- Opowiadanie: bemik - ...co tobie niemiłe

...co tobie niemiłe

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

...co tobie niemiłe

Samosiejki naparstnic wyrosły gęsto wokół cembrowiny sadzawki. Ich wiotkie pędy obsypane liliowymi, różowymi i prawie białymi kwiatami falowały na wietrze. Brakuje tylko, żeby zaczęły podzwaniać – pomyślała Elżbieta podziwiając delikatne kielichy.

Nagle zapragnęła je objąć i wtulić twarz w miękkie, wonne liście. Zapragnęła zatracić się w zapachu. Zapomnieć. Wyciągnęła ramiona i wtedy ból barku odezwał się ze zdwojoną siłą. Na nic wieczorne okłady z lodu. Choć o poranku koszmar poprzedniego dnia wydawał się tylko złym snem, to cierpienie przeczyło nadziei.

Łzy pojawiły się same. Kapały na delikatne kwiaty, na wilgotne od rosy liście. Z bladoróżowego kielicha wyleciała osa, odbiła się od policzka kobiety i poleciała rozeźlona na kwitnącą lipę.

Elżbieta podjęła decyzję. Pójdzie do staruchy. Ona i tak wie. A jest mądra. Bardzo mądra. Na pewno poradzi, tak jak obiecała.

 

* * *

Ślub był taki, jak sobie wymarzyła. Skromny, w drewnianym kościółku, gdzie zapach sosnowych ławek mieszał się z wonią kwiatów, którymi ustrojono ołtarz. Koleżanki z zachwytem i z zazdrością zerkały na pana młodego. Na jej męża. On zaś obrzucał je obojętnym spojrzeniem, by potem skupić uwagę tylko na Elżbiecie. Jego uśmiech, dotyk dłoni stanowiły bramę do raju.

Zamieszkali z rodzicami dziewczyny. Trzy lata minęły jak we śnie. Do pełni szczęścia brakowało jej tylko dziecka. Bardzo tego pragnęła, ale Artur odsuwał decyzję – muszą najpierw się usamodzielnić. Poza tym są jeszcze młodzi, powinni wykorzystać czas na zabawę. Starał się wynagrodzić ten brak – był czułym mężem, dobrym zięciem, kapitalnym kumplem, zdolnym projektantem. Szybko zdobył uznanie w hermetycznym światku architektów, a to dało im szansę na własny kąt. Wyprowadzili się do zaniedbanej willi, odkupionej po okazyjnej cenie od starej ciotki. Elżbieta chciała pójść do pracy, ale Artur zaprotestował.

– Może za jakiś czas – powiedział. – Masz dom i ogród, które trzeba doprowadzić do porządku. Ja zarabiam wystarczająco, moja żona nie musi wycierać się po jakiś biurach.  Została kurą domową. Na dodatek cała rodzina przyjęła jego decyzję z zachwytem. Taki troskliwy. Taki czuły. Taki dobry.

Pierwszy symptom, który całkowicie zignorowała, pojawił się w czasach, gdy ze sobą chodzili. Na jakieś imprezie kumpel poprosił ją do tańca. Muzyka była głośna, rytmiczna, a w Elce kipiała radość i energia. Wstała od stolika roześmiana, gotowa na szalone, radosne pląsy na parkiecie. I wtedy poczuła na ramieniu żelazne kleszcze, które jak obcęgi zgniatały jej ciało i zmusiły, by z powrotem zajęła miejsce. Spojrzała na Artura zaskoczona, ze łzami w oczach.

– Siadaj – syknął. – Nie będziesz się szlajać z obcymi facetami.

– Ale ja chciałam tylko… – próbowała wyjaśnić.

– Milcz! – W jego szklistych od alkoholu oczach widziała gniew. Dyszał ciężko, jak po biegu.

– Artuś, kochany! – Nareszcie zrozumiała. – Ty jesteś o mnie zazdrosny! Skarbie, nie ma powodu. Ciebie i tylko ciebie kocham! – powiedziała i przytuliła się do silnego ramienia.

Czuła, jak znika jego sztywność. Widziała, że na usta powraca uśmiech. Była szczęśliwa.

Siniak utrzymywał się przez parę tygodni. Za każdym razem, gdy się spotkali, całował go i szeptał najmilsze słowa. Dotyk ust na barku, potem na policzkach, wargach. Dłonie gładziły i masowały bolące miejsce, a potem przesuwały się na plecy. Była krucha, delikatna, zdana na jego łaskę, gdy mocne dłonie obejmowały jej szyję. Tkliwość przeradzała się w namiętność, ale Elżbieta była stanowcza.

Noc poślubna nie była taka, jak sobie wyobrażała. Artur przesadził z alkoholem na przyjęciu. Wziął ją gwałtownie, bez pieszczot, bez czułych słów, bez zapewnień o miłości. Długo nie mogła zasnąć, a jej łzom towarzyszyło chrapanie małżonka.

Na szczęście to był tylko incydent. Artur nie pił często i nie przesadzał z ilością. Obcałowywał teściową po rękach, z teściem trzymał sztamę, a wieczorami, na ich poddaszu tulił młodą małżonkę i szeptał namiętne słowa.

Ale w nowym domu zabrakło czasu na wspólne wieczory. Potrzebowali pieniędzy. Wracał później, czuć było od niego alkohol. A kiedy odważyła się spytać, ryknął na nią, żeby trzymała mordę na kłódkę, bo on się zaharowuje, żeby miała co żreć i co na dupę włożyć. Stała przez chwilę oszołomiona tym językiem, zwrotami, które nigdy dotąd nie padły z jego ust. I wtedy ją uderzył. Otwartą dłonią w twarz. Zatoczyła się, przed runięciem na podłogę uratowała ją miękka kanapa. Upadła na nią i przyłożyła dłoń do piekącego policzka. W oczach kobiety zalśniły łzy. Ruszył do niej, aż zlękniona skuliła się. Ale on już ją przepraszał. Gładził, całował, obiecywał, że to się nie powtórzy. Wierzyła mu. Jego pieszczoty były jednocześnie delikatne i wyrafinowane. Tak jeszcze nigdy się nie kochali. Zapomniała o całym świecie. Istniało tylko jej ciało i jego ręce. Drżała z pożądania. Jednocześnie pragnęła spełnienia i chciała jak najdłużej przeciągnąć tę chwilę. I nagle zmienił się. Gwałtownie odwrócił ją na brzuch, brutalnie rozchylił uda, a potem wtargnął tak, że aż zabolało.

Leżał potem na plecach. Nagi. Spocony. Zadowolony.

Chciała się do niego przytulić, ale odsunął ją zdecydowanym gestem i podniósł się, by powędrować pod prysznic.

Była nasycona. Dlaczego więc czuła gorycz?

 

* * *

Miała poczucie winy. On ciężko pracował, ona siedziała w domu. A do tego zdarzały jej się różne wpadki. Zapomniała kupić kawy, jego ulubionej. To tak niewiele. Wystarczyło pamiętać. Pozbawiła go przyjemności, nic dziwnego, że poczuł się zawiedziony. Że miał do niej pretensję. Ona nie ma nic innego do roboty, jak tylko dbać o niego i o dom. Artur nigdy nie zapominał – zawsze dostawała fantastyczne prezenty. Jej matka była zachwycona – takie eleganckie, piękne kreacje. Biżuteria. A do tego jest taki czuły. Rodzinne przyjęcia stanowiły krótkie przerywniki w codzienności. Artur śmiał się wtedy, żartował. Mówił, że prezenty to nic. W drobnym stopniu mają wynagrodzić, że tyle czasu spędza w pracy.

Albo ta awantura, że nie sprzątnęła gabinetu. Idiotka, odkładała to w nieskończoność. Ogórki i konfitury z truskawek mogły trochę poczekać. Artur tak lubił domowe przetwory. Zawsze mówił, że nie ma to jak dżemik zrobiony rękami własnej żonki. I ten incydent z dostawcą pizzy. Sama sobie jest winna, po co się do niego uśmiechnęła? Artur spędza tyle godzin w biurze. Pewnie zastanawia się, co ona w tym czasie robi sama w domu. Kocha, więc jest zazdrosny.

No i jeszcze sprawa z rachunkiem. Znowu zapomniała zapłacić, więc przyszło ponaglenie i odsetki. Trzynaście złotych – niezbyt dużo, ale gdyby tak zdarzało się częściej, wyszłaby niebagatelna kwota w ciągu roku. Wyrzucone, ciężko zapracowane pieniądze Artura.

Uczucie, że robi źle, nie opuszczało jej. Wiedziała, że powinna się starać. Że gdyby była bardziej przewidująca, rozważna, jej mąż nie musiałby się na nią gniewać. Nie musiałby być taki surowy, bo nie dawałaby mu powodów do niezadowolenia. Tylko, czy za każdym razem musiał ją tak mocno karać? Jakieś przekorne, wewnętrzne ja szeptało, że tak nie powinno być. Spróbowała porozmawiać o tym z matką.

