- Opowiadanie: meksico - Ocalony

Ocalony

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Ocalony

Tekst powstał na szortalowy konkurs na trylogię

 

 

 

„Krzyż"

Dziad był wolnym człowiekiem i o tej wolności co chwilę przypominał mu pusty żołądek. Przekleństwa i szyderstwa, które dochodziły do jego uszu, też nie dawały mu zapomnieć, gdzie się znajduje. Nawet zabliźnione już rany po chłoście odzywały się czasem w mroźne bądź deszczowe dni. Wolność jest jak ten krzyż, pomyślał Dziad, przysiadając w cieniu rozłożystego dębu. Krzyż, wydrapany w korze drzewa, musiał przysiąść o wiele wcześniej. Dziad posiadał kiedyś imię, lecz nie znalazłby nikogo, kto mógłby go tym imieniem nazywać. Dawno już zapomniał, gdzie się urodził, ale miał przeczucie, że umrze w jednym z takich miejsc. Zapewne usiądzie pod jednym z drzew i spokojnie zaśnie, może nawet ktoś przyklęknie przy nim i zamknie mu oczy, a i krzyż, choćby najprostszy, wyryje na pniu zmordowanego drzewa.

Krzyż za plecami Dziada był prosty jak sama śmierć, zapewne zrobiony w pośpiechu. Dziad czuł się bardzo zmęczony i nawet nie miał sił, by kontynuować wędrówkę. Podobnie jak kruk, który przysiadł na jednej z gałęzi i ciekawie przyglądał się starcowi. Dziad nieraz zastanawiał się, dlaczego był tak podobny do tych ptaków. Być może łączyła ich zdolność obserwacji otoczenia, ale nie tylko.

Dziad snuł opowieści, układał historie i ożywiał dawno zapomniane legendy. Bajarz musiał mieć słuchaczy, bo tylko dzięki nim opowieść zaczynała swoją wędrówkę. Dziś, podobnie jak i za każdym razem, gdy Dziad rozpoczynał swoją opowieść, słuchała go ziemia, pamiętająca jeszcze tętent końskich kopyt. Słuchały go drzewa wyrosłe na krwi poległych w wielkiej bitwie.

Słuchał też kruk, który, mogłoby się zdawać, zasnął na poskręcanej gałęzi dębu. Jednak nic bardziej mylnego. Ptak był stary, tak stary, że pamiętał nawet ową bitwę, która rozegrała się niedaleko stąd pewnego zimnego wrześniowego poranka. Kruki usadowiły się wtedy bardzo blisko pola bitwy, rozsiadły na drzewach i zamarły na kilka długich godzin. Nie interesowały się ludzkimi sprawami, jednak tam, gdzie spotykali się ludzie w ciężkich zbrojach, zasiadający na grzbietach rumaków, a w ręku dzierżący żelazo, jedzenia było dość. To była wręcz obietnica.

Kruk wsłuchiwał się w słowa starca i coraz bardziej dawał się ponieść opowieści. Dziad mówił o krwi i bohaterstwie, o szlachetnych czynach możnych rycerzy, prawił o męstwie i przyjaźni. W historię wplatał opisy śmierci co zacniejszych panów i słowa pociechy. Wierzył bowiem, że śmierć w walce jest jak najbardziej chwalebna i że polegli mogą liczyć na nagrodę w niebie. Gdy słowa starca ucichły i wszystko zostało powiedziane, Kruk załopotał skrzydłami i zakrakał. Starzec przymknął oczy i rozpłakał się. Tylko Kruk wiedział, skąd te łzy, tylko oni pamiętali.

