- Opowiadanie: Brunon Sas - Bezpalec. Nowicjusz

Bezpalec. Nowicjusz

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Bezpalec. Nowicjusz

 

Na cholerę mi to było. No pytam się – po kiego czorta polazłem w te krzakory. Nie mogłem sobie spokojnie przejść obok? Udać, że nie słyszę tego rzężenia? Pewnie, że mogłem. Nikt mi nie kazał udawać samarytanina. Ale ja jak ten głupi musiałem zobaczyć, kto się wśród tych badyli kończy. No i co? Patrzą na mnie kaprawe oczka, w których widać to nieme pytanie: dlaczego ja?

A skąd ja mam to do jasnej cholery wiedzieć? Zamiast pytać, lepiej te flaki, co ci się z bebzuna wylewają, przytrzymaj. Bo jak tak się walają po ziemi, to widok nie jest przedni. Jeszcze w tej czerwonej brei. Mało się nie porzygałem.

A ten: ratuj mnie

Zgłupiał, toż on żywy trup jest! Jak go ruszę, to zaraz ducha wyzionie.

Jakby czytał w moich myślach: dam radę, zabierz mnie…

Wzruszyłem ramionami.

Cicho westchnął: zapłacę

Popatrzyłem beznamiętnie. Z czego zapłacisz? Najpierw ci sakiewkę zabrali, a potem i życie. Pokręciłem głową.

Źle to zrozumiał: mam czerwieńce, dużo czerwieńców

– W dupę se je wsadź – warknąłem.

Płynnym ruchem szarpnąłem zapinkę i położyłem na ziemi swój płaszcz. Chwyciłem ciało pod ramiona i najdelikatniej jak umiałem wciągnąłem je na materiał. Zajęczał.

W odpowiedzi złapałem za nasiąkające błotem sukno nad jego głową.

– Flaki se pozbieraj, bo jak w piachu uwalasz, to ci najlepszy medyk nie pomoże. – Nawet mnie ten tekst rozbawił. Jego pewnie mniej. Ale posłusznie położył na brzuchu to, co jeszcze niedawno było niewidoczne dla oka. Mimo wszystko poczułem do niego sympatię. Twardy był. Roześmiałem się bezgłośnie: sympatia do trupa, tego jeszcze nie grali.

Szarpnąłem. Odpowiedział wrzask. Też bym darł mordę, jak ktoś by mną z flakami na wierzchu szurał po wertepach. Pociągnąłem raz jeszcze. Gwałtowniej. Wrzask. I cisza.

O to chodziło. Stracił przytomność i można było go spokojnie z tych krzakorów wyciągnąć. Szło opornie, ale dałem radę. Mokry byłem, ale dałem radę. A co bardziej dziwne – on też dał radę; jeszcze żył. Rzeczywiście był twardy.

 

Przegiąłem. Zwyczajnie wczoraj przegiąłem. Nie dość, że łeb był cztery rozmiary za duży i gardło paliło pustynią, to jeszcze sakiewka pusta. Potrzebowałem cudu.

I cud się zdarzył. Na stół wjechał kufel z pianą na wierzchu. Zatrzymał się przede mną. Aromatem słodu zajechało, aż czułem, że mnie coś w środku wyżera. Próbowałem przełknąć ślinę, ale jej nie było.

– Czerwieńców nie mam, a najemnikiem nie jestem – zdołałem wycisnąć przez zaciśnięte gardło.

Ale wzroku od kufla oderwać nie mogłem.

– W dupę se wsadź czerwieńce. Pij – usłyszałem jakby zza ściany.

W zasadzie mogłem dalej odgrywać włóczęgę z zasadami, ale chmiel zwyciężył. Złapałem kufel oburącz i trzema szybkimi ruchami grdyki go opróżniłem. Zanim odstawiłem naczynie, pojawiło się następne.

– Pij.

Wyjątkowo posłuszne dzisiaj ze mnie bydle było. Tym razem wypiłem dwa razy wolniej. Mogłem wreszcie swobodnie mówić. Co skwapliwie wykorzystałem.

– Nie wiem, czego chcesz, ale chyba mnie z kimś pomyliłeś – powiedziałem wciąż nie patrząc na swego dobrodzieja.

– A gówno.

Zaintrygował mnie na tyle, że spojrzałem w jego kierunku. Stał lekko w cieniu, ale byłem pewien, że to żaden znajomek. Tym bardziej, że ja znajomków raczej nie mam.

Wysoki był, ale raczej szczupły. Szmatki na sobie miał przeciętne, ni łachmany, ni pierwszy sort. Przy boku nosił paradny sztylet, co skwitowałem skrzywieniem ust. Fircyków i pajaców to ja nigdy nie trawiłem.

– To o co chodzi? – przeszedłem do konkretów.

Popatrzył na mnie przenikliwie. Długo. Wytrzymałem wzrok. W głowie zaczęło mi trochę szumieć po piwie, coś mi się tam jeszcze w żołądku dzięki niemu odkleiło dodając procentów, więc uznałem to za świetna zabawę.

– Pamiętasz, jak wlazłeś w krzaki i znalazłeś mężczyznę z flakami na wierzchu? – zdecydował się przerwać milczenie.

Wytrzeźwiałem. Tamtego zdychającego wprawdzie dowlokłem do medyka, ale nie miał prawa przeżyć. A ten tutaj za cholerę nie był do niego podobny. Na wszelki wypadek sprężyłem się w sobie.

Na kacu nigdy nie miałem ochoty na skomplikowane łamigłówki, więc zdecydowałem się sprawę zakończyć szybko. Skinąłem, że pamięć mam dobrą.

– A po cholerę żeś to zrobił?

Autentycznie się wkurzyłem. Bo co go, kurwa, obchodzi, co ja ze swoim życiem robię?

Uśmiechnąłem się więc od ucha do ucha: – Bo ja dobry człowiek jestem…

Mimo że stał w cieniu, widziałem, że lekko drgnął. Takiej odpowiedzi na pewno się nie spodziewał. Na wioskowego głupka nie był gotowy.

– A co? Przeżył? – starałem się go dobić.

– Ano przeżył – niemiłosiernie przeciągał te dwa słowa. Jakby z mysiej dziury je wyciągał.

Tym razem to ja drgnąłem. Wiedziałem, że krzakowy truposz nie miał prawa chodzić po tym padole. Nie z flakami rozciągniętymi między nogami. Wszystkimi flakami, żeby była jasność.

– A to ciekawe – tylko tyle zdołałem powiedzieć.

Między nas wkradła się kłopotliwa cisza. Po dłuższej chwili ją przerwałem.

– Przysłał cię tutaj?

Pytanie już ze swej natury było idiotyczne. Nieznajomy nie pojmował jednak stanu mojego ciała i ducha. Spojrzał na mnie z pogardą.

– A jak myślisz?

– A ty na kacu myślisz? – zapytałem zaczepnie.

Zrozumiał. Wyciągnął coś ostrożnie zza pazuchy i położył obok kufli po piwie.

– Nowa flaszka? Aż tak mnie nie suszy…

– Eliksir.

Zatkało mnie. Bo zrozumiałem. Nieznajomy w krzakach nie był takim sobie zwykłym nieznajomym. Był czarodziejem. Musiał na siebie rzucić jakieś zaklęcie, które pozwoliło mu przeżyć. Tylko kto był na tyle durny, żeby szatkować czarodzieja i zostawić go przy życiu?

Jakby czytał w moich myślach.

– On już nikogo nie zarżnie. Kąpiel w gorącej oliwie skutecznie rozmiękcza nawet najtwardszych.

Mimowolnie przełknąłem ślinę. I pożałowałem, że w pobliżu nie ma trzeciego kufla. Niezłym rzeźnikiem był ten czarodziej. Spojrzałem na flaszkę.

– Co to za eliksir?

– Eliksir prawdy.

– Pojebało cię?! – Gwałtownie wstałem od stołu.