– Artur? Co ty wymyślasz, dziecko? Zamiast czytać te głupie romansidła, zajmij się robotą. I popatrz, jak ty wyglądasz. Ani makijażu, ani fryzury. Mężczyzna, jak twój mąż, musi mieć reprezentacyjną kobietę, a nie jakiegoś kocmołucha. A że cię szarpnął? Wiesz, jaką ma stresującą pracę. Przecież nie za darmo płacą mu taką kasę. Zamiast narzekać, weź się w garść. I popatrz na inne – ledwo wiążą koniec z końcem, chłop co wieczór wraca pijany i tylko kolejne bachory potrafi robić. Od twojego ojca nigdy nie dostałam takiego prezentu, jak ty dostajesz na każde imieniny, czy urodziny. Ogarnij się, idź do fryzjera, kosmetyczki. A siniak? Jak chodzisz po domu, to uważaj na meble. I wiesz co? Powinniście postarać się wreszcie o dziecko. Wtedy wszystkie głupoty natychmiast wywietrzałyby ci z głowy.

Powinniśmy, mamo, tylko, że mój mąż tego nie chce.

 

* * *

A Artur zaczął bić tak, żeby nie było widać.

 

* * *

Co tydzień, we wtorek, na obrzeżach miasteczka rozkładał się targ. Czegóż tam nie było? Od gdaczących kur, narzekających gęsi, przez zamyślone krowy i nerwowo przestępujące z nogi na nogę konie, po stragany z preclami, odpustową biżuterią, kolorowymi ciuchami. I oczywiście stoiska z warzywami i owocami. Przez cały rok Elżbieta chodziła tam, by pogadać trochę z ludźmi, wybrać dorodne gruszki, rumiane jabłka, niepryskane pomidory, ziemniaki na oborniku, ogórki, fasolę i groch. Spędzała tu zazwyczaj ze dwie godziny. Gwar oszałamiał ją, czynił bezosobową częścią większego zbiorowiska, w którym zatracała się całkowicie.

Przy niewielkim budynku ze sprzętem gospodarstwa domowego, który jakiś czas temu był sklepem spożywczym, ktoś postawił wiatkę. Zapewne kiedyś ustawiano tam kosze z pieczywem lub skrzynie z owocami. Teraz stała pusta. W dni targowe zasiadała tam starsza kobieta. Na drewnianym stoliku rozkładała butelki i słoiczki wypełnione tajemniczymi płynami, zawiesinami i maściami. Elżbieta zauważyła, że dużo osób przystaje, by coś kupić. A nawet jeśli nic nie nabywali, to zatrzymywali się, by chwilę pogawędzić i położyć jakiś owoc, kawałek mięsa czy kiełbasy, a nawet parę groszy. Kobieta przyjmowała dary bez zakłopotania, ale też bez okazywania specjalnej wdzięczności. Do niej też skierowała Elżbietę młoda kramarka, gdy zauważyła grymas bólu towarzyszący podnoszeniu ciężkiego kosza.

– Idzie pani do tej tam! – Gestem wskazała staruszkę. – Ona ma maści na wszelkie dolegliwości. Jak mój stary zwalił się z drabiny i sprawił sobie siniaka na pól pleców, bo rąbnął akurat na chodnik, dała mu takie mazidło, że w tydzień nie było śladu. A teściowej to pomogła na reumatyzm.

Elżbieta bez przekonania pokiwała głową, ale ramię doskwierało mocno. Stanęła przed kobietą i wpatrzyła się w błyszczące flakoniki. Poprzedniego wieczora Artur wrócił bardzo późno. Wściekł się, że nie czekała na niego z kolacją. Dostała pięścią przez plecy. Oprzytomniała natychmiast. Osłoniła ramieniem głowę. A potem rzucił ją na brzuch i brutalnie posiadł. Nie broniła się. Nie miała szans. Zaciskając zęby czekała aż skończy. Wiedziała, że potem będzie miała spokój. Do kolejnego razu. Już nawet nie udawał, że przeprasza. Nie było oszukańczych pieszczot. Teraz już tylko tłukł ją, a potem, podniecony przemocą, wchodził gwałtownie i dziko. Na szczęście, nie trwało to długo. Przełknęła łzy.

– Czego potrzebujesz, kochana? – Z zamyślenia wyrwał ją lekko drżący, starczy głos.

Chciała wykrzyczeć, że potrzebuje pomocy, że chce, aby ktoś wreszcie zauważył, co ją spotyka, ale zamiast tego wykrztusiła:

– Uderzyłam się w ramię. Ma pani jakąś maść na stłuczenia?

Kobieta pochyliła się nad stolikiem, chwilę przeszukiwała wzrokiem swój kramik, a potem wybrała zielonkawy słoiczek i podała go Elżbiecie. Ich ręce zetknęły się. Potem jeszcze raz, gdy płaciła staruszce dwadzieścia złotych.

Starsza kobieta zajrzała jej w oczy. Miała mądre, przenikliwe spojrzenie. Pod wpływem tego wzroku Elka poczuła się dziwnie nieswojo. Dlatego szybko podziękowała, odwróciła się i odeszła.

 

* * *

– Znowu maść na stłuczenie? – spytała staruszka pochylając się nad stolikiem.

Elżbieta pokiwała głową.

Na targowisku panował zwykły gwar. Zapach kebabu mieszał się ze słodką wonią dojrzałych owoców. Sierpniowe słońce dogrzewało mocno sprawiając, że młode kobiety obnażały ramiona i pokazywały opalone uda. Tylko Elżbieta zasłaniała ciało długą suknią z indyjskiej bawełny – prezentem od Artura.

– Pokaż! – zażądała tym razem staruszka.

Kobieta cofnęła się wystraszona. Pokręciła głową.

– Często to robi? – wypytywała zielarka. – Coraz częściej, prawda? A ty nikomu nic nie możesz powiedzieć. Boisz się, tak?

Elka stała przez chwilę oniemiała, a potem odwróciła się na pięcie i bez słowa odeszła. Przez kilka kolejnych miesięcy omijała staruchę szerokim łukiem.

Dopiero wczesną wiosną znowu przystanęła przed dziwnym stoiskiem. Miała rozbitą wargę i spuchnięty nos.

– Poślizgnęłam się na lodzie – powiedziała cicho, spuszczając wzrok.

Staruszka bez słowa podała Elżbiecie małą fiolkę. Ich ręce zetknęły się. Staruszka chwyciła jej dłoń i przytrzymała.

– Jest gorzej?

Elka wyrwała się. Chwilę grzebała w torebce w poszukiwaniu pieniędzy, ale w portfelu po wcześniejszych zakupach zostały marne grosze.

– Nie mam. Zbrakło mi – tłumaczyła chaotycznie. – Oddam w przyszłym tygodniu. Dwa razy tyle oddam.

– Przyjdź do mnie jutro. Mieszkam na końcu Sosnowej, w takim małym, ceglanym domku.

 

* * *

Sama nie wiedziała, dlaczego to robi. Sprzątnęła mieszkanie, przygotowała obiad, a potem ubrała się i poszła. Domek znalazła bez trudu. Stała na ulicy, wahając się, czy wejść, a wtedy na ganku pojawiła się okutana w kraciastą chustę postać i gestem zaprosiła ją do środka. Elżbieta odetchnęła głęboko i pchnęła furtkę.

* * *

Kręciła z niedowierzaniem głową, ale słuchała uważnie i w skupieniu.

– To zadziała? – spytała z powątpiewaniem.

– Nie wierzysz? To chodź, coś ci pokażę.

Staruszka wstała od stołu i poprowadziła Elżbietę do sąsiedniego pokoju. Otworzyła szeroko drzwi, żeby młoda kobieta mogła swobodnie zajrzeć do środka.

– Teraz wierzysz? – spytała zielarka.

Elka pokiwała głową. Czuła jak dreszcz podniecenia przebiega po jej ciele. Ale oprócz ekscytacji w jej duszy czaił się też strach.

 

* * *

– Ty głupia pizdo, nawet zwykłego t-shirta nie potrafisz wyprasować?

Artur trzymał swoją ulubioną koszulkę. Jego policzki nabiegały czerwienią. Właśnie wybierał się z kumplami na niedzielny mecz tenisa, a ta idiotka zniszczyła mu strój. Wziął szeroki zamach.

– Zadzwonił telefon – próbowała się usprawiedliwiać. – Rozmawiałam z twoją mamą i zapomniałam odstawić żelazko.

Trzask.

– Ta koszulka i tak była już zniszczona.

Trzask.

Popchnął ją na łóżko i zdarł ubranie. Wcisnął twarz kobiety w materac, aż zabrakło jej tchu. A potem wszedł w nią, brutalnie jak zwykle.

Cholera! Może nie powinien? Trudno, najwyżej przegra dziś z Marcinem. Niech palant choć raz ma satysfakcję, że jest lepszy. Chociaż taki wysiłek nie powinien mieć wpływu na jego kondycję. Zerknął na swoje odbicie w lustrzanych drzwiach szafy – mocarne ramiona, kaloryfer na brzuchu. Nie jest źle. Tych parę godzin tygodniowo na siłowni daje dobre efekty.

Kobieta pod nim szarpnęła się i przekręciła głowę na bok.

– Leż, cipo! Nie wierć się, jeszcze nie skończyłem z tobą.

Temu sukinsynowi, Marcinowi, dziś też nie uda się go pokonać. To teraz, to dobra rozgrzewka przed półtoragodzinną grą.

Elżbieta zwinęła koszulkę i włożyła do torby razem z innymi zebranymi wcześniej rzeczami. Wcisnęła ją za pralkę w piwnicy. Tu jej nie znajdzie. Nigdy nie schodzi do pomieszczeń gospodarskich. Bo i po co. A jutro zaniesie to do zielarki.

 

* * *

Patrzyła jak zręczne palce starej kobiety szyją kukiełkę, a potem wypełniają ją włosami, paznokciami i kawałkami pociętego t-shirta.

Od aromatu palących się kadzideł i ziół, od migoczącego światła świec Elżbiecie kręciło się w głowie. Wszystko, co mówiła staruszka, było nierzeczywiste, nierealne. Te chwile wyszły poza normalną czasoprzestrzeń. Sceneria niewielkiej piwnicy przeniosła ją w inny wymiar. Maski wiszące na ścianach wykrzywiały się na jej widok w koszmarnych grymasach. Wypolerowana czaszka gapiła się czarnymi oczodołami. Zapach spalanych włosów i paznokci dusił i powodował nudności. Kurza posoka zmieszana z kroplą krwi dziewczyny płynęła wąską strużką skomplikowanego labiryntu wyrytego w kamiennym blacie stołu. Opływała przedziwne symbole, by wreszcie ścieknąć do wnętrza szmacianej lalki.

Kobieta wykonała ostatnie szwy zakrzywioną igłą. Kukiełka była gotowa.

Elka długo słuchała instrukcji, jak ma postępować. Chciała tego, a mimo to zawahała się, gdy staruszka przekazywała jej lalkę i komplet szpilek z czarnymi łebkami.

– Nie musisz – powiedziała zielarka wyczuwając jej wątpliwości. – Niech sobie gdzieś leży. Jak będziesz gotowa – wiesz, co trzeba robić.

 

* * *

Miała mdłości. Podejrzewała, że to dlatego, że wczoraj uderzył ją w głowę. Ale przyczyna mogła być też inna. Jakiś czas temu odstawiła pigułki. Artur uważał, że dziecko to niepotrzebny balast i wydatek. A ona chciał mieć syna. Albo córeczkę. Żeby się kimś opiekować. Czuć dotyk małych, ciepłych rączek obejmujących szyję. Żeby tulić i pieścić. Kochać.

 

* * *

Nie bij mnie! Nie teraz!

Krzyczała w myślach, ale na zewnątrz nie wydostał się żaden odgłos.

Nie teraz, kiedy noszę w sobie życie.

Jeszcze jedno bolesne pchnięcie i wreszcie koniec.

– Posprzątaj ten burdel! Jak wrócę, ma tu wszystko błyszczeć!

Kolejny niedzielny poranek. Usłyszała trzaśnięcie drzwi i dopiero wtedy odważyła się podnieść. Na brzuchu miała odciśniętą krawędź wanny, ręce śliskie od mydła i żelu, które nie zdążyły spłynąć, a kolana starte o chropowaty brzeg.

Przełknęła łzy. Nigdy! Nigdy więcej!

Zeszła do piwnicy i sięgnęła za pralkę.

 

* * *

– Już wróciłeś? – spytała ze strachem. – Nie zdążyłam jeszcze sprzątnąć.

– Wróciłem – warknął rozeźlony. – Idź do apteki i kup jakąś maść. Coś mi się stało w bark!

– Ale dziś jest niedziela. Nasza jest zamknięta.

– To znajdź jakąś dyżurną, kretynko, i kup mi coś na stłuczenia!

Chciał zamachnąć się na nią, ale prawa ręka odmówiła współpracy. Z jego ust poleciał stek przekleństw. Elżbieta posłusznie poszła po lekarstwa. Przy okazji kupiła sobie test ciążowy.

Wynik był pozytywny. Jej usta rozciągnęły się w szerokim uśmiechu.

 

* * *

– Widzisz, skarbie – mówiła z czułością do kilkumiesięcznego chłopczyka – to twój tatuś. Ledwo rusza rączkami, nie może mówić, ale jest grzeczny i miły. Pani pielęgniarka mówi, że dawno nie miała tak sympatycznego i spokojnego podopiecznego. Bo tatuś wie, że jak będzie niegrzeczny, to mamusia go ukarze. I wtedy w ogóle nie będzie mógł się ruszać. Albo go będzie bardzo bolało, jak wtedy, gdy opluł mamusię, bo nie smakował mu obiadek, który ugotowała. A tatuś nie lubi, gdy go coś boli.

Malec zachichotał i schwycił długie włosy matki, które połachotały go w policzek.

– A ty będziesz zawsze mamusię kochał, prawda skarbie?

Włożyła malca do kojca i dała mu sucharek do gryzienia – wyrzynały mu się kolejne ząbki.

– A teraz musimy pomyśleć, jak ukarać naszą panią sąsiadkę. Nie będzie nam mówić, co nasz pies może, a co nie. Kota też się zresztą czepia. Tylko skąd weźmiemy jej paznokcie…

 

 

 

Koniec

Komentarze

Smutne, pomimo względnego happy endu. Tematyka na szczęście jest mi obca. Dobrze napisane i mocne, ale nie na siłę, przynajmniej wg mnie. Pozdrawiam.

"Pierwszy raz w życiu dałem się zabić we śnie. "

Gwałt się gwałtem odcisnął.   Mocne, życiowe.

Dzięki Koiku, Adamie. Właśnie o to mi chodziło. Ofiara zmieniła się …

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Bardzo fajny tekst, taki obyczajowy i pokazujący spory problem polskiego – i nie tylko – społeczeństwa. No i przewrotny, bo nagle ofiara okazuje się również katem. Jeżeli chodzi o uwagi: w pierwszym akapicie jest napisane o wiotkich naparstnicach i to określenie mi nijak nie pasuje. Te rośliny raczej mają takie grube, mięsiste łodygi (http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/b/b6/Digitalis-stora_hultrum.sweden-06.jpg/450px-Digitalis-stora_hultrum.sweden-06.jpg – tutaj dobrze widać). Ale tej kwestii nie będę broniła jak niepodległości, bo opieram się na naparstnicy purpurowej, a inne gatunki mogą wyglądać inaczej. "Albo go będzie bardzo bolało, jak wtedy, gdy opluł mamusię, bo nie smakował mu obiadek, który ugotowałam" – najpierw jest w trzeciej osobie, a potem nagle w pierwszej. Ogólnie podobało mi się, chociaż to niespecjalnie mój gatunek. Ale cały tekst ma fajny przekaz, więc wciągnie nawet jeśli ktoś nie czyta zazwyczaj takich rzeczy.

Niofomune – dzięki za przeczytanie i komentarz. Moje naparstnice to samosiejki – rosną bardzo wysoko i gną się w podmuchach wiatru – to "dziczki".  Zapewne te "ogrodowe" są mocniejsze.  Co do zdania z obiadem – racja – poprawiam.  

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Naparstnice bemik są takie, jak trzeba. Bardzo lubię te kwiaty i czuję się ekspertem :P Ale osa mi nie pasuje. Trzmiele, pszczoły – tak. Ale osy chyba wolą owoce, szczególnie takie nadgnite. Nektarem ani pyłkiem się nie interesują. Mogę nie mieć racji, ale chyba mam :)   Wracał później, czuć było od niego alkohol. A kiedy odważyła się spytać, ryknął na nią, -  ja bym napisała wracał – pytała. Albo wrócił – odazyła się spytać. Bo tak, masz wielokrotną czynność wracał i pojedynczą spytała.   Teraz, niestety, muszę umyć ząbki z córką, więc potam poczytam do końca… Sorki :)  

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

Osy też czasem zaglądają do kwiatków. Ale to detal.  Bo tak, masz wielokrotną czynność wracał i pojedynczą spytała. – i tak miała o być – on wiele razy tak wracał, ona – raz się odważyła zapytać.  

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Temu sukinsynowi, Marcinowi, dziś też nie uda się go pokonać. To teraz, to dobra rozgrzewka przed półtoragodzinną grą.

Elżbieta zwinęła koszulkę – tutaj dodałabym jakieś "gdy skończył i zostawił ją obojętnie" czy coś :)   Poza tym, bemik, nadal jestem Twoją fanką :) W zabawnym i poważnym repertuarze.

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

Choć opisałaś przykry przykład, jak to się teraz mówi, przemocy domowej, czyli czegoś, co nigdy i nigdzie nie powinno mieć miejsca, to cieszę się, że mogłam przeczytać Twoje opowiadanie.

 

„… co tobie niemiłe” –– Zbędna spacja po wielokropku.

 

„Zapach kebaba mieszał się ze słodką wonią dojrzałych owoców”. –– Zapach kebabu mieszał się ze słodką wonią dojrzałych owoców.

 

Te parę godzin tygodniowo na siłowni daje dobre efekty”. –– Tych parę godzin tygodniowo na siłowni daje dobre efekty. Pozdrawiam.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Niezłe. Brr.

regulatorzy – dlaczgo "kebabu"? Dziwnie to brzmi. Jeszcze nie słyszałam, żeby tak ktoś odmieniał takiego kebaba w bułce. Proszę o uświadomienie :)

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

Tak się ten wynalazek odmienia wedle słownika orto: kebab (potrawa) -bu, -bie; -bów

Krajemar, tak mi każą mówić i pisać zasady polskiej pisowni, według których rzeczownik kebab, odmienia się następująco: liczba pojedyncza liczba mnoga mianownik kebab kebaby dopełniacz kebabu kebabów celownik kebabowi kebabom biernik kebab kebaby narzędnik kebabem kebabami miejscownik kebabie kebabach wołacz kebabie kebaby.

Czy kupując schab, prosisz o kilogram schabu, czy kilogram schaba? Proszę, nie odmieniaj kebabu w bułce, odmieniaj go przez przypadki. Jeśli będziesz w grupie znajomych i ktoś zaproponuje: „Może kupimy kebaba”, idź z nimi by się posilić, ale nie kupuj tego co wszyscy. Ty kup kebab.

Pozdrawiam i życzę smacznych kebabów.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

A była taka ładna tabelka! Buuuu!

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Może i była, ale jej nie ma… Tak, dobry edytor tutaj mamy, dobry!

regulatorzy zaspamowali komentarze ; )   No – moje klimaty ; ) Dobre opowiadanie. Kilka przecinków uciekło. Ja, co prawda, podkręciłbym sceny, pokazał nieco więcej… – ale to ja, a te zmiany niekoniecznie musiałyby wpłynąć pozytywnie na jakość tekstu. Co jednak warto by rozwijać – wątek tej starej baby, który jest przecież kluczowy dla tekstu. Opowiadanie jest dość krótkie i treściwe, więc dołożenie jakiejś strony extra na rozwinięcie ten kwestii nie powinno rozmyć fabuły. W tej chwili – przynajmniej dla mnie – ta baba jest zbyt ogólnikowa i przez to trochę pretekstualna. Fajne jest to niedopowiedzenie w jej domu, ale brakuje porządnego (i raczej emocjonalnie cięższego) dialogu (ten obecnie jest taki nijaki – brzmi trochę jak stereotypowa rozmowa w mopsie) oraz  ukazania konkretnego działania (może coś na tym ryneczku?). Sam opis domu i tego rytuału też chyba domaga się bardziej klimatycznego opisu. Ogónie rzecz biorąc – opowiadanie dobrze by było nieco wydłużyć. pozdrawiam

I po co to było?

O rany, jakie życiowe. Władza korumpuje. Trochę żal, że bohaterka przed zepsuciem broniła się tak krótko…

Babska logika rządzi!

Dzięki wszystkim za przeczytanie. Regulatorzy – dzięki, Ty zawsze coś znajdziesz. Syfie – również dziękuję. W pierwotnej wersji o starej babie było jeszcze mniej – jest i miała być postacią marginalną. Dała bohaterce narzędzia do walki z chłopem. Pomyślę nad tym jednak.  

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Na początku chciałam napisać, że mi się opowiadanie podobało. A co do szczegółów – mam mieszane uczucia co do proporcji. Wydaje mi się, że pierwsza część, do spotkania ze starą kobietą, jest za długa. Podobnie jak syf. rozwinęłabym jej wątek, ale rozumiem i przyjmuję również Twoje wyjaśnienie. Ogólnie – trochę jednak rozwinęłabym motyw zemsty, z babą czy też bez niej. Potem jednak przypomniałam sobie kilka podobnie beznadziejnych związków i to całe szamotanie się, jałowe nadzieje, uporczywe trwanie niewiadomopoco, i sama nie wiem – może w takim, a nie innym przedstawieniu tej pierwszej części jest sens. Biedne dziecko… – Nie mam. Zbrakło mi  - Zabrakło (?).

Dzięki Ocho. Obie formy są poprawne.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Szczerze mówiąc, to niezbyt mi się podobało, głównie przez ckliwy język niebezpiecznie bliski harlequinów. Oczywiście wiem, że temat ważny, że życiowy, ale manipulowanie emocjami wydało mi się jednak zbyt otwarte, zbyt oczywiste. Z tym że może to kwestia miejsca, w którym to czytam. Gdyby to była historia w pisemku typu "Z życia wzięte", to płakałabym rzewnie (a jestem osobą, która potrafi się wzruszyć na "Modzie na sukces" :), ale skoro mieszasz w to element fantastyczny, to od razu zmienia mi się postrzeganie – już wiem, że nie czytam reportażu, oczekuję jakiegoś zaskoczenia, twórczego podejścia, a przede wszystkim ciekawej historii. A tu stereotyp goni stereotyp, wszystko można przewidzieć od pierwszego akapitu. Sam Temat przez duże "T" jeszcze nie załatwia wszystkiego. Niewiele brakuje, żeby przy takiej historii popaść w banał, a stąd – w kicz i śmieszność (to "posiadł ją brutalnie" – jest bardzo blisko śmieszności i unikałabym takich zwrotów, bo brzmi to jak jakaś "Raija ze śnieżnej krainy" którą co chwila ktoś brutalnie posiada i powoduje to niezamierzony efekt komiczny). Mam wrażenie, że niebezpiecznie balansujesz nad granicą.

Dzięki Dreammy za przeczytanie i uwagi.  Z pewnością masz rację, tylko że ja mówię tak na codzień – stąd taki język.  A "posiadł ją brutalnie" jest bliskie harlequinowskiemu, nie chciałam jednak użyć ani słowa gwałt ani stosunek, bo żadne mi nie pasowało. Swoją drogą – nigdy nie oglądałam "mody na sukces", nie czytałam "Raiji", a pisemka "Z życia wzięte" nie miałam w ręku – znaczy że mam tak sama z siebie.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Bemik, a dlaczego nie nazwać sprawy po imieniu? Przecież on ją gwałcił! Wielokrotnie, sadystycznie i brutalnie!

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie wiem dlaczego, ale wydawałao mi się, że słowo "posiadł" lepiej tu pasuje – od posiadania, tak jak traktowal swoją żonę, czyli rzeczowo.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

No właśnie, on ją już posiadał! Była jego! Należała do niego, pod każdym względem. Jemu nie wystarczało zwykłe posiadanie. On musiał pokazać, i to tak żeby nie miała wątpliwości, do czego sprowadza się jej rola. Przecież gdyby poprosił, szłaby z nim do łóżka w każdej chwili, o każdej porze dnia i nocy, ale gwałcąc dawał do zrozumienia, że ona jest niczym, że liczy się tylko i wyłącznie on.   Pozdrawiam.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Tekst może i przewidywalny, jak napisała Dreammy, ale widać, że przemyślany, dopracowany  i – co istotne – lekko napisany. Człowiek niby wie, jak to się skończy, ale oderwać się trudno :) Nawet tych brakujących przecinków się nie widzi :)

Dzięki Brunonie. Walka z przecinkami to jak walka z wiatrakami. Chyba tylko RFegulatorzy wie, gdzie powinny być, a gdzie nie.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Niestety. Wiem tylko, że przecinki powinny być stawiane w miejscach przewidzianych pewnymi zasadami, a tam gdzie zasady ich nie przewidują, pchać się nie powinny. Moje przecinki, niby mrówki, rozłażą się gdzie chcą i żyją swoim własnym życiem. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Podobnie u mnie – niby podstawowe zasady znam, ale w praktyce wychodzi inaczej. 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Przerażające. I życiowe… Bardzo dobre, naprawdę mi się podobało :)

"Godzina czytania jest godziną skradzioną z raju." Thomas Wharton

Dzięki

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Było w archiwum, ale wywiązała się dyskusja na ten temat, więc przywracam je światu.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

– Może za jakiś czas – powiedział. – Masz dom i ogród, które trzeba doprowadzić do porządku. Ja zarabiam wystarczająco, moja żona nie musi wycierać się po jakiś biurach. Została kurą domową. Na dodatek cała rodzina przyjęła jego decyzję z zachwytem. Taki troskliwy. Taki czuły. Taki dobry.

Wygląda jak dalsza część wypowiedzi.

Pozbawiła go przyjemności, nic dziwnego, ze poczuł się zawiedziony.

Dobrze się czytało :)

Znam tylko pięć liter ;)

Dzięki, a cóż to się stało, że grasujesz po takich starych tekstach?

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Mi się też podoba:). Dobre!

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Odkurzam i ponownie pokazuję światu ;)

Znam tylko pięć liter ;)

Super, dziękuję Anet i Asylum.

Błędy poprawiłam

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Nowa Fantastyka