 

„Kruk"

Nigdy się tak nie najadł. Choć był jeszcze młody, to nieraz widywał ludzkie trupy. Lecz nigdy w takiej ilości, na dodatek przemieszane z końskimi ciałami. Kruki zleciały całymi stadami poprzedniego wieczora. Czekały. Stare osobniki nakazały pozostanie na stanowiskach do czasu, gdy będzie po wszystkim. Wymagało to ogromnych pokładów cierpliwości i kilka razy Krukowi zdarzyło się wzbić w powietrze, i stamtąd obserwować przebieg bitwy. Kusiła go krew i świeże mięso z odrąbanych kończyn, nęcił zapach śmierci. Ale wiedział, że stare kruki mają rację. Widział kilka ptaków, które nie wytrzymały i wpadły pomiędzy walczących jeszcze ludzi. Niektórym udało się znaleźć w miarę bezpieczne miejsca na posiłek, jednak były i takie, które zostały przygniecione końskim ciałem, bądź też rozprute mieczem czy toporem. Kruk nie miał zamiaru dołączyć do uczty w roli posiłku.

Gdy słońce zawędrowało na najwyższy punkt nieboskłonu, było po wszystkim. Zwycięzcy w pośpiechu szabrowali, co się tylko dało, dobijali pobitych bezlitośnie. Na rannych opadały ciężkie topory, cięły miecze i kłuły jadowite sztylety. Rąbali rycerze i rąbali giermkowie, a pomiędzy nimi przechadzali się księża z głowami uniesionymi ku Bogu, bo na dole z całą pewnością go zabrakło. Krew smakowała ludziom bardziej niż krukom. Gdy wozy obładowane rozmaitymi łupami oraz chorągwie zwycięzców znikały na horyzoncie, stado kruków wyruszyło na własną bitwę. Przy stole zasiedli już ich współtowarzysze i z pewnej wysokości zdawało się, jakby martwe ciała podrygiwały, szarpane czarnymi dziobami kruków i wron.

Kruk nie sądził, że będzie miał problem ze znalezieniem miejsca do żeru. Usiadł obok końskiego trupa z rozciętym łbem i otwartym brzuchem. Przegnał dwie małe wrony machając skrzydłami i usadowił się na strzaskanym hełmie, do którego przylepiły się kępki włosów i płat skóry zdartej z czerepu. Kruk chwilę jeszcze obserwował skrzeczących i kraczących kompanów, a potem sam zabrał się do posiłku. Gdy dziobem odrywał kawałek jelita z parującego końskiego brzucha, zauważył ruch tuż za zadem martwego wierzchowca. Głowa, która wychyliła się niecałe pół metra przed krukiem, należała do człowieka, żywego człowieka. Twarz mężczyzny pokryta była grubą warstwą zaschniętej krwi i pyłu. W ręku trzymał kawałek skruszonej kopii i z jego pomocą usiłował wstać. Zaciśnięte usta drżały delikatnie, a w rozbieganych oczach Kruk dostrzegł najzwyklejszy strach. W końcu mężczyźnie udało się podnieść i chwiejnie stojąc na nogach, zaczął maszerować w kierunku pobliskiego lasu. Po drodze deptał poćwiartowane ciała, zapadał się w wywleczonych z trupów flakach, potykał o rozłupane czaszki. Prowizoryczną laską natrafiał czasem na metalowy napierśnik, kutą tarczę, czy też na ostrogę przymocowaną do buta któregoś z rycerzy, niekoniecznie z owym rycerzem do kompletu. Kruka zaintrygował ten osobnik. Jedyny ocalały. Jedyny, który tak naprawdę czuł się nieszczęśliwy. Martwy?

Kruk nie miał czasu na zajmowanie się takimi przemyśleniami. Ochoczo zabrał się za zasłużony posiłek i dopiero gdy się najadł, doznał dziwnego uczucia. Nigdy nie słyszał głosów w swojej ptasiej głowie, nigdy. Aż tu nagle się pojawiły. Nie widział, kto mówi, lecz był pewien, że to coś starszego od kruków i ludzi, coś co było tu przed nimi i pewnie pozostanie długo po nich. Polecenie było proste, proste jak ten krzyż wyryty na starym dębie, na którym Kruk tak często przysiadał. „Znajdź tego człowieka". Kruk nie namyślając się długo, wzbił się w powietrze.

„Drzewo"

Ile to już lat minęło?, zastanawiał się Kruk, patrząc na śpiącego starca. Na pewno wiele i były to lata spędzone na poszukiwaniach. Kruk od dawna nie słyszał tajemniczego głosu, nie czuł też obecności czegoś, co go wtedy zwerbowało, jednak często przylatywał na pole bitwy. Wiedział, że człowiek którego szuka, kiedyś powróci. Czekał cierpliwie jak tego dnia, gdy miał okazję najeść się jak nigdy wcześniej, ani też później.

Dziad otworzył oczy i ich spojrzenia spotkały się. Stary Kruk i równie stary człowiek. Dziad otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale powstrzymał się. Drżącą dłonią pogładził wyżłobiony w korze drzewa krzyż.

Okaleczony dąb nie przejmował się zbytnio prostym znakiem zostawionym przez człowieka, zresztą nie za bardzo obchodziły go sprawy ludzi. Dziś jednak był świadkiem spotkania dwóch osobników, którzy cały życie spędzili na ucieczce i pogoni. Teraz odpoczywali w jego cieniu i zbierali siły do dalszej walki. Dąb tego nie rozumiał, bo od kiedy pamiętał, nie robił nic poza trwaniem. Ci dwaj należeli jednak do innego gatunku.

Starzec westchnął cicho, nie miał siły na dalszą wędrówkę. Imię, które kiedyś nosił, życie którym kiedyś żył, ciążyły mu coraz bardziej. Zawsze, gdy zatrzymywał się gdzieś na dłużej słyszał głosy. Pamiętał ten dzień, gdy to się zaczęło. Jakże pragnął zaznać spokoju i nie widzieć już tych obrazów sprzed lat. Cudem wyrwany z ramion śmierci, został skazany na powolne umieranie, na zapomnienie. Chwilową ulgę dawało mu snucie opowieści, bo o wiele łatwiej schować się w cudzym bądź zmyślonym życiu. Aż do dziś, aż do teraz. Kruk wspomnień dopadł go właśnie tutaj, a przecież ten Kruk powinien zadziobać go tamtego wrześniowego poranka.

Dziad spojrzał jeszcze raz na nieruchomego ptaka. Kruk przekręcił głowę i zrozumiał prośbę starca. Masz rację przyjacielu, pomyślał Kruk, już na nas czas, najwyższy czas. I tylko dąb widział, jak dwaj skazańcy doznają łaski skonania. Pod jego gałęziami, obok wyrytego przed laty krzyża.

 

Koniec

Komentarze

Mój drogi duetowy partnerze... jak już tam kiedyś wspominałam - TEKST PIERWSZA KLASA
Dam 5.
Przy okazji gratuluję pierwszego i drugiego miejsca:) 

Dzięki:)
miejsca to miejsca :) grunt, że komuś się podobało:)

http://tatanafroncie.wordpress.com/

Fajny pomysł, niezłe wykonanie, tylko, że - to szort. Gdyby to było opowiadanie z jakąś logiczną fabułą...

Nie, nie wiem czemu, ale nie porwało mnie. NIemal przez cały tekst czekałem, jakby połechatany czymś przyjemnym - czekałem na więcej, na emocję, co w końcu wybuchnie... ale nie wybuchła, olała mnie.

Ale poszukam emocji w innych Twoich tekstach ;-)

pzdr! 

Gwidonie dziękuję:) Bardzo cieszy mnie Twoja opinia. Szortowość była wymagana, bo takie reguły konkursu.

GregN - mam nadzieję, że choćby dla tego połechtania było warto przeczytać:)
zapraszam:) szukaj :)

pozdrawiam serdecznie:)

http://tatanafroncie.wordpress.com/

Ja nie szukam. Ja znajduję! ;-D

Przerąbane, tak przez kawał życia szukać śmierci, nie wiedząc, o co właściwie chodzi.

Mógłbyś zlikwidować zbędne odstępy?

Babska logika rządzi!

Usunięte. 

:)

http://tatanafroncie.wordpress.com/

Opowieść, choć dość monotonna, to niedługa, więc przeczytałam bez bólu.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka