- Opowiadanie: michalus - Jurysta

Jurysta

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Jurysta

 

 

– … i wódź go na po­ku­sze­nie, a naj­le­piej rzuć też ko­klusz na su­kin­sy­na! – koń­czył po­ran­ną mo­dli­twę Aloj­zy. Jako ro­do­wi­ty war­sza­wiak, nie mógł zdzier­żyć, że tuż za ścia­ną urzę­do­wał ty­po­wy słoik, a co gor­sza z Kra­ko­wa. Nie dość, że ów bez­czel­nie na ko­ry­ta­rzu mówił dzień dobry, to jesz­cze śmiał ten zwrot łą­czyć z uśmie­chem. I na do­da­tek co chwi­la coś chce. A to sól po­ży­czyć, a to wpada spy­tać, czy mecz się jakiś po­do­bał. Albo inne głu­pie py­ta­nia. Jakby kto miał czas od­po­wia­dać na takie bzdu­ry. Co on nie wie, że ko­le­gów dzi­siaj trzy­ma się na dy­stans, naj­le­piej na fej­sie?! Co za iry­tu­ją­cy typ?! A było tak cu­dow­nie. Przez dwa mie­sią­ce miesz­ka­nie vis-à-vis stało przy­jem­nie puste. Cisza, spo­kój, pełen re­laks. Coś z tym trze­ba było zro­bić. Cena za taką drob­ną mo­dli­twę nie bę­dzie duża. A jaka sa­tys­fak­cja! Ot le­d­wie jakiś lekki grzech trze­ba bę­dzie po­peł­nić.

 

Pip­cze­nie eks­pre­su za­sy­gna­li­zo­wa­ło finał mo­dli­twy.

 

War­sza­wa. Mia­sto dzi­wek, eko­no­mi­stów i praw­ni­ków. Wdy­cham co dzień pot mia­sta, na mym pół­to­ra­me­tro­wym bal­ko­nie w apar­ta­men­cie w super hiper wie­żow­cu. Każ­de­go ranka de­lek­tu­ję się tym samym ry­tu­ałem. Cap­puc­ci­no po­sy­pa­ne kar­me­lo­wym prosz­kiem, przy akom­pa­nia­men­cie je­dy­ne­go w ciągu dnia pa­pie­ro­sa. Smak ty­to­niu błogo współ­gra z aro­ma­tem kawy, oczy­wi­ście tej po dwie­ście zło­tych za sto gra­mów. Na taką stać tylko dobrą dziw­kę lub praw­ni­ka. No, nie­zu­peł­nie. Eko­no­mi­stów też stać, tyle że oni za­zwy­czaj le­piej lo­ku­ją pie­nią­dze.

 

Kie­dyś było ina­czej. Czas stą­pał. Dzi­siaj bie­gnie. Za­pier­da­la, jeśli na­zwać rzecz po imie­niu. To nas jed­nak łączy. Czas. Łączy dziw­ki i praw­ni­ków. Roz­li­cza­my się bo­wiem za go­dzi­ny. Różni nas je­dy­nie to, że zawód dziw­ki, to chyba uczciw­sza ro­bo­ta. Co wię­cej, dobra dziw­ka sprze­da­je się raz. Praw­nik musi na­to­miast kur­wić się co chwi­lę z innym klien­tem.

 

Ja jed­nak je­stem wy­jąt­ko­wy. By móc pić tę kawę na czter­dzie­stym pię­trze szkla­nej wieży, sprze­da­łem bo­wiem duszę dia­błu. Ale nie tak jak w le­gen­dach. Nie było cy­ro­gra­fów pi­sa­nych wła­sną krwią. Przed tak bar­ba­rzyń­skim, nie­mal ma­so­chi­stycz­nym aktem za­pew­ne miał­bym opory. By ry­tu­ał się po­wiódł, na szczę­ście wy­star­cza­ła krew osób trze­cich. Wtedy nie mia­łem z tym żad­ne­go pro­ble­mu. Ale dzię­ki temu, moje mo­dli­twy za­wsze się spraw­dza­ją. I jeśli mam być szcze­ry, to trans­ak­cję tę za­li­czam do uda­nych. A przy­naj­mniej kie­dyś tak uwa­ża­łem, bez jed­nej chwi­li na­my­słu.

 

***

 

Wia­trak na sali roz­praw do­go­ry­wał ostat­nim tchnie­niem. Ilość brudu i róż­no­ko­lo­ro­wy koł­tun otu­la­ją­cy tur­bi­nę, świad­czy­ły o wy­jąt­ko­wym le­ni­stwie kon­ser­wa­to­ra, o ile sza­cow­ny sąd okrę­go­wy w ogóle ta­ko­we­go miał na li­ście płac. Teatr na sali, z po­wo­du tem­pe­ra­tu­ry przy­po­mi­nał ską­pa­ną w pocie tor­tu­rę. Zwłasz­cza, że głów­ne po­sta­cie, w tym ta pierw­szo­pla­no­wa, (zna­czy ja), odzia­ne były w urzę­do­we togi. Ak­to­rzy na tej sce­nie mają ści­śle okre­ślo­ne role. Pan lub pani w czer­wo­nej ko­lo­rat­ce krzy­czy. Na tego je­go­mo­ścia w po­ma­rań­czo­wym, oto­czo­ne­go przez osob­ni­ków w nie­bie­skich mun­du­rach. My zie­lo­ni rwie­my szaty, a nie raz i włosy z głowy, bu­rząc się na bez­pra­wie pań lub panów z czer­wo­ne­go i nie­bie­skie­go ze­spo­łu. A ci w fio­le­to­wym sie­dzą, pa­trzą, myślą i słu­cha­ją. Na ko­niec mówią parę słów, z któ­rych cie­szą się jedni lub dru­dzy. To zna­czy za­zwy­czaj tak to dzia­ła. Cza­sa­mi bo­wiem mam wra­że­nie, że z róż­nych przy­czyn robi się z tego ko­lo­ry­stycz­ne po­plą­ta­nie z po­mie­sza­niem i co po­nie­któ­rzy wcho­dzą w kom­pe­ten­cje in­ne­go ko­lo­ru. A znowu nie­kie­dy, za­miast my­śleć, choć to obo­wią­zek łą­czą­cy wszyst­kie ko­lo­ry, część z nich tylko pa­trzy i dłu­bie w nosie. I nie mam na myśli wy­łącz­nie tych w nie­bie­skim.

 

– … sąd re­jo­no­wy po­sta­na­wia: na­ło­żyć grzyw­nę na świad­ka Mar­ci­na Bla­la­la­la za nie­uspra­wie­dli­wio­ne nie­sta­wien­nic­two, w kwo­cie sze­ściu­set zło­tych. W dru­gim punk­cie sąd po­sta­na­wia roz­pra­wę od­ro­czyć z ter­mi­nem na pi­śmie.

 

Uff. Ko­niec mę­czar­ni. Dzi­siaj zie­lo­ni i po­ma­rań­czo­wi trium­fu­ją. Czer­wo­ni, nie­bie­scy i fio­le­to­wi nie wie­dzą jesz­cze, że pan Mar­cin wącha już kwiat­ki od spodu. Mó­wiąc oczy­wi­ście w prze­no­śni, bo trud­no by co­kol­wiek rosło na za­ko­lu Wisły i to na samym środ­ku rzeki. Jak go wy­ło­wią, pan w czer­wo­nym po­krzy­czy, po­krzy­czy, jesz­cze gło­śniej po­krzy­czy, a potem z braku do­wo­dów spra­wę umo­rzy. Ko­lej­ny wiel­ki suk­ces mojej kan­ce­la­rii.

 

