- Opowiadanie: Kumczy - Tańczący z duchami

Tańczący z duchami

Autorze! To opowiadanie ma status archiwalnego tekstu ze starej strony. Aby przywrócić go do głównego spisu, wystarczy dokonać edycji. Do tego czasu możliwość komentowania będzie wyłączona.

Oceny

Tańczący z duchami

 

To mój debiut na tej stronie i w internecie w ogóle, mam nadzieję, że komuś spodoba się to, co wytworzyłem. Życzę przyjemnych wrażeń!

 

 

 

Memento mori, powiadają, i to już od stuleci. Każdego prędzej czy później odwiedzi ponury kościsty osobnik, ściskający w prawicy staromodne narzędzie rolnicze – tak przynajmniej wyobraża sobie to znaczna część śmiertelników kręcących się po świecie zwanym Ziemią. Rzeczywistość nie jest aż tak bardzo odmienna od tego poglądu, pozwólmy sobie jednak na drobną korektę.

 

Dusza to byt energetyczny. Skoro tak, to po śmierci musi gdzieś trafiać, w myśl zasady o przepływie energii w środowisku. Ich zbieraniem zajmują się dwie firmy recyklingowe, szerzej znane jako Niebo, Sp. z.o.o. oraz Piekło, Inc. Ich wysłannicy krążą po całym świecie, zawsze będąc w pobliżu, gdy ktoś zbliża się do kresu swej ścieżki. Dusza jest kompresowana i wysyłana do zakładu przetwarzania, skąd… Do tego, co się faktycznie dzieje z duszą po śmierci, jeszcze wrócimy. Teraz bardziej istotny jest sam proces pozyskiwania.

 

Do obu firm sygnał o zbliżającym się kopnięciu w kalendarz dociera w tym samym czasie, ale to od pracowników zależy, jak szybko dotrą na miejsce, zlokalizują delikwenta i grzecznie poczekają, aż odwali kitę (żelazną zasadą bowiem jest, że nie można wydzierać duszy z żyjącego ciała – na to pozwolić sobie może jedynie wcześniej wspomniany Śmierć). Później łapie się duszę do specjalnego słoiczka, chowa za pazuchę i można iść do kolejnego przypadku. Ci najbardziej skuteczni mogą liczyć na specjalne względy Szefa, gdy ten wprowadzi w życie Plan (nikt dokładnie nie wie, na czym ma on polegać, ale za każdym razem mówi się o nim z szacunkiem i przez obowiązkowe duże P). dlatego też, Zbieracze (zwani czasem Aniołami i Diabłami) nie tracą czasu i radośnie pomykają po świecie, pakując do słoiczków dusze śmiertelników.

 

***

 

Chris, od kiedy pamiętał, miał koszmarnego pecha. Do czego by się nie zabrał, mógł być pewien, że prędzej czy później coś się posypie. Z tego powodu lista wykonywanych zawodów na jego CV rosła z postępem niemal geometrycznym. Cały czas szukał zajęcia, w którym wytrzymałby bez wypadku więcej niż dwa miesiące.

 

Jakby tego było mało, Chris widział i słyszał więcej niż przeciętni ludzie. Już od dziecięcych lat spotykał na ulicach duchy, czasem nawet z nimi rozmawiał. Dość szybko przekonał się, że nie warto wspominać o tym dorosłym, którzy do idei, że ich dziecko rozmawia z umarłymi, podchodzili niezrozumiale negatywnie. Zresztą, duchy rzadko miały do powiedzenia coś ciekawego. Zazwyczaj narzekały na to, jak umarły, albo usilnie starały się przekonać go do przekazania wieści ich rodzinom. Uznał, że to zbyt wiele zachodu i niemal przestał zwracać uwagi na snujące się tu i ówdzie zjawy; ot, kolejna część krajobrazu. Teraz jednak istoty nie z tego świata miały mieć potężny wpływ na egzystencję Chrisa…

 

W dniu, gdy go poznajemy, pracował przy myciu okien w wieżowcach. Dobór takiego zajęcia przez kogoś z niemal przysłowiowym brakiem szczęścia mógłby dziwić, gdyby nie to, że Chris dość rozpaczliwie potrzebował gotówki. Rad nie rad, spędzał samotnie dnie na wąskim balkoniku, jeżdżąc z góry na dół, zmywając kurz i zacieki ze szklanych tafli. Pracował już trzeci tydzień, co było jego rekordem w tym roku, więc zdobył trochę doświadczenia i pewności siebie. Zakładał słuchawki i puszczał ulubioną muzykę, nie przejmując się tym, że chodnik był kilkanaście pięter niżej.

 

Ściągnął myjką ostatnią smugę płynu z okna, z zadowoleniem sięgnął do korbki mechanizmu pozwalającego na opuszczenie balkoniku piętro niżej, gdy zauważył ruch po swojej lewej. Gdy odwrócił w tamtą stronę głowę, dostrzegł jasnowłosego faceta siedzącego na barierce i przyglądającego mu się z uwagą.

 

– A ty to kto? – zapytał, marszcząc brwi. Czyżby ktoś otworzył okno i wyskoczył na papierosa?

 

O dziwo, nieznajomy, zamiast odpowiedzieć, wzdrygnął się, o mało nie spadając na ulicę. Gapił się na Chrisa, wyraźnie zszokowany.

 

– Koleś, jeśli zachciało się fajeczka, to trzeba było iść na dach. Ja tu pracuję, wiesz?

 

– Ty… ty mnie widzisz? – wyjąkał w końcu przybysz. Jak zauważył Chris, ubrany był w jasne luźne szaty, bardziej pasujące do mnicha niż japiszona, jakich pełno było w tym budynku.

 

– Jasne, co w tym dziwnego? Zaraz… skoro to cię tak dziwi, to pewnie jesteś duchem, co?

 

– Coś w tym rodzaju – wykrztusił, nadal dochodząc do siebie.

 

Chris wzruszył ramionami, wracając do pracy. Nawet w takim miejscu nie mogą dać mu spokoju. Ponownie sięgnął do korbki, gdy usłyszał nowy głos, tym razem z prawej.

 

– Niech to szlag, znowu się spóźniłem. Przeklęte korki. No, ale musi jeszcze spaść, prawda? Myślę, że będę szybciej na dole.

 

Odwrócił się. Po drugiej stronie, naprzeciwko pierwszego przybysza, stał kolejny mężczyzna, brunet, tym razem odziany w skórzaną kurtkę i koszulkę z logiem Metalliki. Patrzył z wyraźną niechęcią na pierwszego ducha.

 

– Zawsze musisz wepchnąć się do zlecenia, które ja wybiorę – sarknął. – Dlaczego nie zajmiesz się czymś, na, bo ja wiem, Borneo? Daj w spokoju pracować zawodowcom.

 

– Oprócz siebie żadnego tu nie widzę – odciął się jasnowłosy, zapominając o szoku. – Spadaj stąd, Heller. Nic tu po tobie.

 

– Nie tobie o tym decydować, Clouder. Dusza tego człowieka należy do mnie, i to ja zgarnę premię.

 

– Właśnie, jeśli chodzi o niego – zaczął ten nazwany Clouderem. – On jest inny…

 

– To chyba oczywiste, tępaku. Gdyby był zwykłym szaraczkiem, nie zostałby oznaczony złotą kategorią. Widać, nie miałeś wcześniej dostępu do tak wyrafinowanych zadań…

 

Tego było za wiele dla Chrisa.

 

– Zamknąć mordy, obydwaj! – wydarł się. – Ja tu pracuję! Jeśli chcecie sobie urządzać spotkanie na ploteczki, to róbcie to z dala ode mnie.

 

Ciemnowłosy wytrzeszczył oczy.

 

– On nas słyszy?

 

– Słyszy i widzi, choć wolałby nie – burknął Chris. – Wypad stąd. Mam jeszcze sporo roboty. – Przepchnął się obok Hellera i w końcu zaczął obracać korbką. Zdążył zrobić kilka obrotów, gdy coś strzeliło, a podłoga balkoniku uciekła z pod stóp mężczyzny. Nie myśląc, złapał za jedną z podtrzymujących wszystko lin. Rozległo się chrupnięcie, balkonik z osłupiałymi duchami runął w dół, a Chris, ciągnięty przez linę, której się kurczowo trzymał, śmignął w górę. Obijając się boleśnie o świeżo umyte okna, dotarł do kołowrotu zamontowanego na dachu. Zanim obracające się kółko zdążyło zmiażdżyć mu palce, puścił linę i złapał się krawędzi budynku. Ostatkiem sił wdrapał się na górę, gdzie padł na wznak i tylko oddychał ciężko, łapczywie łapiąc powietrze. Dopiero po kilku minutach zdecydował się podnieść do pozycji siedzącej. Teraz, gdy adrenalina opadła, czuł rwące jak sto diabłów ramię; chyba kość wyskoczyła mu ze stawu. Co gorsza, kilka metrów przed nim pojawiło się dwóch jego wcześniejszych gości, najwyraźniej rozglądających się za nim. Chris jęknął.

 

– Czego chcecie? Dajcie mi w reszcie święty spokój, nie będę rozwiązywał waszych egzystencjonalnych problemów.

 

– Przecież ty miałeś zginąć – powiedział bezradnie Heller, jakby miał o to pretensje do Chrisa.

 

– Przepraszam, że zawiodłem twoje oczekiwania – warknął mężczyzna. – Chodź no tu, przydasz się do czegoś.

 

Brunet posłusznie podszedł do Chrisa, który zdążył wstać i krytycznie oglądał swój prawy bark. Nie spodobało mu się to, co zobaczył, bo mruknął pod nosem przekleństwo.

 

– Złap mnie za rękę – polecił Hellerowi – i trzymaj mocno.

 

– Co chcesz zrobić? – zapytał duch. – Chyba nie…

 

Chris powoli, ale zdecydowanie naciągnął rękę. Rozległo się chrupnięcie, gdy wyraźnie rysująca się pod skórą główka kości wskoczyła na swoje miejsce. Mężczyzna jęknął i skulił się, ale nie upadł. Po dłuższej chwili wyprostował się.

 

– Dzięki, o wiele lepiej. Teraz powiedzcie mi, kim, do diaska, jesteście i czego chcecie ode mnie.

 

Duchy wymieniły zdumione spojrzenia, po czym Heller wzruszył ramionami, dając w ten sposób do zrozumienia, że nie ma nic przeciwko, by jego towarzysz podzielił się tą wiedzą.

 

– Cóż, jakby to ująć… – zaczął Clouder. – Nigdy jeszcze tego nie opowiadałem śmiertelnikowi…

 

– Nawet o swojej pracy nie potrafisz powiedzieć? – parsknął Heller. – Jesteś beznadziejny, wiesz?

 

– Zamknij jadaczkę, oszołomie. Zbieram myśli. No dobra – podjął Clouder, najwyraźniej poukładawszy sobie co nieco w głowie. – Jesteśmy… to znaczy ja, ten pajac w czarnym i wielu, wielu więcej… jesteśmy Zbieraczami.

 

– Łał – powiedział Chris, bezbłędnie wyczuwając Dużą Literę. – Co zbieracie? Grzyby, śliwki?

 

– Dusze – burknął duch, urażony tak trywialnymi domysłami. – Jesteśmy wszędzie tam, gdzie ktoś umiera. Zbieramy dusze i przenosimy je do swojego świata, by mogły stać się częścią Planu.

 

– Jakiego planu? – zapytał zaintrygowany Chris.

 

– Ja… nie mogę o tym mówić – zaciął się Clouder.

 

Heller parsknął szyderczym śmiechem.

 

– Po prostu nie wiesz, na czym polega Plan!

 

– Tak, jakbyś ty wiedział o Planie swojego szefa. Jesteś tylko zwykłym starszym szczotkowym.

 

– Co powiedziałeś?

 

– Nie dość, że operator mopa, to jeszcze głuchy. Spadaj do swojego piekła, ciemniaku.

 

– Nie mów tak do mnie! – wrzasnął Heller, rzucając się z pięściami na drugiego ducha. Już po chwili obaj tarzali się drobnych kamyczkach, pokrywających dach, obserwowani przez zdumionego Chrisa. Patrzył na nich przez chwilę, ale wszystko wskazywało na to, że bójka dopiero się zaczyna. Wzruszył ramionami i poszedł w kierunku drzwi, skrywających za sobą klatkę schodową. Powinien powiedzieć swojemu szefowi, że nie będzie dzisiaj w stanie dalej pracować. Nie ze zwichniętym barkiem i balkonikiem roztrzaskanym na chodniku.

 

***

 

Następnego dnia, po tym jak wszedł do swojego salonu, Chris z przykrym zaskoczeniem stwierdził, że Clouder i Heller wprosili się do niego na śniadanie. W niezbyt miłych słowach wyjaśnił im, że nie życzy sobie niezapowiedzianych wizyt.

 

– Nie zamierzam umierać! – wrzeszczał, wypychając ich za drzwi. – Wypad z mojego domu!

 

– Ale jesteś nam potrzebny…

 

– NIC MNIE TO NIE OBCHODZI! WON!

 

Trzasnął drzwiami. Do czego to dochodzi, żeby człowiek nie miał ani odrobiny prywatności. Ruszył do kuchni, mamrocząc pod nosem inwektywy. Przestał mamrotać, a przeszedł na wrzask, gdy zobaczył obu delikwentów siedzących przy stole. W końcu, gdy wylał z siebie żale, westchnął ciężko, włączył ekspres i czekając na kawę, spojrzał koso na gości.

 

– Do czego niby jestem wam potrzebny? – burknął.

 

– Wiesz, dlaczego możesz nas widzieć? – zapytał Heller.

 

– Mam tak od dzieciństwa. Nikt mi nie powiedział, skąd to się wzięło.

 

Heller rozparł się na krześle. Dzisiaj zamienił skórę na dżins, a na koszulce pojawił się Eddie, maskotka zespołu Iron Maiden. Sięgnął po dzbanek z kawą, ale widząc mordercze spojrzenie gospodarza, szybko się zreflektował.

 

– Tylko energetycznie silne dusze mogą widzieć przedstawicieli świata astralnego – wyjaśnił. – A ty masz wyjątkowo duży potencjał. Nasi pracodawcy chcieliby cię pozyskać… cholera, nie mogę uwierzyć, że z nim o tym gadam – mruknął do siebie.

 

– ­Pozyskać? Co to, do diabła, ma znaczyć?

 

– Oczywiście, tylko w razie twojej śmierci – dodał Clouder. – Niestety, w twoim przypadku nasze czujniki trochę szwankują i pokazują, że niemal nieustannie jesteś w stanie śmiertelnego zagrożenia. Dlatego cały czas czuwamy w pobliżu… tak na wszelki wypadek.

 

– I co niby byście ze mną zrobili gdybym umarł?

 

– Dusze są niezbędne do utrzymywania rzeczywistości w obecnym kształcie. Gdyby zabrakło energii, wszystko, łącznie z zaświatami, runęłoby jak domek z kart.

 

– Sępy – mruknął pogardliwie Chris. Wrócił do przygotowania śniadania, starając się nie zwracać uwagi na gości. Jako że nie miał na chwilę obecną pracy, nie musiał się nigdzie spieszyć, ale nie cieszyła go myśl, że miałby spędzić najbliższy czas z duchami. Domyślał się, że najbliższe godziny mogą być dla niego ciężkie.

 

Zjadł w ponurym milczeniu, zaciskając zęby za każdym razem, gdy Clouder i Heller zaczynali sobie dogryzać; po prawdzie, głównie przez to śniadanie zajęło mu tak dużo czasu. Oderwał się w końcu od krzesła i wyszedł, zostawiając zmywanie na późniejszą porę. Musiał się trochę przewietrzyć.

 

Wychodził właśnie z kuchni, gdy usłyszał dziwny gwizd. Zaintrygowany, przystanął, starając się zlokalizować źródło hałasu. Po kilku sekundach samo się ujawniło – pompa ciśnieniowa ekspresu rozerwała na strzępy całe urządzenie, obrzucając kuchnię ostrymi odłamkami szkła, metalu i plastiku. Garści siekańców przeleciały przez zdumionych Zbieraczy, a sam Chris przytomnie schował się za drzwiami. Gdy ucichł brzęk, ostrożnie zajrzał do pomieszczenia. Jęknął; kuchnia uwalana była kawą, co więcej, wszystko miało w sobie mniejsze lub większe elementy ekspresu. Świetnie, jakby miał mało zmartwień, to jeszcze dochodzi remont. Spojrzał na Zbieraczy.

 

– Przynosicie mi pecha, nieroby. Idźcie może do siebie, co?

 

– Znowu się otarł o śmierć – szepnął Clouder, bardziej do siebie niż kogoś innego. – Jak on to robi?

 

Dopiero po dłuższej chwili zorientował się, że Chris wyszedł z domu. Zbieracz wyciągnął zza pazuchy smartfona, przejrzał najnowsze wiadomości i uznał, że może na chwilę wrócić do Nieba, by odpocząć i osobiście zdać raport z postępów… a raczej ich braku. Nie uśmiechało mu się to zbytnio, ale wolał nie czekać, aż zostanie wezwany. Zerknął na Hellera; ten, korzystając z nieobecności gospodarza, przeglądał zawartość lodówki i wyżerał co ciekawsze kąski. Clouder westchnął ciężko. Niektórzy nigdy się nie zmienią. Obrócił się w miejscu i już go nie było.

 

***

 

W tej samej sekundzie pojawił się przed wysokim budynkiem z jasnego piaskowca. Wzdłuż brukowanej drogi stały inne budowle w podobnym stylu, czyli późnej secesji. Chodniki ocieniały rozłożyste drzewa, słońce jasno świeciło na czystym niebie. Słowem – sielanka. Clouder wszedł do budynku, mijając wiszącą przy drzwiach marmurową tablicę ze złotym napisem

 

NIEBO, SP. Z. O. O.

 

Przeszedł szybko przez wyłożony jasną boazerią hol, rzucając krótkie pozdrowienie siedzącemu za kontuarem recepcjoniście. Podszedł do wind, wsiadł do jednej i wcisnął guzik opatrzony cyfrą 7. Wysiadł na górze i jak zwykle został lekko wytrącony z równowagi tym, co zobaczył. Siódme piętro było niemal puste, pomalowane błyszczącą bielą, a przy tym bardzo małe. Składało się głównie z poczekalni, w której stały dwie wyglądające na wygodne kanapy obite białą skórą. Po drugiej stronie pomieszczenia były drzwi z ciemnego dębu, pokryte misternymi rzeźbieniami. To właśnie one tak dziwiły Cloudera; Szef ewidentnie lubował się w prostocie, nawet minimalizmie, a mimo to drzwi do jego gabinetu stanowiły dzieło sztuki. Po firmie chodziły plotki, że to sentyment z młodzieńczych czasów, ale nikt nie ośmielił się zapytać wprost.

 

Clouder wziął głęboki oddech i delikatnie zapukał. Otworzył drzwi, gdy usłyszał ciche:

 

– Proszę wejść!

 

Wnętrze gabinetu Boga było znacznie skromniejsze niż można by się spodziewać po miejscu noszącym tak zacne miano. Było również pomalowane na biało, jedną ze ścian zajmował regał z książkami, a naprzeciw drzwi, dodając majestatyczności biurku, widniało pokaźnych rozmiarów okno. Sam wcześniej wspomniany mebel miał rozmiary małego lotniskowca, ale zajęte było tylko przez cieniutki plik papierów i laptopa. Od niego też oderwał oczy On i uśmiechnął się lekko.

 

– Ach, Jonatan, to ty. Cudownie. Proszę, usiądź – Bóg wskazał Clouderowi fotel stojący przed biurkiem. Zbieracz podszedł, i pomimo iż nie była to jego pierwsza wizyta w tym gabinecie, czuł się jak całkowity żółtodziób, który przyszedł na rozmowę kwalifikacyjną. Grzecznie usiadł i zerknął na Boga. Był to ubrany w idealnie skrojony biały garnitur czarnoskóry mężczyzna po pięćdziesiątce. Zdjął okulary w wąskich oprawkach i popatrzył wyczekująco na pracownika.

 

– Co cię do mnie sprowadza, Jonatan? – zapytał Bóg.

 

– Chciałem… Chciałem zdać raport z pozyskania duszy o klasie złotej – zaczął, zająknąwszy się.

 

– Fakt, mieliśmy ostatnio wezwanie do takiej sprawy. Jak wiesz, jej zdobycie bardzo pozytywnie wpłynęłoby na działanie naszej firmy.

 

– Tak, wiem, tylko…

 

Bóg zmarszczył brwi. Jego najlepszy Zbieracz brzmiał dzisiaj wyjątkowo niepokojąco.

 

– Co „tylko”? Czyżbyś napotkał problemy? Może to ten Heller znowu wtrąca ci się w działania?

 

– Och, ten tępak to dla mnie żaden problem – Clouder machnął lekceważąco ręką i prychnął, jak zawsze, gdy ktoś wspominał jego zaprzysięgłego rywala. – Chodzi o nosiciela duszy. On ma… jakby to powiedzieć… niesamowite szczęście. Dość wspomnieć, że nadal jest żywy.

 

Bóg obdarzył Cloudera krótkim, badawczym spojrzeniem po czym wstukał coś na klawiaturze laptopa.

 

– Rozwiń, proszę. Z tego, co mówisz, sytuacja jest nietypowa.

 

– Kosmicznie nietypowa! Facet powinien umrzeć już dwa razy, od czasu, gdy go obserwuję. Czujniki śmierci są bezużyteczne, przez trzy czwarte doby pokazują to samo. Wiem, że ta dusza jest ważna, ale…

 

– Tak?

 

– Po prostu nie mam pojęcia, ile czasu zajmie jej zebranie. Muszę przecież czekać aż facet sam odwali kitę.

 

Już otwierał usta, by podzielić się kolejną porcją żali, tym razem na towarzystwo, w jakim przyszło mu pracować, ale usłyszał plumknięcie facebookowego czatu, więc zamknął otwór gębowy z cichym kłapnięciem. Bóg zerknął na ekran, szybko odpisał, po czym czekał chwilę na odpowiedź, zupełnie nie zwracając uwagi na Cloudera. Wymienił jeszcze kilka wiadomości, w ciągu których na Jego twarzy odmalowywało się coraz większe niezadowolenie.

 

– Zmiana planów – powiedział w końcu, wyglądając jakby się pogodził z uzyskanymi chwilę wcześniej wiadomościami. – Myślałem, że uda nam się wprowadzić Plan na własną rękę, ale wszystko wskazuje na to, że nie będziemy mieli dość czasu.

 

– P-plan, proszę pana? – wyjąkał Clouder. – Wprowadzić w życie? Teraz?

 

– Na pewno w ciągu czterdziestu ośmiu najbliższych godzin. – Bóg wydawał się być trochę skwaszony, ale na pewno znacznie bardziej zaniepokojony. Właśnie to przeraziło Zbieracza. Jeśli coś mogło zaniepokoić Boga, to sprawy na pewno nie szły różowo.

 

– Chyba czas, żebym powiedział ci co nieco o Planie. Jak wiesz, dążymy do jego wprowadzenia od bardzo dawna.

 

– Tak, na pewno dłużej, niż ja tutaj pracuję, czyli od kilku tysięcy lat.

 

– Właśnie. Przez ten czas zbieraliśmy energię ludzi. Mimo to, okazuje się, że to niewystarczająca ilość. Ciężko mi to mówić, ale będziemy zmuszeni do współpracy z Piekłem przy wdrażaniu Planu.

 

– ŻE CO? – Clouder wybałuszył oczy. Miał nadzieję, że się przesłyszał. Współpraca z Piekłem? Przecież to niemożliwe, obie firmy konkurowały ze sobą od zawsze. Nie mógł sobie wyobrazić, co mogło spowodować takie zmiany w polityce przedsiębiorstw.

 

– Wiem, że nie musi mi pan o tym mówić… Ale co się, u licha, dzieje?

 

– Pewnie słyszałeś, że Plany nasze i Piekła są kompletnie różne. – Bóg wstał z fotela, pokręcił się chwilę po gabinecie, po czym przysiadł na skraju biurka. – Musisz wiedzieć, że to kompletna bzdura. Po prawdzie, nasze Plany są identyczne.

 

Clouder był już tak zszokowany, że tylko skinął głową. Miał nadzieję, że oczy nie wypadną mu z orbit od ciągłego wytrzeszczania.

 

– Nie będę się zagłębiał w szczegóły techniczne, ale Plany mogą między innymi pozwolić na powstrzymanie Przedwiecznych przed wprowadzeniem na rynek fali nowych pojemników na dusze. Wiemy, że od dawna prowadzą nad nimi badania, a nasi informatorzy ostrzegają, że pierwsze partie mają lada dzień opuścić fabrykę. Niezmiernie ważne jest, by nie dopuścić do tego.

 

No proszę, pomyślał z dziwnym spokojem Clouder. Więc w końcu to się stało. Zwariowałem i mam omamy. Przecież nie może chodzić o taki drobiazg jak zamiana słoiczków na bidony, dzbanuszki, czy jeszcze jakieś inne tatałajstwo! Plan musi odwoływać się do czegoś większego!

 

Podzielił się swoimi sceptycznymi myślami z Bogiem. Ten westchnął, ale i pokiwał głową, jakby spodziewał się, że jego pracownik może mieć problem z ogarnięciem powagi sytuacji.

 

– Pozwól, że ci to wytłumaczę, Jonatanie. Tu nie chodzi tylko o zmianę naczyń. Korzenie sprawy sięgają znacznie dalej. Wiesz zapewne, skąd braliśmy do tej pory słoiczki?

 

– No… Jest kilka firm, które się specjalizują w ich wytwarzaniu, tak?

 

– W tym rzecz, kilka. Nie tylko my i Piekło korzystamy z pojemników na dusze. Przedstawiciele wszystkich zaświatów muszą w czymś przenosić duchy. Ten popyt napędza potężny sektor astralnej gospodarki. Tych kilka zakładów wytwarza sprzęt najwyższej jakości. Przedwieczni zaś – tu Bóg pozwolił sobie na ciche prychnięcie – mają zamiar zalać rynek masową tandetą. W ich fabrykach pracują zniewolone demony, które nawet w sprzyjających warunkach rzadko są w stanie sklecić coś porządnego. Nic, jeno buble i paskudztwa. Wracając do rzeczy, napływ taniego, szeroko dostępnego towaru zdławi najlepszych wytwórców.

 

– Ale… Skoro wiecie, że te nowe pojemniki mają być kiepskie, to kto chciałby ich używać?

 

– Taoiści, jak przypuszczam – mruknął Bóg. – Oni zawsze cięli po kosztach. Pewnie dlatego, że mają całkiem sporo dusz i mogą sobie pozwolić na pewne szkody transportowe.

 

– No dobra, niech by i były te tandetne pojemniki. Zgubimy jakąś duszę lub dwie, przecież to nie taki wielki problem. Co chwilę ktoś umiera.

 

– I w ten sposób dochodzimy do meritum. Kontaktowałem się z Lucyferem – Bóg wskazał na laptopa – twierdzi on, że ma wiarygodne dowody na to, że pojemniki mają ukrytą funkcję.

 

– Ufa pan Rogatemu? – jęknął Clouder. – Przecież to nasz największy konkurent!

 

– Znamy się z Lucjanem od bardzo dawna – chrząknął Bóg. – Zdaje się, że od podstawówki. Jeśli twierdzi, że jest czegoś pewien, to można mu zawierzyć.

 

Szokujące informacje grzmociły Cloudera w głowę jak spadające orzechy kokosowe. Wchodząc do tego gabinetu, spodziewał się bury, a nie dość, że nie usłyszał złego słowa o swojej pracy, to jeszcze poznał więcej oszałamiających wiadomości niż przez ostatnie trzysta lat razem wzięte.

 

– Można wiedzieć, jakie to ukryte funkcje?

 

Bóg przyjrzał się uważnie Clouderowi.

 

– Mówię ci to tylko dlatego, że jesteś naszym najlepszym Zbieraczem. Mam nadzieję, że wiesz, jak istotna jest dyskrecja.

 

– Oczywiście – przytaknął skwapliwie Clouder. Być może zbyt skwapliwie, gdyż Bóg spojrzał na niego krzywo. Skruszona mina pracownika musiała go jednak przekonać do podzielenia się sekretami.

 

– Pojemniki Przedwiecznych przekazują energię dusz do ich wytwórni zaraz po tym, jak zamknie się w nich ducha.

 

Clouder myślał, że nie zaskoczy go nic bardziej od wieści, że Bóg kumpluje się z Lucyferem. Mylił się. Informacja o podstępnych pojemnikach trzasnęła go równie skutecznie jak trzonek kilofa.

 

– Przecież to… – wystękał bezradnie.

 

– No właśnie – zgodził się Bóg. – Dlatego połączymy siły z Piekłem. Nie możemy dopuścić, by te pojemniki trafiły na rynek.

 

– Co możemy zrobić? – zapytał Zbieracz, ściskając skronie i starając się zebrać myśli.

 

– Po pierwsze, odpocznij. Przydasz się nam tylko, gdy będziesz w pełni sił. Przyjdź do biura jutro rano, omówimy szczegóły akcji. O ile, rzecz jasna, wyrażasz zainteresowanie czasowym awansem na stanowisko agenta specjalnego Nieba.

 

– Czasowy awans? – powtórzył sceptycznie Clouder. Bóg tylko machnął ręką.

 

– Detalami kontraktu zajmiemy się później. No, już, zmykaj do domu, Jonatanie.

 

***

 

Chris z pewnym zdziwieniem zdał sobie sprawę z tego, że już od dłuższego czasu nie widział żadnego z tych Zbieraczy, którzy ostatnio uprzykrzali mu życie. Zdaje się, że od chwili, gdy wzburzony wyszedł z domu, nie pojawili się ani razu więcej. Wyśmienicie. Pewnie zrozumieli, że Chris nie ma zamiaru żegnać się z życiem i zajęli się swoimi sprawami.

 

Wykorzystywał wolny czas do poszukiwania kolejnej pracy. Nie zawężał się do jednej dziedziny, z jego szczęściem (a właściwie jego brakiem) trzeba było chwytać się każdej możliwej okazji. Siedział na ławce w parku, przeglądając ogłoszenia, gdy zaczął się łańcuch dziwacznych wydarzeń.

 

Najpierw poczuł głębokie, odległe drżenie, przenikające przez ziemię i podeszwy butów, docierając do samego środka jego ciała. Zaraz potem rozległ się spiżowy gong wielkiego dzwonu, niosący się nisko nad ulicą. Chris podniósł wzrok znad płachty gazety, zaintrygowany. Z tego, co wiedział, w okolicy nie było kościołów.

 

Dzwon nadal bił, a jego dźwięk był dziwnie ostateczny. Co dziwniejsze, nikt spośród dość licznych przechodniów zdawał się nie zwracać uwagi ani na drżenie, ani na gong. Ani jeden nawet nie podniósł głowy, chociaż dzwony przybierały na sile, jakby dopiero się rozpędzały. Chris doszedł do jedynego sensownego w tej chwili wniosku – że zarówno dźwięk, jak i drżenie, są czysto astralne. Tylko co to oznaczało? Nigdy wcześniej nie doświadczył czegoś takiego.

 

Zwinął gazetę i wstał. Miał złe przeczucia i, jak po kilku chwilach się okazało, całkiem słusznie. Zdążył przejść kilka kroków, gdy powietrze przed nim nagle zgęstniało i przybrało postać znanego mu już Taylora Hellera. Zbieracz wydawał się czymś mocno zaniepokojony, tak że ledwie zwrócił uwagę na Chrisa. Rozejrzał się szybko, po czym złapał zaskoczonego człowieka za ramię i pociągnął w kierunku najbliższej bramy. Dopiero gdy znaleźli się w cieniu potężnego filaru, Heller zdecydował się odpowiedzieć na grad pytań, jakimi zasypywał go Chris.

 

– Co się dzieje?

 

– Plan ruszył pełną parą. Wy chyba nazywacie to Apokalipsą.

 

– CO?!!!

 

– Tak, mi też się to średnio podoba. Teraz chodź, musisz się ukryć.

 

– Przed kim? – Chris był tak wstrząśnięty, że dał się poprowadzić dalej w miasto.

 

– Apokalipsa daje wolną rękę Śmierci i reszcie Jeźdźców, a do tego nie można wykluczyć obecności demonów, które zawsze szukają okazji, by trochę narozrabiać.

 

Przechodnie oglądali się za Chrisem, który musiał dziwnie wyglądać, ciągnięty przez coś, czego nie mogli zobaczyć. Uśmiechnął się przepraszająco do zdumionej starszej pani, która na ten widok przeżegnała się pospiesznie. Dotarli do pokaźnej fontanny na rynku. Chris zaparł się nogami i wyszarpnął rękę z uścisku Hellera.

 

– Może ty, jako duch, nie potrzebujesz odpoczynku, ale ja tak – sapnął, oddychając głęboko. – Wytłumacz mi, proszę, gdzie uciekamy i jaki jest sens umykać przed Śmiercią. Czy nie jest ona wszechwiedząca? Nie znajdzie mnie wszędzie?

 

Heller parsknął śmiechem, ale przystanął. Nadal rozglądał się uważnie, wypatrując jakiegokolwiek niebezpieczeństwa.

 

– Po pierwsze, Śmierć to facet. Owszem, ma bardzo dobry wywiad, ale to nie przed nim uciekamy. Ważne jest, aby demony cię nie dopadły. Jeśli cię stracimy to koniec, mamy przechlapane.

 

– Skąd ta nagła zmiana frontu? Jeszcze wczoraj chcieliście, żebym umarł.

 

– Tak, ale jeszcze wczoraj nie wiedziałem, że szef zdecyduje się wprowadzić Plan w życie.

 

– Cały czas nawijacie o tym Planie – sarknął Chris – ale jedyne, co się zmieniło, to ten przeklęty dzwon. Właśnie, gdzie jest ten drugi? Clouder, tak?

 

– Dobre pytanie – warknął Heller. – Ten tępak się spóźnia. Przez niego będziemy mieli kłopoty.

 

– Do czego właściwie jestem wam potrzebny?

 

– To dość skomplikowane. Wolałbym, żeby ten oszołom już tu był. Niech cię diabli, Clouder!

 

W tej samej chwili usłyszeli przenikliwy gwizd. Odwrócili się obaj i zobaczyli podmiot ich rozmowy, wychylający się z pobliskich drzwi. Podbiegli do niego.

 

– Gdzieżeś ty był? – wysyczał Heller. – Myślałem, że cię dopadli zanim się w ogóle zaczęło.

 

– W przeciwieństwie do ciebie, umiem myśleć perspektywicznie. Załatwiłem nam bezpieczne lokum, przynajmniej na jakiś czas.

 

Weszli do małego mieszkania na pierwszym piętrze. Mieli stąd dobry widok na rynek, po którym spacerowało sporo ludzi, zupełnie nie będąc świadomymi, że właśnie nastała Apokalipsa. Chris odwrócił się od okna i spojrzał na Zbieraczy.

 

– Dobra, panowie, konkrety na stół. Czy naprawdę zaczęła się Apokalipsa? A jeśli tak, to dlaczego nic się nie dzieje?

 

– To tylko kwestia minut – odparł Clouder, nadal wyglądając przez okno. – Demonom zawsze zajmuje trochę czasu dotarcie z innego wymiaru. Trzeba będzie zgromadzić trochę broni zanim zacznie się prawdziwe zamieszanie.

 

– Broni? Chcecie walczyć z demonami?

 

– Możliwe, że nie będzie innego wyjścia – powiedział Heller. – Lepiej się zabezpieczyć. Tam, gdzie idziemy, nie będzie bezpiecznie. Miałeś kiedyś styczność z bronią palną?

 

– Ja? A skąd – parsknął mężczyzna. – Przy pierwszej wizycie na strzelnicy pewnie sam bym się postrzelił. Zaraz… Dlaczego pytasz? Chcesz strzelać do demonów?

 

– Łatwiejsze to od ścinania ich mieczem, ale różne są gusta. Grunt, to umieć się obronić.

 

– Zaraz… Gdzie my właściwie idziemy?

 

– No tak, zapomniałem ci powiedzieć – stropił się nieco Clouder. – Nasza misja polega na przeniknięciu do innego wymiaru i dokonanie sabotażu w fabryce Przedwiecznych. O ile się uda, bez ujawniania naszej obecności.

 

– Tylko tyle? – prychnął ironicznie Chris. – Brzmi banalnie. Do czego właściwie jestem wam potrzebny?

 

– Masz niezwykle silną aurę duchową. Gdy przeniesiesz się do innego, astralnego wymiaru, możesz stać się potężną jednostką. No i będziemy mogli cię strzec. Gdybyś wpadł w ręce demonów, sytuacja stała by się bardzo paskudna.

 

– Jest jeden mały problem. Wcale nie znam się na walce.

 

– To tylko kwestia odpowiedniego nastawienia – powiedział Heller. – Grunt, to chcieć. Reszta jakoś pójdzie. Zresztą, zanim dotrzemy do fabryki, będziemy mieli trochę czasu by cię podszkolić.

 

Chris przycupnął na krześle w kącie, przetrawiając to, co właśnie usłyszał. Wybitnie mu się to nie podobało. Dlaczego miałby narażać się dla cudzej sprawy?

 

– Wszystko pięknie, ale… – zaczął, jednak Clouder brutalnie mu przerwał: – Zaczęło się.

 

Wszyscy trzej zbliżyli się do okna. Na ulicy zaczęły pojawiać się świetliste pęknięcia, przez które wyczołgiwały się paskudne, wielokończynowe stwory. Tym razem wyglądało na to, że przeciętni obywatele mogli je zobaczyć. Minęło kilka sekund i już powietrze drgało od dziesiątek przerażonych wrzasków. Ludzie rozbiegli się we wszystkie strony, gonieni przez demony wydające z siebie nieprzyzwoite okrzyki i bulgoty.

 

– Trzeba działać – powiedział Heller, a Clouder przytaknął mu skinieniem głowy. Zanim Chris miał szansę zareagować, złapali go, każdy za jedno ramię i nagle zrobiło się bardzo ciemno i bardzo ciasno, jakby kazano mu się przepychać przez gumową rurę. W następnej chwili stali pośród szarych skał, smagani zimnym wiatrem. Daleko przed nimi, na zakurzonym niebie, wisiała przyćmiona kula olbrzymiego słońca.

 

– Witaj w świecie Przedwiecznych – powiedział Heller.

 

***

 

Ruszyli powoli przed siebie, wzdrygając się z zimna przy każdym podmuchu powietrza. Nie widać było żadnej roślinności, wszystko było też suche jak pieprz. Ta kraina na pewno nie zdobyłaby pierwszego miejsca w konkursie na najbardziej przyjazne miejsce.

 

– Gdzie my właściwie idziemy? – zapytał po dłuższej chwili marszu Chris.

 

– Zaraz powinniśmy ją zobaczyć… O, jak tylko wyjdziemy zza tego wielkiego głazu – odpowiedział Clouder.

 

Faktycznie, gdy tylko minęli zwalisko skał, im oczom ukazała się równina, ciągnąca się aż po horyzont. W znacznej części pokryta była rozległymi halami, ogromnymi kopułami i masywnymi kominami – a wszystko to łączyło się w jeden potężny kompleks, zajmujący setki, jeśli nie tysiące hektarów. Na ten widok Chris stracił głos na dobre kilka minut.

 

– Co to jest, u licha? – wychrypiał, gdy struny głosowe zgodziły się podjąć współpracę.

 

– Fabryka Przedwiecznych – odparł Heller. – Produkują w niej mnóstwo rzeczy, przy czym teraz głównie obchodzą nas pojemniki na dusze. Musimy odnaleźć odpowiednią linię montażową i unieszkodliwić ją.

 

– Niby jak? – zapytał z niedowierzaniem Chris. – Przecież to jest ogromne! Nawet gdybyśmy wiedzieli, gdzie szukać, dotarcie tam zajęłoby mnóstwo czasu. A jak śmiem przypuszczać, nie wiecie, gdzie szukać.

 

Wyraz twarzy Zbieraczy był wystarczającą odpowiedzią.

 

– No właśnie. A co z tą bronią, o której mówiliście? Pewnie okaże się zaraz, że wszystko będziemy musieli zrobić gołymi rękoma. Dzięki, mam dosyć. Odstawcie mnie do domu, wolę spróbować swoich sił z demonami niż brać udział w tej bezsensownej akcji.

 

Ruszył przed siebie, ale nie usłyszał chrzęstu innych kroków na żwirze. Odwrócił się, zirytowany.

 

– Nie wyraziłem się jasno? Odeślijcie mnie z powrotem do domu.

 

– Obawiam się, że to niemożliwe – odparł Clouder, trochę zakłopotany. – Nasze pojawienie się tam spowodowałoby takie zawirowania pola duchowego, że od razu ściągnęłoby wszystkie demony w promieniu dwóch kilometrów. Nikt nie dałby sobie z nimi rady.

 

– Świetnie – warknął Chris. – Po prostu super. Więc utknąłem tutaj, dopóki nie rozwalimy tej fabryki?

 

– Wszystko na to wskazuje.

 

Chris zgrzytnął zębami tak głośno, że Heller aż się wzdrygnął.

 

– A co z jakąś bronią? Nie tylko do obrony, ale i do zniszczenia linii montażowej. Gołymi rękoma tego nie zrobimy.

 

– Cieszę się, że o to zapytałeś – ożywił się Heller. – To dość ciekawa sprawa. Jako że znajdujemy się w wymiarze astralnym, wszystko, co się tutaj znajduje, zbudowane jest z duchowych cząsteczek. My, jako istoty międzywymiarowe, mamy możliwość przenoszenia siebie i niektórych przedmiotów z jednego świata do drugiego. Ty zaś… podejrzewamy, że w związku z twoją ogromną energią duchową, będziesz w stanie powołać do istnienia wszystko, na czym odpowiednio mocno skupisz swoją wolę.

 

– Podejrzewamy?

 

– Nie zdarzyło się jeszcze, żeby człowiek za życia przeszedł do demonicznego wymiaru.

 

– Przecieramy szlaki, co? – mruknął Chris, już pogodzony ze swoim losem. – Mówisz więc, że jeśli mocno o czymś pomyślę, to się to pojawi?

 

– Wiele na to wskazuje.

 

– No dobra, spróbujmy.

 

Chris stanął w lekkim rozkroku, rozciągnął się, aż strzeliły stawy i wpatrzył się w ziemię przed sobą, zaciskając szczęki i mrużąc oczy. Tkwił tak z dwie minuty, i już miał zrezygnować, gdy garść kamieni zadygotała i rozjarzyła się mdłym blaskiem. Tak go to zaskoczyło, że stracił koncentrację.

 

– Widzicie? – zwrócił się do Zbieraczy z ekscytacją. – Coś się dzieje!

 

– Bardzo dobrze – pochwalił go Clouder. – Spróbuj jeszcze raz, wydaje się, że wiesz, o co w tym chodzi.

 

Chris z zapałem wrócił do prób. Przy kilku pierwszych kamienie tylko się trzęsły, grzechocząc jak zęby umarlaka, ale po jakimś kwadransie, gdy był już zlany potem od wysiłku, większy głaz przed nim uniósł się w powietrze, błyszcząc szmaragdowym światłem. Jaśniał z każdą chwilą aż stał się bryłą zielonego blasku. Wtedy rozciągnął się, zmieniając kształt. Po kilkunastu sekundach stękania i zgrzytania zębów na piasku wylądował potwornych rozmiarów dwusieczny topór. Zbieracze zdumieni spojrzeli na Chrisa, który choć zmęczony, to z zadowoleniem oglądał broń.

 

– Cóż to ma być? – zapytał Heller, wytrzeszczając oczy. – Wygląda, jakbyś wyrwał go z łapy jakiegoś wielkiego wikinga.

 

– Fajny, co? – zagadnął Chris, jakby nie dosłyszał tego komentarza. – Jakoś błąkał mi się po głowie, uznałem, że można spróbować.

 

– Umiesz się tym posługiwać?

 

– Nie mam pojęcia, nigdy nie miałem czegoś takiego w ręku. Zaraz się przekonamy.

 

Wstał z klęczek, dźwigając toporzysko. Niestety, był on tak duży i ciężki, że przy każdym ciosie ciągnął Chrisa za sobą, nie pozwalając mu utrzymać równowagi. Z pewnym żalem odrzucił broń z powrotem na piasek.

 

– Chyba troszeczkę przesadziłem – powiedział, choć uśmiech błąkający się po jego ustach wskazywał na to, że jest strasznie z siebie dumny. – Muszę stworzyć coś mniejszego.

 

– Myślisz, że mógłbyś to robić w trakcie marszu? – zapytał Clouder. – Nie chcę cię poganiać, ale powinniśmy jak najszybciej ruszyć.

 

– Cóż, zobaczymy, co z tego wyjdzie. Kamieni nam nie zabraknie.

 

Skierowali kroki w dół zbocza, z trudem odszukując bezpieczną ścieżkę pośród niestabilnych głazów i hałd żwiru. Przez większą część drogi nie rozmawiali, bowiem Chris zajęty był próbami przekształcenia tworów geologicznych w narzędzia do robienia krzywdy, a Clouder i Heller poza kolejną garścią obelg i kpin nie mieli sobie nic do przekazania.

 

– Czy demony używają broni palnej? – zapytał nagle Chris.

 

– Z tego, co mi wiadomo, to nie – odparł Heller. – Jeśli już miotają jakieś pociski, to tylko wytworzone za pomocą magii. Dlaczego pytasz?

 

– Nie, nic – mruknął mężczyzna, ale od tego czasu pośród całego arsenału, jaki miał w myślach do ewentualnego stworzenia, coraz częściej pojawiały się rozmaitego rodzaju tarcze. Nie chciał się brzydko zdziwić, gdyby miał biec na stado demonów z mieczem w ręku, a te nagle zaczęłyby ciskać w niego ognistymi kulami czy innymi takimi.

 

Po godzinie marszu zbliżyli się znacznie do fabryki, nadal jednak byli oddaleni od najbliższych budynków o kilka ładnych kilometrów.

 

– Głodny jestem – powiedział Chris. – I trochę spragniony. Macie coś do picia?

 

Zbieracze spojrzeli po sobie i jednocześnie pokręcili przecząco głowami.

 

– Po raz kolejny pokazujecie swoją bezużyteczność – mruknął mężczyzna. – Ty – powiedział, celując palcem w Cloudera. – Wyglądasz na porządnego aniołka. Nie możesz wyczarować wody ze skały lub czegoś podobnego?

 

– To byłoby poważne naruszenie przepisów o ograniczeniu ingerencji w inne światy… – zaczął dość niepewnie.

 

– Więc wysadzenie w powietrze ogromnej fabryki już taką ingerencją nie jest, tak? – przerwał mu Chris. – Dajże spokój, jeśli mam wam pomóc, to muszę żyć. Jeśli nie będę pił na tej pustyni, to niedługo wyschnę na wiór i nie będzie ze mnie żadnego pożytku – I tak się dziwię, że dopiero teraz zaczyna mnie chwytać pragnienie.

 

– Głód i pragnienie w światach czysto duchowych pojawiają się tylko po dużej emisji mocy – wtrącił Heller. – Tworzyłeś po drodze mnóstwo przedmiotów, nic dziwnego, że trochę cię to wyczerpało.

 

– To jak będzie z tą wodą? – zapytał Chris.

 

– No dobra, ale ty stwórz przy okazji jakiś pojemnik, nie będę otwierał źródeł co krok – powiedział dość niechętnie Clouder.

 

Podeszli do pobliskiej kupki szarych skał. Chris skupił się na płaskim kamieniu wielkości dwóch dłoni a Clouder wlepił wzrok w pozostałe głazy. W czasie, gdy człowiek z wystawionym koniuszkiem języka tworzył pokaźnej wielkości manierkę, Anioł mamrotał coś pod nosem, by w końcu wyciągnąć przed siebie władczym gestem rękę i wycelować palec w największy kamień. Coś głośno chrupnęło i ze szczeliny trysnęła wąskim strumieniem czysta woda, opadając wdzięcznym łukiem. Chris podstawił świeżo stworzony pojemnik, napełniając go zimnym płynem. Po chwili odstawił manierkę i złapał wodę w usta.

 

– Hm, mineralna – powiedział z uznaniem. – Masz do tego talent.

 

– Drobiazg. Możemy ruszać?

 

– Jakbyś jeszcze załatwił jakieś przekąski…

 

– To nie Sheraton, mamy misję do wykonania!

 

– Okej, okej. Nie ma potrzeby do irytacji. Za wami, panowie.

 

***

 

Bez niespodzianek dotarli na skraj kompleksu. Budynki wzniesione były z szarobrązowych prefabrykatów, wołających o pomstę do zmysłu estetycznego. Co zdziwiło Chrisa, nie było żadnych ogrodzeń; pustynia od razu przechodziła w fabrykę. Podzielił się swoimi spostrzeżeniami ze Zbieraczami.

 

– A po co mają stawiać płoty? – zapytał Heller. – Przecież dookoła nie ma nikogo i niczego, co mogłoby chcieć tutaj wtargnąć. Nic, jeno suchy piach. A demony są na tyle głupie, że nie pomyślą o samowolnym opuszczeniu stanowisk.

 

– Racja. Cóż, tym lepiej dla nas. Gdzie powinniśmy zacząć?

 

– Wygląda na to, że gdziekolwiek – stwierdził Clouder. – Wejdźmy do pierwszego z brzegu budynku i poszukajmy map kompleksu lub czegoś takiego. Może przy okazji natkniemy się na coś interesującego.

 

Nie sposób było odmówić słuszności jego słowom. Już w drugiej napotkanej hali ich oczom ukazały się ogromne stosy trójzębnych wideł.

 

– Co to, u licha, ma być? – zdumiał się Clouder.

 

– Jak przypuszczam, narzędzia dla diabłów pracujących w piekle – odparł Heller. – No wiecie, czymś trzeba dźgać grzeszników.

 

– Więc piekło naprawdę tak wygląda? – zainteresował się Chris. – Ogień, siarka i wieczne potępienie?

 

– Tak sobie ubzdurali, to mają – mruknął wyraźnie zniesmaczony Heller. – Nie można zawieść oczekiwań wierzących. Myślisz, że sami nie wolelibyśmy pracować w bardziej cywilizowanych warunkach? Żadna to przyjemność, pocić się przez osiem godzin dziennie przy wielkich kotłach, w których pluskają się ci wrzeszczący idioci. Każdy diabeł po tygodniu wysłuchiwania tych lamentów ma serdecznie dosyć i woli iść kopać tunele. Ech, ci chrześcijanie… A można przecież spędzać wieczność w zacznie ciekawsze sposoby. Partyjka pokera, szklanka szkockiej, te sprawy. No, ale to jest dostępne tylko dla tych, którzy za życia byli na tyle cwani, by się dobrze ustawić.

 

– Uważaj, bo jeszcze pomyślimy, że w piekle jest całkiem fajnie – burknął Clouder.

 

– A nie jest? Przynajmniej coś się dzieje, jest zabawa, a u was? Pełna zadęcia powaga i okropna nuda, tak?

 

– Padło ci na resztki mózgu – odparł zniesmaczony Anioł. – Nie byłeś, to się nie wypowiadaj. Zresztą, szkoda czasu na takie dyskusje. Chodźmy dalej.

 

Zagłębili się w labirynt korytarzy i hal, przez które musieli się przemykać (gdy napotykali zastępy demonów krzątających się przy liniach produkcyjnych) bądź przechodzili swobodnym krokiem, podziwiając szkaradztwa wyprodukowane przez ogoniastych manufakturzystów.

 

W końcu, w jednym z szerokich pasaży, gdzie w podłodze błyszczały dwie linie torów, udało im się znaleźć dużą planszę, przedstawiającą schematyczną mapę całego kompleksu. Co ciekawe, poszczególne działy oznaczone były maleńkimi piktografiami – a to widełki, gdzieś indziej książeczka, a dalekim kącie najprawdopodobniej swój warsztat miał szewc, bowiem budynek opatrzony był ikoną bucika.

 

– No, to wiele pomaga – mruknął Clouder, wpatrując się w mapę. – Widać demony są takimi głąbami, że nawet czytać nie potrafią. Nasuwa się pytanie, czym oznaczyli fabrykę produkującą pojemniki na dusze.

 

– Jak myślicie, co oznacza ten piorun? – zapytał Chris, wskazując na największy budynek, oznaczony małą błyskawicą.

 

– Pewnie montują tam czary – odpowiedział Heller. – Przy okazji mają też poligon doświadczalny, dlatego ta hala zajmuje tyle miejsca.

 

Montują czary? – powtórzył zdumiony mężczyzna. – W jakim sensie?

 

– Normalnym. Słyszałeś pewnie te historie, że ktoś zaprzedał duszę diabłu w zamian za magiczne umiejętności. Ludzie jak zwykle mylą pojęcia, nie potrafią rozróżnić diabła od demona. No, ale jak już sobie jakiś śmiertelnik zażyczy pakietu zaklęć, to trzeba mu je dostarczyć. A że większość z nich jest zupełnie pozbawiona zdolności magicznych, to czary muszą zostać skonstruowane tutaj, skompresowane do postaci księgi z zaklęciami lub pigułki do połknięcia i dopiero wtedy przesłane do odbiorcy.

 

– Posiadasz całkiem sporą wiedzę na ten temat – zauważył Clouder, a jego głos wręcz ociekał jadem. – Jesteś pewien, że jesteś z Piekła, a nie z któregoś z demonicznych wymiarów?

 

– Przynajmniej do czegoś się przydaję, nie tak jak ty. Tylko łazisz za nami ze świętoszkowatą miną i nic nie wnosisz do sprawy.

 

– Ciężko, żebym był ekspertem od technologii demonów – sarknął Clouder, podnosząc głos. – Gdy dotrzemy do celu, zajmę się swoją robotą i nie próbuj wtedy wchodzić mi w drogę!

 

– Zamknąć się, obydwaj – powiedział Chris niemal automatycznie. – Szukamy fabryki pojemników na dusze, tak? Jak myślicie, może być oznaczona tym słoiczkiem w lewym górnym rogu?

 

Zbieracze z pewną niechęcią przerwali kłótnię i spojrzeli ponownie na mapę. Faktycznie, jeden ze średniej wielkości budynków opatrzony był wizerunkiem małego słoiczka po konfiturach.

 

– Tak, to chyba nasz cel – zgodził się Heller.

 

– W takim razie nie ma co tracić czasu, ruszajmy!

 

***

 

Piesza podróż zajęłaby im wiele godzin, na szczęście znaleźli mały elektryczny wózek, podobny do tych golfowych, który znacznie przyspieszył pokonywanie kolejnych kilometrów. Znaczna część fabryki wydawała się na porzuconą, co można łatwo wytłumaczyć – w końcu zastępy demonów grasowały teraz po Ziemi, co na pewno było ciekawszym zajęciem niż niewolnicza praca w dusznych halach. Raz tylko natknęli się na grupkę demonów, gdy wyjechali zza rogu. W pierwszej chwili ciężko było stwierdzić, kto jest bardziej zaskoczony, gospodarze czy goście. Zaraz jednak krępującą ciszę przerwała kanonada błyszczących srebrzystym blaskiem kul, wystrzelona z dwóch pistoletów Hellera i karabinu maszynowego Cloudera. Chris wyskoczył z wózka i ledwie zwalniając, przemienił wiszącą w pobliżu gaśnicę w wąski rapier, z którym rzucił się na niedobitki demonów. Siekąc na lewo i prawo, sprawił, że w powietrzu zawirowały kończyny i głowy demonów. Minutę później było po wszystkim; dwóch Zbieraczy i mężczyzna jechali dalej, zostawiając za sobą spoczywającą w kałużach czarnej krwi makabreskę.

 

– Głupio tak mówić, ale… to była całkiem niezła zabawa – powiedział Chris, odwracając się na siedzeniu i wpatrując się w malejące szybko szczątki. – Wydawało się być czymś naturalnym.

 

– Masz do tego dryg – przyznał Heller. – Nie przyzwyczajaj się jednak za bardzo. Na pierwszym miejscu jest zniszczenie linii montażowej. Jeśli dojdzie do masakry demonów, to tylko przy okazji. Najlepiej by było, gdybyśmy już nikogo więcej nie spotkali.

 

– Nie wydawało mi się, żebyście mieli jakiekolwiek problemy – zauważył Chris. – Zareagowaliście błyskawicznie. No i ta broń… Skąd ją wzięliście?

 

– Przywołaliśmy z naszych wymiarów – rzekł Clouder. – Istnieją odpowiednie dystrykty, w których składuje się rzeczy przydatne w czasie naszych misji. Natykamy się czasem na różne paskudztwa, musimy umieć szybko odpowiedzieć na zagrożenie. Tym razem mieliśmy szczęście, że żaden z demonów nie zdążył podnieść alarmu. Tego tylko brakuje, żebyśmy mieli na karkach całe zastępy tych bestii.

 

Docisnął pedał gazu i wózek z brzęczeniem elektrycznego silnika pomknął dalej. Dwadzieścia minut później dotarli do upragnionej fabryki. Szerokie drzwi były zamknięte, mimo to słyszeli wyraźny łoskot pracujących maszyn i powarkujących do siebie od czasu do czasu demonów. Przycisnęli uszy do gładkiej płyty wejścia, nasłuchując.

 

– Co teraz? – szepnął Chris, choć w hali panował taki hałas, że nie usłyszano by go nawet, gdyby naszła go chęć na natychmiastowe dołączenie do sekcji puzonów orkiestry dętej.

 

– Ciężko powiedzieć – odparł Heller, marszcząc brwi. – Dobrze byłoby zerknąć do środka. Tylko jak to zrobić, nie otwierając drzwi? Może i demony są głupie, ale raczej spostrzegą trzy głowy wetknięte do środka.

 

– Chyba mam pomysł – powiedział Chris. – Niech no spróbuję…

 

Podszedł do ściany na lewo od drzwi i przyłożył do niej rękę. Po kilku chwilach koło o średnicy pół metra zmieniło się w plamę szmaragdowego blasku, który przepełzł na pierś mężczyzny i tam zamienił się w błyszczący napierśnik. Zbieracze z uznaniem pokiwali głowami i zajrzeli przez nowo powstałą dziurę.

 

Przestrzeń dziesięciu najbliższych metrów była mniej więcej pusta, gdzieniegdzie stały tylko palety z częściami do pojemników. Kawałek dalej zaczynała się linia montażowa, wokół której kręciły się dziesiątki demonów, korzystające z przesuwających się po obu stronach taśmociągach, zdejmując niektóre elementy, łącząc je z innymi i przekazując powstałe w ten sposób komponenty dalej. Wszystko to wyglądało dość skomplikowanie, ale o dziwo, szło całkiem sprawnie. W międzyczasie na korytarzu miejsce miała zażarta szeptana narada.

 

– Macie jakieś pomysły, co z tym zrobić? Tam są setki demonów.

 

– Właśnie się nad tym zastanawiam. Do wysadzenia całości potrzeba by było setek kilogramów materiałów wybuchowych. Nie jestem w stanie przywołać tutaj takiej ilości.

 

– Do diabła, sami chcieliście tutaj przychodzić, powinniście mieć jakiś plan awaryjny!

 

– Hej, mnie w to nie mieszaj – szepnął oburzony Heller. – Nie spodziewaliśmy się, że tak to będzie wyglądać.

 

– Czego w takim razie oczekiwaliście? Że będzie tu wielki czerwony przycisk z napisem „zniszcz linię montażową”?

 

– Może nie tak bezpośrednio, ale… – w tym momencie z kieszeni obu Zbieraczy dobiegły dźwięki dostarczanych wiadomości. Zaskoczeni wyciągnęli telefony i przeczytali komunikaty – identyczne, jeśli kogoś to interesuje.

 

– Co jest? – zainteresował się Chris.

 

– „Podaj współrzędne celu” – przeczytał Clouder. – Po co im to?

 

– Czyżby dowództwo zamierzało coś zrobić? – zastanawiał się głośno Heller. – Przecież misja miała być ściśle tajna…

 

– Pewnie ma to coś wspólnego z wprowadzeniem w życie tego waszego Planu – powiedział Chris. – Jak do tej pory przez jego uruchomienie po Ziemi grasują tabuny demonów. Nie powinien on przynosić jakiejś korzyści?

 

– Tak, to ma sens – stwierdził Clouder z błyskiem zrozumienia w oku. – Te ogromne pokłady energii, jakie gromadzimy od tylu lat…

 

-…muszą czemuś służyć – dokończył Heller. – Na pewno szykują jakąś ingerencję w ten świat.

 

– Nie ma co w takim razie tracić czasu – powiedział Chris. – Wysyłaj im współrzędne i zwijamy się.

 

– Przecież nie znam dokładnych współrzędnych – odezwał się Anioł z cieniem pretensji w głosie. – Powinniśmy być jak najbardziej precyzyjni, szczególnie, że nie wiemy, co się ma wydarzyć.

 

Chris westchnął przeciągle, w sposób, od którego z pewnością zafalowałyby pokaźne wąsy, gdyby nie fakt, że był całkiem porządnie ogolony. Spojrzał jeszcze raz przez otwór. Wskazał na miejsce, gdzie taśmociągi z prefabrykatami wyłaniały się ze ściany.

 

– Tam powinno być dobrze. Będzie w miarę blisko pomieszczenia, w którym wytwarzają części. Podbiegniemy tam, zapiszesz współrzędne i zmykamy.

 

– Chyba zapomniałeś o małym szczególe – chrząknął Clouder.

 

– Mianowicie?

 

– W tej hali jest, lekko licząc, sto pięćdziesiąt demonów, a nie wiemy, jak sytuacja wygląda dalej. Myślisz, że pozwolą nam odbyć taką wycieczkę?

 

– Do licha, chłopaki – zirytował się Chris. – Zachowujecie się jak panienki. Wyciągajcie broń i do roboty. Sami powtarzaliście mi, że nazwać demona półgłówkiem to dla niego pochwała. Chcecie mi powiedzieć, że boicie się bandy stworzeń inteligentnych inaczej?

 

Stary trik z odwołaniem się do ambicji zadziałał. Zbieracze wyprostowali się, a na ich twarzach pojawił się wyraz oburzenia. Przecież to oczywiste, że istoty takie jak oni niczego się nie boją. W ich dłoniach zmaterializowały się egzemplarze wyjątkowo dużej broni automatycznej.

 

Chris uśmiechnął się lekko, nie zdając sobie sprawy z tego, że coraz bardziej wchodzi w rolę dowódcy. Wystawił ręce na boki i w jego dłoniach pojawiły się dwa krótkie miecze – japońskie wakizashi. Wywinął nimi szybkiego młynka, po czym powiedział:

 

– Czas pokazać demonom, jak potrafi bawić się Ziemia.

 

W tym miejscu spodziewać się można było wyważenia drzwi i szaleńczego biegu przy akompaniamencie dzikich wrzasków i kanonady strzałów. Tak zrobiłaby znaczna większość początkujących bohaterów. Chris jednak miał trochę więcej rozsądku – a przynajmniej mieli go jego towarzysze, którzy powstrzymali go od takich wyczynów.

 

Wśliznęli się po cichutku, starając się sprawiać wrażenie, jakby byli tylko elementem wystroju pomieszczenia.

 

Demon stojący przy taśmie uniósł jedną z głów. Jego fizjonomia składała się z wielu interesujących podzespołów, w tym z dużego zestawu oczu i równie wielu rąk. Teraz jego spojrzenie omiotło salę i zatrzymało się na wagoniku wypełnionym metalowymi krążkami, zza którego wystawały fragmenty ludzkich postaci, objętościowo nieco zbyt dużych, by w pełni ukryć się na małym wózkiem. Demon wydał z siebie zdumione warknięcie, brzmiące jak kilogram nakrętek ósemek wsypujących się do metalowego wiadra. Po chwili nad wagonikiem pojawiła się głowa, zniknęła, by wrócić z ręką do towarzystwa. Ręka cisnęła czymś, co przeleciało kilka metrów obok stwora i brzęknęło gdzieś w oddali.

 

Chris zaklął cicho. Dźganie mieczem było łatwiejsze niż rzucanie nożami.

 

– Trochę mi nie wyszło – powiedział, zerkając na towarzyszy. – Mógł mnie zauważyć.

 

Jakby na potwierdzenie jego słów, w hali podniosła się straszliwa wrzawa. Zbieracze wychylili się po obu stronach wagonika, szybko oceniając sytuację.

 

– Daruj sobie te fikuśne zabawki i w nogi! – krzyknął Heller, prując serią zaporową z karabinu. Cała trójka wyskoczyła przed siebie, na spotkanie im ruszyła horda okropności rodem z koszmaru patologa – nawet nie ze złości czy poczucia obowiązku, a z czystej ciekawości. Niestety, karygodne maniery gości, zasypujących otoczenie kulami nie pozostawiało wiele miejsca na kurtuazję. Demony ruszyły do walki, broniąc swojego – marnego, bo marnego, ale jednak – życia. Trójka napastników parła przed siebie, wystrzeliwując bądź wycinając sobie drogę w wielokończynowej masie. Szczęśliwie, praca na dwie zmiany przy tak niewymagającym zajęciu jak montowanie pojemniczków na dusze nie sprzyjała utrzymaniu dobrej kondycji i zdolności bojowych. Dwóch dobrze wyszkolonych Zbieraczy i jeden pełen zapału człowiek nie dawali się zatrzymać pomimo wyraźnych dysproporcji w liczebności obu stron. Po kilkunastu minutach dotarli do punktu docelowego, dysząc ciężko – lub rzężąc niemal agonalnie, w przypadku Chrisa.

 

– Dawno nie miałem takiej zabawy – sapnął Heller, wycierając pot z twarzy. – Streszczaj się Clouder, łap te współrzędne.

 

Anioł wyciągnął komórkę i zaczął stukać w ekran. Po kilku chwilach rozległ się głos, idealnie słyszalny w nagłej wyrwie w hałasie:

 

– Trwa szukanie satelity. Proszę czekać.

 

Z trzech gardeł wydobył się potok słów, ze szczegółami opisujących profesję matki satelity i jej anatomiczne ciekawostki. Zaraz jednak szczęknęły zamki karabinów, lufy bluznęły ogniem. Strzelał nawet Chris, trzymając w dłoniach pistolet pożyczony od Cloudera. W końcu, po kilkudziesięciu pełnych napięcia sekundach, głos obwieścił:

 

– Nawiązano połączenie. Proszę wytyczyć trasę.

 

Clouder pacnął kilka razy w ekran. Chwilę później otrzymał odpowiedź. Gdy ją przeczytał, z trudem przełknął ślinę przez ściśnięte gardło, wcisnął telefon do kieszeni i zwrócił się kompanów:

 

– Gotowe. Zalecam natychmiastową ucieczkę.

 

– Niby gdzie? – wysapał Chris. Byli szczelnie otoczeni przez rozentuzjazmowaną ciżbę.

 

– Jak najdalej od tego miejsca. Za kilka minut może zrobić się nieprzyjemnie.

 

Chris i Heller nie zadawali zbędnych pytań. Przyjrzeli się napierającym szeregom, szukając przestrzeni mniej zajętej przez kotłujące się demony.

 

– Och, nie ma na to czasu – warknął Clouder, widząc na co szykują się jego kompani. Złapał obu za ramiona i po chwili z cichym pyknięciem zniknęli wszyscy trzej.

 

***

 

Pojawili się jakiś metr nad ziemią. Chris zdążył zarejestrować, że są z powrotem pod gołym niebem, gdy spadł na glebę, a na niego zwalił się któryś ze Zbieraczy. Mężczyzna stęknął głucho, a gdy w końcu uniósł głowę, tuż przed swoim nosem zobaczył ostrze wielkiego dwuręcznego miecza. Poznał go; musieli wrócić na ścieżkę, którą dotarli do fabryki.

 

Zrzucił z siebie Hellera i powoli wstał, otrzepując się z brunatnego pyłu.

 

– Chyba coś ci nie wyszło – rzucił pod adresem Cloudera.

 

– Teleportacja łączna wymaga sporo energii i skupienia, a ja nie miałem zbyt komfortowych warunków do koncentracji. Grunt, że jesteśmy na zewnątrz.

 

– Co właściwie było w tej wiadomości? – zapytał Heller. – Spieszyłeś się, jakby niebo…

 

W tej chwili coś błysnęło oślepiająco i kolumna światła o średnicy kilkuset metrów uderzyła w fabrykę. Lśniła przez kilka sekund, a gdy zgasła, fala uderzeniowa dotarła do Zbieraczy i Chrisa, tarmosząc podmuchem nogawki. Wszyscy trzej stali jak wryci, gapiąc się na miejsce, gdzie byli jeszcze półtorej minuty temu, a teraz ział ogromny krater w ziemi.

 

– …miało spaść ci na głowę – wymamrotał Heller.

 

– Co to, u licha, było? – zapytał Chris, choć w głębi siebie nie chciał wiedzieć. Czasem niewiedza jest bezpieczniejsza dla zdrowia psychicznego.

 

– Niebiańska Kolumna Diabelskiego Ognia – odparł Clouder, nawet nie patrząc w telefon. Nic dziwnego, taka nazwa zapada w pamięć. – Czyli połączone Plany Nieba i Piekła, jak sądzę.

 

– Mają rozmach, sk… – mruknął Heller, jednak brutalnie przerwał mu Chris swoim wrzaskiem:

 

– To było niesamowite! Dlaczego nie powiedziałeś, że to się wydarzy?

 

– Pewnie dlatego, że sam nie wiedziałem, co się stanie. Powinniśmy się już zbierać. Chcesz chyba wrócić do domu?

 

***

 

Powietrze w parku zgęstniało i przybrało formę trzech postaci. Chris i Zbieracze wrócili do realnego świata wraz z kłębem alkalicznego pyłu.

 

Mężczyzna rozejrzał się uważnie po okolicy. Widział kilku ludzi, ale żaden z nich nie wyglądał na przerażonego trwającą Apokalipsą. W ogóle, panował podejrzany spokój.

 

– Coś tu cicho – mruknął. – Gdzie są wszystkie demony? – zapytał Hellera.

 

Diabeł wyciągnął telefon, wybrał numer i odbył krótką rozmowę, pomrukując coś w odpowiedzi. W końcu zwrócił się do Chrisa:

 

– Szefostwo mówi, że odwołali Apokalipsę. Demony zostały wyłapane i odesłane z powrotem do ich wymiaru.

 

– A co z tymi wszystkimi ludźmi, którzy zginęli? Zanim wyruszyliśmy, widziałem, jak kilka osób zostało rozerwanych na strzępy.

 

– Zostali przywróceni do życia a ich pamięć odpowiednio zmodyfikowano – odpowiedział krótko Heller. Rzucił wymowne spojrzenie Clouderowi, który skinął głową i wyciągnął ciemne okulary przeciwsłoneczne. To samo zrobił Diabeł. – Niestety, dotyczy to również i ciebie.

 

W ręku Zbieracza pojawił się długi srebrzysty cylinder. Wycelował nim w twarz Chrisa, który zaczął kojarzyć, co się dzieje.

 

– O, nie. Tak mi się odwdzięczacie za pomoc? Wy… – błysnęło czerwone światło.

 

***

 

Chris ocknął się. Siedział na ławce w parku, obok niego leżała gazeta. Musiał się zamyślić. Wstał i ruszył do domu, mając dziwne poczucie, że wydarzyło się coś dziwnego. Wzruszył ramionami; całe jego życie nie należało do normalnych. Zresztą, cóż mogło się zdarzyć? Na pewno nie zależały od tego losy świata.

Koniec

Komentarze

Styl mnie zachwycił. Końcówka jakaś taka… może i niezła, ale w porównaniu z resztą, rozczarowuje. Nie kupuję pomysłu z puszczeniem liny i złapaniem się dachu. Nie wiem, jak sobie wyobrażasz zamocowanie liny do dachu, ale mi nic nie pasuje. Niechby balkonik gruchnął o ziemię, a facet musiał wspiąć się kilka metrów po linie. Aha, i czy balkonik do mycia wraz z wyposażeniem jest cięższy od człowieka? Ale ogólnie opowiadanie bardzo na plus.

Babska logika rządzi!

Świetne, wciągające. Początek troszkę gorszy moim zdaniem, ale później z górki. Styl "mięsity" i taki, nie wiem jak to dobrze określić, wyważony? " Był to ubrany w idealnie skrojony biały garnitur czarnoskóry mężczyzna po pięćdziesiątce. Zdjął okulary w wąskich oprawkach i popatrzył wyczekująco na pracownika." – Freeman jak się patrzy! Dobrze Ci idzie, życzę kolejnych sukcesów, zwłaszcza, że to Twój debiut. Pozdrawiam.

Dobre i mniej dobre Dobre. Tylko 1 błąd ortograficzny: "duże P). dlatego też,". Piękny styl. Widać talent. Gratulacje! Mniej dobre Czy to muszą być popłuczyny po niedzielnym kazaniu? Czy piwo nie jest lepsze od święconej wody? Inaczej mówiąc: Trudno o bardziej banalny wybór tematu. W całym polskim życiu niema gdzie splunąć bo zajęte przez klechów. Obawiam się też, że Ty wierzysz w to, co piszesz (szczególnie na początku). I w ten sposób wracamy umysłowo do Średniowiecza. W porównaniu Talibowie to postęp i nowoczesność. A za to, co piszę, kiedyś łamali kołem, dzisiaj wyrzucają z forum.

Podobało mi się. Zwłaszcza początek. Świetnie operujesz słowami, gratuluję! @Vera – wychowaliśmy się wszyscy w mitologii judeochrześcijańskiej, nie dziw się że chętnie sięgamy po nią w opowiadaniach. I wcale nie widze u autora jakiś prób ewangelizowania czy wyznania wiary, wręcz przeciwnie: Bóg, Szatan, anioły i demony opisane są z dystansem i przymrużeniem oka na jakie nie byłoby stać osoby słuchającej "klechów".

Po pierwsze, dzięki za przychylne komentarze i cieszę się, że przypadło do gustu. Za jakiś czas powrócę z czymś nowym, w nieco już innej otoczce. @Vera – Domyślam się, że mogło to tak wyglądać, jakbym odwoływał się do chrześcijaństwa, ale jeśli chodzi o wizerunek Śmierci, znacznie bardziej przemawia do mnie ten wykreowany przez Terry'ego Pratchetta. Niestety, choć sam uważam religie za banialuki, ciężko jest wyrwać się z kulturowych okowów, w jakie zakuwają nas od najmłodszych lat.

Początek faktycznie fajny, ale dalej nuda i sztampa. Duchy i dusze to strasznie wytarty motyw.

Vera, bez przesady z tymi popłuczynami. Ja tu niczego takiego nie widzę. Chciałabym zobaczyć minę któregokolwiek klechy po przeczytaniu tego tekstu. Taką tematykę poruszał nawet Pilipiuk i ośmielę się stwierdzić, iż z podobnym skutkiem. Kumczy, tak trzymaj ;)

Jeżeli chodzi o styl i technikę, całkiem na plus. Faktycznie jesteś w dobrej formie. Aczkolwiek, tak jak ktoś wcześniej wspomniał, wkradła się sztampowa otoczka. Nawet imiona jak Heller… No, można było to wyeliminować. Za technika plus, ale opowiadaniem się nie zachwycam. Czekam na kolejne;)

Podobało się, bo a) tematykę lubię, b) czytało się gladko. Nie jestem rzucona na kolana, bo też fabula szczególnie porywająca nie jest, ale jako rozrywkowe, niewymagające zbyt wielkiego myślenia opowiadanie – to się udało.   Przyczepię się tylko słowka "ciężko" ; P Wiem, że to popularny kolokwializm, ale twardo stoję na stanowisku, że cięzka to jest paczka, a zrobić coś jest trudno.   Tyle ode mnie ; ) Z chęcią przeczytam kolejne opowiadanie.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Bardzo dobry debiut. Przeczytałem opowiadanie z prawdziwą przyjemnością. Czekam na kolejne teksty. Mama jedną uwagę – w firmie spółki nie używa się przecinka dla oddzielenia nazwy od formy organizacyjnej, czyli: NIEBO Sp. z o.o., a nie NIEBO, Sp. z o.o.   Pozdrawiam.

Krótko: tak trzymaj, Kumczy.

Prosta i sympatyczna opowieść. Przyjemnie spędziłem czas, zaczytując się.   Pozdrawiam

Mastiff

Opowiadanie jak najbardziej w moich klimatach. Początkowe nastawienie głównego bohatera do jego przyszłych kompanów sprawiło że szczena mi opadła. Ogólnie uśmiałem się co niemiara i choć motyw z korporacjami wydaje się dla mnie dość dziwny to i tak cholernie mi się podobało. pisz dalej i powodzenia ;D

Mike Carey mi się jakoś tak skojarzył:) ale to pewnie dobrze. Zgrzyta mi tylko pewna kwestia natury technicznej, bo zgonów średnio na dobę sporo jest i tych pracowników to obie firmy by musiały mieć naprawdę wielu. I kto im te słoiczki robi…? Fajne, pozdrawiam! 

Na początek: podobało mi się. Kilka rzeczy mi nieco zgrzytnęło: 1. Wstęp: kawa na ławę tłumaczysz bazę opowieści. Zdecydowanie wolę, jeśli tego typu informacje są w tekst wplecione, a nie literalnie wyłożone w odrębnym fragmencie; 2. Postaci Hellera i Cloudera są stereotypowe do bólu: od nazwisk po wygląd. Stereotypizacja jest tak ewidentna, że podejrzewam zupełnie świadomy zabieg. Nie uważam również pewnej stereotypizacji za błąd, często jest nawet jak najbardziej na miejscu. Ale niech będzie w niej chociaż trochę zabawy, ukrytych znaczeń, aluzji. W Twoim przypadku – mnie to gryzie. 3. Wiem, że to częsty zabieg, i właściwie nie powinnam mieć pretensji, dlatego piszę to zupełnie subiektywnie: nie do końca rozumiem potrzebę używania anglojęzycznych imion i nazwisk. Uniwersalizacja? Na mnie jednak sprawia to po prostu wrażenie kolejnej historii, która wydarzyła się w USA (no, bo gdzieżby indziej;)). Ale – to tak na marginesie, bo tekst uważam za udany. A jak na debiut to już w ogóle. Bardzo przyjemna lektura.

Niezły tekst, pośmiałem się, nie nudziłem nawet przez chwilkę – czego chcieć więcej? Otóż, drogi Autorze – chciałbym, aby tekst trzymał jednolity poziom, a tak nie jest. W momencie, w którym bohaterowie przenoszą się do innego wymiaru zaczyna brakować spójności i logiki. Odniosłem wrażenie, że po zbudowaniu ciekawego świata, wykreowaniu przesympatycznych bohaterów i uraczeniu czytelnika udanymi żartami, nie wiedziałeś co z tym wszystkim zrobić i zakończenie dorobiłeś na odwal, bo w końcu musi się historia jakoś skończyć. A szkoda. Mimo słabej końcówki opowiadanie, jako całość, prezentuje sie dobrze. Liczę, że Twój kolejny tekst będzie dobry od początku do końca.   Pozdrawiam.

Sorry, taki mamy klimat.

No – jak na debiut to bardzo dobrze. Ale: w następnym tekście musisz spróbować sięgnąć po  nieco bardziej bohaterów i ciekawszą, mniej oklepaną tematykę. Jak zauważyła ocha – postaci są zbyt schematyczne, samo zaś opowiadanie – jak na tak prostą fabułę – nieco przydługie. Niemniej potencjał jest – więc z chęcią zajrzę do kolejnego Twojego opowiadania.

I po co to było?

Mnie podobało się zaledwie średnio. Opowiadasz całkiem fajną historię, ale mogłabym odnieść lepsze wrażenie, gdybyś pozwolił skupić się na lekturze. Niestety, różne, dość liczne błędy pchające się oczu, nie pozwalały mi spokojnie czytać. Nie podobają mi się także niektóre zdania, zbyt wieloma słowy opisujące proste rzeczy, np.: „Dopiero po kilku minutach zdecydował się podnieść do pozycji siedzącej”. –– Dopiero po kilku minutach zdecydował się usiąść. Albo: „Wzruszył ramionami i poszedł w kierunku drzwi, skrywających za sobą klatkę schodową”. –– Wzruszył ramionami i poszedł w kierunku drzwi wyjściowych. Czy: „Oderwał się w końcu od krzesła i wyszedł, zostawiając zmywanie na późniejszą porę”. –– Wstał z krzesła i wyszedł, zostawiając zmywanie na później. Twoje konstrukcje nie należą do moich ulubionych, pewnie dlatego nie podobają mi się. Jest też bardzo wiele powtórzeń Mam nadzieję, że Twoje kolejne, lepiej napisane opowiadanie, przeczytam z przyjemnością.

 

„…szerzej znane jako Niebo, Sp. z.o.o. –– …szerzej znane jako Niebo Sp. z o.o.

 

„…(żelazną zasadą bowiem jest, że nie można wydzierać duszy z żyjącego ciała – na to pozwolić sobie może jedynie wcześniej wspomniany Śmierć). Później łapie się duszę do specjalnego słoiczka, chowa za pazuchę i można iść do kolejnego przypadku. Ci najbardziej skuteczni mogą liczyć na specjalne względy Szefa…” –– Powtórzenia.  

 

„Z tego powodu lista wykonywanych zawodów na jego CV rosła z postępem niemal geometrycznym”. –– Z tego powodu lista wykonywanych zawodów w jego CV rosła w postępem niemal geometrycznym.

 

„W dniu, gdy go poznajemy, pracował przy myciu okien w wieżowcach”. –– Wolałabym: W dniu, gdy go poznajemy, pracował myjąc okna w wieżowcach.

 

Dobór takiego zajęcia przez kogoś…” –– Wybór takiego zajęcia przez kogoś 

 

„…bardziej pasujące do mnicha niż japiszona, jakich pełno było w tym budynku”. –– …bardziej pasujące do mnicha niż japiszona, których pełno było w tym budynku.

 

„…w skórzaną kurtkę i koszulkę z logiem Metalliki”. –– …w skórzaną kurtkę i koszulkę z logo Metalliki. Logo nie odmienia się. …w końcu zaczął obracać korbką. Zdążył zrobić kilka obrotów –– Powtórzenie.

 

„…a podłoga balkoniku uciekła z pod stóp mężczyzny”. –– …a podłoga balkoniku uciekła spod stóp mężczyzny.

 

„Rozległo się chrupnięcie, gdy wyraźnie rysująca się pod skórą główka kości wskoczyła na swoje miejsce. Mężczyzna jęknął i skulił się, ale nie upadł. Po dłuższej chwili wyprostował się”. –– Powtórzenia. Może: Rozległo się chrupnięcie, i wyraźnie zarysowana pod skórą główka kości wskoczyła na swoje miejsce. Mężczyzna jęknął i skulił się, ale nie upadł. Po dłuższej chwili stanął prosto.  

 

„Już po chwili obaj tarzali się drobnych kamyczkach, pokrywających dach, obserwowani przez zdumionego Chrisa. Patrzył na nich przez chwilę…” –– Chyba czegoś w zdaniu brakło. Ponadto powtórzenie. Proponuję: Już po chwili obaj tarzali się wśród drobnych kamyczków, pokrywających dach, obserwowani przez zdumionego Chrisa. Patrzył na nich przez moment

 

„Ruszył do kuchni, mamrocząc pod nosem inwektywy. Przestał mamrotać…” –– Powtórzenie.

 

„Jako że nie miał na chwilę obecną pracy, nie musiał się nigdzie spieszyć…” –– Wolałabym: Jako że/Ponieważ obecnie nie miał pracy, nie musiał się donikąd spieszyć

 

„Domyślał się, że najbliższe godziny mogą być dla niego ciężkie”. –– Domyślał się, że najbliższe godziny mogą być dla niego trudne. Ciężkie jest coś, co dużo waży. Czas nie ma ciężaru.

 

„…przed wysokim budynkiem z jasnego piaskowca. Wzdłuż brukowanej drogi stały inne budowle (…) Clouder wszedł do budynku…” –– Powtórzenia. NIEBO, SP. Z. O. O. –– NIEBO SP. Z O.O.  

 

„…wsiadł do jednej i wcisnął guzik opatrzony cyfrą 7. Wysiadł na górze…” –– Liczby zapisujemy słownie. Powtórzenie.

 

„Sam wcześniej wspomniany mebel miał rozmiary małego lotniskowca, ale zajęte było tylko przez cieniutki plik papierów i laptopa”. –– Sam wcześniej wspomniany mebel miał rozmiary małego lotniskowca, ale zajęty był tylko przez cieniutki plik papierów i laptopa,  jeśli piszesz o meblu, lub: Sam wcześniej wspomniany mebel miał rozmiary małego lotniskowca, ale jego blat zajęty był tylko przez cieniutki plik papierów i laptopa, jeśli masz na myśli wspomniane biurko.

 

„Już otwierał usta, by podzielić się kolejną porcją żali…” –– Już otwierał usta, by podzielić się kolejną porcją żalów

 

„…to sprawy na pewno nie szły różowo”. –– Sprawy mogą wyglądać różowo, ale sprawy nie chadzają różowo.

 

„Mimo to, okazuje się, że to niewystarczająca ilość. Ciężko mi to mówić…” –– Powtórzenia, ponadto: Trudno mi

 

„…czy jeszcze jakieś inne tatałajstwo!” –– …czy jeszcze jakieś inne tałatajstwo!  

 

„Oni zawsze cięli po kosztach”. –– Oni zawsze cięli koszty.

 

„Znamy się z Lucjanem od bardzo dawna – chrząknął Bóg”. –– Bóg powiedział to chrząknięciem? Czy Bóg mówił językiem świnek? ;-)  

 

„…nie pojawili się ani razu więcej”. –– Nie pojawić się ani razu, to nie przyjść, nie być. Czy można

nie przyjść lub nie być więcej/bardziej lub mniej? ;-)  

 

„Zaraz potem rozległ się spiżowy gong wielkiego dzwonu…” –– Od kiedy dzwony wydają dźwięki za pośrednictwem gongu? ;-)  

 

„Wytłumacz mi, proszę, gdzie uciekamy…” –– Wytłumacz mi, proszę, dokąd uciekamy

 

„Odwrócili się obaj i zobaczyli podmiot ich rozmowy…” –– Odwrócili się obaj i zobaczyli podmiot swojej rozmowy 

 

„Tam, gdzie idziemy, nie będzie bezpiecznie”. –– Tam, dokąd idziemy, nie będzie bezpiecznie.

 

„Zaraz… Gdzie my właściwie idziemy?” –– Zaraz… Dokąd my właściwie idziemy?  

 

„…a dalekim kącie najprawdopodobniej …” –– …a w dalekim kącie swój najprawdopodobniej

 

Ciężko, żebym był ekspertem od technologii demonów…” –– Trudno, żebym był ekspertem od technologii demonów

 

„Znaczna część fabryki wydawała się na porzuconą…” –– Znaczna część fabryki wydawała się być porzucona… Lub: Znaczna część fabryki wyglądała na porzuconą

 

„…zastępy demonów grasowały teraz po Ziemi… –– …zastępy demonów grasowały teraz na Ziemi

 

„W pierwszej chwili ciężko było stwierdzić…” –– W pierwszej chwili trudno było stwierdzić

 

„Zaraz jednak krępującą ciszę przerwała kanonada błyszczących srebrzystym blaskiem kul, wystrzelona z dwóch pistoletów Hellera i karabinu maszynowego Cloudera”. –– W innych światach pewnie wszystko zdarzyć się może. Tu kule głośno błyszczą srebrzystym blaskiem. W dodatku bohaterowie umieją wystrzelić kanonadę z pistoletów i karabinu. A ja do tej pory naiwnie myślałam, że strzela się kulami, nie kanonadą. ;-)  

 

Ciężko powiedzieć – odparł Heller…” –– Trudno powiedzieć – odparł Heller

 

„Niestety, karygodne maniery gości, zasypujących otoczenie kulami nie pozostawiało wiele miejsca na kurtuazję”. –– Niestety, karygodne maniery gości, zasypujących otoczenie kulami, nie pozostawiały wiele miejsca na kurtuazję.

 

„Niby gdzie? – wysapał Chris”. –– Niby dokąd? – wysapał Chris.

 

„Wszyscy trzej stali jak wryci, gapiąc się na miejsce, gdzie byli jeszcze półtorej minuty temu, a teraz ział ogromny krater w ziemi”. –– Wszyscy trzej stali jak wryci, gapiąc się na miejsce, w którym byli jeszcze półtorej minuty temu, a gdzie teraz w ziemi ział ogromny krater.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zpoczątku, mimo, że wyjaśniasz od razu koncepcję świata, miałem nadzieję na dobry tekst. Lubię te klimaty i byłem przekonany, że się uśmieję. Potem było gorzej, aż w końcu doszło do tej konfrontacji z demonami i niesatysfakcjonującej końcówki. Czuję niedosyt. Wydaje mi się, że opowiadanie jest za długie w stosunku do treści, którą prezentuje. Nawet język mi się bardziej podobał na początku, potem już czegoś mi brakowało. Ciekawi mnie jednak co nowego nam pokażesz, oby było coraz lepiej.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Historia ciekawa i całkiem wciągająca. Opowiedziana w sposób dobry, choć widać, że brakuje ci jeszcze szlifu w tej dziedzinie. Niemniej, przeczytałem z ciekawością i nie uważam czasu, który przeznaczyłem na lekturę, za zmarnowany.

Nowa Fantastyka