- Opowiadanie: Toms007 - Idris - część pierwsza i ostatnia

Idris - część pierwsza i ostatnia

Autorze! To opowiadanie ma status archiwalnego tekstu ze starej strony. Aby przywrócić go do głównego spisu, wystarczy dokonać edycji. Do tego czasu możliwość komentowania będzie wyłączona.

Oceny

Idris - część pierwsza i ostatnia

 

I. Noomi

 

Koła z mlaśnięciem zagłębiły się w głębokim błocie i wóz stanął. Siedząca na koźle dziewczyna, zmęczona i głodna, z rozpaczą rozejrzała się dookoła. Ciemna noc spowiła ciszą trakt, słychać było tylko dyszące z wysiłku woły. Drzewa, nieruchome i groźne, zdawały się obojętnie przyglądać znieruchomiałemu pojazdowi. Ściskając lejce w zesztywniałych z zimna dłoniach, siedemnastoletnia Noomi zmrużyła oczy wytężając wzrok, lecz na drodze nie było nikogo. Zerknęła na dwie siostry, które, przykryte grubym płótnem, spały spokojnie z tyłu. Jedynie złote czuprynki wystawały spod ciemnego materiału. Jasnowłosa dziewczyna uśmiechnęła się, choć w sercu czuła trwogę. Nie dam rady wydostać się z tej brei, pomyślała. Była zbyt blisko granicy, od najbliższego miasta dzieliło ją wciąż kilka krajów. Na pokonanie takiej drogi leniwe zwierzęta, odkupione za lichwiarską cenę od przemytnika, potrzebowały pół nocy. Po suchej ziemi.

 

Noomi wiedziała, że nie ma dużo czasu. Nie mogła ufać człowiekowi, który przewiózł rodzeństwo przez rzekę graniczną. Wprawdzie zapłaciły mu srebrnymi księżycami, ostatnimi z ojcowskiej sakiewki, ale dziewczyna nie była naiwna. Nie po tym, co przeżyła. Taki człowieki mógłby wydać uciekinierów, licząc na dodatkowy zarobek. A co dopiero na widok inkwizytorskich kleszczy, rozgrzanych w ogniu do czerwoności. Wprawdzie teraz siostry znajdowały się już za przeprawą, w bezpiecznych stronach, lecz młoda kobieta nie raz słyszała opowieści, jak to ludzie Wyższego Ojca zapędzali się w pogoni za poszukiwanymi zbiegami daleko wgłąb Niewiernego Terytorium. Wschodniego Krańca, poprawiła się w myślach. Ludzie z tej strony rzeki nie lubią nazw pochodzących z Królestwa. Matka Noomi wbijała to córce do głowy codziennie, razem z innymi poradami.

 

– Pamiętaj, nie możesz używać słów, jakie słyszysz na ulicy czy w świątyni – mówiła wielokroć. – Od razu rozpoznają w tobie religijną, a dla wielu nie ma znaczenia, czy wierzyłaś naprawdę. Powieszą cię na belce głową w dół szybciej, niż się spostrzeżesz. Pamiętaj… – I tak w kółko, bez końca. Ale pewnego dnia okazało się, że rady mamy się przydadzą. Że dzieci będą musiały uciekać. Same.

 

Samego wyjazdu nie pamiętała zbyt dobrze. Rozgardiasz, strach, widoczny na twarzach służby. Spokój, przerażająco nienaturalny spokój Alicji Stejn, wdowy po kupcu Alfredzie Stejnie. Szanowany człowiek, zasiadający w radzie miasta, został skazany na śmierć w oczyszczającym ogniu na podstawie oskarżenia o popadnięcie w herezję i zaprzedanie się magii. Majątek przepadł, konfiskacie na rzecz Inkwizytorium uległy wszystkie sklepy i magazyny. Ale przezorna matka przygotowana była na wszystko. Zaciągnęła bladą Noomi do piwnicy i wręczyła najstarszej córce skórzany mieszek, pełen brzęczących monet.

 

– To wszystko, co mogę ci dać, kochanie – wyszeptała pozbawionym emocji głosem. – Pieniądze i nazwisko: Dejcze, Teodor Dejcze. To podły człowiek, strzeż się go jak dzikiego lisa. Ale on jedyny może was wywieźć na drugą stronę.

 

– A ty…? – wyszeptała sparaliżowana lękiem dziewczyna. Bojaźnią nie napełniała jej wizja ucieczki, czy podłość Dejczego–lisa, ale nieludzki spokój matki. – A ty?

 

– Dla mnie nie ma już ucieczki. Moje imię wpisano w czarny list. Rozumiesz, co to znaczy.

 

Noomi wiedziała. Nawet najmniejsze dziecko, żyjące w Królestwie, wiedziało. To był wyrok śmierci. Gorzej, bo list skazywał heretyka na tortury. Inkwizytorskie męczarnie, oczyszczające serce i usuwające z ducha czarne macki magii. Od słów, zawartych w liście, nie było ucieczki, a ten, kto chciałby pomóc poszukiwanej osobie, układany był wraz z całą swoją rodziną na błogosławionym łożu kata, tuż obok skazanego.

 

Taki sam dokument, zawinięty w ciemną skórę, wystawiono ledwie trzy tygodnie wcześniej na Alfreda Stejna. Wszystko wydarzyło się tak szybko. Nawet nie zdążyłam pożegnać się z tatą, a już przyszli po mamę, wspomniała Noomi, czując napływające do oczu łzy.

 

Ze złością zacisnęła pięść, wytarła wilgoć z powiek. Nie mogę się mazać. Nie teraz, kiedy mam pod opieką dziewczynki. Muszę dotrzeć do miasta.

 

I wtedy usłyszała zbliżającego się konia, ciche, błotniste plask–plask przy każdym kroku zwierzęcia. Podniosła głowę. Dopadli nas, pomyślała.

 

– Co się stało? – spytał jeździec, zatrzymawszy wierzchowca tuż obok unieruchomionego wozu. Kobiecym głosem. Ulga, jaką dziewczyna poczuła, niemal powaliła ją na ziemię. To nie pościg, nie inkwizytor. Bowiem nawet najmniejsze dziecko w Królestwie wiedziało, że kobieta, z racji nieczystego serca, nie może być obrońcą religii. – Wszystko w porządku, mała?

 

Nieznajoma miała niski, głęboki głos, niesforny lok ciemnych włosów wysunął się spod kaptura, zasłaniając połowę jej twarzy. Ale Noomi i tak dostrzegła przenikliwe spojrzenie lodowatych, jasnoniebieskich oczu.

 

– Pomocy… – jęknęła cicho. – Potrzebujemy… pomocy.

 

***

 

Koń ciemnowłosej był układany do jazdy wierzchem, nie jako zwierzę pociągowe, ale dzielnie się spisał. Poganiany niecierpliwymi, choć cichymi okrzykami, szarpnął kilka razy i wóz wyjechał z kałuży błocka, w której utkwił. Ocierając twarz, umazaną mokrą breją, kobieta wyciągnęła do Noomi dłoń.

 

– Jestem Idris – powiedziała. – Skąd jedziecie?

 

Noomi przedstawiła się, zmieszana. Nie wiedziała, co ma powiedzieć. Mimo udzielonej pomocy nie ufała obcej. Tamta, widząc wahanie na twarzy młodej Stejnówny, machnęła dłonią.

 

– Nieważne, nie musisz mi mówić. Ja jadę do Zakrętu, najbliższego miasta. Jak chcecie, możecie zabrać się ze mną. Raźniej i bezpieczniej.

 

– Dziękuję – szepnęła Noomi.

 

– Podziękujesz mi później – odparła Idris. – Teraz dajmy odsapnąć mojej klaczy, a sama zajmij się dziećmi, bo chyba się budzą.

 

Rzeczywiście, siostry – sześcioletnia Alea i o dwa lata młodsza Zoe – wystawiły jasne twarze spod przykrywającego je materiału, zerkając z przestrachem i ciekawością na nieznajomą. Ta odrzuciła kaptur z głowy, odgarniając z czoła ciemne, kręcone włosy. Noomi zerknęła z podziwem na Idris. Szczupła twarz była piękna, z szerokimi, pełnymi ustami, bladoniebieskimi oczami i prostym nosem, otoczona grubymi, niemal czarnymi lokami. Może trzydziestoletnia, kobieta nosiła skórzany, ciemnobrązowy kubrak i podobne spodnie. Strój nieznajomej, mimo że znoszony i stary, ukazywał zgrabną i wysoką postać niewiasty. Choć to określenie chyba nie do końca pasowało do osoby, która nosiła przytroczony do pasa miecz. A może to była szabla, Noomi nie znała się kompletnie na broni, zresztą nie miała czasu się przyglądać, bo siostrzyczki wyciągnęły do niej ręce, zlęknione i głodne.

 

– Postoimy chwilę – mruknęła Idris, zerkając na dzieci. – Nakarm rodzeństwo, ja też coś zjem i ruszamy. To niebezpieczna okolica.

 

Noomi posłusznie wyciągnęła z torby resztkę suszonego mięsa i kawałek chleba. Nie pytała, jak nieznajoma zgadła, że trzy dziewczynki są spokrewnione – podobieństwo było oczywiste, widoczne na pierwszy rzut oka. Alea i Zoe w ciszy zajadały niesmaczny, choć pożywny posiłek, wpatrując się z uwagą w Idris, czyszczącą nogi i brzuch konia z błota. Były grzeczne, nie odezwały się ani słowem, postępowały zresztą zgodnie z nakazem starszej siostry. Tutaj każda nieopatrzna uwaga mogła ściągnąć na dziewczęta nieszczęście.

 

Ciemnowłosa schowała niewielką szczotkę i spojrzała na siedzących na wozie. Podjęła decyzję.

 

– Słuchaj, Noomi – zaczęła. – Nie wiem, co robicie, samotnie podróżując w środku nocy, tak blisko granicy. Nie interesuje mnie to. Ale nie mogę zostawić was samych sobie, więc powiedz mi chociaż, gdzie zmierzacie i do kogo. Do domu? Do rodziny?

 

Zamilkła, widząc miny młodszych dziewczynek. Obie zmarszczyły czoła i przytuliły się do najstarszej siostry, chowając twarze w fałdkach brudnej spódnicy Noomi. Brudnej i porwanej, choć porządnej i drogiej, co nie uszło uwadze Idris.

 

Tuląc rodzeństwo, jasnowłosa córka nieżyjącego już kupca Stejna zastanawiała się gorączkowo, co ma zrobić. Czy może komukolwiek zaufać. Ale chyba nie miała wyboru. Westchnęła głęboko.

 

– Uciekłyśmy z Królestwa – zaczęła cicho, gładząc siostry po włosach. – Jesteśmy same, nie wiem, co z ojcem i matką. – Zerknęła na przytulone dzieci znacząco. – Nie mamy tutaj rodziny, jedyne co mama mi przekazała, to udać się do Zakrętu, pierwszego miasta przy granicy i oddać się w ręce Silnych. Tylko to nam zostało.

 

Idris zamarła na moment.

 

– Nie wiem, czy to dobry pomysł, zgłosić się do Silnych – mruknęła. – Jesteście stamtąd. Bez rodzin, znajomości, zapewne bez pieniędzy. To na pewno nie jest dobry pomysł, dziewczyno.

 

– Ale my jesteśmy niewierzące! – niemal krzyknęła Noomi. – Dlatego mama i tata… Dlatego nie ma ich z nami. Mama powiedziała, że musimy uciekać, że tylko tutaj, w Niewiernym Terytorium, jesteśmy bezpieczne. I jeszcze powiedziała, że Silni nam pomogą.

 

– Spokojnie, dziecko – Idris uniosła ręce, przerywając przemowę młodej kobiety. – Po pierwsze, nie mów Niewierne Terytorium. Po drugie, fakt, że jesteście niewierni, nikogo tutaj nie zainteresuje. Nadal pochodzicie z Ciemnokraju, tfu, z Królestwa. A na pewno nie możecie jechać do Silnych. Z kilku przyczyn. Nie macie świadków ani dowodów na to, że jesteście niewiernymi, że naprawdę musiałyście uciekać. Poza tym jesteście same, bez koligacji, bez krewnych, bez pieniędzy… Prawda?

 

Zapytana z oporem przytaknęła ruchem głowy.

 

– No, widzisz – kontynuowała ciemnowłosa. – Jeżeli pojedziecie do Silnych, skończy się to dla was źle. W najlepszym wypadku wezmą was, ciebie, za agenta inkwizycji. I już po wszystkim. W najgorszym… – Zawahała się na krótką chwilę. – Najgorszego nie chcesz znać.

 

– Nie macie za bardzo wyboru – ciągnęła po chwili Idris. – Musiałyście w ogóle uciekać? Musiałyście – odpowiedziała sama sobie. – Nie wiem, co zrobiłabym na waszym miejscu. To znaczy wiem, ale szczerze mówiąc, marne macie szanse na dotarcie do celu.

 

– Do jakiego celu? – spytała Noomi po chwili ciszy.

 

– Ech, to kompletnie bez sensu – żachnęła się jej rozmówczyni. – Ale ja na twoim miejscu udałabym się na wschód, na Górę Soli, do Jasnowidzek. Może któraś z was ma talent, może przyjmą kogoś do szkoły. Pozostałe zostaną jako służki. To jest dobre życie – mruknęła, widząc minę Noomi. – Bezpieczne, nie zabraknie wam jedzenia ani dachu nad głową. A to ważne, uwierz mi.

 

– Nie – odparła najstarsza z dziewcząt. Nie tego chciała od chwili, w której matka dała jej sakwę z ostatnimi pieniędzmi. Wspomnienie zapachów i kolorów tysięcy przypraw, wypełniających magazyny ojca, jego roześmianej twarzy, obraz matki, zawsze nieco sztywnej i uwięzionej w granicach konwenansów, ale w głębi dobrej i kochającej – pamięć o przeszłości, której już nie ma, wypalała dziurę w sercu Noomi. Dziewczyna jeszcze w piwnicy rodzinnego domu postanowiła, że znajdzie winnych śmierci rodziców. Wszystkich: donosiciela, inkwizytorów aresztujących tatę, sędziów i kata. I zabije każdego z nich. Może nie osobiście, ale wyśle ich do grobu.

 

Jasnowidzki jej tego nie zapewnią. Tylko Silni, służący czarownikom rządzącym Wschodnim Krańcem, Wolnym Stanem, Magiostroną – jakkolwiek nazywać tę część wyspy. Jedynie Silni mogą pomóc pomścić mamę i tatę. Oni mają ludzi zaprawionych w walce z bezlitosną inkwizycją, mają Mniejszych Czarodziei, zabójców, służą im przerażające magiczne potwory, o których opowiadali kapłani w świątyniach. Pamiętała te kazania z dzieciństwa, kiedy mama z tatą jeszcze wierzyli w bogów i posłusznie chodzili na zebrania, wysłuchać woli Najwyższych. Dawno to było, za czasów wojny.

 

Zdawała sobie sprawę, że zapewne większość z historii, jakie wtedy słyszała, było kłamstwem. Ale to nieważne. W każdym kłamstwie tkwi ziarno prawdy, a to oznaczało, że Silni mogli jej pomóc. Tylko oni. Dlatego teraz dziewczyna zdecydowanie pokręciła głową.

 

– Nie – powtórzyła zdecydowanie. – Matka kazała mi jechać do Silnych, będę posłuszna jej nakazowi. – Noomi wolała nie zdradzać nieznajomej prawdziwych przyczyn. Po pierwsze dlatego, żeby nie narażać się na drwiny. Bo choć mogło się ono wydawać nierealnym marzeniem, jej postanowienie zostanie zrealizowane. Upór Stejnów był znany w całym mieście. Dzięki niemu Alfred dorobił się w dwadzieścia lat jednego z największych majątków w okolicy. I teraz ów rodzinny upór poprowadzi jego córkę, dokąd trzeba, włoży w jej usta odpowiednie słowa, pomoże jej wypełnić obietnicę, złożoną samej sobie trzy dni temu.

 

Idris chciała coś powiedzieć, ale spojrzawszy w oczy jasnowłosej dziewczyny, zrezygnowała. Wzruszyła ramionami.

 

– Ja i tak nie mogłabym wam pomóc w podróży na wschód – mruknęła cicho, tak że ledwie można było ją usłyszeć. – Nie jestem dobrym towarzyszem w tego typu podróży. Pomogę więc wam inaczej, na tyle, na ile jestem w stanie. – Przekrzywiła głowę na bok, zastanawiając się nad czymś przez chwilę. – Znam Silnego z Zakrętu. Nie za dobry to człowiek, choć nie jest też do szpiku zły. Nazywa się Werszyn. Pogadam z nim o tobie i twoich siostrach. Nie obiecuję, że to pomoże, ale chyba nawet ja nie mogę zaszkodzić wam bardziej.

 

Noomi opuściła powieki. Nie chciała zdradzić się błyskiem nadziei w oczach. Nadal nie ufała tej kobiecie o lodowatym spojrzeniu.

 

– Proszę tylko o jedno, pani – rzekła spokojnym głosem. Zaskoczyła samą siebie umiejętnością ukrycia emocji, szarpiących jej młodym sercem. – O rozmowę z Silnym. Mam nadzieję, że będę potrafiła go przekonać o swojej niewinności.

 

I nakłonić do pomocy, dodała w duchu.

 

 

 

II. Zakręt

 

Idris popędzała dziewczynki, dzięki czemu ruszyły w dalszą drogę, nim Mały Księżyc pojawił się na niebie. I tak zmarnowaliśmy za dużo czasu, pomyślała wskakując na siodło. Jej klacz zarżała z cicha, jakby na potwierdzenie przemyśleń swej pani. Woły szarpnęły z wysiłkiem niewielki wóz, koła potoczyły się po gliniastym błocie. Ciemnowłosa kobieta jechała pierwsza, z uwagą przyglądając się rozmokłemu traktowi. Półgłosem ostrzegała Noomi, ilekroć natknęła się na wyjątkowo rozległą kałużę błocka. Co jakiś czas oglądała się przez ramię. Dzięki wzejściu drugiego z księżyców można było przynajmniej coś dostrzec w ciemnościach. Nie obawiała się pogoni, nie tak szybko. Wprawdzie można by założyć, że samotne dzieci nie stanowią na tyle łakomego kąska, by inkwizytorzy odważyli się przekroczyć graniczną rzekę, ale Idris znała dobrze ich sposoby postępowania. Nikt nie miał prawa wyjechać z Królestwa bez pozwolenia władz świeckich i religijnych. A taką zgodę otrzymywało niewielu. Dlatego Silni byli bardzo podejrzliwi w stosunku do wszystkich uchodźców. I nie bez powodu, skonstatowała. Bo większość z uciekinierów była szpiegami i dywersantami, pionkami uczestniczącymi w długiej i krwawej grze między królewskimi kapłanami a czarodziejami z Wolnego Stanu.

 

Dlatego musiała zachować czujność. Spotkanie na trakcie jakichkolwiek zbrojnych, czy to żołnierzy z Zakrętu, czy łapaczy inkwizycji, byłoby tragiczne w skutkach. Sama zapewne by się wyrwała, ale dziewczynki nie miałyby takiej szansy. Idris zaklęła pod nosem. Znowu to samo, pomyślała, czy ty się nigdy nie nauczysz, idiotko? Który to już raz udzielała pomocy nieznajomym, zawsze przy tym pakując się w kłopoty. Kobieta zadrżała na wspomnienie małej Liny, siedmioletniej sieroty. Przestraszonej, milczącej. Ile to już lat minęło? Jedenaście chyba, przeliczyła szybko w myślach. Od tamtej znajdy wszystko się zaczęło pieprzyć. Powinna była wypełnić rozkazy… ale nie potrafiła. Sama nie wiedziała, czemu. Czy to dlatego, że sama była sierotą, przygarniętą przez Mniejszych dawno, dawno temu? Dlatego, że nie znała matki ni ojca? A może wszystkiemu winna była Lina, chudziutka, milcząca dziewczyna, poprzez śmierć hrabiego Werdesa pozbawiona żywiciela, opiekuna i ciemiężyciela w jednej osobie. Tamtego dnia Idris błędnie założyła, że dziwne zachowanie dziecka spowodowane było widokiem bezgłowego ciała swojego chlebodawcy. I potężnie się pomyliła.

 

Potrząsnęła głową, odpychając od siebie nieprzyjemne wspomnienia. Bo choć wiedziała, że zmarnowała życie w wyniku decyzji podjętych tamtego dnia, to dziś i tak nie potrafiłaby postąpić inaczej. To przekonanie dawało jej siłę w chwilach załamania, pchało naprzód, na deszcz i mróz. W poszukiwaniu czegoś… nieokreślonego, niematerialnego, czego nie potrafiła nazwać.

 

Po raz drugi wstrząsnęła bujną, czarną grzywą. Nie mogę o tym myśleć, nie teraz, pomyślała. Skup się, dziewczyno, musisz bezpiecznie dowieźć te trzy przestraszone sroczki do Zakrętu. A tam… niech robią, co chcą. Jeżeli ich życzeniem jest oddać się w łapska Silnego, niech i tak będzie. Choć Idris przeczuwała, że ambitny, pazerny Adam Werszyn nie odpuści i będzie chciał wykorzystać sytuację, nie zamierzała się mieszać. Znała Werszyna jeszcze z dawnych czasów, kiedyś nawet się lubili, ale to były bardzo odległe dni. Jeszcze przed końcem wojny, przed zniszczeniem Zamku. Zanim czarownicy, Mniejsi i Więksi, po raz pierwszy działając razem, utworzyli Wydział Siły i jego przedstawiciele, Silni, wyruszyli w świat.

 

Znowu myślę o tamtych chwilach, wyrzuciła sobie Idris. Nie mogła zrozumieć, dlaczego. Czy to osoba Werszyna, przedstawiciela magicznej władzy na Zakręcie, obudziła wspomnienia, do tej pory dość bezpiecznie zagrzebane w czeluściach pamięci? A może widok trójki wystraszonych, samotnych dzieci na szlaku, tak niegdyś częsty, wywołał chęć podrapania starej, bolesnej rany, mimo upływu lat wciąż przypominającej o swoim istnieniu? Nie potrafiła odpowiedzieć na to pytanie. Wiedziała tylko dwie rzeczy: że Noomi mówiła prawdę, opowiadając o rodzicach, i że oddanie sióstr w ręce Silnego, tego czy innego, skończy się dla dziewcząt źle. Nie powinnam się mieszać do tego, stwierdziła logicznie Idris. To nie będzie bezpieczne. Ale nie mogła zostawić ich samych w rękach Werszyna. Zatrzymując się obok zagrzebanego w błocie wozu wplątała się w tę całą historię i teraz nie miała już serca porzucać dzieci na pastwę losu. Chcąc nie chcąc, musiała wziąć za nie odpowiedzialność.

 

Zaklęła w myślach. Zawsze to samo. Nigdy nie umiała postąpić wbrew sobie, mimo tylu nieprzyjemności doświadczonych z tego powodu. Była to słabość, bez dwóch zdań. Nie potrafiła posłuchać swego instynktu, postępować tak, jak nakazuje logika. Zamiast tego, szła za przeklętym, cichutkim głosem, który nie pozwalał zachować się bezpiecznie. Może i egoistycznie, ale rozsądnie. Trudno, nie ma teraz czasu na wątpliwości. Pozostało jedynie podążać naprzód z nadzieją, że wszystko jakoś się ułoży.

 

Dwaj Bracia jaśnieli bladym blaskiem na niebie, rozświetlając mrok. Idris popatrzyła uważnie na obydwa księżyce, oceniając porę nocy.

 

– Jeśli troszkę przyspieszymy – rzuciła przez ramię – to przed świtem staniemy u bram Zakrętu.

 

– Daleka to droga? – spytała Noomi cicho, bo młodsze dziewczynki znów przysnęły.

 

– Ze dwa kraje – odpowiedź padła po chwili ciszy. – Do Sękacza kawałek, a od niego do miasta to już chwila. I przynajmniej dalej droga idzie polami, będzie jaśniej i łatwiej wypatrzeć…

 

Idris urwała i znów zamilkła, a najstarsza z sióstr rzuciła nerwowo:

 

– Pogoń? Myślisz, że ktoś może nas ścigać?

 

– Nic nie myślę – głos ciemnowłosej był opanowany i zimny. – Po prostu wolałabym nikogo nie spotykać.

 

Nie chciała przestraszyć dziewczyny. Raptownie poczuła złość, że wpakowała się w tę kabałę. Czyżby dopadło ją kolejne z przeczuć? Idris poczuła lodowaty uścisk lęku na gardle. Poczuła nagłą chęć wypicia preparatu widzenia, choć nie było na to czasu. Ostrzegali mnie, że w się końcu uzależnię od tego cholerstwa, pomyślała. Ale wiedziała, że to nie jest uczucie cielesnego głodu, jakie czasem się pojawiało, gdy zbyt długo nie piła cierpkiego eliksiru. Miała jeszcze odrobinę drogocennego płynu, małą butelkę troskliwie zawiniętą w miękki jedwab, ale z wysiłkiem odsunęła od siebie silne pragnienie. Nie ma czasu. Ani na chwilę medytacji, niezbędną do bezpiecznego wypicia preparatu, ani na wizję. Która mogła trwać mniej, niż mrugnięcie oka. Albo kilka godzin, nigdy nie było wiadomo.

 

– Pani, nie musisz nam pomagać, jeśli nie chcesz – odezwała się Noomi, opacznie pojmując chłodny ton Idris. – Damy sobie radę…

 

– Muszę i nie dacie – syknęła przez zęby Idris. – Nie mówmy już o tym. Daj mi się skupić na drodze.

 

Rzeczywiście, wyższe w tej części lasu drzewa rzucały długie, czarne cienie w poprzek traktu, utrudniając jazdę zarówno jeźdźcowi, jak i powożącej dziewczynie. Ta ostatnia umilkła, jakby urażona słowami starszej kobiety. Nie rozumiejąc własnego poirytowania, Idris skupiła się na drodze, ręką wskazując niebezpieczne zagłębienia, wypełnione gęstym błotem. Minęła dłuższa chwila i, choć jadącej przodem wydawało się, że nie ujechali daleko, to niespodziewanie dostrzegła w mroku nocy potężne drzewo, pokryte dziwną, niemal białą korą. Jego poskręcane, grube konary niczym ramiona leśnego giganta rozpychały las po obu stronach, wpuszczając więcej księżycowego światła, które rozświetlało jasny pień niesamowitym, bladym blaskiem. Zatrzymała konia, wóz stanął również.

 

– Co to jest? – szepnęła Noomi zalęknionym głosem. – Co to za olbrzym?

 

– Sękacz – odpowiedziała Idris. – Jedno z ostatnich takich drzew na wyspie.

 

– Straszny – szepnęła dziewczyna. – I piękny zarazem. Jak to możliwe?

 

– Wiele rzeczy na tym świecie jest właśnie takich, wspaniałych i przerażających jednocześnie – mruknęła ciemnowłosa. – Przekonasz się sama, o ile dożyjesz mojego wieku.

 

– Przecież… ty nie jesteś stara, pani – zauważyła ze zdziwieniem Noomi.

 

– Stara? – prychnęła w odpowiedzi Idris. – Dzięki. No, w sumie masz rację. Stara nie jestem. Ale czasem tak się czuję.

 

Stały przez chwilę i w milczeniu przyglądały się jasnemu drzewu, nie mogąc albo nie chcąc jechać dalej. W końcu koń sam podjął decyzję, ruszył powoli, a za nim podążyły woły, z wysiłkiem ciągnąc dwukołowy wóz. Minęły sękacza i po kilkuset krokach wyjechały z lasu na szeroką równinę, pokrytą siatką pól uprawnych. Trakt zrobił się bardziej suchy, dzięki czemu mogły pojechać nieco szybciej. Mały Księżyc pochylił się nad ziemią, jak zawsze wyprzedzając większego brata, gdy obydwie dostrzegły poblask pochodni i zarys murów miasta. Dotarły do Zakrętu. Noomi odetchnęła z ulgą. Idris nie dała poznać po sobie, co poczuła. Nie chciała straszyć dziewczyny.

 

 

 

III. Werszyn

 

Adam Werszyn, Silny miasta Zakręt, bardzo nie lubił poranków. Wolał spać do południa, potem spokojnie zjeść jakiś mały obiad i powoli rozpocząć nowy dzień. Nie był leniwy, nic z tych rzeczy. Postrzegał siebie raczej jako nocne zwierzę. Kładł się spać wcześnie rano, wszelkie sprawy urzędowe wolał załatwiać po nocy, czym rozwścieczał zarówno burmistrza, jak i dowódcę garnizonu. Ku własnemu zadowoleniu. Dlatego, gdy obudzony łomotaniem w drzwi otworzył oczy i zorientował się, że musi być bardzo wcześnie rano, zaczął warczeć. Dostało się zdyszanemu żołnierzowi, który stał za progiem, potem jego dowódcy, młodemu Waldemarowi Bodren, pochodzącemu z szanowanej w okolicy, arystokratycznej rodziny.

 

Borden poczerwieniał na twarzy, potraktowany ostrą wiązanką, i z trudem zaczął dukać wyjaśnienie. Zniecierpliwiony i rozdrażniony Werszyn ominął przerażonego szlachcica i wtargnął do głównej Sali strażnicy. Zamarł na moment, zaskoczony widokiem czterech kobiet, stojących pośrodku rozległego pomieszczenia. Gniew uleciał szybciej, niż się pojawił i Adam zanotował w pamięci, że powinien później przeprosić młodego kapitana za niemiłe słowa. Bo powód pobudki był ważny. Idris Reiner.

 

Po chwili milczenia Werszyn odzyskał głos.

 

– Idris Reiner – sapnął, rozciągając usta w uśmiechu. Prawdziwym, bo od ostatniego spotkania ciemnowłosa piękność wciąż powracała do niego we wspomnieniach. Mimo upływu tylu lat.

 

Wywołana spojrzała na niego zmęczonym wzrokiem. Nie okazała jednak radości, co ze smutkiem zauważył. Z jednej strony był w stanie zrozumieć jej rezerwę, ale przecież kiedyś, dawno temu, uratował jej życie.

 

– Witaj, Adamie – odpowiedziała spokojnie. Na wielkiego maga, jaka ona jest śliczna, pomyślał Silny. – Wybacz tak nagłe najście, ale moje towarzyszki bardzo nalegały na spotkanie z tobą, więc zaoferowałam im pomoc. Pamiętam, jak bardzo nie lubisz wstawać o świcie.

 

Ha, a jednak nie zapomniała, skonstatował w duchu.

 

– Dobrze, Idris, dla ciebie wszystko – rzekł. – Czy to sprawa tak pilna, że…

 

– Nie – przerwała mu kobieta. Zauważył, że stanęła w taki sposób, by zasłonić sobą trójkę dzieci. Bo to były dzieci, bez wątpienia. Najstarsze z nich, choć urodziwe dziewczę, nie mogło mieć więcej niż szesnaście lat, a pozostała dwójka była dużo młodsza. Postawa Idris zaalarmowała Werszyna. Nie rozumiał jeszcze, co się dzieje, a nienawidził tego uczucia. – Może poczekać do wieczora. Nie ma pośpiechu. Chciałam tylko poprosić o pokój dla mnie i dla dziewczynek, żebyśmy mogły odpocząć po męczącej podróży, a że kapitan miał wątpliwości…

 

– Oczywiście, nie musisz mówić nic więcej – teraz to Adam wszedł jej w słowo. – Wszystko jasne. Moje miasto twoim domem, jak mawiają na wschodzie. Zaraz wydam dyspozycje, wyśpicie się, najecie, a wieczorem porozmawiamy. Dobrze?

 

Odetchnęła z ulgą, a z jej twarzy zniknęło całe napięcie. Nie podobała mu się gra Idris, ale postanowił uzbroić się w cierpliwość. Potem dowie się wszystkiego. W taki czy inny sposób.

 

– Dziękuję ci bardzo, Adamie.

 

Skinął głową w odpowiedzi i wyszedł z pokoju, dokładnie zamykając drzwi. Głośno nakazał kapitanowi przygotować dwie izby dla gości i nagrzać wody do miednic, a po chwili szeptem dodał:

 

– Niech czterech ludzi pod bronią pilnuje pokoju czarnowłosej. Strzeżcie jej uważnie, a jak wstanie, przyprowadźcie natychmiast do mnie.

 

Wiedział, że może polegać na Bodrenie, który mimo młodego wieku nieraz wykazał się oddaniem i odwagą w służbie dla Siły. Zostawiwszy kapitana i jego ludzi, skierował się ku swojej komnacie, czując nadchodzący atak. Znowu to samo, zaklął w myślach. Miał rację. Ledwie dotarł do sypialni, gdy ogarnęła go migrena, ściskając głowę rozgrzanym pierścieniem bólu. Z wysiłkiem siadł na łóżku i sięgnął po kościaną fajkę. Na szczęście wszystko miał przygotowane, pogratulowałby sobie przezorności, ale nie potrafił myśleć o niczym innym, tylko o ogniu wypełniającym całą jego czaszkę. Szybko wyciągnął jeden z tlących się, kadzidlanych patyczków i rozpalił białawy preparat, wypełniający główkę misternie rzeźbionego cybucha. Zaciągnął się, co przyniosło natychmiastową ulgę. Po chwili odzyskał spokój, ręce przestały mu drżeć i w spokoju dopalił resztę narkotyku.

 

– Muszę to rzucić – mruknął, tak samo jak tysiąc razy wcześniej. Ale wiedział, że to niemożliwe. Smoczy proszek bardzo silnie uzależniał. I w końcu zabijał. Choć nie tak szybko. Natomiast bardzo dobrze niwelował ból, co było Werszynowi na rękę. Poznał się z używką jedenaście lat temu i od tego czasu zdążyli się zaprzyjaźnić. Odgonił od siebie niewesołe myśli i krzyknął na służki, by przygotowały śniadanie. Szybko wykonały polecenie, zerkając z zaskoczeniem na mężczyznę, który błyskawicznie pochłonął potężną porcję jajecznicy z bekonem, przegryzł wszystko czterema pajdami chleba z miodem i zapił kuflem piwa korzennego. Nie dziwił ich apetyt Adama, a jedynie wczesna pora posiłku.

 

Nie lubił czekać, postanowił więc zając się sprawami służbowymi od razu, chcąc w ten sposób zabić czas. Wszyscy, którzy odwiedzili go tego ranka, wychodzili z kwatery Silnego z tym samym wyrazem twarzy. Werszyn nigdy nie pracował tak wcześnie rano.

 

Był wyraźnie pobudzony. Zdał sobie sprawę z własnego zniecierpliwienia, gdy złapał się na tym, że co rusz zerka przez okno, próbując określić godzinę. W międzyczasie rozmawiał z burmistrzem, odebrał raporty z nocnych patroli, pobieżnie przejrzał rozkazy i informacje, dostarczone przez posłańca ze stolicy. Ale cały czas myślał o niej.

 

Idris Reiner.

 

Tyle lat jej nie widział. A mimo to wciąż tkwiła w jego pamięci, niczym zadra. Może bardziej w sercu, niż w pamięci. Bo nie potrafił zapomnieć uczuć, jakie w nim kiedyś wywoływała. Co gorsza, ślad tych emocji pozostał. Z jednej strony był ciekaw, czemu przybyła do Zakrętu. Z drugiej, pamiętał jak usilnie chciała zasłonić sobą troje przestraszonych dzieci. A poza tym, drżał z niecierpliwości, by móc ją ponownie zobaczyć.

 

Ostatnie zaskoczyło go. Myślał, że już dawno uporał się z nagłym, bolesnym rozstaniem. Poza tym, to on był zakochany, Idris chyba nie. Nigdy, nawet gdy byli bardzo blisko, nie udało mu się przebić przez ścianę, za którą zamknęła część swoich uczuć. Czuł, że młoda kobieta cały czas skrywa przed nim jakąś cząstkę własnej duszy. Bolało go to wówczas, a potem, po jej ucieczce, ciążyło mu na sercu jedną myślą: wyrzucał sobie, że, gdyby bardziej starał się przebić przez tę niewidoczną barierę, nie odeszłaby od niego.

 

Ale logika bardzo szybko rozprawiała się z takimi wspomnieniami. Pamiętaj, co się stało tamtego dnia. Cokolwiek byś zrobił, nie miałeś najmniejszej szansy. I bolesne uczucie znikło. Myślał, że pokonał tę miłość już dawno temu. Tamtego dnia na ochotnika zgłosił się do wzięcia udziału w pogoni za młodą Idris. Wówczas zrobił to dlatego, bo miał nadzieję, że uda mu się odnaleźć dziewczynę, choć potem naigrywał się z własnej naiwności. Odnalazłby ją, i co? Odjechaliby w kierunku zachodzącego słońca? Śmiechu warte.

 

Nie znaleźli uciekinierki. Wrócił do Zamku, a raczej jego popalonych ruin, i w cztery miesiące potem został drugim najmłodszym Silnym w historii służby.

 

Idris Reiner była tą najmłodszą.

 

A teraz emocje wróciły. Inne, spokojniejsze, ale nie mniej intensywne. Uspokój się, głupcze, powtarzał w myślach co chwila, próbując skupić się na trzymanym w dłoni pergaminie. Przecież nie przyjechała do ciebie. To niemożliwe.

 

Absolutnie wykluczone.

 

A jednak, gdy kapitan Bodren wszedł do kancelarii Werszyna tuż przed południem oznajmiając, że kobieta obudziła się i prosi o widzenie, serce Silnego zabiło mocniej. Przeklął własną słabość i, z trudem panując nad głosem, nakazał przyprowadzić Idris do siebie.

 

Weszła do pokoju a mężczyzna zauważył, że miała czas umyć się po przebudzeniu, przebrać i… upachnić jakimś delikatnym, nieznanym mu aromatem.

 

Przeklęta kobieta.

 

Stanęła w progu, spoglądając na Adama badawczo, z rękoma zaplecionymi na piersiach. Które były nadal pełne i kształtne, jak zauważył, zerkając w nieskromny dekolt jej bluzki. Przełknął ślinę. Przecież był Silnym, w randze Starszego, przebył daleką drogę od tamtych dni, spędzonych razem z nią. W jego życiu nie było miejsca na uczucia tak głupie, jak miłość czy przywiązanie. Dlatego Silni nie mogli brać sobie kobiet. Wprawdzie nie ograniczał ich celibat, ale informacja o ożenku czy poważniejszym romansie przekreślała szanse na karierę w ramach Służby. Bo Służba wymagała poświęceń, które wymagały całkowitego zaangażowania.

 

Od tamtych zdarzeń w Służbie nie było już kobiet. Bo jakaś mogła w końcu urodzić dziecko, a wtedy – wiadomo. Baba zawsze myśli brzuchem, a nie głową. Drugim powodem była zdrada Idris Reiner.

 

– Dzień dobry, Adamie – powiedziała powoli, a jej niski głos zawibrował znajomo. – Kopę lat.

 

Chrząknął, wskazał na stojące przy biurku krzesło.

 

– Kopę – odparł. – Witaj, Idris.

 

Usiadła lekko, czujnie. Nadal miała miecz przy boku. Już chciał zrugać za to Bodrena, ale przypomniał sobie, że w sumie nie rozkazał odebrania jej broni. Zresztą, wątpił, czy kapitanowi udałoby się wykonać takie polecenie.

 

– Przepraszam, że przyjechałam tak nieoczekiwanie, bez ostrzeżenia – zaczęła. – Musiałeś się zdziwić.

 

– Nie ukrywam, że tak właśnie jest – mruknął. – Ze zdziwienia nie zjadłem jeszcze obiadu. Czy dasz się namówić na skromny poczęstunek?

 

Bez słowa skinęła głową.

 

– Doskonale, zaraz wydam dyspozycje – rzucił lekko. – Co cię sprowadza do Zakrętu, Idris?

 

Milczała przez moment, uważnie wpatrując się w Werszyna. Jasnoniebieskie oczy świdrowały go tak długo, że poczuł się nieswojo. Mimo to nadal siedział nieruchomo, odpowiadając takim samym spojrzeniem. Szkolenia, jakim przez wiele lat poddawani byli obydwoje, obejmowały wiele dziedzin. W tym umiejętność skrywania własnych myśli za obojętnym obliczem. W końcu westchnęła lekko i odwróciła wzrok, wypatrując czegoś ponad jego ramieniem.

 

Poczuł zadowolenie, że nie poddał się urokowi jej błękitnych oczu, choć z drugiej strony wciąż powracała jedna uporczywa myśl. Idris Reiner nadal miała nad nim władzę.

 

– Szczerze mówiąc, zajechałam tu przypadkiem. Zmierzałam na północ, do Lodowych Iglic – zaczęła mówić. – Po drodze… po drodze spotkałam troje dzieci. Uciekinierów zza rzeki.

 

Chrząknął. Wkraczali na tereny jego profesji i poczuł się pewniej. Bezpieczniej.

 

– No właśnie. – kontynuowała. Zaklął w duchu. Jakby czytała w jego myślach! A co, jeśli opowieści o jej talentach nie były przesadzone? Musiał bardziej uważać. – Wiem, co przewiduje w takim przypadku regulamin. Znam jego treść, włącznie z Czerwoną Poprawką. Ale proszę cię o jedno. Potraktuj te dziewczynki… łagodnie. One mówią prawdę. Nie ma potrzeby wzywać Czytającego.

 

Jej słowa zabolały, i to bardzo. Nie wiedzieć czemu, miał nadzieję, że przyjechała do Zakrętu z jego powodu. Przeklęty głupiec ze mnie, pomyślał. Durny, naiwny idiota. Jak mógł sądzić, że ona, zawsze taka zamknięta i izolująca się od otoczenia, jakby nie z tego świata, teraz nagle przejechała pół wyspy, by… No właśnie – po co niby? By paść mu w ramiona, błagać o przebaczenie, pójść z nim do łóżka?

 

Przeklęty głupiec, powtórzył w myślach. Opanował gniew, posłał rozmówczyni lekki, wymuszony uśmiech. Położył dłonie na biurku i zabębnił palcami po grubych deskach blatu.

 

– Czy ty niczego się nie nauczyłaś? – syknął przez zaciśnięte zęby. – Czy jesteś tak ograniczona, jak wszystkie kobiety? Nie patrzysz dalej, niż poza czubek własnego nosa?

 

Teraz to ona się uśmiechnęła. Ale tak naturalnie, pięknie i smutno, że westchnął cicho. Na tyle cicho, że nie usłyszała.

 

– Czy ja… czy cię kiedykolwiek przeprosiłam? – zmieniła nagle temat rozmowy. Zaskoczony zamrugał kilka razy. – Chyba nie, prawda? Przez to wszystko, co się wydarzyło, musiałeś mieć nieliche kłopoty. Nie chciałam tego.

 

Zatrząsł się z wściekłości.

 

– Czy ty wiesz, o czym w ogóle mówisz? – warknął. Przepełniał go coraz większy gniew. Rozpalany poczuciem żalu, którego pochodzenia nie potrafił jednak określić. – Wtedy… zdajesz sobie sprawę, co się działo po twojej ucieczce? O mało co nie straciłem życia. Jako kochanek zdrajczyni.

 

– Ale my przecież… – zawahała się na moment. Czyżby dopiero teraz zrozumiała? – Ale ja nie zdradziłam. Ty to chyba rozumiesz.

 

– Co mam rozumieć?! – krzyknął głośno, zrywając się z krzesła. Raptownie otworzyły się drzwi i do komnaty wpadli dwaj żołnierze z obnażonymi mieczami, najpewniej zaalarmowani jego głosem. Ich wtargnięcie ostudziło Werszyna, mężczyzna uniósł w ich kierunku dłoń. Nieznacznym ruchem odprawił mężczyzn, po czym, już spokojniejszy, usiadł. – Powtórzę pytanie: czy zdajesz sobie sprawę, co ściągnęłaś na moją głowę swoim działaniem? Nie mówię nawet o krzywdach, jakie wyrządziłaś Służbie, naszej ojczyźnie. Bo to chyba jest dla ciebie oczywiste, prawda?

 

Dopiero teraz dostrzegł, jaka jest napięta, niczym cięciwa łuku. Powoli oderwała dłoń od rękojeści własnej broni i odetchnęła głęboko.

 

– Adam, spokojnie – szepnęła. – Przyjechałam tu tylko dlatego, bo ty jesteś Silnym w Zakręcie. Jedynie z tobą mogę porozmawiać szczerze. Mogę, prawda?

 

Skinął głową. Milczał.

 

– Więc nie mów mi o krzywdach dla Służby i kraju, dobrze? – ciągnęła powoli, jednostajnym tonem. – Z tego, co wiem, to poniekąd w efekcie moich… poczynań… skończyła się Siedmioletnia Wojna, zgadza się? I żebyś nie myślał, że przypisuję sobie jakikolwiek zaszczyt z tego powodu. Zawsze myślałam, że ty… że każdy na moim miejscu postąpiłby tak samo. Powiedz mi, myliłam się?

 

Nie odpowiedział.

 

– Może jednak nie miałam racji – podjęła. – Sama nie wiem, co dzień pytam siebie samej, czy dobrze postąpiłam. I wiesz, co myślę? Że gdybym mogła cofnąć się o te jedenaście lat, nie zmieniłabym niczego.

 

– Pięknie, kurwa – nie wytrzymał. – Wiesz, ilu ludzi przez ciebie zginęło? Jak długo musieliśmy odbudowywać struktury Służby, bo powrócić do normalności? Ale wiesz, co? Coś dobrego z tego jednak wynikło, bo odrodziliśmy się silniejsi niż kiedykolwiek. I teraz nie musimy obawiać się już takich nieodpowiedzialnych jednostek, jak ty.

 

– Wiem, ilu zginęło. A zastanowiłeś się choć raz, ilu ludzi uratowało życie dzięki rozejmowi? Żołnierzy, cywilów. Po obu stronach. I nie myśl, że to moja zasługa. Ja popchnęłam niechcący mały kamyczek, lawina sama poszła.

 

– Jasne, sama – prychnął z pogardą. – Gdyby nie pożar, wygralibyśmy tę wojnę i teraz nie musiałbym… – przerwał. Nie musiałbym tutaj gnić, chciał powiedzieć, ale w porę się powstrzymał. – Zresztą, to teraz nieważne. Istotne jest to, że zjawiasz się u mnie, po tych wszystkich latach, z kolejną dziewczyną i prosisz… Właśnie, o co ty właściwie prosisz?

 

– Wygralibyśmy wojnę – powtórzyła z nieukrywanym lekceważeniem. – Tego was teraz uczą w Akademii? Nie pamiętasz, jak to było? Klasyczny klincz, krwawe zapasy, które nie przynosiły niczego, poza kolejnymi górami trupów. Wygralibyśmy, proszę cię.

 

– Nie zmieniaj tematu – odparł urażonym głosem. – Czego ode mnie chcesz?

 

Bo najwyraźniej nie upojnej nocy, w jego głowie pojawiła się lodowata myśl.

 

– Czytałam te dzieci. – Znowu odwróciła wzrok, patrząc przez okno. – Wiesz, że to potrafię. Bezboleśnie, w przeciwieństwie do Czytających. Bez krzywdy dla… obiektu. Opowiedziały mi swoje losy a ja im wierzę, bo ich wspomnienia to potwierdzają. Mówią, że są niewierzące, że ich rodziców zabiła inkwizycja. I to jest prawda. W tej historii nie ma niczego, co mogłoby zainteresować stolicę.

 

– To nie jest takie proste, Idris – odpowiedział po chwili. – One muszą być przesłuchane, bo tak przewiduje regulamin służby. Po drugie, choćby dlatego, że należy się dowiedzieć, z jakiego powodu Wyższy Ojciec i jego ludzie zwrócili uwagę tę konkretną rodziną. Może mamusia i tatuś zajmowali się jakimś zabronionymi rzeczami, czarną magią chociażby. Potrzebujemy tych informacji, Idris, wiesz o tym doskonale. Od tego zależy bezpieczeństwo kraju…

 

Prychnęła z pogardą.

 

– Nie wciskaj mi tutaj waszej ideologii, proszę – powiedziała. – Znam ją równie dobrze, co ty. Jak trójka przestraszonych dzieciaków może mieć wpływ na bezpieczeństwo waszego kraju?

 

– To również twój kraj, kobieto – syknął. – Zważaj na słowa, bo nawet ja nie będę mógł cię ochronić, jak dalej będziesz wygłaszała takie opinie. – Opanował gniew. – Nie chodzi mi o smarkule. Jednak ich wspomnienia mogą nam pomóc.

 

– Nie ma tam nic. Tylko strach, smutek i przerażenie.

 

– I mam niby uwierzyć twemu słowu?

 

– O to proszę. Zapomnij o regulaminach, nie osiągniesz nic, a dzieci… one w najlepszym wypadku nie przeżyją śledztwa. Nie musisz ślepo wykonywać wszystkich rozkazów.

 

Wykrzywił usta w grymasie pogardy.

 

– Mylisz się – rzucił. – Muszę. Regulamin jest po to, żeby go przestrzegać. Bez względu…

 

– Na konsekwencje? – przerwała zgorzkniałym głosem.

 

– Nie. Na okoliczności – odpowiedział. – Nie mam innego wyjścia.

 

Milczała przez chwilę, po czym spojrzała Werszynowi prosto w oczy. Jej źrenice cięły niczym ostre sztylety.

 

– Mylisz się – powiedziała spokojnym, opanowanym tonem. – Zawsze jest jakieś wyjście. Zawsze.

 

Raptownie wstała i odwróciła w stronę drzwi. Adam też poderwał się na nogi, z trudem powstrzymując chęć złapania jej za ramię.

 

– Poczekaj… – zaczął. – A co z obiadem?

 

– Straciłam apetyt – odparła, nie odwracając głowy. Ale zatrzymała się w pół kroku.

 

– Idris – podjął – czy ty wiesz, jak ciężko mi było po twojej… kiedy wyjechałaś? Czy kiedykolwiek zastanawiałaś się, co do ciebie wtedy czułem?

 

I chyba nadal czuję, pomyślał.

 

– Nie wiedziałem, co się z tobą stało – kontynuował. – Czy przeżyłaś pożar, czy nie. A kiedy Łowcy podjęli twój trop…

 

– Tak, wiem – przerwała. – Pierwszy zgłosiłeś się do pościgu.

 

– Tak – potwierdził, po czym szybko pokręcił głową. – Nie! To nie dlatego…

 

– Zawsze byłeś ambitny. – Jej słowa cięły jak noże. – A to była doskonała okazja, żeby się wykazać, prawda?

 

– Idris – jęknął, opadając na krzesło. Obdarła go z wszelkiej godności. Nie miał już sił się bronić. Pokonała Adama Werszyna, Starszego pośród Silnych. Ogarnął go strach. Przed nią, przed słynną Idris Reiner. – Przypomnij sobie tego samotnego, średnio lotnego chłopaka, jakim byłem – mówił cicho, zrezygnowanym głosem. – Ja… ja ciebie kochałem, na swój szczeniacki sposób. Nagle świat, jaki znałem, eksplodował – dosłownie, o ile pamiętasz. A kiedy dowiedziałem się, że za wszystko odpowiedzialna jesteś ty, właśnie ty… poczułem, jakbym to ja sam został rozerwany na milion kawałków. Więc zgłosiłem się do pościgu, zgadza się. Ale nie po to, żeby cię schwytać. Myślałem, że jeśli znajdziesz się w niebezpieczeństwie, dam radę cię ochronić. Wyobrażasz sobie, jaki byłem głupi? Ja, szesnastoletni adept, dołączyłem do pogoni, by w razie potrzeby rzucić się na pozostałą siódemkę w twojej obronie. A to nie byli byle chłopcy, ale wprawni Łowcy. Wilk Wetinse…

 

– Siwy Morhen, Mały Lappe, Stefan Rogg i Rudy Steinn. Z tych bardziej znanych – przerwała mu Idris. – Największe zabijaki wysłane w ślad za ciężko poparzoną, przerażoną, dziewiętnastoletnią dziewczyną. Przetrwałam dzięki magicznym eliksirom, jakie zdążyłam ukraść…

 

Odwróciła się. Drżała na samo wspomnienie bólu, szarpiącego jej młode ciało. Wciąż świeże było przerażenie, jakie czuła patrząc na poparzoną magicznym ogniem skórę. Gdyby nie wykradzione preparaty, stężone i mocne substancje, nie przeżyłaby nawet pierwszej nocy. Ale zapłaciła wysoką cenę za uratowane w ten sposób życie. Ślady płomieni i czarodziejskich lekarstw pozostały na zawsze. Na jej ciele i na tym, co chciałaby nazywać swoją duszą.

 

Opanowała emocje i popatrzyła na Werszyna. Ale opuściła powieki i jej wzrok nie palił już takim jadem, jak wcześniej.

 

– Kiedy zawróciłeś? – spytała.

 

– Nad Czarnym Nurtem – odpowiedział. – Odesłał mnie Wilk, bo nie mogłem się pozbierać po jatce w karczmie.

 

– Zabili wtedy moją ciotkę. Między innymi.

 

– Wiem. Przykro mi. – Nie rozumiał, czemu to powiedział, ale mówił prawdę.

 

– Nieważne, zapłacili za to. Wilk, Rogg, wszyscy. Jeden po drugim.

 

Zadrżał lekko, mając nadzieję, że tego nie spostrzegła. Mylił się.

 

– Nie pytaj o nic więcej – mruknęła. – Nie chcę rozmawiać na temat tamtych dni.

 

Oparła się dłońmi o blat dębowego biurka. Patrzyła mu prosto w oczy.

 

– Uciekałam jak dzikie zwierzę. Od ognia, od dymu, od goniących mnie zbirów. Przeżyłam. Potem poradziłam sobie ze wszystkimi kolejnymi listami gończymi, choć nie było łatwo. Gdzie wtedy byłeś? Skoro, jak twierdzisz, byłeś taki we mnie zakochany?

 

Nie odpowiadał przez chwilę, po czym rzekł:

 

– Byłem tak samo przestraszony jak ty. Starsi brali mnie na przesłuchania, wypytywali o każdy szczegół. Potem powiedzieli, że mogę wybierać: śmierć, albo Służba. Wybrałem życie.

 

– Ja też – odparła. – Była tylko jedna różnica między nami. Ja nie miałam możliwości dokonania takiego wyboru.

 

Opuścił głowę. Nie miał już argumentów.

 

– W imię tamtej miłości – podjęła Idris. – W imię chłopaka z Akademii i najmłodszej Silnej na Służbie. Dla przeszłych dni, których już nie ma. Proszę cię, Adamie, nie przesłuchuj tych dziewczynek. Porozmawiaj z nimi, jeśli chcesz. Potem zawierz memu słowu, kiedy ci mówię: są bez winy. Odeślij je na Górę Soli, niech je przygarną Jasnowidzki. Proszę cię, Adamie.

 

Podniósł głowę i popatrzył w najpiękniejsze oczy, jakie widział w swoim życiu. Podjął decyzję.

 

– Nie mogę tak postąpić, Idris. Jutro wzywam Czytającego – odpowiedział.

 

 

 

IV. Idris

 

Odwróciła się, wściekła, i wyszła z komnaty, w drzwiach rozpychając dwóch żołnierzy, ze zdziwieniem wpatrujących się w milczącego Werszyna. Zaciskając pięści, zeszła po schodach i wybiegła na zewnątrz. Siedziba Służby, jak zawsze, zbudowana była z ciemnego drewna, które miało symbolizować siłę magii. Dwupiętrowy budynek, surowy i mroczny, przywoływał nieprzyjemne wspomnienia, które kobieta z trudem od siebie odpychała. Nie miała teraz czasu na takie rzeczy. Zaklęła ze złością. Pewne rzeczy nigdy się nie zmienią. Raz w Służbie, zawsze w Służbie, jak mawiali w Akademii. Czy ten idiota niczego nie rozumiał? Nie pojmował więcej, niż obejmował regulamin. Najpierw opowiadał niesamowite historie, jak to niby z miłości do niej chciał w pojedynkę pokonać siedmiu spośród najtwardszych Łowców, po czym… po czym zachował się jak prawdziwy Silny.

 

Powoli opadały emocje. Zaczęła racjonalnie analizować sytuację. Wiedziała, że nie zostało dużo czasu, nim Werszyn przemyśli wszystko na nowo. I kto wie, do jakiego wówczas wniosku dojdzie? Czy przypadkiem nie stwierdzi, że pojmanie słynnej Idris Reiner może być dobre dla jego dalszej kariery? Wiedziała, że większość Silnych tak by właśnie założyło. Do tej pory miała nadzieję, że Adam jest inny. Że nie zatracił ludzkich odruchów, pozostał podobny do tamtego chłopaka sprzed lat. Teraz nie była już tego taka pewna.

 

Poza tym nie rozumiała, po co jej opowiedział o swoim zauroczeniu. Co to miało być? Czy na cokolwiek liczył? Głupiec, najwyraźniej nie rozumiał niczego. W dzisiejszej Idris nie było już śladu po tamtej dziewczynie. Naiwnej, pełnej wzniosłych ideałów, nawkładanych do głowy przez magów i wykładowców Akademii.

 

Choć w sumie on chyba też założył podobnie do niej samej – że tak bardzo się nie zmieniła. Mimo złości uśmiechnęła się nieznacznie. Kiedyś, w Zamku, było tak samo – znaleźli się pośród setek mieszkających w twierdzy adeptów i Silnych właśnie dzięki temu, że podobnie patrzyli na świat. Tyle, że ona postrzegała Adama jak przyjaciela, niemal młodszego brata, którego nigdy nie miała. Zrozumiała, że tamten chłopiec myślał o niej inaczej.

 

– Idris!

 

Odwróciła się na pięcie. Stał w drzwiach z surową miną miejskiego Silnego.

 

– Poczekaj – powiedział, podchodząc bliżej. – Nie chcę, żebyśmy rozstawali się po złości. Zrozum, proszę…

 

– To ty zrozum, Adamie – przerwała mu cicho. – Nie jestem tamtą osobą, ale nadal mam talenty, dzięki którym przyjęto mnie do Służby. Ja WIEM to, czego twoi Czytający dowiedzą się poprzez tortury i łamanie osobowości tych dzieci. Powinieneś mi zaufać.

 

– Może i powinienem, ale nie mogę. Jestem tutaj Starszym, dowódcą. Muszę służyć zgodnie z powołaniem.

 

– Och, proszę cię, nie mów mi nic o powołaniu. Które każe maltretować ludzi fizycznie i psychicznie, które…

 

– Daj spokój. – Uniósł rękę. – Nie mów mi o takich rzeczach, nie ty. Nie mów mi, ze nigdy nie myślałaś o tych wszystkich, którzy spłonęli w Zamku. Z TWOJEJ winy.

 

Zabolały ją słowa Werszyna. Bardzo. Nie było dnia, w którym nie pojawiały się przerażające obrazy z przeszłości. Płonący ludzie, zwęglone trupy, przerażenie i strach ocalałych. I gniew, jaki widziała w ich oczach, gdy patrzyli na nią.

 

– Codziennie mnie odwiedzają. Wszyscy. Każdy, którego znałam i wielu innych. Czterystu osiemdziesięciu czterech ludzi – wysyczała. – Czego chcesz? Usłyszeć skruchę, zobaczyć łzy żalu? Wypłakałam się już dawno temu, miałam na to jedenaście lat. Nie ma już we mnie łez. Czego chcesz?

 

Odstąpił krok do tyłu, jakby odepchnięty tonem jej głosu.

 

– Niczego – odrzekł. – Zrozumienia. Nie mogę inaczej. Ty… zawsze chciałem myśleć, że ty wtedy też myślałaś, że nie było innej drogi.

 

– Nie myślałam w ogóle – odpowiedziała po chwili ciszy. – Zobaczyłam coś w wizji, co nakazało mi ocalić życie Liny i przywieźć ją do Zamku. Mimo wyraźnego rozkazu Wszechwiedzącej. Nie wiedziałam, dlaczego tak postąpiłam. Do dziś nie wiem.

 

Znów zamilkła na chwilę. Odgarnęła ciemny lok z twarzy. Wahała się, czy mówić dalej. Czy może się otworzyć przed tym człowiekiem, który przecież reprezentował wszystko, co zdążyła znienawidzić. Całe zło, jakie spotkało ją od tamtego dnia, pochodziło z rąk Silnych. Cztery listy gończe, kilku morderców, nasłanych przez Starszych lub znęconych wysoką nagrodą za jej życie. Śmierć najbliższych. Wszystko zawdzięczała Służbie. W końcu podjęła niełatwą decyzję.

 

– Poczułam wtedy nakaz, silniejszy niż wszystko inne. Nie zastanawiałam się nad tym, co będzie potem – zaczęła. – Nie sądziłam… nie przyszło mi do głowy, że sprawy potoczą się w taki sposób. Któż mógł to przewidzieć?

 

– Wszechwiedząca – odparł. – Dlatego kazała zabić hrabiego i wszystkich w jego otoczeniu.

 

– Tak, wiem. Ale wizja pokazała mi niewinność. Którą potem odnalazłam w Linie, wyczułam dobro tak potężne, że nie mogłam zrobić inaczej. A potem… potem stało się to, co się stało.

 

Wzruszył ramionami.

 

– Nie cofniemy tego, co się wydarzyło – zauważył, co zabrzmiało jak oczywistość. Ale też rozsądne stwierdzenie. – Dlatego zostawmy ten temat. Sprawę dziewcząt też, nie jesteś już za nie odpowiedzialna. Tak naprawdę chciałem zapytać, co zrobisz teraz? Nadal chcesz jechać do Lodowych Iglic?

 

– Czemu pytasz? – mruknęła podejrzliwie. – Zresztą, nieważne. Nie, muszę zmienić plany, bo skoro chcesz postąpić regulaminowo, będziesz musiał podać w raporcie, kto przywiózł dzieci do Zakrętu.

 

– Niekoniecznie… – rozpoczął, ale przerwała mu nieznacznym gestem.

 

– Wiesz, że tak. Ale nie musisz się martwić, chwilowo nie ma na mnie żadnego listu gończego.

 

Uniósł brwi w zdziwieniu.

 

– Tak – kontynuowała. – Stary Robert Haske zniósł wszystkie rozkazy, dotyczące mojej osoby.

 

– Jak to? – Haske był jednym z Siedmiu, najważniejszych i najpotężniejszych magów, rządzących Wolnym Stanem.

 

– Powiedzmy, że oddałam mu drobną przysługę i odwdzięczył mi się właśnie w taki sposób. Ale nie ufam wam ani trochę, bo zawsze znajdzie się jakiś ambitny Silny, który zechce dostać szybki awans moim kosztem.

 

Dostrzegła na jego twarzy zrozumienie. Przynajmniej zmądrzał przez te wszystkie lata, pomyślała.

 

– Dlatego nie powiem ci, dokąd jadę – dodała. – Dla wspólnego dobra.

 

Pokiwał głową.

 

– Kiedy wyjeżdżasz? – spytał.

 

– Jak najszybciej. – Wzruszyła ramionami. – Za pozwoleniem waszmości chciałabym tylko dostać trochę prowiantu i odwiedzić dziewczynki.

 

– Dobrze. – Zdziwiła się, że tak łatwo się zgodził. Uśmiechnęła się w podziękowaniu. – Zobaczymy się jeszcze…?

 

– Lepiej nie, Adamie Werszyn – odparła. – Dla wspólnego dobra.

 

– Rozumiem – rzekł smutnym głosem. Odwrócił się i wszedł do budynku, nie mówiąc nic więcej.

 

***

 

Wiedziała, że rozmowa z Noomi będzie ciężka, ale nie spodziewała się, że tak bardzo. Dziewczyna ucieszyła się na widok wchodzącej, podbiegła i objęła ją mocno. Idris rozejrzała się po izbie, w której umieszczono siostry.

 

– Ładny pokój. – Słowa z trudem przeszły jej przez gardło. – Wygodnie wam?

 

– Tak, bardzo – zaszczebiotała Noomi. – nakarmili nas, dali ciepłą wodę. Widzisz, mówiłam ci, że nic złego nam się nie stanie. Mama miała rację.

 

– Teraz to widzę – zgodziła się Idris. Coś ją bolało w miejscu, w którym kiedyś miała serce. Odetchnęła głęboko. – Cieszę się bardzo. Niedługo będę wyjeżdżała.

 

– Już? Czemu? – dziewczyna wyraźnie się zasmuciła. – Chciałabym, żebyś została jeszcze kilka dni.

 

– Nie mogę. – Słowa zabrzmiały ostrzej, niż zamierzała. Uśmiechnęła się przepraszająco. – Muszę dotrzeć do celu przed końcem podwójnej pełni.

 

– Ale wrócisz tu jeszcze, prawda? – spytała Noomi, odwracając głowę i spoglądając na młodsze rodzeństwo. – Bardzo byśmy się ucieszyły. Prawda, dziewczynki?

 

Siedzące na łóżku dzieci pokiwały jasnymi główkami. Idris znów poczuła znajomy ból w piersi. Przełknęła ślinę.

 

– Nie wiem, kiedy będę tędy przejeżdżała – odpowiedziała. – Nie mogę wam nic obiecać.

 

Noomi ponownie przytuliła się do ciemnowłosej kobiety. Była taka młoda, tak cudownie młoda. Nie dam rady, pomyślała Idris, muszę się stąd wydostać; to ponad moje siły.

 

– Zaczekamy na ciebie – autorytatywnie stwierdziła dziewczyna. – Nigdzie się stąd nie wybieramy.

 

– To dobrze. Wiem, gdzie was szukać.

 

Nie mogła dłużej rozmawiać. Smutek, jaki ją ogarnął, był obezwładniający. Pożegnała się z sierotami po kupcu Stejnie i wybiegła z budynku koszar, w którym zamieszkały. Przystanęła na ulicy, pełnej ludzi i zwierząt, smrodu i hałasu, mrużąc oczy w jasnym blasku słońca i uspokajając rozedrgane emocje. Spostrzegła, że dom obok żołnierskich kwater był niskim, kamiennym więzieniem. Westchnęła bezgłośnie. Czytający nie będą mieli daleko, jak już przyjadą, pomyślała. Drzwi w drzwi.

 

Nasunęła na głowę kaptur kurtki i ruszyła przez miasto. Kiedy ostatnio odwiedziła Zakręt, choć było to dobre kilka lat temu, miasto było o wiele mniejsze, ludzi też sporo przybyło. Cóż, lata pokoju dobrze wpływają na dobrobyt miast, nawet tych położonych tuż przy granicy z Ciemnokrajem. Szybko kroczyła zatłoczonymi ulicami, zręcznie wymijając mieszczan. Dawno temu nauczyła się poruszać wśród ludzi tak, by pozostać niezauważoną. Była pewna, że nikt z mijanych nie zwrócił na nią uwagi, nawet mimo wzbudzającej zainteresowanie urody kobiety. Chwilę później dotarła do bram miasta. Z wzniesionej obok murów stajni odebrała swoją klacz, nakarmioną i wypoczętą, z torbami jedzenia przytroczonymi do siodła. Wskoczyła zręcznie na grzbiet zwierzęcia i skinąwszy nieznacznie strażnikom miejskim, wyjechała na szeroki, krótki most, łomocząc kopytami o deski. Trakt, w blasku dnia szeroki i przyjazny, wiódł kilka pól na południe, by rozwidlać się tuż przy rzece granicznej. Jedna wstążka drogi wiodła dalej ku ciemniejącemu na horyzoncie lasowi, podczas gdy druga odbiegała w lewo, by potem skręcić ku północy. Idris nie wiedziała jeszcze, który ze szlaków wybierze. Postanowiła zdecydować na rozstajach. Jechała powoli, nie popędzając konia, i rozglądała się po okolicy, wypełnionej szachownicą obsianej ziemi. Myślała cały czas o Noomi i jej siostrach, o Adamie. I o Czytających, którzy niedługo przyjadą ze swoimi księgami, miksturami i nie wiadomo, czym jeszcze.

 

Słońce powoli chyliło się ku ziemi, kończąc gorący dzień, gdy dotarła do rozwidlenia dróg. Zatrzymała konia i powiodła wzrokiem po obydwu piaszczystych odnogach szlaku. Po chwili obejrzała się przez ramię, spoglądając na pozostawione w tyle miasto. Niewysokie, choć mocne mury otaczały Zakręt, oblewane od zachodniej strony wodami meandrującej rzeki. Nawet z tego miejsca widać było dachy najwyższych domostw, unoszący się z kominów dym. Idris zastygła w bezruchu, zmrużyła tylko bladoniebieskie oczy, chroniąc je przez promieniami nisko zawieszonego słońca. Raptem szarpnęła za wodze, zmuszając klacz do niezgrabnego zawrócenia.

 

– Żesz w kurwę – warknęła, ciężko, po męsku spluwając w piach.

 

Ubodła konia piętami i ruszyła w stronę miasta.

 

 

Koniec

Komentarze

      Czyli po prostu "Idris"… Mocno pretensjonalny tytuł.  

Najwyraźniej jestem mocno pretensjonalnym człowiekiem. A tak naprawdę, miał to być podtytuł, ale tutaj takiej opcji nie ma. A coś więcej na temat tekstu?

Niniejszym zakładam protest przeciw temu, co niesie w sobie słowo "ostatnia". Jak już się trafi taki, który znaną historię opowie tak, że czyta się jak coś nowego, to Mu się nie chce rozwinąć, pociągnąć…  

Jnna sprawa, że mógłby Kolega troche bardziej uważać na to, co i jak pisze. Idris wyjechała na most i załomotała o deski kopytami?

Tekst mocno rozwleczony. Właściwie to niewiele się dzieje, tylko jakieś aluzje i tyle. Zakończenie mnie rozczarowało, bo właściwie nic się nie wydarzyło. Po prostu zostawiła dzieciaki, których los od samego początku był wiadomy i pojechała. Chyba, że coś mi umknęło. Gdyby tak skrócić o 2/3 i wrzucić kilka dynamicznych scen oraz zmienić zakończenie to pewnie byłoby lepiej. No chyba, że chodzi o pokazanie nieuchronności losu.

Adamie – na początku miało być dużo więcej historii w tym świecie. Ale potem mi przeszło, bo nie za bardzo sobie radzę z fantasy. Miło mi się wymyślało ten świat, tę postać i jej historię. I cieszę się, że się podobało. ~~ A jak się wjeżdża na most, to kopyta nie mogą załomotać o deski tegoż? ;-) ~~ Homarze – no, jeśli myślisz, że jej zostawiła, to albo mi nie wyszło, albo Ty nie doczytałeś. A że rozwlekłe? Że mało się dzieje? Bo tak miało być, z założenia więcej działo się poza kadrem, niż na ekranie. Pozdrawiam i dziękuję za komenty, toms007

Tomsie, czytaj uważniej… Napisałem, co napisałem, ponieważ podmiotem jest Idris, która wskoczyła na konia, wjechała na most i załomotała kopytami o deski mostu. Cały czas Idris… Wskoczyła zręcznie na grzbiet zwierzęcia i skinąwszy nieznacznie strażnikom miejskim, wyjechała na szeroki, krótki most, łomocząc kopytami o deski.  Zgadza się, że Idris? No to jeszcze zapytam, pomocniczo, kto miał kopyta: koń czy Idris… Uważam, że nie powinno Tobie "przechodzić". Co to znaczy, że nie bardzo sobie radzisz? Popracujesz, pogłówkujesz i poradzisz sobie.

Historia Idris ma potencjał. Chciałbym poczytać więcej.

Infundybuła chronosynklastyczna

Adamie, masz niewątpliwą rację. Nie doczytałem, i to koń załomotał. Zaraz poprawię w oryginale. Chyba, że Idris była krewniaczką Lou Cyphera ;-) Stefanie, dziękuję za przeczytanie i komentarz. Nie planuję nic więcej, choć "nigdy nie mów nigdy"…

Bardzo porządne opowiadanie. I bardzo mi się podobało. Uważam że w obecnej postaci tekst stanowi zamkniętą, całkiem interesującą całość. Jednakowoż otwarte zakończenie nie wyklucza, że w przyszłości Autor zechce uraczyć nas równie zajmującym, mam nadzieję, ciągiem dalszym, lub nowym opowiadaniem nawiązującym do tego, które właśnie przeczytałam. Bohaterowie są gotowi, myślę że mogliby włączyć się do akcji w każdej chwili.

 

„Koła z mlaśnięciem zagłębiły się w głębokim błocie i wóz stanął”. –– Koła z mlaśnięciem zapadły się w głębokim błocie i wóz stanął.

 

„Drzewa, nieruchome i groźne, zdawały się obojętnie przyglądać znieruchomiałemu pojazdowi”. –– Drzewa, zastygłe/zamarłe i groźne, zdawały się obojętnie przyglądać znieruchomiałemu pojazdowi.

 

„…lecz młoda kobieta nie raz słyszała opowieści…” –– …lecz młoda kobieta nieraz słyszała opowieści

 

„…daleko wgłąb Niewiernego Terytorium”. –– …daleko w głąb Niewiernego Terytorium.

 

„Pamiętaj, nie możesz używać słów, jakie słyszysz na ulicy czy w świątyni…” –– Pamiętaj, nie możesz używać słów, które słyszysz na ulicy czy w świątyni

 

„Ciemnowłosa schowała niewielką szczotkę i spojrzała na siedzących na wozie”. –– Ciemnowłosa schowała niewielką szczotkę i spojrzała na siedzące na wozie. Na wozie są same dziewczyny.

 

„…więc powiedz mi chociaż, gdzie zmierzacie i do kogo”. –– …więc powiedz mi chociaż, dokąd zmierzacie i do kogo.

 

„Zerknęła na przytulone dzieci znacząco”. –– Wolałabym: Zerknęła znacząco na przytulone dzieci.

 

„Nie mamy tutaj rodziny, jedyne co mama mi przekazała…” –– Nie mamy tutaj rodziny, jedyne co matka mi przekazała

 

„Po drugie, fakt, że jesteście niewierni…” –– Po drugie, fakt, że jesteście niewierne… Mowa o dziewczynach.

 

„Może któraś z was ma talent, może przyjmą kogoś do szkoły”. –– Może któraś z was ma talent, może przyjmą do szkoły.

 

„Dlatego teraz dziewczyna zdecydowanie pokręciła głową. – Nie – powtórzyła zdecydowanie”. –– Dlatego teraz dziewczyna zdecydowanie pokręciła głową. – Nie – powtórzyła stanowczo.

 

„Ja i tak nie mogłabym wam pomóc w podróży na wschód – mruknęła cicho, tak że ledwie można było ją usłyszeć. – Nie jestem dobrym towarzyszem w tego typu podróży”. –– Ja i tak nie mogłabym wam pomóc w dotarciu na wschód – mruknęła cicho…

 

„I tak zmarnowaliśmy za dużo czasu, pomyślała…” –– I tak zmarnowałyśmy za dużo czasu, pomyślała… Nadal są tylko dziewczyny.

 

„…dziwne zachowanie dziecka spowodowane było widokiem bezgłowego ciała swojego chlebodawcy”. –– …dziwne zachowanie dziecka spowodowane było widokiem bezgłowego ciała jego chlebodawcy.

 

„Idris poczuła lodowaty uścisk lęku na gardle”. –– Wolałabym: Idris poczuła na gardle lodowaty uścisk lęku.

 

„Nie lubił czekać, postanowił więc zając się sprawami służbowymi od razu…” –– Literówka.

 

„Wszyscy, którzy odwiedzili go tego ranka, wychodzili z kwatery Silnego z tym samym wyrazem twarzy”. –– Wolałabym: Wszyscy, którzy odwiedzili go tego ranka, wychodzili z kwatery Silnego z tym samym wyrazem zdumienia na twarzy.

 

„…przez ścianę, za którą zamknęła część swoich uczuć. Czuł, że młoda kobieta…” –– …przez ścianę, za którą zamknęła część swoich uczuć. Odgadywał/przypuszczał, że młoda kobieta

 

„…z rękoma zaplecionymi na piersiach. Które były nadal pełne i kształtne, jak zauważył, zerkając w nieskromny dekolt jej bluzki”. –– A gdyby: …z rękoma zaplecionymi na piersiach, które, jak zauważył nieskromnie zerkając w dekolt bluzki, były nadal pełne i kształtne.

 

„Bo Służba wymagała poświęceń, które wymagały całkowitego zaangażowania”. –– Bo Służba wymagała poświęceń, które narzucały całkowite zaangażowanie. Adam, spokojnie – szepnęła”. –– Adamie, spokojnie – szepnęła.

 

„…z jakiego powodu Wyższy Ojciec i jego ludzie zwrócili uwagę tę konkretną rodziną”. –– Czy to zdanie nie powinno brzmieć: …z jakiego powodu Wyższy Ojciec i jego ludzie zwrócili uwagę na tę konkretną rodzinę.

 

„…bo nawet ja nie będę mógł cię ochronić, jak dalej będziesz wygłaszała takie opinie”. –– bo nawet ja nie będę mógł cię ochronić, jeśli dalej/nadal będziesz wygłaszała takie opinie.

 

„Tylko strach, smutek i przerażenie”. –– Strachprzerażenie są synonimami. Może: Tylko strach, smutek i niepewność jutra. „Adam też poderwał się na nogi…” –– Może: Adam też się poderwał… Trudno byłoby poderwać się inaczej niż na nogi. ;-)  

 

„Przetrwałam dzięki magicznym eliksirom, jakie zdążyłam ukraść…” –– Przetrwałam dzięki magicznym eliksirom, które zdążyłam ukraść

 

„Wciąż świeże było przerażenie, jakie czuła…” –– Wciąż świeże było przerażenie, które czuła

 

„Nie chcę, żebyśmy rozstawali się po złości”. –– Nie chcę, żebyśmy rozstawali się w złości/gniewie.

 

„Nie mów mi, ze nigdy nie myślałaś…” –– Literówka.

 

„Wiedziała, że rozmowa z Noomi będzie ciężka…” –– Wiedziała, że rozmowa z Noomi będzie trudna… Ciężkie jest coś, co dużo waży. „…choć było to dobre kilka lat temu… –– choć było to dobrych kilka lat temu

 

Żesz w kurwę – warknęła, ciężko, po męsku spluwając w piach”. –– Żeż w kurwę – warknęła mocno, po męsku spluwając w piach. Pozdrawiam.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@up – dziękuję za tak miłe słowa i uważną korektę. Niby kilka osób (dość upierdliwych i znających się na rzeczy) czytało ten tekst i zgłosiło swoją ilość uwag (było tego coś koło gadzyliona), to nie wszystko się wyłapało. Na spokojnie przejrzę Twoje propozycje wieczorkiem i wprowadzę odpowiednie poprawki. Raz jeszcze – dzięki.

Cieszę się, jeśli pomogłam. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka