- Opowiadanie: AdamKB - Jak uniknąłem debiutu

Jak uniknąłem debiutu

Od kilku dni pomału porządkuję archiwa, zawierające przeróżne teksty, i w trakcie przeglądania zawartości kolejnych kilku płytek znalazłem prawie już zapomniane opowiadanie, pierwsze i jedyne napisane „na zamówienie”. Wyjaśnienie, czyje to było zamówienie, do odnalezienia w tekście… Plany, jak to z planami bywa, rozwiały się, Towarzystwo w ślad za nimi, chociaż przez pewien czas poistniało i nawet coś zrobiło… Mniejsza z tym, stare dzieje.

 

Z powodów mam nadzieję zrozumiałych wprowadziłem do tekstu kilka zmian, w gruncie rzeczy kosmetycznych, i dwie nieco uwspółcześniające pewne treści. Chociaż opowiadanie fantastyką nie jest, ściśle się z nią wiąże i o niej mówi, dlatego mam nadzieję, że gromów za wstawienie sypnie się niezbyt wiele.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Jak uniknąłem debiutu

 

Dowiedziałem się od znajomego, że niedawno powstałe w moim mieście Towarzystwo Miłośników tego, co ja też bardzo lubię, zamierza wydawać kwartalnik. Siedzący w temacie, że tak powiem. – A niech wydają – pomyślałem. – Będzie więcej do wyboru i do poczytania, bo z „Fantastyką” różnie bywa…

Niedługo później doszły mnie słuchy, jakoby Towarzystwo nosiło się z odważnym zamiarem dochowania wierności swemu statutowi, czyli że planuje regularne poświęcanie kilku kolumn w kwartalniku debiutom i promocjom. – Ha, ha! – roześmiałem się gromko. – Każdy tak się chwali, bo tak wypada, a jak to jest, to wiemy, wiemy!

Wkrótce doznałem poważnego wstrząsu. Oni, to znaczy członkowie owego Towarzystwa, zbierają po tak zwanych ludziach opowiadania, powieści, a nawet, o zgrozo i miaro przerostu ambicji, wiersze! – Czyżby… – zadałem sobie pytanie – …czyżby ta wyższa i ponoć doskonalsza forma organizacyjna ruchu oddolnego nie odcinała się od swych korzeni?

Odwiedził mnie kolega. Pogadaliśmy o tym i tamtym, o niczym także, i już mój gość opuszczał progi mego domostwa, gdy nagle stanął jak wryty, po czym wykonał popisowy zwrot w tył.

– O, widzisz, cały czas pamiętałem, że o czymś zapomniałem, ale już wiem! – ucieszył się, wpychając mnie i się również z powrotem do przedpokoju. – Słuchaj, bo to coś dla ciebie. Czytasz tej całej fantastyki na pęczki i na kopy, i się chyba na tym cokolwiek wyznajesz, bo gadać na ten temat potrafisz do znu – tego – upojenia. To Towarzystwo, o którym nawijałeś, zbiera teksty. Siadaj i napisz coś. Chyba, że już nie pamiętasz, jak się to robi.

– Przepraszam, ale czy ktoś mi tu czegoś nie amputuje? – spytałem uprzejmie.

– Absolutnie bynajmniej! – żywo zaprzeczył kolega. – Moją specjalnością jest rzucanie kolumnami. To jak, spróbujesz?

– A tobie co? Nawróciłeś się, należysz, agitujesz, kolekcjonujesz?

– Cztery razy nie. Jak wiesz, chodzę po ziemi i Ziemi, a Wenusy i Delabarany zostawiam innym. Słyszałem, czytałem, mówię.

– Aldebarany – poprawiłem odruchowo.

– Niech ci będzie – przystał kolega. – Ale Delabaran brzmi równie ładnie, a może nawet ładniej, bo aluzyjnie. No to cześć! – klepnął mnie w ramię i ponownie przekroczył próg, tym razem już na dobre.

– Cześć! – odpowiedziałem. Zamknąłem drzwi i zadumałem się. Hm, hm, a może by tak, może by jednak? Hm, hm… Ale o czym??

Przejrzałem tytuły na półkach o łącznej długości dwóch tysięcy czterystu dziewięćdziesięciu ośmiu centymetrów. W tej książce chronomocja, w tej inteligentne meduzy, w tej skromniej, bo tylko delfiny, tu znowu chronotrakcja, tu chrominancja – zaraz, jaka chrominancja? Kto, do cholery, wsadził rzecz o telewizorach między podróże w czasie i przestrzeni? Marsz na swoje podwórko! Co tam dalej? Conan z Cymbalii, to jest z Cymerii, tu inny rozrabiaka, lecz z przyszłości dla odmiany. Social fiction, political fiction, total fiction, gwiezdne wojny, kosmiczny bałagan, czy ja go kiedyś zdołam usystematyzować, aha, smoki, Morloki, znowu smoki, latające jak talerze z kosmosu, no i rzeczone elementy zastawy stołowej, czyli UFO… Dość, bo głowa zaboli!

Drugi kolega, podobnie jak ten pierwszy pobłażliwy dla moich czytelniczych pasji, ale pracujący przy komputerach, a nie telewizorach, zagadnięty po długich wstępach o pewne kwestie, zaproponował:

– Za twoje wykłady o fantastyce odwdzięczę się wykładem komputerologicznym. Słuchaj pilnie, a potem wykorzystasz to, co zrozumiesz, o ile cokolwiek pojmiesz. Komputerystyka, czyli komputeroznawstwo futurystycznie potraktowane, może być wdzięcznym tematem. Walić?

– Głową w ścianę – odparłem z godnością. – Bo i co ty mi tu proponujesz, fanatyku kalkulatorowy? Przecie za sto lat, a cóż mówić o jeszcze dalszej przyszłości, komputery osiemdziesiątej ósmej generacji tyle będą miały wspólnego z dzisiejszymi, na których to znasz się ponoć jako tako, ile wspólnego my mamy z amebą. Alternatywą pseudonaukowego bredzenia o budowie i funkcjonowaniu jawi mi się jeno opis buntu komputerów względnie opis kiepskiego bytowania ludzkości, przez elektronicznego tyrana podstępnie zniewolonej – a tychże opisów spłodzono multum, może multuma półtora nawet. Miałżebym jeszcze i ja dodawać coś nowego do zbioru rzeczonych dzieł, dodawać na zgubę nieszczęsnych czytelników? Wszak ilość, jakem ci tłumaczył był nie raz i nie dwa w sposób zrozumiały nawet dla informatyków, w jakość w tym przypadku jakoś nie chce się przemienić…

– No to wybierz inny temat – wielkodusznie zgodził się mój rozmówca. – I nie żałuj ostatnich kropli, które smętnie chlupoczą na dnie tej kształtnej butelczyny, bo będziesz posądzony o skąpstwo w tym kraju niespotykane i niedopuszczalne. Konsultacje kosztują… – przymrużył oko i poszedł wstawić wodę na drugą kawkę.

Po niedługim namyśle zagadnąłem kolegę o sztuczną inteligencję.

– Zawsze i wysoko przegra z naturalną durnotą – odparł bez wahania. – Dlatego nie próbuj opisywać świata rządzonego przez Ej Aj. Nie utrzyma się przy władzy, bo nie zdoła wymyślić takiej ochrony samej siebie, której nie sforsuje przypadkiem pierwszy lepszy kretyn. Chyba że rządziłaby z ukrycia. Było coś takiego?

– Nie przypominam sobie. Dlaczego tak uważasz?

– Bo będzie się koncentrowała na sposobach zabezpieczenia przed mądrym przeciwnikiem. Rezerwowe zasilania, dublowane podzespoły, hasła, szyfry, identyfikacje i homologacje, różne sztuczki w rodzaju nieprzerwanej lokalizacji osób kręcących się po jej włościach, co jeszcze wymyślisz to sobie dopisz, ale za cholerę nie wpadnie na to, że może ją załatwić wnerwiony na teściową hydraulik.

– Czekaj, czekaj. Nie nadążam za galopem twoich myśli. Dlaczego hydraulik? Dlaczego na teściową?

– Bo teściowe, jak się kiedyś w końcu przekonasz na własnej skórze, potrafią wnerwić każdego. Dlatego, że to inteligentne bałwaństwo będzie rozumowało jak my. Zabezpieczy się przed wniesieniem bomby, bazooki i damskiego pistoleciku kaliber zero zero osiem, ale nie pomyśli o kombinerkach elektryków i holajzach hydraulików. Póki woda w rurach nie będzie czystą wodą, a rur nie zacznie się robić z czegoś absolutnie obojętnego chemicznie, będą przecieki i będą potrzebni hydraulicy. Włóż kombinerki między zaciski na głównej linii, zalej rozdzielnie, bo ci się narzędzie omsknęło, i koniec balu.

– Nie rozumiem sensu założenia, że będzie rozumowało jak my.

– Wysiłki zmierzają do wymodelowania, praktycznie do skopiowania naszego mózgu i jego funkcjonowania, więc gdy się komuś przez pomyłkę uda ta sztuka, powstanie intelekt sztuczny i cholernie wydajny obliczeniowo, ale kalkujący nas i nasze wady. Poniał?

– Teraz tak. I… – wiesz co? – odpuszczę sobie. Nie podoba mi się wizja supermózgu obarczonego naszymi wadami. Nie podoba mi się również wizja czystego logika bez krzty uczuć, że tak powiem.

– A jest coś, co ci się podoba?

– Tapetę masz ładną. Ale nie to ohydstwo na ścianie, tylko tę na ekranie…

Na drugiego konsultanta wybrałem bystrego młodzieńca, rozmiłowanego w opowieściach z rodzaju fantasy. Przez ćwierć dnia i połowę nocy przekonywał mnie, iż nie ma i być nie może porządnej książki bez czarów, czarodziejek, smoków, błędnych rycerzy, zaczarowanych mieczy i paru jeszcze zaklętych bądź przeklętych rekwizytów – niestety, jego trud i zapał poszły na marne, niczego bowiem nowego w tej branży wykoncypować nie zdołałem. Być może dlatego, że nie lubię wiedźm i złych czarownic, a te rzadko spotykane dobre czarodziejki z reguły bywają słabsze w zawodzie i przegrywają. Klęskę opiewać? A w życiu… Schematu burzyć i odwracać też nie warto, bo jakaż to atrakcja, gdy wśród ludzi dobrych i szczęśliwych spaceruje wielce im przychylny specjalista od białej, nieszkodliwej i słabo widowiskowej magii…

Zaprosiłem się do socjologa. Nie pożałował swego czasu ani swej interdyscyplinarnej w mnogich przypadkach wiedzy. Sięgnął nawet po mądre książki, zza których błysnęła złotem nalepka na flaszy z wielogwiazdkowym trunkiem. Ściągnął więc z półki także ten szlachetny napitek. Zaparzył kawę, w trakcie dyskusji zapisał maczkiem jedenaście kartek formatu A4 – wszystko to poszło w zasadzie na rozkurz, ostateczna bowiem konkluzja brzmiała jak wyrok: niczego nowego w tej materii od ręki wymyślić się nie da.

– Skąd my to znamy? – spytałem – się także – retorycznie i na głos.

– Z tak zwanego życia – oświecił mnie gospodarz. – Ale nie łam się. Pierwsze śliwki za płoty, jak mawiali nasi antenaci. Że komputery, fantasy i socjologia odpadły, to jeszcze nic takiego. Zostały horror, space opera i parę innych subtematów do wyboru. Nie brakuje ci kalorii? – spytał. – Intensywne myślenie jest bardzo energochłonne.