Raz widziałem gościa, który się tego świństwa napił – zaraz potem sprawdzał głębokość wody w fosie rozlanej dookoła miasta. Na jednym oddechu. Fosa była spora i nie doszedł nawet do jednej ćwierci. A że zadania nie wykonał, to się nie wynurzył. Gdzieś go tam ryby obżerają. Ale były i gorsze opowieści – o wejściu bez broni do legowiska niedźwiedzicy z małymi, o własnoręcznym obdzieraniu się ze skóry, czy gorących prętach wsadzanych sobie w dupsko. Sama radość i przyjemność.

Nieznajomy wyszedł z cienia, żebym mógł zobaczyć uśmiech na jego szczurzej mordzie.

– Nie.

Sięgnąłem po miecz, ale równie dobrze mógłbym zacząć wywijać koziołki. Na kacu jestem wolniejszy, zdecydowanie zbyt wolny. Klinga nie ukazała się nawet w połowie, kiedy poczułem na szyi zimą stal. Te pieprzone fircyki z paradnymi sztylecikami!

Chuchnął mi w twarz kwaśnym oddechem.

– Nie radzę. To dafo.

Aż jęknąłem w duchu. Dafo. Jeszcze większe gówno. Unieruchamia w pół sekundy, ale mózg pracuje normalnie. Po kilku minutach pojawiają się pierwsze wrzody. Człowiek zaczyna gnić. I nic tego gnicia nie jest w stanie powstrzymać. A gnije się paskudnie. Śmierdząco i boleśnie. Ludzi po tafo wyrzuca się na śmietnik, żeby nie patrzeć. I nie czuć. Bo smród jest taki, że nawet szczury nie ruszą. Robaki – owszem, ale szczury i inne zwierzaki, które mogłyby ukrócić cierpienia – nie. Zaczyna się od kończyn, idzie przez tułów do głowy. Trwa to kilka dni, a człowiek nie wykona w tym czasie najmniejszego ruchu i może tylko patrzeć. I powoli wariować. Nikt nie wytrzyma jednocześnie bólu i widoku własnego gnijącego ciała, na dokładkę pełnego robaków. Najlepiej uciec w szaleństwo. Ale i tak dalej się gnije. Paskudne rokowania na przyszłość.

Przez chwilę miałem nadzieję, że może ktoś się zainteresuje moją sytuacją i mi pomoże, ale w karczmie na takim zadupiu nikt się nie przejmował sztyletem przyłożonym do jakiegoś gardła. Były ważniejsze sprawy.

– Pij.

Już to dzisiaj słyszałem. Ale perspektywa była tym razem mniej pociągająca. Sięgnąłem po flaszkę. Lepsza niedźwiedzica niż gnicie. Szybciej pójdzie. Jakoś nie miałem ochoty sprawdzać, czy właściciel paradnego sztylecika blefuje z tym dafo.

Pociągnąłem spory łyk. Aż mi gębę wykręciło.

– Mogłeś chociaż miodu dodać, żebym się nie posrał z wrażenia – zmusiłem się do ostatniego w życiu żartu. Nawet powieką nie mrugnął.

– Do dna.

Mówiłem już, że tego dnia byłem bardzo posłuszne bydle? Osuszyłem flaszkę i delikatnie odstawiłem na stół. Nie chciałem robić gwałtownych ruchów, żeby nieznajomemu nie drgnęła ręka, w której dzierżył sztylet.

Nagle poczułem w środku uderzenie gorąca. Aż mnie podrzuciło w górę, a kiedy opadałem, zaczepiłem łbem o kant stołu. Solidny był, dębowy, nic dziwnego, że mnie zemdliło. Odpłynąłem.

 

Obudziłem się w jakimś śmierdzącym barłogu. Cap był niemiłosierny.

Olśniło mnie, pamięć wróciła. Z moich trzewi wydobył się skowyt: daaaafoooo… Przerwałem zdziwiony. Słyszałem się. Ruszyłem ręką. Podniosła się. Odetchnąłem – to jednak nie trucizna. Rozejrzałem się wokół. No tak, żadne dafo, tylko się przez sen zrzygałem. Stąd ten smród.

– Pieprzone majaki – mruknąłem pod nosem i otrzepawszy nieco z siana poplamiony płaszcz, wywlokłem się ze stajni. Słońce tak mi walnęło w oczy, że aż przysiadłem. Przymknąłem powieki i zobaczyłem gospodę. Krzywa była, brzydka była, ale była. Sięgnąłem do sakiewki. A ta to pusta była. Zabalowałem wczoraj. Przez mgłę pamiętałem te garnce miodu i… no tak. Pamiętałem obwisłe cycochy. Że też po pijaku człowiek zawsze połasi się na byle co. To i nic dziwnego, że sakiewka pusta. Bo nawet jak nie przepiłem, to obwisłe cycochy mi z niej wszystko zabrały. Taka kolej rzeczy. Tfu.

Wiedziony niezrozumiałą nadzieją pociągnąłem w stronę karczmy. Łatwo nie było. W gardle pustynia pochłaniała kolejne wzgórza zamieniając je w piaszczyste diuny. Czułem się podle, ale starałem się tego po sobie nie poznać. Jak wejdę zmaltretowany do gospody, to nikt mi flaszki nie postawi. A liczyłem, że ktoś się za te wczoraj wypite dzbany miodu poczuje zobowiązany i ugasi moje pragnienie.

Usiadłem przy najbliższym stole. Nie dość, że łeb był cztery rozmiary za duży i gardło paliło pustynią, to jeszcze sakiewka pusta. Potrzebowałem cudu.

I cud się zdarzył. Na stół wjechał kufel z pianą na wierzchu. Zatrzymał się przede mną. Aromatu nawet nie poczułem, bo aż mnie w środku zmroziło. Spojrzałem szybko w znajomym kierunku.

Stał tam. Płaszcz podbity futrem, filuternie zawinięte do góry noski butów i ten pieprzony paradny sztylecik. Gdybym miał ślinę, to bym ją przełknął.

– Pij – rozkazał.

Tylko głupi by nie posłuchał czarodzieja. Jeszcze nigdy nie wypiłem kufla dwoma ruchami grdyki. Tym razem się udało. Kiedy wjechał drugi kufel, nie potrzebowałem zachęty. Po chwili był pusty.

Wjechał trzeci. Zawahałem się. Nie flaszka z eliksirem?

Spojrzałem na czarodzieja.

– Pij, pij – powiedział z jakąś miękką nutą w głosie.

Chwyciłem naczynie w połowie, ale nie uniosłem. Wbiłem w niego wzrok. Musiał być wymowny.

Podszedł do stołu i usiadł obok. Poczułem zapach piżma zmieszany z miętą i czymś, czego nie potrafiłem rozpoznać. Ale było miłe.

Milczałem.

– Jak cię zwą? – zapytał.

– Bezpalec – uniosłem do góry lewą dłoń, w której brakowało serdecznego palca.

Skrzywił się.

– Od dziś będziesz Djerit el Ak’dasz – obwieścił.

Poczułem się, jakby mnie ktoś wydupczył: ale ja nie chcę…

Chyba go rozbawiłem.

– A kogo to obchodzi?

Zebrałem się w sobie: mnie

Chwycił mnie za ramię i popatrzył w oczy. Jego źrenice były tak zimne, że poczułem płatki śniegu na twarzy.

– Przeszedłeś próbę prawdy; nie ma odwrotu. Albo umrzesz, albo będziesz grał rolę, jaką wyznaczył ci Los.

Niedźwiedzica, czy gnicie. Znów to samo.

Wybrałem życie. Wyczytał to w moich oczach i puścił ramię. Siniaki będę miał ze dwa tygodnie.

– Witaj wśród Obrońców Gildii Czarodziejów – powiedział z pełną powagą.

– Witaj wśród Obrońców Gildii Morderców – zawtórowałem mu w myślach. – Tych, którzy w dupie mają potrzeby innych, a drogę wyznaczają im czerwieńce. I jeszcze mi pewnie ten pieprzony sztylecik do pasa przyczepicie. Zaraza jedna.

Czarodziej patrzył na mnie ze zdziwieniem, a jednocześnie z odrobiną ciekawości.

– Potrafię czytać myśli – rzucił od niechcenia.

Zbladłem. Wyraźnie zbladłem. Czułem to. Liczyłem w tym momencie tylko na dług wdzięczności. Za to, że go z tych krzakorów wytargałem. Ale po co? Widział kto czarodzieja, który czuł wdzięczność?

Ten był chyba inny, bo roześmiał się w głos, aż wszyscy w karczmie spojrzeli w naszym kierunku.

– Będzie z ciebie niezły ubaw. Rzadko kiedy eliksir prawdy budzi bezczelność. Nasi rycerze są przy czarodziejach jak potulne pieski, a ty już zaczynasz szczekać. No, pij to piwo i się zwijamy. Długa droga przed nami.

Podniosłem kufel. I tak z włóczęgi Bezpalca stałem się rycerzem Djeritem el Ak’daszem. Furtka wolności zatrzaśnięta z wielkim hukiem. Tylko dlatego, że zachciało mi się w krzaczory wejść i trupy oglądać. Tfu.

Koniec

Komentarze

Ja przypomnę, że zgodnie z decyzjami na szczycie, niedługo tekstom w częściach i fragmentom będziemy mówić dobranoc.

Lecą smoki pod obłoki, wiatr im kręci smocze loki

Nawet mnie zainteresowało, co będzie dalej. Nie rozumiem, dlaczego wymyślasz nowe słowa w miejsce już istniejących; krzakory, cycochy. Ale ogólnie na plus.

Babska logika rządzi!

Do brajt: to nie jest fragment większej całości. To trzy niezależne opowiadania, które łączy jedynie ten sam bohater

Cóż – numerki sugerują rozdziały/części/prologi i takie tam ; ) O wiele lepiej by było wrzucić te trzy teksty w formie jednej publikacji z zaznaczeniem we wstępie, co to właściwie jest. Masz jeszcze czas na edycję. pozdrawiam

I po co to było?

I przede wszystkim jak trzy osobne opowiadania, to nie hurtem, jednego dnia. Niektórzy tutaj mają codzienne dyżury komentatorskie i jak zobaczą trzy teksty, to się wkurzą i albo nie skomentują wcale, albo ograniczą się do jednego. Inni użytkownicy też nie będą mieli ochoty komentować wszystkich, jak je zobaczą wrzucone naraz. No i wystrzelasz sobie całe archiwum opowiadań w ciągu tygodnia. ;)  

Lecą smoki pod obłoki, wiatr im kręci smocze loki

Zgodnie z sugestią wycofałem kolejne teksty i opublikuję je trochę później. Dzięki za radę :)

Czyżby początek opowieści o cwaniaczku pijaczynie z czarodziejstwem w tle? Pewnie podobałoby mi się bardziej, gdyby nie dość nachalne próby nadmiernego błyskania dowcipem. Podzielam zdanie Finkli – mnie również nie podobają się wszystkie krzaczory, cycochy i jeden bebzun. W tym opowiadaniu nie powinny pojawić się ciuchy ani pierwszy sort.  

 

Jeszcze w tej czerwonej breji.Jeszcze w tej czerwonej brei.  

 

Złapałem kufel oburącz i trzema szybkimi ruchami grdyki go opróżniłem. – Łapiąc kufel i ruszając grdyką, nie opróżni się rzeczonego naczynia. Trzeba jeszcze wlać do gardła płyn, tu piwo.

 

Stał lekko w cieniu, ale byłem pewien, że to żaden znajomek. – Po czym poznać, że ktoś lekko stoi? ;-) Ja napisałabym: Stał w lekkim w cieniu, ale byłem pewien, że to żaden znajomek.

 

…zaraz potem sprawdzał głębokość fosy rozlanej dookoła miasta. – Fosa nie rozlewa się. Wokół miasta/zamku rozlewać się może woda wypełniająca fosę.

 

Wiedziony niezrozumiałą nadzieją pociągnąłem w stronę karczmy. – Co bohater pociągnął w stronę karczmy? ;-)

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Stać lekko w cieniu a w lekkim cieniu to chyba dwie różne rzeczy?

Lecą smoki pod obłoki, wiatr im kręci smocze loki

>Czyżby początek opowieści o cwaniaczku pijaczynie z czarodziejstwem w tle?< Jak ktoś ma kaca to zaraz jest cwanym pijaczkiem ;) >Podzielam zdanie Finkli – mnie również nie podobają się wszystkie krzaczory, cycochy i jeden bebzun. W tym opowiadaniu nie powinny pojawić się ciuchy ani pierwszy sort.< To taka lokalna "gwara". Nie wymagajmy od włóczęgi, żeby wysławiał się według bralczykowsko-miodkowych zasad. To by było sztuczne >„Jeszcze w tej czerwonej breji”. –– Jeszcze w tej czerwonej brei.< Wiadro popiołu na łeb sypię… >„Złapałem kufel oburącz i trzema szybkimi ruchami grdyki go opróżniłem”. –– Łapiąc kufel i ruszając grdyką, nie opróżni się rzeczonego naczynia. Trzeba jeszcze wlać do gardła płyn, tu piwo.< Pustego kufla też się ruchami grdyki nie opróżni. Gdybym tu wrzucił piwo, byłoby – moim zdaniem – zbyt łopatologicznie. >„Stał lekko w cieniu, ale byłem pewien, że to żaden znajomek”. –– Po czym poznać, że ktoś lekko stoi? ;-) Ja napisałabym: Stał w lekkim w cieniu, ale byłem pewien, że to żaden znajomek.< A jest ciężki cień ? ;) Podpisuję się pod tym, co wyżej napisał brajt. Dodam tylko, że to też "gwara". >„…zaraz potem sprawdzał głębokość fosy rozlanej dookoła miasta”. –– Fosa nie rozlewa się. Wokół miasta/zamku rozlewać się może woda wypełniająca fosę.< Idąc tym tropem – przez Kraków płynie woda, a nie Wisła >„Wiedziony niezrozumiałą nadzieją pociągnąłem w stronę karczmy”. –– Co bohater pociągnął w stronę karczmy? ;-)< Siebie, oczywiście, bo miał takiego kaca, że normalnie tam dojść nie dałby rady :) Znów "gwara"

Ja tylko dodam dla potomności – przez Kraków płynie Wisła, natomiast w krakowskiej fosie rozlewała się Rudawa.

Lecą smoki pod obłoki, wiatr im kręci smocze loki

Pociągnąłem w stronę karczmy – ładny, choć rzadko stosowany zwrot. Bardzo plastyczny.

Lecą smoki pod obłoki, wiatr im kręci smocze loki

Jak ktoś ma kaca to zaraz jest cwanym pijaczkiem ;).

Nie napisałam, że bohater jest cwany. Zapytałam tylko, czy jest cwaniaczkiem-pijaczyną. Nic nie poradzę, że czytając opowiadanie, tak go sobie wyobraziłam.

 

To taka lokalna "gwara". Nie wymagajmy od włóczęgi, żeby wysławiał się według bralczykowsko-miodkowych zasad. To by było sztuczne.

Nie wymagam od włóczęgi, by posługiwał się językiem literackim. Ale jeśli twierdzisz, że mówi lokalną gwarą, chcę wiedzieć gdzie takiej gwary się używa. W tej chwili sporne słowa, według mnie, brzmią sztucznie.

 

Pustego kufla też się ruchami grdyki nie opróżni. Gdybym tu wrzucił piwo, byłoby – moim zdaniem – zbyt łopatologicznie.

A ja napisałabym: Złapałem/chwyciłem pełny kufel oburącz i opróżniłem go łapczywie trzema łykami.

 

A jest ciężki cień ? ;)

Podpisuję się pod tym, co wyżej napisał brajt. Dodam tylko, że to też "gwara".

