawisły w powietrzu równie nieruchomo, jak skamieniali nagle żołnierze. Dwóch strażników przy bramie ogromnego, betonowego gmachu irkuckiej bezpieki patrzyło wciąż w ten sam punkt przestrzeni z karabinami nadal podniesionymi do strzału. Przed ich twarzami oskarżycielsko wisiał zamrożony w czasie granat.

– Niesamowite, naprawdę. – Jacca rozglądał się wokół z nieukrywanym zachwytem. – To rzeczywiście działa.

– Nie puszczaj się mnie, bo też trafisz pod działanie zatrzymania – ostrzegł Sam.

– Wiem, wiem. Zobacz, granat. Ci ludzie chcieli nawet pozabijać własnych kompanów, żeby nas dorwać.

– Nie dotykaj!

Jacca zamarł z uniesioną ręką.

– Dlaczego?

– Zatrzymanie niweluje się dla każdego obiektu, którego dotknę. Inaczej jak miałbym otwierać drzwi czy chociaż chodzić? W naszej sytuacji te same zasady tyczą się też ciebie.

– Nudy. – Jacca westchnął i opuścił rękę. – Zasady są dla frajerów.

Weszli do budynku ostrożnie, żeby nie dotknąć żądnego ze skamieniałych żołnierzy. Od ilości skierowanych w swoją stronę luf Sam poczuł się bardzo niekomfortowo, z kolei Jacca obrzucił je fachowym spojrzeniem bez najmniejszego śladu zaniepokojenia.

– Całkiem nieźle są przygotowani – zauważył. – Przedzieranie się tędy siłą mogłoby być naprawdę kłopotliwe, bo nawet bym nie pomyślał, że na tym zadupiu mogą być tak wyposażeni. Coś za dużo ich tutaj siedzi.

– Nie myślisz, że to może być jakaś pułapka? – Pesymizm chwilowo wziął nad Samem górę. – Może jednak się wycofamy, kiedy jeszcze możemy?

– Już byśmy nie wrócili – odpowiedział lakonicznie Jacca.

Sam zastanawiał się, co kazało temu człowiekowi tak wiele ryzykować dla obcych. Czy dla Jaccy rzeczywiście fakt, że to mutanci byli w niebezpieczeństwie, wystarczał za wszystkie argumenty? Ktoś do tego stopnia dbający o swoich podwładnych, mógłby stworzyć naprawdę wspaniałe państwo – gdyby tylko udało się dowieść, że im też przysługują prawa jak każdemu innemu człowiekowi.

Mimo że wszystko zdawało się iść gładko, a plany wysłane przez Babanina prowadziły napastników jak po sznurku, złe przeczucia sprawiły, że Sam cały czas miał się na baczności. Nawet kiedy odpoczywali w niewielkim gabinecie z mapami – a Jacca wykazywał niezadowolenie, że kompan tak szybko zdążył się zmęczyć – chłopak ani na moment nie opuszczał gardy. I prawdopodobnie uratowało mu to życie, ponieważ potem, z powrotem na korytarzu, niemal w tym samym momencie, w którym czas wokół ruszył wbrew jego woli, bezzałogowe stanowiska otworzyły ogień. Cudem było, że i Sam, i przycupnięty w przeciwnej odnodze korytarza Jacca wyszli z tego ataku bez szwanku. Ale nie było czasu zastanawiać się na tym niespodziewanym szczęściem, bo w uszach aż dzwoniło ciśnienie od potężnych wygłuszaczy włączonych chwilę wcześniej – nawet w więzieniu chłopak nie czuł aż takiego ciśnienia tłumionej mocy. Jacca machnął mu ręką, żeby kompan uciekał, bo z korytarza, którym nadeszli, już dobiegały odgłosy pogoni. Obaj odwrócili się od siebie plecami i rzucili biegiem w przeciwne strony.

Pędząc na złamanie karku, Sam w przelocie zastanowił się, czy zostawienie Jaccy było rzeczywiście słusznym wyjściem – przecież ich lider bez swoich mocy i w ciele chudego nastolatka nie stanowił dla uzbrojonych żołnierzy żadnego niebezpieczeństwa. Ale to przecież nie tak, że obaj mieli jakieś wyjście, nie przedarliby się już na drugą stronę korytarza przez ogień z działek. A tak, osobno może przynajmniej jeden z nich zyska szansę, żeby uciec. Sam nie przyznałby się w żaden sposób, ale w głębi serca tchórzliwie chciał, żeby tym kimś był właśnie on.

Jednak te przemyślenia zajęły tylko chwilę. Korytarz, który stanowił jedyną trasę ucieczki, kończył się szeroką galeryjką. Sam zatrzymał się i bardzo wolno podniósł ręce, widząc mierzący w niego z obu stron tuzin karabinów. Złapali go wprost haniebnie szybko, a przecież wiedział, co w tym kraju robi się z mutantami. Mieli już nawet jedną egzekucję zaplanowaną na niedługo – pomyślał w przypływie histerycznego humoru. Ale potem dostrzegł coś, od czego serce przez chwilę mu stanęło, a potem wypełniło się szaleńczą nadzieją: to byli amerykanie.

– Poddaję się! – zawołał głośno, unosząc wyżej ręce. – Nie będę stawiał żadnego oporu!

– Nie bój się już tak. Czekaliśmy tu.

Sam spojrzał natychmiast w prawo, starając się jednocześnie nie wykonywać zbyt gwałtownych ruchów, które sprowokowałyby żołnierzy.

– Adam!

– Opuść już te ręce. A wy broń. – Jasnowłosy mężczyzna w elegancko skrojonym garniturze wyłonił się spomiędzy strażników i machnął na Sama, żeby za nim szedł.

Wojskowi rozstąpili się, nie czyniąc żadnych przeszkód, ale widać było, że nie spuszczają oka z jeńca. Sam i Adam przeszli niewiele dalej, Amerykanin bez słowa otworzył pierwsze drzwi w korytarzu na końcu galeryjki i tam weszli. Było to jakieś biuro, ale żaden z nich nie miał głowy, żeby przyglądać się specjalnie wnętrzu. Adam wbijał w Sama wzrok tak intensywnie, że chłopak odwrócił oczy.

– A więc naprawdę jesteś mutantem. – W głosie, co dziwne, nie było śladu zdziwienia. – Jeszcze przed chwilą myślałem, że to może jakieś nieporozumienie.

– Nosiłem kontakty – wyjaśnił Sam, wciąż nie patrząc w oczy dawnemu koledze. – Aż tak cię to dziwi? To był jedyny sposób, żeby mógł normalnie żyć.

– I tak na specjalnie długo ci to nie wystarczyło. Ej, słuchaj mnie. Jestem tu właśnie dlatego, że ta sprawa dotyczy ciebie!

– Słucham. – Sam spojrzał z desperacją. – Jesteś w stanie mnie stąd w jakikolwiek sposób wyciągnąć? Jakkolwiek.

– Zdajesz sobie sprawę, w co się wpakowałeś? – Adam był niepokojąco jak na niego poważny. – Próba odbicia terrorystów w dodatku wspólnie z organizacją Jaccy Williama to prawie jak samobójstwo.

– Terrorystów? – powtórzył głupio Sam.

– Z nieudanego zamachu w Irkucku. Nie mów-

– Nie miałem najmniejszego pojęcia! – zapewnił Sam. – Wiedziałem tylko, że to podwładni jakiegoś Jurija Babanina i że mają być rozstrzelani… – Głos uwiązł mu w gardle.

– Słuchaj. – Adam nieoczekiwanie położył mu dłonie na ramionach i potrząsnął nim. – Jestem w stanie cię stąd wyciągnąć, rozumiesz? Mam za sobą wysoko postawionych szefów i tutaj, i w Ameryce, ale musisz z nami współpracować. Ukartujemy to tak, że wszyscy pomyślą, że nam uciekłeś, tak? Wrócisz do kwatery buntowników i stamtąd dasz nam znać, gdzie ona jest oraz kiedy mamy zaatakować. Będziesz takim podwójnym agentem, rozumiesz? Jeśli nam pomożesz, aresztujemy wszystkich rebeliantów bez rozlewu krwi i przetransportujemy ich do Ameryki na mocy umowy międzynarodowej, gdzie wszystkich czeka jedynie dożywocie, nikt nawet nie pomyśli o karze śmierci, to przecież cywilizowany kraj. Oczywiście ciebie wyciągnę z tego zupełnie. – Przemawiał zdecydowanym, pewnym siebie tonem i Sam dawał się ponieść tej wizji. – Mogę nawet powiedzieć, że od początku miałeś być naszym tajnym agentem i wszystkie powiązania z buntownikami były tylko koniecznością misji. Zagwarantuję ci pracę w FBI jak normalnemu człowiekowi. Sam!

– Jesteś pewny? Że to zadziała…?

– Tak! – Adam cały rozgorączkowany wyciągnął z kieszeni komórkę i wręczył ją Samowi. – Jeśli tylko będziesz współpracował. Dzięki temu możesz skontaktować się z amerykańską ambasadą albo bezpośrednio ze mną. Rozmowy będą zupełnie bezpieczne od podsłuchów zarówno konwencjonalnych, jak i przez mutantów. Nikt nie nabierze nawet najmniejszy podejrzeń!

Sam jak we śnie zacisnął palce na komórce i bezwiednie wsunął ją do kieszeni.

– Adam, ja naprawdę nie wiedziałem, co się tu dzieje – zapewnił.

– Wiem o tym. Po prostu wpadłeś w złe towarzystwo, nie? Gdybym nie wrócił wtedy do Ameryki, do niczego by nie doszło. – Adam uśmiechnął się.

Wtedy wszystko eksplodowało. Sam aż zgiął się w pół, bo poczuł wybuch aż w samej głowie, ale po chwili zrozumiał, co się stało – to wybuchły wygłuszacze i teraz nagle zniknęło ciśnienie, jakie chłopak przez cały czas czuł w uszach. Jak pancernik zwijając się natychmiast w kłębek, Sam, niewiele myśląc, zamroził wszystko wokół w czasie. Kiedy wróciły mu jego moce, poczuł się, jakby nagle wynurzył się na powierzchnię i nabrał haust powietrza.

Skieruj się w stronę celu. – Usłyszał w swojej głowie głos Jaccy. – Już po ciebie wychodzę.

Sam obrzucił spojrzeniem zamarłego wpół gestu Adama, ale nie odważył się przywrócić mu czasu. Może nawet nie chciał? Wybiegł z pomieszczenia, odczytując kierunek dalszej ucieczki na telefonie. Drzwi i ściany migały mu przed oczyma, ale chłopak nie zwolnił ani na moment. W tej chwili najchętniej znalazłby się sąd jak najdalej: w swoim pokoju u buntowników, chociażby w swojej bezpiecznej celi we FSZy, gdzie nie musiał podejmować żadnych decyzji i mógł po prostu spokojnie egzystować.

– Hej. – Jacca teleportował mu się tuż przed nosem i pomachał. – Dobra robota, Asyryjczyku. Kiedy zająłeś żołnierzy, udało mi się wszystko zorganizować i wystarczy teraz tylko się stąd zabrać.

– Ty wysadziłeś wygłuszacze?

– Oczywiście. A któż by inny?

Do Sama nagle dotarł bardzo istotny fakt.

– Jakim cudem czas dla ciebie biegnie normalnie? Przecież zatrzymuję wszystko w promieniu kilkunastu metrów…

– Przecież mówiłem. – Jacca posłał mu pełen pewności siebie uśmiech. – Mnie nie da się pokonać.

– Więc wtedy…?

– Naprawdę, trzeba czegoś więcej, niż te marne wygłuszacze, żeby zaszkodzić mi. Chodź już.

Złapał Sama za ramię i teleportował się, zanim chłopak zdążył chociażby zmrużyć oczy. Chwilę później byli już w chłodnym, olbrzymim hangarze. Sam czuł, że znajdują się wewnątrz ogromnej bariery podniesionej pewnie przez samego Jaccę, a w pustej przestrzeni jedyny ruch powodowała grupka krzątających się wokół sporego czołgu mężczyzn. Sam nie musiał się nawet specjalnie przyglądać, bo instynktownie wiedział, kim są ci ludzie: rosyjscy mutanci-terroryści.

Przechodząc między rzędami wojskowych pojazdów, chłopak rozglądał się wokół. Zupełnie nie znał się na wszystkich tych bitewanych zabawkach – czołg był w stanie odróżnić jedynie po obecności lufy – jednak nawet dla niego wszystkie te maszyny wyglądały dziwnie i był pewny, że nigdy wcześniej nie widział podobnych.

– Wszystkie są przerobione – wyjaśnił Jacca, który szedł z wzrokiem utkwionym przed siebie. – Ten po prawej był budowany na bazie T-107, ale dodali mu parę nietypowych elementów. – Zatrzymał się, więc Sam zrobił to samo i przyjrzał się uważniej. – Ma niewielkie, manualne wygłuszacze zamontowane pod pancerzem, dlatego potrzebuje prawdopodobnie większej załogi niż zwykłe czołgi. Jednak tarcza jest rozpostarta szczelnie, niemal nie ma w niej żadnych luk, a jak już jakieś wystąpią, to wykorzystanie ich w walce byłoby trudne. Zastanawiało mnie, czemu postanowili na wygłuszacze ręczne, punktowe, bo w chwili obecnej polem nieobejmowanym ich działaniem jest całe wnętrze czołgu, więc wystarczyłoby się dostać do środka, żeby wybić załogę. Może to kwestia wielkości, bo wygłuszacze automatyczne są sporych rozmiarów.

Dla Sama inne rozwiązanie było o wiele bardziej oczywiste – to były czołgi stworzone, żeby mutanci walczyli przeciwko innym mutantom. Ale powstrzymał się przed powiedzeniem tego Jaccy, bo już sam fakt, że przywódca nie wpadł na to oczywiste rozwiązanie, mówił sama za siebie.

– Sierżancie, wszystko już gotowe. – Jeden z Rosjan w czapce czołgisty podszedł i zasalutował. Mówił bardzo umowną angielszczyzną, kalecząc niemiłosiernie. – Zaraz możemy startować.

– Świetnie. – Jacca odwrócił się od zmodyfikowanego T-107. – Widzisz, Sam, i tak nie ma się co tym przejmować, bo z chwilą, gdy odjedziemy dostatecznie daleko, cały ten hangar powinien wybuchnąć. Minivan jest od tego specjalistą.

– Iwan, sierżancie.

– Tymczasem my wyjedziemy stąd tym cackiem. – Podeszli we trzech do czołgu, przy którym majstrowało dwóch innych Rosjan. – To prototyp, nigdy wcześniej nie widziałem takiego sprzętu, ale chłopcy mówią, że zadziała.

Mężczyzna siedzący na wieżyczce uniósł kciuk do góry, a jego kolega poklepał gąsienicę. Ivan wspiął się do włazu.

– No to jedziemy – zakomenderował Jacca.

I rzeczywiście, początkowo wszystko wydawało się być dziecinnie proste: Rosjanie przy okazyjnej pomocy Sama kierowali pojazdem, a Jacca bez wysiłku utrzymywał wokół potężną tarczę. Wysadzenie w powietrze całego hangaru dało o sobie znać jedynie serią huków gdzieś za ich plecami, a równy ruch czołgu ani przez moment nie został zaburzony. Wbrew wszystkiemu wydawało się, że misja zakończy się sukcesem. I wtedy, kiedy wyjeżdżali przez roztrzaskaną bramę, czołg eksplodował.

 

Lot powrotny upływał w ciężkiej atmosferze i nikt nie miał odwagi odezwać się chociaż słowem, żeby przełamać tę ponurą ciszę. Jacca siedział w samym tyle samolotu ze zwieszoną głową i wzrokiem wbitym w podłogę. Gdyby nie jego błyskawiczna reakcja, gdy teleportował siebie i Sama z powrotem do hotelu, prawdopodobnie żaden z nich by nie przeżył. Niestety nie mógł zabrać ze sobą Rosjan, tym samym ich egzekucja doszła do skutku w najbardziej ironiczny sposób.

Sam również nie chciał zwracać na siebie niepotrzebnej uwagi. Komórka Adama w kieszeni ciążyła jak głaz, ale nie odważył się jej wyjąć. Przecież wcale nie musiał z niej korzystać. Z drugiej strony to, co jego amerykański kolega mówił mu o działalności buntowników, też nie musiało być kłamstwem – w końcu miał do czynienia z rebeliantami, bojownikami o bardzo niebezpiecznych zdolnościach. Kiedy Sam biegł pamięcią wstecz, rzeczywiście nie przypominał sobie sytuacji, w której grupa Jaccy mówiłaby o ludziach inaczej, niż jako o źródle wszelkiego zła. Czy ich współpraca z terrorystami naprawdę była taka niemożliwa?

A z drugiej strony Sam chciał w nich wszystkich wierzyć. Nie pamiętał, kiedy tak zaufał tej kompanii, ale nie mógł zaprzeczyć, że to tutaj pierwszy raz spotkał się z taką bezinteresowną życzliwością i przyjaznym traktowaniem. To było pierwsze miejsce, gdzie nikt nie odnosił się do niego inaczej tylko dlatego, że był mutantem, nie zakładał, że z tego powodu jest jakąś istotą niższą, która nie nadaje się do życia w społeczeństwie i stanowi dla wszystkich zagrożenie. A Jacca, cokolwiek by o nim nie mówić, uratował Sama bez chwili wahania – a przecież mógł o wiele bezpieczniej teleportować się samemu, zostawiając kompana na pastwę płomieni. Źle też się chłopakowi patrzyło na to przygaszenie przywódcy.

A najchętniej byłby jak najdalej od tych decyzji, najchętniej nie robiłby nic i nie wiedział, że w ogóle jest tu o czymkolwiek decydować.

– Chyba mam wyrzuty sumienia – odezwał się nieoczekiwanie Jacca, kiedy już dolatywali do bazy. – Nie powinienem był zabierać cię na taką akcję, to mógł być za duży wstrząs. Ale byłem przekonany, że wszystko pójdzie łatwo.

– To nie twoja wina. – Sam potrząsną głową. Czuł się źle i dziwnie, słysząc coś takiego z ust przywódcy.

O wydarzeniach w Angarsku reszta buntowników została już powiadomiona, dlatego po wylądowaniu przywitała wracających ta sama ciężka atmosfera, jaka panowała w samolocie. Tylko coraz silniejszy wiatr, który zerwał się w międzyczasie, łomotał zawzięcie w duże okna i przyprawiał mieszkańców o ból głowy. Nikt też, wzorem przybyłych, nie przerywał tej ciężkiej, dzwoniącej w uszach ciszy. Chyba wszyscy przebywający akurat w bazie buntownicy zgromadzili się w dziennym pokoju w niemym oczekiwaniu na jakiś impuls do działania. Sam ledwo już wytrzymywał to napięcie, ale Jacca całkowicie zamknął się w sobie i siedział na fotelu z kolanami podciągniętymi pod brodę, jakby nie zauważając wlepionych w siebie licznych oczu o żółtych tęczówkach. W tej pozie wyglądał zupełnie jak zagubiony dzieciak a nie potężny przywódca mutantów.

– Niedoczekanie!

Wszystkie oczy zwróciły się na Maksa, bo jego donośny głos zabrzmiał w martwej ciszy jeszcze wyraźniej.

– Niedoczekanie, żeby tym ludziom coś takiego uszło płazem! – kontynuował ze złością rudzielec. – Zamierzamy pozwolić im pogrywać ze sobą w taki sposób? Ci barbarzyńscy mordercy myślą, że mogą robić wszystko bezkarnie! Trzeba wziąć odwet! Po dziesięciokroć za każdego zabitego przez nich mutanta! Nie będziemy przecież tak siedzieć jak przestraszone dzieci!

– Dziesięciokroć? – Zazwyczaj przyjazny uśmiech Alruny był tym razem zimny i wyrachowany. – Musimy pokazać im, że z nami nie można zadzierać. Zemścimy się tak, że przez wiele pokoleń opowiadać o tym będą historie. Sto razy albo tysiąc.

Sam poczuł, że po plecach przechodzi mu dreszcz. Takiego oblicza swoich kompanów nie znał i nie wiedział, czy chciałby kiedykolwiek poznawać. Tymczasem po całym pomieszczeniu rozeszły się pomruki aprobaty dla słów Maksa i Alruny. Buntownicy kiwali głowami i w niepewnych do tej pory spojrzeniach zapalał się ogień gniewu. Tylko Jacca cały czas siedział nieporuszony, jakby nie zauważał, co się wokół niego działo.

Rozbrzmienie w tym momencie wesołych dźwięków „Duquesne Whistle” wydawało się wręcz abstrakcyjne. Jacca nie odebrał od razu: kilka chwil zajęło mu zauważenie dzwoniącego telefonu, potem bardzo wolno sięgnął do kieszeni. Rozmowa nie była długa, a wszyscy zgromadzeni w pokoju zdawali się wstrzymywać podczas niej oddech. Jacca rozłączył się i wstał. Sam poczuł, że serce mu zamiera, kiedy zobaczył twarz przywódcy – była pobladła, z rozszerzonymi oczami o strasznym wyrazie. Cisza trwała jeszcze chwilę, słychać było tylko ciężki oddech Jaccy.

– Ludzie – odezwał się wreszcie, a w jego głosie brzmiała lodowata, wyrachowana nienawiść – zagrozili atakiem nuklearnym na getto w Dangjin. Chcą zaatakować Koreę pod pretekstem akcji antyterrorystycznej.

Natychmiast wybuchła wrzawa, ale Jacca uciszył ich jednym gestem.

– Natychmiast przygotujcie samolot. Ala, wystosuj zawiadomienie, że jeśli Rosjanie zbliżą się do Dangjin, my przypuścimy atak na cywilów na terenie całej Rosji. Skontaktuj się z Babaninem. Ustalcie między sobą kto leci, a kto zostaje.

Sam obserwował wszystko w dziwnym otępieniu i zanim się zorientował, został w pokoju prawie sam. Tamara podeszła do niego z wahaniem, usta drżały jej od powstrzymywanego płaczu.

– Nie martw się. – Sam kucnął i pogłaskał dziewczynkę po głowie, starając się uśmiechnąć i ją uspokoić. – Tutaj będzie bezpiecznie i nic ci się nie stanie. A wszyscy zaraz ochłoną i wrócą.

Tama pociągnęła nosem.

– Jaka był straszny – powiedziała cicho. – Wróci, prawda?

– Oczywiście. – Sam chciał przekonać tym również siebie. – Przecież go znasz, prawda? Nie zostawiłby cię tutaj.

Jacca zebrał część ludzi i wyruszył niedługo później, chcąc być blisko wydarzeń w Korei, żeby w razie czego reagować. Alruna, która tymczasowo zajęła się zarządzaniem opustoszałą siedzibą, zabrała do siebie Tamę i starsze dzieci, żeby nie przeszkadzały. Jednak w bazie nic nie było do zrobienia, więc pozostali buntownicy tylko snuli się bez celu po korytarzach lub siedzieli w ciszy i oczekiwaniu na wieści.

Dzwoniący telefon był dla Sama szokiem. Drżącą ręką wyciągnął z kieszeni komórkę – to była ta, którą dostał od Adama. Numer na wyświetlaczu oznaczony był jako zastrzeżony i przez chwilę chłopak przypatrywał się aparatowi z wahaniem. Wreszcie przy czwartym sygnale odebrał.

– Samvel Batt? – zapytał w słuchawce niski, nieznany mu głos.

– Tak – odpowiedział chłopak przez ściśnięte gardło.

– Nazywam się John Taylor, jestem szefem pańskiego przyjaciela Adama Blackmoore’a. Podejrzewałem, że nie zechce pan zadzwonić i podjąć z nami współpracy, dlatego musiałem zastosować pewne środki zaradcze. Sądzę, że powinien pan jeszcze raz przemyśleć swoją sytuację, wiedząc, że miejsce pańskiego pobytu jest obecnie całkowicie otoczone przez amerykańskie jednostki specjalne. Chciałbym, aby przekazał pan swoim kompanom ultimatum i pomógł im podjąć możliwie najlepszą decyzję. Jeśli poddacie się bez walki zagwarantujemy wam transport do Ameryki i możliwie najlepsze traktowanie. W przypadku oporu wszyscy znajdujący się na zagrożonym terenie potraktowani będą jak terroryści. Wszyscy, bez wyjątku.

Sam poczuł, jak zasycha mu w ustach. Dopiero ból uświadomił mu, jak kurczowo zaciska dłoń w pięść.

– Mam nadzieję, że postąpi pan zgodnie z własnym rozsądkiem. Porucznik Blackmoore miał o panu bardzo dobre zdanie – dodał jeszcze John Taylor.

– Mogę mówić tylko ze siebie – odezwał się Sam drżącym głosem. – Nie zamierzam stawiać oporu i nie zależy mi na pogarszaniu sytuacji. Ale nie zamierzam pośredniczyć w negocjacjach. Proszę skontaktować się bezpośrednio z naszym przywódcą.

– Jesteśmy doskonale świadomi, że nie jest on w tej chwili obecny. Wspólnie z rządem rosyjskim przygotowany został specjalny plan dywersyjny. Jednak jeżeli taka jest pańska odpowiedź…

W słuchawce rozległ się dźwięk przerwanego połączenia i Sam bezwładnie opuścił rękę z telefonem.

W środku musiał znajdować się GPS, inaczej jak amerykanie namierzyliby ich tak szybko? i jeszcze ta przemowa Adama – to nie mogło być coś wymyślone na bieżąco. Wszystkie te zdarzenia były dokładnie zaplanowane, a Sam okazał się jedynie pionkiem umożliwiającym konfrontację dwóch wielkich sił. Jeszcze nigdy nie chciał tak bardzo zniknąć, schować się wewnątrz bezpiecznej, grubej skorupy. Nie chciał za nikogo decydować, nie chciał też wplątywać się w tak straszne, trudne sprawy.

Wszyscy mają natychmiast zejść do schronu! – rozległ się mu w głowie głos Alruny. – Powtarzam! Wszyscy mają natychmiast udać się do schronu. Zostaliśmy otoczeni przez amerykańskie służby specjalne. Musimy utrzymać pozycje do czasu przybycia wsparcia.

A więc taka była ich decyzja – pomyślał w gorzkim rozczarowaniu Sam. – No tak, przecież poszliby za Jaccą nawet na śmierć.

– Jesteś – powiedziała Alruna, gdy Sam przebiegł przez otwarte wrota schronu. – To wszyscy, teraz musimy tylko czekać. Poinformowałam już sierżanta o naszej sytuacji.

Sam oparł się o betonową ścianę i odetchnął, a potem spojrzał na dziewczynę.

– Dlaczego się nie poddaliśmy? Dlaczego wszyscy tutaj są tak skoncentrowani na nienawiści do ludzi? Przecież to nie jest normalne!

Smutny uśmiech Alruny w tym momencie niesamowicie go zdumiał.

– Chcesz posłuchać pewnej historii? Obiecuję, że będzie krótka. – Słowa na moment zagłuszył wybuch i łomot dochodzący gdzieś z góry, ale nikt nie zwrócił na to uwagi. Pozostali buntownicy również słuchali. – Nie mówi się o tym, ale kiedyś w wielu krajach był projekt wykorzystywania nas, mutantów, dla dobra kraju, żebyśmy mogli żyć tak jak normalni obywatele, normalnie pracować. Podczas wybuchu arabskiej jesieni, kojarzysz…? – Zawiesiła na chwilę głos. – Sierżant służył w angielskim wojsku w sekcji specjalnej. Ale niemożliwe jest dla nas koegzystować z ludźmi, bo oni za bardzo nas się boją. Pewnie nie pamiętasz bitwy pod Hajjah? Nikt nie pamięta, ponieważ była to jednoosobowa, samobójcza misja, powierzona osobie, której generalicja zbyt się bała, żeby zatrzymać ją w wojsku.

– Nie mów-

– Sierżant zginął na tej misji. – Gorzki uśmiech Alrauny był przeszywający. – Oficjalnie i według wszystkich dokumentacji zginął i kiedy półżywy dowlekł się wreszcie do swojej jednostki jedyne, co usłyszał, to że nie żyje i musi być potworem, skoro mimo wszystko wrócił zza grobu. Tak ludzie się odwdzięczają. Tak właśnie ludziom można ufać.

– Masz pojęcie, co on dla nas zrobił? – mówiła dalej, nie dając sobie przerwać. – Z jakiej nędzy nas wszystkich wyrwał, z jakich patowych sytuacji powyciągał? Wszystko, co robimy, to tylko i wyłącznie dla niego i dla przyszłości naszej rasy. Jeżeli zniszczenie ludzi jest konieczne, żebyśmy mogli dalej żyć, to nikt nie zawaha się ubrudzić rąk.

– Tylko się pogrążacie! – Sam nieumyślnie podniósł głos. – Myślicie, że taka garstka może pokonać cały świat? Rzucacie się z motyką na słońce, kierujecie się tylko zemstą, nie dostrzegając, że wszystko można rozwiązywać inaczej. – Zacisnął dłonie w pięści. – Owszem, ludzie zachowują się wobec nas jak szuje, ale wy swoimi dywersjami i terroryzmami tylko to podsycacie! Tylko pokazujecie, że rzeczywiście jesteśmy potworami, których należy się bać! Czy Jacca chce, żeby te dzieci dorastały w świecie nieustannej wojny?!

– To ty nic nie rozumiesz! – Alruna również zaczęła krzyczeć. – Z taką łatwością spisujesz nas na straty i wątpisz w sens walki bo jesteś tchórzem! Będziemy walczyć z ludźmi, bo taka jest nasza natura i dlatego wciąż na świcie rodzą się dzieci ze zmutowanym genotypem, które potrafią rzeczy, o których ludziom się nie śniło. Każdy z nas doświadczył od ludzi wszystkiego, co tylko najgorsze!

Zmrużone żółte oczy ciskały pioruny.

– Mnie też spotykały przykrości ze strony ludzi! Ale widziałem też ludzi, którzy starali się pomóc, chowali mutanta w swoim własnym domu, dawali mu szkła kontaktowe i udawali, że jest ich synem! Widziałem ludzi, którzy przygarniali uciekających przez granicę mutantów i pozwalali im mieszkać w swoim kraju, mimo że narażało to cały naród na niebezpieczeństwo!

– W getcie! Ludzie śmiertelnie się nas boją! Nie chcą mieć z nami nic wspólnego!

– I widziałem też mutantów, którzy zaślepieni zemstą i własną nienawiścią biegli mordować ludzi, bo tylko taki jest cel ukryty za tymi pięknymi ideami! Myślisz, że nasz wspaniały przywódca jeszcze wróci? Ale na pewno wspaniale się za nas zemści!

Sam nie zdążył zareagować, kiedy znienacka rzuciło nim o ścianę. Przed oczyma mu pociemniało i przez chwilę nie mógł złapać oddechu.

– Ani słowa więcej. – Alruna stanęła nad nim z furią w oczach. – Powiesz o nim jeszcze słowo więcej, a przysięgam, zabiję cię na miejscu.

Nie wiadomo, jak dalej by się to potoczyło, gdyby wtedy całym budynkiem nie wstrząsnął niewiarygodnie potężny wybuch, od którego zadrżały betonowe ściany schronu. Niemal w tej samej chwili do głów wszystkich buntowników wdarło się potężne, przerażone pytanie bez słów. Siła tego przekazu była niczym fizyczne uderzenie.

Wszyscy są bezpieczni! – odpowiedziała zaraz Alruna, natychmiast tracąc zainteresowanie Samem. – Jesteśmy w schronie.

Ponad ich głowami przetoczyły się kolejne eksplozje, potem wszystko ucichło. Po chwili dotarł do zgromadzonych w schronie kolejny przekaz bez słów, którego sens był bardzo jasny: „uciekajcie, póki czas”. Wrota od schronu nie chciały się ruszyć, widać przywalił je gruz, a nie mieli czasu, więc jeden z buntowników wysadził je. Oczom wybiegających na powierzchnie ludzi ukazał się obraz całkowitego spustoszenia i pogromu. Po ogromnej rezydencji nie było śladu – teraz cały teren był świeżymi ruinami, w których nie sposób byłoby już rozpoznać budynku. Przez rozbity, zawalony strop widać było ciemne niebo, a buchające wokoło pożary barwiły dym i pył na rudo. Powietrze było gęste i gorące, perspektywa falowała od żaru w miejscach, gdzie płomienie wybuchały gwałtowniej.

Nieoczekiwanie nad buntownikami pojawił się zarys wojskowego Chinooka zbliżającego się zbyt szybko, jak na helikopter. Po chwili z ziemi zauważyć można było, że śmigła maszyny nie poruszają się, a za sterami nikt nie siedzi. Chinook osiadł przed nimi tak gwałtownie, że resory wygięły się i koła rozjechały. Przekaz był bardziej niż oczywisty.

Sam zobaczył, że Alruna rzuca się biegiem w stronę najwyżej buchających pożarów, czuł też, jak telepatycznie sąduje otoczenie w rozpaczliwych poszukiwaniach. Chłopak pobiegł za nią, niespecjalnie zastanawiając się nad celem i motywacją swoich działań. Ale nie musieli szukać specjalnie daleko, bo samotna, drobna sylwetka ukazała im się bardzo wyraźnie na tle płomieni i w migającym blasku wojskowych reflektorów. Oboje pobiegli w stronę przywódcy i zatrzymali się niemal w tym samym momencie – gdy zobaczyli jego oczy. Szeroko otwarte oczy, w których odbijały się szok, strach i niedowierzanie. Jacca spoglądał na ruiny, jakie zostały z jego wspaniałego królestwa, i nie mógł od tego obrazu klęski oderwać wzroku. Wyglądał, jakby ginął z każdą chwilą, w której powoli docierało do niego zrozumienie. Widok tej znieruchomiałej postaci wśród gruzów wypalił się Samowi na zawsze w umyśle.

Alruna upadła na kolana, a jej ciałem wstrząsnął szloch, gdy dotarło do niej, w jakim stanie jest uwielbiany przywódca. Ale na Sama podziałało to elektryzująco. W kilku krokach znalazł się przy Jaccy i potrząsnął nim za ramiona.

– I to wszystko co masz?! – wrzasnął mu prostu w twarz. – Skoro już wróciłeś, to przestać się bawić i otrzeźwiej! – Z wściekłością potrząsnął nim jeszcze raz. – Słyszysz?!

Zobaczył, jak żółte oczy wyostrzają się i spoglądają przed siebie. Jacca wyglądał, jakby wracał z naprawdę bardzo daleka, ale gdy się odezwał, głos miał taki jak zawsze, ani na moment mu nie zadrżał.

– Myślisz, że do kogo mówisz? – Przywódca wyprostował się i objął uważnym spojrzeniem okolicę. – Niech wszyscy przygotują się do ewakuacji. Kupię wam tyle czasu, ile tylko będę w stanie, więc lećcie, gdy tylko uda mi się ich odepchnąć.

Sam tylko skinął głową. Cofnął się parę kroków i patrzył, jak Jacca z chłodnym spokojem wychodzi na przód. Później chłopak był świadkiem czegoś niezwykłego, czego nie potrafiłby w żaden sposób opisać. Widział, jak samotny człowiek stawia czoła całym szeregom uzbrojonego po zęby wojska, widział, jak atakują go czołgi, działa i myśliwce, a potem wybuchają, nie mogąc uczynić swojemu celowi najmniejszej szkody. Już nigdy, absolutnie nigdy Sam nie powiedziałby o kimkolwiek innym, że jest niepokonany, nie po tym, co zobaczył tego dnia. Ogromna, błękitna tarcza rozpościerała się nad ruinami jak parasol, a rakiety i pociski rozpryskiwały się na niej jak piana, zmieniając powietrze w morze ognia. Niesamowita siła przeorała kilka kilometrów doliny i gdzieś w dole, w miejscu, z którego wylatywały małe, bezzałogowe myśliwce wykwitły płomienie.

Amerykanie nie mieli innego wyjścia, jak tylko cofnąć się pod naporem ataku jednego człowieka. Jacca stał wysoko w powietrzu, obserwując z góry uchodzące wojska, a potem nogi się pod nim ugięły i runął w dół.

 

Słońce zachodziło nad Seulem i powoli ulice zaczęły rozjaśniać się światłem latarni. Sam spoglądał na to z okna, jednocześnie nie widząc przed sobą niczego. Był głęboko poruszony i nie mógł temu zaprzeczyć. Nigdy nie pomyślałby, że Jacca William jest kimś, kto wróci po swoich kompanów natychmiast po usłyszeniu wezwania, kimś, kto będzie walczył za swoich towarzyszy, rzucając na szalę wszystko, kto nie ważąc na konsekwencje, wyda wojnę całemu światu. Źle go oceniał. W końcu został przez niego po raz kolejny uratowany.

Jacca od dwóch dni nie odzyskał przytomności. Alruna dzięki swojej telepatii mogła powiedzieć, że jego życiu nic nie zagraża i twierdziła, że po prostu za dużo siły zużył, jednak nie była w stanie określić, kiedy lider się obudzi. Przez ten cały czas cała ich grupa znajdowała się w starej strażnicy wojskowej na przedmieściach stolicy Korei. Co prawda teren otoczył oddział wojska, ale sama strażnica nie była wyposażona w wygłuszacze, dlatego ucieczka nie stanowiłaby żadnego problemu. Sam coraz bardziej dochodził do wniosku, że Koreańczycy nie tyle pilnują rebeliantów, co strzegą ich bezpieczeństwa. W międzyczasie komórka, którą dostał od Adama, zdążyła zadzwonić trzy razy, aż wreszcie rozładowała jej się bateria. Sam ani razu nie odebrał.

– A więc tak to się skończyło – odezwał się nieoczekiwanie słaby, lecz doskonale znany głos. – Kto by pomyślał, że ludzie…

Sam zerwał się miejsca przy oknie i dojrzał spojrzenie wąskich, żółtych oczu.

– Pójdę po resztę – zaoferował szybko.

– Nie. – Głos Jaccy nabrał trochę więcej siły i pewności. – Chyba nie mógłbym im teraz spojrzeć w oczy. Byłem o krok od zrobienia czegoś niewybaczalnego. Gdzie jesteśmy?

– W Seulu. Rząd udzielił nam tymczasowego azylu – odpowiedział Sam, chociaż podejrzewał, że Jacca wszystko to wie, chce tylko zająć czymś ciszę.

– Wszędzie wokoło wyczuwam ludzi. – Buntownik zamknął oczy. – Nie wierzę, że ludzie robią coś dla nas. Nie, to nie tak, że nie wierzę. Całkowicie zaślepiła mnie nienawiść i gotów byłem biec gdziekolwiek i zabijać.

Sam westchnął i usiadł na taborecie obok pryczy.

– Wiem, że robisz to wszystko dla nich. Ale nie sądzisz, że popełniasz też zasadniczy błąd w ocenie rzeczywistości? Osądzasz działania wszystkich ludzi na podstawie jednej grupy, a potem dziwisz się, że z kolei ludzie boją się nas i patrzą tylko jak na niebezpiecznych terrorystów. Może i chciałeś dobrze, ale tylko pogarszałeś naszą sytuację.

– Kopiesz leżącego, Helenko. W dodatku szpilkami ze strasznie ostrymi czubkami.

– Przykro mi, ktoś musi.

– Pomóż mi wstać, dobrze?

– Powinieneś leżeć – zauważył Sam, chociaż wiedział, że i tak nie poskutkuje.

– Czuję się już na tyle dobrze, żeby zmusić cię do tego hipnozą, dlatego proszę, rób co mówię.

Rzeczywiście, wyglądało, że Jacca wydobrzał na tyle, żeby przynajmniej udawać dobrą kondycję, poręczy musiał się złapać tylko przy schodzeniu po schodach. Zgromadzeni na parterze buntownicy natychmiast poderwali głowy, widząc przywódcę, od razu powstał też szmer. Tamara podbiegła natychmiast i chwyciła go za rękę, ale zaraz puściła się, wychwyciwszy widać jakąś myśl. Jej oczy zaszkliły się od łez.

– Jaka, nie idź – poprosiła drżącym głosem.

Jacca poczochrał jej włosy na głowie.

– Wygląda na to, że wasz tatuś trochę narozrabiał – odezwał się do wszystkich pogodnym tonem. – Czas chyba to naprawić, prawda?

Alruna przytuliła płaczącą Tamarę, ale zaraz poderwała głowę.

– Zamierzasz oddać się w ręce Koreańczyków – powiedziała głośno przeczytaną myśl. – Myślisz, że co teraz z nami będzie?

Żółte światło latarni oświetliło zamknięte oczy i uśmiech na twarzy Jaccy, gdy legendarny przywódca buntowników wyszedł prosto do czekającego na niego wojska.

Koniec

Komentarze

     Bestialsko…

Yup ^.^

     " Po bezcennych radach, jakie dostałam przy moich poprzednich opowiadaniach, postanowiłam wziąć się poważnie za konstrukcję fabuły i mam nadzieję, że tym razem jej bezstalsko nie zarżnęłam."      Bardzo możliwe, że Autorka wzięla się poważnie, a moze nawet i beztalsko  za konstrukcję – konstrukcję czy konstruowanie? – fabuły, ale cóż z tego, jeżeli nadal widzimy pierwsze zdanie wstępu, odstręczające od czytania? Muszę przeczytać ten wytwór beztalskiej wyobraźni.      Pozdrówko.  

Poprawione. Przepraszam, nie ogarnęłam. Ale przysięgam, że w tekście głównym wszelkie literówki są wytępione.

     OK. Przeczytałem pierwszy akapit i przestałem. Ciekawy pierdel: też bym chciał w takim siedzieć  – facet zjawia się. wywala drzwi do celi i ucina sobie radosną pogawędkę z gościem skazanym na dożywocie., a klawiszy oczywiście nie  ma. Nic się nie dzieje, nie ma natychmiastowego alarmu, a obaj bohaterowie konwersują o landrynkach.        Niewątpliwie bardzo ciekawe.       Pozdrówko. 

Dwa akpity pod landrynkami jest to wyjasnione :)

Roger, nie masz poczucia humoru. Te landrynki to był żart (tłum. czyteln.) Styl jest lekki, przyjemnie się czyta.

Dzięki wielkie, cieszę się, że ktoś docenił (beta się nie liczy, beta oszukuje). Kałanim się nisko

Na szalę rzucamy, nie stawiamy. Zdarzyło się Tobie zapisać imię bohatera fonetycznie.   Przepraszam, nie zmogłem całości. Na ile zorientowałem się, czytając fragmenty, pomysł interesujący, walka o miejsce mutantów wśród ludzi (chyba nie mylę się?), metody tej walki, ale jednocześnie coś mnie do tego tekstu zniechęcało. Może dowiem się, co, może nawet odwołam napisane, jeśli za jakiś czas spróbuję poczytać po raz drugi.

Dzięki, szala poprawiona. Imię Jaccy było zapisane dwa razy fonetycznie i z uproszczeniem, ponieważ mówiła je pięciolatka (o to chodziło?). W każdym razie dziękuję za przeczytanie chociaż części :)

Wszystkich literówek jeszcze nie wytępiłaś. Poza tym, czasami masz Asyryjczyka, kiedy indziej Aryjczyka. Zdecyduj się. Zazgrzytała mi piana z pluskiem wpadająca do wanny i łapanie się ściany. Nie bądź wredna, dajże ledwo żywemu człowiekowi poręcz. A jak mu żałujesz, to niech się opiera albo jakoś tak. Ale zasadniczo, IMO, zmiana scenerii dobrze Ci zrobiła. Opowiadanie było znacznie bardziej klarowne w odbiorze i logiczne niż te japońskie. Trochę mnie męczy niewyjaśniona zagadka dlaczego Jacca aż tak różnił się od innych.

Babska logika rządzi!

Wrzucam do śledzonych i przeczytam na dniach;-)

Spróbowałam zdążyć, póki możesz edytować, ale nie daje rady. Jestem po 12 godz. pracy i jeszcze jutro idę – nie wiem co czytam. Niue dlatego, że źle napisane – ja już nie myślę. Lubię Twój styl. Wolałam japińskiego wiedźmina;-) ale jest ok. Tylko muszę wrócić do tego później. Na razie drobne literówki: 1) – Nie teleportujemy się? – wyrazi zdziwienie Sam. 2) i z paczą cukierków w ręce. 3) – Ciii. – Jacca uciszył go niespodziewani i zatrzymał się. 4) więzienie zmniejszyło się i oddaliło coraz bardziej. Oni lecą, więc może "oddalało się"?   Wrócę tu;-)

Poprawiłam, póki 24h nie minęły. Ech, wiedziałam, że przydałoby się w Ivonę zainwestować. Aryjczyk, Asyryjczyk i Armeńczyk byli myleni specjalnie – w końcu początek i koniec się zgadza, a kto by sie przejmował, co jest pomiędzy. Reszta poprawiona, nad przedstawieniem Jaccy też pomyślę, bo rzeczywiście, jego koksiarskość jest przedstawiona dość pretekstowo. Agato, spokojnie, nie przemęczaj się :) Najwyżej poprawię po przenosinach na nową stronę. Bardzo dziękuję za te literówki.

…przeczytałem ale nie do końca. Styl ładny, ale fabuła, wybacz autorko – dziecinna. Jeżeli przywódca "buntowników" otrafił się teleportować, to po co mu helikopter? Co to niskowatowe żarówki? Dlaczego do pojedynczej willi miałaby prowadzić linia wysokiego napięcia? Jak wyglądają "zawiane schody? Ponadto przyznam się, że też lubię landrynki, a rodzynki w czekoladzie, to już kosmiczna pycha. Piszesz ładnie i dobrze budujesz zdania. Pozdrawiam rozbawiony.

Dziękuję za komentarz. Cóż, nie ukrywam, że fabuła jest dość dziecinna, ale taki był właśnie koncept opowiadania -poniekąd z powodu bohaterów. Niskowatowa żarówka to taka na ok. 15 W – budowniczy wiezienia założyli, że klientom silniejsze nie będą potrzebne.

…Uprzejmie dziękuję za wykład o mocy żarówek. Przypominam nieśmiało, że piętnastowatowa , już nie "żarówka" ale świetlówka daje mocne światło. No chyba, że akcja dzieje się w przeszłości.Ale zorientowałem się, że jesteś nastolatką i w takim razie opowiadanie jest wręcz doskonałe. Pozdrawiam życzliwie.

Przyznaję się, nie znam sie specjalnie na żarówkach, po prostu uzyłam kombinacji żarówka (=/= świetlówka jak ustaliłam? Ale nie wczytywałam się w temat specjalnie) + niskowatowa, czyli bez mocnego światła (jak się czasami montuje na korytarzu czy przed wejściami). Jeśli coś pochrzaniłam, to proszę o poprawienie, bo research robiłam w tej sprawie bardzo pobieżny, ale wydaje mi się, że funkcjonuje takie wyrażenie, jak "niskowatowa żarówka", przynjamniej ja się z takim spotkałam. (Nie chcę tutaj robić żadnych wykładów, po prostu chcę dowiedzieć się, gdzie zrobiłam błąd).

Nie budzące niczyich wątpliwości określenie: słaba żarówka…

Mam wrażenie, że oglądasz za dużo kreskówek a za mało czytasz :) Dałam radę przebrnąć przez początek i sprawia wrażenie mocno komiksowego. Nie wiem jak z fabułą, bo ten początkowy dialog mnie zmęczył. Ale jak na tekst pisany ręką nastolatki to nie jest wcale tak źle.

Adamie, ale nadal nie rozumiem, co jest złego w "niskowatowej żarówce" – to spotykane, potoczne określenie, jakkolwiek byłoby błędne merytorycznie (o czym nie mam pojęcia, ale ryszard wydaje się coś wiedzieć). Wiem, że można by zostąpić, ale problem "dlaczego?" z tego powodu nie zniknie. Tekst jest stylizowany na komiks, owszem. Nic na to nie poradzę, ponieważ taki był ogólnym zamysł i nie uważam tego za błąd, jak w przypadku każdej innej stylizacji. Ale uczywiście zdaję sobie sprawę, że – jak każda stylizacja – może to ludzi męczyć przy czytaniu, dlatego też nie zamierzam namawiać do kolejnych prób :)

…Trudno tu mówić o błędzie, raczej o niezręcznym sformułowaniu. W tekście literackim lepiej unikać takich określeń jak: niskowatowa żarówka, niskopodłogowy autobus, czy na przykład wysoki sezon turystyczny. Nawiasem pisząc najstarsza istniejąca i jeszcze działająca żarówka Edisona znajduje się w pewnej remizie strażackiej w Stanach Zjednoczonych A.P. i jest "niskowatowa", bo mamoc czterech watów. Porządna robota. Pozdrawiam.

Ok, wiedzę żarówkową przyswoiłam i zapamiętam na przyszłość. Dzięki.

Niezbyt mi się podobało. Nie lubię komiksów, to pewnie dlatego opowiadanie inspirowane komiksem nie przypadło mi do gustu. Tekst napisany nie najgorzej, ale mógłby być bardziej dopracowany. Jestem przekonana, że przyszłe opowiadania będą coraz lepsze.  

 

„Człowiek zwany Jacca William zapewnił sobie stałe miejsce w koszmarach swoim spektakularnym wejściem”. –– Powtórzenie na dzień dobry. Może wystarczy: Człowiek zwany Jacca William, zapewnił sobie stałe miejsce w koszmarach spektakularnym wejściem.

 

„Bo przecież co innego powiedzieć o chudym nastolatku w szkolnym mundurku, który rozmachem wpada do celi razem z kratą?” –– A konkretnie, to jak wygląda wpadanie rozmachem? ;-)

Czy nie miało być: …który z rozmachem/rozpędem/impetem wpada do celi, razem z kratą?  

 

„Sam Batt był zbyt zszokowany, żeby ruszyć się ze swojego miejsca na pryczy, więc tylko wbijał wzrok w intruza”. –– Wbijał wzrok wielokrotnie, czy raczej coraz głębiej? ;-)

Może wystarczy: …więc tylko wpatrywał się w intruza.

 

Nawoływał głośno o prawach mutantów i nagłaśniał wszystkie sprawy samowoli ludzi – nic więc dziwnego, że pozwami i nagrodami za swoją głowę mógłby wytapetować pokój mniej-więcej wielkości hangaru”. –– Nawoływać można kogoś lub do czegoś. Czy on te nagrody dostawał, czy może miałaś na myśli listy gończe? Wolałabym, by zdanie brzmiało: Nawoływał głośno do respektowania praw mutantów i nagłaśniał wszystkie przypadki samowoli ludzi – nic więc dziwnego, że wyznaczono nagrodę za jego głowę, a pozwami mógłby wytapetować pokój wielkości mniej więcej hangaru.

 

„…chłopak wiedział o mutantach o wiele więcej, niż by chciał…” –– …chłopak wiedział o mutantach o wiele więcej, niżby chciał

 

„Nie jestem z Armenii, tylko stąd, z FSZy”. –– Nie jestem z Armenii, tylko stąd, z FSZ-y.

 

„…zamiast gnić w tym więzieniu z powodu absurdalnego oskarżenia. Sam przyzwyczaił się już do więzienia i nigdy…” –– Powtórzenie. Może w drugim zdaniu: Sam przyzwyczaił się już do życia w izolacji/odosobnieniu i nigdy

 

„Korytarz oświetlony niskowatowymi żarówkami…” –– Nie znam się na żarówkach i elektryczności, ale wydaje mi się, że wysokie lub niskie jest chyba napięcie. Mówi się o liniach wysokiego napięcia, ale o elektrowniach, że mają dużą moc. AdamKB proponuje słabe żarówki, czyli takie które mają małą moc, i uważam, że proponuje bardzo dobrze. Pytasz: co jest złego w "niskowatowej żarówce" –– moim zdaniem właśnie niskowatowość jest najgorsza.

 

„…ale odpowiedziało mu tylko pogodne chrupanie”. –– Po czym się poznaje, że landrynki są chrupane pogodnie? Czy cukierki można chrupać ponuro? ;-)  

 

„Sam w całym swoim życiu nikogo podobnego nie spotkał…” –– Czy Sam, we fragmencie cudzego życia, miałby szansę na takie spotkanie. ;-)

Może: Sam w życiu nikogo podobnego nie spotkał… Lub: Sam jeszcze nikogo podobnego nie spotkał.

 

„Chociaż pewien problem stanowił do niego pogodzenie wizerunku przywódcy buntowników…” –– Chociaż pewien problem stanowiło dla niego pogodzenie wizerunku przywódcy buntowników

 

Był to nowoczesny, trzykondygnacyjny dom skrzący się stalą i ścianami szkła. Widać było, że projektowany był z niebywałym rozmachem…” –– Powtórzenia. Może wystarczy: Był to nowoczesny, trzykondygnacyjny dom skrzący się stalą i ścianami ze szkła, zaprojektowany z niebywałym rozmachem

 

„Tymczasem jednak Sam został sprowadzony po zawiniętych schodach…” –– W co były zawinięte schody, i w jakim celu to zrobiono? ;-)

Pewnie miało być: Tymczasem jednak Sam został sprowadzony po krętych schodach

 

„Oboje mieli bardzo jasno żółte oczy”. –– Oboje mieli bardzo jasnożółte oczy.

 

„…i położyła przywódcy buntowników głowę na ramieniu”. –– I jakże czuł się przywódca z przekrzywioną i złożoną na ramieniu głową? ;-)

Proponuję: …i położyła głowę na ramieniu przywódcy buntowników.

 

„Sam naprawdę chętnie mógłby nawet zmywać. Chociaż prawdę powiedziawszy, to najchętniej nic by nie robił…” –– Powtórzenie. Może w pierwszym zdaniu: Sam z przyjemnością mógłby nawet zmywać.

 

„Następnego dnia Sam razem z Maksem, teleporterką Jolly i jeszcze dwojgiem innych rebeliantów wybrał się do miasta…” –– Następnego dnia, Sam razem z Maksem, teleporterką Jolly i jeszcze dwojgiem innych rebeliantów, wybrali się do miasta… Sam nie wybrał się sam, wybrał się z grupą.

 

„…ale Jacca zbył we wątpliwości lakonicznym „Jesteś przecież jednym z nas”. –– pewnie miało być: …ale Jacca zbył te wątpliwości lakonicznym „Jesteś przecież jednym z nas”.

 

„Chłopak zaprzątnięty był tętniącym, barwnym życiem i ludźmi, których przewijała się przez bazę cała gromada” –– Raczej: Chłopak miał głowę zaprzątniętą tętniącym, barwnym życiem i ludźmi, których cała gromada przewijała się przez bazę. Lub: Cała uwaga chłopaka była zaprzątnięta tętniącym, barwnym życiem i ludźmi, których cała gromada przewijała się przez bazę.

 

„…zauważył Sam niespecjalnie zachwycony z sytuacji”. –– …zauważył Sam niespecjalnie zachwycony sytuacją.

 

„Sytuacja mutantów w dawnym bloku Radzieckim uznawana była dawniej za jedną…” –– Powtórzenie.

 

„…część państw Europy środkowej utworzyła w oparciu o Unię FSZę –– …część państw Europy Środkowej utworzyła, w oparciu o Unię, FSZ-ę

 

„jedynymi” konsekwencjami, jakie go spotkały…” –– „jedynymi” konsekwencjami, które go spotkały

 

„…że na terenie Europy wschodniej…” –– …że na terenie Europy Wschodniej

 

„Na parkingu dwa gołębie obsrywały czerwoną Ładę…” –– Na parkingu dwa gołębie obsrywały czerwoną ładę… Marki samochodów piszemy małą literą.

 

„Sam westchnął i wywrócił oczyma…” –– Co Sam wywrócił przy pomocy oczu? ;-)

Może: Sam westchnął i wzniósł oczy do nieba 

 

„Dla Sama wydawała się to cała wieczność”. –– Dla Sama była to cała wieczność. Lub: Samowi wydawało się to całą wiecznością.

 

„…podniósł ręce, widząc mierzący w niego z obu stron tuzin karabinów”. –– …podniósł ręce, widząc tuzin karabinów mierzących w niego z obu stron. To nie tuzin mierzył do niego, tylko karabiny.

 

„…to byli amerykanie”. –– …to byli Amerykanie.

 

 

„…przetransportujemy ich do Ameryki na mocy umowy międzynarodowej, gdzie wszystkich czeka jedynie dożywocie…” –– Wolałabym:  …na mocy umowy międzynarodowej przetransportujemy ich do Ameryki, gdzie wszystkich czeka jedynie dożywocie

 

„Sam zgiął się w pół, bo poczuł wybuch samej głowie…” –– Może: Sam zgiął się wpół, bo poczuł wybuch aż w środku/wewnątrz głowy

 

„…nagle zniknęło ciśnienie, jakie chłopak przez cały czas czuł w uszach”. –– …nagle zniknęło ciśnienie, które chłopak przez cały czas czuł w uszach.

 

„…chociażby w swojej bezpiecznej celi we FSZy…” –– …chociażby w swojej bezpiecznej celi w FSZ-y

 

„Zupełnie nie znał się na wszystkich tych bitewanych zabawkach…” –– Literówka.

 

„…wyjaśnił Jacca, który szedł z wzrokiem utkwionym przed siebie”. –– …wyjaśnił Jacca, który szedł ze wzrokiem utkwionym przed siebie.

 

„Zastanawiało mnie, czemu postanowili na wygłuszacze ręczne…” –– Tu pewnie miało być: Zastanawiało mnie, czemu postawili/zdecydowali się na wygłuszacze ręczne

 

„Lot powrotny upływał w ciężkiej atmosferze…” –– Wolałabym: Lot powrotny upływał w przygnębiającej atmosferze

 

„Kiedy Sam biegł pamięcią wstecz, rzeczywiście nie przypominał sobie…” –– Powtórzenie.

 

„…po wylądowaniu przywitała wracających ta sama ciężka atmosfera…” –– …po wylądowaniu, wracających przywitała ta sama przytłaczająca atmosfera 

 

„…kilka chwil zajęło mu zauważenie dzwoniącego telefonu…” –– Wolałabym: …kilka chwil zajęło mu zauważenie, że telefon dzwoni

 

„Jacca zebrał część ludzi i wyruszył niedługo później…” –– Jacca zebrał część ludzi i wyruszył nieco później… Lub: Jacca zebrał część ludzi i wyruszył niebawem

 

„…ale wy swoimi dywersjami i terroryzmami…” –– Wolałabym: …ale wy, swoimi dywersyjnymi działaniami i terroryzmem

 

„Mnie też spotykały przykrości ze strony ludzi! Ale widziałem też ludzi…” –– Może:  Mnie też spotykały przykrości ze strony ludzi! Ale widziałem też takich

 

„…czuł też, jak telepatycznie sąduje otoczenie…” –– …czuł też, jak telepatycznie sonduje otoczenie

 

„Jacca wyglądał, jakby wracał z naprawdę bardzo daleka…” –– Jacca wyglądał, jakby wracał naprawdę z bardzo daleka

 

„…jak Jacca z chłodnym spokojem wychodzi na przód”. –– …jak Jacca z chłodnym spokojem wychodzi naprzód.

 

„Przez ten cały czas cała ich grupa znajdowała…” –– Przez ten cały czas ich grupa znajdowała się

 

„Powinieneś leżeć – zauważył Sam, chociaż wiedział, że i tak nie poskutkuje”. Powinieneś leżeć – zauważył Sam, chociaż wiedział, że i tak go nie posłucha.

 

„Jacca poczochrał jej włosy na głowie”. –– Czy Jacca miał możliwość poczochrać włosy Tamary, rosnące w innym miejscu? ;-)

Może wystarczy: Jacca poczochrał jej włosy.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję za wszystkie poprawki, zawsze można liczyć na Twoją rzetelną korektę. Mam tylko parę drobnych uwag. „Sam Batt był zbyt zszokowany, żeby ruszyć się ze swojego miejsca na pryczy, więc tylko wbijał wzrok w intruza”. –– Wbijał wzrok wielokrotnie, czy raczej coraz głębiej? ;-)

Może wystarczy: …więc tylko wpatrywał się w intruza. – Przy "wpatrywał się" byłoby powtórzenie "się" co tępię z uporem godnym lepszej sprawy. Nawiasem mówiąc, taka była pierwotna wersja.

„Oboje mieli bardzo jasno żółte oczy”. –– Oboje mieli bardzo jasnożółte oczy. – Właśnie nie, "bardzo" tyczy się tutaj "jasnych", nie "jasnożółtych".

„jedynymi” konsekwencjami, jakie go spotkały…” –– „jedynymi” konsekwencjami, które go spotkały… – Taka drobna ciekawość: czemu we wszystkich tekstach tak bardzo tępisz "jakie" jako synonim "które"? Ja na przykład nie widzę różnicy, a ciekawi mnie, czy może jakaś jest.

„…ale wy swoimi dywersjami i terroryzmami…” –– Wolałabym: …ale wy, swoimi dywersyjnymi działaniami i terroryzmem… – Sam mówi tu w chwili dużego wzburzenia i IMO takie skrócenia wyrazów ("dywersjami" zamiast "dywersyjnymi działaniami") bardziej mi pasuje w takim momencie. Dziękuję, że przeczytałaś, nawet jeśli Cię nie porwało. Uwagi były bardzo cenne i jak tylko ruszy nowa strona, to e naniosę na tekst.

(…)  czemu we wszystkich tekstach tak bardzo tępisz "jakie" jako synonim "które"? Ja na przykład nie widzę różnicy, a ciekawi mnie, czy może jakaś jest.   Jest, i to spora. Wybacz, że zamiast tasiemcowego uzasadnienia zaproponuję, byś sama tę (z Twojego punktu widzenia) zagadkę rozwiązała samodzielnie, posiłkując się Słownikiem poprawnej polszczyzny, na pewno dostępnym w bibliotekach. Pocieszę Ciebie – to nie takie trudne, tylko hasła diablo długie…

Wobec uwag do uwag, rewiduję uwagi: ;-)     By się się nie panoszyło, proponuję: Sam Batt był zbyt zszokowany, by choćby drgnąć na pryczy, więc tylko wpatrywał się w intruza.   Sprawa koloru oczu została wyjaśniona. Proponuję: Oboje mieli bardzo jasne, żółte oczy.   W kwestii który/jaki wyręczył mnie Adam. Adamie, dziękuję. ;-)   Rozumiem zamiar, akceptuję dywersje i terroryzmy.   Pozdrawiam. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ok, a ja nanoszę poprawki do poprawek. Dzięki.

Zbyt absurdalne w warstwie relacji między bohaterami. Takie właśnie komiksowe, jak napisała Regulatorzy – ja lubię komiksy, ale opowiadanie to coś inne

Dzięki za przeczytanie. Pracuję właśnie nad ograniczeniem komiksowości i zobaczę, co z tego wyjdzie.

Nowa Fantastyka