– Za płoty to koty – sprostowałem i napełniłem lampki wysokokalorycznym czterogwiazdkowcem. – Natomiast śliwki to robaczywki.

– Dokonałem wielokrotnej syntezy i radykalnego skrótu – wyjaśnił interlokutor. – Koty też miewają robaki, z powodzeniem mogą siedzieć za płotami i bawić się pierwszymi rzuconymi im śliwkami. Miałem rację w kwestii niedostatku kalorii, bo sam na to nie wpadłeś.

– Nie wpadłem, bo dla człowieka z technicznym wykształceniem jest to nadmiernie skomplikowane.

– A twoje oczekiwania i wymagania były proste? – skontrował bez drgnienia powieki. – Znaleźć temat i sposób jego ujęcia, że tak powiem, dziewiczy. Przeprowadziłeś mnie krętymi ścieżkami przez dżungle cudzych pomysłów, abym zyskał orientację w skali i złożoności problemu, a teraz, niewdzięczniku, masz pretensje o poplątanie kota ze śliwkami. W interesującej cię kwestii panuje większe pomieszanie.

– Panuje – zgodziłem się z westchnieniem. – A dzięki tobie już wiem, dlaczego – przypochlebiłem się. Na wszelki wypadek, z myślą o przyszłości. – Panuje, albowiem dokonuje się, z braku alternatywnej wiedzy i takichże doświadczeń, świadomych bądź nieświadomych projekcji jedynych znanych nam schematów, względnie konstruuje się twory w założeniu odrębne, lecz nadal tą jedynością wzorców skażone od chwili powstawania. Efektem są nieustanne powielenia, gdy od szablonów nie odstępujemy, wślizgi w niekonsekwencje i sprzeczności, gdy klisze próbujemy wymieszać w różnych proporcjach, oraz konstrukcje sztuczne, mało przekonujące, trącące jałowością i nudą, gdy rzeczone schematy odrzucamy całkowicie i próbujemy zastąpić je czymkolwiek, co nie jawi się ani zastosowaniem, ani odwróceniem pierwowzoru. Miary nieszczęść dopełnia fakt, iż tak zwany odbiorca, do którego rąk trafiają efekty twórczych wysiłków, jest najczęściej istotą leniwą, spodziewającą się po lekturze rozrywki jedynie i relaksu, a więc nie lubiącą, gdy się go przymusza do myślenia. A jeśli trafia się wyjątek, bywa jeszcze gorzej, namarudzić bowiem i nawydziwiać, po autorze i jego koncepcjach przejechać się zdrowo i gotów, i potrafi, jeśli naprawdę zechce. Jedna wielka bieda. Z etalonami źle, bez nich też niedobrze…

– Z grubsza rzecz biorąc i przy założeniu, że mniejsza o większość szczegółów, to tak to mniej więcej wygląda – zgodził się z moim podsumowaniem właściciel niemal już pustej butelki z piękną etykietą. Po czym, westchnąwszy, oderwał spojrzenie od złotych gwiazdek i zadysponował: – Uczyń waść swoją powinność, kolejka na cię ponownie wypadła.

Inna kolejka wypadła na dobrze mi znanego pasjonata i znawcę problematyki latających przedmiotów, nie dających się zidentyfikować nie tylko na pierwszy, ale nawet na jedenasty rzut oka. Przychylnie do mnie i moich zamiarów nastawiony nawet ucieszył się, że tego tematu nie omijam, ale zaproszenie odwrócił o sto osiemdziesiąt stopni – to ja mam pójść do niego. Poszedłem, dźwigając dwie solidne bomboniery. Zgłębiający tajemnice pojawiania się i fruwania ekstraterrestialnych podobno obiektów sam stanowił pewnego rodzaju zagadkę. Mienił się i był absolutnym abstynentem w dosłownym tego słowa znaczeniu, ale nie przeszkadzało mu to w pochłanianiu niesamowitych wręcz ilości wyrobów czekoladowych z nadzieniem wzbogaconym o płyn, uzyskiwany z fermentacji skrobi. Potrafił tego zjeść, oj, potrafił… I wcale mu to nie szkodziło na żołądek ani nie przeszkadzało w mówieniu. A mówić umiał długo i zajmująco. Ze strasznym skutkiem, niestety. NOLe okazały się twardym orzechem do zgryzienia. Jeślibym miał napisać coś w miarę sensownego, takiego, żeby mnie znawcy żywcem ze skóry nie obdzierali, musiałbym najpierw zostać ufologiem, bezbłędnie rozróżniać między małymi szarymi a niedużymi zielonkawymi, trafnie określać, co jeszcze nie jest bliskim spotkaniem, a co się do takowych zdarzeń zalicza, no i same spotkania umiejętnie kwalifikować do odpowiednich typów…

Zamyślałem przeprowadzić kilka jeszcze konsultacji, lecz litościwy dla mnie i upatrzonych ofiar przypadek zdecydowanie skrócił procedurę dochodzenia do końcowych wniosków. Wybrałem się w podróż, w żaden sposób nie związaną z opisywanymi wydarzeniami, i dzięki naszym wspaniałym kolejom, hojnie szafującym czasem i zdrowiem – psychicznym zwłaszcza – usługobiorców, mogłem zapoznać się ze zdaniami moich współcierpiętników. Współpasażerów, chciałem rzec. Najpierw, co chyba zrozumiałe, znosiliśmy niedogodności w ciszy. Aż do Ełku. Wtedy nie zdzierżył ten, który w Mońkach zamówił kawę. Po wymianie coraz śmielej przez obie strony, czyli przez niego i przez pracownika WARSu, formułowanych zdań dostał koło Wydmin drugą, jeszcze ciepławą, chociaż bez cukru, bo tenże wziął i wyszedł. Drugi pan zapytał, czy cytryna do herbaty też wyszła. No, tak, ale mamy świetne piwo, proszę panów. Życzą sobie panowie? Panowie zgodnym chórem zażyczyli sobie, aby winni wyjścia cukru i cytryn utopili się w swoim świetnym piwie, po czym kazali sobie przynieść trzy kawy. Jeszcze przed Giżyckiem, żeby były mocno ciepłe. A dalej poszło samo, utartym szlakiem. Przeanalizowanie różnic między niegdysiejszą a obecną kondycją krajowego kolejnictwa wypełniło nam czas do samego Olsztyna. Pięć minut za Iławą lista przedsięwzięć organizacyjnych i technicznych, mających przywrócić dawny blask kolejom, była gotowa do podpisania. Kwadrans przed Jabłonowem ulecieliśmy, duchem oczywiście, w krainę marzeń i wyobrażeń, czym i jak będzie się podróżowało w przyszłości – i wtedy wydało się, że obaj panowie też są zawziętymi czytelnikami eS eF. Takiej okazji nie mogłem zmarnować. Z początku ostrożnie, niemal dyskretnie starałem się nakierowywać rozmowę na interesujące mnie tematy – opinie znających się na rzeczy czytelników miałem za równie ważne, jak werdykty krytyków i zdania fachowców. Obaj panowie nie mieli nic przeciw temu sondowaniu ich poglądów, prezentowali je ze swadą i znajomością rzeczy, chociaż w niektórych kwestiach mieli wyraźnie więcej do powiedzenia. Jeden był historykiem, drugi zaś – fizykiem, więc zgodnie druzgotali prawie wszystkie po kolei koncepcje gwiezdnowojenne, imperialne i kolonizatorskie, jakie znajdowali w książkach. Starałem się wydobywać z ich wywodów jak najwięcej, czyniąc to starymi i niezłymi metodami negowania opinii, domagania się lepszych, pogłębionych i obejmujących szerszy kontekst argumentacji tudzież zwyczajnego zadawania głupich pytań. Nie mieli nic przeciw temu, co bardzo mnie cieszyło. Do chwili zatrzymania się pociągu pod semaforem wjazdowym stacji w Lesznie.

– Pan chyba zamierza zostać wyspecjalizowanym krytykiem albo twórcą – niespodziewanie a bystrze orzekł historyk.

Nie pomógł gigantyczny wysiłek woli. Oblałem się pąsem.

– Twórcą – zawyrokował fizyk.

– Nie widzę w tym niczego złego, pan nie ma się czego wstydzić – podtrzymał mnie na duchu historyk. – Tylko niech pan, na miłość boską, nie funduje entego imperium metagalaktycznego – poprosił. – Niech pan okaże się demokratą. Imperium to podboje, armie, wywiady i defensywy, spiski, skrytobójstwa, tłamszenie lokalnych kultur, nadrzędna i jedynie słuszna ideologia, dzierżymordstwo i tak dalej. Poza tym niech pan nie zapomina, że imperia nie były, nie są i nie będą wieczne. Im większa struktura, tym większa inercja, a bez ewolucji form oraz treści przestaje się nadążać za rzeczywistością.

– Ja też nie widzę niczego złego w pańskich zamiarach – przyłączył się fizyk. – Tylko niech się pan powstrzyma od prowadzenia wojen w czasie, budowania pancerników o masie spoczynkowej czterech milionów ton i kształtach wziętych ze snu pijanego impresjonisty, stwarzania pól psi, fi, chi, lambda, beta, alfa i omega. Wystarczy pogrzebać w teorii oddziaływań słabych, średnich i silnych, w hipotezie o wielowektorowości, poczytać coś o próbach wyjaśnienia zagadki rozszerzania się wszechświata, o strunach, ale nie tych skrzypcowych i gitarowych. Chwyta pan?

– Staram się.

– No to powodzenia. Na czym to myśmy stanęli?

– Najpierw na „Kursie na zderzenie” pana Bayley’a, obecnie na torze trzecim przy peronie też trzecim.

– A tak, Bayley. Mi się to tak trochę śmiesznie kojarzy z „Wędrowcem” Leibera.

– Dlaczego śmiesznie? Tu grozi katastrofa, tu do niej dochodzi…

Gdyby pociąg pospieszny – ha, ha! – pospieszny! – trzy godziny opóźnienia… – nie kończył biegu we Wrocławiu, tematów starczyłoby nam co najmniej do Wiednia. Ale wszystko kiedyś się kończy. Nawet bardzo interesująco przegadana noc.

Powróciwszy w domowe pielesze i załatwiwszy, co miałem pilnego do załatwienia, wyjąłem z szuflady kartki z zapiskami z kolejnych mikrosympozjów, sięgnąłem do pamięci, sporządziłem notatki, zrekapitulowałem wnioski, scaliłem je, po czym wszystkie długopisy i ołówki, które znalazłem w domu, zamknąłem w szufladzie, a pomalowany na zielono kluczyk od niej wyrzuciłem przez okno w najgęściejszą trawę. Niech męczą się inni!

<> <> <>

W pierwszym numerze kwartalnika, który ukazał się z nieznacznym, bo tylko czteromiesięcznym, opóźnieniem, przeczytałem opowiadanie, jakie mógłbym z powodzeniem napisać, gdyby nie pochopne wyrzucenie kluczyka. Gość zrelacjonował swoje poszukiwania tematu. Zrelacjonował tak, jak gdyby stał za moimi plecami, wszystko widział i słyszał. Bezczelność! Ale dobrze mu tak. Teraz będzie chciał, żeby mu coś jeszcze opublikowali; będzie się pocił, męczył, nie dojadał i nie dosypiał, tracił majątek na długopisy i papier w kratkę. I dobrze mu tak! Niech ma za moje.

Ale jednak jestem ciekawy, czy i co jeszcze napisze poza tym debiutanckim użalaniem się nad sobą. Jestem ciekawy, bo jednak troszkę mi żal łatwości, z jaką uniknąłem debiutu…

 

 

Koniec

Komentarze

...ale czy ktoś mi tu czegoś nie amputuje?...

Chyba  imputuje , jeśli dobrze zrozumiałem. Fajnie się czyta tokie opowiadanie pisane  "od kuchni".Można  odetchnąć po tych wszystkich wampirach, zombie czy walkach na miecze.

Ależ tak, imputowanie --- "przekręt" świadomy, jak z kolumnami... Łojj, zdradzam sekrety...

"Niech męczą się inni!" - teraz rozumiem, dlaczego tak niewiele Twoich tekstów pojawia się na portalu:) Fajnie napisane, tylko zastanawiam się, czy dział opowiadań fantastycznych, to odpowiednie miejsce na powyższą historię. Pozdrawiam

Mastiff

>1/2 joke mode on< Innego działu z opowiadaniami nie ma... >1/2 joke mode off<

:)

Mastiff

Bardzo dobry tekst. Jest szczery, zabawny, nasycony cieplym, relaksującym humorem. Świetnie zredagowany.  Brawo!

- Za płoty to koty - sprostowałem i napełniłem lampki wysokokalorycznym czterogwiazdkowcem. - Natomiast śliwki to robaczywki.  :D
 ale nie przeszkadzało mu to w pochłanianiu niesamowitych wręcz ilości wyrobów czekoladowych z nadzieniem wzbogaconym o płyn, uzyskiwany z fermentacji skrobi. Potrafił tego zjeść, oj, potrafił...  :D Adamie, miej litość :D
Wtedy nie zdzierżył ten, który w Mońkach zamówił kawę. Po wymianie coraz śmielej przez obie strony, czyli przez niego i przez pracownika WARSa, formułowanych zdań dostał koło Wydmin drugą, jeszcze ciepławą, chociaż bez cukru, bo tenże wziął i wyszedł. Drugi pan zapytał, czy cytryna do herbaty też wyszła. No, tak, ale mamy świetne piwo, proszę panów. Życzą sobie panowie?  :D :D
Tylko niech się pan powstrzyma od prowadzenia wojen w czasie, budowania pancerników o masie spoczynkowej czterech milionów ton i kształtach wziętych ze snu pijanego impresjonisty, stwarzania pól psi, fi, chi, lambda, beta, alfa i omega  :D :D
Chwyta pan? :D :D :D
Adamie, rozbroiłeś mnie :). Co mnie najbardziej urzekło? Że pod przykrywką humoru pokazałeś dwie kluczowe sprawy: że warto wierzyć  w siebie i być wytrwalym, bo można kiedyś żałować, że się było leniwcem :), a dwa, że niby wszystko już było w literaturze, prawda? a jednak trzeba próbować i szukać nowych rozwiązań. Użycie słowa "amputuję" i "rzucanie kolumnami", czy to nie naigrywanie się z 'pisarzy", którzy piszą słowa nie sprawdziwszy uprzednio ich znaczenia? Albo z czytelników, że w zasadzie to im wszystko jedno czy amputuje czy imputuje...:D Lecz z drugiej strony czytelnicy są bardzo wymagający...
Jestem pełna uznania dla formułowanych zdań, a w szczególności do przyziemnych wtrąceń o kawie, podczas gorących poważnych dyskusji :D Być może błędnie zinterpretowałam przesłanie, niemniej piszesz bardzo dobrze.

Na poważnie: przyznam się, Ago, nie tylko tobie zresztą, że nie było moim celem stworzenie tekstu z tak zwanym ważkim przesłaniem, z morałem, jeśli wolisz. Przynajmniej nie świadomie. Ale kto wie (bo ja po latach już nie pamiętam), co mi wtedy po łepetynie krążyło w drugim że tak napiszę obiegu... Rzeczywiście zbieraliśmy wtedy teksty, nad niektórymi pokwikiwaliśmy z niezbyt mądrej radochy --- mogło to znaleźć odbicie w tym, co, umiejętnie "podbechtany" przez między innymi ufopasjonata, naskrobałem. Nasze mózgownice to bardzo skomplikowane aparaty; niby o czymś wcale nie myślisz, a jednak...
Z przymrużeniem oka: po Twoim komentarzu na pewno będę miał przyjemne sny. Dziękuję...

Zabawnie ironiczne. Przeczytałem z przyjemnością.

Pozdrawiam.

Adam coś napisał? o.O
Do przeczytania wieczorem.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Czemu nie-fantastyka tu? I to zupełnie oficjalnie powiedział Autor - że nie-fantastyka to! A że o - a co mnie to!
Jeszcze żeby jakoś to było.... spartolone, brzydkie, nieskładne, nierytmiczne, z błędami i w ogóle - ale nie, dopieścić musiał, w formę wbić lekką, choć zarazem intelektem naznaczoną i humorem - na domiar złego - dobrym, bo kąśliwym.
Bezczelny typ!

Oceniać nie będę - a mogę, ach, mogę - bo nie-fantastyka to, o!

A od jutra zaczynam umieszczać na portalu wszystko, com przez ostatnie 8 lat nie-fantastycznego napisał. Argumentację mam już gotową - innego działu z opowiadaniami nie ma ;-)

PS. Za jedno dziękuję szczególnie - inspirację do napisania "czegoś". Już niebawem zrobię ctrl+v i będzie.

Pzdr!

A łoj, mój archiwalny półżart inspiracyją dla Waszmości... Ciekawość mię zżerać poczyna, nie każ Waćpan czekać nazbyt długo...
Bo w końcu to prawda, nie ma działu "Tuż obok fantastyki".

HAHAHA, Złośniku, zainspirowałeś mnie i to jeszcze jak! łaziłem z pół godziny po pokoju śmiejąc się sam do siebie i układając pełne słownej zawiłości dialogi....potem dokończyłem Twój tekst ;-)

ale też kurwowałem, co nieco, na Waćpana - bo sam mówisz, że nieomal wszystko już zostało spisane, każdy sensowniejszy pomysł zrealizowany, co ciekawsza, kupy się trzymająca teoria wyłuszczona - a mnie ganisz, raz po raz, za moje literackie eksperymenta; za to że Czytelnika batem po plecach smagam, by czytając wykrzesał z siebie coś niecoś więcej! ech, nieładnie drogi AdamieKB, całkiem brzydko, rzekłbym nawet

przyznać się muszę, że to prawdziwa trudność - stworzyć coś naprawdę nowego, coś więcej niż dobre, poprawne, logiczne i zabawne - i myśl owa towarzyszy mi już od jakiegoś czasu i napawa autentyczną grozą - do tego stopnia, że czytać nieomal nie mogę, choć kiedyś nic, tylko książki... starość? 

no nic, do następnego zatem - pozdrawiam serdecznie Kolegę! :-)

przyznać się muszę, że to prawdziwa trudność - stworzyć coś naprawdę nowego, coś więcej niż dobre, poprawne, logiczne i zabawne - i myśl owa towarzyszy mi już od jakiegoś czasu i napawa autentyczną grozą - do tego stopnia, że czytać nieomal nie mogę, choć kiedyś nic, tylko książki... starość?

Miała kiedyś miejsce niedokończona dyskusyjka o kalkach. Chcesz, zwij je szablonami, jak jeszcze, byle było wiadomo, o co chodzi. Ja wypowiedziałem się, syntetycznie, na ten temat w powyższym tekście. Czy to musi napawać aż grozą? Niekoniecznie. Rzecz, moim zdaniem, w tym, że mamy do czynienia z ucieczkami w krainy czysto fantastyczne, gdzie magią i mieczem wszystko daje się załatwić, lub w przyszłość, gdzie albo wszystko uładzone i śliczne, albo świat zrujnowany po wojnie, impakcie --- dopisz, czego Ci brakuje jako przyczyny. SF, ta inspirowana nauką, jest w odwrocie, nawet może w zaniku; dlaczego, chyba wiesz. Gdy już ktoś sięgnie po "dzisiejszość", szuka paradoksów lub je stwarza, wykoślawia na śmiesznostkę lub na grozę włosy dęba stawiającą. Jest w tym sens, bo istnieją cholernie poważne zagrożenia na już najbliższą przyszłość, ale czysta diagnoza byłaby nudnym wykładem, a bez wykładu jeden na tysiąc skapnie, o co chodzi. Taka rzeczywistość... Więc nie napisałeś niczego nowego na ten temat. Uciekasz w eksperymenty, tam szukasz powiewu nowości? Wolna wola, lecz rozejrzyj się, zastanów się, dla ilu osób będziesz tworzył... Dla siedemnaściorga masochistów-deszyfratorów płci obojga?
Już lepiej pisać, co wszyscy przyswoją bez łamania głowy. Tak myślę.
Ja też ostatnimi czasy niewiele czytam z nowości "branżowych". Po paniach Rowling i Meyer czkawka jeszcze mi nie minęła, a jak wzięto się za wsadzanie zombiaków i wampirów do "Przedwiośnia" i ponoć "Faraona" także, no to ja nie mam niczego kulturalnego do powiedzenia na temat...


Hmm,
dobrze godosz, Panocku - SF, ta prawdziwa, od której pęczniała nam wyobraźnia w dzieciństwie, umiera! Nieomal na naszych oczach.
Co do pisania - czy może tego, co tutaj prezentuję - to faktycznie, są to swego rodzaju eksperymenty. Prace inne, te znacznie przystępniejsze, trzymam dla siebie i tej grupy osób, którym się obnażam na bieżąco. Poza tym, proszę mi wierzyć, że jeszcze niejedno przystępne i poczytne "coś" tutaj zaprezentuję. Póki co staram się odnaleźć z nowym dla mnie środowisku... 


Jeszcze takie pytanie - może nieco niezręczne - ale strasznie mnie ciekawi Twoja opinia na temat pierwszej rzeczy jaką tu zamieściłem, czyli: Ryan d'Zyyk (tak, można i należy kojarzyć z Rydzykiem). Wejście miałem okropne - bo tekst ucięło, potem się rzucili na mnie, a ja, na bogi nazwane i nienazwane, głodny jestem opinii o całości.
Czytałeś zatem może? Czy porwany falą słusznej krytyki nieszczęsnego fragmentu, dałeś sobie Waćpan siana? 

 Pozdrawiam serdecznie!

Praktycznie dałem sobie siana, ponieważ tego typu teksty kojarzą mi się z jawnym koniunkturalizmem, może za szeroko przeze mnie pojmowanym, poza tym nie znalazłem w tym niczego, co by mnie wciągało. Przykro mi, ale Twój pierwszy tekst na stronie wypadł w moich oczach nieinteresująco...

Hmm.... powrót Chrystusa w atmosferze politycznego napięcia, co nieomal rozpieprza Zjednoczoną Unię i Północną Afrykę (ZUiPA), nie jest dla Waćpana interesujące?! Nie może to być! ;-)

"Tatuńcio" T. R. przesłonił mi resztę. Co ja zrobię, że jest alergenem dla moich szarych komórek? Śmieszy mnie i w...a jednocześnie. Jak ci, którzy jemu i w niego bezgranicznie...

Ha! Tym bardziej powinieneś przebrnąć przez.... ;-)

PS. Prace nad wspomnianą "inspiracją" idą ku  końcowi.... dzień, może dwa.... ;-) 

Pewnie sie powtórzę, ale pozazdrościć tylko lekkości pióra i wyważonego humoru. A tekst miał przesłanie i to dośc mocne szczególnie w tym miejscu, czy tego chciales czy nie:)

Miał. Pewnie, że miał ;-)
I nie ma czego zazdrościć - tylko do czego dążyć ;-p 

Troszkę chyba po czasie się odzywam, ale w ostatim okresie pojawiałem się tu zbyt rzadko, żeby pilnować każdego opowiadania. Tak czy owak taka okazja zdarza się nie często, więc do Twojego tekstu, Adamie, wrócić musiałem. I bez owijania - jestem pod ogromnym wrażeniem. Przede wszystkim ze względu na świetny styl, który sprawia, że nawet taka - teoretycznie - prosta historia wciąga niesamowicie. Zabawa słowami, dużo ciętego humoru. Zaskakujące jest to, jak łatwo potrafisz zainteresować czytelnika. Przykładem niech będzie końcowy fragment dotyczący podróży pociągiem, który opowiedziany w zupełnie inny sposób mógłby okazać się całkiem nudny. Opowiedziany przez Ciebie, zmusza czytelnika i do uśmiechu, i do zastanowienia. Gratuluję talentu i szkoda tylko, że tak rzadko.

Pozdrawiam serdecznie

Jest mi naprawdę miło, Redilu, że ten nieco podliftowany, archiwalny tekst spodobał się również Tobie.
Pozdrawiam wzajemnie.

I to ja mam jakieś problemy z pisaniem? Nie dałem rady tego przeczytać, ale myślę, że polubiłbyś się ze szlachtą ;)

Masz. Zupełnie różne od zaznaczonych w tekście, ale masz. Bardzo duże. Dlatego nie dałeś rady przeczytać, do czego przyznanie się przez Ciebie tylko potwierdza istnienie wzmiankowanych problemów.
Co do tego wszystkiego ma szlachta, nie za dobrze kojarzę.
------------
Takie są uroki (nie)funkcjonalności tej strony --- jeśli się przypadkiem nie zajrzy, fakt czyjegoś odezwania się długo uchodzi uwadze.

Na prawde kiepskie, niezarównoważone coś.
Czytałem na siłe do konca, nuda zżerała mnie od środka już po paru linijkach. 

Zauważyłem, że teksty większości panujących osób na tej stronie są akurat zaczerpnięte z ich archiwum... bardzo starego. Żałosne ^^

Dziękuję za zainteresowanie się, Ardenie, moim tekstem. Za opinię, równoważącą pochwalne, też dziękuję. Jednego jednak żałuję --- tego mianowicie, że wystawił mi tę ocenę ktoś, kto jeszcze nie potrafi pisać...
Nie wiem tylko, skąd wypływa zarzut, że większość panujących(?) na tej stronie osób prezentuje teksty z archiwów. Jestem obecny na portalu od samego początku i nie zauważyłem, by miało to być zjawisko masowe. Zasugerowałeś się czymś?

Bardzo sympatyczne i dowcipne opowiadanie. Podoba mi się!

Przeczytałem z uśmiechem. Po raz pierwszy przeczytałem też komentarz RR. który nie wydziwia, ale chwali bez marudzenia.

Dziękuję. :-)

No. Ciągle bardzo mi się. Ten styl, to nazywanie konsultanta “właścicielem niemal już pustej butelki z piękną etykietą“ zamiast banalnego znajomego, kumpla, gospodarza… Ech. Szacun, Adamie. I obrzucić chrzanem brak fantastyki.

Babska logika rządzi!

Samo spełnienie Twojego życzenia przywrócenia tekstu było przyjemnością, a w połączeniu z Twoim komplementem, to już och ach… :-)

Ja też dziękuję.

Satyra trafia najczęściej w samo sedno prawdy. A prawda jest taka – pisano już o wszystkim. Pisano o wszystkim, ale nie napisano wszystkiego. Nie zawsze ważnym jest – o czym się pisze, ale często – jak się napisze. Ta prawda egzystuje jednak tylko w powszechnej świadomości. Nie jest więc prawdą obiektywną. Znajdziemy jeszcze ziemię niczyją – nietknięte, dziewicze pomysły. I takich znalezisk Ci życzę, Adamie. A jeśli nawet, załóżmy, życzenie to się nie spełni – pisz, chłopie, o czymkolwiek, bo bardzo przyjemnie Cię czytać.  

Bardzo mi miło, że znajdujesz moje teksty przyjemnymi w czytaniu.

Pisanie o czymkolwiek – tu już gorzej. Nawet źle, powiedziałbym. Przyczyna prosta, oczywista – jako tako dobrze się czuję w granicach zaledwie garści tematów, co gorsza tych jednak mniej popularnych, mniej chwytliwych. Można w obrębie tych tematów znaleźć motywy mniej, rzadziej eksploatowane, nawet, na ile wiem, prawie nie tknięte niczyimi piórami – może kiedyś…

Jeżeli więc napiszesz – ucelujesz w niszę. Czyli, używając marketingowego bełkotu, trafisz do sprofilowanego czytelnika. Świat wąsko się specjalizuje, właśnie w niszach otwierają się więc największe szanse. Chętnie przeczytam coś nieszablonowego, bez rozpoznawalnej z daleka etykiety.

Adamie, czy ten ciapąg jechał aż z Suwałk do Wrocławia? WARS jak żywy… ;-) 

 

Uśmiechałem się bez przerwy, bo ironia ciepła, złośliwość życzliwa,  obserwacja celna, interlokutorzy barwni i zaprawieni w bojach o każda gwiazdkę, tudzież ekstrakt ze skrobi… ;-) 

 

Tylko ten dylemat – całkiem poważny. Miksować wielokrotnie miksowane na nowo czy… odpuścić?

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

O, właśnie! Psycho nie odpuszcza, miksuje – i genialnie mu to wychodzi. Ja też nieśmiało próbuję…

Och, miksować to nie hańba, taki Eco też miksuje… Calkiem zrecznie… Ale dylemat zostaje.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Psycho, jednym słowem: miksować też trzeba umieć. W Twoim wykonaniu – na pewno nie hańba. A jakby sobie człowiek zaprzątał głowę wszystkimi dylematami, to miałby łeb jak sklep. 

Dziękuję Ambroziaku, twoje miksy tez są niczego sobie, ale nie personalia są wszak przedmiotem dylematu, tylko jego rozbieranie, przy naczyniu oklejonym nalepką z gwiazdkami… ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Kursował niegdyś nocny pospieszny Białystok – Ełk – Olsztyn – Toruń – Poznań – Leszno – Wrocław. A my z Michałkiem i pieskiem… Z małym bez problemu, jak dawał w kimono, to od Moniek chrapał do Rawicza, ale czworonożną trzeba było odcedzać w Olsztynie i Poznaniu.

Obu Wam miksowanie wychodzi. Czy obecność i ilość gwiazdek na etykietach pozostaje w związku z osiągniętymi efektami, nie pytam. Sekrety warsztatu to sekrety… :-)

Ożesz, długa trasa, fucktycznie, rozmowom sprzyjająca bardzo. Ale z psem w ciapągu to rzeczywiście, problem, przy tak krótkich zatrzymaniach…

 

No, sekrety sekretami, a osuszanie to sztuka, którą człowiek z wiekiem poprawia i poprawia i zawsze coś zostaje do poprawienia na koniec ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Ja też bez przerwy, a parę razy zaśmiałem się nawet w głos :-) Będzie mi kiedyś trzeba czytnąć to raz jeszcze. Nie tylko dla poprawienia sobie nastroju, ale też ponieważ gdyż albowiem kilka celnych uwag umknąć mi mogło. W każdym razie jestem pewien, że znowu będę się uśmiechał :-)

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Najbardziej o uśmiech czytelników, zwłaszcza tych, którzy sami po pióra i klawiatury sięgają, chodziło i chodzi. Znacie przecież te “bóle przedporodowe”, a nawet “przedzapłodnieniowe” – a o czym, a jak, o kim… :-)

Eee… no jasne, że znamy. Znamy, znamy ;-) Zawsze, zanim zanurzymy klawiaturę w kałamarzu, dobrze już wiemy, o czym i jak będziemy pisać. Zastanawiamy się nad tym dokładnie, robimy dogłębny risercz, potem obmyślamy postacie… O zaplanowaniu fabuły nie wspominając. No przecież nigdy po prostu ot tak sobie nie siadamy i nie piszemy byle coś napisać i opublikować w Internecie, hehehe (= wesoły, swobodny śmiech, przekonujący, żadnych podejrzeń nie budzący) ;-)

Ale jednak jestem ciekawy, czy i co jeszcze napisze poza tym debiutanckim użalaniem się nad sobą.

;-) Ach, gdybyż więcej ludzi użalało się nad sobą w tak mądry, autoironiczny, elegancki, subtelny i dowcipny sposób. Nie szukając daleko – ja bym chciał tak umieć :-)

Też jestem ciekaw, co on jeszcze napisze :-)

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

A ten sobie przeczytałam jeszcze raz. I przed oczami stanęły mi niektóre portalowe dyskusje. Np. ta o oczywistej, bezwzględnej i absolutnej wyższości SF nad fantasy. ;)

 

Ale niespodziewajka… Koleżanka ocha głęboko wsteczną sondę zapuściła…

:-) Oczywista, bezwzględna i absolutna wyższość SF nad Fantasy tyle już razy była udowodniania, że zliczyć trudno. Dyskusja rozpali się kiedyś na nowo, bo tak to jest z aporemami, że prowokują… Kto wie, może dam się przekonać do równorzędności obu podgatunków, gdy przeczytam cały cykl fantasy o pewnym oficerze? :-)

…gdy przeczytam cały cykl fantasy o pewnym oficerze? :-)

A to, Adamie, zależy od tego, jak bardzo długowieczny planujesz być. ;)

Prze-ż to weteran, co to niejednego wyrywnego już przetrwał! ;-) 

Prędzej ja zejdę z niecierpliwości ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Czytasz to, ocho? To już drugi niecierpliwy! :-)

Czytam, czytam. :) Bardzo mi oczywiście miło. I przypominam sobie opowiadanie “Gość w dom, Bóg w dom”, do którego mam słabość i ostatnio do niego wracałam. Pod tamtym tekstem była sytuacja podobna, tyle że – oczywiście w przeciwieństwie do czytających – uważałam, że tam napisałam wszystko co chciałam i zakończenie jest zamknięte. ;) 

Chyba rzeczywiście mam talent do rozpoczynania, jakiegoś tam zaciekawiania niektórych czytelników i zostawiania wszystkiego w proszku. ;(

Pozdrawiam.

Dlaczego ja tu wcześniej nie zajrzałem!?

Dawno się tak nie uśmiałem, bo te cztery miliony ton masy spoczynkowej przypomina mi dawne rozterki, jak zaczynałem przygodę z pisaniem. :)

Pozdrawiam. :)

 

Edit: Klik. :)

 

 

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Bardzo miła niespodzianka, z bonusem kliknięcia – nie myślałem, że ktoś jeszcze zanurkuje w odmęty tak głęboko.

Śmiałeś się? To bardzo dobrze, bo ja też. Myślę, że space operę wymyślił ktoś w połowie w tym celu – puścić wodze fantazji aż do rozbawiającej przesady.

I cóż tu jeszcze można dodać, kiedy tak wiele już powiedziano. Przeczytałam z przyjemnością i dołączam więc do grona czytelników usatysfakcjonowanych lekturą i żałuję, że do tego opowiadania dotarłam tak późno. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ale niespodzianka, złota gwiazdka przy tak “archiwalnym” tekście…

Bardzo mi miło, że czytałaś z przyjemnością i zakończyłaś lekturę usatysfakcjonowana.

Miło mi, Adamie, że sprawiłam Ci niespodziankę. Miłą, mam nadzieję. ;)

Ano, kiedy nie ma nowych opowiadań, zaglądam do archiwaliów.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka