- Opowiadanie: AlexFagus - Rusznikarz i księżniczka

Rusznikarz i księżniczka

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Rusznikarz i księżniczka

 

 

Bycie Ibrem to stan umysłu”

Rumdak Bandah

 

Ha! Pytacie, jakim cudem półdraczka uważa się za Ibra? Naprawdę ciekawi was to, moi wyimaginowani słuchacze? Nie, nie przeszkadza mi, że jesteście wyimaginowani – w przeciwnym razie musiałabym was zabić, he, he! Wybaczcie: taki zawodowy żart.

A więc pośpiewam o swym życiu. Mój Mistrz zawsze twierdził, iż wgląd we własną przeszłość, jest dla barda sprawą kluczową. Większość ludzi uważa, że rozmowa z samym sobą, nawet jedynie w myślach, nie świadczy zbyt dobrze o zdrowiu psychicznym. Możliwe. Jednak Tamar powtarzał, że bard, w którym nie ma odrobiny szaleństwa, to dupa a nie bard.

Zacznijmy więc ab ovo, jak mawiali Pradawni. No, dokładnie mówiąc, nie tyle od owulacji, ile od trzydziestej trzeciej kwadry pewnej ciąży.

Dawno, dawno temu, u podnóża sięgających nieba Gór Żelaznych, piękna drakkeńska księżniczka, nosząca pod sercem półludzkie dziecię, zapukała do chatki dorhiarskiego rzemieślnika…

 

***

 

– Otwieraj, pokurczu! – krzyczała Civerta, córka Eolarda, waląc pięścią w drzwi. – Wiem, że tam jesteś! Co za psia rasa, żeby ciężarną kobietę na śniegu trzymać!

Splunęła ze złością pod nogi. Jeszcze prawie miesiąc został do święta Saafnerin, lecz tutaj, w okolicach Gór Żelaznych, mrożec naprawdę zasługiwał na swoją nazwę. Zima była surową panią, łakomą ofiar. Wierzchowiec drakkenki – bezcenne, delikatne zwierzę, którego przodkowie zamieszkiwali legendarną Terrę – nie przeżył szaleńczej ucieczki z Ettinary. Ostatnią ligę kobieta przebyła na piechotę, brnąc przez sięgające pasa zaspy.

Ślina zdążyła skrzepnąć, nim drzwi uchyliły się, wypuszczając na dwór smugę miodowego światła.

W progu stała niewysoka kobietka o wydatnym biuście, rudych włosach i przenikliwych, lodowatobłękitnych oczach. Nikt nie mógł mieć wątpliwości, co do jej pochodzenia – należała do czystej krwi Dorhiar'ai. Nosiła prostą, wełnianą suknię, skórzany fartuch i poplamione złotem ochronne rękawice. Niespodziewana wizyta musiała oderwać ją od pracy. W ręku ściskała fantazyjnie zdobiony garłacz.

– Czego chcesz, ostroucha? – syknęła dorhiarka, mierząc do niechcianego gościa. – Czemu szukasz mojego męża po nocy i w czasie zamieci? Tylko nie próbuj mi wpierać, że ten bęben to jego sprawka. Jak wszystkie hybrydy jest bezpłodny. Zresztą, żeby Tygrzyk się tobą zainteresował, musiałabyś mieć chyba korbkę w tyłku.

– Widzę, że staniała słynna gościnność Czerwonego Ludu – mruknęła z wyższością Civerta. – Nie zaprosisz mnie do środka?

– Widzę, że staniało dobre wychowanie draków – warknęła właścicielka chatki, nadal celując z garłacza. – Pytałam, czego tu chcesz, ostroucha?

– Potrzebuję pomocy – rzekła księżniczka, patrząc w zimne, niebieskie oczy. Dotknęła brzucha na wpół świadomym, tkliwym gestem. – Nie dla siebie. Dla niej.

Dorhiarka westchnęła z niechęcią, lecz opuściła broń i otworzyła szerzej drzwi.

– Wchodź – powiedziała.

Przybyszka strzepnęła na progu wilczą szubę i tupiąc, pozbyła się części śniegu z trzewików. W izbie było ciepło i jasno. Paliły się woskowe świece, w kamiennym kominku płonęły bukowe polana. Pachniało absyntem, imbirem i rozgrzanym metalem. Pomieszczenie – urządzone w prostym, acz wygodnym, stylu Czerwonego Ludu – tchnęło porządkiem i nie tyle ostentacyjnym bogactwem, co zamożną solidnością. Civerta uśmiechnęła się, widząc nad drzwiami wianek z piołunu, jemioły, barwinka i ruty. Jak na najbardziej rozwinięty technologicznie naród Darry, Dorhiar'ai byli niezwykle przesądni.

Drakkenka usiadła na krześle nieopodal paleniska. Gospodyni przeszła do jednego z sąsiednich pomieszczeń, gdzie najwidoczniej znajdował się warsztat. Zdjęła fartuch i rękawice. Poszła do kuchni, skąd przyniosła kubek naparu z rumianku i kawałek pachnącego korzeniami miodownika dla gościa.

– Nazywam się Civerta A'Drakken – przedstawiła się ciężarna, przyjmując poczęstunek. Czuła się odprężona, wiedząc, że wraz z pierwszym kęsem znajdzie się pod ochroną prawa gościnności. – W Terranie wołają na mnie Dzierzba.

– Jestem Sylla, po waszemu Żagnica – powiedziała złotniczka, sadowiąc się przy stole. – Z tego, co wiem, w Terranie używają wobec ciebie znacznie mniej przyjemnych określeń, Rzeźniczko. Czego cesarska córka może chcieć od skromnych rzemieślników?

– Potrzebuję Szperacza.

– A mało to ich u was, w Ettinarze? Wśród Obdarzonych Szarej Wieży, gdzie hodujecie ich jak ogary w psiarni? Jakoś trudno mi uwierzyć, by nie było tam nikogo z tym właśnie Talentem.

– W Szarej Wieży… W Szarej Wieży szybko zdecydowano by, która z nas ma przeżyć. Nie miałabym nic do gadania. Wiedziałam, co robię, zaciągając Jastrzębia do łóżka. Gdybym chciała się pozbyć płodu, spędziłabym go dawno temu.

– A więc to prawda – mruknęła Sylla – te wszystkie bzdurne pieśni bardów o dziecku śmiertelnika i dzikiej krwi. Aż tyle w tobie nienawiści, ostroucha? Zachciało ci się sprowadzić Chaos na ten świat?

– Byłam głupia – przyznała drakkenka, ściskając drewniany kubek, aż zbielały jej knykcie. – Chciałam zagrać na nosie memu ojcu. Myliłam się. Ona nie powinna za to płacić. Jest taka maleńka, taka bezbronna.

Gospodyni chciała coś powiedzieć, lecz zmilkła, gdyż otworzyły się drzwi. Stał w nich średniego wzrostu mężczyzna o szerokich barkach, włosach barwy dojrzałego kasztana i krótkiej, kędzierzawej brodzie. Miał łagodne, szare oczy, policzki zaczerwienione mrozem i lepiący się od śniegu kożuch.

– Mamy gości, Syllo? – zapytał. Jego wzrok spoczął na przybyszce.

– Witaj, Tygrzyku. To jest… – zaczęła Żagnica.

Obdarzony zaklął pod nosem i – nie zrzuciwszy nawet okrycia – podbiegł do ciężarnej.

– Od kiedy? – warknął, chwytając kobietę za ramiona. – Od kiedy ją czujesz?

– Od miesiąca – wyszeptała wstrząśnięta drakkenka.

Tygrzyk wpadł w jej umysł z siłą szalejącej zamieci. Wyszukiwał delikatne pasemka młodziutkiej świadomości, niedojrzałej, niepewnej, przestraszonej obcym światem. Wyrywał je z matczynej duszy, próbując przekonać, że są odrębną istotą. Otoczył dziewczynkę swoimi barierami – jakby osłaniał płomyk przed zimowym wiatrem – i zdał sobie sprawę, że odtąd zawsze będzie się starał chronić tę iskierkę.

 

Tak poznałam mojego tatę.

 

***

 

Śnieżyca ucichła po dwóch dniach, pozostawiając po sobie zasypane drogi i szlaki, lasy pokryte cukrową polewą i uporczywe odczucie izolacji.

Civerta bez skrępowania korzystała z gościnności Dorhiar'ai, nie zwracając uwagi na spojrzenia rzucane jej czasem przez Syllę.

Dom był wyjątkowo wygodny, nawet jak na standardy Czerwonego Ludu: zaopatrzony w bieżącą wodę i spory warsztat, w którym część urządzeń napędzało koło wodne – przyczyna, dla której budynek postawiono nad potokiem. Civerta westchnęła z rozkoszy, widząc w łaźni toaletę wodną – wynalazek, na który w Drakkanie stać było jedynie najlepiej sytuowanych arystokratów. Właściwie nie powinno Dzierzby to dziwić – w końcu nie kto inny, lecz właśnie dziad Sylli wymyślił syfon, który to pozwolił rozwinąć systemy kanalizacyjne. Dla ras zamieszkujących otwarte przestrzenie była to jedynie dziwaczna nowinka i rodzaj snobistycznej zabawki, lecz w podziemnych metropoliach Czerwonego Ludu uporanie się z problemem odprowadzania ścieków i wyeliminowanie wyziewów wydostających się z kanałów uznano za przełom. Zapoczątkowało to ogromny awans społeczny nieznanego wcześniej rodu Bandahów. Ponieważ dziedziczenie wśród Ibrów odbywało się po kądzieli, Żagnica została głową jednego z najbardziej wpływowych klanów w Hardemardh.

Zważywszy na jej pozycję, związek, który Sylla zawarła ze swym przyjacielem z dzieciństwa, przyjęto ze zdziwieniem, zwłaszcza, że Tygrzyk był mieszańcem, co przekreślało szanse na przedłużenie tej gałęzi rodu. Jednak nowy członek klanu Bandahów okazał się geniuszem, jakiego nie widziano w Wolnych Miastach od czasu Kalmara Uulgarka. Jego prace nad bronią palną uczyniły Unię Dorhiar'ai cichą potęgą militarną. Civerta nie rozumiała, czemu Mrówkolew zezwolił tak cennemu stronnikowi na zamieszkanie poza metropolią. Z drugiej strony, atak na niepozorny domek był prawdopodobnie równoznaczny z wypowiedzeniem wojny Wolnym Miastom, na co w obecnej sytuacji nie mogło sobie pozwolić żadne z państw Darry.

Pod koniec dekady, gdy niebo zalśniło błękitem, Żagnica, mimo protestów męża, wyruszyła do Żelaznej Groty po medyka.

– Nie dyskutuj, Tygrzyku – ucięła, gdy rusznikarz próbował odwieść ją od wyprawy. – Nie obchodzą mnie życzenia tej ostrouchej wariatki. Nie wiem, czemu postanowiła umrzeć przy porodzie akurat pod naszym dachem, ale mam zamiar zrobić wszystko, by Stary Lis nie mógł mieć do nas pretensji. Nie potrzebujemy konfliktu z Cesarstwem. Wrócę za kilka dni z Krzyżakiem, być może on będzie w stanie uratować jej skórę. Przy okazji poproszę króla, by przesłał wieści do Ettinary.

– Możliwe, że Civercie nic nie grozi – westchnął Obdarzony. – Z tego co wiem, nigdy dotąd kobieta A'Drakkenów nie rodziła mieszańca. Istnieje szansa, że są bardziej odporne niż reszta Ciemnego Ludku.

Sylla prychnęła z irytacją i zarzuciła plecak na ramię.

– Ufam, że nie będziesz następnego ze swoich projektów testował według podobnej logiki, bo polegałoby to na strzale w trakcie zaglądania do lufy, z nadzieją, że nic się nie stanie – mruknęła. Cmoknęła męża w policzek. – Dbaj o siebie i nie jedz za dużo wieczorami. Nie zagłodź naszego gościa i chroń dzieciaka.

Chwyciła kostur, poprawiła futrzany kaptur i wyruszyła na północ, przez tonące w bieli zbocze. Rumdak patrzył za nią dłuższą chwilę, po czym wrócił do swojego warsztatu.

 

***

 

Podróż do Żelaznej Groty zajęła Żagnicy cztery dni.

Złotniczka skontaktowała się z królewską kancelarią i posłała list do monarchy, wyjaśniający w skrócie zaistniałą sytuację. Stojący od kilku lat na czele Wolnych Miast Północy Kurgan Uulgark, zwany Mrówkolwem, należał do najrozsądniejszych osób znanych osób Sylli, więc międzynarodowy aspekt sprawy uważała za załatwiony. Nie czekając na odpowiedź władcy, ruszyła na poszukiwanie Krzyżaka.

Słynny Uzdrowiciel był mieszańcem, swoją drogą najstarszym, o jakim słyszała Żagnica. Przyjaźnił się swego czasu z jej dziadkiem, stąd darzył dziedziczkę Bandahów pewnym sentymentem i nazywał „Rudziaszką”, co ją zresztą niezmiernie irytowało. Odnalezienie medyka nie stanowiło problemu, lecz przekonanie go do opuszczenia metropolii okazało się prawdziwym wyzwaniem. Krzyżak miał licznych pacjentów i przekazanie ich w ręce uczniów na ponad dekadę było ryzykowną decyzją. Na dodatek, podróż o tej porze roku wiązała się z niebezpieczeństwami oraz niewygodą, mimo że większość drogi wiodła tunelami. Ostatecznie Sylli udało się skusić staruszka niepowtarzalną szansą uczestnictwa w porodzie A'Drakkena.

Czas uciekał. Mimo pośpiechu Żagnica spędziła w Hardemardh trzy dni. Po kolejnych pięciu dobach dotarła wraz z Krzyżakiem do swego domu.

Gdy zbliżając się do chaty, Sylla dostrzegła – okryty cienką warstwą śniegu – kopiec pod jedną z rosnących w ogrodzie jabłoni, zrozumiała, że przybyli zbyt późno.

Weszła do izby i zobaczyła przerażonego Tygrzyka, który usiłował karmić umoczonym w owczym mleku gałgankiem wrzeszczącego, czerwonego niemowlaka. Mąż spojrzał na Syllę i Krzyżaka nieco roztargnionym, zmęczonym wzrokiem.

– Wróciłaś, kochana – powiedział. Zauważywszy medyka, dodał: – Witajcie, Mistrzu. Przykro mi, że fatygowaliśmy cię na darmo. Civerta A'Drakken zmarła wczoraj w czasie porodu.

Widząc, że oboje wpatrują się w noworodka, bastard uniósł nieco dziecko.

– Oto Kheltarissa – Mglista Pantera. Jej matka mówiła, że potrzebuje silnego imienia, bo jest taka malutka, że potrzebuje ostrych pazurów do walki z całym światem. Powtarzała: „Bądź wolna, Mgiełko, niech nikt nie zdoła cię nagiąć do swej woli. Bądź wolna.” Wszystko wydawało się być w najlepszym w porządku. Dziewczynka urodziła się zdrowa, krzyczała, miała dobry apetyt. Drakkenka się uśmiechała. Nagle… tyle krwi… Dlaczego?

Krzyżak zdjął kożuch i odebrał dziecko z rąk Rumdaka.

– Wrośnięte łożysko – mruknął Uzdrowiciel. – Paskudna sprawa. Wątpię, czy zdołałbym pomóc, nawet gdybym przybył na czas. Zajmij się mężem, Rudziaszko. Szperacze źle znoszą śmierć w swoim otoczeniu, a on był tutaj sam. Na początek proponuję solidną dawkę miodu. I nie próbuj na mnie patrzeć jak na szczeniaka, który obgryzł nogę od stołu, może to działa na Tygrzyka, ale ja znam cię z czasów, gdy nosiłaś pieluchy. No, nalej czegoś mocnego, chłopak jest w rozsypce.

Sylla prychnęła, ale podała mężowi kubeczek półtoraka. Spojrzała na Rumdaka z troską. Nigdy dotąd nie zachowywał się w taki sposób. Zastanawiała się, czy dobrze zrobiła, wyruszając na tę eskapadę. Przytuliła Tygrzyka.

Medyk tymczasem włożył dziecko do prowizorycznej kołyski i poszedł umyć dłonie. Wróciwszy rozebrał maleństwo i dokładnie je obejrzał.

– Skóra żółtawa, ale to w tej chwili normalne – mruczał pod nosem. – Oczy ludzkie, niebieskie jak na razie. Uszy ostre, miękkie przez trochę zbyt wczesny poród. Ilość dziur zwykła. Palców dwadzieścia. Na oko: zwykły Drakhiar. Jak na potomka nieśmiertelnych, nie robisz wielkiego wrażenia, moja panno, pomijając fakt, że nagle nabrałem ochoty na mleko.

Dziewczynka patrzyła przed siebie, mlaskając od czasu do czasu i nie wykazując chęci do prezentacji szczególnie interesujących zachowań. Staruszek westchnął, z wprawą przewinął dziecko i otuliwszy je w kocyk, włożył w ramiona Sylli.

– Karm ją przegotowanym mlekiem naszych owiec zmieszanym dwa na jeden z wodą. Pępek przemywaj wodą z mydłem, a na wieczór gorzałką. Codziennie dawaj małej kroplę mikstury, którą ci zostawię. I nie, nie chcesz wiedzieć, co to jest. Najważniejsze – nie panikuj. Poradzisz sobie?

Żagnica kiwnęła głową.

– Poradzę. Miałam młodsze rodzeństwo.

– Zostanę u was, póki Rumdak nie dojdzie do siebie. Potem odprowadzi mnie do tuneli.

– Dziękuję, Mistrzu.

Sylla patrzyła w błękitne jak zimowe niebo oczy dziewczynki. Czuła delikatny dotyk jej świadomości, pragnienie ciepła i mleka. Wiedziała, że gdy tylko Tygrzyk otrząśnie się z szoku po śmierci Dzierzby, odgrodzi umysł dziecka od zewnętrznych wpływów. Na razie upajała się poczuciem jedności z trzymaną w objęciach istotką.

– Moja Kotka – szepnęła. – Moja mała córeczka.

 

***

 

Tyle o moich narodzinach opowiadała mama.

Ojciec nie chciał wspominać tej historii, a kiedy Rumdak Bandah nie życzył sobie pytań na jakiś temat, to nie było siły we wszechświecie, która mogłaby wydobyć z niego odpowiedzi. Przypuszczam, że śmierć Civerty była dla niego tak traumatyczna, gdyż starając się mnie ochronić, musiał zrezygnować z osłon. Z doświadczenia wiem, że nie istnieje zbyt wiele rzeczy gorszych, niż dzielenie z kimś świadomości w chwili zgonu.

Krzyżak został u nas jeszcze trzy dni, cały czas próbując przekonać matkę, by zezwoliła mu na sekcję Civerty. Rozpierała go ciekawość, czym tak naprawdę A'Drakkeni różnią się od reszty draków. Na szczęście, Sylla szybko sprowadziła medyka na ziemię jednym ze swoich sławetnych komentarzy. Nie chciała mi powiedzieć, co dokładnie rzekła Uzdrowicielowi, w każdym razie staruszek porzucił plany zostania hieną cmentarną i zrobił się wyjątkowo małomówny. Podobno najbliższe dni po powrocie do Hardemardh spędził w oberży, pijąc na umór.

Gdy miałam jakieś dwie kwadry, na dziedziniec naszej posiadłości zajechała grupa bogato ubranych Drakken'ai. Rodziców zdziwiło nieco tak szybkie ich przybycie – wieści o miejscu pobytu Dzierzby musiały dotrzeć do draków już w trakcie pościgu za księżniczką.

Mama stanęła w oknie z najnowszym dziełem ojca w ręku, zaś Tygrzyk owinął mnie w kożuch i wyszedł przed dom.

Większość intruzów zdążyła zeskoczyć w międzyczasie ze swych wierzchowców i patrzyła wyczekująco na odzianego w futro z białych lisów mężczyznę. Na szyi draka połyskiwał platynowy torqes. Przybysz spoglądał na Rumdaka złotymi, kocimi oczyma. Wyprostował się w siodle i poklepał po szyi rumaka – smukłego, czarnego jak smoła konia Pradawnych. Widok zwierzęcia rozwiał wszelkie wątpliwości rodziców dotyczące tożsamości gościa – jedynie ród cesarski mógł dosiadać legendarnych Ekhiuus.

– Witaj, Rusznikarzu – rzekł jeździec spokojnym, twardym niczym skała głosem. – Przybyłem po moją córkę, lecz jak widzę, spóźniłem się. Czy to mój wnuk? – zapytał, patrząc na mnie.

– Witaj, Najstarszy – odpowiedział, kłaniając się, ojciec. – Przykro mi z powodu pani Civerty. To twoja wnuczka, Kheltarissa.

Eolard uśmiechnął się, pokazując ostre, białe zęby.

– Więc Civl nadała małej kocie imię? Będzie pasowała do reszty rodziny. Dziękuję za wszystko, co zrobiłeś i co starałeś się zrobić dla mej córki. A teraz oddaj mi dziecko.

Tygrzyk pokręcił głową.

– Nie. Wybacz, Najstarszy, lecz dziewczynka zostaje z nami. To Muhtlynge; nie pozwolę, byś przekazał ją Szarej Wieży.

– Jak śmiesz mówić w ten sposób do Cesarza, pokurczu! – wrzasnął jeden z przybocznych Eolarda i spróbował uderzyć ojca w twarz pięścią, odzianą w nabijaną ćwiekami rękawicę.

Tygrzyk błyskawicznym ruchem chwycił nadgorliwego draka za nadgarstek, miażdżąc go w potężnym uścisku doświadczonego kowala.

– Syllo, stój! – krzyknął jednocześnie do matki, która zdążyła uchylić okno i trzymała lufę wycelowaną w pierś mego dziadka.

Eolard zawarczał na drużynę i wojownicy znieruchomieli w bojowej postawie, z nienawiścią gapiąc się na Rumdaka.

– Uspokój swoje pieski, Najstarszy – wycedził przez zęby ojciec. – Stoisz na ziemi Wolnych Miast. Nawet władca Drakkanu jest tu tylko gościem. Zabij mnie, a przekonasz się, jak zareaguje Mrówkolew. O ile uda ci się przeżyć postrzał z muszkietu. Naprawdę chcesz wywołać wojnę z powodu niemowlaka?

– Ty bezczelna pokrako! – warknął strażnik trzymający wodze cesarskiego wierzchowca.

– Spokój! – rozkazał Eolard. – Sam zabiję pierwszego, który się poruszy. Nasz przemiły gospodarz ma rację. To dziecko nie jest na tyle ważne, by wciągać nas w konflikt. Jeszcze nie teraz. Możemy porozmawiać na osobności, czcigodny? Nie pozwólmy, aby ten niefortunny początek przekreślił pomyślność naszych relacji.

Tygrzyk niechętnie skinął głową. Myśli Starego Lisa wydawały się równie śliskie jak słowa i – nawet tak zdolnemu Szperaczowi – trudno było ocenić szczerość intencji władcy.

Cesarz płynnym ruchem zeskoczył z konia. Stojąc na ziemi, A'Drakken okazał się nieco niższy od Rumdaka.

Swoją drogą, zawsze mnie śmieszyło, gdy drakkeni mówili do mojego ojca: „pokurczu”. Tygrzyk, jak na półibra, rzeczywiście wydaje się stosunkowo drobny – przynajmniej nie bije głową o powałę na wzór wujka Żbika – niemniej większość draków jest od niego sporo mniejsza, zaś ja sięgam tacie do nieco powyżej piersi. Trudno walczyć ze stereotypami.

Eolard położył dłoń na ramieniu jednego ze swoich przybocznych i powiedział:

– Poczekajcie przed bramą. Nic mi nie grozi. Niedługo wrócę.

Gwardzista nie wydawał się zbyt uspokojony, lecz nikt nie ośmieliłby się kwestionować słów Starego Lisa. Strażnicy wyprowadzili wierzchowce na drogę, a dwóch z nich pomogło pechowcowi, który zaatakował mego ojca. Drak wciąż leżał na ziemi, zwijając się z bólu i próbując chronić złamaną rękę.

Cesarz tymczasem wszedł za Tygrzykiem do izby.

– Witaj, pani Syllo – powiedział do matki, która nadal celowała do niego z muszkietu. – Proszę, opuść już tę zabawkę, czcigodna. Nie mam złych zamiarów. Jeden z mych ludzi, Fenek, jest Lalkarzem, więc gdybym naprawdę chciał, dziewczynka już znajdowałaby się w drodze do Ettinary.

Żagnica położyła broń na stole, nadal nieufnie spoglądając na gościa.

Eolard bezceremonialnie rozsiadł się w fotelu.

Nigdy do końca nie rozumiałam, co takiego jest w moim dziadku, że starcza mu kwadrans, by nawet kogoś o silnej osobowości ustawić w relacji władca-poddany. Na pierwszy rzut oka, Stary Lis nie wygląda zbyt imponująco: ot, drak w średnim wieku, żylasty, dosyć wysoki jak na standardy tej rasy. Ma długie do ramion, srebrne włosy, zwykle spięte w jedną z tych kretyńskich fryzur z kłoskami po bokach, na którą nie da się nałożyć żadnego przyzwoitego hełmu. Goli się gładko, jak zwykle czynią Drakken'ai – stąd zresztą wzięło się ludzkie wierzenie, że ostrousi nie mają zarostu. W kwestii ubioru Eolard nigdy nie przesadza i wygląda po prostu dostojnie. Inna sprawa, że pewnie tak samo działałby na ludzi odziany w parciany worek lub wystrojony w kostium tancerki.

Przypuszczam, że to kwestia oczu. Gdy te wąskie źrenice, otoczone złocistymi tęczówkami o wzorach jak u jakiejś jaszczurki albo żaby, wpatrują się w ciebie z pobłażliwym zainteresowaniem – wydając się mówić, za przeproszeniem: „W dupie byłeś i gówno widziałeś” – to czujesz, po prostu czujesz, że ich właściciel ogląda świat od niemal dwustu lat.

W każdym razie Eolard jest jedyną osoba, która potrafi speszyć moją mamę, a to nie lada osiągnięcie. Ech, jak zwykle zbaczam z tematu.

Sylla przyniosła gościowi kubek miodu. Dziadek podziękował uprzejmie i zapytał:

– Czy wy w ogóle zdajecie sobie sprawę, na co się decydujecie biorąc to dziecko na wychowanie? Połowa Darry uzna, że mała jest wypełnieniem wróżby Ydiry: wcieleniem Chaosu. Nawet moi doradcy sugerowali, bym ją zgładził, a drakkeni zwykle nie są przesądni.

– Ty jednak nie lękasz się przepowiedni – stwierdził Tygrzyk.

Eolard prychnął pogardliwie.

– Zbyt długo stąpam po ziemi, by wierzyć w bogów, przeczucia i tym podobne głupoty. Wieszczki śnią swoje sny, lecz czyją wolę spełniają naprawdę? Każdą przepowiednię da się różnie zinterpretować, zresztą tak są zwykle tworzone. Czy kiedy oświadczę, że będzie padać, to znaczy, że przewidziałem przyszłość? Bo w końcu przecież będzie, nieważne czy jutro, czy za miesiąc. Wyrocznie jednak bywają niebezpieczne. Głównie ze względu na ufność, jaką w nich pokładamy. Usiłując wypełnić nasze przeznaczenie lub próbując przed nim uciec, wstępujemy na obce ścieżki. Nie uważam mojej wnuczki za Dziki Rzut, lecz tu chodzi o to, w co wierzą inni. Te przesądy mogą zaszkodzić memu rodowi i Cesarstwu. Gdyby sprawa dotyczyła innego dziecka, chętnie bym je wam powierzył – za kilka miesięcy cała historia odeszłaby w zapomnienie, a dorhiarskie wychowanie ma swoje zalety. Nie sądzę, aby nikomu nieznana Obdarzona mogła zagrozić w przyszłości moim rządom, czy podawać się za Dziecię Chaosu. Ona jednak należy w połowie do A'Drakkenów, a ja nie zostawię Strażnika bez kontroli.

– Więc to prawda, że nie jesteście zwyczajnymi drakami – mruknęła Sylla.

– Jesteśmy… w pewnym sensie – rzekł z uśmiechem Lis. – Możemy się krzyżować z nimi, dając płodne potomstwo, więc spełniamy starożytną definicję gatunku. Zwykle nie chorujemy i żyjemy znacznie dłużej, właściwie nie wiadomo, o ile dłużej, gdyż wszyscy moi krewni ginęli gwałtowną śmiercią. Mamy świetną pamięć, podobnie jak hybrydy, a nasza krew ponoć silniej działa w Rytuałach, choć akurat ten aspekt osobiście uważam za fantazję.

– Dlaczego mówisz nam to wszystko? – zapytał Tygrzyk.

– Chcę wam pokazać, że upierając się przy opiece nad nią, próbujecie nosić ogień dłońmi. Zresztą to, co fizyczne, jest mniej istotne. Jesteśmy Strażnikami Wiedzy Pradawnych. Pozbawicie ją możliwości nauki? Wy? Ibrowie?

– Wiedza, z której ponoć zabraniacie korzystać… Nie wiem, czy to dostateczna cena za absolutne posłuszeństwo Szarej Wieży – warknął z pogardą ojciec.

– Nie zwiążę wnuczki z Wieżą. To dziecko z mojej krwi i zwiążę je ze sobą – oświadczył pogodnie Cesarz.

– Możliwe, że niewiele ci to da, Najstarszy – stwierdził tato ze złośliwym uśmiechem. – Umierając, twoja córka prosiła o wolność dla małej. Nigdy nie miałbyś pewności, czy dziewczynka nie złamie Przysięgi.

– Cała Civerta! – westchnął dziadek. – Niepokorna nawet po śmierci. Tym bardziej uważam, że dziecko potrzebuje nadzoru, a wy nie macie pojęcia o wychowaniu Strażnika.

– Ty zaś nie masz pojęcia o wychowaniu Muhtlynge – odparł Tygrzyk.

Sylla, która od dłuższego czasu nie odzywała się, podeszła do kominka.

– Mówiłeś, że to jak próba noszenia ognia w dłoniach, Najstarszy. Potrafię to robić – powiedziała, sięgając palcami w płomienie i podnosząc żarzące się polano. Podstawiła je pod nos Eolardowi, po czym wrzuciła z powrotem do paleniska. – Z twoją wnuczką też sobie poradzę. Dziewczynka zostanie u nas, póki sama nie zdecyduje, czy chce się od ciebie uczyć. Za dziesięć lat.

Stary Lis spojrzał na przesyconą drobinkami metalu skórę dłoni złotniczki i uśmiechnął się szeroko – jak chłopiec, który przejrzał sztuczkę magika.

– Za sześć lat, czcigodna.

– Za osiem – oświadczyła twardo Żagnica. – Do tego czasu możesz nas odwiedzać, kiedy tylko zechcesz. Sam.

Dziadek zaśmiał się, patrząc na jej nieugiętą minę. Od lat nikt nie sprzeciwił się Cesarzowi.

– Ciężko się z tobą targuje, pani – powiedział wstając z fotela. – Dbajcie o małą Kheltarissę. Niezbyt mi się podoba perspektywa zgładzenia własnej wnuczki, lecz zrobię to, jeśli zajdzie taka konieczność. Do zobaczenia za kilka miesięcy.

Zarzucił płaszcz na ramiona i wyszedł na dziedziniec.

 

***

 

Mimo zapowiedzi, Stary Lis nie wrócił tak szybko jak obiecywał. Stosunki z Tarkami – zazwyczaj napięte – po rozgromionym powstaniu w Nettereli przeszły niemal w stan otwartej wojny. Obie strony odwołały swoich dyplomatów i wprowadziły sankcje gospodarcze. W ciągu następnych miesięcy również w Ivarhoen narastały antydrakkeńskie nastroje, aż z początkiem kolejnej jesieni nadeszła Krwawa Równonoc, w czasie której pojmano moją ciotkę, Nimurel. Tylko stanowczy sprzeciw Terrany odwiódł dziadka od zbrojnej interwencji. Przez dłuższy czas Eolard miał na głowie ważniejsze rzeczy od przejmowania się jakimś dzieciakiem. Zawitał do nas dopiero, kiedy skończyłam cztery lata.

Co do Przysięgi Waartgerda, mój ojciec się mylił. Ośmiorgu dzięki, Eolard nigdy się o tym nie dowiedział. Nie jestem tak niepodatna na rytuały krwi, jakby życzyła sobie umierająca Civerta. Jednak o tym przekonałam się dopiero, gdy związałam Narka.

Lecz to już zupełnie inna opowieść.

Koniec

Komentarze

Szczerze powiedziawszy, nie wiem, czy opowiadanie spełnia do końca reguły konkursu, gdyż elementów niepasujących jest wedle moich wyliczeń piętnaście (sic!). No, można tę liczbę zmniejszyć grupując niektóre z nich. Niemniej – życzę miłej lektury i emocjonującego poszukiwania "zgrzytów". A może jest coś, co przegapiłam i nie jest skutkiem wizji artystycznej tylko mojego dyletanctwa? Chętnie się dowiem:D Pozdrawiam

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Też nie wiem, czy tekst spełnia wymagania konkursowe, za to jestem przekonany, iż po lekkiej "dekompresji" stanowiłby niezły początek dłuugiej historii, rozgrywającej się w skomplikowanej scenerii zaproponowanego przez Ciebie świata.

To jest część czegoś większego,  czy stworzyłaś ten świat jedynie na potrzeby tego krótkiego opowiadania?

Sorry, taki mamy klimat.

Sama nie wiem,  co napisać. Przeczytałam, dziwnie zainteresowana, na początku jeszcze próbowałam szukać "niepasujących elementów", szybko jednak o tym zapomniałam. Za to próbowałam przedrzeć się przez niezliczone, tajemnicze dla mnie elementy stworzonego przez Ciebie świata. I – stworzyłaś sobie imponujący świat, jednak dla niewtajemniczonego czytelnika nieznanych elementów jest tu za dużo. Za dużo jak na taki fragment – wszystko jedno, czy miałby być odrębnym opowiadaniem, czy wstępem do czegoś większego. Napisany jest tak, że mnie zaciekawił, z drugiej strony zirytował – bo nie wiem, kto z kim i dlaczego. A sugerujesz, że jednak ktoś z kimś i dlaczegoś. Zbyt duża ilość tajemniczych szczegółów przysłoniła historię. Też nie wiem, czy spełnia kryteria konkursowe. Ale podczas czytania zapomniałam, że to na jakiś konkurs jest :).

Przepraszam, że odpowiadam dopiero teraz, ale wczoraj aura odcięła mnie od internetu. Wcześniej, przed kilkoma zmianami, tekst stanowił fragment powieści, jednak "wyleciał" przy kolejnych cięciach. I było mi go trochę szkoda. Niestety przez to pochodzenie, opowiadanie jest nie do końca zamknięte i ma wszystkie wady apaszki wykrojonej ze starej spódnicy. Może to nie do końca  w porządku w stosunku do Czytelników, ale – nie potrafiłam go tak calkiem wyrzucić. Dziękuję serdecznie za przeczytanie i pozdrawiam.

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Zasady konkursu potraktować można z dużą dowolnością, a więcej niż jeden element – o ile wszystkie umotywowane – to jak najbardziej mile widziane urozmaicenie ; )   Dzięki za udział, poczytam sobie dzisiaj ; )

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Czytało mi się fajnie, ale jako że to fragment większej całości, nie czuję satysfakcji z lektury. Zaczęło się dobrze, potem miałam nadzieję na niezłe rozwinięcie, ale nim do niego doszło, okazało się, że właśnie przeczytałam ostatnią kropkę po ostatnim zdaniu. Pozostał niedosyt, bo chętnie poznałabym dalsze dzieje bohaterów tej zręcznie zamotanej opowieści. W tym baśniowym średniowieczu znalazłam trzynaście zgrzytów, ale nie powiem jakich, by nie psuć zabawy innym. ;-)  

 

„…rudych włosach i przenikliwych, lodowato błękitnych oczach”. –– …rudych włosach i przenikliwych, lodowatobłękitnych oczach.

 

„Pytałam, czego tu chciałaś, ostroucha?” –– Myślę że ostroucha chce nadal, więc:  Pytałam, czego tu chcesz, ostroucha?  

 

„…Kurgan Uulgark, zwany Mrówkolwem, należał najrozsądniejszych osób znanych osób Sylli…” –– Pewnie miało być: …Kurgan Uulgark, zwany Mrówkolwem, należał do najrozsądniejszych osób znanych Sylli

 

„Przybysz spoglądał na Rumdaka swymi złotymi, kocimi oczyma”. –– Czy jest możliwe, by patrzył oczyma należącymi do kogoś innego? ;-)

 

„Ty zaś nie masz pojęcia o wychowaniu Muhtlynge– odparł Tygrzyk”. –– Brak spacji. Pozdrawiam.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki, jose:) regulatorzy – jesteś nieoceniona! Poprawione. Za brak satysfakcji przepraszam, co do niedosytu – porządki trwają, "Trawiec" czeka na koniec bety, więc pewnie Cię dalszymi dziejami Kotki jeszcze pozamęczam;) Pozdrawiam

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Czekam niecierpliwie i już się cieszę, albowiem wielbię wszystkie Kotki i Koty. ;-) Pozdrawiam.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

     Płomyk zdał sobie sprawę?  I ostatnie zdanie pierwszego akapitu chyba żle sformułowane – przeczy informacjom zawartym wyzej w tekście.          Fajnie jest to napisane. Czytam.        Pozdrówko.  

 Fajny tekst i moje wątpliwości  wyjaśnily następne akapity. Ale to jest materiał na duży  tekst –  nawet na powieść. W tekście jest trochę problemów z podmiotem narracyjnym.  

A skąd mieli absynt?    

Pozdrówko. 

Dziękuję, Rogerze. Faktycznie przy płomyku lepiej byłoby ująć go w dwa myślniki, niestety skończyła mi się możliwość edycji – poprawię na nowej stronie. Absynt mieli z tej samej aparaturki co leczniczą gorzałkę (1/15), ale zapach absyntu pochodził z wiszącego nad drzwiami wianka z piołunem ( moja lodówka cuchnie teraz starymi skarpetami, ale przysięgam, że to przez ser).

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

     Może jeszcze jedno: ostatnie zdanie drugiego akapitu: "tak poznalam mojego tatę" powinno być poprzedzone interlinią, może nawet gwiazdkami. Tutaj właśnie zwątpiłem, kto to właściwie opowiada.      Dalej tez coś w tym stylu  tak leciuteńko zgrzytnęlo.       Wydanie tejże powieści.

Przemyślę to, choć przy normalnym formatowaniu jest chyba nieco bardziej czytelne. Jeszcze raz dziękuję i pozdrawiam.

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Niezłe, tylko widać, że to część większej całości i pozostawia niedosyt.

Babska logika rządzi!

Dzięki, Finklo (ale się ucieszyłam jak zobaczyłam gwiazdkę:))

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

W związku z upływem terminu konkursu, ośmielam się podać listę elementów niepasujących do średniowiecznych realiów. Ponieważ ramy czasowe średniowiecza są dyskusyjne, niektóre "zgrzyty" również mogą budzić wątpliwości. Tak więc – SPOJLERUJĘ;) – z grubsza chronologicznie (Uwaga! może być nudno):   owulacja – no tutaj było mocno nieśredniowiecznie : odkrycie komórki jajowej – 1826 Karl Ernst von Baer, pierwsza praca na temat owulacji – 1923 Kyusaku Ogino. garłacz – skonstruowano w XVI w. trzewiki – niestety nie udało mi się znaleźć zbyt wielu materiałów na temat ówczesnego obuwia, ale trzewiki chyba pojawiły się w XVI w. bieżąca woda – mimo częstych przykładów korzystania z tego udogodnienia w starożytności, na długi czas odeszła w zapomnienie. Wodociągi w miastach średniowiecznych, jeśli istniały, zaopatrywały w wodę studnie miejskie. toaleta wodna – spłukiwana wiaderkiem wody pojawiła się już ponoć 4500 lat temu – w dolinie Indusu, zaś prototyp podobny do współczesnej wersji – o dźwięcznej nazwie Ajaks – opisał w 1596 John Harington, chrześniak Elżbiety I (niestety ekstrawaganckie urządzenie się nie przyjęło; no i nie miało kolanka "s", więc potrzebne było sporo potpourri). Ponownie spłukiwaną toaletę "wynalazł" J. F. Brondel w roku 1738, w 1819 r brytyjski patent na spłukiwanie toalety uzyskał Albert Giblin. Pomysł udoskonalił i rozpropagował Thomas Crapper, uważany (niesłusznie) za wynalazcę tego cuda. syfon – podobno znano go ponoć już w starożytności, lecz źródło fortuny Bandahów – kolanko „s” wynalazł w 1775 Alexander Cummings. Prototyp współczesnego syfonu opatentował w 1825 Charles Plinth, zaś wersję zbliżoną do współczesnej – w 1837 Antoine Perpigna. rusznikarz – jako osobny cech rusznikarze figurują od XVI w., choć przedstawiciele tego zawodu działali już w XV w. matriarchat – w średniowieczu się nie zdarzał, a w dorhiarskiej formie chyba nie istniał w ogóle. badanie neonatologiczne – w stylu Krzyżaka to dość późne osiągnięcie: pierwsza nowoczesna szkoła położnicza powstała w 1812 r. wrośnięte łożysko – nie znalazłam niestety, kto i kiedy po raz pierwszy opisał to schorzenie – obstawiałabym XIX w , ale pierwszą metodę jego leczenia operacyjnego – histerektomię położniczą – zastosowano po raz pierwszy w 1876 (choć akurat w innym wskazaniu) gorzałka – tu się nie będę uzewnętrzniała, tylko odeślę do dyskusji pod tekstem bemik Co za licho? [ŚREDNIOWIECZE 2013] sekcja zwłok – pierwsza udokumentowana miała miejsce w 1300 r, a pierwszy teatr anatomiczny wybudowano w Padwie w 1490, lecz przez lata była traktowana jak kara – wykonywano ją na ciałach skazanych na śmierć złoczyńców. muszkiet – używany od XVI w. definicja gatunku – za twórcę pierwszej naukowej definicji gatunku uznawany jest żyjący w XVII w John Ray. odwołanie dyplomatów – co by kogoś odwołać potrzebne były stałe placówki dyplomatyczne, a te większość państw wprowadziła w XVII lub XVIII w. (choć republiki włoskie miały je już w XV w.)   Wątpliwości mogły budzić także: szuba – noszona od XV w. hamernia – co prawda kuźnice z młotami wodnymi okres świetności przezywały bodajże od XVII do początku XIX w., lecz pierwsze pojawiły się już w późnym średniowieczu ( np. w Suhl – od 1363 czy na terenie Rudaw) broń palna – na terenie Europy pojawiła się już w XIV w., choć początkowo w dość nieporęcznej formie sankcje gospodarcze – tu wszystko zależy od ich rodzaju, ale np. cła były w średniowieczu dość powszechne   Ciekawe czy coś przegapiłam:) Pozdrawiam

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

I przepraszam za rozstrzelenie – edytor jest dla mnie nieogarnialny

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Tekst ogólnie całkiem mi się spodobał. Jak podnoszono jednak wyżej – nie stanowi samodzielnej całości, jest ewidentnie fragmentem. Trochę za dużo obcych nazw na wszystko – można się pogubić. Dość irytujące są odwołania do różnych miejsc, zjawisk i zdarzeń nie związanych z tym, co dzieje się w samym tekście. Te wszystkie wtrącenia nic tu nie wnoszą.   Technicznie – ładnie. W ogóle pozytywnie zaskoczona jestem poziomem technicznym konkursowych tekstów ; ) "…należał najrozsądniejszych…" – brakuje "do" "… sięgam tacie do ramienia. (…) …położył dłoń na ramieniu…" – powtórzenie   Podoba mi się to, co pokazałaś, zarys, potencjał. I ludzie-koty! ; D Są elementy – sama je pracowicie wymieniłaś ; ) – wszystko na miejscu. Gdyby tylko to nie był fragment, a pełnokrwiste opowiadanie…

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Dzięki, jose:) Brakujące "do" chyba zdązyłam poprawić przed edycją, powtórzenie poprawię przy przejściu na nową stronę. Z fragmentem – wiem, wiem, kajałam się i kajam nadal. Za skarby świata nie potrafię nic domknąć w tym uniwersum. A to moja ulubiona piaskownica. Choć aktualnie proces twórczy utknął w miejscu, bo nie wiem kto ma wykąpać nieprzytomną bohaterkę po taplaniu się w ściekach – świeżo upieczony mąż czy stary przyjaciel (nie wiem, co jest mniej upokarzające). Pewnie porozmyślam jeszcze kilka miesięcy…

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Mąż. Proste. I proszę – możesz sobie teraz pisać dalej ;) Powodzenia!

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

Dzięki, krajemar:) (errr, oto straciłam pretekst do nicnierobienia)

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

A może wspólnie? Zwłaszcza, jeśli cięzka… Albo nieprzytomna i jeden jej musi główkę nad wodą trzymać. :-)

Babska logika rządzi!

Też jestem za mężem. A jak świeżo upieczony, tak szlag powinien go trafić na samą myśl o tym, że jakiś "stary przyjaciel" mu żonę może obmacywać… ; P

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

A ja, nie wiedzieć czemu, jestem za starym przyjacielem. Od razu sprawy się pokomplikują. Oj, biedna bohaterka! Postaw ją przed dylematem!

Jeszcze mogą się mąż z przyjacielem kłócić o przywilej tak długo, aż kobitka się sama wykąpie. No to Ci pomogłyśmy… ;-)

Babska logika rządzi!

Niech się chłopy pobiją, w awanturze wpadną do ścieku, a potem się we trójeczkę wykąpią. Dylemat z głowy, a jakie możliwości się otwierają ;)

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

O rany, tośmy się niebezpiecznie zbliżyły do diabelskich trójkatów;D Chyba jednak zostanę przy mężu, coby mi się od własny przy czytaniu nie oburzył.

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

O, kurcze, Alex, ależ Ty masz lekkość pisania…

Podoba mi się.

I, przykro przyznać, bardziej niż Poranek Szerszenia.

Jak to dobrze, że to moje ognisko domowe budowlańcy zgasili… czas teraz mam na takie perełki.

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

Dzięki, Emelkali:)

Budowlańcy rozwalili Ci kuchnię? Przed świętami?

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Tygrzyk błyskawicznym ruchem chwycił nadgorliwego draka za nadgarstek, miażdżąc go w potężnym uścisku doświadczonego kowala. Gestem drugiej dłoni powstrzymał matkę, która zdążyła uchylić okno i trzymała lufę wycelowaną w pierś mego dziadka.

A dziecko, które przed chwilą trzymał na rękach, w tym momencie fajt, jebs, AAAAAAA! i chmura rozpłakanego śniegu w powietrzu… :) Włóż mu to dziecko do chusty przewieszonej przez ramię i pierś, to będzie mógł takie cuda robić :)

 

o wzorach jak u jakieś jaszczurki albo żaby

jakiejś

 

 

Zdecydowanie ciekawsze od Poranka Szerszenia. :) Szkoda, że to tylko fragment, chętnie poznałbym resztę. Dobrze się czyta.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Jeny, Psycho, ale Ty upierdliwie spostrzegawczy jesteś. No… jak to mówi moje dziecię… masakra :D W kożuch małą owinął. Nic o rękach nie ma. Może w kożuchu owym schowek był… Weź że facet, rusz wyobraźnią. :P Niby rozumiem, ze skazę na swym… imidżu… sugestią tkliwości, zarżnąć chcesz sporą dawką złośliwości… :P

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

Jaką złośliwością, to po prostu zabawne jest :) Naprawdę myślałem, że dziecko fajtnie na glebe i wszyscy zmartwieją, a babeczka wyskoczy z rusznicą i tak ich zelży… Alex ma stosowne poczucie humoru ;)

Jak masz dziecię, to na pewno pamiętasz moment, kiedy przestało grzecznie siedzieć na rękach, tylko zaczęło się wykręcać, przekręcać i wyginać. Ach… Ja goopia pipa, przecież półibra na pewno ma na brzuchu torbę jak kangurzyca na kangurzątko! :):)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Ano pamiętam, chociaż dawno to było :) Pamiętam też, że owo dziecię miało więcej niż dwie kwadry… DUUUUUUUŻO więcej.

ALex ma poczucie humoru, ale w tym momencie, w tej historii… No, weź polituj… :)

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

Idealny kontrapunkt. Chłopcy biorą się za łby, dzidzi nieomal dzieje się głupio krzywda, Herod w spódnicy przywołuje baranów do porządku, panowie otrzepują się ze śniegu i zaczynają rozmawiać… No co w tym złego? :)

 

EDIT: Naprawdę tego nie widzisz? Najważniejsze dziecko na tym świecie, potęzny władca z jednej strony i wynalzca z drugiej, biorą się chłopaki za łby, a owo bezcenne dzidzi po prostu… upuszczają w śnieg! Ta konsternacja, to zdumienie, to momentalne ochłonięcie… Gag warty Hugo, Nebuli i Oscara! :)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Sorki. Instynkt macierzyński. Widzę i nie akceptuje takiego rozwinięcia akcji :) Odwołaj się do tkliwej części swego jestestwa… a zrozumiesz :P

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

Echo ;)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Hańba mi! Jak ja mogłam takiego babola przeoczyć!

Dzięki, Psycho:)

O, upuszczenie byłoby super! I ile późniejszych durnych zachowań bohaterki by tłumaczyło! Do rozważenia mam jeszcze oczywiście coś, co widziałam w jakimś filmie kung-fu: podrzucamy dzidzi wysoko w powietrze, nokautujmy dwóch najbliższych wrogów, łapiemy maleństwo, podrzucamy i tak póki nie wykosimy przeciwników w liczbie zbliżonej do populacji małego miasteczka (zespół wstrząsanego dziecka to przecież tylko głupia propaganda).

Przemyślę:)

 

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

:D :D Zrób, zrób coś z tym upuszczaniem, bo to przednie jajo w tekście może być, że tak wielkanocnie podpowiem ;)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Ponownie czytałem z zainteresowaniem. Sprawnie napisana, ładnie poprowadzona opowieść. Mimo wszystko, przydałoby się trochę cięć. Splunęła pod nogi – wystarczy, że splunęła. Tekst o dziesięć procent krótszy jest o dziesięć procent lepszy, a nadszczegółowość zawsze jest balastem opowieści. Warto byłoby przeprowadzić spokojna korektę opowiadania.

Pierwsze gwiazdki do wycentrowania.

Ale ja piszę o technikaliach… Samo opowiadanie jest ciekawe, oparte na dobrym pomyśle – i z rozmachem kreuje ciekawe universum, z interesującymi protagonistami opowieści. No i ten klimat… Dobra robota, zasługująca na umieszczenie na bibliotecznej półce.

Serdecznie pozdrawiam.

Dziękuję, Rogerze. Gwiazdki już poprawiam:)

EDIT: a z przegadania chyba nigdy nie wyrosnę. Bo dla mnie to mogła nie tylko pod nogi splunąć, ale np. na drzwi. Ja osobiście byłabym w stanie nawet sobie w oko napluć, ale to już wrodzony dar;)

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Nowa Fantastyka