Istotnie, cień jest niemożliwy do zważenia. Ale można jeszcze napisać, że stał w półcieniu.

 

Idąc tym tropem – przez Kraków płynie woda, a nie Wisła.

Miałam na myśli to, że fosa jest głębokim i szerokim rowem otaczającym mury miasta lub zamek. Fosa nie musi być wypełniona wodą, by mogła pełnić funkcję obronną. Bywały fosy suche. Dlatego twierdzę, że fosa może otaczać miasto, ale fosa nie może się rozlewać. Natomiast pod pojęciem rzeka, rozumiem wodę płynącą korytem, uformowanym przez tę wodę. Przez Kraków płynie rzeka.

 

Siebie, oczywiście, bo miał takiego kaca, że normalnie tam dojść nie dałby rady :) Znów "gwara".

Ciągnąć, moim zdaniem, mogą np. wojska czy karawana. Duże grupy ludzi i sprzętu przemieszczające się na długim odcinku drogi, czasem kilku kilometrów. Człowiek, zmęczony i skacowany, może np. wlec się, człapać, leźć, ledwo iść, może też ledwo ciągnąć nogi. Nie umiem sobie wyobrazić –– może to defekt mojej wyobraźni – człowieka, nawet bardzo zmarnowanego, pociągającego obojętnie dokąd, nawet jeśli robi to używając gwary

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

…ciągnącego. ;)

Lecą smoki pod obłoki, wiatr im kręci smocze loki

Brajcie, „Wiedziony niezrozumiałą nadzieją pociągnąłem w stronę karczmy”. Tak napisał Autor. I ja tego nie widzę. Ciągnącego, który nic za sobą nie wlecze, też nie widzę. ;-)

O możliwości felernej wyobraźni wspomniałam. ;-)

Na koniec – uznaję, że Autor wie najlepiej jak porusza się stworzony przezeń bohater. ;-)

Pozdrawiam.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mój wewnętrzny bohater ciągnie ze sobą całe swoje jestestwo + zbędny balast na wysokości brzucha. ;)

Lecą smoki pod obłoki, wiatr im kręci smocze loki

"Nie wymagam od włóczęgi, by posługiwał się językiem literackim. Ale jeśli twierdzisz, że mówi lokalną gwarą, chcę wiedzieć gdzie takiej gwary się używa. W tej chwili sporne słowa, według mnie, brzmią sztucznie." No przecież nie będę w takim krótkim tekście wplatał semantyczno-historyczno-socjologicznych rozważań o pochodzeniu słów typu "krzakory" :) "A ja napisałabym: Złapałem/chwyciłem pełny kufel oburącz i opróżniłem go łapczywie trzema łykami." Dlatego napisałem, że pustego nie można wypić. To logiczność postępujących po sobie wydarzeń, więc o oczywistościach staram się nie pisać. Formalnie oczywiście masz rację. "Dlatego twierdzę, że fosa może otaczać miasto, ale fosa nie może się rozlewać." Sucha nie może, mokra – jak najbardziej. Taka ars poetica Duże dzięki za wszelkie uwagi :) Dały mi dużo do myślenia. Zdaję sobie sprawę, że w tym tekście nieco przeszarżowałem, ale to była reakcja na długą przerwę w pisaniu fantastyki. Musiałem wsiąść na konika, żeby poczuć wiatr we włosach ;)  

  …Podoba mi się, kiedy autor broni swego tekstu. Pozdrawiam przyjaźnie.

Brunonie, wyznaję pogląd, że Autor wie najlepiej, jak winny brzmieć zdania jego opowiadania. Miło, gdy Autor uzna uwagi komentujących za mogące się przyczynić do jeszcze lepszego ich kształtu. Rozumiem, że innym razem woli pozostać przy własnych pomysłach. Mam takie osobiste wrażenie, że uzasadnienia „Taka ars poetica” / To moja licentia poetica, Autor używa w przypadku, gdy nie ma innych argumentów. Ale przyjmuję do wiadomości, że Autor nie musi się tłumaczyć. Cieszę się ogromnie, gdy choć jedna moja uwaga zostaje przyjęta z wdzięcznością i zrozumieniem. ;-)

Mam nadzieję, że Twoje włosy zostały dostatecznie przewietrzone, że koń poniósł Cię w naprawdę fantastyczne miejsca. Czekam na skutki tej przejażdżki. ;-)

Na koniec, tak na marginesie, pozwolę sobie wyrazić przypuszczenie, że w przyszłości wolno mi będzie czytać i komentować napisane przez Ciebie opowiadania. Tym bardziej, że dziś wybieram się do Twojego Sklepu. Upewniam się, tak na wszelki wypadek, bo spotkał mnie już kiedyś zarzut jednego z użytkowników, że czepiam się tekstu autora, który wie jak pisać, ma bowiem dorobek w języku polskim i przekładzie obcym, więc jego teksty winnam po prostu omijać. Mam nadzieję, że Ty nie jesteś aż tak drażliwy, mimo posiadanego, jak mniemam, dorobku. ;-)

Pozdrawiam.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Tylko głupcy obrażają się na konstruktywną krytykę. Pozdrawiam i czekam na kolejne"kopniaki" ;)

Dziękuję. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

…A kot z odwróconym ogonem przeraźliwie miauczy… Przepraszam autora za ten bezsensowny wpis i pozdrawiam. Tekst mi się podobał z uwagi na jego humor, który mnie odpowiada.

Muszę przyznać, że jak na opowiadanie z karczmą w tle bardzo dobrze się czytało. Czuć oryginalność i pomysłowość. Wszystkie znane do bólu motywy karczemne jakoś tak sprytnie potraktowałeś, że się przy nich nie zmęczyłam ani trochę :) Narracja pierwszoosobowa wyszła Ci całkiem nieźle, ale uważaj, żeby bohater za mocno nie kozaczył, bo się nudny zrobi. W krótkim tekście, takim jak ten, ujdzie, ale przy dłuższym miałabym go szybko dość. I podejrzewam, że nie tylko ja jedna. W każdym razie podobało mi się.    Pozdrawiam

Dzięki za miłe słowa :)

Hmmm, dziwna sprawa… Przeczytałam z zainteresowaniem, chociaż nie cierrrrrpię takich rubasznych tekstów z takimi wyluzowanymi cwaniaczkami. No, podobało mi się nawet, dobrze się czytało. Chociaż uważam, że do przeszarżowania to tu tylko pół kroku. Widziałam też, że już drugi tekst się pojawił, więc z chęcią w wolnej chwili przeczytam:).

…Drogi Brajcie. Dowiaduję się tutaj, że wklejanie rozdziałów powieści będzie zabronione. Jeżeli tak zawęzicie formułę strony, to będzie jej można przyznać nazwę z książki jednego z braci Mackiewiczów pt. "Droga do nikąd". W literaturze S.F. dominują powieści a nie opowiadania. Pozdrawiam zdziwiony.

ryszardzie – zdaje mi się, że mechanizm będzie polegał na scalaniu rozdziałów w jeden wątek, natomiast części pierwsze, prologi i inne cuda spod znaku neverending story po prostu nie przejdą z poczekalni do biblioteki.  pozdrawiam

I po co to było?

To jest temat na dyskusję między Użytkownikami, Lożą i Redakcją.  Ja mam w niej swoje zdanie, ale od kiedy okazało się, że i tak będę robił system rozdziałów na potrzeby własnego serwisu o innej tematyce, to zamontowanie go tutaj przynajmniej nie sprawia mi już problemu natury "nie chce mi się, za dużo z tym roboty". Dogadajcie się między sobą, a co postanowicie to się zrobi.  

Lecą smoki pod obłoki, wiatr im kręci smocze loki

Bardzo mi się podoba ten bohaterski antybohater :)

Na pewno jeszcze do niego wrócę.

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

Zapraszam, zapraszam… ;)

Nowa Fantastyka