- Opowiadanie: Brunon Sas - Bezpalec. Korzenie odrodzenia

Bezpalec. Korzenie odrodzenia

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Biblioteka:

Finkla

Oceny

Bezpalec. Korzenie odrodzenia

– Siodłaj konie, Djerit. Pięć. Pan jedzie do Naydery i zabiera nas ze sobą. – Głos Zbrozły skutecznie wyrwał mnie z drzemki.

Nienawidziłem tego imienia z całego serca. Nosiłem je od niedawna i nie było szans na zmianę, bo mojemu mocodawcy najwyraźniej się podobało. Cóż, w końcu sam je wymyślił. Na dodatek zakazał używać „Bezpalca”, którym do tej pory mnie zwano. Całkiem rozsądnie zresztą mnie zwano, bo w lewej dłoni brakowało mi serdecznego palca.

Przeciągnąłem się z trzaskiem kości i wyszczerzyłem w uśmiechu krzywawe zęby.

– Kiedy ruszamy? – zapytałem konkretnie.

Zbrozło wzruszył ramionami.

– Już jesteśmy w drodze.

Szybko zwlokłem się z pryczy, bo zdążyłem się nauczyć, że w domu czarodzieja Ak’dasza jak ktoś jest na służbie, to lepiej dla niego, żeby poruszał się żwawo.

– Osiodłaj Malinkę, Filetos nam towarzyszy – rzucił w progu Zbrozło.

Skinąłem głową ze zrozumieniem i wciągnąłem na plecy Sandacza. Zbrozło popatrzył na mnie krzywo.

– Po cholerę bierzesz ten pręt? I tak Pan każe ci go zostawić…

Ruszyłem do drzwi.

– Nie mam czasu, Zbrozło, muszę konie siodłać.

Stajnia była po drugiej stronie dziedzińca. Dopadłem do niej w kilka susów i otwarłem drzwi. Odpowiedzią było lekkie rżenie. Podszedłem do Malinki i poklepałem ją po karku. Największa klacz, jaką do tej pory widziałem – silna i uparta. W sam raz dla równie silnego i upartego Filetosa. Pod jego zwalistym ciałem uginały się grzbiety większości koni; na dłuższym dystansie trzeba je było zbyt często zmieniać. Malinka była wyjątkiem – nosiła Filetosa bez widocznego wysiłku, a ten odpłacał się jej za to najlepiej jak umiał. Zawsze mogła liczyć na rumiane jabłko, czy kawałek cukru.

Z Malinką uporałem się w miarę szybko, kolejne cztery konie, w tym ulubiony przez Ak’dasza ogier Angi, też wkrótce miały na grzbietach siodła. Skinąłem na kręcącego się w pobliżu chłopaka i wspólnie wyprowadziliśmy zwierzęta na dziedziniec. Czarodziej stał już na ganku swojego domu, a obok czekali Zbrozło, Filetos i Onuma. Zbliżyliśmy się szybkim krokiem. Ak’dasz zszedł ze schodów i przytulił głowę do łba Angiego. Uśmiech, który zagościł na twarzy mego dobroczyńcy szybko jednak znikł, gdy spojrzał na mnie. A właściwie na zawieszonego na moich plecach Sandacza. Zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, wyobraziłem sobie trójkę naszych towarzyszy broczących krwią i leżących w artystycznie poskręcanych pozach ze sztyletami w dłoniach. Obok stałem ja i wywijając Sandaczem młynka broniłem Ak’dasza własną piersią przed zgrają rozbójników. Widok musiał być dla czarodzieja zabawny, bo parsknął krótkim, urywanym śmiechem i wskoczył na Angiego.

– W drogę.

Nie trzeba było nam tego dwa razy powtarzać.

 

Na horyzoncie zamajaczyła Naydera. Zbliżaliśmy się do niej szybkim galopem, co świadczyło, że sprawa jest poważna i ktoś w mieście na gwałt potrzebował czarodzieja. Ba, sam czarodziej uznał, że sprawa nie cierpi zwłoki i gnał na złamanie karku. A to nie było częstym wydarzeniem.

Miałem trochę czasu, by zastanowić się, co robię w tak zacnym towarzystwie. Podobnie jak pozostali towarzysze Ak’dasza byłem Strażnikiem Gildii Czarodziejów, ale moje doświadczenie w tej materii było praktycznie zerowe. Swojego aktualnego przełożonego znałem naprawdę krótko, ledwo zdążyłem się trochę zadomowić w jego posiadłości. Co innego pozostała trójka. Zbrozło był szefem Strażników podległych Ak’daszowi, człowiekiem rozważnym, z dużym autorytetem i trzymającym swoich podkomendnych w ryzach żelazną ręką. Miałem okazję przekonać się o tym na własnej skórze, kiedy po pojawieniu się w posiadłości Ak’dasza próbowałem wprowadzać w czyn którąś ze swoich mądrości życiowych. Zbrozło natychmiast wybił mi te pomysły z głowy, a ja do dziś wzdragałem się na wspomnienie kuracji, którą zaaplikował mi na jego życzenie nasz czarodziej. Dość powiedzieć, że była skuteczna, by przygiąć do ziemi mój kręgosłup wolnego ptaka. Początkowo byłem na Zbrozłę wściekły, ale wkrótce do mnie dotarło, że pewien rozdział mego życia zniknął w huku zamykanej księgi i musiałem spojrzeć na otaczającą mnie rzeczywistość nowymi oczyma. A Zbrozło, z właściwą sobie gracją hiszpańskiego buta, otwierał mi je tylko szerzej, żebym ten świat zobaczył szybciej i w miarę bezboleśnie.

Onumę znałem najsłabiej z całego towarzystwa. Wiedziałem tylko, że był świetnym wojownikiem, któremu było wszystko jedno, jaką broń trzyma w dłoni. Wkrótce po przyjeździe do posiadłości Ak’dasza, czarodziej kazał mi się z nim zmierzyć i nim spostrzegłem co robi ze swoim mieczem, zostałem rozbrojony. Wtórował temu oczywiście rechot pozostałych Strażników, co wkurzyło mnie do tego stopnia, że unikałem potem Onumy jak ognia.

Natomiast już sam wygląd Filetosa wzbudzał szacunek – potężnie zbudowane chłopisko, któremu, mimo że nie jestem wątłej postury, sięgałem ledwie ramienia i którego bicepsy były grubsze od moich ud. Jego ulubioną zabawą było hurtowe łamanie końskich podków i klepanie z radości po plecach kibiców. Ta ostatnia czynność kończyła się zresztą po pierwszym klepnięciu, kiedy delikwent wybrany przez Filetosa leciał przez całą salę i zatrzymywał się z impetem na przeciwległej ścianie.

Ak’dasz zwolnił, a my poszliśmy jego śladem. Lekkim kłusem zbliżyliśmy się do bram miasta. Kiedy minęliśmy wierzeje, nagle uderzył we mnie podmuch gorąca i musiałem się mocno przytrzymać końskiej grzywy, żeby nie wylądować na klepisku. Gdzieś głęboko w trzewiach poczułem dziwne mrowienie, a całe ciało przeszedł dreszcz niepokoju. Kiedy wydawało mi się, że najgorsze minęło, ciepło uderzyło ze zwielokrotnioną siłą. Tym razem nie miałem czasu na chwytanie się czegokolwiek – poleciałem przez koński zad do tyłu, uderzając czaszką o ziemię.

 

Ocknąłem się z okropnym bólem głowy. Przez chwilę zastanawiałem się, czy ktoś mi gwoździ w łeb ponabijał, ale majacząca obok mego łóżka potężna sylwetka Filetosa uświadomiła mi, że kto jak kto, ale on nie pozwoliłby na to, żeby coś tak mało subtelnego zrobiono innemu Strażnikowi. Odetchnąłem z ulgą, ale to wcale nie pomogło – łeb wciąż miałem kwadratowy i ogarniała mnie nieprzeparta chęć wymienienia go na inny egzemplarz.

– Oj, pecha ma nasz pan, nawet w siodle nie potrafisz się utrzymać porządnie – dobiegł mnie głos Filetosa. – Tylko pyszczyć umiesz.

Co tu dużo gadać – Filetos trafił w sedno. Żeby zostać Strażnikiem Gildii Magów trzeba było skosztować eliksiru prawdy. Cholera wie, co w nim było, ale jedno było pewne – po jego wypiciu mało kto pozostawał przy zdrowych zmysłach. W większości przypadków delikwent w niezwykle wyrafinowany sposób odbierał sobie życie. Jednak ten, kto tę próbę przeszedł pomyślnie, zyskiwał dar wyróżniający go spośród innych ludzi. Filetos stał się jeszcze silniejszy, Onumę trudno było pokonać w walce, a z opowieści wiedziałem, że jeśli doszło do jakieś większej bitki, Zbrozło odznaczał się niezwykłym zmysłem taktycznym. A ja? Byłem jedynym Strażnikiem, który nie był ślepo posłuszny czarodziejom. Inni gotowi byli z ochotą zlizywać kurz pod stopami magów, byle tylko ich zadowolić. Ja miałem to w głębokim poważaniu i potrafiłem swoje zdanie na ten temat głośno wyrazić. Przez kilka pierwszych dni po przybyciu do posiadłości Ak’dasza byłem przez niego testowany – a to kazał mi się z Onumą pojedynkować, a to z Filetosem na rękę się zmierzyć. Kiedy indziej kazał z łuku szyć do tarczy, a że łucznik ze mnie był zawsze do dupy, to mu cięciwę w tym łuku zerwałem i tylko się wściekł. Potem próbował na mnie jakiejś mikstury, ale szybko okazało się, że na truciznę to ja nie jestem odporny i trzeba było na gwałt dawać mi odtrutkę. A kiedy chciał mi dać do wypicia jakieś inne świństwo, zwyczajnie go skląłem, wzbudzając tym niezdrowe zainteresowanie innych Strażników. W akcie desperacji posłał mnie nawet do kuchni, ale i tam się nie sprawdziłem, podpalając na dodatek kucharza. W końcu machnął ręką i zostawił mnie w spokoju.

Kiedy tak sięgnąłem pamięcią w przeszłość, nagle mnie olśniło. Zrozumiałem dlaczego czarodziej ciągnął mnie do Naydery. Przecież ktoś musiał koni pilnować.

Uniosłem się nieco na łóżku i mimo bólu głowy spytałem:

– Gdzie Ak’dasz?

Filetos skrzywił się wyraźnie.

– Nasz pan – Strażnik mocno podkreślił ten wyraz, dając mi do zrozumienia, że zachowuję się niestosownie – udał się ze Zbrozło i Onumą do burmistrza. Coś dziwnego dzieje się w Nayderze i dlatego został wezwany.

Uśmiechnąłem się pod nosem. Raczej poproszony. Nikt spoza Gildii, nawet tak poważana osoba, jaką ponoć był burmistrz Ciril Drobger, szybko odczułby na własnej skórze, czym kończy się „wzywanie” czarodzieja.

– Wiesz coś więcej na temat tych dziwów? – starałem się podtrzymać rozmowę.

Filetos machnął ręką.

– Ponoć jakiś umarły pojawił się w Nayderze i porwał dzieciaka.

Zatkało mnie na tyle dobrze, że przez chwilę zabrakło mi języka w gębie. Nekromanta? W środku miasta? Nie na jakimś uroczysku? Na usta cisnęły mi się kolejne pytania, ale szybko zdałem sobie sprawę, że szkoda na nie czasu, bo Filetos mógł usłyszeć jedynie coś po drodze do pokoju, w którym się znajdowaliśmy i jego wiadomości są na tyle szczątkowe, że nic więcej od niego nie wyciągnę. Zamiast drążyć temat usiadłem na łóżku i mimo bólu głowy starałem się z niego podnieść.

– Uważaj, nieźle się potłukłeś. Jak worek z ziemniakami z konia zleciałeś – Strażnik ujął mnie swoją troską, ale nie dałem tego po sobie poznać.

Naprężyłem mięśnie i stanąłem na nogi. Świat trochę zawirował, ale utrzymałem się w pionie.

– Gdzie jesteśmy?

Filetos uśmiechnął się szeroko. – Burmistrz Drobger mocno się postarał. „Pod Smoczym Zębem” mieszkamy.

W Nayderze byłem po raz pierwszy i nazwa oberży nic mi nie mówiła, ale po anielskim wyrazie twarzy mego towarzysza wywnioskowałem, że to najlepszy lokal w mieście. Rozejrzałem się wokół. Faktycznie było nieźle. Komnata przestronna, drewniane bale ścian zostały gdzieniegdzie przystrojone skórami z dzików i jeleni, a okna były na tyle szerokie, że do środka wpadało dużo światła. Wyposażenie też wyglądało korzystnie: cztery łóżka, przy każdym z nich stał mały stolik ze świecą, zydelek i niewielki kuferek na podręczne rzeczy; na środku masywny stół z porządnie zbitymi czteroma zydlami, pod ścianą szafa i sporych rozmiarów kufer na bagaże, a także stół z misą i dzbanem na wodę. A do tego czysto, pościel wykrochmalona, w powietrzu czuć było delikatne zapachy z kuchni. Cóż, kiedy wałęsałem się samotnie po świecie, na taki luksus nigdy nie było mnie stać. Kwatera musiała kosztować majątek. Wyglądało na to, że Ak’dasz ma w Nayderze niezwykłe poważanie. Albo też sprawa z umarlakiem była na tyle poważna, że nie pożałowano grosza dla kogoś, kto problemy z nim związane mógłby rozwiązać.

– Zjemy coś? – zagadnąłem.

Filetos tylko zęby wyszczerzył.

– Widzę, że doszedłeś do siebie. Na dole wieczerza pachnie, że hej. Ale poczekać musimy na pana. Tak mi polecił.

– Kazał czekać na swoje przybycie w tym pokoju? Czy może w oberży? – zapytałem z uśmiechem na ustach.

Osiłek wycelował we mnie palec.

– Nawet nie próbuj. Potem to ja oberwę od pana, a nie ty.

Cóż, musiał dobrze zapamiętać ostatni raz, kiedy przekonałem go, że podkucie koni u kowala w sąsiedniej wiosce nie wyklucza wychylenia kilku kufelków zimnego piwa przy szynkwasie. Jako że to Filetos dowodził wyprawą, dostał od Ak’dasza niezły wycisk. Dla mnie powrót na miękkich nogach skończył się tylko solidnym kopniakiem w zadek. Czarodziej wolał ukarać brak odpowiedzialność niż umiejętności perswazji. Nauczka widać była skuteczna, bo Strażnik nawet nie próbował podejmować teraz ze mną dysputy.

Westchnąłem ciężko i usiadłem z powrotem na łóżku.

– Kiedy mi się po tym upadku strasznie pić chce…

Filetos podrapał się po głowie i sięgnął do skrzyni. Po chwili w jego ręce pojawił się sporych rozmiarów bukłak. Wyciągnął go w moim kierunku. Chwyciłem z ochotą i wyciągnąłem korek. Powąchałem zawartość i się skrzywiłem.

– Woda, woda – potwierdził, że mój węch nie szwankuje. – A czegoś się spodziewał?

Szkoda mi było słów na takie marnotrawienie bukłaków, więc tylko go przechyliłem czując, że płyn usuwa nieprzyjemny posmak w ustach.

– Dobra, źródlana. Sił doda – ironizowałem oddając bukłak.

Filetos wziął moje gadanie za dobrą monetę i szeroko się uśmiechnął.

– W naszej kwaterze co jak co, ale woda jest przednia.

Westchnąłem w duchu. Rzadko się zdarza, żeby siła szła w parze z lotnością umysłu i Filetos był tego dobrym przykładem.

– Pozwolisz, że kapkę się zdrzemnę, bo wciąż łupanie we łbie czuję.

Osiłek rozłożył ręce w geście mówiącym „rób co chcesz, mnie nic do tego”.

 

Ocknąłem się słysząc szmer rozmowy. Uchyliłem delikatnie powiekę i zobaczyłem siedzących przy stole Strażników i Ak’dasza.

„Źle z tobą, rybeczko, śpisz jak zaraza jakaś pomór uskuteczniająca, nawet nie słyszałeś, że ktoś do komnaty włazi. Tłuszczem zarosłaś, rybeczko” – skarciłem się w duchu.

Nie dawałem jednak po sobie poznać, że znalazłem się w świecie żywych i nadstawiłem ucha. Mówił Onuma.

– Czy to aby, Panie, dobry pomysł? Dobrze nas tu znają, to i gęby na kłódkę zamknięte trzymać będą. Z czarodziejami i ich Strażnikami mało kto lubi się zadawać. Nieprzyjemności z tego najczęściej są, to i ludzie powściągliwi się robią, jak mają z nami gadać.

Ak’dasz pokręcił głową w przeczącym geście.

– Sam słyszałeś, Onuma, że sprawa jest poważna. Burmistrza tak bladego jeszcze nie widziałem. Nie co dzień dzieciak szefa rady rajców znika niezauważony. Do tego ten umarlak z pala gdzieś się podział i ludzie są w strachu, bo te fakty połączyli. A strach przy ciekawym słuchaczu dobrze z siebie wyrzucić, a jak słuchacz Strażnikiem jest, to i lepiej. Bo siły nieczyste pokonać przecież potrafi.

Aż się uśmiechnąłem pod nosem. Akurat! Ludzi gówno obchodzi szczeniak jakiegoś Wysoko Postawionego w Nayderze Rajcy. Jeżeli już o sprawie myśleli, to raczej z satysfakcją, że sprawiedliwość na tym świecie jest i krzywda nie tylko zwykłych zjadaczy chleba dotyka. A że burmistrz bladziuchny jest? Przestraszył się biedaczek, że na dzieciaki wysokiego mieszczańskiego rodu ktoś zasadził się, to i o swoje pociechy się martwi. Stąd mu krew z mordy odpłynęła. Losem zwykłych nayderan na pewno się nie przejął.

Tak sobie pomyślałem i było za późno. Podsłuchiwanie się skończyło. Ak’dasz nawet nie odwrócił się w moją stronę, ale rzucił od niechcenia:

– Ale skoro tak mówisz, Onuma, to może Djerit z ludźmi pogada? Nikt go tu przecież nie zna.

– Poza właścicielem „Smoczego zęba”, jego dziewek służebnych i paru gośćmi, którzy akurat w oberży siedzieli, jak go tu wnosiliśmy. O tłumie gapiów pękających ze śmiechu jak Djerit z konia spadał nie wspomnę – błyskawicznie zaripostował Zbrozło.

– Zapamiętali zdarzenie, nie twarz – wtrąciłem z posłania czystym i pewnym siebie głosem, choć powtórzenie mojego nowego imienia w tak krótkim czasie wzbudziło u mnie ból zębów.

Po chwili jednak na krótko zwątpiłem.

– Chyba, że moja facjata jest tak charakterystyczna, że ludziska zapamiętują ją bez wysiłku i potrzeby. W co osobiście wątpię – wyznałem w końcu z rozbrajającą szczerością.

Ak’dasz podniósł do góry dłoń, ucinając szmer głosów niezadowolenia moich kompanów.

– Wątpić to można, czy brzemienna dziewka zmieniła stan za naszą sprawą, czy z pomocą innego – przerwał moje rozważania. – Faktem jest, że nikt cię tu nie zna i będziesz miał większą swobodę. Możesz zaczynać.

Roześmiałem się w głos.

– Zaczynać? Co? A może kilka wskazówek dla idącego na śmierć?

Przegiąłem, jak zwykle przegiąłem, a Ak’dasz uświadomił mi to gwałtownym rwaniem w prawym ramieniu. Ba, zaraz tam gwałtownym. Czułem, jakby ręka miała mi odpaść i pójść samopas na spacer. Rzuciłem się z łóżka na podłogę, na kolana. Zawyłem nie gorzej od wilka, gdy księżyc staje w pełni. Przenikliwie, boląco. Żeby inni moje cierpienie też poczuli.

– Zamknij się – warknął Ak’dasz przerywając jednocześnie działanie czaru. – Jeszcze mi tu gwardzistów sprowadzisz. I wtedy na pewno twoją facjatę zapamiętają. O to ci chodzi?

– Ależ skąd, panie – mówiłem z wysiłkiem trzymając się za rękę. – Ja naprawdę nic o sprawie nie wiem…

Czarodziej westchnął ciężko.

– A co tu wiedzieć? Ktoś truchło z pala zdjął a ludzie szepcą, że samo zlazło i dzieciaka porwało. Trzeba wyjaśnić, kto trupa skradł, żeby głupoty ludziom z głowy wybić. Jasne? To do roboty.

Skinąłem głową, a potem wyobraziłem sobie karczmarza z wyciągniętą w moim kierunku dłonią. Ak’dasz westchnął jeszcze głośniej, ale sięgnął do sakiewki i po chwili rzucił w moim kierunku kilkoma czerwieńcami.

 

Od dwóch dni włóczyłem się po oberżach różnej maści i tyle tylko, że się piwa tak nażłopałem, jakbym ze cztery garście soli wcześniej zżarł. Ludzie o truposzu gadali nawet chętnie, ale plotki to same były. Kiedy odrzuciło się ziarna od plew, to same tylko puste wióry widać było. Dowiedziałem się, że truposza Kawką zwali i zanim został na pal nanizany, krwi wiele w okolicy napsuł. Zbój był i tyle, nie jedna kobieta przez niego łzy wylała opłakując stracony majątek, cześć, a nawet życie najbliższych. Nie dziwota, że go nikt tutaj nie żałował. I to było wszystko, co warte było moje żłopanie piwa. Reszta to same strużyny.

Kiedy upewniłem się, że ludzie nic więcej ciekawego nie powiedzą, trzeciego dnia z samego rana ustaliłem, w którym miejscu doszło do kaźni i zarzuciwszy na plecy Sandacza podążyłem we wskazanym kierunku. Pal znajdować się miał na placu targowym, w pobliżu głównej bramy. Naydera była sporym miastem, a oberża, w której się zatrzymałem (rzecz jasna nie było to „Pod Smoczym Zębem”, skąd wyprowadziłem się, aby nie być kojarzony z Ak’daszem i resztą kompanii) znajdowała się akurat po drugiej stronie miasta. Miałem więc przed sobą całkiem długi spacer.

Mijałem zajętych sobą mieszczan – zarówno tych odzianych przyzwoicie i noszących się z godnością, jak i okutanych w łachmany żebraków, na mój widok nachalnie wyciągający przed siebie dłonie. Ot, zwykły obrazek, którego nie cierpiałem. Długo bym w mieście nie wytrzymał, zadusiłbym się. Te wąskie ulice, dalekie od przestrzeni łąk, ta śmierdząca duchota nie mająca ujścia i kisząca się między domami, te wrzaskliwe przekupki udające tokujące ptaszyska, te wlepione w człowieka setki par oczu, obłapujące ciało, szukające sakiewki, którą można skraść, te ulice z rwącymi potokami pomyj, pełne zwierzęcych i ludzkich odchodów, a także resztek jedzenia, te roje wzbudzających obrzydzenie much, krążących nad każdym połciem sprzedawanego na targu mięsa, te kręcące się z podwiniętymi ogonami psy, czekające tylko na okazję, by porwać jakiś ochłap…

Zaczynałem sam siebie nakręcać, i to mocno, bo z wrażenia zrobiło mi się gorąco, a po ciele przebiegały niespokojne dreszcze. Dwa dni w mieście wystarczyły, żebym wyrywał się na otwartą przestrzeń. Sięgnąłem po przytroczony do pasa bukłak i pociągnąłem spory łyk wina. Ciepło promieniście rozlało się we mnie miłym strumieniem. Od razu poczułem się lepiej. Przyspieszyłem więc kroku. Po chwili jednak uczucie niepokoju wróciło i na dobre wymościło pod żebrami wygodne dla siebie posłanie. Znów sięgnąłem po bukłak, ale cofnąłem rękę. W takim tempie, to ja na ten plac targowy za cholerę nie dojdę, tylko zalegnę gdzieś pod ścianą ku uciesze złodziejaszka, który mnie zdybie i oskubie do cna. Skląłem się w myślach za obrazy, które sam sobie podsunąłem i wydłużyłem krok. Niemiłe uczucie wcale nie mijało, a wręcz nasilało się. Czułem się coraz bardziej podle i zacząłem się na poważnie zastanawiać, jakiej trutki dolał wczoraj karczmarz do mojego piwa. I co mu zawiniłem, że zrobił to właśnie mnie. Albo dlaczego jest takim ciamajdą i podmienił kufle, podając mi ten, który trafić miał w usta kogoś innego.

Uliczka, którą szedłem, wyraźnie kończyła się, bo kilka domów dalej widać było nieco większą przestrzeń. Dochodzący stamtąd gwar upewnił mnie w przekonaniu, że zbliżam się do celu. Nie myliłem się. Wkrótce moim oczom ukazał się sporych rozmiarów placyk, na którym przycupnęły kramiki kupców. Ich właściciele rozłożyli na byle jak zbitych stołach różnorakie towary i głośno namawiali przechodniów, by sprawunki zrobili właśnie u nich. Kupujących było całkiem sporo, ale z doświadczenia wiedziałem, że właśnie z rana, kiedy wszystko jest jeszcze w miarę świeże, ruch w takim miejscu jest największy.

Rozejrzałem się w poszukiwaniu pala, na którym zamęczono Kawkę. Stał na środku placu, wznosząc się złowieszczo ponad kramami na wysokość dwóch dorosłych ludzi. Zwykły okorowany i zaostrzony na szczycie kawałek drewna, na widok którego rzuciło mną na ścianę najbliższego domu. Było mi słabo, gwałtownie rozsznurowałem górę kubraka łapczywie łapiąc oddech. Sięgnąłem do bukłaka i pociągnąłem z niego spory łyk. Zrobiło mi się na tyle dobrze, żeby dostrzec zbliżającego się do mnie ukradkiem łapserdaka, który najwyraźniej miał ochotę na bliższe zaznajomienie się z moją sakiewką. Ująłem rękojeść Sandacza.

– Spierdalaj – rzuciłem w jego kierunku najmocniejszym głosem, na jaki było mnie stać i używając słownictwa, które najszybciej do niego docierało. Na chwilę się zawahał, wzruszył ramionami i wtopił w tłum. Wiedziałem, że wprawdzie znikł mi z pola widzenia, ale zza osłony przechodniów bacznie wlepia we mnie swe zmrużone oczka. Musiałem zaczerpnąć świeżego powietrza, żeby nie stać się jego ofiarą. Ruszyłem w kierunku głównej bramy Naydery. Już na samą myśl o otwartej przestrzeni zrobiło mi się lepiej, a wraz z pokonywanym dystansem dobre samopoczucie wracało.