Wbrew po­zo­rom nie je­stem zły. To nie ja mo­dli­łem się o to, by pan Mar­cin zmarł. Był on mi zu­peł­nie obo­jęt­ny. A nawet czu­łem sym­pa­tię do niego, za to, że miał od­wa­gę ob­cią­żyć Jana K. Taki dzi­siej­szy Wer­ter, mi­mo­wol­nie, dum­nie lecz sa­mo­bój­czo dą­żą­cy ni­czym ćma w stro­nę ognia. Mu­siał spło­nąć. Nie ma ognio­od­por­nych ciem. A więk­szość moich klien­tów to żywe słupy ognia. Wul­ka­ny rzy­ga­ją­ce lawą, pa­lą­cą wszyst­ko i wszyst­kich do­oko­ła. Chcąc nie chcąc, post fac­tum do­wie­dzia­łem się, że ko­le­dzy mo­je­go klien­ta zło­ży­li panu Mar­ci­no­wi wi­zy­tę. Nie mój to in­te­res, mojej duszy zbrod­nia ta nie plami. Zwłasz­cza, że po­zby­łem się jej dawno temu. Nadto nie prze­zna­czam już swo­ich mo­dlitw i in­nych mych darów na takie bzdu­ry. Nie wiem bo­wiem, ile cier­pli­wo­ści zo­sta­ło mo­je­mu mrocz­ne­mu dar­czyń­cy, zanim upo­mni się on o moje życie. Owo bło­go­sła­wień­stwo ma nie­ste­ty ogra­ni­cze­nia i słabe punk­ty. Wiąże mnie je­dy­na spra­wie­dli­wa za­sa­da, quid pro quo. W skraj­nych przy­pad­kach, zbyt in­ten­syw­ne uży­cie mocy po­wo­du­je, że przez krót­ki okres tracę nad sobą kon­tro­lę, prze­ista­cza­jąc się w coś in­ne­go. Cza­sem mam wra­że­nie, jak­bym latał ni­czym nie­to­perz, do­strze­ga­jąc je­dy­nie aku­stycz­ne kra­wę­dzie mego uko­cha­ne­go mia­sta. Raz obu­dzi­łem się w nie­zna­nym mi miej­scu, odzia­ny we flaki le­żą­cej przede mną ko­bie­ty. Sko­ja­rze­nia z ja­kimś pe­dal­skim wam­pi­ry­zmem są jed­nak chy­bio­ne. Po pro­stu ilość dobra, które wy­rzą­dzam sobie moimi mo­dli­twa­mi, wy­ma­ga ekwi­wa­lent­no­ści po stro­nie zła, które muszę wy­rzą­dzić innym. Mam na to ty­dzień od każ­de­go ży­cze­nia, bo ina­czej wstą­pi we mnie sza­tan. Zawód praw­ni­ka jest w tym kon­tek­ście ide­al­ny, bo­wiem za­zwy­czaj udaje mi się za­cho­wać ową rów­no­wa­gę, po pro­stu ro­biąc swoją ro­bo­tę, bez ko­niecz­no­ści szcze­gól­ne­go wy­si­la­nia się. A to małe na­gię­cie prze­pi­su, od­wró­ce­nie kota ogo­nem, in­ty­mi­da­cja świad­ka, kłam­stew­ko, wy­ko­rzy­sta­nie głu­po­ty, i zaraz spraw­ca staje się ofia­rą, a ta ostat­nia ban­dy­tą. Rów­no­wa­ga zo­sta­je wów­czas za­cho­wa­na. Wy­da­wa­ło­by się, że to jest takie mniej­sze zło. Moi ko­le­dzy myślą, że wkła­da­jąc togę wdzie­wa­ją im­mu­ni­tet i roz­grze­sze­nie przed czy­nie­niem zła. Śmiech na sali. Pięk­ne są słowa, o do­mnie­ma­niu nie­win­no­ści, i że równi są wszy­scy wobec prawa. I że każdy na obro­nę za­słu­gu­je. Albo że le­piej jest win­ne­go wy­pu­ścić z wię­zie­nia niż nie­win­ne­go do niego wsa­dzić. I że jak nie­omyl­ny sąd winy nie znaj­dzie, to zna­czy że jej nie było. Ja tam wiem le­piej. Za każ­dym razem jak win­ne­go uchro­nię przed pier­dlem, mogę się mo­dlić o ko­klusz dla ko­lej­ne­go su­kin­sy­na z Kra­ko­wa. Ja tam wiem le­piej.

 

 

 

----------

 

taki frag­ment cze­goś co kie­dyś pi­sa­łem, wy­jąt­ko­wo za­dba­łem o prze­cin­ki, choć pew­nie i tak coś znaj­dzie­cie ;) pzdr. m.

 

 

 

EDIT --> uwzględ­ni­łem po­praw­ki Re­gu­la­to­rzy, thx ;)

 

Koniec

Komentarze

Ale można Ci będzie coś o tekście powiedzieć bez usłyszenia, że od poprawiania błędów to Ty masz korektora, od niespójności fabularnych scenarzystę, a od kontaktów z czytelnikami sekretarkę?

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

no nie mogę tego zagwarantować ;)

No to napiszę tylko, że dla mnie opowiadanie jest bzdurne, ale niestety nieśmieszne. Oraz: "urzędowa toga" – a jest nieurzędowa? Wystarczy toga. Okres czasu, miesiąc czasu – pleonazmy.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

A, byłbym zapomniał. A co to znaczy "brać na pokuszenie"? To tak specjalnie?

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Mnie się językowo tekst podoba, napisany z pazurem,kreacja narratora (od strony językowej) przekonująca. Ale, cholera, treść… Już na wstępie serwujesz maksymalnie wyświechtany obrazek: adwokat – dziwka. I już do końca idziesz tym tropem – znaczy się jechania po stereotypach. I mówię to jako osoba, która na serio ma mocne podstawy do tego, by adwokatów i sądów nie lubić. Ja tu, przynajmniej w tym fragmencie, nie widzę żadnego pomysłu na opowiadanie, tylko zbitek zapożyczeń. I ostatnia sprawa – czy taki wyrwany z kontekstu fragment, który do niczego nie prowadzi i nie funkcjonuje jako osobna całość, może być atrakcyjny dla czytelnika? Chyba nie.

oj ktoś tu modlitwy ojcze nasz nie zna ;) dzięki za opinię; opowiadanie w założeniu nie ma być śmieszne; zapewne nie widzisz potrzeby wytłumaczenia, dlaczego uważasz, że opowiadanie jest bzdurne? pzdr. m.

Dałeś mi w przeszłości wystarczające powody do tego, żeby nie marnować czasu na analizę Twojego tekstu :)   Ojcze nasz:

"i…) i nie wódź nas na pokuszenie (…)"

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

teatrzykokrucienstwa --> to co wkleiłem, to mniej więcej 0,01% całości ;) 100% nikt na tej stronie nie przeczyta, poza tym ja 100% nie wkleję :D … fakt, przyznaję, ów fragment jest przerysowany.. Osobiście uwielbiam skrajności i kontrast, stąd może trochę przesadziłem. Fragment ten zdradza jednak ogólną koncepcję --> historia człowieka, który w dowolny sposób może zrobić sobie dobrze, pod warunkiem że przełknie gorycz konsekwencji w postaci ekwiwalentnego zła ;) jakoś tak mi do tej koncepcji spasował prawnik, osobiście nic do nich nie mam :D beryl --> bądźmy profesjonalistami, każda powieść = czysta karta? :D pzdr. m.

Jeśli pozostałe 99% tekstu jest napisane tak jak zaprezentowany 1%, to rozumiem pewność Autora, że nie znajdzie on czytelników. 

 

Jako rodowity Warszawiak –  Jako rodowity warszawiak

 

…a to wpada się spytać, czy mecz się jakiś podobał… – …a to wpada spytać, czy mecz się jakiś podobał

 

…na mym półtora metrowym balkonie… – …na mym półtorametrowym balkonie

 

Cappuccino posypane karmelowym proszkiem, w akompaniamencie jedynego w ciągu dnia papierosa. – Czy papieros wydawał jakieś dźwięki?;-)

Akompaniament, to dźwięki towarzyszące czemuś. Coś może się odbywać z akompaniamentem, przy akompaniamencie, ale nie w akompaniamencie.

 

…oczywiście tej za dwieście złotych za sto gram. – …oczywiście tej po dwieście złotych za sto gramów.

 

No nie zupełnie.No, niezupełnie.

 

Rozliczamy się bowiem na godziny. – Raczej: Rozliczamy się bowiem za godziny. (Przepracowane).

 

By móc pić tą kawę na czterdziestym piętrze szklanej wieży… By móc pić kawę na czterdziestym piętrze szklanej wieży

 

…to transakcję zaliczam do udanych. – …to transakcję zaliczam do udanych.

 

My zieloni rwiemy szaty i włosy z głowy… – I szaty, i włosy, wszystko rwane z jednej głowy? ;-) 

 

Mam na to tydzień czasu od każdego życzenia… – Tydzień to czas. Tydzień czasu jest masłem maślanym.

 

Moi koledzy myślą, że ubierając togę wdziewają immunitet… – W co koledzy ubierają togę? Stroju się nie ubiera! Strój się wkłada! W strój można się ubrać!

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ok, widzę że nie jestem jedynym nocnym markiem ;) Regulatorzy --> dzięki za wytyk błędów, poprawię jutro przy bardziej trzeźwej porze, dzięki także za kąśliwą acz zgrabną uwagę, takie lubimy najbardziej. :D pzdr. m.

Fragment interesujący. Ciekawe jak to dalej wygląda…

Zaufaj Allahowi, ale przywiąż swojego wielbłąda.

Przeczytałem – ale muszę przyznać, że tematyka mnie nie porwała. Nie lubię historii o japiszonach z wafki ; )

I po co to było?

syf --> :) dobre ;) ale toż to jest wdzięczny temat. Fasoletti --> dzięki za komentarz, pzdr. m

Niezłe, interesujące. Chętnie przeczytałbym więcej, bo ten fragmencik jest jednak niewystarczający na miarodajną ocenę.   Pozdrawiam

Mastiff

Bohdan --> dzięki; Za tydzień może wkleję dłuższy fragment. Muszę go tylko lekko odświeżyć, odpicować i sprawdzić przecinki ;) pzdr. m.

Podobało mi się. Czy u nas więźniowie mają pomarańczowe ubranka? Bo ja raczej kojarzę takie brązowo-niebieskie, brzydkie jak sumienie Twojego protagonisty.

Babska logika rządzi!

Finkla --> dzięki za komentarz. No właśnie nie wiem jak to jest z tymi bandziorami, wdziałem ich w pomarańcz, bo to tak chyba jest w zgodzie z filmowym wyobrażeniem więźnia.

A bo te filmowe wyobrażenie to przeważnie po drugiej stronie Atlantyku powstają…

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka