- Opowiadanie: jeralniance - Dla jedynej pociechy [ŚREDNIOWIECZE 2013]

Dla jedynej pociechy [ŚREDNIOWIECZE 2013]

Autorze! To opowiadanie ma status archiwalnego tekstu ze starej strony. Aby przywrócić go do głównego spisu, wystarczy dokonać edycji. Do tego czasu możliwość komentowania będzie wyłączona.

Oceny

Dla jedynej pociechy [ŚREDNIOWIECZE 2013]

 

Ejże, ty tam, siądźże przy mnie, a napij się, a ogrzej przy ogniu. No, czyż nie miga przemiło? Patrz, jak cienie umykają po izbie, gdy płomyk tańczy… Ostań zatem. A ninie wyciągnijże znużone marszem nogi, skurczone plecy także rozciągnij. Kiedy tak ci już lepiej, pozwól, abym historią cię uraczył. A słuchaj uważnie i słowa nie uroń ni jednego, bo każde istotne nad wszelką miarę.

Słuchasz?

Dobrze zatem.

Będzie o ojcu, o córze i panu czarciakowym.

Otóż było takie miejsce, księstewko maleńkie, schowane w ostępach dzikich a nieprzebytych. Zwało się ono Księstwem Złotogórskim. Obejmowało teren malutki, tyle, co gród jeden większy i podgrodzie, które to wyglądało jakby mury domostwa kulami gnoju kto oblepił złośliwie. Ale choć rozmiary księstewka nikłe były, najazdów tam się nie obawiano. Natura je osłaniać zwykła. Od południa otoczon byoł skalistymi szczytami, co swą czernią niezgłębioną na tle błękitu straszyły, a od północy spokoju pilnowały wody spienione, najeźdźcy wrogie.

Jednak choćby i ziemia pękła, by czarne szczyty pochłonąć, a wody na pył wyschły, księstwa tego nikt ruszyć by nie chciał. Ziemia ta bowiem za przeklętą uchodziła, złymi mocami pono ogarnięta i na wiekuiste użytkowanie czortowi oddana. Baby po wsiach gadały, iż do Czarciaka – bo tak właśnie zamek złotogórski zwano powszechnie – na pieczyste diabeł sam zachodzi i z panem tamtejszym do wieczerzy zasiada. I gdyby mnie kto pytał, zali to prawda aby, rzekłbym ino, że baby nie takie głupie, jak powszechna myśl głosi.

Mroczna nazwa zamku od figury jego pochodziła. Budowla to była niska, przysadzista, z dwiema jeno basztami, w niebo celującymi niestrudzenie. Choć paskudna była to siedziba ponad wszelką miarę, nie dlatego lud co prędzej oczy od niej odwracał. Ze strachu to raczej czyniono. Bo gdy słońce zachodzić już miało, to najpierw znikało za basztami tymi właśnie, a wtedy zamek na tle tarczy złotej całkiem czarny się jawił i każdy, kto wtedy by na nim oko zawiesił, zaraz ujrzałby diabła łeb szkaradny, co za rogi ma wieże dwie tamte. I dlatego zamek Czarciakiem wśród gminu zwano.

Tam właśnie ta historia się zaczyna. I gdyby kto trafił do Księstwa Złotogórskiego, i gdyby na zamek Czarciakiem zwany poszedł, i gdyby straże minął przebiegle, i do lochów po kamiennych, wyszczerbionych okrutnie schodach zejść by zechciał, a okiem swym poza mroki ku rozdygotanej łunie pochodni sięgnął, taką scenę rychło by ujrzał.

 

***

 

Tatku… – bezgłośnie wyszeptały spieczone i spękane usta dzieweczki. W czarnej ich jamie pustka przeraźliwa ziała, a odór niósł się wstrętny. Ojciec jednak nie wzdragał się, by przy córze swojej znów stanąć i po buzi posiniaczonej przez kraty pordzewiałe pogładzić. Liczko jej, co przed tygodniem o drżenie serca bielą i słodyczą przyprawiało, teraz okrutnie zbite było, a oczka, co zawsze się śmiały, teraz tylko z bólem i zmęczeniem patrzyły po loszku zaśmierdłym. Mgła gorączki w nich wisiała, przytomności odejmując.

– Nie mam ci wody, duszko moja – wyszeptał ojciec ze smutkiem ogromnym. Dłoń jego, choć ogromna i spracowana tak, że aż pęcherzami pokryta, łagodnością zaskakiwała, gdy spłowiałych, matowych włosów córy dotykał czule.

– Niedługo już. Jeszcze jutro tylko.

 

***

 

A zaczęło się to wszystko od kolejnego trupa, co na rynku wisiał. Wyglądał na świeżego jeszcze całkiem, nawet kruki oczu wydziobać nie zdążyły. Mimo to, nijak komu ocenić było, kto tym razem na stryczek trafił z książęcej woli. Jeno z sukienki potarganej i krwią poznaczonej dało się ocenić, iż wychudzone, suche truchło niewiastą kiedyś było.

Bidula… – Hator westchnął w duchu, przystając. Zwykł przemierzać rynek w pośpiechu, głowy prawie nie podnosząc, bo ciągle tam widniały kiwające się na sznurach postacie chude, co jak szmaciane lale były. Bezwładne takie, smutne, o włosach jak siano i giezełku ze skrawka byle jakiego. Na sam widok aż jaka ponurość brała człeka.

– Kto to wisi znowu, cieślo? – zagadnął starzec jakiś. Przy Hatorze przystanął i z sapnięciem ciężkim wsparł się na sękatej lasce, równie co on sam powykręcanej i życiem umęczonej.

– Młynarzówna. Rachynia jej było – odparł Hator z cicha, zawieszając wzrok na zapadłej twarzy wisielczej. – Na Czarciak wzięta przed trzema miesiącami.

– Aaa. Ostatnia branka pańskiego syna, tfu! – Dziadek splunął na ubitą ziemię i głową pokręcił, memłając wargami zwiędłymi, jakby przekleństwa żuł zaciekle. Hator tylko mu skinął.

– Za co wisi? – dopytywał stary.

– A za co! – obruszył się Hator. – Za zdradę, rzecz jasna! Jak to w zwyczaju mają panicze, kiedy im powodu brakuje.

– Ano. Rację macie pewnikiem. A ten diabli chwost już pewno nowej biedaczki szuka. Widział żem jak konia ku podgrodziu ganiał.

Hator drgnął i spiął się w ten moment. Twarz ku starcowi zwrócił poszarzałą i za nim powtórzył przez gardło ściśnięte:

– Ku podgrodziu…? Bywajcie, panie! – zawołał tedy i już spieszył przez rynek ku bramom. Serce do gardła mu podeszło, a myśli ganiały przeze się, jedna za drugą, w chaosie. Przed oczyma wciąż miał trupa słodkiej Rachyni, co niemal własną córą mu była i mateczkę jej też znał dobrze. Oni sąsiady byli, chałupa w chałupę przecie. A rachyniowa matula mamką jego własnej Halszki była, bo małżonka Hatora ducha w połogu oddała.

Która to pora ninie? Słońce zniżać się poczęło, lewej baszty na Czarciaku dotyka niemal. Halszka pewnie doma już, ogień rozpala, strawę dla utrudzonego ojca szykuje… A co, jeśli przy studni ostała z jaką to młódką drugą na gawędy? A panicz czarciakowy konia do wodopoju poprowadzi…

Lęk zdjął cieślę na tę myśl. Że Halszka by panu w oko wpadła – w to Hator nie wątpił. Niezwykle gładka to była dzieweczka, a na dodatek już dojrzała niewiasta prawie. Nawet ojciec to przyznać musiał, choć przecie rodzice w zwyczaju mają pociechom dojrzałości bronić.

Halszka płowe włosy nosiła w warkoczu długim na półtora łokcia niemal, liczko miała owalne i rumiane jak różyczka. A że brew miała mocną, ciemną po tatku, tak całość wyrazistości nabierała niezwyczajnej. I choć Hator nie myślał o tym wcale, córa jego także w kostce cienka była jak trzeba, kibić miała wąską, a piersi pod sukieniną rysowały się jak dwa dzbany miodu pełne. Gdyby to Halszka nie w podgrodziańskiej chałupie cieśli, a na dworze jakim na świat przyszła, tak już by w świecie szerokim jej urodę sławiono. I dlatego to ojczulek w dbaniu o córę przezornie strzegł ją przez piętnaście wiosen prawie przed okiem pańskim i rycerzy podległych, znając ich dusze jadem skropione.

I dlatego ninie cieśla w te pędy gnał do chaty, z duszą na ramieniu wypatrując płowej główki Halszki. Nogi jęły mu się mieszać, a serce waliło jak młot o kowadło, na którym mógł się wykuć okrutny los dla córy.

Hator wpierw konia ujrzał, w czerń i złoto przybranego, w kolory, jakie pany czarciakowe na herbie nosiły. Rumak stał przy korycie wodopoju i pysk co rusz zanurzał, a potem prychał i parskał głośno. Za uzdę go trzymał nie kto inny jak Radgier, syn księcia na Czarciaku. Wdały był to młodzieniec, choć gołowąs jeszcze i na domiar tego śliczniejszy niźli panienka niejedna. Włosy, co złotem jak łany zbóż się mieniły w słońcu, w loki utrefione i w pątlik ujęte nosił. Gładka buźka biała była jak mleko, a usteczka czerwone jak dwa płatki róży. Oczy jeno złe były, zimne i świecące blaskiem diabelskim, chorobliwym chyba. Tak też o Radgierze mówiono – że w duszy jego czort mieszka i stąd ich barwa ciemna, a wyraz okrutny. I to on każe młodemu dla chuci swojej zaspokojenia dziewki więzić i dręczyć. Prawdziwość tych historii tobie pod rozwagę ostawiam.

Gdy tylko zaś Hator radgierową buziuchnę ujrzał, chęć przemożna go chwyciła, by w tejże chwili paniątko do studni wrzucić albo łeb mu na kamieniu roztrzaskać. Wiedział jednak, iż gdzie Radgier, tam zbrojnych trzech co najmniej. Dbał książę o dziedzica swego.

Wtem serce Hatora drgnęło w strachu po raz trzeci tego dnia. Ujrzał on bowiem płową główkę dzieweczki, co wiadro ku studni niosła. I Radgier młódkę obaczył – od razu ku niej postąpił, pozdrawiając raźno. Ta zmieszała się i umknąć pewnikiem chciała, ale panicz za drobną rączkę złapał i dziewczę siłą zatrzymał.

– Halszka! – ryknął w strachu cieśla i ku córze swojej pobiegł. Prędko ją za ramię złapał i od obmierzłego dotyku wybawił.

– Co jest, człeku? – warknął Radgier, marszcząc w złości brew jasną. – Czemuś nam przeszkodził? Nie widzisz, że z dziewką mam sprawę?

– Ja… ja… To Halszka moja… Ja jej nie dam… – wydyszał Hator, po biegu nie mogąc oddechu złapać. Spojrzał na liczko panienki i tchu mu brakło do reszty. Germinkę poznał, drugą córę młynarza, co płowowłosa była jak i Halszka. Błąd swój spostrzegłszy, Hator przeraził się nie na żarty. Nie chcąc czynić dalszych wstrętów gniewliwemu panu, jął się cofać, dukając przeprosiny.

– Czekajże, człeku, dokąd to? – ozwał się ten jednak, a wesół był ponad wszelką miarę. Ale w licu jego diabeł siedział i z oczu mu na świat wyglądał. – Halszka, mówicie? Córka wasza…

– Panie, wybaczenia błagam… – Hator w pas się kłaniał bez przerwy. W piersi go bolało jakby kto na miejsce serca wór lodu w niej zaszył.

– Gdzie mieszkacie? Mówcie albo wam kości przetrącić każę, a chałupę sam znajdę! – Radgier skinął na rycerza, co z oddali ich obserwował. Kolczuga zachrzęściła nieprzyjemnie, gdy ten w odpowiedzi rękawicę uniósł.

– Tam, na skraju dąbrowy – odparł Hator, struchlały. – Cieślą jestem, panie, z pracy wracam właśnie… Na festyn imienia twojego lożę stawiam… i sceny, i stragany, i płoty…

– Cichajże, w rzyci mam twoje płoty, wieśniaku! Ale córze chętnie bym się przyjrzał – rzekł spokojniej Radgier, wyraźnie kontent. – Zajdę tam do was jutro z ranka. A teraz precz mi z oczu! I Bogu dziękuj, żem taki łaskawy dzisiaj.

Hator chciał rzec coś jeszcze, dalej prosić może, błagać, ale głos zatracił kompletnie. Patrzył tylko jak Radgier konia dosiada i dumnie kieruje się stępem ku bramom grodu.

Po chwili cieśla odwrócił się od krwawego zachodu i ku chacie powlókł, myślami pomstując ponuro na swą porywczość. I nie pomagała myśl, że to z miłości wszystko, i dla córy ratowania. A jednak to właśnie oko pańskie ku niej zwróciło. Pod powiekami wciąż miał zdradliwe oblicze pełnego buty Radgiera, tego, który wkrótce pewnie weźmie w posiadanie światło życia cieśli, jedyną pociechę, Halszunię, którą piastował od maleńkości, wielbił i hołubił, nieba przychylał… Widząc w duszy słodki jej uśmiech, pamiętając objęć czułych dotyk, gniew jął się w cieśli burzyć. Ze strachem o swe dziecko połączon, sprawił, iż Hator odzyskał siły, odetchnął głębiej, choć wciąż na piersi czuł ucisk jakby kto kowadło nań położył. Ale jedno było jasne – Halszki nie odda! Choćby szyję miał dać katu, Radgier dzieciny jego cudnej nie dostanie, o nie!

W kolejnym porywie gwałtowności Hator wpadł do izby, już córę z imienia wołając, ale odpowiedziała mu cisza jeno. Chałupa maleńka była i, choć ciemna całkiem, tak ponad wszelką wątpliwość pustką świeciła. Halszki nie było doma.

– Halszunia, gdzie ty…?!

– Cichaj, tatku! Tutaj żem jest! – Śmiech jej perlisty zabrzmiał za plecami Hatora, który natychmiast odwrócił się i córę w ramiona chwycił. Nagle taką rzewność uczuł w sobie, bo taka ciepła, taka żywa, miękka i wsią pachnąca ta Halszka jego… Jakże by to? Stracić ją miał? Nie może być…

– Oj, tatku, duszę ze mię wyciśniesz. Ja jeno za chatą była… Co-że się stało? – zapytała Halszka, próbując z ramion cieśli się oswobodzić.

– Duszyczko moja, uciekać musim, teraz, zaraz, już. Kiedy ranek nastanie, my musim być daleko – rzekł córze Hator, a ta oczy wielkie zrobiła, zaskoczona wyraźnie.

– O Jezu, ale o co to chodzi? Uciekać? Tatek! Dokąd? – zawołała, za głowię się łapiąc.

– Moja to wina wszystko, ale nie pora na spowiedzi… Pan Radgier rankiem tu zawitać chce, aby cię obaczyć i na Czarciak pewnikiem zabrać!

Halszka, co nie w ciemię bita była, zaraz pojęła, jaka groźba nad główką jej płową zawisła. Ale wiedza nowa nie uśmierzyła bynajmniej innych jej trosk. Do ojczulka swego przylgnęła i palce wpiła w szerokie ramiona.

– Ale dokąd teraz? Gdzie się podziejem? Przed nami czarne wody, za nami czarne góry… Cienie długie po ziemiach się kładą, zima za pasem, a my uciekać będziem?!

– Słuchaj ty mnie, Halszko moja – rzekł Hator z mocą. – Prędzej ja ducha oddam, by cię przez te góry przeprowadzić, niźli dam na zamęczenie diablim sługom!

Halszka, cała zlękniona, prędko się przeżegnała, ale siły jej nie opuściły fartownie. Skinęła głową na znak zrozumienia, zwarta i jakby do boju gotowa. Buzia jej pokraśniała z przejęcia wielkiego i powagi nagłej.

– Mów, tatku, co mam robić.

– Pójdziesz do dąbrowy, pod to martwe drzewo, gdzie żem w dziupli złoto zdobyczne schował. Mało tego, garstka ledwie, ale, jak Bóg da, wystarczy na nowy początek gdzieś daleko, poza czarcim cieniem… Ale bacz na siebie, Halszko! Ciemno już całkiem, a dąbrowa gęsta. Nie zgub się ino. Sam bym poszedł, ale osiołka trza objuczyć, a i ty szybciej oblecisz niźli ja stary… Ruszym zaraz jak wrócisz. – Ucałował córkę w czoło i do wyjścia lekko popchnął. Ta wahała się jeszcze chwil kilka, bowiem choć porywcza była jako i ojciec jej, tak pomyślunku miała więcej i lękała się nagłego tego zrywu. Jednak w tatku pokładała ocean ufności cały, jak w nikim innym na tym świecie. Więc jak mówił: „idź!”, to szła, choćby w noc i ciemność wyruszyć kazał. I wcale już jej straszno nie było. Tak i teraz z chałupy wybiegła i tyle ją Hator widział. Ale że czas go naglił, szybko się po izbie zakrzątnął i do wora parcianego jął dobytek ubogi zgarniać. Czasu na tym nie strawił wiele, bo i dużo nie posiadali, a i dźwigać po górach trudno byłoby także. Tu koszulina, tam portki, czy giezełko Halszuni, a do wora drugiego chleba połówka i marchwi pęczek. A kiedy cieśla zdarł z siennika skórę wilczą, najcenniejszą i najużyteczniejszą rzecz, co posiadał, po ziemi gałganek jaki się potoczył. Szmaciana lalunia Halszki to była, szara już całkiem i pocerowana wkoło. Dzieweczka od maleńkości co noc z nią spała.

Podniósł Hator lalę starą i do brodatej gęby przycisnął. Świat mu łzy przyćmiły. Pamiętał on jak malutkimi, słodkimi rączki żona jego szmatki te zszywała, to po brzuchu ogromnym się gładziła, to włoski płowe z buzi odgarniała. Wiele nigdy nie mieli, jeno siebie, a i to nie na długo. Nie dalej jak po miesiącu od dnia tamtego Ermenka martwą i w ziemi już była. A ninie Hatorowi Halszka ostała, a i ją zgubić mógł wkrótce.

Wcisnął gałganek do wora, łzy gorące przełykając. Odejść chciał czym prędzej, kąt nowy znaleźć, bezpieczniejszy, choć pono cały świat grozą pachnie jednako. Wszędzie pany złe a mściwe. A Hator marzył jeno, by znowu przy ognisku poczywać, na zydelku, z córą słodziuchną na kolanach, co mu wsią pachniała, i słońcem, i lasem jakim.

Juże Hator wory powiązał i wyjść z chaty miał, co by osiełka objuczyć, kiedy to drzwi z hukiem się rozwarły i upiór jaki do izby wleciał.

– Halszka! – zawołał cieśla, grozą zdjęty do głębi. Córa jego biała jak wapno na buzi była, sukieninę potarganą miała, i juchą schlapaną na przedzie. I trzęsła się dzieweczka, ledwie dychając w strachu i zszokowaniu.

– Tatek…! Jam go zabiła chyba… – wyszeptała i jakby bez ducha padła. Ledwie ją Hator pochwycić zdołał i do piersi przycisnął. Jął po buzi klepać, cucić, z imienia wzywać.

– Co się stało, duszko moja? Halszuniu, tyś mi chyba nie martwa…? – Poniósł córę na siennik i tam złożył. Nim pomiarkował, co dalej uczynić, ta oczy otworzyła i tak mu rzekła:

– Czekał na mnie za chatą kawałek, przy drzewach ukryty. Ciemno było, to żem go nie widziała… A on dawaj na mnie! Tak wyskoczył, jak diabeł z pudełka na jarmarku! W krzaki mię ciągnął, sukienkę, giezło szarpał… Ja się przelękła straszliwie, a ten w śmiech! Mniej mu do śmiechu było, kiedym gałąź urwaną złapała i go przez łeb zdzieliła. On padł, a jam uciekła, nim kto mię pochwycił – zakończyła, struchlała. Ale oczy jej nawet nie błysły łzą żadną, twarda to dziewucha była i płakać po próżnicy nie zwykła.

– Któż cię napadł? – spytał ojciec, już pięści w gniewie zaciskając aż mu kłykcie pobielały.

– A kto! Radgier!

– Sam był?

– Z ludźmi.

– Siła ich?

– Dwóch tylko.

Milczał Hator dłuższą chwilę, główkując tak usilnie, aże niemal para z uszu buchała. W końcu wstał, gacie opadające podciągnął i córze rękę podał, z siennika podnosząc.

– Nie ma rady. Uciekać trza, póki można. Tera radgierowe rycerze pewno do Czarciaka go biorą, ale cię widzieli, mówisz. Ech, Halszuniu… Lepiej jeśliś go ubiła, bo inaczej gorze nam, gorze – westchnął Hator ciężko, choć sam już nie wiedział, jaka zbrodnia gorsze owoce zemsty by przyniosła.

Ale Halszka Radgiera nie ubiła.

Nie zdążył nawet Hator worów z dobytkiem podnieść, gdy drzwi do chaty po raz drugi z hukiem się rozwarły. Wpadło dwóch zbrojnych z mieczami nagimi w dłoniach, a za nimi dumnie wkroczył Radgier, choć wygląd jego iście był koszmarny. Powyżej skroni rana paskudna ziała, a z niej jucha na twarz gładziutką pociekła czerwonym strumieniem, sklejając też loczki, co z pątlika uciekły.

– Tu żeś mi, dziewko wszeteczna! – zawołał z błyskiem szaleńczym w oczach diablich, jak bestia zęby szczerząc. Przypaść chciał ku Halszce, lecz zawahał się tedy, widząc juki gotowe i powiązane. – Co, uciekać chceta? Dobrzem pomiarkował, że do świtu nie ma co czekać, tylko nocą dziewkę brać jak zwykle! Ale było leźć po dobroci, suko wszawa. Ninie na sąd pójdziesz! Dziedzica zabić próbowałaś! – I postąpił ku dziewce z tym podnieceniem i gorączką bijącą mu od pokrwawionego lica. Tedy Hator prędko drogę mu zastąpił, córy piersią własną bronić gotów. Wyrzec nawet nic nie zdążył, a już rękawicą przez mordę od rycerza dostał i na ziemi się zwinął, krwią plując. Radgier po strażniku kopniakiem poprawił prosto w bebech cieśli. Ten skulił się i zawył boleśnie, na co córa krzyk podniosła. Ozwała się w niej hatorowa krew widocznie.

– Ty zbóju! – wrzasnęła gniewliwie i do tatka przypadła.

– Cichaj, Halszunia… – jęknął ten, o życie córy drżąc bardziej niźli o własne.

– Co: cichaj! Żadne cichaj! Zbóju ty, tatka-ś mi ukrzywdził! A bodaj by cię zaraza zmogła!

Radgier wykrzywił usta szyderczo i tak tylko na jej krzyki odpowiedział.

– Bierzcie dziewkę i na koń ją – nakazał, a gdy rycerze Halszkę pochwycili, ta jak kocica walczyć poczęła, wijąc się, drapiąc, a do tego i przekleństwami miotała.

– A bodaj by cię diabły na dupach parchatych do piekła poniosły! A żeby cię…! Aaach!

Wywlekli ją siłą z chaty, Hatora na ziemi zostawiając. Ten wił się w boleściach i córę wołał. Co rusz zrywał się, podnieść próbował, jeno ból straszliwy nijak nie pozwalał. Mógł tylko pławić się w bezsilności i słuchać wrzasków Halszki z prędka cichnących.

I tak doczekał świtu, pod ścianą siedząc w skuleniu. Ścieżynki łez, co noc całą po czerstwych policzkach płynęły, zrazu osuszone przez pierwsze promyki złota zostały. W miejscu smutku i płaczu gniew rozgorzał, sił dodając. Wstał tedy Hator i, bólu już nie czując prawie, do grodu ruszył. Ale nie do pracy się wybierał.

Nogi same do dworu czarciakowego niosły. Jedną rzecz miał tylko do roboty – o córy życie błagać samego księcia. On jeden mógł kaprysowi Radgiera się sprzeciwić. Ale czy zechce, tego Hator nie wiedział. Ale choćby go mieli dzień i noc batożyć, na grochu klęczeć kazać, czy do ciupy wsadzić, spróbować musiał. Bo nie masz ci nic gorszego nad utratę dziecka ukochanego.

O audiencję się wystarać trudno nie było. Akurat książę interesantów ze skargami z grodu swojego przyjmował. Nie wierząc, iż naprawdę uda mu się z czarciakowym panem pomówić, cieśla stanął przy kolumnie jakiej i po sali rozejrzał.

Wielka nie była, wspaniała też nie. Na Hatorze jednak wrażenie zrobiła ogromne, choć ponure. Kamienna ta izba zimnem wionęła, i smrodem – całkiem jakby kto tu żywcem ludzi palił. Naprzeciw wrót frontowych, co łukowaty kształt miały, znajdowało się podwyższenie. U szczytu schodów trzy trony stały. Nie były bogate, jeno z drewna czarnego, ale rzeźbione za to cudnie. Środkowy zajmował sam książę – Trygbord, ojciec Radgiera. Włosy dawniej kruczoczarne ninie siwizna przyprószyła na skroniach, a wąsy zwisały przyklapłe i całkiem już białe. Po prawicy jego biskup zasiadał. Mąż to był słusznej postury, o twarzy czerwonej, nalanej, a łysy całkiem już prawie. Urząd swój podkreślał zdobnymi szaty, aby to każdy widział, że z niego sługa boży i bodaj mu w czym nie uchybił. Trzeci tron zajęty był zaś przez człeka iście nikczemnego wzrostu. Mały był, chudy i niestary całkiem jeszcze. Czarny miał kubrak, a na piersi złoty klucz wyszyty. Jak słusznie Hator uznał – herb jego. Zatem musiał to być Valmat, drugi doradca książęcy. Teraz na tronie rozparty, chyba w znudzeniu.

– Wyprowadzić! – rozkazał książę, równie znużony. Straże chwyciły interesanta, co opowiadał o kurach przez licho wyduszonych, i za drzwi wywaliły czym prędzej.

– Następny!

I tak ciągnęło się godzin jeszcze kilka, ale Hator mimo głodu i zmęczenia czekał cierpliwie. A kiedy kolej jego nareszcie nastała, padł na kolana i tak uniżon ku władcy poszedł.

– Czego, człeku? – zawołał skrzekliwie Valmat, czuprynę sobie wichrząc dłonią. Na Hatora ani nie spojrzał.

– Panie… Hator mnie zwą, cieślą waszym jestem. Jam przyszedł prosić o zmiłowanie dla córy! Wczoraj nocną porą w niewolę wzięta przez dziedzica Radgiera… Panie, błagam was! Jedyna to moja pociecha! – zawołał w rozpaczy, ręce wznosząc do księcia. Ten paznokcie sobie oglądał.

– Co zrobiła? – Trygbord ozwał się po przeciągłej chwili.

– No… Nic, panie – zaczął Hator ostrożnie, wpierw każde słowo ważąc. – Jeno kiedy pan Radgier szarpać ją zaczął, to Halszka moja bronić się poczęła…

Teraz dopiero książę wzrok uniósł i w Hatora go wbił. Oczy miał jak i syn: czarne, złe.

– Ta, co mi na syna rękę podniosła! Ta, co go lżyła potem jeszcze?

– Panie, litości! Ona to ze strachu uczyniła… I te klątwy także to z uniesienia jej… Ona niewiastą przecie, słabą na duchu…

– Czekajcie! Klątwy, mówicie? Jakie? Bo syn mój niezdrów!

Ninie Hator na nowo się przeląkł. I nie dziwota, że język mu w gębie skołowaciał i cieśla ani słowa wyrzec nie mógł. Ale książę popędzać go zaczął, aż z tronu się wychylił.

– Mówicie lepiej, bo i was do lochu wsadzę!

Chwilę się jeszcze cieśla wahał, zełgać chciał, ale czuł na sobie spojrzenie biskupa. Słabość znowu go ogarnęła wielka, aż mu rozum pomieszało i żadnego kłamstwa wymyślić nie zdołał.

– Panie, tak tylko… – zaczął niechętnie.

– Tak?

– …żeby go diabły…

– No mówże!

– …na dupach parchatych do piekła poniosły – wyznał wreszcie i na sali cisza gęsta zapadła. Na to wszystko Trygbord z tronu się zerwał. Twarz miał białą, a w oczach ogień piekielny płonął.

– I oto stało się! Syn mój daleko z wiedźmą nie zajechał! Koń mu się spłoszył jakby licho zwęszył, pognał w lasy i Radgiera zrzucił! Słyszysz, człeku?

Gwar się podniósł na owalnej sali. „Wiedźma! Wiedźma!”, wrzeszczeli wszyscy, mieszczanie, wieśniacy, Valmat nawet. Ale Hator wrzasków nie słyszał. Krew się w nim wzburzyła i w uszach zaszumiało, bo oto córę swoją pogrążył jeszcze bardziej. Ninie zamiast prędko ducha oddać, męki ognia ją czekają.

– Nie… – wyszeptał, a zaraz ozwał się głośniej. – Nie! Panie, nie może być! Ona nietknięta jeszcze, z diabłem się nie pokładała! To córuchna moja ukochana, ona dobra, ona czysta!

– Ale u diabła ma posłuch – odparł nieubłagany książę. – Więc wiedźmą stać się może rychło.

– Panie, więc choć ją zabij szybko, litość okaż… – jęczał Hator, na klęczkach znów się zbliżając. Serce waliło mu w piersi tak mocno, że huk ten myśli zagłuszał. Wszystkie prawie, poza tą jedną: Halszka umrze, on właśnie los jej przypieczętował.

Książę uniósł ręce, wrzeszczący tłum uciszając z łatwością. Miał on u tłuszczy posłuch, co z lęku się brał. Kiedy ciszę nakazywał, cisza zapaść musiała. Tak było i teraz.

– Będę litościwy – obiecał, a głos jego po kamiennym sklepieniu echem się przetoczył, do najdalszych zakątków sali docierając. – Oto mój wyrok. Ja, Trygbord Złotogórski, władca Księstwa Złotogórskiego i ziem przyległych, wszem i wobec wiedźmę Halszkę, córkę Hatora, na śmierć skazuję. Za siedem dni o zachodzie spalona zostanie, a egzekucja jej festyn syna mego uświetni, jako że rękę na niego podniosła, przez diabły wspierana. Aby dalszym plugastwom i czarom zapobiec, kat szczypcami żelaznymi języka ją zbawi, i dłoni, by czarów odprawiać dłużej nie mogła.

Tłum zawiwatował i na nowo krzyk podniósł.

– Nie! Panie! Panie, miejże zmiłowanie! – zawył Hator, za serce się chwytając. Głos jego w harmidrze jednak do szczętu utonął.

– A jako żem jest miłościwy – ciągnął książę – ty, Hatorze, córę swoją na ołtarz ognisty będziesz mógł poprowadzić osobiście i sam też ogień podłożysz. I tak się przyczynisz, by splugawioną duszę niewiasty tejże oczyścić! Straże! Wyprowadzić. – Machnął ręką w stronę ojca, co błagać i szlochać nie przestawał. Wycie jego zbolałe z wołaniami tłumu krwi spragnionego w jedno się mieszał. Chwycon pod ręce przez sługi księcia nijak nie zareagował, jeno jęczał w głos, córę swą z imienia wzywając. Zbrojni wywlec go siłą musieli. Kiedy za murami na ziemię rzucony został, tam się zwinął. Oddechu złapać nie mógł, w piersiach go dusiło straszliwie, a w głowie szumiało. Gorzkie łzy po twarzy spływały gęsto i w kudłatą brodę wsiąkały.

– Halszkooo…! Halszko mojaaa…! Halszko…

Głos jego cichł z wolna, w słaby jęk przechodząc. Żal całkiem go przydusił, siły wyciskając i do obłędu wiodąc prawie. Wcale nie baczył na ludziska, co ciekawie na niego zerkały, szeptem nowe wieści między sobą przekazując. Nie słyszał ich, bo uszy mu wypełniał głos znajomy, jak miód słodki, jak puch miękki, jak aksamit delikatny. I wiedział, iż więcej go już nigdy nie usłyszy tak naprawdę.

Radgier!

Jego to wina wszystko! Jego, jego, jego!

Ryk wściekłości wydarł się z gardła hatorowego. Poderwał się cieśla z ziemi pylistej, wrzeszcząc i ku czarciemu zamkowi pięści wznosząc. Szał go ogarnął wielki i niepowstrzymany.

A żeby wszyscy w ogniu stanęli jak i Halszka wkrótce!

Żeby ich krew zawrzała, jak teraz Hatora!

Żeby w bólu, we łzach, w trwodze ginęli!

Zasłużyli! Za strach, za cierpienie, za wszystko…!

Cały ród czarciakowy! I te gęby dzikie, co wiedźmą Halszkę ozwały z miejsca! Ku radości własnej! Dla zabawy życie dzieweczki niewinnej gubiąc!

A niech giną, parchy piekielne! Niech cierpią!

Wrzeszczałby tak pewnie do zmierzchu czy świtu nawet, lecz go znowuż straże przepędziły, kopniakami i uderzeniami do ruchu przynaglając. Wtedy też gniew i szał zelżały nieco, w cień odeszły, głębiej w duszy się skrywając. Ale nie zgasły.

Hator nie wiedział, co dalej robić, gdzie się podziać. Cały świat barwę miał dymu i popiołem smakował. Oto zgliszcza życia jego. Nic Hatorowi nie zostało, nic, modlitwa jeno. Tak więc kroki do kościoła skierował i dzień cały, calutki, krzyżem leżał na deskach. Do Świętej Panienki modły kierował, bo ona przecie także wiedziała, co to znaczy dziecię swoje stracić. Ale ta milczała uparcie, jako i syn jej, i Ojciec na Niebiosach. Wszyscy milczeli, modlitwą wcale nie wzruszeni.

Począł Hator urągać Niebiosom w gniewie swoim, bluźnić, wyzywać. Potem na twarz znów padał i o wybaczenie prosił tak długo, aż znów wściekłość w nim wzbierała. A figury trwały nieme i głuche.

I w taką to porę nieszczęśliwą Hator niezwykłej wizyty się doczekał.

– Wstańże z klęczek – ozwał się głos łagodny za nim. Cieśla ani drgnął, głowę zwieszoną trzymał. W odpowiedzi nie dostrzegał sensu.

– Na co czekasz, Hatorze? Przecie ci nie odpowiedzą! – zaśmiał się szyderczo nieznajomy. Teraz dopiero cieśla twarz ku niemu zwrócił, na deskach siadając ciężko. Ku swemu zaskoczeniu, to biskupa ujrzał, tego samego, co po książęcej prawicy zasiadał w sali kamiennej.

– Jam tu…

– …o zmiłowanie dla córy prosić przyszedł, wiem. Naiwnyś. Niebiescy z wysoka takich prostaczków to w rzyci mają. Nic nie wybłagasz – rzekł biskup, ręce rozkładając niby to bezradnie. Zmieszał się Hator bardzo na słowa jego, tak dziwne w ustach świętobliwych.

– No i co tak gały wytrzeszcza? Odpowiedzieli ci kiedy?

Hator milczał chwil kilka, w końcu głową potrząsnął. A im dłużej na biskupa spoglądał, tym straszniejszy i dziwny jakiś mu się jawił. Zebrał się więc cieśla w sobie i zapytał:

– Kim tyś jest…?

– Ależ wiesz przecie, duszyczko ty moja! – oznajmił biskup, usta rozciągając w uśmiechu straszliwym, co do zwierza czy bestii jakiej nagle go upodobnił. – Różnie mnie wołają.

Na te słowa oblicze jego nagle odmieniło się zupełnie. Twarz zbielała, czarne żyły pod skórą wyszły, w oczach, jasnych i wodnistych dotąd, ogień krwawy zapłonął, a spomiędzy pociemniałych jak u trupa warg czarny jęzor szpiczasty powoli się wysunął..

– Diaboł? – wyszeptał Hator na bezdechu. Zimny pot go oblał i dreszcz zdjął silny. – Ale przecie to ziemia poświęcona, kościół…

– Ano. Dobrotliwy ten mąż za tarczę mi służy dzielnie i z jego to pomocą swobodnie po każdym gruncie chodzę… Alem nie przyszedł tu po próżnicy gadać. Otóż mam dla ciebie… propozycję. Halszkę twoją mogę ci ocalić. Tak, tak, dobrześ usłyszał. Dla diabła jeno wszystko możliwe – wyrzekł z dumą wielką i zadowoleniem czart w biskupiej skórze.

– Co…! – Hator aż na równe nogi skoczył i do diabła przypadł. – Czego chcesz za to? Wszystko oddam, wszystko!

– Córa twoja wielce mi się spodobała. Dlategom też jej wezwania usłuchał… Jeno te dupy parchate nie w smak mi były. – Wyszczerzył się po raz wtóry. – Halszkę mi oddaj na własność, a już moja to głowa, by od ognia ją zbawić. Więcej jej nie ujrzysz pewnie, ale żywa przynajmniej i szczęśliwa będzie. Gładsze dla niej oblicze przyjmę i jak królowę traktować będę, jeśli moją ma być.

– Ale gdy do łoża ją weźmiesz, przeklętą będzie. Nie, czarny panie, tego jednego dać ci nie mogę. Lepiej już umrzeć niż na męki wieczne się skazać – odparł Hator twardo, bez lęku w oczy diabła patrząc. Nową w sobie siłę znalazł, perspektywę na ratunek odnajdując. – Mnie weź. Duszę moją ci sprzedam, córę jeno mi ocal.

– Duszę? – Diabeł prychnął. – Na co mię ona. Ludzi grzesznych nie brakuje, dusz ci mam pod dostatkiem. Twoja od innych wcale nie lepsza.

– A co za nią dostać mogę? – z rozpaczą zawołał Hator. Diabeł jakby tylko na to czekał; postąpił ku niemu śmiało, nachylił się i głosem poufałym przemówił:

– Zemstę ci dam.

 

***

 

Noc Hatora zastała na zydelku o nóżce chybotliwej. Na kolanach, miast Halszki, lalę starą trzymał. Tak to właśnie diabła wyczekiwał, co miał tu przybyć i zamiary swoje objawić. Po tym umowę wieczystą krwią przypieczętują. Siedział więc tak cieśla jak na szpilkach, z rzadka tylko gałganek do ust podnosząc.

A jak trzasło nagle!

Jak hukło straszliwie!

Zerwał się Hator, lalę do piersi przyciskając. Ale to diabeł właśnie stał pośrodku izby maleńkiej, a za nim worów wielkich kilka.

– Witaj, miła duszyczko – powitał go głosem rześkim i wesołym. – Gotów do przypieczętowania umowy naszej?

Cieśla zawahał się; otóż przez cały ten czas rozliczne wątpliwości w głowie jego się zrodziły. Choć z pomyślunkiem różnie u Hatora bywało, wielu z nich ot tak zbyć nie potrafił. Rzekł zatem:

– Nie wiem…

Głowę zwiesił z frasunkiem, na diabła nie ważąc się spojrzeć. Ten zaś zaśmiał się gromko i przy zydelku stanął, biorąc się pod boki.

– Lękiem mi pachniesz. Tyś rano Bogu lżył, i Dziewicy. Dusza twoja już zgubiona, a ja z dobroci i tak pomoc ci oferuję. Nie chcesz? Dasz czarciakowym panom Halszkę spalić i dalej tyrać dla nich będziesz, patrząc jak kolejne dziewki zamęczają? Jeśli taka twoja wola… – Diabeł głos zawiesił, na cieślę kątem oka zerkając.

– Nie o to mię chodzi – burknął Hator. – Ja ino nie wiem, czy ty słowa dotrzymasz. Tyś jest kłamcą największym.

– Aaa… Tu cię boli! – Śmiech znów zabrzmiał w chacie. – To kłamstwo wielkie dopiero. Ja zawsze prawdę mówię, ale ludzie łgarstwem ją zowią, bo gorzkie to lekarstwo na ich matactwa. Tak im wygodniej. A kto by z diabłem umowy wiązał, jakby ten warunków miał nie dochować? Nie, Hatorze. To wyście są oszusty, diabła w pole wyprowadzić zawsze chcecie.

Cieśla milczał i milczał, a słowa te wciąż w uszach mu grały.

– Zgoda – rzekł w końcu. – Umowę zawiążmy. A to co? – zapytał jeszcze, na wory wielkie wskazując.

– A to, duszko słodka, zemsta twoja będzie. – Diabeł, wielce kontent, zydlem drugim po ziemi szurnął i biskupie jestestwo na nim usadził. Na stół sypnął czym białym, prochem jakimś. Drobne to było, miałkie całkiem. – Wynalazek ten z krainy dalekiej pochodzi, gdzie ludzie mali a żółci, za to mądrzy aże i mnie zdumienie czasem bierze. Do was jeszcze rzecz ta nie doszła i pewno jeszcze przez i pokolenie całe nie dotrze. Raduj się zatem, żeś ze mną w dobrej komitywie. Ninie słuchaj dobrze, bo to ważne wszystko. Trzeba ci będzie węgla drzewnego i siarki jeszcze. To – wskazał na pył – masz w prezencie, co byś wiedział, że mi los Halszuni serce poruszył…

 

***

 

Hator siedem dni miał, by zemstę swą przygotować podług wszelakich zaleceń. Za dnia w pocie czoła pracował, na książęce zlecenie festyn szykując. Z pańskiego rozkazu, co z diablego podszeptu wynikał, Halszka na scenie spalona być miała, do pala pośrodku sceny przywiązana. Wzniósł zatem cieśla scenę wysoką, aby z loży szlacheckiej dobrze widać było egzekucję o zmierzchu, a kuglarzy i pokazy za dnia. Siedziska też dla możnych stawiał, i płotki, co od tłuszczy ich oddzielać miały.

Pięć nocy zaś w domu spędził, czarcie rady w życie wcielając. Szóstą strawił na toczeniu beczek ciężkich pod scenę świeżo wzniesioną. Siódmej zaś do Czarciaka zaszedł. Prosił strażników, i błagał, i przekonywał, aż córę zobaczyć mu pozwolili. A widok to krzepiący nie był wcale. Stłuczona okropnie, język miała wyrwany już dawno, a miast rąk kikuty szmatami owinięte. Sukienina na niej porwana cała była i wisiała smętnie na wychudłym ciele. Najgorsze zaś oczy były, tak bólu pełne i smutku. Poddała się Halszka i śmierci czekała z utęsknieniem. Widok ten tylko utwierdził Hatora w słuszności czynów planowanych.

I kiedy dzień zemsty nadszedł, serce jego nienawiścią czystą płonęło. Obserwował i widział gęby zapite, brudne, oplute. Grymasy złości je wykrzywiały, i krwi pragnienie. Krwi chcieli! Krwi córy jego najdroższej! To dostaną, wszystko dostaną, aż w nadmiarze. I zerkał tylko Hator na podest drewniany. Zajrzeć pod niego nie dało się wcale, bo z przodu dechami zabity, a wokół ciężką płachtą zasłonięty. I tylko jeden Hator wiedział, czemu taką postać scena miała.

A kiedy czas nadszedł właściwy i słońce ku Czarciakowi spłynęło, tłum się zebrał ogromny. Każdy parł ku scenie, ale zbrojni bliższego dostępu bronili. Powyżej, na ławach drewnianych możni zasiadali. Damy wielkie okrucieństwem spite, ich mężowie juchy żądni. Tacyż oni sami jak i prostaki pod nimi, a za lepszych się przecież mieli. Jeden tylko Hator to widział. A najwstrętniejszy mu był widok księcia i żony jego, co nie posiadali się z dumy i radości, że festyn taki udany.

– Ale gdzież Radgier? – mruknął cieśla pod nosem. Na cóż mu zemsta, jeśli dziedzica nie dosięgnie? Miejsce u boku Trygborda pustką ziało, a słońce coraz niżej schodziło. Zemsta o zachodzie dokonać się miała. Już chrustu nanieśli. Hator wokół pala go ułożył, bacząc, by nie wpadło za wiele przez otwór w dechach, z którego to pal wbity w ziemię ku niebu wystawał.

Słońce już za baszty zaszło i zamek znowuż w diablą głowę się przemienił. Radgiera nie było nadal.

Książę wstał i do tłumu przemawiać zaczął, ale Hator ani go słyszał. Wzrok wbijał w tron, co pod daszkiem loży stał nadal pusty. Dopiero gdy tłum zawył i lżyć począł, cieśla przecknął się niby z transu. Halszkę prowadzono. A raczej – wleczono. Ledwo powłóczyła nóżkami słabymi. Gdyby ją strażnicy puścili, z pewnością natychmiast na ziemię ległaby jak martwa. W tejże chwili Hator ruszył ku córze i wziął ją na ręce, rozkaz książęcy przy tym spełniając. Sam poniósł Halszkę na scenę i choć serce mu przy tym pękało, do pala zaraz przywiązał. Tej główka mdlała i na ramię Hatora opadła w końcu. Pogładził płowe włoski i szepnął:

– Już zaraz, Halszuniu. Jeszcze chwilka i odpoczniesz w końcu…

Obejrzał się na lożę raz jeszcze, ale tron dalej stał pusty.

Trudna rada, rzekł sobie Hator. Dłużej czekać nie mógł – strażnicy już mu żagiew płonącą podawali. Przyjął więc, a potem przy Halszce stanął. Ona w oczy ojcu z miłością spojrzała i uśmiechem słabym mimo wszystko obdarzyła. Tedy to w usteczka ją ucałował spierzchnięte, a łzy już poczęły go w oczy szczypać.

– Trzymaj się, duszyczko. Niech ci Niebiosa za to wszystko odpłacą. I mamusię pozdrów… – Rzekłszy to, skroń jeszcze córuchny ucałował, a u jej stóp gałganek, laleczkę ukochaną, złożył. Potem pod nogi spojrzał i przez otwór, w którym to pal wyrastał, beczki pod deskami ujrzał. Sam je nocą tu wtoczył i za grubą zasłoną ukrył.

Ostatni raz na córę spoglądając, Hator żagiew płonącą na chrust upuścił. Tłum zawył, już smród rychłej śmierci zwietrzywszy. I wtedy też cieśla diabła w biskupich szatach dojrzał. Skinął mu ten głową i na lożę wskazał, gdzie dziedzic już zasiadł z pysznym uśmiechem.

– Szczęśliwiście? – ryknął Hator, aż głos jego po placu poniosło. – Wy, coście dziewkę niewinną na śmierć w męczarni skazali? Dobrze! Cieszcie się, śmiejcie, bo i wy Kostuchę uściskacie rychło!

Ledwo poruszenie większe się uczyniło, w loży szczególnie, gdy w otwór chrust płonący wpadł wreszcie. Cieśla w tejże chwili do córy się przycisnął, spojrzeniem ryj radgierowy łowiąc.

– Dla ciebie, Halszuniu…! – zawył ojciec boleśnie, gdy ogień go począł lizać. Ale długo nie cierpiał.

Albowiem w beczkach proch czarny się znajdował. Hator nocy kilka strawił na uważnym mieleniu, odmierzaniu i mieszaniu, a pilnował go przy tym kocur czarny jak smoła, co go diabeł do pomocy wysłał. I teraz, gdy ogień do prochu doszedł, huk tak wielki się uczynił, że go chyba na tronie niebieskim usłyszano.

Zniknęła scena, zniknął stos, zniknęła Halszka i Hator. Wszystko to żywym ogniem i dymem gęstym się stało, a wybuch potężny płonące szczapy rozrzucił, co w locie za diabelską sprawą z nową siłą rozgorzały. I gdyby kto przeżył, to by pewnie na duszę swą przysięgał, iż to nie płomień zwykły, a demon ognisty w grodzie szalał. Nic mu nie uszło. Ni prostaczkowie, ni szlachta. Wszyscy jednako płonęli, jednako wrzeszczeli i ginęli także jednako. W śmierci wszyscy równi byli. I nim świt kolejny nastał, w grodzie czarciakowym ni żywy duch ocalał. Wszystko ogień pochłonął, tak, iż kamień na kamieniu nie ostał nawet.

A Hator i córa jego? Pono w ogniu dwie postacie kroczyły przy sobie, nim w dymie się rozwiały, w różne strony lecąc. I tylko diabeł temu był świadkiem.

 

***

 

I tak oto kończy się historia o ojcu, o córce i panu czarciakowym. I o oddaniu nade wszystko. O tym, co ojciec dla pociechy swojej uczynić zdolny. Nie masz ci bowiem miłości większej nad tą, co rodzic do owocu swych lędźwi czuje. I nie masz ci rzeczy, której w imię jej by nie uczynił, choćby i duszę miał sprzedać, i w ogień skoczyć.

A kimże ja jestem? Przecie już wiesz – różnie mnie zwą na świecie. A czemu żem cię tą powiastką uraczył? A, to dopiero pytanie znakomite. Otóż… Mam dla ciebie propozycję.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

(Koniec)

Koniec

Komentarze

 a ogrzej w blasku ognia.  – blask raczej nie grzeje, ino świeci

. Od południa otoczon był skalistym – tu robisz rodzaj męski, a zdanie wcześniej było księstewko

warkoczu długim na półtorej łokcia niemal – na półtora

I dlatego to ojczulek w dbaniu o córę przezornie strzegł przez piętnaście wiosen – tu coś nie gra

buziuchnę ujrzał, przemożna chęć przemożna go chwyciła,  

Zaraz czytam dalej

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

A tyle razy to czytałam… Dzięki, bemik.

samotrzeć – chyba nie oznacza tego, co myślałaś  płonące szapy rozrzucił,  – szczapy

 a demon ognisty grodzie szalał. – w grodzie

Przecudna opowieść z doskonałą stylizacją. Gratulacje. Jak dla mnie najlepsze opwoiadanie "Średniowiecza"

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Aaaw, bemik. Miód na moje serce! Dziękuję Ci bardzo. Za poprawki też. Teraz sprawdziłam jeszcze raz "samotrzeć". Faktycznie – w pierwszym linku w google pisało "w pojedynkę", ale we wszystkich kolejnych "w trzy osoby"… Poprawię szybciutko.

Jak tu wpadnie regulatorzy pewnie wychwyci coś więcej, ale ja – szczerze – tak się wciągnęłam w czytanie, że wyłuskiwałam tylko to, co ewidentnie biło po oczach. Powiem Ci jeszcze, że zakończenie jest takie, jak powinno być – happy end bez  100% happy.  

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Naprawdę wspaniale mi to słyszeć (czytać). Miałam pewne obawy, ale skoro dobrze się czyta, to chyba najważniejsze :) Dzięki raz jeszcze.

Przeczytam jutro ; )

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Miłej lektury życzę :)

Szczerze powiedziawszy, przydługie to opowiadanie, dość nudnie i rozwlekle opowiedziane, w dodatku przewidywalne. Napisane językiem mało strawnym, ale rozumiem, że Autorka zastosowała stylizację. Natomiast, wbrew zapowiedzi, nie uważam tego opowiadania za dopieszczone.  

 

„…a napij się, a ogrzej w blasku ognia”. –– Wolałabym: …a napij się, a ogrzej w cieple ognia. Lub: …a napij się, a ogrzej przy ogniu. Blask ognia nie gwarantuje ciepła.

 

„A ninie wyciągnijże znużone marszem nogi, skurczone plecy także rozciągnij”. –– Zanosi się na stretching. ;-) Może: A ninie wyciągnijże znużone marszem nogi, przygięte plecy rozprostuj .

 

„…kiwające się na sznurach postacie chude, co jak szmaciane lale były”. –– Wplałabym: …kiwające się na sznurach postacie chude, co jak szmaciane kukły były.

 

„…wsparł się na sękatej lasce, równie co on sam powykręcanej i życiem umęczonej”. –– W jaki sposób objawia się umęczenie życiem laski/kostura? ;-) Wolałabym: wsparł się na sękatym kosturku, równie co on sam powykręcanym.

 

„…Halszka płowe włosy nosiła w warkoczu długim na półtorej łokcia niemal…” –– …Halszka płowe włosy nosiła w warkoczu długim na półtora łokcia niemal… Za ten błąd powinnaś trzy godziny klęczeć na grochu i sto razy, odręcznie, napisać to zdanie.

 

„…a piersi pod sukieniną rysowały się jak dwa dzbany miodu pełne”. –– …a piersi pod sukienczyną rysowały się jak dwa dzbany miodu pełne.

 

„Gdyby to Halszka nie w podgrodziańskiej chałupie cieśli…” –– Wolałabym: Gdyby to Halszka nie w podgrodowej chałupie cieśli

 

„I dlatego to ojczulek w dbaniu o córę przezornie strzegł przez piętnaście wiosen prawie przed okiem pańskim…” –– I dlatego to ojczulek, w dbaniu o córę nie ustając, przezornie strzegł jej, przez piętnaście wiosen prawie, przed okiem pańskim

 

„Gdy tylko zaś Hator radgierową buziuchnę ujrzał, przemożna chęć przemożna go chwyciła…” –– Czy przemożna chęć chwytała go dwukrotnie, raz za razem? ;-)  

 

„Ale licu jego diabeł siedział i z oczu mu na świat wyglądał”. –– Ale w licu jego diabeł siedział i z oczu mu na świat wyglądał.

 

„A jednak to właśnie oko pańskie ku niej zwróciło”. –– A jednak to właśnie oko pańskie ku niej się zwróciło.

 

Ze strachem o swe dziecko połączon, sprawił, iż Hator odzyskał siły…” –– Nie podoba mi się, że Hator ze strachem połączon sprawia, że Hator… Może wystarczy: Strach o jedyne/ukochane dziecko sprawił, iż Hator odzyskał siły

 

„Duszyczko moja, uciekać musim, teraz, zaraz, już. Kiedy ranek nastanie, my musim być daleko…” –– Duszyczko moja, uciekać nam trza/trzeba, teraz, zaraz, już. Kiedy ranek nastanie, musim być daleko

 

„Córa jego biała jak wapno na buzi była, sukieninę potarganą miała…” –– Córa jego biała jak wapno na buzi była, sukienczynę potarganą miała

 

„I trzęsła się dzieweczka, ledwie dychając w strachu i zszokowaniu”. –– I trzęsła się dzieweczka, ledwie dychając, struchlała i osłupiała.

 

„On padł, a jam uciekła, nim kto mię pochwycił…” –– On padł, a jam uciekła, nim kto mnie pochwycił

 

„Milczał Hator dłuższą chwilę, główkując tak usilnie…” –– Milczał Hator dłuższą chwilę, dumając tak usilnie

 

„…a już rękawicą przez mordę od rycerza dostał i na ziemi się zwinął, krwią plując”. ––  …a już rękawicą przez mordę od rycerza dostał i na ziemię się zwalił, krwią plując.

 

„Radgier po strażniku kopniakiem poprawił prosto w bebechy cieśli”. –– Bebechy to wnętrzności, bebech to brzuch, dlatego proponuję: Radgier po strażniku kopniakiem poprawił prosto w bebech cieśli.

 

„…na grochu klęczeć kazać, czy do ciupy wsadzić…” –– Wolałabym: …na grochu klęczeć kazać, czy do lochu wrzucić

 

„…cieśla stanął przy kolumnie jakiej i po sali rozejrzał”. –– …cieśla stanął z boku, przy kolumnie i po sali się rozejrzał/rozglądnął.

 

„Teraz na tronie rozparty, chyba w znudzeniu”. –– Teraz na tronie rozparty, chyba znudzony.

 

„Gładsze dla niej oblicze przyjmę i jak królowę traktować będę, jeśli moją ma być”. ––

Gładsze dla niej oblicze przyjmę i jak królową traktować będę, jeśli moją ma być.

 

„Nową w sobie siłę znalazł, perspektywę na ratunek odnajdując”. –– Nową w sobie siłę znalazł, sposobność na ratunek odnajdując.

 

„Duszę? – Diabeł prychnął. – Na co mię ona”. –– Duszę? – Diabeł prychnął. – Na co mi ona.

 

Sukienina na niej porwana cała była…” –– Sukienczyna na niej porwana cała była

 

„…choć serce mu przy tym pękało, do palu zaraz przywiązał”. –– …choć serce mu przy tym pękało, do pala zaraz przywiązał.

 

„…a łzy już poczęły go w oczach szczypać”. –– …a łzy już poczęły go w oczy szczypać.

 

Samotrzeć je nocą tu wtoczył i za grubą zasłoną ukrył”. –– Samotrzeć to inaczej we trzech; zrobić coś z pomocą dwóch osób. Hator, samotrzeć niczego nie wtaczał i nie ukrywał. Wszystko robił sam.

 

„I tylko diabeł temu był świadkiem”. –– I tylko diabeł tego był świadkiem.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki, regulatorzy, za poprawki. Przejrzę je i przeanalizuję. Szkoda, że opowiadanie nie przypadło Ci do gustu.

Ja też żałuję, ale wolę czytać opowiadania, ktore nie powielają znanych motywów. Panicz dybiący na cnotę dziewki i starający się uchronić ją od hańby ojciec, to nic odkrywczego. Cały czas mam nadzieję, że Twoje kolejne opowiadanie spodoba mi się bardziej. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Pożyjemy, zobaczymy :)

Jeralniance, Twoje opowiadanie jest przegadane! Gdybyś zmieściła tę fabułę w mniejszej liczbie znaków, wyszłoby to tekstowi na dobre. A może nie jestem do końca zadowolony, bo po zachwytach Bemik spodziewałem się nie wiadomo czego? Moim zdaniem źle nie jest, ale przecudnym bym tego opowiadania nie nazwal :( Zgadzam się z opinią Regulatorzy. Pozdrawiam.

Sorry, taki mamy klimat.

Dzięki za poświęcony czas, Sethrael.

Podobało się. Tylko zastanowiło mnie pochodzenie nazwy zamku. Słońce zachodzi w różnych punktach na widnokręgu. I tylko z jednego kierunku wypada to na tle zamku. Może dopisz, że na początku lata i od strony największej wsi w okolicy albo coś takiego?

Babska logika rządzi!

Sugerowałam się raczej oświetleniem w moim własnym pokoju, Finklo. Co wieczór słońce daje mi mocno po oczach przez to samo okno, zanim wreszcie zajdzie. Wydawało mi się, że zamek stojący po zachodniej stronie grodu będzie na tyle duży, by słońce co wieczór znikało za nim… Aczkolwiek nigdy nie analizowałam ruchów słońca jakoś dogłębniej, więc pewnie masz rację. Pomyślę. W każdym razie, fajnie, że się podobało :)

To było naprawde świetne opowiadanie! Ciekawe, wzruszające (przy umęczonej Halszcze świeczki mi w oczach stanęły – gdyby to nie było Twoje opowiadanie, mocno bałabym się o happy end!) Swoją drogą, wymordowałaś mnie, wystresowałaś – cały czas się bałam o losy tej biednej dziewki i ojca, o gwałty… Wiesz, że mam na to słabe nerwy! Uff. Dobrze, że diabeł się zaopiekuje niebogą… ;-) Pomysł z kształtem zamku, który po zachodzie wyglądał jak czarcia głowa od razu mi się spodobał. Biskup i wątek diabła (jak się okazuje – narratora) też super. Takie "Sympathy for a devil";-) Uwielbiam we wszystkich wykonaniach. Stylizacja, jak dla mnie, bardzo udana. Dobrze Ci to wychodzi. Idealnie pasowała. Zauważyłam takie zgrzyty: – taką scenę rychło by ujrzał. – współczesne słowo – Halszka, co nie w ciemię bita była – wygląda jakby była bita w coś innego;-) Ale czy zechce, tego Hator nie wiedział. Ale choćby go mieli dzień – powtórzenie – cieśla stanął przy kolumnie jakiej i po sali rozejrzał.się rozejrzał  

Dziwne, nie zapisał mi się koniec komentarza… Miało być jeszcze o tym, że gratuluję dobrego tekstu – bo mało kto tak tu potrafi pisać – hi hi ;-) I, że przepraszam, bo późno przeczytałam. Walczę bowiem z portalowym nałogiem, robiąc wyjątki dla prawdziwych wybrańców! Do zobaczenia na konkursie! Pa;-)

agatakasiak 2013-08-29  14:01 – Halszka, co nie w ciemię bita była – wygląda jakby była bita w coś innego;-)

Dobre! :D

Sorry, taki mamy klimat.

… a taki już zauważył;-)

Dzięki, Agato, za przeczytanie i miłe słowa :) A Ty się tak do tych moich happy endów nie przyzwyczajaj, bo kiedyś możesz przeżyć potężny cios kiedy zachce mi się odmiany ;>

Tego mi nie zrobisz;-) ?

Nie mogę obiecać ;> Różnie to bywa.

Tak opisałaś to księstwo, że nic dziwnego, że nikt nie chciał go najechać ; P   Piszesz: doma, zamiast w doma… "Pewnie doma już…", "był doma". Dziwne.   "Wdały był to młodzieniec, choć gołowąs jeszcze i na domiar tego śliczniejszy niźli panienka niejedna. Włosy, co złotem jak łany zbóż się mieniły w słońcu, w loki utrefione i w pątlik ujęte nosił. Gładka buźka biała była jak mleko, a usteczka czerwone jak dwa płatki róży. Oczy jeno złe były…" – wystrzegaj się podobnych powtórzeń.   "Ninie na sąd pójdziesz!", Ninie siwizna przyprószyła…" – co właściwie rozumiesz przez "ninie"?   Jakoś słowo "scena" mi nie pasuje do środowiska. Poza tym: "Halszka na scenie spalona być miała, do pala pośrodku sceny przywiązana. Wzniósł zatem cieśla scenę wysoką…"   Stylizacja miejscami jest chyba nie do końca udana…   Ale opowiadanie ogólnie niezłe. Temat wprawdzie oklepany, jako Regulatorzy wspomniała, zaiste przegadane, jako wspomniał… już nie pamiętam kto. Ale niezłe. Po ewentualnym odświeżeniu i dopracowaniu – może będzie dobre? ; )

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Ninie = teraz. Tak było w "Krzyżakach" i tak sprawdziłam w słowniku z archaizmami :) Dzięki za opinię.

Jam to, nie chwaląc się, wspomniał ;-)

Sorry, taki mamy klimat.

Nowa Fantastyka