Wkrótce minąłem stojących na warcie przy bramie gwardzistów i stanąłem na zwodzonym moście nad fosą. Nabrałem głęboki haust powietrza i poczułem, że wracają mi siły. Podszedłem do najbliższego drzewa, objąłem je i przytuliłem do kory policzek. Energia wracała w szybszym tempie. Po dłuższej chwili byłem przekonany, że jestem wystarczająco pozytywnie naładowany, żeby wracać do miasta i nie dać mu się znowu złamać. Oderwałem się od drzewa i raźno ruszyłem w kierunku „Smoczego Zęba”.

 

Ak’dasz siedział w towarzystwie Strażników i cała czwórka ze spokojem pałaszowała posiłek. Przy innych stołach było kilku innych klientów oberży, którzy śniadali. Przycupnąłem z boku i zamówiłem kufel korzennego piwa. Dość szybko pojawił się przede mną złocisty płyn, a ja pociągnąłem spory łyk.

„Musimy porozmawiać, panie” – pomyślałem.

Cóż, ten sposób komunikacji z czarodziejem miał zarówno plusy, jak i minusy. Ak’dasz potrafił czytać w myślach, ja nie. Konwersacja była zatem wprawdzie niedostrzegalna przez innych ludzi, ale też nieco jednostronna. Poza tym wkurzająca, bo nigdy nie miałem pewności, czy czarodziej przeczyta moje myśli.

Osuszyłem kufel kilkoma ruchami grdyki i położyłem na stole drobną monetę.

„Będę w stajni” – pomyślałem i wstałem od stołu.

 

Nie czekałem zbyt długo. Czarodziej pogładził głowę Angiego i rzucił w moim kierunku z wyrzutem:

– Od samego rana piwsko żłopiesz, zamiast rozkaz wykonywać.

– Dla kogo rano, dla tego rano. Ja tam śniadanie już dawno zjadłem – powiedziałem zaczepnie. – A piwo w drobnych ilościach dobrze na pęcherz robi.

Machnął ręką na moje harde słowa.

– To co tam ludzie o tym umarlaku gadają?

– To samo, co wam. Czyli o niczym pojęcia nie mają.

W oczach czarodzieja zobaczyłem pioruny.

– I po to mnie do stajni ciągasz, żeby mi to zakomunikować? Po dwóch dniach poszukiwań? Ty leniu śmierdzący!

Spodziewałem się takiej reakcji, więc lawiny przekleństw pod moim adresem wysłuchałem ze spokojem. Kiedy Ak’dasz nabierał głębiej powietrza, by kontynuować wywód na mój temat, wszedłem mu w słowo.

– Choćbym jeszcze z pół roku z ludźmi gadał, to i tak niczego się nie dowiem. Przyczyna zniknięcia umarlaka leży gdzie indziej.

Mój rozmówca skutecznie ukrył zaskoczenie i spojrzał na mnie z odrobiną zaciekawienia.

– To znaczy?

– Umarlak zniknął w środku nocy, nikt tego nie widział, bo wszyscy spali. Gwardziści patrolujący miasto byli w tym czasie w zupełnie innej jego części. To i nikt niczego rozsądnego na temat umarlaka w Nayderze nie powie. Tylko plotki i domysły krążą. Szkoda na nie czasu. Problem leży w palu na placu targowym. Jak panie wiesz, dziwna moc bije od niego…

Przerwałem, bo Ak’dasz spojrzał na mnie takim wzrokiem, że język mi momentalnie skołowaciał. Przez chwilę trwała krępująca cisza. Przerwał ją czarodziej.

– Coś powiedział?

– Że ludzie nie mogli widzieć…

– Nie – przerwał mi gwałtownie. – O palu.

– No, że moc ma dziwną… Takim ciepłem bije – plątałem się pod czujnym spojrzeniu mego mocodawcy.

– Ciepłem bije, powiadasz – Ak’dasz zamyślił się.

I wtedy zrozumiałem. Czarodziej wcale tej mocy pala nie czuł. Dla niego był to zwykły kawałek drewna, na który nabijano złoczyńców. Mimo kompletnego zaskoczenia otworzyłem usta. Wiedziałem, że muszę się uwiarygodnić.

– Nie kłamię, panie. Wiem, że trudno w to uwierzyć, ale ja naprawdę tę moc czuję. Przecież od urodzenia prawie w siodle jeżdżę, a jak wjechaliśmy do Naydery, jak tylko do tego pala zacząłem się zbliżać, to z konia zleciałem i mało sobie łba w drobny mak nie rozbiłem. Dzisiaj rano na piechotę tam poszedłem. Z daleka zaczęło mnie już w środku skręcać, a kiedy pal zobaczyłem, to mało czucia w członkach nie straciłem. Ledwo stamtąd uciec zdołałem…

Ak’dasz patrzył na mnie przenikliwie, analizując wypowiedziane przed chwilą słowa. W końcu pokiwał głową.

– Znaczy mamy w mieście przeklęte miejsce – skonstatował.

– Nie miejsce, tylko pal – zaprzeczyłem. – Wcześniej nic tu się nie działo. Złoczyńców na pal nabijali ku radości gawiedzi i dopiero jak truposz zaczynał za mocno śmierdzieć, kat go ściągał. Nigdy sam nie złaził. Ale z kilkanaście dni temu piorun w pal strzelił i spopielił go dokumentnie. Kat kazał wystrugać nowy i Kawka był pierwszym na niego nanizanym. Myślałem, żeby z katem się rozmówić, ale przecież nie będzie z Bezpalcem gadał. Co innego jak przyjdę do niego jako Djerit el Ak’dasz…

Czarodziej wpatrywał się we mnie, jakby pierwszy raz mnie zobaczył. Chyba przestał widzieć we mnie wałkonia nadającego się wyłącznie do pilnowania koni.

– Chodź do oberży. Musimy pogadać z resztą Strażników.

Kiedy mijaliśmy wierzeje stajni zapytał:

– A o dzieciaku rajcy czegoś się dowiedziałeś?

– Jaki tam dzieciak, toż on 17 wiosen miał na karku. Ostatni raz w zamtuzie go widziano. Pełną sakiewką tak się pysznił, że pewnie dostał w ciemnym zaułku ostrzem pod żebra i teraz w piwnicy jakieś jest zakopany. Umarlaka bym z nim nie wiązał.

 

Kołatka uderzająca w masywne drzwi obudziłaby martwego. Nic więc dziwnego, że wystarczyło, żebym zastukał dwa razy, by między drzwiami a futryną ukazała się głowa z wiechciem skołtunionych kędziorów w kolorze dojrzałej pszenicy. Czerwona twarz z kulfoniastym nosem pośrodku i małe, wąskie oczy dopełniały widoku. Na pewno nie była to twarz budząca zaufanie.

– Zbrozło el Ak’dasz i Djerit el Ak’dasz, Strażnicy Gildii Magów, z panem Magnusem Gyumolem pilnie rozmawiać by chcieli – mój towarzysz zachował się zaiste wykwintnie, nazywając kata „panem”.

Na twarzy w drzwiach pojawił się wyraz zaskoczenia, czemu nie należy się dziwić, bo wielu ludzi przez całe swoje życie ze Strażnikiem do czynienia nie ma, a tu nagle w progu stało ich dwóch.

Zdziwienie szybko jednak ustąpiło, a drzwi otworzyły się szerzej.

– Wejdźcie, panowie, wejdźcie. Jam jest Gyumol, zapraszam do środka.

No to skorzystaliśmy z tego zaproszenia. Już na pierwszy rzut oka było widać, że w domu kata brakuje kobiecej ręki. Sprzęty walały się byle gdzie, bez ładu i składu, brudne szmaty wisiały gdzie popadło, a na stole widać było resztki jedzenia. Gyumol, potężne chłopisko o wielkich łapach, zgarnął je rękawem na podłogę i gestem zaproponował skorzystanie z klejących się od brudu zydli.

– Nie zajmiemy aż tyle czasu – Zbrozło widocznie uznał, że nie warto uwalać sobie ubrania. – Wiemy, że jesteście panie Gyumol zajętym człowiekiem i dlatego od razu do rzeczy chcieliśmy przejść.

Kat aż uśmiechnął się pod nosem z zadowolenia. Widać było, że rzadko kiedy jest w tak dworski sposób traktowany.

– Do usług, panowie Strażnicy, do usług. W czym mogę pomóc?

– Niedawno piorun trafił pal, na który nanizano złoczyńców i trzeba było nowy wyrychtować. Wy żeście go, panie Gyumol przygotowali? – przejąłem inicjatywę.

– A juści, że ja. Naostrzyłem go pięknie, żeby łatwiej w dupsko właził – zarechotał, jakby co wesołego powiedział.

Jak widać poczucie humoru katów nieco się różniło od poziomu wesołości przeciętnego człowieka.

– A gdzie żeście drzewo na pal znaleźli? – kontynuowałem.

– Drzewo to nie ja, ja nie jestem od latania po lesie i ścinania dębów. Bo dęby, wiecie, twarde są, najlepsze na palik. Raz się naostrzy i długo używać można…

– Panie Gyumol – przerwałem mu katowskie wynurzenia.

Zrozumiał.

– Sługa mój drzewko znalazł. Pieeeetkaaaa!!!!

Aż podskoczyłem, tak się rozdarł. Nad samym uchem. Przyznać trzeba, że wrzask miał jak posturę – potężny.

Za chwilę do pomieszczenia wbiegł młody chłopak.

– Czego się drzesz, Magnus, przecież głuchy nie…

Gdy tylko Pietka nas zauważył, przerwał w połowie zdania. Jak na sługę, był nawet bardziej bezczelny ode mnie. Ja do Ak’dasza nigdy bym się nie ośmielił mówić wprost po imieniu.

Kat wskazał na nas i powiedział w kierunku Pietki:

– To są Strażnicy Gildii Magów i mają do ciebie pytanie.

Pietka zamrugał oczyma i zaczął wpatrywać się w Zbrozłę niczym w obrazek.

– Słuchaj Pietka, pan Gyumol opowiedział nam właśnie, że to ty ściąłeś drzewo, z którego zrobiono pal na plac targowy. Pamiętasz może, gdzie rosło to drzewo?

Chłopak otworzył szeroko oczy i gwałtownie pokiwał głową.

– A juści, że pamiętam. Zawsze wybieram lasek zaraz za główną bramą. Ten po lewej stronie, jak się z miasta wyjeżdża – starał się uściślić, pokazując jak bardzo przejął się swoją rolą. – Ale ostatnio łaziłem po nim i łaziłem, a ładnego dąbka znaleźć nie mogłem. A to krzywy był, a to za dużo gałęzi z niego wyrastało i brzydko by na placu wyglądał taki obciachany, inne za małe były i pod człowiekiem by pękły. I wtedy głębiej w las ruszyłem, gdzie starsze drzewa rosną. Coś mi mówiło, że tam znajdę dobry palik…

– Coś ci mówiło, Pietka?… – przerwałem.

– A tam, mówiło… Tak se pomyślałem, to i polazłem.

Skinąłem głową, by kontynuował.

– No to polazłem dalej i pięknego dąbczaka znalazłem. Duży był, z 300 lat może ma, a jedna gałąź prościutka, że w mordę strzelił, za przeproszeniem panów Strażników, rzecz jasna. Gruba była, niewysoko, to wlazłem na drzewo i odrąbałem. Ot, cała historia. – Rozłożył ręce, jakby chciał pokazać, że faktycznie do dodania nic więcej nie ma.

– Trafisz w to miejsce? – zapytał Zbrozło.

– Juści, panie. Przeca ja okoliczne lasy jak własną izbę znam i…

Zbrozło podniósł dłoń, a Pietka natychmiast zamilkł.

– Panie Gyumol, czy wasz służący może udać się z nami i wskazać drogę?

– Tak, panie. A i ja chętnie z wami pójdę, jeśli nic przeciw mieć nie będziecie. W końcu sprawa mojego palika tyczy…

 

Dąb rzeczywiście był stary i rozłożysty. Mimo że słońce świeciło mocno, pod jego gałęziami panował delikatny chłód. Drzewo faktycznie mogło mieć z 300 lat – gruby pień przywodził na myśl kolumny podpierające strop nad wejściem do świątyni. Stało na niewielkiej polanie i widać je było z daleka, a jednak Pietka, mimo swoich zapewnień o doskonałej znajomości lasu, nie był w stanie go odnaleźć. Naprowadziłem na nie dopiero ja, idąc za głosem znanego mi już dziwnego wewnętrznego niepokoju.

Ak’dasz przyglądał się z dębowi z uwagą. W końcu spojrzał na mnie.

– Dobra, Djerit. Szukaj. Liczę na ciebie.

Wyobraziłem sobie skołtunionego psa węszącego przy ziemi, ale czarodziej nawet się nie uśmiechnął. Zacząłem więc krążyć wokół drzewa zataczając coraz szersze kręgi. W pewnym momencie, kiedy znajdowałem się tuż przed granicą cienia rzucanego przez gałęzie, poczułem delikatne ukłucie w okolicy żołądka. Zatrzymałem się i spojrzałem wymownie na Ak’dasza. Ten zaś zwrócił się do szóstki umorusanych młodzieniaszków:

– No, chłopcy, pora na was. Kopcie w miejscu, które wskazał Strażnik.

Skuszeni dobrą zapłatą pachołkowie, których czarodziej zatrudnił do tej roboty, ochoczo wzięli się do pracy. Siły mieli sporo, zmieniali się często, więc nie musieliśmy długo czekać na efekty. Wkrótce jeden z nich zawołał:

– Jakieś kości, panie.

– Delikatnie mi z nimi, niech zostaną w takiej pozycji, w jakiej są teraz – warknął Ak’dasz, który wraz ze Strażnikami zbliżył się do wykopu.

– Tak jest, panie – odpowiedział mu ten sam głos.

Odgłos wbijanych w ziemię szpadli nie był już tak gwałtowny, słychać było, że robotnicy częściej pracują rękoma.

– O matulu! – z dziury w ziemi wydobył się emanujący strachem dźwięk.

Czarodziej jednym susem wskoczył do wykopu. Z ciekawością do niego zajrzałem, żeby zobaczyć, co tak przestraszyło kopacza.

Na dnie leżał szkielet ułożony w karykaturalnej pozycji. Widać było, że przed zakopaniem ciała ktoś za plecami związał ze sobą nadgarstki i kostki u nóg. Odniosłem też wrażenie, że palce wszystkich czterech kończyn są przetrącone. Wygiętej w nienaturalny sposób postaci grozy dodawały połamane zęby, które ściskały wypełniający usta kamień. Wokół szkieletu owinięte były korzenie dębu.

Ak’dasz wygramolił się z jamy i polecił kopaczom:

– Przenieść mi te kości na wóz. W wiadra je ładować, żeby szybciej było.

Odciągnął naszą czwórkę na bok.

– To szkielet czarodzieja – oznajmił ściszając głos, by jego słowa nie dotarły do niepowołanych uszu. – Musiał nieźle za skórę sąsiadom zaleźć, że go tak potraktowali. Unieruchomili go skutecznie, nawet palce połamali, żeby nie rzucił czarów samym ich ruchem. A potem na odludziu pochowali, żeby o nim zapomnieć. No i ludzie o nim zapomnieli, ale jego moc nie przeminęła. Kiedy szczątków dotknęły korzenie dębu, zaczął wysysać z niego życiodajną energię i odrodził się w drzewie. Potem wystarczyło zwabić Pietkę, żeby odrąbał gałąź i wsadzić na nią jakiegoś delikwenta. Jego ciało też szybko przejął i teraz pewnie siły zbiera. Przeleżał tu przecież kilkaset lat, czyli kiedy go tu zakopywano Krzemienna Góra miała monopol na czary i musiała wyrazić zgodę na to zabójstwo. Nikt nie odważyłby się wtedy podnieść ręki na czarodzieja bez jej zgody. A skoro Krzemienna Góra kazała zabić jednego ze swoich, musiał stanowić poważne zagrożenie. Nie można było go spalić, bo popiół, który trafiłby na żywy organizm, mógłby go odrodzić. Dlatego zakopano go żywcem na pustkowiu.

Opowieść zabrzmiała makabrycznie. Wałęsający się po okolicy czarodziej, który kilkaset lat temu był zły, a po przeleżeniu pod ziemią na pewno nie spokorniał, nie był osobą, z którą pragnąłbym się spotkać. Jednocześnie jednak zdawałem sobie sprawę, że jeśli był to potężny mag, a takim raczej był, skoro czarodzieje z Krzemiennej Góry woleli go zabić zamiast próbować naginać mu kręgosłup, lepiej byłoby go dorwać już teraz, zanim nabierze sił. Później będzie go coraz trudniej pokonać.

Podobnie musieli myśleć pozostali Strażnicy. Zbrozło zabrał głos w naszym imieniu.

– Trzeba go zwabić, panie. Jak najszybciej.

Ak’dasz pokiwał w zamyśleniu głową. Po dłuższej chwili zwrócił się do mnie.

– Czujesz jeszcze moc tego drzewa?

Skinąłem twierdząco. W odpowiedzi krzyknął w kierunku wynajętych pachołków:

– Jak tam, chłopcy, kości zebrane?

– Jeszcze chwila i będzie koniec.

– To masz tu czerwieńca, kup w mieście beczułkę smoły i chyżo wracaj. Trzeba spalić to drzewo, żeby więcej nam kłopotu nie przysparzało.

– Juści, panie.

Ak’dasz odwrócił się w naszym kierunku.

– Skoro moc jest w drzewie, to jest w nim jeszcze cząstka czarodzieja. Przypieczemy je ogniem, to może do nas przyjdzie, żeby swoje katusze przerwać.

 

Ledwo pachołkowie podpalili smołę, poczułem, że wewnętrzny niepokój gwałtownie się zwiększył. Spojrzałem wymownie na Ak’dasza i wyszeptałem:

– Już.

Czarodziej wykonał drobny ruch dłonią, a ja poczułem, że mięśnie naprężają mi się jak postronki. Wyciągnąłem z pochwy Sandacza, ale zrobiłem to tak błyskawicznie, że omal nie uderzyłem klingą o ziemię. Zrozumiałem, że Ak’dasz rzucił na nas czar przyspieszający ruchy.

Niemal w tym samym momencie po drugiej stronie polany pojawiły się znikąd dwie postaci. Jedna była naga i stała na dziwnie przygiętych nogach, na których widać było smugi zakrzepłej krwi. W ręku trzymała długi sztylet.

– Kawka! – wykrzyknął zdumiony kat, który stał w naszym sąsiedztwie.

Druga z postaci skrywała się za delikatną poświatą, ale mimo załamania światła widać było, że jest bogato ubrana, a młodzieńcze rysy utwierdziły mnie w przekonaniu, że syn rajcy wcale nie gnije zakopany w nayderskiej piwnicy.

Młodzian gwałtownie uniósł w górę lewą rękę i płonąca smoła oderwała się od pnia dębu. Kolejny ruch – ognisty deszcz spadł na stojących przy drzewie pachołków. Mężczyźni zawyli z bólu; jedni zaczęli biec przed siebie sypiąc wokół iskry ognia; inni padli na ziemię i tarzając się po niej próbowali zdusić płomienie.

Zbrozło wyciągnął strzałę z kołczanu i krzyknął:

– Trzmiel!!!

Zakląłem szpetnie, bo za krótko byłem pod jego komendą, żeby zrozumieć ten rozkaz. Nie chcąc przeszkadzać swoim towarzyszom, czmychnąłem w krzaki. Kątem oka zobaczyłem wymierzone we mnie pogardliwe spojrzenie Filetosa, który wraz z Onumą w szalonym tempie gnał w kierunku przeciwników. Pierwsza dosięgła ich jednak strzała wystrzelona przez Zbrozłę. Wycelowana była wprost w młodzieńca, ale ledwo dotarła do otaczającej go poświaty, spłonęła żywym ogniem. Onuma, który chwilę potem zaatakował czarodzieja dwoma sztyletami, odskoczył z okrzykiem bólu i odrzucił rozgrzaną do czerwoności broń. Filetos dopadł Kawki i zadał mu kilka błyskawicznych ciosów sztyletem w pierś. Na dawnym złoczyńcy nie zrobiło to żadnego wrażenia – jego czarne, pozbawione wyrazu oczy martwo patrzyły w przestrzeń przed sobą, a on równym, dziwnie kołyszącym się krokiem ruszył w kierunku Ak’dasza.

Młodzieniec zatoczył nad głową koło, a Onuma i Filetos potoczyli się po ziemi niczym szmaciane lalki. Siła uderzenia czaru musiała być duża, bo znieruchomieli leżąc w poskręcanych pozach. W tym czasie poświata nieco przygasła, co musiało być efektem działania Ak’dasza. Czarodzieje zaczęli harce między sobą, ignorując nas, maluczkich.

Tymczasem Kawka szedł uparcie w kierunku Ak’dasza, a Zbrozło jak szalony szył w niego z łuku. Złoczyńca wyglądał jak wielki jeżozwierz, który uparcie dąży do celu.

Usłyszałem szalony ryk, a Magnus Gyumol dwoma wielkimi susami dopadł Kawki. Złapał go za głowę i szybkim ruchem skręcił kark. Głowa opadła bezwładnie, ale dłoń uzbrojona w sztylet trzykrotnie pchnęła kata w pierś. Gyumol zalał się krwią i charcząc zwalił na ziemię. Kawka tymczasem swym podrygującym krokiem wciąż zbliżał się do Ak’dasza. Jego głowa chybotała się w nienaturalny sposób w rytm przesuwających się do przodu stóp. Nieumarłego trudno było powstrzymać przed wykonaniem zadania.

Wypadłem z krzaków i zakręciwszy Sandaczem nad głową krótkiego młynka, wypuściłem miecz z dłoni. Żelazo zafurkotało i kręcąc szalony taniec poleciało w kierunku Kawki. Ja sam ruszyłem z pełną szybkością w stronę otoczonego poświatą czarodzieja. Biegnąc zauważyłem jak Sandacz odrąbuje jedną nogę i wbija się w goleń drugiej, a nieumarły traci równowagę i zaczyna walić się na ziemię.

Pełnym impetem wpadłem barkiem na okalającą czarodzieja otoczkę. Poczułem straszliwy ból, ale nawet jakbym chciał, siła rozpędu była już tak duża, że nie byłem w stanie się zatrzymać. W nozdrza uderzył swąd palonego mięsa, a z moich trzewi wydobył się zwierzęcy ryk. Płonący bark doszedł jednak do czarodzieja i wytrącił go z równowagi. Zauważyłem, że mój przeciwnik zrobił krok w bok, by utrzymać się na nogach, ale ten ruch wystarczył, żeby opuścił otaczającą go poświatę.

Potem straciłem przytomność.

 

Z oddali dobiegł do mnie szloch. Niechętnie otwierałem powieki. To siedzący kilka kroków ode mnie Pietka trzymał na kolanach głowę Gyumola i ryczał w niebogłosy. Z każdym nierównym oddechem z piersi kata wydobywały się bąbelki krwi.

Uklęknął nad nim Ak’dasz i po chwili pierś Gyumola zaczęła unosić się rytmicznie, a krew z ran nie broczyła już tak obficie.

– Będzie żył, ale mocy więcej nie mam, by mu pomóc. Medyk potrzebny – cichym głosem rzekł czarodziej. – A ty, chłopcze uspokój się, bo swoim zachowaniem waszą tajemnicę zdradzasz. A wiesz przecież dobrze, że obcowanie mężczyzn w Nayderze gardłem jest karane.

Pietka wytrzeszczył oczy, nabrał powietrza w pierś i chciał coś powiedzieć. Ak’dasz powstrzymał go gestem ręki.

– Magnus w mojej obronie stawał, na śmierć go nie wydam.

Potem jego wzrok padł na mnie. Zbliżył się i z widoczną troską w głosie powiedział:

– Zrobiłem, co mogłem, żebyś władzę w ręku miał, resztą medyk musi się zająć. Zbrozło już po niego pojechał. Po niego i po drwali, żeby to drzewo z korzeniami wyrwali. Potem się je z tymi dwoma truchłami i z kośćmi do kamieniołomów zawiezie, skałami zawali…

– Filetos… – wychrypiałem.

– Żyje. Duży, silny, wytrzymał. Ale Onuma odszedł…

Zamknąłem oczy. Usłyszałem, że czarodziej spoczął koło mnie. Dłuższą chwilę milczał. W końcu odezwał się melancholijnym głosem.

– Kiedy złamany został monopol Akademii Czarnoksięskiej w Krzemiennej Górze, namnożyło się szkół i szkółeczek magii tyle, że nie miał kto w nich wykładać. Uwolnieni z przysięgi posłuszeństwa wobec Akademii czarodzieje, wietrząc łatwy zysk przekazywali swoją wiedzę w kilku miejscach jednocześnie. Nie dość, że niewiele mogli nauczyć, bo widzieli swych uczniów tylko czasami i nie mieli dla nich czasu, a i uczniowie nie mieli dostępu do wielu podstawowych ksiąg opisujących zasady magii, to cenili się tak zacnie, że adeptami wiedzy tajemnej nie zostawali ci, którzy mieli talent, ale ci z wystarczająco wypchanym trzosem, by słono płacić za skąpo wydzielaną wiedzę. No to skąd mają się brać prawdziwi czarodzieje? Jak który się nauczył zamawiania kurzajek, to dumny był jak paw, co samiczkę zobaczył. Same partacze się po świecie wałęsają, ze świecą szukać kogoś, kto zna się dobrze na czarach. Gdybyś żył w dawnych czasach, pewnie czarodziejem byś został, bo moc widać w tobie drzemie i ktoś by ją w porę rozpoznał. A tak zanikła z wiekiem, a teraz za stary na naukę jesteś. Eliksir prawdy jakiś ułamek mocy z ciebie wydobył, ale odkryć jeszcze trzeba, w którym kierunku można by było go rozwinąć. Jak wrócimy do domu, zobaczymy, czy masz dość sił, by jakieś zaklęcia ze skutkiem wypowiadać.

Przerwał. A ja zastanawiałem się, czy śnię, że mój pan to taki dobry dla mnie jest. Bo do tej pory jakoś tego nie zauważyłem.

– Kiedyś magia była potężniejsza – westchnął Ak’dasz. – Ten zakopany czarodziej sił nawet nie zdążył nabrać, a prawie mnie pokonał. Gdybyś go z magicznego kręgu nie wypchnął, nie dałbym mu rady.

Szczerość wypowiedzi całkowicie mnie zaskoczyła. Czarodziej przyznający się do własnej słabości? Z wrażenia aż otworzyłem oczy. Spojrzał w nie głęboko.

– Dług wobec ciebie mam. Proś o co chcesz. Ale z rozsądkiem – dodał szybko, jakby obawiając się, że zażądam zwolnienia ze służby.

Natychmiast pomyślałem swoje pragnienie. Utkwił we mnie zdziwione spojrzenie.

– Skoro tego chcesz… Od dziś nie nazywasz się Djerit el Ak’dasz. Od dziś jesteś Bezpalec el Ak’dasz.

 

Koniec

Komentarze

Przeczytałam z prawdziwą przyjemnością i uważam, że jest lepiej niż zakładałam. To cieszy. Dowcip już nie jest tak nachalny, a wiem też, że przecież dramatu nie piszesz. Zorientowałam się także, że Bezpalec nie jest pijaczkiem, on tylko lubi się czasem nasączyć jakimś zacnym trunkiem. ;-)

 

Czarodziej stał już na ganku swojego domu, a obok niego czekali Zbrozło, Filetos i Onuma. – Czy Zbrozło, Filetos i Onuma czekali obok czarodzieja, czy obok jego domu?

 

Ak’dasz zszedł ze schodów i przytulił głowę do łba Angiego. Uśmiech, który zagościł na jego twarzy… – Czy koń Ak’dasza rzeczywiście miał twarz i umiał się uśmiechać? ;-)    

 

…czarodziej kazał mi się z nim zmierzyć i nim się spostrzegłem, zostałem rozbrojony. – Powtórzenie. Może: …czarodziej kazał mi się z nim zmierzyć i nim spostrzegłem co i jak, zostałem rozbrojony.

 

…żeby nie wylądować na ubitym klepisku. – Ja napisałabym: …żeby nie wylądować na klepisku. Klepisko jest ubite z definicji.

 

…drewniane bale ścian zostały gdzieniegdzie przystrojone skórami z dzika i jelenia… – Tak konkretnie, to w dwóch miejscach: w jednym skórą z dzika, w drugim skórą z jelenia. ;-)  

 

…a okiennice były na tyle szerokie, że do środka wpadało dużo światła. – Jaki jest związek między szerokością okiennic a ilością światła wpadającego do izby? ;-)  

 

Kazał czekać na jego przybycie w tym pokoju? Kazał czekać na swoje przybycie w tym pokoju?  

 

…że podkucie koni w kowala w sąsiedniej wiosce… – …że podkucie koni u kowala w sąsiedniej wiosce

 

Ak’dasz podniósł do gry dłoń…Ak’dasz podniósł do góry dłoń

 

Ktoś truchło z pala zdjął a ludzie szpecą, że samo zlazło… – Ludzie to tacy szpetni są czasami, że gotowi są wszystko zeszpecić, nawet wieść o znikniętym z pala truchle. ;-) Pewnie miało być: Ktoś truchło z pala zdjął a ludzie szepcą/szepczą, że samo zlazło

 

Zbój był i tyle, nie jedna kobieta przez niego łzy wylała…Zbój był i tyle, niejedna kobieta przez niego łzy wylała

 

Kiedy upewniłem się, że od ludzi więcej się nie dowiem…Kiedy upewniłem się, że ludzie niczego więcej nie powiedzą… Lub: Kiedy byłem pewien, że od ludzi więcej się nie dowiem

 

Te wąskie ulice, dalekie od przestrzeni łąk i lasów… – Przestrzenie łąk – jak najbardziej, ale przestrzeni lasów – nie widzę. ;-)  

 

…tylko zalegnę gdzieś pod ścianą ku uciesze złodziejaszka, który pierwszy mnie zdybie i oskubie do cna. – Rozumiem, że w sprzyjających okolicznościach, Bezpalec pierwszy zdybałby złodziejaszka.  Może: …tylko zalegnę gdzieś pod ścianą ku uciesze pierwszego złodziejaszka, który mnie zdybie i oskubie do cna.

 

Stał na środku placu, majestatycznie wznosząc się ponad kramami… – Nie powiedziałabym, że pal do nawlekania zbrodniarzy, wysoki na jakieś niecałe cztery metry, może wyglądać majestatycznie. Już raczej złowróżbnie, jak memento, jak przestroga.

 

Zrobiło mi się na tyle dobrze, żeby dostrzec ukradkiem zbliżającego się do mnie łapserdaka… – Bezpalec dostrzegł ukradkiem, czy ukradkiem zbliżał się łapserdak? ;-) Może: Zrobiło mi się na tyle dobrze, żeby dostrzec łapserdaka, zbliżającego się do mnie ukradkiem

 

…cała czwórka ze spokojem konsumowała posiłek. – Nie podoba mi się konsumowanie posiłku. Wolałabym, aby pałaszowali, posilali się, sycili się, pożywiali się lub wcinali.

 

Gwardziści patrolujący miasto byli w tym czasie w zupełnie innej części miasta. – Powtórzenie. Może: Gwardziści patrolujący miasto byli w tym czasie w zupełnie innej jego części.

 

Pełną sakiewką tak się obnosił…Z pełną sakiewką tak się obnosił… Lub: Pełną sakiewką tak się chwalił/chlubił/pysznił/szczycił/kłuł w oczy…  

 

Umarlaka bym z nim nie wiązał. Kołatka uderzająca w masywne drzwi obudziłaby umarłego. – Powtórzenie. W zdaniu rozpoczynającym nowy akapit proponuję: Kołatka uderzająca w masywne drzwi obudziłaby nieżywego.

 

Niedawno piorun trafił pal, na który nabijani złoczyńcy i trzeba było nowy wyrychtować. – Skoro piorun zniszczył pal, złoczyńcy nie nań nawlekani. Proponuję: Niedawno piorun trafił pal, na który nabijano złoczyńców i trzeba było nowy wyrychtować.

 

Ak’dasz przyglądał się z dębowi z uwagą.Ak’dasz przyglądał się dębowi z uwagą.

 

…kiedy znajdowałem się tuż przed granicą cienia padającego z gałęzi – Ja napisałabym: …kiedy znajdowałem się tuż przed granicą cienia rzucanego przez gałęzie

 

Skuszeni dobrą zapłatą mieszczanie niższego stanu… – Mnie bardziej pasowaliby do tego zadania zwykli pachołkowie, nie mieszczanie, choćby i niższego stanu.

 

Skinąłem w geście potwierdzenia. – Ja napisałabym: Skinąłem twierdząco.

 

Młodzian gwałtownie poderwał w górę lewą rękę i płonąca smoła oderwała się od pnia dębu. – Powtórzenie. Może: Młodzian gwałtownie poderwał w górę lewą rękę i płonąca smoła oddzieliła się od pnia dębu.

 

…jedni zaczęli biec przed siebie sypiąc wokół łzy ogniaSypanie łez ognia jest raczej bez większego sensu, zakładając że jakiś sens w ogóle ma. ;-)  

 

Poczułem straszliwy ból, ale nawet jakbym chciał, siła rozpędu była tak duża, że nie byłem w stanie się zatrzymać. – Ja napisałabym: Poczułem straszliwy ból, ale siła rozpędu była tak duża, że nawet jakbym chciał, nie byłem w stanie się zatrzymać.

 

…a z moich wnętrzności wydobył się zwierzęcy ryk. – Krzyk, tudzież zwierzęcy ryk, mogą wydobyć się z ust, z gardła, z krtani, z wnętrza, ale z wnętrzności chyba się nie wydobędą. Choć zdarzało się, że nieludzki głos dobywał się z głębi trzewi. ;-)

 

Płonący bark doszedł jednak do czarodzieja i wytrącił go z równowagi. Zauważyłem, że zrobił krok w bok, by utrzymać się na nogach, ale ten ruch wystarczył, żeby opuścił otaczającą go poświatę. – Nijak nie mogę sobie imaginować płonącego barku dochodzącego do czarodzieja, robiącego krok w bok dla zachowania równowagi, a potem opuszczającego poświatę. ;-)  

 

Jak który się nauczył zmawiania kurzajek… – Kurzajka to nie zdrowaśka. ;-) Pewnie miało być: Jak który się nauczył zamawiania kurzajek… Nie podoba mi się konstrukcja niektórych zdań, ale było ich zbyt wiele, by wszystkie wymieniać, podam więc tylko kilka przykładów:  

 

Nauczka widać była skuteczna, bo Strażnik nawet nie próbował podejmować teraz ze mną dysputy. – Wolałabym: Nauczka widać była skuteczna, bo teraz Strażnik nawet nie próbował podejmować za mną dysputy.  

 

Ludzie o truposzu gadali nawet chętnie, ale plotki to same były.Ludzie gadali o truposzu nawet chętnie, ale były to same plotki. Albo: Ludzie gadali o truposzu nawet chętnie, ale powtarzali wciąż te same plotki.  

 

Musiał nieźle za skórę sąsiadom zaleźć, że go tak potraktowali.Musiał nieźle zaleźć sąsiadom za skórę, że go tak potraktowali. Pozdrawiam.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ale mnie wypunktowałaś  #:-o Znajomi, którym czasem sprawdzam teksty, nazywaja mnie rzeźnikiem, ale przy Tobie to ja aniołek jestem ;) I najgorsze [ ;) ], że w większości muszę się z Tobą zgodzić. Niby przeglądałem ten tekst wiele razy, a nawet złośliwych literówek nie wyłapałem :( Dzięki za poświęcony czas, bo wiem, że to ogrom pracy :) Ale jak już wyżej napisałem – w większości :) Dlatego: Konstrukcja zdań, która Ci się nie spodobała była celowym zabiegiem, żeby tekst nie był tak miodkowo-bralczykowski, bo opisuje czasy, kiedy tych zacnych znawców na świecie jeszcze nie było ;) >„…drewniane bale ścian zostały gdzieniegdzie przystrojone skórami z dzika i jelenia…”    –– Tak konkretnie, to w dwóch miejscach: w jednym skórą z dzika, w drugim skórą z jelenia. ;-) < Czyli gdzieniegdzie ;) >„…a okiennice były na tyle szerokie, że do środka wpadało dużo światła”. –– Jaki jest związek między szerokością okiennic a ilością światła wpadającego do izby? ;-) < A byłaś kiedyś w karcerze? >„Zbój był i tyle, nie jedna kobieta przez niego łzy wylała…” –– Zbój był i tyle, niejedna kobieta przez niego łzy wylała… < Zależy od kontekstu. Tu: nie jedna, nie dwie kobiety. To zawsze jest dyskusyjne, ale obie formy są poprawne >„…a z moich wnętrzności wydobył się zwierzęcy ryk”. –– Krzyk, tudzież zwierzęcy ryk, mogą wydobyć się z ust, z gardła, z krtani, z wnętrza, ale z wnętrzności chyba się nie wydobędą. Choć zdarzało się, że nieludzki głos dobywał się z głębi trzewi. ;-) < Ale to był baaardzo głęboki ryk :) PS. I cieszę się, że się cieszysz ;)

Wiem jak trudno wyłapać błędy we własnym tekście, dlatego bardzo się cieszę, że mogłam pomóc. A złośliwe literówki? O tak, potrafią być złośliwe w sposób wielce perfidny, wręcz wyrafinowany. Niechby tylko dwie literki zamienią się miejscami, a powodu do śmiechu jest co niemiara. ;-)

Wyjaśnienie w sprawie konstrukcję zdań akceptuję, to Twoje opowiadanie. Sygnalizuję tylko, że byłam niekiedy zmuszona do powtórnego przeczytania takiego zdania, czasem fragmentu tekstu, by zrozumieć co Autor chciał powiedzieć. Płynność lektury została zachwiana, ale dało się to przeżyć. Jestem dzielna. ;-)  

 

…drewniane bale ścian zostały gdzieniegdzie przystrojone skórami z dzika i jelenia… Do tego zdania nie miałabym zastrzeżeń, gdyby brzmiało: …drewniane bale ścian zostały gdzieniegdzie przystrojone skórami dzikówjeleni  

 

…a okiennice były na tyle szerokie, że do środka wpadało dużo światła. – Z tego co wiem, a słownik potwierdza, okiennica jest ruchomą zasłoną, ma postać drewnianego skrzydła mocowanego na zawiasach i zabezpiecza okno.

Nadal nie pojmuję powiązania między szerokością okiennic a ilością światła wpadającego do izby. W karcerze jeszcze nie byłam, ale wszystko przede mną. Czy w karcerze doznam iluminacji i zrozumiem tę zależność? ;-)  

Cieszę się, że mogłam pomóc. Tym bardziej, że miło się czyta porządnie napisane opowiadanie. Teraz czekam na kolejne, mam nadzieję liczne, przygody Bezpalca. ;-)

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

     "Drewniany bal" to klasyczny pleonazm. Z definicji bal jest wykonany z drewna i nie ma innych bali.  W zdaniu wystarczy rzeczownik "bal", bez niepotrzebnego przymiotnika.       Pozdrówko. 

Kiedyś były też bale słomy :) Ale masz rację, bo nikt ze słomy karczmy by nie budował :)  Dzięki za uwagę Zdrówka

     Chyba jednak bela słomy, tak jak bela tytoniu…

teraz tak, ale jeszcze nie tak całkiem dawno były to bale SJP

do regulatorzy  -  A co do dalszych przygód Bezpalca – zastanawiam się, czy jest to dobre miejsce na długie teksty. Bo króciaki mają pełno komentarzy, a tutaj odnoszę wrażenie, że tekst przeczytałaś tylko Ty. Inni odpuścili sobie widząc jego objętość. Jeszcze jeden kawałek pewnie puszczę, bo i tak jest gotowy.   Jeszcze raz dzięki za uwagi :)

Ja czytam, bo sobie właśnie wydrukowałam :).

Brunonie, nie wiem jak inni, ale ja, kiedy polubię bohatera, lubię trochę z nim pobyć. A w dłuższym opowiadaniu „bohatera jest więcej”, dlatego obszerność tekstu mnie nie przeraża, szczególnie, naprawdę dobrze napisanego. Do Nowicjusza podeszłam ostrożnie, bo nie wiedziałam czego się spodziewać, ale Korzenie odrodzenia sprawiły, że chętnie przeczytam o innych przygodach Bezpalca. Tym bardziej, że w Bezpalcu, jak się domyślam, drzemie pewien potencjał… ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

To opowiadanie, moim zdaniem, jest przykładem tego, czego na tej stronie jest za mało. To znaczy – bezpretensjonalnym tekstem przygodowym. Dobrze napisanym i ciekawym. Im dalej – tym ciekawiej. Podoba mi się bardziej, niż poprzedni tekst z Bezpalcem, tak jak zauważyła Regulatorzy – powściągnąłeś szarżowanie i wyszło to opowiadaniu na dobre. Jednego, czego mi brakuje, to jakiegoś opisu postaci. Ich wyglądu. Jakiegokolwiek, nawet bardzo ogólnego. Wiem tylko, że jeden z bohaterów jest wielki, a inny nie ma palca. Może to jakieś moje widzimisię, ale jeśli wyobrażam sobie postacie, to lubię mieć choćby maleńki punkt zaczepienia. Aha, i do ilu wiader oni poskładali kości czarownika? Kończyli, i zostały jeszcze dwa wiadra? To do ilu go wsadzili? Do dziesięciu? Albo małe wiaderka, albo wyjątkowo wielgachny czarownik:). Pozdrawiam.

Aha, jeszcze chciałam odnieść się do Twojej uwagi co do liczby komentarzy. Jestem przekonana, że – jeśli Twoje następne teksty będą trzymały podobny poziom – to i komentarzy zacznie przybywać. Niezależnie od długości. Moje najdłuższe tu opowiadanie (myślę, że rozmiarowo podobne do tego) ma więcej komentarzy niż jakikolwiek short, jaki tu zamieściłam. Pewnie właśnie dlatego, że dałam je po jakims czasie, gdy przekonałam się, że paru osobom moje teksty spodobały się na tyle, że postanowią poświęcić troszkę więcej czasu na moją pisaninę. Myślę, że z Twoimi tekstami może być podobnie :). Tylko nie wypstrykaj się za szybko. Widzę, że jest już kolejny Twój tekst, a ja ledwo skończyłam ten:). Inni też mają ograniczony czas.

Chętnie kupię książkę z opowiadaniami o Bezpalcu.

Infundybuła chronosynklastyczna

Stefanie, jestem w lekkim szoku. Nawet w najgłębszych czeluściach mego ego nie spodziewałem się takiej deklaracji. Dzięki za uznanie

Nie ma co popadać w oniemienie. Opowiadania są dobre. Świat konsekwentny i zachęcający do poznawania go. Bohater ciekawy. Nie jest to literatura zakrawająca na klasykę, ale na tle wydawanych tu i ówdzie "dzieł" pozytywnie się wybija. U autora widać lekkość i łatwość pisania, którą śmiało mogę nazwać talentem. W związku z tym należy to wydać. W formie papierowej czy elektronicznej i udostępnić odpłatnie czytelnikom.

Infundybuła chronosynklastyczna

Sympatyczne opowiadanie. Faktycznie – lekka przygodówka. Długie, ale przyjemnie się czytało, da się polubić bohatera.

Duży był, z 300 lat może ma,

Pewnie już się zorientowałeś, ale na wszelki wypadek: liczby raczej piszemy słownie. A w dialogach to już obowiązkowo. I dlaczego nagle czas się zmienia?

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka