- Opowiadanie: bemik - Tatuaż

Tatuaż

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Tatuaż

 

Miasto fascynowało go od zawsze. Nawet zanim jeszcze ujrzał je na własne oczy, a szanse na to były raczej marne, biorąc pod uwagę kim był i gdzie mieszkał.

Matki nie pamiętał wcale, a ojca jak przez mgłę. Jedyną rodzinę, którą znał i na którą był skazany, stanowiła ciotka z mężem. Wszyscy mówili, że Bel jest podobna do siostry, ale Jagtam w to nie wierzył. Bo przecież niemożliwe, żeby mama była taką zołzą. Samo to, że go urodziła, czyniło ją osobą wyjątkową. Wujek był właściwie w porządku, ale za bardzo bał się żony, żeby okazać chłopakowi uczucia. Jeden jedyny raz postawił się jej i do końca życia nie zostanie mu to zapomniane. Stało się to wtedy, gdy Jagtam został sierotą. Bel i Strym nie mieli własnych dzieci, dlatego mogli się starać o przydział remadów. Jagtam nie był przekonany, czy ciotka rzeczywiście nie może zajść w ciążę, czy stosuje blekot, który ich sąsiadka rozprowadzała w okolicy. W tajemnicy, o której wszyscy wiedzieli, nawet władze, tyle że przymykali oczy. Dzięki temu ich wioska miała największe udziały w odbiorze produkcji państwowych laboratoriów.

Jeden raz wujek sprzeciwił się żonie i zmusił ją, by przygarnęli zwykłego, sześcioletniego dzieciaka. Na nic zdały się racjonalne argumenty kobiety. Strym nie chciał słuchać, ile kasy przeleci im koło nosa, ile pracy oszczędziłby im remad. Uparł się i już. I za to Jagtam był mu wdzięczny. I jeszcze za mapę. Dostał ją na dziesiąte urodziny. Tylko wujek przynosił mu prezenty. Ciotka zaś mówiła, że powinien być wdzięczny za dach nad głową i żarcie pod nosem. Chłopak milczał, ale myślał, że musi na to wszystko ciężko zapracować. Na stryszku, na drewnianej półce, stała wystrugana z lipy lokomotywa, obok leżał gwizdek, kredki i czysty blok. A na honorowym miejscu mapa.

Jagtam przeglądał ją prawie codziennie. Najbardziej fascynował go plan Miasta. Gdyby lekko przymrużyć oczy – tak żeby obraz rozmył się nieco – można by sądzić, że patrzy się na twarz. Dwa jeziora jak oczy, okrągła zatoka z wąskim wyjściem na pełne morze przypominała otwarte do krzyku usta. Nos to park miejski, który zaczynał się cienkim paskiem między zrośniętymi brwiami – drogą, a kończył tuż nad zatoką.

Chłopak marzył, żeby kiedyś się tam znaleźć. Ale na razie tkwił w Unterhunt, pomagając wujkowi w prowadzeniu gospodarstwa i czekając, aż ktoś zechce przyjąć go do pracy. Dwa razy w tygodniu jeździli do Oberhunt, największego miasteczka ich Okręgu. Szybko sprzedawali warzywa, owoce i mleko, bo ludzie wiedzieli, że Strym prowadzi prawie naturalną gospodarkę. Kobiety chwaliły warzywa i owoce za „smak, zupełnie inny niż w tych sklepowych”. Potem wujek spotykał się z kumplami, by pograć w snookera i wypić piwo lub dwa, a Jagtam miał kilka godzin dla siebie. Najczęściej biegł do parowozowni. Zaprzyjaźnił się z jednym remadem.

Ki właściwie niewiele różnił się od człowieka. Miał bary szerokie jak u trzech chłopów. Śmiał się i mówił, że trochę dostał w laboratorium, a resztę sprawił sobie sam. Ki był palaczem w lokomotywach. Kiedyś Jagtam spytał go o rodziców i wtedy pierwszy raz zobaczył, jak zwykle łagodny remad purpurowieje z gniewu.

– Nie mam rodziców – wysyczał przez zaciśnięte zęby. – Ci, co mnie spłodzili, nie są godni tej nazwy. Nawet zwykła mysz, świnia czy kot troszczy się o potomstwo. A oni sprzedali mnie jak… A potem tamci mnie okaleczyli… To boli.

Jagtam milczał przez chwilę. Zawsze sądził, że remady nie odczuwają bólu, są bardziej wytrzymałe, odporne. A tu takie wyznanie.

– Co ci dolega? – odważył się wreszcie spytać.

Ki spojrzał na niego nieprzytomnym wzrokiem.

– Co? Aaa, czasem tylko mięśnie pleców, ale na to pomaga rozciąganie.

– Więc o czym gadałeś? – Jagtam był właściwie zadowolony, że Ki potwierdził to, co mówiono oficjalnie. Że remadów nic nie boli. Jak najszybciej pragnął zakończyć niewygodny temat, bo miał nadzieję na przejażdżkę stalowym potworem. Ale remad chyba chciał wylać z siebie żal i gorycz, które dręczyły go od dawna, bo rozsiadł się wygodniej na metalowych stopniach lokomotywy i zapytał:

– A ty się czasem zastanawiałeś, jak to jest być remadem? – Ponieważ Jagtam nie udzielił mu odpowiedzi, kontynuował: – Jak to jest być prawie-człowiekiem? Prawie! Rozumiesz?

– No, przecież ty jesteś człowiekiem – powiedział cicho Jagtam.

– Nie. Od początku do końca jestem tylko prawie. Już w łonie kobiety stymulowano mój rozwój. Nie pamiętam tego, ale wiem, co mówili potem w laboratorium. Nakłuwali mnie igłą. Długą i cienką. Żeby spowodować zaburzenia w rozwoju embrionalnym. To musiało być straszne. Ale wiesz, czym się pocieszam? Że ją bolało jeszcze bardziej. Ja nie miałem świadomości, układ nerwowy był zapewne dopiero w początkowej fazie rozwoju. A ona musiała wszystko czuć. Wyobrażasz sobie? Jak przebijali się przez jej powłokę brzuszną, przez błony.

Jagtam chciał powiedzieć, że pewnie robili to pod znieczuleniem, ale milczał. Tym bardziej, że Ki dodał jeszcze:

– Uczciwie zarobiła pieniądze. No, dość tego. Zmiataj, mały.

Chłopak zrozumiał, że dziś nie będzie przejażdżki. Miał jeszcze trochę czasu. Wolnym krokiem podążył w stronę ryneczku, oglądając wystawy sklepowe. Najbardziej lubił witrynę u starego Wronga. Remad miał ogromną głowę z błękitnymi, wyłupiastymi oczami. Zadziwiające było to, że potrafił każdym okiem czytać inny tekst i zapamiętywać oba tak, że nawet po latach mógł odtwarzać ich fragmenty. Ale na tym jego umiejętności się kończyły. Nie był w stanie sklecić dłuższej wypowiedzi ani jej zapisać. Dlatego zadając pytanie, w odpowiedzi można było usłyszeć kawałek jakiejś powieści. Wrong miał tylko genialną pamięć.

Połyskujące tajemniczym blaskiem lampy, kolorowe zabawki, korale, bransolety, książki w skórzanych oprawach, puzderka, falkony, serwety, chusty i masa różnych drobiazgów przyciągały wzrok przechodniów. Jagtam zawsze zatrzymywał się tu na dłuższą chwilę, szczególną uwagę poświęcając opasłemu woluminowi pod tajemniczym tytułem „Morskie opowieści. Tom II”. Błękitny wąż, którego ciało wiło się i skręcało, próbował opuścić wyznaczoną okładką płaszczyznę. Rozwidlony język wysuwał się raz w jedną, raz w drugą stronę, jakby węsząc za zdobyczą. Gdy ktoś skupiał uwagę na rysunku, ruchy gada zwiększały swoją intensywność. Jagtam przypuszczał, że jest to rodzaj tatuażu, nie wiedział tylko, czy okładka wykonana jest ze skóry ludzkiej, czy zwierzęcej. Wpatrywał się w migający rysunek i wyobrażał sobie, jak pięknie wyglądałby na jego plecach lub klatce piersiowej. Potem z westchnieniem odchodził – takie dzieło kosztowało z pewnością masę pieniędzy. Kiedyś odważył się wejść do sklepu i zapytać antykwariusza o przedziwny rysunek. Usłyszał wtedy długi cytat z jakiegoś dzieła na temat obrazów – wyszedł w połowie wykładu.

Powrót do domu zawsze kojarzył się Jagtamowi z jazgotem ciotki. Że Strym żłopie piwsko i ciąga chłopaka ze sobą. Że przepijają pieniądze. Że ona odmawia sobie wszystkiego tylko dlatego, że ma męża nieudacznika i siostrzeńca darmozjada. I choć nie było to prawdą, żaden z nich nie odważył się zaprotestować. Trwało to zwykle do chwili, kiedy wujek wymykał się do obory, by tam spędzić noc. Jagtam, zamknięty na swoim stryszku, długo jeszcze słyszał gniewne trzaskanie drzwiami, pobrzękiwanie garnkami. Z reguły chłopak nie odzywał się, żeby bardziej nie rozzłościć ciotki. Ale raz nie wytrzymał i stało się.

Był wtedy siedemnastoletnim młokosem, dopiero za miesiąc miał osiągnąć pełnoletność. Wujek obiecał, że zabierze go wtedy do pubu, postawi piwo i pozwoli pograć w snookera. Wracali z miasta, gdy nagle fura podskoczyła na wyboju, usłyszeli trzask, a potem omal nie pospadali z ławki, gdy pękła metalowa obejma piasty. Patrzyli, jak koło toczy się przez chwilę po bruku, by skończyć samodzielną jazdę w rowie zarośniętym pokrzywami. Długo męczyli się z naprawieniem, dlatego do domu dotarli późnym wieczorem. Bel powitała ich jazgotem jeszcze większym niż zazwyczaj. Wujek usiłował tłumaczyć, ale skwitowała to stwierdzeniem, że nie stać ich na nic lepszego od starej furmanki. A wszystko dlatego, że zamiast pracowitego remada, do którego gmina dopłacałaby jeszcze parę groszy, zdecydowali się na zwykłego chłopaka, na dodatek nieroba.

Jagtam nie wytrzymał. Zastanawiał się później, czy sprawiło to zmęczenie, czy zagrały hormony, czy może ciotka była wyjątkowo napastliwa, dość że ryknął na kobietę. Wykrzyczał jej, że haruje od rana do nocy na równi z remadami sąsiadów, a zamiast przyzwoitego posiłku dostaje obrzydliwą lurę okraszoną złośliwościami. Nie była to do końca prawda – jadali nieźle, a Jagtam otrzymywał takie same porcje jak wujek.

Strym zastygł w trakcie ściągania butów, ciotka zamarła na chwilę w zdumieniu, ale kiedy odzyskała głos, popłynęła rzeka zarzutów i wypominków. Częściowo słusznych, częściowo zaś takich, które powstały w jej wyobraźni. Jagtam nie pozostał dłużny. Skończyło się tym, że ciotka oznajmiła, iż pod tym dachem może pozostać, dopóki nie stanie się pełnoletni. Potem ma się niezwłocznie wynieść i nie interesuje jej, co się z nim będzie działo.

Wieczorem, leżąc na łóżku, słyszał podniesione głosy wujostwa. Wiedział, że Strym usiłuje przekonać żonę, ale ranek potwierdził obawy Jagtama. Smutne spojrzenie wujka mówiło, że nikt i nic nie jest w stanie zmienić decyzji ciotki.

Tych kilka tygodni do opuszczenia domu minęło jak we śnie. Pracował, jadł, spał. W dniu urodzin wujek wręczył mu parę banknotów i uścisnął chłopaka mocno. Jagtam spakował swoje rzeczy – zabrał koszulę i spodnie. I grubą kurtkę, którą oddał mu Strym. W tobołku znalazło się trochę chleba, ser i pęto kiełbasy. I mapa. Reszta rzeczy została na stryszku. Zabrał się z sąsiadem, który jechał do Oberhaut. Miał nadzieję, że spotka Ki. W głowie Jagtama pojawił się plan.

 

* * *

– Nie mogę, Jagtam, naprawdę nie mogę! – Ki pocierał z zakłopotaniem szorstki policzek. – Stracę pracę, a wtedy zamkną mnie w obozie za nieposłuszeństwo…

– Nie przesadzaj. – Jagtam starał się, by jego głos brzmiał przekonująco. – Ile razy w ciągu ostatnich lat miałeś jakąś kontrolę? Miałeś w ogóle?

– No nie, ale zawsze może się zdarzyć.

– Ki, przecież mówiłeś, że jesteśmy kumplami, że mogę na ciebie liczyć…

– No dobra. Ale nie tutaj. Pamiętasz ten zakręt za polem ośrodka? Tam pociąg musi zwolnić i dopiero tam wsiądziesz.

Jagtam zgodził się bez namysłu. Zgodziłby się nawet, gdyby musiał przejść dziesięć, a nie dwa kilometry. Zostawił w lokomotywie swój niewielki bagaż i ruszył wolno na umówione miejsce. Miał dużo czasu. Na dojście i na przemyślenia. Właściwie to był zadowolony, że ciotka go wygnała. Szkoda mu było tylko Stryma, rozmów z nim, tego poczucia bliskości i oparcia. Ale cieszył się, że wreszcie zobaczy Miasto. Rozsiadł się na nasypie i pogryzając źdźbło trawy wypatrywał szarej smużki dymu, która zwiastowała przybycie pociągu.

 

* * *

Dworzec w Mieście oszołomił go gwarem i rozmachem. Wysokie kolumny, wspierające półprzezroczysty, kopulasty dach, przywodziły na myśl dwustuletnie drzewa. W górze, wykorzystując każdy załom, pęknięcie czy gzyms, gnieździła się masa ptaków, przede wszystkim gołębi i wróbli. Ich gruchanie, ćwierkanie i furkotanie skrzydeł prawie zagłuszały panujący na dole rozgardiasz. Na dodatek masa odchodów powodowała, że w hali dworcowej panował dziwny zaduch. Co chwilę słychać też było przekleństwa, gdy ptasie niespodzianki spadały na ludzi i remadów, kręcących się z irytującym pośpiechem i nerwowością. Jagtamowi wydawało się, że przerobionych jest tu znacznie więcej niż w Ober– i Unterhaut razem. Ki potwierdził jego obserwacje.

– Tu są nie tylko ci, których zmieniono w stadium embrionalnym i wczesnonoworodkowym. Większość to tacy, co sobie sami zafundowali zmiany. – Widząc zdziwione spojrzenie chłopaka, wyjaśnił szeptem: – Żeby znaleźć pracę, poddali się operacjom. Zyskali skrzydła – wskazał drobną kobietę obarczoną potężną paczką, która właśnie przelatywała nad pociągami – żeby dostarczać przesyłki. Albo dodatkową parę rąk – wskazał chłopaka, który dźwigał bagaże starszej kobiety.

– To legalne?

– Nie całkiem. – Ki ściszył głos tak, że Jagtam musiał wpatrywać się w ruch jego ust, żeby dobrze odczytać wypowiadane słowa. – Ośrodki nie są z tego powodu zadowolone. Uciekają im zyski. Za wytworzone remady pobierają opłaty od kupujących, państwo dopłaca im za wytworzenie każdej jednostki. Nawet w przypadku nieudanego eksperymentu otrzymują zwrot kosztów. A szara strefa odbiera im wpływy. Poza tym zmienia potencjalnych kupujących w pożądany produkt.

– Co? Kupujących?

– Ano tak. Tylko na wsi możesz otrzymać darmowy przydział remada. Mało tego, gmina dopłaca do utrzymania takiego osobnika. A dlaczego? Bo są to najprostsze twory laboratorium. Tu ingerują tylko w fizyczność osobników, żeby były bardziej przydatne do prac w polu. W mieście siła nie ma takiego znaczenia. Dlatego ingerują głównie w mózg. To bardzo skomplikowane i kosztowne.

– Robią takich jak Wrong, tak?

– Właściwie tak, ale Wrong jest odpadem, coś im nie wyszło.

– A co z tymi kupującymi? – dopytywał się chłopak, bo wszystko, co mówił Ki było dla niego nowością. Na wsi o tym nie rozmawiano.

– Ci, co mają pieniądze i potrzebują wyspecjalizowanych pracowników, składają zamówienia. Ale wyprodukowanie jest bardzo kosztowne. Czasem trzeba wielu prób, żeby osiągnąć cel. To wiąże się z niszczeniem materiału…

– Niszczeniem materiału? Chcesz powiedzieć, że zabijają noworodki? Ludzi?

– Tak – przyznał szeptem Ki. – Bardzo wiele dzieci ginie. Część nieudanych zabiegów wykorzystują dalej. Wszczepiają dodatkowe mięśnie, kończyny… tak, żeby mogły pracować na wsi.

Twarz remada ściągnął brzydki grymas.

– Ty jesteś takim… odzyskanym? – domyślił się chłopak.

– Tak. Byłem przeznaczony do pracy w banku. Niby wszystko się udało, ale… No, kiedy miałem dziesięć lat przeszedłem kompleksowe badanie zdolności i wyszło, że mój mózg ma ograniczenia, które dyskwalifikują mnie w tym zawodzie. Nadal uczyłem się, ale ci z laboratorium doszli do wniosku, że nie będę w stanie spełnić wymagań. Chcieli przeznaczyć mnie do pracy w urzędzie miasta, ale wtedy okazało się, że mam zbyt duży poziom agresji. Skończyło się na wszczepieniu dodatkowych mięśni i pracy w lokomotywie. A moje wykształcenie… psu w buty wsadził… – dokończył z goryczą.

– Nigdy mi o tym nie mówiłeś.

– A po co?

– No dobra. To opowiedz mi jeszcze o tych ludziach, co sami się modyfikują.

– Nie sami. Jest szereg nielegalnych laboratoriów. Tam, za połowę ceny remada możesz sprawić sobie skrzydełka albo cycki jak krowa-rekordzistka. Koszt zależy od zamówienia. Tyle, że jest to niebezpieczne.

– Niebezpieczne?

– No. Raz, że ścigają ich władze. Dwa, że możesz nawet stracić życie albo jakąś część ciała i nikt ci wtedy nie pomoże. Ale dość już. Chodź, idziemy do mnie.

 

* * *

Mieszkanie znajdowało się niedaleko dworca, w dzielnicy biedoty. Dlaczego tam? Jagtam nie potrafił tego sobie wytłumaczyć. Wiedział, że zarobki Ki były wystarczająco wysokie, by mógł zamieszkać przynajmniej w dzielnicach klas średnich. Remad zajmował pokój z kuchnią, do której przylegało pomieszczenie gospodarcze. To było lokum, które zostało przeznaczone dla Jagtama. Oprócz wąskiego łóżka, które Ki pożyczył od znajomego, stała tam jeszcze tylko niewielka szafka. Większość czasu mieszkanie i tak było puste, więc chłopak mógł korzystać ze wszystkich pomieszczeń.

W okolicy stało pełno jednakowo wyglądających, trzypiętrowych kamienic. Budynki nie były remontowane od lat. Fasady sypały na głowy przechodniów odłażącą farbą, a nierzadko całymi kawałkami tynku. Lepiej było chodzić jak najdalej od ścian. Jak również dlatego, żeby uniknąć zaczepki ze strony podpierających bramy ludzi i remadów. Tych, którzy nie mieli pracy, a żyli z niespodziewanych zleceń, zwykle nielegalnych. Tu najłatwiej było znaleźć tanią siłę roboczą – zarówno do wykopania sadzawki, jak i usunięcia konkurenta, czy zdobycia wątroby lub nerek.

Na początku pobytu w tej dzielnicy Jagtam wychodził tylko w towarzystwie Ki. To zapewniało mu bezpieczeństwo. Dopiero po kilku tygodniach, gdy okoliczni rezydenci już go poznawali, odważył się na samodzielną wycieczkę.

Kiedy remad szedł do pracy, oznaczało to, że nie będzie go przez kilka, kilkanaście dni. W tym czasie Jagtam wyruszał na obchód Miasta. Poznawał jego zakamarki i promenady. Uczył się, gdzie może, a gdzie nie powinien się pojawiać, by nie ryzykować życia lub przynajmniej utraty jakiegoś organu. Miasto nie okazało się przyjazne dla przybysza. Dzielnice średniozamożnych urzędników i drobnych przedsiębiorców tanim blichtrem udowadniały, że ich mieszkańcy cierpieli na manię wielkości. Zazdroszcząc najbogatszym, ozdabiano schody kamienic stiukowymi zamiast mosiężnymi lwami, malowano fasady jaskrawymi barwami, podczas gdy ukryte przed wzrokiem przechodniów podwórka straszyły stertami śmieci, rachitycznymi drzewkami, zabiedzonymi kotopsami i szczurolisami, które nie spełniły oczekiwań swoich właścicieli i teraz same musiały się troszczyć o przetrwanie.

Dzielnice bogaczy broniły do siebie dostępu. Każdy dom oddzielony był od reszty wysokim murem. Potężnych bram wjazdowych strzegli równie potężni remadowie. Nawet, gdy wierzeje były otwarte, by wypluć ze swego wnętrza bryczkę zaprzężoną w wypasione, lśniące konie, czy kaszlącą i charczącą dymem dziwną konstrukcję, poruszającą się wolniej niż tradycyjne pojazdy, ale zapewniającą podziw i zazdrość, zaglądanie mogło się skończyć skręceniem karku przez gorliwego strażnika.

Jagtam najbardziej polubił zatokę i port. Spędzał tam wiele czasu. Zaprzyjaźnił się z remadami. Jakoś łatwiej szło mu nawiązywanie kontaktów z przetworzonymi. Może dlatego, że nieliczni zatrudnieni tam ludzie byli nieufni wobec chłopaka, który stanowił potencjalną konkurencję. Dzięki tym znajomościom udało mu się zdobyć pracę. Nic wielkiego – roznosił korespondencję między budynkami po rozległym terenie portu. To zajęcie nie wymagało specjalnych umiejętności – ani szybkości, ani wyjątkowej lotności umysłu. W krótkim czasie załapał się na obiady w stołówce przeznaczonej głównie dla remadów. Ponieważ nie płacił za mieszkanie, bo Ki nie chciał od niego pieniędzy i dzięki prawie darmowym obiadom, mógł zacząć gromadzić żelazny zapas na czarną godzinę. Tylko tego nauczyła go ciotka – żeby zawsze mieć jakąś sumkę, nienaruszalną, odłożoną na nieprzewidziane wypadki.

Po jakimś czasie zdobył kolejne źródło gotówki – zarówno ludzie, jaki remady pracujący w porcie mieli problemy z pisaniem. Jagtam natomiast ukończył cztery klasy gminnej szkoły i dzięki temu mógł pomagać innym i mieć z tego dodatkowy dochód.

Miasto nie było tak wspaniałe, jak to sobie wyobrażał, oglądając mapę. Jeziora były brudne. Przez mętną, brunatną toń nie sposób było ujrzeć dna, nawet gdy stało się po kolana w wodzie. Nikt zresztą nie odważyłby się uczynić takiej głupoty. Z pobliskiego laboratorium, fabryki gwoździ, piekarni i browaru spływały hektolitrami ścieki. Śmierdziało tam jak w publicznych szaletach. A roślinność odsunęła się i teraz od brzegów dzielił ją szeroki pas jałowej ziemi.

Ale zatoka urzekała pięknem. Tu również wypuszczano ścieki, ale litościwe morze zabierało cały brud i wynosiło go daleko od miasta, pozwalając, by zaległ na dnie, gdzie zajmowały się nim małżoszczęki i kretorurki, by wspomnieć tylko o dwóch gatunkach zmutowanych żyjątek, które żerując na ludzkich odchodach nie pozwalały, by akwen zmienił się w gigantyczne szambo.

Tutaj też Jagtam po raz pierwszy spotkał remada, którego ciało zdobiły fantastyczne tatuaże. Marynarz chwalił się, że wartość tych obrazków przekracza cenę małego jachtu. Trochę przesadzał, ale niezbyt wiele. Chłopak nie mógł nacieszyć oczu widokiem morskiego węża, który zaczynał się cienkim ogonem owiniętym wokół kostki mężczyzny, dalej okręcał się wokół uda i torsu, by zakończyć się przecudną głową na twarzy człowieka. To był prawdziwy majstersztyk, zwieńczenie kunsztownego dzieła – artysta wykorzystał ludzkie szczegóły anatomiczne, żeby wpleść w nie pysk gada. Ludzkie oczy, usta, po drobnych korektach stały się elementami fizjonomii węża. Kiedy mówił marynarz, miało się wrażenie, że przemawia wąż. Tym bardziej, że mężczyzna skorygował swój język, by jeszcze bardziej upodobnić się do morskiego stworzenia. Seplenił przez to niemiłosiernie.

Pewnego wieczoru spotkali się w nadbrzeżnej knajpie. Marynarz rozochocony darmowym piwem zapomniał o powściągliwości i opowiedział Jagtamowi, jak został wykonany ten absolutnie doskonały tatuaż. Połechtany kilkoma pochlebstwami pokazał chłopakowi, że wąż nie jest zwykłym obrazem. Polał nogę piwem, a wtedy skóra zaczęła świecić i poruszać się. Jakby zdjęto z powierzchni błonę – widać było wędrującą kanałami krew, falujące łuski.

– To żyje? – zdołał wydukać Jagtam.

– A żyje, bo to nie jest zwykły tatuaż. W zwykłym nakłucia wypełnia się tuszem. Tu natomiast wprowadzono rodzaj grzyba. Przy życiu utrzymuje go wilgotność mojego ciała. Ale czerpie ze mnie bardzo dużo, dlatego muszę ciągle pić. Więc, postaw, mały, kolejne piwo…

Po spełnieniu tej prośby Jagtam dotknął palcem fragmentu wytatuowanej skóry. Wydawała się gładka i zimna, jak skóra gada.

– Gdzie robią takie cudeńka? – odważył się w końcu spytać.

Marynarz otrzeźwiał prawie zupełnie. Rozejrzał się ze strachem po okolicznych sąsiadach, ale nikt nie zwracał na nich uwagi.

– Nie pytaj, mały. Taka wiedza może kosztować nawet życie.

Jagtam nie naciskał więcej, ale nad ranem wymógł na kompletnie pijanym facecie obietnicę, że przed kolejnym rejsem poda mu adres studia.

 

* * *

Tę norę trudno było nazwać studiem. Ale broniono jej lepiej niż siedziby burmistrza. Zanim zbliżył się do kamienicy, gdzie się podobno mieściła, został potrącony przez ogromnego remada, kolejnych dwóch zagrodziło mu drogę i zapewne obiliby mu twarz i pogruchotali wszystkie kości, gdyby nie słowo-hasło. Jagtam przypomniał je sobie w ostatniej chwili, gdy pięść wielkość bochna chleba zawisła tuż nad jego głową.

– Multiplikationsweise – wyszeptał, kuląc się i zasłaniając przed ciosem. Dobrze, że marynarz miał cierpliwość i długo wbijał mu w pamięć tę dziwną nazwę, inaczej chłopak skończyłby gdzieś w rynsztoku. Albo raczej w przechowalnikach, pocięty na drobne kawałki.

– Wstawaj! – Usłyszał, ale zanim zdołał wykonać polecenie, jakaś gigantyczna siła ustawiła go do pionu, przy okazji prawie wyrywając mu rękę. – Czego tu?

– Do mistrza Segurinama – wyszeptał drżącymi wargami, usiłując jednocześnie rozmasować bark.

– Kasę masz?

Tym razem Jagtam uśmiechnął się, zanim udzielił odpowiedzi.

– Idiotą nie jestem.

Grymas na twarzy remada nie potwierdził jednak prawdziwości tej informacji. Chłopak obawiał się, czy jednak nie popełnił błędu, że nie wziął ze sobą pieniędzy. Przez kolejne trzy uderzenia serca patrzył ze strachem w tępą twarz przetworzonego, ale na szczęście zwyciężyło poczucie posłuszeństwa. Wielkolud westchnął ciężko, a potem gestem nakazał Jagtamowi pójść za sobą.

Minęli obdrapaną kamienicę i zanurzyli się w cieniu śmierdzącego moczem podwórka, potem weszli w całkowicie ciemny, ale równie śmierdzący podziemny korytarz. Kilkakrotnie wielkolud zmieniał kierunki marszu. Czasem szli podziemnymi tunelami, czasem przemierzali bezludne podwórka. Jagtam całkowicie stracił orientację. Dopiero po kilkudziesięciu minutach remad zatrzymał się przed obskurnymi, wymalowanymi w dziwaczną plątaninę kwiatów, liści i zwierząt drzwiami i delikatnie zastukał kołatką w kształcie głowy ptaka.

W nozdrza Jagtama uderzył ciężki, korzenny zapach, intensywny i duszący. Dopiero po chwili przyzwyczaił się na tyle, by pogłębić spłycony oddech. Kręciło mu się w głowie. A do tego pod sufitem wirowała kolorowa, szklana kula, która odbijała światło słoneczne sączące się przez niewielki okienko tuż pod sufitem. Całe pomieszczenie zasłano dywanami, narzutami, kapami. Nie było kawałka wolnej przestrzeni, może oprócz fragmentów stołu, który także przykryto obrusem, ale w taki sposób, że wystawały spod niego rogi blatu.

– Dziękuję ci, Mały, możesz odejść. – Z najdalszego kąta izby doszedł ich łagodny, seksowny głos. Remad ukłonił się i odmaszerował, zamykając za sobą drzwi.

– Czym mogę młodemu panu służyć?

Jagtam wyciągał szyję w kierunku, skąd dochodził głos, ale nie był w stanie nic dostrzec.

– Chciałbym spytać o tatuaż – zaczął niepewnie.

– W Mieście jest masa salonów, które wykonują takie usługi.

– Ale tam robią zwykłe tatuaże…

– A młody człowiek chce niezwykły? – zachichotało coś. – A skąd dowiedział się o mnie?

– Od marynarza z wężem.

– Aaa – usłyszał tylko, a potem zapadła cisza.

Jagtam stał na środku pokoju, wykręcając ze zdenerwowania palce. Wiedział, że choć głos jest miły, w każdej chwili może się to zmienić. Marynarz uprzedzał go, że jeśli mistrz poweźmie najmniejsze nawet podejrzenie, nie wyjdzie stąd w jednym kawałku. Widać jednak lustracja przebiegła pomyślnie, bo z kąta dał się słyszeć szelest i pojawił się remad.

– A jakiż to tatuaż wymyślił sobie młodzieniec? – Padło pytanie, ale odpowiedź nie nastąpiła.

Jagtam z otwartymi ustami wpatrywał się w zjawiskową kobietę, którą oświetlały promienie słońca przeciskające się przez wąskie okno i błyski ze szklanej kuli. Była wysoka i szczupła, na pewno znacznie starsza od Jagtama, ale to nie był jeszcze ten wiek, gdy o kobiecie można powiedzieć, że zaczyna się starzeć. Był dojrzała – świadoma swojej urody, ale nie tylko to wpływało na jej niewątpliwy urok. Brązowe oczy patrzyły badawczo i widziały to, czego zwykły człowiek nie dostrzega. Ta mądrość dodawała jej pewności siebie i nie pozwalała stać się śliczną, ale bezduszną lalką. Drobne zmarszczki w kącikach oczu i ust stanowiły ślady przeżyć. Nie usiłowała ukryć ich pod makijażem. Na całym ciele, wyłaniającym się spod powiewnych szat, nie widać było żadnego tatuażu. Oprócz jednego niewielkiego na prawej ręce. Z daleka wyglądało jak barwne koło, które pozostawało w ciągłym ruchu.

– No cóż tam, młodzieńcze, zaniemówiłeś?

Jagtam oderwał spojrzenie od krągłych bioder i skierował je ku twarzy rozmówczyni, nie omijając kształtnych piersi i smukłej szyi.

– Ja… ja jeszcze nie wymyśliłem…

– A może młody pan zechce obejrzeć wzory? – Kobieta uśmiechnęła się leciutko. – A jaką kwotą dysponujemy?

Jagtam wymienił sumę, a uśmiech kobiety poszerzył się znacznie. W końcu odkładał na czarną godzinę całe pięć lat. Godzina wybiła, choć była raczej kolorowa.

Kobieta zaprosiła go gestem, by usiadł przy stole, a sama sięgnęła po stosy kartek rozrzuconych po kanapie. Przysiadła obok chłopaka, a jego owionął słodki zapach perfum, który niemal przyprawił go o utratę zmysłów. Musiał mocno zagryźć zęby, by skoncentrować się na rysunkach prezentowanych przez gospodynię.

Wreszcie wybrał wzór, a właściwie początek wzoru. Umówili się, że rozpoczną pracę i będą ją kontynuować fragmentami. W ciągu najbliższego miesiąca tatuaż miał pokryć plecy chłopaka, potem, gdy uzbiera pieniądze, będzie się zjawiał na kolejne sesje. W praktyce mogło to zapewne trwać latami, ale tym Jagtam się nie martwił. To oznaczało więcej okazji do spotkań z tą niezwykłą kobietą. Remadem – poprawił się w myślach. Sam nie wiedział skąd ma to przekonanie, że ona nie jest zwykłym człowiekiem, ale dałby się za to posiekać.

– Kiedy pierwsza sesja? – spytał na koniec.

– Może być jutro? O siedemnastej? – odpowiedziała pytaniem.

– Oczywiście. Mały mnie przyprowadzi?

– Tak. Ale nie mów do niego „Mały”. Gotów cię za to rozszarpać, tylko ja mogę się do niego tak zwracać. Ma na imię Tryf.

– Czy mistrz Segurinama na pewno będzie miał jutro czas?

– Ja jestem Segurinama. – Kobieta uśmiechnęła się słodko i wyciągnęła na pożegnanie dłoń. – Nie spóźnij się. I nie zapomnij pieniędzy.

 

* * *

Następny dzień dłużył się Jagtamowi niemiłosiernie. Całe szczęście, że wynikło jakieś nieporozumienie między kapitanem statku wwożącym bawełnę, a kapitanatem portu, bo to oznaczało więcej korespondencji do przenoszenia. W stołówce napisał dwa listy ludziom i jedno podanie remadowi, który prosił o zmianę przydziału.

Przy odrapanej kamienicy zjawił się przed czasem. Mały czekał już na niego. Wyszczerzył zęby w uśmiechu i spytał o kasę. Tym razem chłopak potwierdził i zarobił przyjacielskie klepnięcie w plecy, które pozbawiło go tchu. Miał nieprzyjemne wrażenie, że gdyby wczoraj miał przy sobie gotówkę, już by go nie było wśród żywych.

Znowu kluczyli, schodzili do tuneli, brnęli przez zaśmiecone i śmierdzące podwórka. Jagtam nawet nie próbował zapamiętać drogi.

Segurinama przywitała go w pokoju wyłożonym kobiercami, a potem zaprowadziła do pomieszczenia na tyłach. Przy poprzedniej wizycie nawet nie zauważył drzwi przesłoniętych grubą kotarą. Ta izba była zupełnie inna od pierwszej. Żadnego kobierca, czy dywanu. Żadnej ozdoby. Tylko leżanka, nad którą wybito świetlik, by wpuścić światło oraz rząd lamp. Kiedy ułożył się wygodnie na brzuchu, zobaczył jeszcze wysoki zydel, na którym usiadła mistrzyni, a obok stolik zastawiony słoiczkami z barwnymi cieczami. Za to żadnych igieł.

– Jak pani to zrobi? – zapytał, a chwilę potem już tego żałował.

Kobieta zacisnęła dłoń, potrząsnęła nią energicznie, a potem z trzaskiem wyprostowała palce. Spod jej paznokci wystawały cieniutkie rurki.

– Połóż się płasko. Postaram się, żeby nie bolało…

Jagtam przylgnął do powierzchni leżanki, a głowę odwrócił na bok, by nie widzieć tych wynaturzonych dłoni. Zdołał jeszcze zauważyć, że Segurinama przymruża oczy, a jej źrenice z okrągłych stają się podłużne. Potem poczuł pierwsze ukłucie i zapadł w dziwny letarg.

 

* * *

Nie mógł się nacieszyć tatuażem. Wykręcał się i przekręcał, żeby obejrzeć plecy. Ki poratował go kawałkiem lustra. Dopiero wtedy zobaczył czarno-brązowe pręgi. Początek długiej drogi.

W porcie już go znali i lubili. Dlatego, gdy zaczął rozpowiadać, że potrzebuje pieniędzy, by sfinansować operację ciotki, uwierzyli mu. Mało tego – sporo osób z zarządu kapitanatu przejęło się tym i podsuwali chłopakowi różne drobne prace do wykonania. Jagtam brał wszystkie zlecenia. Nawet te najwredniejsze, jak wyprowadzanie kotopsa szefa portu. Bydlę było spasione, rozpuszczone i złośliwe. Zwierzak ciągnął jak mały koń, prawie wyrywając ręce, do tego usiłował wspinać się na murki i drzewa, z których potem chłopak musiał go ściągać, narażając się na podrapanie. Rzucał się na ludzi, próbował atakować konie, nawet ryby podpływające do nadbrzeża przeszkadzały mu. Ale Jagtam zaciskał zęby i męczył się, bo potrzebował tych pieniędzy. Dopiero Ki mu pomógł. Przygotował obrożę najeżoną od wewnątrz długimi kolcami. Dopóki kotopies nie ciągnął, wszystko było w porządku. Każde naprężenie smyczy powodowało, że szpikulce wbijały się niesfornemu bydlakowi w szyję. A najważniejsze – nie zostawiało śladów w gęstym futrze. Po każdym spacerze Jagtam zdejmował urządzenie i skrzętnie chował pod kurtką. Szef był zachwycony, bo po miesiącu mógł sam wyprowadzać pupila na spacer. Polecił Jagtama innym właścicielom remadowych zwierząt.

Na początku Jagtam składał Segurinamie wizytę raz w roku. W takim tempie był w stanie uzbierać pieniądze na tatuaż. Potem co pół roku, aż wreszcie odbywało się to co dwa miesiące. Częściej mistrzyni nie zezwalała, bo groziło to zdrowiu chłopaka. Podczas seansów mogli rozmawiać. Znieczulenie nie powodowało już letargu, a tylko lekkie odrętwienie. Coraz większą powierzchnię jego ciała pokrywał czarno-brunatny wzór. Miejscami przechodził w brązowy, a na brzuchu beżowy. Twarz Seguriname zostawiła na koniec.

Po dziewięciu latach nadszedł ten moment, kiedy mieli wreszcie dokończyć dzieła. Jagtam ułożył się wygodnie i popatrzył w twarz mistrzyni. Nie zmieniła się od czasu, gdy zobaczył ją pierwszy raz. Chłopak zastanawiał się, w jakim może być wieku, skoro przez tyle czasu nie zauważył żadnych nowych zmarszczek.

– Nie starzejesz się wcale – powiedział i spojrzał, wyczekując jej reakcji. – Dlaczego?

Nie odpowiedziała, tylko uniosła dłoń. To, co kiedyś wziął za koło, okazało się słonecznym dyskiem. Promienie poruszały się i wydzielały słabe światło.

– To te same grzyby, którymi robisz mój tatuaż?

– Prawie. Moje zmieniły się. Żyją inaczej niż te na tobie. Twoje prowadzą własne życie. Pobudza je wilgoć. Pamiętasz, co ci mówiłam? Musisz więcej pić i uważać z kąpielą. Nie za często i lepiej szybki prysznic, niż długie moczenie w wannie. Żeby nie przedobrzyć.

– A twoje? – dociekał Jagtam.

– To dzięki temu – wyjaśniła – nie starzeję się. – Te grzyby żywią się wszelkimi toksynami mojego ciała. Ile bym nie paliła, piła, czy jadła niezdrowych rzeczy – pochłoną je. A w zamian za to obdarzają mnie czymś, co niektórzy nazywają eliksirem młodości.

– O matko – wykrzyknął – to czemu tego nie sprzedają ludziom?

– Bo tylko mój organizm, po przetworzeniach, jest w stanie oddać i przyjąć to, co jest grzybom i mnie potrzebne, by stworzyć tak doskonałą symbiozę.

– Nie zbadali cię, żeby ustalić… – przerwał, widząc jej minę.

– Badali – powiedziała bardzo cicho. – Długo badali. Potem mnie wreszcie wypuścili i dali sobie spokój. Powiedzieli, że jestem jednostkowym remadem, że nic się nie da ze mnie wycisnąć. Ale wycisnęli. I to sporo…

Uścisnął jej dłoń, bo nie był w stanie znaleźć słów pocieszenia na gorycz, którą usłyszał w jej głosie i ujrzał w oczach.

– To co? – wróciła do zwykłego tonu. – Bierzemy się do roboty?

Ta sesja trwała najdłużej ze wszystkich. Segurinama nie chciała wypuszczać go z twarzą ozdobioną tylko w połowie.

Kiedy wyszedł od kobiety, była późna noc. Mżył lekki deszcz, co sprawiło, że tatuaże na jego ciele zaczęły ożywać. Czuł leciutkie mrowienie, widział delikatną poświatę. Nieliczni przechodnie spoglądali na niego zaskoczeni. W końcu nawet w tym Mieście widok świecącego tygrysa w ubraniu nie jest czymś zwykłym.

 

* * *

Powodziło mu się całkiem nieźle. Zadomowił się w Mieście. Nadal mieszkał razem z Ki, bo taki układ był wygodny dla nich obu. Zmienili tylko dotychczasowe lokum na większe. Cały czas pracował też w porcie i wyprowadzał remadowe zwierzaki, bo to stanowiło główne źródło dochodów. Ale najbardziej podobało mu się, że zarabiał też na tym, co było jego obsesją od młodzieńczych lat. Na tatuażu. Po kolejnych dwóch latach zafundował sobie jeszcze operację oczu i nosa. Planował zmienić też szczękę i doprawić sobie ogon, ale na to musiał nieco dłużej poczekać. Na razie robił za atrakcję w portowych knajpach. Pokazywał ciało, które nie całkiem już należało do niego. Delikatna mżawka przed występem sprawiała, że tatuaże lśniły jak prawdziwa sierść, a kiedy opanował kocie ruchy, bawił się serwując bywalcom pozorowane ataki na nowych gości. Wreszcie doczekał się uznania – właściciel knajpy „Pod wściekłym stegozaurem” zatrudnił go na stałe. Teraz miał występy dwa razy w ciągu nocy – pierwszy raz koło dwudziestej drugiej, gdy klienci nie byli jeszcze całkowicie pijani, a drugi raz o trzeciej nad ranem, gdy zaczynali lekko trzeźwieć. Specjalnie dla Jagtama obok niewielkiego pomieszczenia, szumnie nazywanego garderobą, zamontowano natrysk.

Najpierw występował między bliźniaczkami syjamskimi, a człowiekiem-młotem. Dziewczyny, zrośnięte fragmentem bioder, nie były w stanie dobrze się poruszać, bo gdy jedna stała na nogach, druga musiała opierać się na rękach, ale za to na oczach widzów dokonywały niesłychanych wyczynów. Jagtam zastanawiał się czasem, czy rzeczywiście są tak niezaspokojone, czy tak dobrze udają. Dla właściciela lokalu nie miało to chyba znaczenia. Najważniejsze, że po takim pokazie spora grupka bywalców znikała na zapleczu. Za drzwiami, przesłoniętymi grubą, czerwoną kotarą mieściła się strzeżona przez gigantycznych remadów niezbyt duża część lokalu, która jednak przynosiła znacznie większe zyski niż bar.

Człowiek-młot nie zagrzał zbyt długo miejsca. Zabiła go konkurencja siostrzyczek i tygrysa. Nikt nie był specjalnie zainteresowany wbijaniem głową gwoździ w blat stołu, czy rozwalaniem drzwi.

Jagtam każdą oszczędzoną kwotę przeznaczał na doskonalenie swojego ciała. Najpierw postarał się o ogon. Po operacji szczęk i krtani był w stanie rykiem wystraszyć niezbyt trzeźwych klientów. Wkrótce właściciel zbudował osobną scenę tylko dla niego. Wysoki i dość duży podest otoczono siatką, by widzowie mieli wrażenie, że oglądają prawdziwego tygrysa. A kiedy Jagtam sprawił sobie pazury, okazało się, iż jego występ jest tym, na co wszyscy czekają.

Do klatki wpuszczano bezpańskie kotopsy, które przerażone otaczającymi je ludźmi i tygrysem czającym się w ciemnym kącie, wykonywały przedziwne ewolucje na siatce, drąc się przy tym wniebogłosy. Tylko pierwszego Jagtam rozszarpał zaraz po wpuszczeniu. Zawiedzione wycie pijanej publiki uświadomiło mu, że nie tego od niego oczekują. Kolejne występy były znacznie lepsze i dłuższe. Rozdzierające skowyty były tak donośne, że właściciel w obawie, by ktoś z władz się tym nie zainteresował, przeniósł lokal. W kwartale przeznaczonym do wyburzenia wykupił kamienicę, która wyglądała jeszcze całkiem przyzwoicie. Na parterze zainstalowano bar i scenę dla bliźniaczek. Na górze pokoje dla remadowych panienek. Zaś całą piwnicę przeznaczono dla Jagtama. Tam człowiek-tygrys doskonalił się w sztuce zabijania. Dwa razy w ciągu nocy jakieś stworzenia traciły życie. Bilety wstępu ciągle drożały, właściciel zacierał ręce, a Jagtam czuł, że wreszcie jest tym, kim zawsze chciał być. Nawet zanim jeszcze sobie to uświadomił.

Skóra lekko go swędziała. Powinien znowu się nawodnić. Przed wejściem pod prysznic odczuwał napięcie jak chwilę przed osiągnięciem orgazmu. Woda zmieniała ciało człowieka i sprawiała, że stawało się tym, czym powinno być od początku – ciałem tygrysa.

 

* * *

Jagtam zamknął za sobą drzwi i skinął na pożegnanie remadowi z potężnymi kleszczami zamiast rąk. Świtało. Już trzy godziny temu zakończył swój występ, ale nie mógł wyjść, zanim całkowicie nie powrócił do ciała człowieka. Coraz dłużej to trwało.

Na ulicy nie widać było jeszcze ani ludzi, ani przetworzonych. Tylko parszywe szczurolisy przemykały pod ścianami kamienic w poszukiwaniu resztek żywności lub padniętych kotopsów.

Mżyło. Jagtam znowu poczuł przyjemne mrowienie skóry. Trudno, powinien zdążyć do domu zanim nastąpi całkowita przemiana. Przyspieszył kroku.

Mżawka zmieniła się w deszcz. Jagtam kocim ruchem wśliznął się na klatkę swojego domu. Miękkimi skokami pokonał dwa piętra i wsunął klucz w zamek. Otworzył drzwi. Zapach. Wyczuł żer. Koniec ogona zaczął uderzać nerwowo, wibrysy zadrżały. Cicho, ostrożnie, by nie spłoszyć ofiary, tygrys wszedł do pokoju. Widział swoją zdobycz.

 

Potężna klata piersiowa Ki poruszała się w regularnym oddechu.

 

Sprężyste nogi ugięły się, by wykonać bezgłośny skok. Sekundę trwało nim drapieżnik rozszarpał krtań ofiary. Głośny charkot i wreszcie ciepła, słodka krew, którą można nasycić głód…

Koniec

Komentarze

Nie bijcie za mocno. Nie dość, że nie przernęłam prze Zmielonego Chińczyka, to musiałam się jeszcze doinformować, co to takiego steampunk. 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Dwa jeziora jakoczy, okrągła zatoka z wąskim wyjściem na pełne morze przypominałaotwarte do krzyku usta. – spacje, bemik, popraw sobie :) Czytam dalej, już wciąga.

Aż sprawdziłam w oryginale – spacje były. Dzięki.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Jest pierwszy tekst! :)

"Pierwszy raz w życiu dałem się zabić we śnie. "

"Jagtam miękkim ruchem wśliznął się na klatkę swojego domu. Miękkimi skokami…" – powt. "Koniec ogona zaczął uderzać nerwowo, końcówki wibrysówę" – powt. Zdążysz poprawić, a więcej powiem przy roztrzygnięciu konkursu. :)

"Pierwszy raz w życiu dałem się zabić we śnie. "

rozstrzygnięciu*

"Pierwszy raz w życiu dałem się zabić we śnie. "

Okej, wyłapałam kilka drobiazgów. Zgrzytnęły mi też braki przecinków, ale tego nie wypisywałam, bo nie byłam pewna.   Nos to park miejski – w poprzednich zdaniach to elementy mapy porównywałaś do części twarzy, ta odwrotna kolejność trochę mi zgrzytnęła.

 

Miał bary szerokiejak u trzech chłopów – spacja.

 

Ci, co mnie spłodzili nie są godni tej nazwy. – przecinek po "spłodzili", to wtrącenie.

 

 „ Morskie opowieści. Tom II”. – zbędna spacja po otwartym cudzysłowie.

 

Miał wtedy siedemnaście lat, za miesiąc miał osiągnąć pełnoletność. – dwa razy "miał" w jednym zdaniu, niefajnie powtórzenie.

 

pogryzając źdźbło trawy wypatrywał szarej smużkidymu, która zwiastowała przybycie pociągu. – spacja

 

Dwa, że możesz nawet stracićżycie albo jakąś część ciała – spacja

 

wjazdowych strzegli niemniej potężni remadowie. – niemniej w tym wypadku chyba osobno?

 

 Ponieważ nie płacił za mieszkanie, bo Ki nie chciał od niego pieniędzyi dzięki prawie darmowym obiadom – "i" zamiast przecinka

 

 Chłopak nie mógł nacieszyć oczuwidokiem morskiego węża – spacja

 

że przed kolejnym rejsem, poda mu adres studia. – tu na pewno ma być przecinek?

 

A do tego pod sufitem wirowała kolorowa,szklana kula – spacja przed przecinkiem

 

– Połóż się płasko. Postaram się, żeby niebolało… – spacja.

 

 kiedy mieli wreszcie dokończyć dzieła.Jagtam – spacja.   To teraz ważniejsze sprawy. Napisane z wielką lekkością, ciekawie i wciągająco. Co prawda, szybko się domyśliłam, do czego doprowadzą modyfikacje, ale nie odebrało mi to przyjemności z lektury :) I jak dla mnie dostatecznie steampunkowo, wszystkie te dzielnice robotnicze itp. dawały mi pewien steampunkowy obraz świata. Pomysł z remadami może niespecjalnie odkrywczy, ale też nie przemielony na sto sposobów. Ogólnie oceniam opowiadanie na plus, duży plus. Powodzenia w konkursie, bemik :)

 

Dzięki, przysięgam, że spacje wszędzie były jakt rzeba. Koik – dzięki za wskazanie powtórzeń. Biorę się za poprawianie.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Zdarza się :) To i tak drobiazg.

     Bardzo delikatnie zwrócę uwagę na drewnianą piastę w furmance… I sposob mocowania koła na osi chłopskiego wozu konnego.  

Roger – proszę, może mniej delikatności, a więcej konkretów? Co jest nie tak – jeszcze zdążę poprawić.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Nie można nie przeczytać tekstu bemik.   Trochę mi się to przy opisach "produkcji" remadów kojarzyło z Huxley'em, ale to margines. Trochę nie podoba mi się zakończenie, i to już nie margines. Całość jednakże oceniam wysoko.

Klimatyczne. Opowieść sobie tak sobie fajnie płynie i ciągnie czytalenika, aż do (trochę przewidywalnej) puenty.

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Matko, wy zawsze u mnie wszystko przewidzicie :-). Dzięki. Adamie– Huxleya nie czytałam – jak powiedziałam w pierwszym komentarzu – nawet przez Dworzec Perdido  nie przebrnęłam.  

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

     W sumie pęknięta piasta to frajer i nieistotny szczegół.  Bardzo ambitna opowieść.      Pozdrawiam.  

Dzięki, z tą piastą to sobie nawet pogrzebałam w necie i wydawało mi się, że tak może być, ale nie wiem nawet dokładnie jaka to część wozou.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Piasta to centralny element koła, tuleja, w którą wchodzi oś. Łożysko takie, najczęściej ślizgowe.   Nie przeczytałaś "Dworca Perdido"? To dobrze, dłużej zachowasz niezmącony umysł. :-)   Nie czytałaś "Nowego, wspaniałego świata"? Niedobrze, nie wiesz, jak dawno temu napisano to, co dzisiaj wstydliwie odkrywa się na nowo.

Czyki co z tą piastą? Jest dobrze, czy nie?

Adamie – nikt nie jest w stanie wszystkiego przeczytać, a mnie takie klimaty raczej nie ruszają. Tak jak Prachett. Cóż – jestem z innego pokolenia – wychowałam się na Juliuszu Verne i Lemie. I Mrożku.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

http://tablica.pl/oferta/woz-konny-drabiniasty-wozy-konne-drewniane-kolo-kola-drewniane-ID1Noox.html

No dobra, obejrzałam sobie obrazki i co z tego wynka? Dla mnie nic. Według mnie piasta mogała pęknąć. A może chodzi o to, że ma być metalowa? Tak?

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Dobra, wyrzuciłam tą "drewnianą". Sama piasta może chyba pęknąć, prawda?

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Rany, ja tu pierwszy raz o jakiejś piaście słyszę, a tu ludzie mówią, że coś nie gra ;) Tutaj wszyscy się na wszystkim znają, niebywałe.

W kole szprychowym do wozu konnego piasta to środek kola z otworem posrodku. Od nasady piasty do obreczy biegną szprychy. Piasta w takim kole jest drewniana. ale srodek ma metalowy – albo ma lozysko, albo tuleję, albo po prostu  kawałek metalu – rurki. Ale – piasta jest zabezpieczana, zwykle  obejmą  nakładaną na oś. Ergo – jeżeli nawet piasta pęknie, kolo nie odpadnie. Ale to pierdoła bez znaczenia. Wio! – naprzód. Prr – stać! Ojcib – w lewo, Wiśta –  w prawo. To komendy do koni w moich stronach.   

Wydaje mi się, że nawet we wspólczesnym samochodzie może pęknąć piasta, więc tym bardziej w furmance. Zostawiam, jak jest, tym bardziej, że sam stwierdzasz, że to pierdoła.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Oczywiście! Tylko na przyszłość: popatrz na to zdjęcie – widać wyrażnie, jak jest zabezpieczona piasta klasycznego kola szprychowego,  drewnianego z obręczami metalowymi.  A to wcale nie jest takie prymitywne ustrojstwo,  jakby kto sądził. Takie kola stosowano  nie tylko do wozów chlopskich –  stosowano takze do armat, dział, biedek amunicyjnych, taczanek i kupy innych urzadzeń, łącznie z karetami i dorożkami.   Jakbyś pisała o podkuwaniu koni, to pamietaj, ze najpierw struga się kopyto, co jest czynnością niekiedy niebezpieczną. Podkuwanie zresztą tez.    A w tym zdaniu wystarczy napisać, ze pękła obejma piasty i poleciala w bok – wtedy kolo musi zlecieć z osi. ale – kto na to zwróci uwagę…  Pozdróweczko. 

Późno siadłam do lektury, ale nie żałuję, bo warto było. To chyba pierwszy Twój tekst, który –– gdyby nie podpis –– nie jest rozpoznawalny od pierwszych zdań; od drugich zresztą też nie. ;-) Napisałaś opowiadanie, w którym nie znalazłam nic „bemikowego”, a które i tak świetnie się czyta. Gratuluję.  

 

„Jedyną rodziną, którą znał i na którą był skazany, stanowiła ciotka z mężem”.Jedyną rodzinę, którą znał i na którą był skazany, stanowiła ciotka z mężem.

 

„Chłopak milczał, ale myślał, że ciężko musi na to wszystko ciężko zapracować”.Chłopak milczał, ale myślał, że musi na to wszystko ciężko zapracować.

 

„Chłopak nie odzywał się z reguły, żeby bardziej nie rozzłościć ciotki”. – Wolałabym: Z reguły chłopak nie odzywał się, żeby bardziej nie rozzłościć ciotki.

 

„…usłyszeli trzask, a potem mało nie pospadali z ławki…” – Wolałabym: …usłyszeli trzask, a potem omal nie pospadali z ławki

 

Patrzyli, jak koło toczy się przez chwilę po bruku, by skończyć samodzielną jazdę w rowie…” – Myślę że jedzie coś, co porusza się na kołach – wóz, auto. Jedno koło, solo,  toczy się tylko, nie jedzie. Jednemu kołu potrzebna jest dodatkowa konstrukcja, by można powiedzieć, że jedzie, np. monocykl lub taczka. Dlatego proponuję: Patrzyli, jak koło toczy się  po bruku, a po chwili przewraca/upada w rowie

 

„Strym zastygł w połowie ściągania butów…” – Wolałabym: Strym zastygł w trakcie ściągania butów

 

„Jagtamowi wydawało się, że przerobionych jest tu znacznie więcej niż Ober– i Unterhaut razem”. –  Jagtamowi wydawało się, że przerobionych jest tu znacznie więcej niż w Ober– i Unterhaut razem.

 

„Nigdy mio tym nie mówiłeś”.Nigdy mi o tym nie mówiłeś.

 

„Mieszkanie znajdowało się w niedaleko dworca, w dzielnicy biedoty”. – Zbędne pierwsze w.

 

„To było lokum, które zostało przeznaczone do Jagtama”.To było lokum, które zostało przeznaczone dla Jagtama.  

 

„Fasady sypały na głowy przechodniów odłażącą farbą, a nierzadko całymi kawałkami tynku”. – Wolałabym: Z fasad, na głowy przechodniów sypała się odłażąca farba, a nierzadko spadały całe kawałki tynku.

 

„Dzielnice średniozamożnych urzędników i drobnych przedsiębiorców cierpiały na manię wielkości”. – Dzielnice nie cierpią na nic, raczej ich mieszkańcy.

Może: Dzielnice średniozamożnych urzędników i drobnych przedsiębiorców, tanim blichtrem świadczyły, że ich mieszkańcy cierpieli na manię wielkości.

Chyba że tak napisane zdania mają podkreślać niezależność i moc miasta, wtedy fasady mogą sypać farbą i tynkiem, a dzielnice mogą mieć manię i cierpieć z jej powodu. Wówczas, oczywiście, powyższe dwie uwagi są nieuzasadnione.

 

„Zazdroszcząc najbogatszym ozdabiano schody kamienic stiukowymi zamiast mosiężnym lwami…”Zazdroszcząc najbogatszym, ozdabiano schody kamienic stiukowymi, zamiast mosiężnymi, lwami

 

„A roślinność odsunęła się szerokim pasem od brzegów”. – Nie umiem sobie wyobrazić roślinności odsuwającej się pasem. ;-)

Może: A roślinność odsunęła się i teraz od brzegów dzielił ją szeroki pas jałowej ziemi.

 

„…a jego owionął słodki zapach perfum, który nieomal przyprawił go o utratę zmysłów”. – …a jego owionął słodki zapach perfum i niemal przyprawił o utratę zmysłów.

 

„Przy poprzedniej wizycie nawet nie zauważył drzwi przesłoniętych grubą kotarą”. – Skoro były przesłonięte, to jak miał je zauważyć? Może: Przy poprzedniej wizycie nawet nie domyślał się, że za grubą kotarą są drzwi.

 

„Tylko leżanka, nad którą wybito świetlik, by wpuścić światło oraz rząd lamp”. – Czy rzeczywiście przez otwór w suficie wpadało światło i rząd lamp? ;-)

Może: Tylko leżanka, nad którą w suficie wybito okno, by wpuścić więcej światła. Był też rząd lamp.

 

„Polecił Jagtama następnym właścicielom remadowych zwierząt”.Polecił Jagtama innym właścicielom remadowych zwierząt.

 

„Bierzemy się za robotę?”Bierzemy się do roboty?

 

„Segurinama nie chciała wypuszczać go z połową ozdobionej twarzy”. – I słusznie, człowiek z połową twarzy wygląda niezbyt estetycznie i nawet ozdoby mogą nie złagodzić przykrego wrażenia. ;-)

Segurinama nie chciała wypuszczać go z twarzą ozdobioną w połowie.

 

„Mżył lekki deszcz, co sprawiło, że tatuaże na jego ciele zaczęły się ożywać”.Mżył lekki deszcz, co sprawiło, że tatuaże na jego ciele zaczęły się ożywiać. Lub: Mżył lekki deszcz, co sprawiło, że tatuaże na jego ciele zaczęły ożywać.

 

„Dwa razy w ciągu nocy jakieś stworzenie traciło życie”. – Czy fakt dwukrotnej śmierci jednego stworzenia nie powinien stać się absolutnym gwoździem programu, szczególnie że po pierwszym zejściu musiało nastąpić zmartwychwstanie? ;-)

 

„Woda sprawiała, że ciało człowieka zmieniało się i stawało się tym…”Woda zmieniała ciało człowieka i sprawiała, że stawało się tym

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy, miałam nadzieję, że zajrzysz zanim upłynie czas edycji. Dzięki wielkie.  I bardzo się cieszę, że tym razem "mój styl" nie był ropoznawalny. Może dlatego, że pierwszy raz w życiu wzięłam się za steampunk.  

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

– Nigdy mio tym nie mówiłeś. – jeszcze jedna brakująca spacja się ostała. I… Chyba tyle zarzutów. Zakończenie… No, może dałoby się wymyślić coś bardziej zaskakującego, ale też bez przesady, nie jest złe. Na początku sobie czytałam, czytałam… A od momentu pojawienia się fascynacji tatuażem, przez opis jego wykonywania – nie mogłam się oderwać. Bemik, czy Ty jesteś tatuażystką? Albo stałą bywalczynią salonów tatuażu? ;). Opisałaś to tak plastycznie, także tę chęć, czasami obsesję, by mieć więcej i więcej… Świetne to było. No, podobało mi się, i tyle.

Nie jestem tatuażystką, mało tego – nie mam ani jednego tatuażu, ale moja córka ma. I pamiętam, że jak miała jakieś piętanście lat dostała fijoła na tym punkcie. Odczekałam dwa lata – pozwoliłam jej zrobić pierwszy tatuaż – orła na ramieniu (była niepełnoletnia, więc w salonie wymagali mojej zgody). Teraz ma trzy. I chyba na tym koniec. Uczy w szkole, więc nie wypada, żeby pani nauczycielka przychodziła wydziargana jak jakiś pensjonariusz więzień. Dzięki.  

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Bemiku, bardzo się cieszę, że spełniłam Twoją nadzieję. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Niby nie wypada, ale nie liczyłbym, z autopsji (a i w szkole uczyłem), że na trzech się skończy… :) Nie trzeba być jak Tyson i twarz zaraz dziarać. :)

"Pierwszy raz w życiu dałem się zabić we śnie. "

nie wypada, żeby pani nauczycielka przychodziła wydziargana jak jakiś pensjonariusz więzień.  Bo ja wiem… Kilka lat uczyłam w szkole (zgiń, przepadnij!) i wiem, że dzieciaki (no, ja uczyłam takie wyrośnięte) fascynowali, pozytywnie, nauczyciele jakkolwiek odstający od nauczycielskiej średniej. Więc myślę, że tatuaże Twojej córki też moga jej jakoś pomagać :).

     Bemik, co powiedziabyś na to, że jako kapitan Joan Bemik, dowódca szalupy czasowej "Nautilus'" wraz z porucznikiem Rogerem Redlookiem stałabyś się bohaterką opwiadania "Kużnia'? To opowiadanie o piastach kól u wozów konnych drabiniastych…      Początek: 

Kuźnia (short story)   bemik   – Jakie znaczenie ma uszkodzenie amortyzatora? – Joan Bemik poprawiła ułożenie kosmyka rudych włosów na czole. – Poruczniku Redlook, poruszamy się szalupą czasową „Nautilus”, jednym ze szczytowych osiągnięć ludzkiej cywilizacji, nie jakimś tam wozem drabiniastym na drewnianych kołach z metalowymi obręczami. Kapitan Bemik pogardliwie prychnęła.    Roger Redlook westchnął. Spodziewał się takiej odpowiedzi – Bemik nie przywiązywała wagi do uszkodzeń układu mechanicznego „Nautilusa”. Miała do tego prawo: jako dowódca odpowiadała za nawigację i niewyobrażalnie skomplikowane systemy napędu, a on za układy mechaniczne. Joan ukończyła wydział mechaniki kwantowej w Massachusetts Institute of Technology i naprawdę, jak oceniał, znała się na wyprawach w przeszłość. Ale lekceważyła całą resztę, a pęknięcie osłony olejowego tłumika wstrząsów rodziło trudne do przewidzenia skutki.   

Nie są widoczne. Ona uczy w podstawówce, wprawdzie  ostatnie klasy, ale i tam mam wrażenie, że dzieciaki teraz jakby szybciej dorastają

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Och, Roger, to wspaniałe, fantastyczne i niesamowite być bohaterką opowiadania. Napisz, proszę, ciąg dalszy, bo bardzo jestem ciekawa. Jedna uwaga: Joan Bemik poprawiła ułożenie kosmyka rudych włosów na czole – nie rudych, ino oberżynowych ewentualnie śliwkowych – lepiej kryją siwiznę. A jeszcze jedno – niestety – kończyłam wydział humanistyczny. Stąd zapewne całe zamieszanie z piastą, której nie odróżniłabym od obręczy. Ewentulanie wyeliminowałabym, że nie jest to szprycha czy opona :-). A w tekście trochę poprawiłam,

Z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

     Spokojnie…Joan Bemik będzie (?)  niezwykle ekscytującą i podniecającą kobietą z tatuażem tygrysa na plecach , palacą papierosy w niezwykle długiej cygarniczce… Oczywiście, ten prostak Redlook zawsze jej przypala papierosy – srebrną zapalniczką. 

:-) Dobra, to czekam. 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Ależ Ty to wymyśliłaś! Bardzo ciekawe. Zaskoczyłaś mnie takim poziomem fantazji! Interesująco przedstawione miasto i bardzo fantasy świat. Podobał mi się również pomysł tych wszystkich przetworzeń. Co do głównego bohatera i jego tatuażu – nie spodziewałam się finału tygrysiego – zatem na plus. Bardzo obrzydliwe to z tymi grzybami, ale też fajnie musiałoby wyglądać – taka powłoczka ni to futerka, ni to… żyjącego grzyba… Matko… Bardzo udane opowiadanie, powodzenia w konkursie!;-) A to zgrzyty – jak dla mnie: – Wracali z miasta, gdy nagle fura podskoczyła na wyboju, usłyszeli trzask, a potem omal nie pospadali z ławki, gdy pękła metalowa obejma piasty. – zrobiłabym z tego dwa zdania – Za wytworzone remady pobierają opłaty od kupujących, państwo dopłaca im za wytworzenie każdej jednostki. – powtórzenie – Był dojrzała – świadoma swojej urody – Ale wycisnęli. I to sporo… Uścisnął jej dłoń, bo nie był w stanie – W obu poniższych zdaniach chyba bez przecinka przed "a": 1) nieporozumienie między kapitanem statku wwożącym bawełnę, a kapitanatem portu 2) Najpierw występował między bliźniaczkami syjamskimi, a człowiekiem-młotem.   Pozdrawiam!;-) I gratuluję pisarskiej płodności!  

Z tym przecinkiem przed "a" właśnie sam się podszkoliłem. :) Dzięki.

"Pierwszy raz w życiu dałem się zabić we śnie. "

Dzięki Agato, z tymi przecinkami to nawet najmęrsi dojść do ładu nie potrafią, a cóż dopiero ja. Niestety, czas edycji minął – mogę poprawić tylko w oryginale.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Wiem, przepraszam, że tak późno, mam zaległości portalowe. Starałam się trochę odzwyczaić od komputera na rzecz dzieci, którym kończą się wakacje. Całuski;-)

Starałam się trochę odzwyczaić od komputera na rzecz dzieci, którym kończą się wakacje  -to najlepiej wysłać dalej na wakacje, na drugi koniec Polski, z dziadkami. Jako i ja zrobiłam. Ufff! :)

Ocha: Sprytne, sprytne. Na razie dojrzewam do takich pomysłów. Może w przyszłym roku?;-)

Albo mieć dorosłe dzieci, jak ja. Tylko że wtedy nie daj Bóg zaczynać remontów – zajmują więcej czasu niż dzieci

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Nie będę bardzo komentował, bo może uda mi się samemu napisać coś na konkurs. Napiszę jedynie, że mnie się podobało.

Dzięki.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

A ja wkleiłam coś tam na konkurs (acz zaczynam w to wątpić) i teraz wreszcze mogę bez wyrzutów sumienia poczytać inne teksty. Bardzo mi się podobało. I powodzenia w konkursie. :-)

Babska logika rządzi!

DZięki, wzajemnie.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

No – przeczytałem. Przyznam wprost, że mnie średnio wciągnęło – pewnie ze względu na nieco przydługawy wstęp, stojący w dysproporcji do tej "właściwej" treści utworu. Również nie przekonała mnie kreacja świata – choć to zapewne wynika ze specyfiki konkursu ; )  Na plus niewątpliwie, że tekst rzeczywiście jest napisany odmiennym stylem.

I po co to było?

Przeczytane, chociaż z pewnym opóźnieniem ; ) Powiem cichutko, że początek do mnie jakoś nie przemówił, trochę opornie mi się go czytało, ale potem było już zdecydowanie lepiej. Zaczęło się czytać płynnie i wciągnęło.   Bardzo przypadł mi do gustu pomysł z żywymi, grzybiastymi tatuażami, chociaż ten na okładce książki zostawił pewien niedosyt – jak się tam znalazł? Czemu się nie zasuszył? Jaką tak naprawdę miała zawartość książka, oprawiona w wytatuowaną skórę? Ale to już moje dociekliwe skrzywienia. Brakowało mi też troszeczkę genezy tych tatuaży, w sensie skąd ten pierwszy pojawił się na Mistrzyni, jednak po prostu lubię zagłębiać się w historię, a z punktu widzenia Jagtama prawdopodobnie nie było to konieczne.   Ogółem zdecydowanie ciekawy tekst i klimat : )

Spojrzałem na datę zamieszczenia opowiadania i z racji tego, że się napaliłem na teksty przeznaczone do PRZE-TWORZENIA, zastanawiam się teraz, jakim cudem go nie zauważyłem…   – Żeby znaleźć pracę, poddali się operacjom. Zyskali skrzydła – wskazał drobną kobietę obarczoną potężną paczką, która właśnie przelatywała nad pociągami – żeby dostarczać przesyłki. --> Podejrzewam, że chodziło Ci o to, iż to ta kobieta przelatywała nad pociągami.   Dzielnice średniozamożnych urzędników i drobnych przedsiębiorców tanim blichtrem udowadniały, że ich mieszkańcy cierpieli na manię wielkości. --> "Średnio zamożnych" oddzielnie.   – Prawie. Moje zmieniły się. --> Ja bym napisał: "Moje się zmieniły", bo zaimek zwrotny na końcu zdania wygląda zwykle bardzo sztucznie (nie sądzę, żeby Segurinama mogła się tak wypowiedzieć). Nie tylko w tym zdaniu to występuje.     Ogólnie opowiadanie bardzo mi się podobało, tak pod względem płynności czytania, jak i klimatu. Zakończenie niby dało się przewidzieć, ale ono też wyjątkowo przypadło mi do gustu; świetnie obrazuje przemiany, które zaszły w bohaterze. Tylko jedno zastrzeżenie: początek. Może jestem wyczulony na to, że tekst prozatorski powinien zaczynać się raczej od zaprezentowania wydarzenia, bo po prostu opis biografii Jagtama, którego wcześniej nie miałem okazji poznać, wydawał mi się przydługi i nie zachęcał do dalszego czytania. Cieszę się jednak, że go nie zarzuciłem.

https://eskapizmstosowany.wordpress.com/ - blog, w którym chwalę się swoją twórczością. Zapraszam!

Dzięki, jestem i tak zadowolona, bo to mój pierwszy i zapewne jedyny tekst steampunkowy.  

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Kolejne odkurzone opowiadanie.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Nowa Fantastyka