- Opowiadanie: vonzachinsky - Figurka ze steatytu

Figurka ze steatytu

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Figurka ze steatytu

 

Mój wuj, c-k urzędnik, był człowiekiem bardzo punktualnym, skromnym i sumiennym. Cierpiał jednak na pewne dziwactwa, które nasilały się z wiekiem, aż wreszcie całkiem stracił rozum i ostatnich kilka lat życia spędził w łóżku, gorączkując i cały czas opowiadając niestworzone historie. Poważny człowiek umarł z grymasem idioty na twarzy rozciągniętej i pożółkłej od febry. Możliwe, że odziedziczyłem po nim coś z jego drugiej natury – nigdy nie potrafiłem utrzymać porządku, już jako dziecko zdradzałem pociąg do spraw tajemniczych, okultyzmu. Ceremonie kościelne zdawały mi się gusłami odprawianymi przez ludzi nierozumiejących prawdziwej natury świata, religia była dla mnie płytką zabawą, igrzyskami urządzanymi, żeby zająć świadomość mas. Niestety, do osiągnięcia dorosłości musiałem ukrywać swój punkt widzenia, a i później nie był on zbyt dobrze widziany przez większość ludzi, z którymi przyszło mi się zetknąć.

Któregoś dnia tknięty przedziwnym impulsem – może było to jasne światło Wenus zachodzącej właśnie w ślad za słońcem – postanowiłem wstąpić do opuszczonego mieszkania zmarłego wuja i raz jeszcze przyjrzeć się jego gabinetowi osobliwości. Większość członków rodziny bała się tam wchodzić, sądzili prawdopodobnie, że jeśli będą tam zbyt często przebywać, podzielą los wuja – aż w końcu przestali w ogóle wchodzić do jego mieszkania, jakby było przesiąknięte jakąś odpychającą aurą. Szedłem więc sam, pogrążony w myślach krążących po orbitach bardzo odległych od Słońca, w świetle lamp gazowych obmywającym chodniki jasną, żółtawą strugą. Wyjąłem z kieszeni pęk starych kluczy, z którymi nie rozstawałem się nigdy – pewnie z sentymentu, chociaż kto wie jakie wyroki skrywają gwiazdy, i z jakiej przyczyny zawsze miałem klucze przy sobie. Nie mogę znaleźć żadnego racjonalnego wyjaśnienia, zwłaszcza że były ciężkie i niewygodne.

Przekręciłem w zamku klucz do bramy. Wszedłem na zatęchłą klatkę schodową o wytartych stopniach i ze spróchniałymi poręczami. Nie spodziewałem się zastać tego miejsca w takim rozkładzie – na mój widok umykały szczury piwniczne, a framugę okna zdobiła gęsta pajęczyna. W jej środku zagnieździł się pająk-gigant czekający na olbrzymie ofiary. Okrucieństwo przyrody może prześcignąć – tylko człowiek…

Wszedłem do mieszkania, spodziewając się zastać tam podobną ruinę. Wuj jednak używał tylko mocnych, dębowych mebli, nikt zresztą nie korzystał z mieszkania od lat – dlatego poza solidną warstwą kurzu i kilkoma małymi pająkami wszystko było w porządku. Skierowałem się od razu do gabinetu osobliwości, przyciągany tam jakąś mocą magnetyczną. Wiedziałem, że chcę zobaczyć obiekt który intrygował mnie i przerażał najbardziej – niewielką, zielonkawą figurkę ze steatytu, której pochodzenia nikt nie potrafił wyjaśnić. Jako dziecko z niepokojem oglądałem szkielety ryb i dwugłowe wypchane ropuchy, ze zgrozą patrzyłem w oczy dzika o wielkich kłach – jednak ta figurka przyciągała i odpychała zarazem, frapująca resztka nieznanej, zapomnianej rasy.

Wuj twierdził, że kupił ją od jakiegoś podejrzanego kupca w Oslo, o którym mówiono że obraca towarem z nielegalnego źródła. Kto wie, czy wśród jego antyków były tylko oryginały – a nawet jeśli zdarzało mu się sprzedawać falsyfikaty, nie wiadomo skąd je brał i kto naprawdę je wytwarzał. Twierdził że figurkę znalazł przypadkowo, podczas potajemnych wykopalisk na terenie dawnej osady wikingów – a ci musieli przywieźć ją z jakiejś wyprawy, pewnie do Bizancjum, gdzie niektórzy z nich pełnili rolę straży. Na pewno jednak nie była ona dziełem Bizantyjczyków ani Rzymian czy Greków. Bardziej przypominała szalone, splątane plecionki Celtów, a z postury była trochę podobna do półzwierzęcych bogów Mezopotamii. Nie była jednak ani asyryjska, ani babilońska, wyglądała na wytwór jeszcze starszej, prymitywniejszej kultury.

W wieczornym półmroku wydawało się, że figurka świeci własnym blaskiem, zielonkawym jak woda w niektórych morskich zatokach. Obracając ją w rękach patrzyłem jak Wenus kryje się za kominem najbliższej kamienicy i przypomniałem sobie dziwne ogłoszenie, jakie znalazłem ostatnio w jednym z dzienników: „wiedeńskie Towarzystwo Lemuryjskie poszukuje materiałów do badań”. Na ścianach gabinetu wuja wisiały mapy Lemurii, a także Atlantydy w różnych wizjach pisarskich. Prawdopodobnie przed śmiercią podróżował jeszcze oczami wyobraźni do dalekiej Hiperborei i razem z naszymi mitycznymi przodkami polował na szablozębne tygrysy. Pod koniec życia nie odrywał prawie wzroku od rzeźby. Tak jak ja teraz, wodził wzrokiem za splątanymi wzorami, aż jego myśli przybrały takie same kształty – przypadkowe, poszarpane. Popadał coraz głębiej w obłęd za każdym obrotem gałek ocznych.

Pewnie w końcu porzuciłbym tę sprawę, gdyby nie list znaleziony w jednej z szuflad. Spośród poskładanych map wypadła biała koperta z wiedeńskim adrestem zwrotnym. W środku był list od towarzystwa, którego ogłoszenie znalazłem w gazecie. W jego skład mieli wchodzić nie tylko badacze „świata astralnego”, który zawsze odrzucałem jako wytwór fantazji, ale też profesorowie historii starożytnej i znawcy literatury. Okazało się, że wuj od dłuższego czasu był z nimi w kontakcie – próbował uzyskać informacje dotyczące pochodzenia tajemniczej rzeźby, jednak odpowiedzi które otrzymywał były bardzo niejasne, przeplatane cytatami z dzieł ezoterycznych i trudno było wydobyć z nich jakąś spójną teorię – miałem wręcz wrażenie, że członkowie Towarzystwa podsycali obłęd u wuja, ogarnięci szaleńczą potrzebą władzy nad umysłami, charakterystyczną dla religijnych fanatyków.

 

Wsiadłem do pociągu na dworcu w Tarnowie i po przesiadce w Krakowie dotarłem do Wiednia. Podróż była bardzo długa i teraz myślę, że może lepiej byłoby wrzucić figurkę do głębokiej studni albo pozostawić na zawsze w mistycznym gabinecie – teraz jednak już za późno, klepsydra czasu przesypuje ziarna tylko w jedną stronę i niczego nie da się odwrócić. Przez jasno oświetlone ulice stolicy przedostałem się na małą, boczną uliczkę wyłożoną kocimi łbami, wtłoczoną między kamienice, które wyglądały, jakby chciały się objąć nawzajem i nachylały ku sobie ramiona. Na drzwiach była tabliczka, oznajmiająca że tutaj ma swoją siedzibę poszukiwane przeze mnie Towarzystwo – wkroczyłem więc do środka. Przybyłem w ustalony dzień po uprzedniej komunikacji listownej z Kramerem, profesorem wiedeńskiej katedry historii starożytnej.

Dostałem się w sam środek najdziwniejszego zgromadzenia ludzkiego, jakie widziałem w życiu. Byli tam profesorowie z monoklami, szaleni okultyści o twarzach klaunów, młodzi doktoranci z bródkami i idealnie prosto zawiązanymi krawatami – wszyscy dyskutowali o przedziwnych, fantastycznych teoriach z pogranicza nauki i fantazji. Na ścianach – mapy zbliżone do tych, które widziałem u wuja. Na komodach – stosy żelastwa i kamieni różnych kształtów, wszystko zaśniedziałe i połamane. U sufitu pęczki suszonych roślin.

– A więc mówi pan, że Platon…

– Lemuria siedzibą pierwotnego rodzaju ludzkiego… – dobiegały mnie strzępki rozmów. Część teorii znałem już z książek, które wuj również gromadził w gabinecie. Studiowałem je czasem wieczorami, czując dreszcz towarzyszący zawsze kontaktowi ze sprawami starszymi niż nasza niewielka cywilizacja, oblegająca Ziemię jak mszyce zdrową łodygę rośliny. Ze strzępów rozmów wywnioskowałem, że obiekt, który przywiozłem był związany bezpośrednio z legendami i teoriami, w których ważną rolę grały zapomniane, samotne wyspy na Pacyfiku.

– Więc to pan, z Galicji! Proszę siadać. – powiedział do mnie człowiek w którym rozpoznałem Georga Kramera. Mówił tak jak pisał, lakonicznie i sucho. Kiedy wyjąłem figurkę z materiału którym była obwiązana, ożywił się i przyglądał z drżeniem rąk. Z podejrzliwością patrzyłem na ten zbiór dziwaków, z których niektórzy wyglądali jakby wyrwano ich z jakiejś podrzędnej spelunki i zmuszono do przybycia na zebranie. Siedzieli przy stołach z ciemnego drewna, na krzesłach z czerwonymi obiciami i wpatrywali się we mnie i w przedmiot który odpakowałem. Ich wzrok był przekrwiony i senny, robili wrażenie stada żebraków, czekających na kawałek mięsa.

– Autentyczna, niesamowite. – pochylił się nad kawałkiem steatytu, a za nim podążył las głów zgromadzonych uczonych i wariatów. Jakiś gruby człowiek w kraciastej marynarce, do połowy posiwiały, wypuścił dym z fajki i powiedział:

– Wiedziałem że kiedyś w końcu, ktoś coś przyniesie. – i podniósł się z fotela.

– Herr Valenta – przedstawił go Kramer. Czech uważnie obejrzał spód figurki i znalazł tam coś, o czym zapomniałem wspomnieć – chociaż sam zauważyłem kiedyś oglądając ją ze wszystkich stron.

– Ładny napis! Te ośmiorniczki takie zgrabne. – powiedział do siebie Valenta, przerysowując litery nieznanego pisma na serwetkę. – zaraz porównamy z… do czego to jest podobne? – jakby nagle zdał sobie sprawę, że ma do czynienia z czymś obcym, odmiennym od jakiejkolwiek kultury znanej archeologii.

Kiwający się na krześle człowiek o wyglądzie obłąkanego błazna, który miał na szyi muchę w wielkie grochy i nieprzycięte włosy, wysunął rękę nad figurką.

– Jakby pięć naraz astrali! – powiedział z nieobecnym wzrokiem.

– To medium. – szepnął Kramer – niech mówi.

– Morze zapadające się nad wielkimi górami… Bębny biją w lasach, płoną wielkie ogniska… Letnia noc, lipiec, nie, czerwiec… Gwiazdy, planety krążą… Zapada się ląd… – padł wyczerpany na krzesło.

– I pan, uczony, wierzy takim metodom? – zapytałem szeptem Kramera.

– Komu wierzyć, kiedy zawodzi wszystko inne? Wariaci bredzą od rzeczy, a jednak psychologowie wciąż mierzą ich czaszki i prowadzą badania, dochodząc do jakichś tam wniosków. Reakcja naszego tutaj kolegi dowodzi, że figurka ma wpływ na psychikę ludzką – a jakiego jest on pochodzenia, trudno wyjaśnić. Wygląda na autentyczną, nie widzę na niej śladów obróbki współczesnymi narzędziami kamieniarskimi. Jest to tak prymitywna robota, jakby ktoś nie miał… rąk, a tylko coś przypominającego z grubsza ręce. – mówiąc to uśmiechnął się znacząco. Nie byłem do końca przekonany czy mogę wierzyć ekspertyzie tych ludzi, nawet jeśli doktor przychyla się do ich opinii, zbyt wiele tu było niedopowiedzeń i ezoterycznego bełkotu.

 

Pożegnaliśmy się w serdecznej atmosferze. Podążyłem we mgle, która zapadła nad miastem, w stronę hotelu. W nocy dręczyły mnie dziwne sny – widziałem rzeczy, o których mówił tamten kiwający się człowiek – miasto zapadające się w fale oceanu, rozwarte szczęki wściekłych wód. Budziłem się kilka razy zlany potem i wciągałem powietrze, żeby upewnić się, że moje płuca nie są wypełnione wodą. Jesień była już w pełni, zbliżał się 31 października. Liście spadały z drzew rosnących wzdłuż alei. W końcu obudziłem się w środku nocy i patrzyłem przez dłuższą chwilę przez okno, przyglądając się martwym gałęziom zmrożonym podmuchami wiatru – zima zbliżała się wcześnie w tym roku. Rano musiałem bezzwłocznie wracać do Galicji. Z niepokojem wsiadłem do pociągu, obserwując dym unoszący się z komina w stronę nieba zasnutego szarymi chmurami. Uspokoił mnie dźwięk przesuwających się tłoków i kół stukoczących rytmicznie o szyny. W przedziale zapadłem w sen bez marzeń.

 

Wróciłem do mieszkania wuja w upiornej kamienicy. Teraz dopiero, w świetle dnia, widać było jak obskurny i zapuszczony jest ten stary, piękny kiedyś budynek. Dachówki wyglądały jakby mogły zapaść się w każdej chwili, tynk leciał ze ścian, a cegły znaczyły coraz głębsze rysy. Coś jednak podpowiadało mi, żeby zamieszkać tutaj chociaż na jakiś czas – i zagłębić się w tajemnice gabinetu. Figurkę pozostawiłem do badań w Wiedniu, tutaj jednak miałem sporo nieznanych książek – tych, które wuj trzymał pod kluczem i nie pozwalał mi czytać jako dziecku.

Długie godziny spędziłem czytając jego własne, ręcznie pisane notatki. Nigdy nie mówił mi, że zbierał od ludzi historie o niesamowitych zdarzeniach i lokalne legendy. Kolekcja folkloru była imponująca, zapisał pięć grubych tomów opowieściami o zwierzętach, kryjących się w kanałach i czających się w piwnicach, o zniknięciach bez śladu i tajemniczych kultach uprawianych do dzisiaj na stokach wzgórz mimo kościelnych klątw i zakazów. Czytałem kolejne strony, wyobrażając sobie jak chłopi zbierali się przez setki lat rozpalając ogniska w te same od tysiącleci święta przesileń i równonocy, jak składają czarne kury i owce w ofierze bogom podziemi, jak tańczą wokół ognia ogarnięci szałem. Z notatek wuja wynikało, że tylko w niektórych regionach, tak jak wokół Tarnowa, przechowały się resztki tych pradawnych kultów wspólnych wszystkim pogańskim ludom i ich zapomnianym poprzednikom.

Spędziłem tam chyba tydzień, nocując w pokoju obok – nie chciałem spać w gabinecie wypełnionym przerażającymi eksponatami. Nie mogłem mieć pewności, czy wszystkie historie które spisał wuj ze swoją urzędniczą precyzją, nie pomijając żadnego szczegółu, są autentyczne. Pod ich wpływem jednak, a może również pod wpływem tego miejsca – trudno to teraz stwierdzić – dokonała się we mnie dziwna przemiana. Oddaliłem się całkowicie od życia codziennego, nie zajmowały mnie już sprawy zwykłych ludzi. Jadłem niewiele, żywiąc się jakby odbiciami światła w szybach okiennych i lustrach, w które czasami tylko patrzyłem – szukając nowych zmarszczek na mojej twarzy.

Opowieści o ludziach ze wzgórz były nieprawdopodobne – wuj utrzymywał, że pod pagórkami w okolicy żyje do dzisiaj prastara rasa małych ludzi, którzy budowali tam swoje kurhany. Po przybyciu Celtów i później Słowian musieli wycofać się w głąb ziemi, budując coraz to głębsze tunele drążone w wapieniu do niebywałych głębokości, gdzie tworzyli podziemne miasta z których wylegali nocami na ziemię. Niektórzy mieszkańcy, których opowieści przeczytałem, twierdzili że znają takich „chochlików” którzy odwiedzają ogniska w czasie sabatów.

 

Po południu 31 października wybrałem się do lasu Kruk, żeby sprawdzić czy rzeczywiście istnieje tam wejście do podziemi opisane w jednym z tomów. Las rozbrzmiewał głosem setek ptaków, głównie kawek i gawronów, które obsiadły nagie gałęzie buków. Niebo było jednolicie szare i zaczynał padać pierwszy w tym roku śnieg – obawiałem się, że trudno będzie wrócić do domu wśród szalejącego wiatru, rzucającego w twarz kłęby lodowatego pyłu.

Notatki wuja od pewnego momentu stawały się coraz bardziej chaotyczne, jednak udało mi się ustalić drogę – zgodnie z opisem zboczyłem ze ścieżki i minąłem drzewa oplecione grubą warstwą powojów, teraz martwych i zbrązowiałych. Z ziemi co kawałek sterczały ciemnobrązowe, uschłe liście paproci i różnobarwne trujące grzyby. Poza mną w lesie nie było z pewnością żadnego człowieka, nigdzie nie rozbrzmiewał trzask pękniętych gałązek czy choćby szmer resztek liści muśniętych ramieniem. Tym bardziej niepokojąca wydawała się ta okolica, teraz zamarła w milczeniu. Powoli zbliżała się noc.

Po długich poszukiwaniach znalazłem wreszcie ogromny dąb, pod korzeniami którego znajdowała się zamaskowana dziura w ziemi. Przykryta gęstą trawą, teraz żółtą i martwą, wydawała się nie większa od lisiej nory – po odsłonięciu jednak stawała się drzwiami do tunelu prowadzącego w głąb wzgórza. Przygotowałem latarkę elektryczną i zszedłem po wapiennych stopniach, wytartych przez stulecia i pokrytych warstwą wątrobowców rosnących w zimnej wodzie spływającej w dół. Z początku tunel wyglądał zwyczajnie, podparty drewnianymi kolumnami – potem jednak przerodził się w jaskinię ociekającą wodą wapienną, spływającą z licznych stalaktytów i kapiącą na stalagmity na dole. Kryształy gromadzące się pod ścianami były dostatecznie imponującym odkryciem, chciałem jednak zbadać podziemia dokładniej i schodziłem coraz niżej, aż skała tworząca ściany zaczęła ciemnieć i tunel, dotąd prosty, przerodził się w labirynt.

Wziąłem ze sobą kredę, którą znaczyłem drogę za sobą. Wiedziałem że przyda mi się jakakolwiek droga ucieczki na wypadek spotkania ze zwierzętami, które mogły wybrać sobie jaskinię na miejsce przetrwania zimy – w bajki o mieszkających tu ludziach ani przez chwilę nie wierzyłem, mimo że wuj zanotował jak stolarz ze Skrzyszowa z całym przekonaniem opowiadał, że zszedł tu kiedyś nocą i trafił w sam środek obrad sejmu małych ludzi, z którego wymknął się tylko dlatego że pochłonięci dyskusją nie zauważyli gościa.

Pod ścianami zaczęły się pojawiać kości zwierząt wymarłych – dowód, że była zamieszkana przynajmniej przez zwierzęta już w epoce lodowcowej. Były tam czaszki niedźwiedzi jaskiniowych, trzonowce mamucie, rogi nosorożca włochatego – nie uniósłbym ze sobą nawet drobnej części zebranych tam kości. Ze zdumieniem zauważyłem że są tam również rysunki, nieprzypominające niczego co mógłbym widzieć wcześniej – przedstawiające ludzi o trzech nogach, bez głów, zdeformowanych jak trędowaci. Obrzydliwa i prymitywna wydawała mi się ta sztuka nieznanego twórcy, uznałbym ją pewnie za żart miejskich chuliganów – gdyby nie to, co zobaczyłem schodząc jeszcze niżej w te przeklęte katakumby.

Przede mną rozwierała się brama rzeźbiona z jadeitu z misterną plecionką przypominającą organy zwierząt morskich. Na jej szczycie dwa jaszczury zwierały się w śmiertelnej walce, wyrzeźbione w prymitywny sposób, jednak z ogromną ekspresją. Oświetlając ich sylwetki latarką przez chwilę myślałem że naprawdę jakieś stworzenia zagrażają mi w tym labiryncie. Nie cofnąłem się jednak, wiedziony ciekawością – chciałem dokończyć badanie jaskini, zwłaszcza że nic jeszcze mi nie zagrażało. Wszedłem więc w chodnik, w bardzo odległy sposób podobny do tego, co Evans znalazł na Krecie. Ściany wyłożono płytkami z niebieskiego i zielonego kamienia z wyrzeźbionymi wizerunkami muszli morskich, rozgwiazd, ryb i kałamarnic. Robiło się coraz zimniej, musiałem zapiąć kurtkę żeby uniknąć prądu zimnego powietrza ciągnącego od ciemności przede mną. Pod nogami płynął mi strumień lodowatej wody który z trudem omijałem podążając przez chodnik drążony w coraz twardszej, ciemniejszej skale.

 

Dotarłem wreszcie do szerszego rozwarcia wśród korytarzy, miejsca z którego zionęło nieco chłodniejszym i – jeśli to możliwe na takiej głębokości – świeższym powietrzem. Wzmogło to jednak moją podejrzliwość. Zaczaiłem się za grubym stalagmitem podpierającym tutaj strop jaskini i obserwowałem, co dzieje się za rogiem – słusznie zrobiłem, bo jak się okazało, miało tam miejsce najniezwyklejsze zgromadzenie jakiego byłem kiedykolwiek świadkiem. W piekielnym widowisku uczestniczyły postacie potworne, zwykręcane i zdeformowane jak gdyby stu chorobami naraz – kozły z twarzami zbliżonymi do ludzkich chodzące na dwóch nogach, o potężnych rogach wystających z owłosionych głów, coś jakby ryboludzie o lśniącej łusce, wszędzie twarze jak gdyby trędowate – a może pokryte naroślami tysiącleci. Noc sabatu trwała w najlepsze. W środku komnaty płonął jasny, żywy ogień – żywiący się życiem istot należących do tego świata, składanych w ofierze świata obcego i wrogiego ludzkiej rasie.

W kadzi zawieszonej na drągu wspartym na tyczkach gotowały się postacie ludzkie o znajomym wyglądzie, z rysów twarzy i fryzur przypominające mieszkańców sąsiednich wsi. Trudno powiedzieć jak się tam znaleźli, może mieszkańcy podziemi porwali ich siłą – a może, co jeszcze straszniejsze, pobratymcy wydali ich na żer diabelskiemu zgromadzeniu. Jakkolwiek było, gotowali się teraz jak w piekle, twarze roztapiały się jak odlewy z wosku. W czerwonym blasku widziałem, jak skóra spływa z torturowanych czaszek, zamarłych w niemym krzyku, jak kończyny odpadają od ciał i gotują się na jednolitą, obrzydliwą maź.

Za plecami zgromadzonych, tańczących postaci przedwiecznych stworzeń zauważyłem zimny, spokojny blask gwiazd. Poczułem wyraźniej powiew zimnego powietrza. Wyjście! Jest wyjście z tego upiornego labiryntu, który być może przywidział mi się, dostałem gorączki od zbyt długiego chodzenia po lesie, a mój umysł zaczął funkcjonować w sposób pokrętny i przypadkowy. Nagle wódz podziemnych ludzi przebrany w szatę biskupią dał znak pastorałem, zakończonym nie krzyżem, a obrzydliwą jaszczurzą łapą pokrytą rzeźbionymi w srebrze łuskami. Wszyscy rozwarli się żeby przyjąć procesję – od strony Tuchowa przyszła kolumna chłopów ubranych w skórzane kaftany, przerażonych do granic możliwości. Wydawało się, że twarze im zamarzły i do końca życia już będą nosili na sobie piętno niemej zgrozy. Prowadzili ze sobą mnóstwo zwierząt hodowlanych. Niektórzy oddawali cały swój inwentarz na pożarcie.

Korzystając z nieuwagi stworów zajętych przyjmowaniem „darów” wymknąłem się z jaskini i wróciłem klucząc nie wiem jak długo po zboczach górskich. Dotarłem do miasta nad ranem, wciąż mając w uszach piekielne jęki i krzyki, kapanie wody i tłuszczu na kamienną posadzkę i dźwięk moich własnych kroków odbijających się od głuchej pustki jaskiń. Usłyszałem dzwony wybijające szóstą i uśmiechnąłem się do siebie – może lepiej, że ludzie żywią się zabobonem i nie znają prawdy. I tak dość ciężko jest żyć wśród dręczących ludzkość śmiertelnych chorób i wojen, zawiści pochłaniającej wszelkie wspólne wysiłki jak czarna otchłań pod wzgórzem – ludzka rasa będzie musiała ustąpić starszym i potężniejszym stworzeniom, które potrafią wykorzystać jej życie do przedłużenia własnej plugawej egzystencji i wznosić mury z potężnych, niezniszczalnych głazów.

 

Teraz nie dziwię się, dlaczego wuj popadł w obłąkanie i umarł nie wyjawiwszy nigdy, co zobaczył. Za daleko przestąpił próg poznania, wkroczył na białe plamy na mapie – a gdy odkrył że ma nogi uwięzione w ruchomych piaskach, za późno było na odwrót. Do końca życia nie zapomnę tego co widziałem w jaskiniach pod Krukiem, a zwłaszcza – twarzy bezsilnych, konających ofiar, wykrzywionych w półzwierzęce grymasy. Być może nie jest jeszcze za późno – zdążyłem jeszcze przeprowadzić własne badania, z których wynika że bez ludzkiego wsparcia podziemni ludzie nie są zdolni do prowadzenia działań na szerszą skalę, o ile nie wystąpią korzystne warunki astrologiczne. Piszę to z całą świadomością nienaukowości podobnych teorii, to co widziałem i słyszałem skłania mnie jednak do uznania „świata astralnego”.

Od Towarzystwa Lemuryjskiego otrzymałem tylko jeden jeszcze list, podpisany przez Kramera chwiejnym pismem – twierdził że figurka 31 listopada, tej właśnie straszliwej nocy, rozpadła się pozostawiając po sobie kupkę metalicznego popiołu. Moja odpowiedź została odesłana do mnie z adnotacją, że wspomniany przeze mnie adres, a nawet ulica, nie istnieją. Przyniosło mi to nikłą nadzieję, że zagadka pozostanie nierozwiązana, która odtąd jest jedynym promieniem światła w tym ciemnym pokoju, w którym bez wątpienia spędzę resztę życia.

 

Powyższe wspomnienia spisał pacjent oddziału psychiatrycznego pod kierownictwem dra F. Granickiego w dniach 11-18 XI 19… Pozostawał w leczeniu przez kilka lat, aż do wybuchu wojny światowej, kiedy zaginął podczas ewakuacji szpitala i nigdy już nie udało się go znaleźć.

 

Koniec

Komentarze

Łoj, to Ĺ i ć zamierzone?

Mee!

oczywiście

Przeczytałam, ale bez zachwytu. Takie Lovecraftowskie (bo tak mi się kojarzą) klimaty w ogóle do mnie nie trafiają. Cechuje ten tekst pewien spokój opisu, równość narracji, szczegółowość, brak emocji. Napisane jest poprawne, tylko po prostu dla mnie nie ma w tym opowiadaniu nic, co chwyta, zwraca uwagę. Dla mnie jest, przykro mi, ale muszę to napisać – nudne. Nie lubię takiego sposobu pisania i już, choć oczywiście zadowoleni na pewno też się znajdą.   Pozdrawiam.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Przypomniałam sobie jeszcze jedno – dialogi są zapisane nieprawidłowo. Mało ich tu, więc wyleciało mi z głowy…

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Nie da się ukryć, opowiadanie dość wtórne [Lovecraft, Machen i inni], ale ma przyjemny klimat. I myślę, że zadowoleni się znajdą, co lubią klasykę grozy.

fajne, ale rzeczywiście co rusz nasuwały mi się skojarzenia z Lovecraftem, Blackwoodem czy Machenem. Ale klimat utrzymany. Gdyby nie to, że parę miesięcy temu przeczytałam większość klasyki grozy z przełomu wieków, to wrażenie byłoby lepsze.

Trafia w mój gust, choć do Samotnika z Providence daleko. Mimo to, dobre, choć klimatu szczególnego nie odczułem, a do gęsiej skórki daleko hen, to wszystko poprowadzone jak u Mistrza ;) Więcej neologizmów i archaizmów! Motyw psychiatryka klasyczny, inspiracji trudno nie zauważyć.

Jestem przekonany, że tego typu pomysł mógłby do mnie trafić, ale nie w tym wypadku : ) Chociaż podobało mi się bardziej od poprzedniego opowiadania (przeczytałem do końca ;p). Język jakiś bardziej znośny, chociaż trochę mu brakuje do zbudowania klimatu. I nie ma wielu dialogów, a te, moim zdaniem, nie wychodzą Ci wiarygodnie.

No cóż, opowiadanie nie przypadło mi do gustu – i notatki wuja, i opis przeżyć jego siostrzeńca może robiłyby wrażenie na czytelniku jakieś sto lat temu, ale dziś, niestety, nie zrobiły żadnego.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka