- Opowiadanie: Unfall - Muszę komuś o tym powiedzieć

Muszę komuś o tym powiedzieć

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Muszę komuś o tym powiedzieć

Wybaczcie mi. Ja wiem, że to nie jest odpowiednie miejsce, ale nie mam z kim się tym podzielić, a podzielić się muszę, bo inaczej chyba zwariuję. Pewnie wielu z was uzna, że już zwariowałem. Inni machną ręką i nie będą czytać dalej. Trudno, nieważne. Bylebym to wreszcie z siebie wyrzucił. To, co dziś zobaczyłem… Ale zacznę od początku.

Zaczęło się jakiś tydzień temu. Po kilku upalnych dniach trawa przed domem zaczęła nabierać lekkiego odcienia żółci, wiec postanowiłem nieco zrosić trawnik, aby wszystko w diabły nie uschło. Zapowiadało się przyjemne popołudnie. Piękna pogoda, cisza i spokój. Odkłoniłem się właśnie wracającemu z pracy sąsiadowi, gdy z pobliskiego skrzyżowania dobiegł nas huk jakiejś kolizji. Odruchowo obróciłem się w kierunku hałasu, a strumień wody z trzymanego przeze mnie ogrodowego węża trafił w pana Piotrowskiego.

Nie uwierzycie, co się stało. Jego skóra zaczęła intensywnie dymić i skwierczeć, jakbym oblał go kwasem. Mężczyzna zawył jak ranione zwierzę i szybko wbiegł do domu. Nie mogłem się ruszyć przez dobre parę minut. Stałem tak z rozdziawioną gębą i wytrzeszczonymi oczami, lejąc wodę na chodnik sąsiada. Byłem przerażony i nie wiedziałem co mam robić. Wezwać karetkę? I co powiem dyspozytorce?

Gdy wróciła mi władza w kończynach, rzuciłem szlauch i zamknąłem zawór. Wtedy znowu pojawił się on, spokojny i uśmiechnięty, jakby nic się nie stało.

– Sąsiedzie, ja przepraszam… Ja… – Słowa z trudem przechodziły mi przez gardło.

– Ależ za co pan przeprasza, panie Robercie? – odparł. – Za ten drobny prysznic? Nie ma o czym mówić. Odrobina wody jeszcze nikomu nie zaszkodziła.

Po tych słowach pospiesznie wsiadł do samochodu i odjechał. Wszedłem do mieszkania, usiadłem na kanapie i starałem się zrozumieć to, co przed momentem się wydarzyło. Jak to możliwe, aby ludzka skóra tak reagowała na zwykłą wodę? No właśnie, ludzka? Kim on był? Albo czym? Mieszkał obok już ponad dziesięć lat i nigdy w jego wyglądzie, czy zachowaniu nie zauważyłem niczego dziwnego. Może jedynie ten przykry, dość intensywny zapach potu. Czasem w myślach śmiałem się, że sąsiad najwyraźniej boi się mydła i … wody. Kim on jest, do cholery!

Aby nieco ukoić nerwy sięgnąłem po butelkę whiskey i nalałem sobie szklaneczkę. Potem drugą, być może i trzecią.

 

***

 

Obudził mnie potworny ryk dzwonka. Chciałem go zignorować, ale hałas rozrywał mi głowę, a sadysta za drzwiami najwyraźniej nie miał zamiaru zrezygnować. Udało mi się wstać. Okazało się, że poprzedniego wieczoru nie zdążyłem niczego z siebie zdjąć, a więc i ubierać się nie musiałem. Otwieram.

– Dzień dobry panu. Kupi pan garnki? Mam… – Dalej nie słuchałem. Akwizytor! Mnie tu eksploduje czerep, a ten wyciąga mnie z łóżka o trzynastej rano i pieprzy o jakichś garnkach. Miałem ochotę zepchnąć go ze schodów, ale stwierdziłem, że z tych trzech stopni przed moim domem się nie opłaca, a w danej sytuacji będzie mnie kosztowało zbyt wiele wysiłku. Poszedłem więc po najmniejszej linii oporu, mówiąc „nie, dziękuję” i zatrzaskując gościowi drzwi przed nosem.

Dopiero w tym momencie mój przytępiony zmęczeniem zmysł powonienia zarejestrował znajomy zapach. Co ja mówię. Smród, nie zapach! Odruchowo uniosłem prawe ramię i wsadziłem nos pod pachę. Owszem, nie było najlepiej, ale to, co poczułem przed chwilą nie pochodziło ode mnie. Czyżby następny z awersją do wody? Głowa nie przestała boleć, ale w znacznym stopniu otrzeźwiałem. Podszedłem do okna i zobaczyłem, jak akwizytor wchodzi do mieszkania Piotrowskiego. No, toście się dobrali, śmierdziele – pomyślałem, po czym poczułem nieodparte pragnienie skorzystania z prysznica.

Popołudnie spędziłem na poszukiwaniu informacji w internecie. Zacząłem od „alergii na wodę”, ale szybko zarzuciłem ten temat. To, co widziałem, to nie były plamy, krosty czy nawet bąble. Przez chwilę przeszła mi przez głowę myśl, że sąsiad jest wampirem, a ja zmyłem mu filtr przeciwsłoneczny. Z tym, że on prowadzi wybitnie dzienny tryb życia. No, powiedzcie sami. To musi być pieprzony kosmita. Bo co innego?

Ludzie kochani, jakich ja głupot się naczytałem. Niestety, mimo wielu godzin spędzonych przy komputerze, nie znalazłem nic sensownego o stroniących od wody kosmitach. Poza recenzjami jednego filmu. Wieczorem, przy drinku – no dobra, przy kilku – obejrzałem ten film, ale nawet po alkoholu filmowy przedstawiciel pozaziemskiej cywilizacji w żaden sposób nie przypominał Piotrowskiego.

 

***

 

Kolejny ranek powitał mnie namolnie brzęczącym dzwonkiem i bólem głowy. Tym razem okazało się, że znęca się nade mną listonosz, twierdząc, że ma dla mnie polecony. Przezornie pociągnąłem nosem. Czuć było ostrą woń potu, choć nie tak intensywnie, jak od wczorajszego gościa. Przeprosiłem dostarczyciela poczty i poszedłem na chwilę do kuchni.

– O, dziękuję panu bardzo. Rzeczywiście, straszny dziś upał – powiedział, gdy zobaczył mnie na progu ze szklanką wody w ręce. – No co pan! – dodał, gdy zawartość naczynia wylądowała na jego twarzy. – Zwariował pan?

– Przepraszam – odparłem, zawiedziony nieudaną próbą zdemaskowania pozaziemskiej formy życia. – To ja może… Przyniosę panu ręcznik.

– Dziękuję bardzo. Niech pan już nic nie przynosi. – Patrzył na mnie, jak na wariata. – Wyschnę sobie.

Po przygodzie z listonoszem byłem skłonny przyznać, że moje podejrzenia o szpiegostwo międzyplanetarne wobec sąsiada były nieco przesadzone. Byłem pewien tego, co widziałem, ale mogło istnieć jakieś logiczne wytłumaczenie. Może się kretyn natarł potasem? W każdym razie, miałem zamiar zająć się swoimi sprawami i zostawić człowieka w spokoju.

Na początek postanowiłem zaopatrzyć pustą już lodówkę, wybrałem się więc do pobliskiego hipermarketu. Robiąc zakupy, zacząłem czuć się niekomfortowo, jakby ktoś stale mnie obserwował. Nie chodzi mi oczywiście o kamery monitoringu. To nie było to. Niektórzy ludzie dziwnie na mnie patrzyli. Pomyślałem nawet, że mam plamę na koszuli, albo coś w tym stylu, ale nie. Już przy kasie wyczułem znajomy zapaszek. Przypadek? Być może. W końcu jest ciepło, a niektórzy nie dbają o higienę. Postanowiłem zignorować.

Chwilę później, na parkingu, cudem uniknąłem śmierci, uskakując przed rozpędzonym oplem. Potrącony wózek na zakupy poszybował na wysokość dwóch metrów. Dałbym sobie uciąć głowę, że za kierownicą zauważyłem tego pieprzonego akwizytora. Gdy nieco ochłonąłem, pozbierałem to, co zostało z zakupów. Wszystkie szklane butelki szlag trafił. Otworzyłem pogiętą puszkę z piwem i wsiadłem do samochodu.

Żarty się skończyły. W pierwszym odruchu chciałem pojechać na komisariat, ale, jako emerytowany mili… policjant, wiedziałem, jak zostałbym potraktowany. Na to, że chciano mnie zabić, nie miałem żadnych świadków. Poza tym, co miałbym powiedzieć? Kosmici dybią na moje życie? Skończyłoby się na skierowaniu do psychiatry, albo na odwyk.

Wróciłem do domu. Coś było nie tak. Miałem wrażenie, że niektóre rzeczy nie leżą tam, gdzie je pozostawiłem. Czuć też było lekko charakterystyczną woń potu. Nie miałem wątpliwości, że któryś z nich odwiedził moje mieszkanie. Może nadal tu jest, schowany w ciemnym kącie, aby w odpowiednim momencie pchnąć nożem, zacisnąć pętlę na szyi, albo uderzyć czymś ciężkim w głowę. Najbliżej miałem do kuchni. Wszedłem ostrożnie, penetrując wzrokiem wszelkie zakamarki w poszukiwaniu intruza. Przetrząsnąłem szuflady i zaopatrzyłem się w nóż i latarkę. Moim następnym celem była piwnica. To tam trzymałem broń.

Na schodach było ciemno. Dłoń odruchowo powędrowała w kierunku włącznika, ale coś mnie tknęło. Cofnąłem rękę i skierowałem w tę stronę snop światła z latarki. Śmierdzące gnoje! W miejscu włącznika sterczały dwa nagie kable. Zszedłem jeszcze dwa stopnie, gdy nagle ktoś silnym pchnięciem pozbawił mnie równowagi. W mgnieniu oka znalazłem się na dole, tłukąc głową o betonową posadzkę, na szczęście nie na tyle mocno, aby stracić przytomność. Natychmiast zwróciłem ocalałą po upadku lampę w kierunku, z którego spodziewałem się kolejnego ataku. W słabym świetle udało mi się dostrzec jedynie lakierki uciekającego napastnika. Po chwili dało się słyszeć trzaśnięcie drzwiami.

Pozbierałem się z podłogi, wygrzebałem z kieszeni spodni maleńki kluczyk i drżącą dłonią starałem się otworzyć metalową szafkę na broń. Wyjąłem z niej pistolet i magazynek, połączyłem w jedność i przeładowałem. Z waltherem i latarką przeszukałem resztę domu. Nie znalazłem kolejnych pułapek ani następnych intruzów. Pozapalałem światła. Posprawdzałem wszystkie drzwi i okna.

Kosmici, czy nie, jedno było pewne – zabójcy z nich marni. Żadnych miotaczy plazmy, dezintegratorów, laserów czy paralizatorów. Nieco byłem zawiedziony, choć raczej powinienem się cieszyć, bo i prymitywnymi metodami mogło im się udać pozbawić mnie życia. Kim oni są? Pozaziemską cywilizacją inwigilującą nasze społeczeństwo czy kosmicznymi rozbitkami? Podróżnikami z innych wymiarów, demonami w ludzkiej skórze czy starożytną rasą, żyjącą w ukryciu? Z braku innych pomysłów ochrzciłem ich mianem „śmierdzieli”.

Miałem ochotę wparować do szanownego sąsiada z moją pukawką i zrobić z tym wszystkim porządek, ale przed jego domem stało kilka samochodów. Nie był sam, skurwiel. To nic. Teraz mogłem wezwać policję. Są ślady włamania, uszkodzony włącznik, a w dodatku mam rozbitą głowę. Nawet jeśli nie opowiem im o wszystkim, coś będą musieli zrobić.

Przyjechali nadspodziewanie szybko, jakieś piętnaście minut po moim telefonie.

– Dobry wieczór. Czy to pan zgłaszał włamanie – zapytał wielki drab w policyjnym mundurze. Dwa kroki za nim stał drugi, równie potężny, rozglądając się wokoło. Śmierdziało od nich, jak od całej piłkarskiej drużyny po meczu z dogrywką i rzutami karnymi.

– Tak, to ja, ale… – Serce podchodziło mi do gardła. – Bardzo panów przepraszam. Nastąpiła pomyłka. Żadnego włamania nie było.

– Jak to?

– No tak. Po powrocie do domu zastałem otwarte drzwi. Pomyślałem, że to włamanie i zadzwoniłem po policję. Potem się okazało, że to przyszła moja przyjaciółka, a ona ma drugi klucz. – Ze strachu kłamałem jak z nut, choć oni musieli wiedzieć, jak było naprawdę. Chciałem zyskać na czasie. Miałem nadzieję, że nie będą chcieli robić zamieszania na ulicy.

– Rozumiem. Możemy wejść? Muszę sporządzić protokół.

– Wolałbym nie.

– Dlaczego?

– Moja znajoma właśnie bierze prysznic. Jest w negliżu.

– Pod prysznic na pewno zaglądać nie będziemy – odezwał się ten drugi. Akurat w to skłonny byłem uwierzyć.

– Nalegam – dodał pierwszy, chwytając muskularnym ramieniem za brzeg w połowie uchylonych drzwi. W tym samym momencie moja prawa ręka powędrowała za plecy i spoczęła na wciśniętym w spodnie waltherze.

– Odmawiam. Byłem policjantem. Znam swoje prawa.

Mierzyliśmy się wzrokiem. Jego szare oczy wydawały się być zimne, martwe, a twarz kamienna, bez wyrazu. Byłem pewien, że nie odpuści. Odbezpieczyłem pistolet i zacząłem powoli wysuwać go zza paska. W tym momencie na jego mundurze ujrzałem pierwsze, drobne kropelki letniego deszczu. On też je zauważył.

– W takim razie, dobranoc. – Odwrócił się na pięcie i razem z kolegą błyskawicznie wsiadł do radiowozu. Zamknąłem za sobą drzwi, oparłem się o nie plecami i, cały dygocząc, osunąłem na podłogę. To było dla mnie zbyt wiele, jak na jeden dzień. Jestem na to za stary.

 

***

 

Od trzech dni nie ruszam się z domu. Nikomu nie otwieram. Prawie nie śpię. Ciągle nasłuchuję, choćby najmniejszych szmerów. Nie rozstaję się z bronią. Jedzenie skończyło się wczoraj. Alkohol dwa dni temu. Wiem, że oni tam są. Czekają, aż wyjdę, albo stracę czujność. Wtedy mnie wykończą.

Telefon nie działa. Działa za to internet, ale nie wiem, do kogo miałbym się zwrócić o pomoc. Nie mam rodziny, ani przyjaciół. Dlatego piszę do Was. Mam świadomość, że nie będziecie mi w stanie pomóc, jednak będzie mi lżej, gdy się tym wszystkim z Wami podzielę. Pamiętajcie, strzeżcie się śmierdzieli. Może czasem będzie to niewinny niedomyty listonosz, ale lepiej dmuchać na zimne.

Dziś nie wytrzymałem i poszedłem tam. Wziąłem gnata, wymknąłem się na taras i przez ogród zakradłem do Piotrowskiego. Śmierdziało tak, że z trudem powstrzymywałem wymioty. To, co tam ujrzałem, przeraziło mnie.

To było jakąś godzinę temu, a do tej pory drżę jak osika. Serce wali jak oszalałe. Trudno złapać oddech. Dorosły facet, dawniej oficer wydziału zabójstw Komendy Głównej Policji, który niejedno widział, trzęsie się jak galareta. Muszę wziąć się w garść. Poskładać myśli.

Cicho! Coś słyszałem. To od strony tarasu. Cholera, chyba zapomniałem zamknąć drzwi. Poczekajcie chwilkę, muszę to sprawdzić. Nie odchodźcie. Zaraz wracam.

Koniec

Komentarze

Wy nie możecie tyle pisać! Ja nie mam kiedy tego czytać! ;). Jasne, kurczę, że przeczytam…

  Trudno, nie ważne. – nieważne lekkiego odcieniu żółci, -odcienia Sąsiedzie, ja przepraszam… Ja… – słowa z trudem przechodziły mi przez gardło– Słowa dużą literą Z waltherem opartym na ramieniu trzymającym latarkę, – z watherem opartym na ręce, w której trzymałem latarkę (na ramię broń!) W tym samym akapicie domu, domu Fajne, choć boli mnie, że nie zostało dokończone. Wiem, wiem, facet zginął, bo zabił go zapach potu. Zujpełnie jak latem w warszawskich autobusach. Czy właśnie to było Twoją inspiracją?          

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Intrygujące :)

Rozpaczliwy apel o przestrzeganie podstawowych zasad higieny? ;-) Napisane ładnie i z humorem. Poza tym to taki trochę thriller nawet, opowiadanie z dreszczykiem :-) Podobało się.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Mi w sumie zabrakło rozbudowania, wypad do marketu mógł być naprawdę dobrą, straszną sceną, gdybyś opisał zakupy. Chodzenie między pułkami, rozglądanie się na boki, zabrakło mi grozy wiszącej w powietrzu. Szkoda, bo naprawdę dobrze się czytało i kurcze chciałoby się trochę dłużej przeżywać z bohaterem jego koszmarek ;)

Duży plus za formę, nabralam się na pierwsze zdanie :) Twojemu bohaterowi radzilabym poczekać na kolejny deszcze i uciekać gdzie pieprz rośnie. No, ale teraz to już za późno :)  

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

Znakomite! Napięcie rośnie, rośnie… i nie wiadomo o co w końcu chodziło (choć można się domyślać). Jednak nasuwa mi się pytanie – czemu nie wyjechał, nie uciekł – a może raczej "nie wyjechałeś i nie uciekłeś"? ;) Objętość tekstu jest według mnie optymalna, przekształcenie go w dłuższą formę odebrałoby mu uroku.

"Najpewniejszą oznaką pogodnej duszy jest zdolność śmiania się z samego siebie."

Unfall się za szybko nie odezwie, potrzyma nas w napięciu ;)

:)

Bemik – dzięki za poprawki.

 

To mój kolejny eksperyment z formą. Miałem ochotę zrobić z tego nagranie audio, wrzucić bez komentarza na jakiś portal, choćby Youtube i zobaczyć, jakie będą reakcje, czy choć jeden zwolennik spiskowych teorii da się nabrać. Niestety nie mam doświadczenia z tworzeniem plików audio, a i zdolności aktorskich raczej też nie. Poza tym bardziej byłem ciekaw Waszych opinii.

 

Co do bardziej rozwiniętych scen grozy – celowo z nich zrezygnowałem. Mój bohater to alkoholik i tak naprawdę nie powinno być wiadomo, czy te wszystkie opisane zdarzenia miały miejsce, czy były tylko zwidami. Pijak sam mógł spaść ze schodów, albo wejść pod nadjeżdżający samochód. Gdybym rozbudował ten element, przyznałbym, że Piotrowski jest kosmitą. 

 

Jeśli chodzi o przykry zapach – szukałem atrybutu, który charakteryzowałby rzekomych kosmitów, a który byłby na tyle powszechny, aby czytelnik mógł osobiście spotkać takiego kosmitę i przypomnieć sobie moje opowiadanie :)

 

Dziękuję za komentarze i pozdrawiam

"powszechny" to chyba nie jest dobre słowo – powiedzmy – spotykany :)

"Cicho!." – a ta kropka po co? :D

Interesujące i trochę przerażające, skojarzyło mi się z apokalipsą zombie, koleś siedzi zatrzaśnięty w domu, a wokół takie nieumyte zombie się włóczą.

No, trzeba przyznać że potrafisz przykuć do monitora :)

Bardzo fajne, a ten początek przyciąga. :)

"Pierwszy raz w życiu dałem się zabić we śnie. "

Kawał dobrego tekstu, naprawdę wciągający i niekonwencjonalny, bardzo łatwo przyszło mi wczuć się w rolę otoczonego śmierdzącymi kosmitami byłego milicjanta. Myślę, że gdybyś to nagrał i puścił w sieć zrobiłoby duże wrażenie. Jak na przedmówcach, duże wrażenie zrobił na mnie początek i przy pierwszym zdaniu myślałam, że to tak na poważnie :P Zdybałam parę przecinków: "Nie znalazłem kolejnych pułapek, ani następnych intruzów.", "Pozaziemską cywilizacją inwigilującą nasze społeczeństwo, czy kosmicznymi rozbitkami? Podróżnikami z innych wymiarów, demonami w ludzkiej skórze, czy starożytną rasą, żyjącą w ukryciu?" – nie stawiamy przecinka przed "ani" i (zazwyczaj) "czy" http://so.pwn.pl/zasady.php?id=629785 "Nawet jeśli nie opowiem im o wszystkim , coś będą musieli zrobić." – tu z kolei zbłąkana spacja przed przecinkiem "Śmierdziało od nich, jak od całej piłkarskiej drużyny, po meczu, z dogrywką i rzutami karnymi." – przecinki po "drużyny" i "meczu" są zbędne, a rozbijają płynność zdania "Może czasem będzie to niewinny, niedomyty listonosz, ale lepiej dmuchać na zimne." – tu z kolei można rozdzielić dwa przymiotniki, ale też można potraktować "niedomytego listonosza" jako całość, wtedy bez przecinka http://www.jezykowedylematy.pl/2011/10/piekne-jasne-wlosy/ (to konkretnie niedomyty listonosz okazał się niewinny, a nie listonosz okazał się i niedomyty, i niewinny)

No, no, trzymasz poziom, Unfallu. Dobrze napisany, wciągający tekst. Ale przede wszystkim cieszę się, że jednak wróciłeś :).

Dzięki za komentarze i za poprawki. Przecinków zazwyczaj u mnie brakuje, ale tym razem najwyraźniej przedobrzyłem. Zabłąkane kropki i spacje to przegapione pozostałości po poprawkach. Pozdrawiam

Fajne. Szkoda, że takie krótkie. Temat na czasie;)

Smutna kobieta z ogórkiem.

Ocha, ja też się cieszę, że wróciłaś i przeczytałaś :)

Nawet, nawet ;)

Fajne. Nie rozumiem, dlaczego bohater nie zabezpieczył się przed atakiem stawiając wiadro wody na uchylonych drzwiach. I powinien raczej nosić śmigusówkę niż pistolet. Ach ci milicjanci… Wydaje im się, że spluwa rozwiąże każdy problem. Bardzo dobry tekst.

Babska logika rządzi!

Finklo, trafna uwaga. Ale znam jednego byłego milicjanta, i rzeczywiście, na to by ni wpadł :)

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

Na wiadro sam nie wpadłem (chyba niezbyt dobrze to o mnie świadczy), ale na pistolet na wodę już tak, tylko mi nie pasował do koncepcji, bo chciałem wywołać lekki dreszczyk, a nie salwy śmiechu. Założyłem więc, że samotny emeryt nie ma w domu takich zabawek. Poza tym sąsiad źle znosił kontakt z wodą, ale od niej nie umarł, więc nie do końca sikawka byłaby skuteczna. Dzięki za komentarze.

Przyjemnie się czytało, dobrze budujesz napięcie, ale zakończenie wydało mi się jakieś takie urwane. Może spodziewałem się bardziej zaskakującego końca opowiadania? Generalnie: tekst na plus.   Pozdrawiam

Mastiff

Dziękuję Bohdanie.

 

Z założenia tekst miał wyglądać na urwaną relację kogoś, kto czuje się osaczony. Rozważałem jeszcze dodanie ostatniego akapitu kursywą, w formie informacji prasowej. Coś w stylu:

 

"Wczoraj, w godzinach wieczornych, w podwarszawskich Łomiankach miała miejsce tragiczna w skutkach sąsiedzka awantura. Emerytowany policjant, Robert D. Zastrzelił swojego sąsiada i dwie odwiedzające go osoby, po czym w obecności przybyłych na miejsce zdarzenia policjantów popełnił samobójstwo. Nie znane są dokładne przyczyny zabójstwa. Z wywiadu przeprowadzonego przez funkcjonariuszy wynika, iż sprawca miał problemy z alkoholem."

Bohdan, ale własnie fajne jest takie zakończenie. Tak pewnie własnie by to wyglądało, przecież kiedy już go zaatakowali, nie miałby czasu o tym napisać. Według mnie, to logiczne i zabawne zakończenie.

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

Dobrze, że nie dodałeś ;).

Owszem, Twój bohater czuje się osaczony, ale moim zdaniem, to nie jest urwana relacja, to raczej opowiadanie bez zakończenia. Jednak, na szczęście, niezłe opowiadanie.   „Za ten drobny prysznic?” –– Za ten mały/przypadkowy prysznic?   „Poszedłem więc po najmniejszej linii oporu…” –– Poszedłem więc po linii najmniejszego oporu…   Pozdrawiam. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki Regulatorzy.

Z poprawkami będę musiał poczekać, aż ruszy nowa strona.

 

Dziękuję też bardzo za nominację. To jest już wyróżnienie samo w sobie. Na piórko raczej nie liczę, ale komentarze członków loży bardzo mnie ucieszą, nawet, jeśli będą krytyczne.

 

Pozdrawiam

Interesujące i wciągające :) Podoba mi się zakończenie i właściwie cały tekst, aż chciałoby się czytać dalej :D

Więc uciesz się, Unfallu, pomimo braku krytyki z mojej strony.  :-)

Cieszę się, Adamie :)

Problem z tym tekstem jest taki, że trudno skrytykować żart, zwłaszcza gdy jest zabawny. A jest zabawny w <tutaj nawiązanie do niedawno ogłoszonego konkursu; btw pozdrawiam dja>. Od opowiadania jednak oczekuję czegoś innego i tutaj tego czegoś nie ma.   Pozdrawiam

Najpierw sugerowałem, że to nie jest opowiadanie. Potem obiecałem o czymś opowiedzieć, a kiedy opowieść się nieco rozkręciła, urwałem ją i pozostawiłem czytelnika bez wyjaśnień. Tak, to był żart i zdaję sobie sprawę, że ktoś przy takim "zakończeniu" może odczuwać niedosyt (na marginesie – ten niedosyt jest dla mnie komplementem). Z drugiej strony, czytelnik chce miło spędzić czas i mam nadzieję, że tak było i w tym przypadku. Juliusie – postaram się, abyś w moim następnym dłuższym opowiadaniu (przy krótkich formach niczego nie gwarantuję) odnalazł to, czego po opowiadaniach oczekujesz. Dziękuję za komentarz i pozdrawiam.

Przeczytałam. Po entuzjastycznych polecankach przyznam, że spodziewałam się czegoś więcej. Tekst czytało się nieźle, ale ani nie wiadomo, o co chodzi, ani końcówka nie pozostawia wrażenia zawieszenia, nie intryguje. Jak dla mnie, jak ktoś już wyżej wspomniał, to raczej taki brak zakończenia. Bez emocji zatem.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Joseheim – no cóż, podobnie bez emocji było z tekstem o Hitlerze. Najwyraźniej nie znalazłem jeszcze sposobu, aby uwieść Cię, jako czytelnika – zaznaczam, aby Beryl nie dobrał mi się do tyłka. Będę próbował dalej. Ten tekst był eksperymentem i miałem spore obawy, jak zostanie odebrany. 

Wielu osobom się spodobał ; ) A ja malkontent z natury jestem.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Unfalu !!! Naprawdę bardzo dobrze piszesz. Wszystko fajnie, wszystko cacy i w ogóle. Ale gdzie jest zakończenie lub jakaś puenta. Co? Gdybym nie czytał komentarzy, to chciałbym napisać, a w zasadzie spytać, czy zapomniałeś o tym zakończeniu dla tego opowiadania. Dobry tekst. Przykuwa uwagę, nie można się oderwać od monitora, a tu nagle… No wlaśnie. Ech… Prawie, prawie idealne. Pomysł mi się podoba.

"Wszyscy jesteśmy zwierzętami, które chcą przejść na drugą stronę ulicy, tylko coś, czego nie zauważyliśmy, rozjeżdża nas w połowie drogi." - Philip K. Dick

Unfallu, nie daj sobie wmówić, że z zakończeniem coś nie tak. Jak ma wyglądać tekst, który – w zamiarze – odkłada się tylko na kilka chwil?

Zgadzam się z Adamem. Moim zdaniem zakończenie jest idealne.

Miałem obawy przed publikacją tego tekstu, że może niektórzy czytelnicy poczują się oszukani, lub nawet urażeni, że z nich zażartowałem.

Jednak właśnie początek i zakończenie powstały jako pierwsze i to one były pomysłem na to opowiadanie, miały zaintrygować i zaskoczyć tym, że bohater/narrator zginął, zanim dokończył opowieść. Stąd też narracja pierwszoosobowa, bo trzecioosobowy wszystkowiedzący narrator do tego się nie nadawał. Cała reszta dopisana została potem, miała wciągnąć, wprowadzić napięcie i uzasadnić końcówkę. Rozumiem, że środek, czyli cały wątek fabularny, udał mi się na tyle, że czytelnik życzyłby sobie dokończenia fabuły.

 

Starałem się wziąć szczyptę z "Wojny światów" i walizkę z "Ronina" i skonstruować coś, co nie będzie klasycznym opowiadaniem i może odrobinę silniej pobudzi wyobraźnię czytającego. 

 

Bardzo dziękuję za wszystkie komentarze. Są bardzo cenne, bo żaden eksperyment nie ma sensu, jeśli nie daje odpowiedzi.

 

Pozdrawiam serdecznie.

A dla mnie to była klasyczna creepypasta. Zakończenie też bardzo w stylu creepypasty. Ale nie mam nic przeciw, jestem fanką.

Jeralniance – obawiam się, że możesz mieć rację.

Mi się to opowiadanie od początku do końca nie podobało. Jeśli to miał być jakiś żart, to zdecydowanie za długi, ale pełnoprawnym opowiadaniem to to dla mnie nie jest. Warstwa fabularna leży – wiemy, że są śmierdzący ludzie, którzy z jakiegoś powodu ściagają bohatera – nie wiemy nic więcej, a akcja nie prezentuje wysokiego poziomu. Do tego tekstowi brakuje zakończenia. Słabo, moim zdaniem : )

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Powyższy komentarz joseheim jest mój : )

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Pisałem, że "komentarze członków loży bardzo mnie ucieszą, nawet, jeśli będą krytyczne" – muszę więc być konsekwentny i ucieszyć się z Twojego komentarza, Berylu. Fabuła leży, akcja na niskim poziomie, a całość nawet nie jest opowiadaniem, nie mówiąc o braku zakończenia. No cóż, tekstów z takimi recenzjami chyba już nikt nie czyta. Pozostaje mi zakasać rękawy i wziąć się do pisania, starając się dać z siebie więcej. Pozdrawiam. 

Na szczęście recenzja znajduje się dużo poniżej tekstu. Zakończenie jest, tylko nie zostało wyłupane biało na czarnym. Ale, Unfallu, bynajmniej nie zniechęcam do pisania. Daleka jestem od tego. :-)

Babska logika rządzi!

Cóż – nieźle się czyta. Owszem, jako taki żarcik-przerywnik jest całkiem fajne, ale – jak wiemy – zdarzały Ci się znacznie lepsze teksty ; ) Taki finał w sumie ma sens, ale z drugiej strony rozumiem czytelników, którzy oczekiwali czegoś więcej.

I po co to było?

Czytałem już lepsze opowiadania Twojego autorstwa; tekst w porządku, do poczytania, ale się nie zachwyciłem.

Dziękuję za komentarze – tutaj i w wątku z nominacjami. Sama nominacja bardzo mnie ucieszyła, a na więcej nie liczyłem. 

Ciekawa historia, napisana w ciekawy sposób. Czego więcej trzeba?

Fajne :)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka