- Opowiadanie: CthulhuJimi - „Jeśli nie zobaczymy się już na tym świecie, spotkamy się w następnym, nie spóźnij się”

„Jeśli nie zobaczymy się już na tym świecie, spotkamy się w następnym, nie spóźnij się”

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

„Jeśli nie zobaczymy się już na tym świecie, spotkamy się w następnym, nie spóźnij się”

Czytając biografię Jimiego Hendrixa natrafiłem na dość intrygujący fragment:

 

„W roku 1966 Hendrix przeniósł się do Nowego Jorku. Brak podstawowych środków do życia zmusił go do mieszkania w najobskurniejszych lokalach murzyńskiej dzielnicy. Nie tracąc nadziei, próbował nawiązać kontakt z grającymi w Harlemie grupami rythm'n bluesowymi. Chciał „zaczepić się" w którejkolwiek z nich na dłużej. Pragnął zaistnieć na nowojorskiej scenie muzycznej[…] Po jednym z koncertów w podrzędnym, nowojorskim klubie, tuż po występie, do Hendrixa podszedł trzydziestokilkuletni, długowłosy mężczyzna i wręczył mu zaklejoną kopertę. Na pytanie Jimiego „Co to jest?" odpowiedział tylko „Otwórz ją nie wcześniej niż przed 1970 rokiem, ale nie później niż 15 września 1970. Zrozumiałeś?" Jimi potwierdził skinieniem głowy i szybko oddalił się do swej garderoby."

Odłożyłem książkę. Nie byłem w stanie czytać dalej. Z każdą chwilą coraz bardziej narastało we mnie uczucie podniecenia wywołane tą jedną, jedyną informacją! A jednak udało się! Jednak w końcu skonstruuję wehikuł czasu! Pytanie tylko kiedy? Skoro mężczyzna miał około 30 lat, to myślę, że projekt jest na ukończeniu. Tyle lat, tyle lat i wreszcie doczekam się!

W jednej chwili wszystkie myśli skupiły się wokół hasła „Wehikuł czasu". Myślę, że wystarczy wprowadzić zaledwie kilka zmian w układzie sekwencyjnego zaginania paraboli czasu. Prawdopodobnie wystarczy „ścieśnić" moment „przejścia". Być może dokładniej skoordynować działania na linii czasu i przestrzeni – induktor chronometryczny jeszcze nie pracuje tak jak należy. Trzeba jak najszybciej wprowadzić poprawki. Nie mam już za dużo czasu na grzebanie w niekończących się wydrukach danych, w końcu trzeba przejść do fazy testów i … No właśnie, przygotować treść listu. Nawet jeśli wszystko zadziała poprawnie, na tym etapie prac z maszyną czasu nie będę mógł ryzykować. Nie mogę zostać tam za długo, być może nie będę mógł nawet wysłuchać całego występu. Potrzebuję tylko tyle czasu, żeby wręczyć mu list. Może kiedyś dalsze eksperymenty z czasem pozwolą mi przenieść się na dłużej, ale kto wie, może nie będę już miał drugi raz takiej okazji. Biografia wyraźnie mówi – zaklejona koperta.

***

„O co chodziło temu facetowi w holu? Co to za list? Umowa to chyba nie jest – przecież wyraźnie powiedział, żebym nie otwierał przed 1970. Cztery lata! Przecież to szmat czasu. Ciekawie gdzie będę się podziewał za te kilka lat? To chyba jakaś jedna wielka bzdura! Jakiś głupi kawał. Może w środku jest jakaś gotówka? E, kto przy zdrowych zmysłach wręczałby mi, drugorzędnemu gitarzyście, jakąś forsę. Przecież wszyscy wiedzą kto tu gra pierwsze skrzypce. Nie, to na pewno nie jest forsa. W takim razie co? Nawet na kopercie napisał, żeby wcześniej nie otwierać, ale dlaczego nie później niż 15 września? Ale numer! Sam nie wiem. Może był to jakiś wariat? Tak, z pewnością wariat, świat pęka w szwach od ludzi takich jak on… Może jednak przejrzeć tę wątpliwą zawartość? Nie, jednak poczekam…" – Jimi otworzył drzwi i wybiegł do holu, w którym jeszcze przed chwilą miało miejsce to przedziwne spotkanie. Rozejrzał się, lecz nie zauważył już długowłosego typa. W miejscu gdzie rozmawiali zauważył unoszące się jeszcze drobinki kurzu. Spytał kilku przypadkowych ludzi, ale żaden z nich nie zwrócił uwagi na opisaną przez niego osobę.

„No trudno" pomyślał i wrócił do garderoby. Po chwili wahania schował kopertę do skrytki w gitarowym futerale, zabrał swoje rzeczy i wyszedł.

***

Wrzesień 2010 roku – zaplecze niewielkiego warsztatu.

Jeszcze tylko zsynchronizuję aparaturę z przyrządami sterowniczymi i to będzie to! – powiedziałem sam do siebie i odszedłem w stronę komputera aby poprawić współrzędne w programie sterującym. Mam nadzieję, że zadziała. Przycisnąłem klawisz „Enter". Monitor wyświetlił ciąg komunikatów. Program diagnozujący nie wykrył błędów – teoretycznie wehikuł powinien działać! Wszystko przebiegało zgodnie z planem. Teraz już tylko wystarczy wygodnie usiąść w „fotelu", podpiąć w odpowiednie miejsca czujniki, zsynchronizować program z częstotliwością fal mózgowych i…mogę ruszać w przeszłość!…A, i przede wszystkim koperta! Nie mogę o niej zapomnieć!

Gdyby w tym czasie ktoś przypadkiem przechodził obok niewielkiego, zapuszczonego warsztatu, usłyszałby dziwny, narastający świst i ujrzałby jaskrawą poświatę wylewającą się spod niedokładnie zaciągniętych rolet. Na szczęście jedynym mimowolnym obserwatorem całego zdarzenia był kot dachowiec, który spłoszony dziwnym dźwiękiem, w okamgnieniu ukrył się w stercie śmieci nagromadzonych na niewielkim dziedzińcu za warsztatem.

W niknącej poświacie, całe mnóstwo drobinek kurzu, spokojnie opadało na pozostawione na zapleczu sprzęty.

***

Jaskrawe światła, paraliżujący ból głowy, chwilowe uczucie przyduszenia i … nagle mgła okrywająca moją świadomość zaczęła się stopniowo rozwiewać. Powoli rozejrzałem się po pomieszczeniu, w którym się znalazłem. Ubikacja – bo właśnie w to miejsce przerzucił mnie wehikuł – była żywcem wyjęta z epoki szalonych lat 60-tych. Poprawka – to była najprawdziwsza ubikacja w nowojorskim budynku, a nagłówek porzuconej w rogu gazety „New York Times" ostatecznie otrzeźwił mnie datą 19 IV 1966!

Spojrzałem na zegarek. „Jeśli nie został uszkodzony w trakcie podróży to mam dokładnie 24 minuty i 43 sekundy do powrotnego skoku" – pomyślałem i szybko ułożyłem w głowie plan działania. Podszedłem do lustra – nie prezentowałem się zbyt ciekawie. Podróż w czasie odcisnęła piętno zmęczenia na mej twarzy. I te podkrążone oczy…Trudno.

Wybiegłem z ubikacji, potrącając w drzwiach typa w białym garniturze. Rozejrzałem się po sali. Zaledwie kilkanaście osób oglądało popisy grającego właśnie zespołu. Parę postaci siedziało przy barze. Najwyraźniej byli bardziej zajęci rozmową i sączeniem kolorowych płynów z długich kieliszków niż wsłuchiwaniem się w ten tak dobrze mi znany styl gry na gitarze. Poprzez opary nikotynowego dymu dostrzegłem go. Stał z tyłu, po prawej ręce wokalisty. Trzymał gitarę na „lewą" stronę i bujał się na swych chudych, długich nogach w rytm riffów wypływających spod jego palców. Miałem przed oczami prawdziwego Jimiego Hendrixa!

Zapatrzony i zasłuchany nawet nie spostrzegłem, że utwór dobiegł końca. Z muzycznego oszołomienia wytrąciły mnie leniwe oklaski skromnej publiczności. Muzycy ukłonili się i powolnym krokiem zeszli ze sceny kierując się w stronę swoich garderób. Starając się nie rzucać za bardzo w oczy, przemknąłem koło ściany kierując się na prawo w stronę pomieszczeń dla muzyków. Nerwowo sięgnąłem do kieszeni w spodniach i wyjąłem trochę pogniecioną kopertę. W tym momencie ujrzałem go ja przechodził – był ostatni, reszta zespołu zdążyła już schować się w swoich ciasnych „samotniach". Podszedłem do niego. W głowie szybko ułożyłem sobie „gadkę".

„Hej, Hendrix" – z lekką tremą w głosie zawołałem. Obrócił się, zmierzył mnie wzrokiem i nieśmiało zapytał, czy my się znamy. „I tak i nie" – odpowiedziałem. „To znaczy, Ty mnie nie znasz, za to ja znam cię bardzo dobrze… Nawet nie wiesz jak bardzo…" – końcówkę zdania wymówiłem prawie szeptem tak, że chyba nawet jej nie usłyszał. Spojrzał na mnie lekko zdziwiony – pewnie w tej chwili pomyślał o mnie w kategorii wariata. Cóż, trudno… „Nieważne…" – odpowiedziałem, „To jak i czy w ogóle się znamy nie ma teraz znaczenia. Mam mało czasu więc przejdźmy do rzeczy. Masz tu kopertę, ale na razie nie otwieraj jej…. pewne informacje w niej zawarte mogłyby wywołać niemały mętlik w twojej głowie. Natomiast obiecaj mi, że otworzysz ją nie wcześniej niż przed 1970 rokiem, ale nie później niż 15 września 1970. Zrozumiałeś?". Popatrzył na mnie. W tym momencie byłem już prawie pewny, że myśli o mnie w kategoriach totalnego szaleńca. Z nutką niepewności w głosie odpowiedział – „ …Dobra… Niech będzie… Czyli mam się trzymać dat zapisanych na kopercie? Nie mogę teraz otworzyć? Tak?". Kiwnąłem potakująco głową. Widziałem, że trudno przychodzi mu odnalezienie się w zaistniałej sytuacji. „Wiesz, muszę lecieć, zaraz mam kolejną próbę… Nie mogę się spóźnić… Szef znowu wstrzyma mi gażę… A wiesz jak ciężko z kasą, nie?" „Wiem" – odpowiedziałem – „Trzymaj się Jimi i… Pamiętaj o datach…"

Jeszcze przez chwilę przyglądałem się jak wolnym krokiem, stąpając niczym żuraw, odchodził w stronę zacienionej garderoby. Gdy zatrzasnęły się za nim drzwi, kątem oka spojrzałem na zegarek. Miałem jeszcze niecałe 2 minuty do powrotnego skoku. Spokojnym krokiem udałem się w stronę ubikacji. Siadłem w miejscu, w którym jeszcze 20 minut temu powoli wracała mi świadomość. W spokoju oczekiwałem chwili, kiedy nastąpi skok. Zaszumiało w głowie… Oślepiający błysk pozbawił mnie świadomości.

***

Ocknąłem się w znajomym „fotelu". Miejsce świetlistych barw w mojej świadomości zaczęły zastępować zwyczajne obrazy dobrze znanego mi wnętrza, zatrzymane na jeszcze troszkę zmąconej „podróżą" siatkówce oka. I ta pierwsza myśl! Chyba udało się… Na pewno się udało! Dla pewności włożyłem rękę do kieszeni. Była pusta, ani śladu po seledynowej kopercie. Rozejrzałem się już ostrzejszym wzrokiem po zapleczu. Na stole też jej nie było. Spojrzałem na zegarek – tak jak myślałem, minęło niecałe pół godziny od momentu kiedy uruchomiłem aparaturę czasu. Wstałem z fotela. Błędnik jeszcze przez chwile dawał znać, że doświadczenia ostatnich dwóch kwadransów to dla niego aż nadto (jak na jeden raz) . Oparłem się o blat stołu. Jednym gestem strzepnąłem z ubrania drobinki kurzu. Ciągle nie potrafiłem uwierzyć w fakt, że „misja" się powiodła. Wypiłem szklankę chłodnej wody. Zmęczenie dawało się we znaki. Usiadłem z powrotem na fotelu. W jednej chwili sen wypchnął świadomość. Zasnąłem

***

1 Stycznia 1970 roku. Garderoba w słynnym audytorium Fillmore East

Właśnie przed chwilą zakończył się noworoczny koncert zespołu „Band of Gypsys". Tym razem Jimi grał pierwsze skrzypce. Drzwi otwarły się z łoskotem. Na korytarzu słychać było jeszcze strzępy rozmów pozostałych członków zespołu. Przez ściany przesączał się krzyk uwielbienia rozentuzjazmowanego tłumu słuchaczy. Jimi wszedł do pomieszczenia, odstawił gitarę na stojak i prawie bezwładnie osunął się na fotel. Był skrajnie wyczerpany. Ten podwójny koncert wyssał z niego resztki sił. W głowie kłębiły się jeszcze niewybrzmiałe do końca dźwięki. Niedokończone „solówki" wypełniały całą jego świadomość. Nagle zmęczony umysł został postawiony w stan gotowości jedną myślą. „Koperta!". Świadomość została nagle rozświetlona pulsującym, czerwonym światłem. Jimi poderwał się na równe nogi. Szybko skojarzył daty. „Przecież właśnie rozpoczął się rok 1970" – pomyślał, „Wreszcie mogę otworzyć kopertę!". W jednej chwili znalazł się przy gitarowym futerale. Sprawnym gestem otworzył schowek i wydobył z niego lekko wyblakłą, pogniecioną kopertę. Dla pewności sprawdził zapisane na niej daty. Wszystko się zgadzało. Niechlujnie rozerwał zaklejony bok koperty. Chciał jak najszybciej poznać sekret, na który cierpliwie czekał przez ostatnie cztery lata. Z rozprutej koperty delikatnie wyjął list. Drżącymi ze zdenerwowania długimi palcami powoli rozłożył kartki. Jego oczy pognały kłusem przez kolejne linijki tekstu. Momentalnie zbladł. Nie odrywając oczu od zapisanych stron, chwiejnym krokiem podszedł do fotela. Ciężar listu wgniótł go wręcz w siedzisko. Przymknął oczy, drżącą lewą ręką wciąż trzymał rozłożoną kartkę papieru, prawą otarł czoło – było mokre od lodowatego potu. Otworzył oczy. Przeczytał list jeszcze raz, i jeszcze jeden raz na wyrywki. „To niemożliwe, to jakiś chory sen, może halucynacja? Nie mogę, nie, nie potrafię tego zrozumieć. Kim był ten facet cztery lata temu? Skąd się tam wtedy wziął? Fakt, był nietypowo ubrany i ten jego dziwny akcent… ale treść tego listu!… Muszę odpocząć… to wszystko chyba jednak tylko mi się śni…"

***

„Co się z tobą dzieje?" zawołał Billy. „Zbierz się do kupy! Za chwilę wchodzimy na scenę. Publiczność czeka! Coś się stało? Może powiesz mi o co chodzi?"

„Nic mi nie jest…" – odpowiedział Jimi i głęboko westchnął. „Zaraz będę gotowy. Daj mi jeszcze minutkę Bill". Billy dostrzegł, że Hendrix szybkim ruchem schował do kieszeni pomięty kawałek papieru. Poczuł się niezręcznie, od dłuższego czasu podejrzewał, że coś przed nim ukrywa. „To czekamy, ale nie przesadzaj z tą „minutką"" zażartował i zamknął za sobą drzwi. Był wieczór 30 sierpnia 1970 roku. Półmilionowy tłum zgromadzony na festiwalu oczekiwał na wirtuozerskie popisy Hendrixa. Cała wyspa Wight chłonęła echo wrzasków spragnionych gitarowego grania gardeł. Wreszcie pojawił się. Wyszedł zza muru gitarowych kolumn Marshalla, przywitał rozgorączkowaną publiczność, dał znak zespołowi. Maszyna dźwięków powoli zaczynała się rozpędzać. Pozornie wszystko działało jak należy, ale… Jimi nie był sobą. Widać było, że jest nieobecny duchem. Być może właśnie uciekał w myślach gdzieś bardzo daleko… Tam gdzie ulatywały dźwięki spod jego palców. Nie, tam też go nie było. Jego myśli próbowały sforsować mur postawiony kilka miesięcy temu – mur zapisanych odręcznie słów na skrawku kratkowanego papieru. Kolejna pomylona solówka, palce gdzieś zbłądziły, myśli cisną się na pierwszy plan, rozrywają kolejną melodię… I nareszcie koniec. Wiwaty, bisy, szybko, byle tylko zejść już ze sceny…

Kiedy schodzili po występie do prowizorycznie przygotowanych pomieszczeń Billy nie wytrzymał i spytał „Co się z tobą działo?! Nigdy się tak nie myliłeś, Jimi co jest?! Przecież komu jak komu, ale mi chyba możesz powiedzieć?! Prawda?…" W głosie Billa słuchać było zarówno wyrzuty jak i troskę o starego kompana. Jimi już szykował odpowiedź, kiedy nagle, nie wiadomo skąd, pojawił się kolejny namolny reporter i zasypał Hendriksa gradem nieistotnych pytań. Na jedno z nich Jimi odpowiedział zbywając pismaka „Już od dawna jestem martwy…" po czym spojrzał na Billa. Pomimo panującego półmroku w oczach starego kumpla dostrzegł przerażenie.

***

Słoneczny wrześniowy dzień powoli dobiegał końca. Jimi zrezygnowany rzucił gitarę na kanapę i wyszedł na balkon złapać ostatnie promienie jesiennego, londyńskiego słońca. Zgiełk ulicy jeszcze bardziej wytrącił go z równowagi. Z głębi mieszkania dobiegał dźwięk niestrudzenie dzwoniącego telefonu. Nagle ucichł, miejsce jego dźwięku zastąpił przyciszony lecz oficjalny głos Moniki. Nie minęła minuta gdy przyszła do niego. Szeptem, jakby nie chciała mu przeszkadzać, powiedziała „Buster, pamiętasz, że dziś jest 17-ty ? Byłeś umówiony… Dzwonią i pytają… Co mam odpowiadać… Już dłużej tego nie wytrzymam, nie jestem twoją sekretarką!". „Nie ma mnie dla nikogo. Powiedz, że nie umiem już grać, albo, że mi się już nie chce grać, że potrzebuję czasu, przestrzeni, powietrza… zresztą powiedz cokolwiek…" – odpowiedział wyraźnie zmęczonym głosem. „Ale tak nie można, Jim, podpisałeś umowy, zobowiązania… ich adwokaci obedrą nas ze skóry!" lamentowała Monika, coraz bardziej tracąc panowanie nad sobą. „Adwokaci… Menadżer… jestem im potrzebny bo dzięki mnie pławią się w luksusach… hieny…" uśmiech pełen goryczy na moment zmienił jego twarz w przerażającą maskę. „Już wkrótce okaże się ile są warci beze mnie!"– powiedział do siebie. „Nie gadaj głupot, Jimi! Gwiazdor się znalazł. Weź się w garść, cały świat czeka na ciebie, na twoje występy, na nową pły…" „Ty też daj mi spokój" przerwał jej w środku zdania „Chcę być przez chwilę sam!" Monika spojrzała na niego z wyrzutem, w jej oczach wzbierały łzy. Wybiegła z pokoju. Nastała cisza, na moment zakłócił ją jedynie trzask zamykanych z impetem drzwi. Jimi wrócił do pokoju. Rzucił się na kanapę. Sięgnął do kieszeni. Wyjął pomiętą kartkę. Po raz kolejny zagłębił się w tak dobrze już znany mu tekst… Znany, a zarazem tak nierozumiany. „To niemożliwe… A jeżeli to wszystko prawda to jutrzejszy poranek… Nie, może w ogóle nie powinienem o tym myśleć, w ogóle nie przejmować się tą bazgraniną jakiegoś szaleńca! Ale inne rzeczy się zgadzają… Mam już tego wszystkiego dość!" pomyślał i poderwał się z miejsca, podbiegł do lustra, spojrzał w odbicie, po czym, chcąc rozładować nagromadzone emocje, chwycił ze stołu kryształową popielniczkę, zamachnął się i… drobiny potłuczonego szkła rozsypały się po podłodze i pobliskich meblach. Spojrzał jeszcze raz na swoje zdeformowane w ułomkach lustrzanej tafli odbicie. Po policzku spływała mu łza. Ociężałym krokiem podszedł do stojącego obok krzesła. Ciszę zakłócał chrzęst deptanych okruchów lustra. Usiadł i zatopił w dłoniach swoją twarz. Pokój wypełniła rozpacz.

***

„Nie mogę zasnąć! Nie mogę zasnąć!" powtarzał w myślach cały czas. Siedział w fotelu, nerwowo przeglądając kolorowe pisma. Parokrotnie brał do rąk gitarę lecz po kilku chwilach odstawiał ją w kąt. Z sypialni wyszła Monika. Cichutko przemknęła do kuchni, po czym po chwili wróciła ze szklanką wody. „Wypij, to cię uspokoi. Jesteś strzępem nerwów"– powiedziała podając mu szklankę. Błądząc gdzieś myślami, obojętnym gestem wziął z jej rąk naczynie i bezmyślnie wypił. Po kilku chwilach głowa sama zaczęła opadać mu na piersi. Coraz cięższe powieki poklatkowo przepuszczały obrazy zamazującej się rzeczywistości. Czuł jak Monika podnosi go i prowadzi do łózka. „Co robisz?" wybełkotał, „Co to było?" – język stawał się coraz bardziej bezwładny. Ostatkiem świadomych zmysłów zarejestrował słowa Moniki „Musisz się wyspać. Sen dobrze ci zrobi.". „Ale ja nie mogę zas…" próbował wyszeptać, lecz sen pochłonął jego ostanie słowo.

***

Kiedy o godzinie 11.00 pielęgniarze wynieśli na noszach bezwładne ciało Hendrixa, po opuszczonym mieszkaniu jeszcze przez jakiś czas przechadzał się londyński policjant. Coś skrzętnie notował, podnosił z podłogi nawet najdrobniejsze przedmioty. Będąc w łazience schował do szczelnego plastikowego worka pojemnik silnych środków nasennych. Szczególnie jednak zainteresował go niewielki pokój z balkonem. Wszedł do niego, ostrożnie przemknął po odłamkach lustra. Rozejrzał się po szklanym „pogorzelisku". Nagle jego uwagę przykuła pognieciona kartka papieru. Ostrożnie ją podniósł. Obejrzał ze wszystkich stron. Najwyraźniej coś go w niej zaintrygowało. Jedną ręką chwycił stojące obok krzesło i przeniósł je w stronę balkonowego okna. Z kieszeni w swojej służbowej marynarce wyjął okulary, wygodnie usiadł i rozpoczął lekturę listu. W pierwszej chwili myślał, że znalazł „list samobójcy", jednak po chwili zrozumiał, że był to dużo bardziej zagadkowy „zmęczony"skrawek papieru. Jego oczy uważnie zaczęły pochłaniać treść niestarannie napisanego listu.

„ Hej Jimi!

Kiedy czytasz te słowa, a mam nadzieję, że dotrzymałeś terminu, to jest rok 1970. Biorąc pod uwagę, że jesteś, jak to mówią w moich stronach, „w gorącej wodzie kąpany" to zapewne jesteś świeżo po występie w „Fillmore East". Prawda?

Mam nadzieję, że w tym momencie zaczynasz się już mocno zastanawiać, czy to aby nie jakiś głupi żart. Otóż oświadczam Ci, że nie, nie jest to żaden żart. Jestem szczery i poważny jak nigdy dotąd. Teraz, jeśli rzeczywiście otwarłeś kopertę w określonym przeze mnie terminie podam Ci, dla potwierdzenia wiarygodności moich słów, kilka tytułów:

„Are you experienced?"

Purple Haze

Wind Cries Mary

Hey Joe

Red House

 

„Axis: Bold As Love"

Little Wing

One Rainy Wish

If 6 was 9

Spanish Castle Magic

 

„Electric Ladyland"

Voodoo Child

Crosstown traffic

Gypsy Eyes

Long Hot Summer Night

 

Jeśli otwarłbyś tą kopertę zaraz po naszym spotkaniu, te tytuły nic by Ci nie mówiły. Natomiast jeśli jest rzeczywiście rok 1970 to przyznam, że wiele bym dał aby ujrzeć twoją minę właśnie w tej chwili. Pamiętasz, kopertę wręczyłem Ci w 1966 roku!

Jeśli już otrząsnąłeś się z pierwszego szoku, chciałbym Ci tylko wyjaśnić, że nie piszę tego wszystkiego tylko po to, żeby wpędzić Cię w stan jakiejś paranoi. Celem tego listu nie jest straszenie ale raczej ostrzeżenie Cię. Informacje w nim zawarte mają za zadanie zmienić bieg historii całej przyszłej muzyki.

Ale do rzeczy.

Mam nadzieję, że uświadomiłem Ci, jaką dysponuję wiedzą na temat Twojej osoby. Powiem nawet, że z twojego punktu widzenia wygląda to tak, jakbym znał wszystko to, co dopiero się zdarzy… I może lepiej będzie jeśli tak właśnie będziesz myślał.

W porządku, aby rozwiać resztki niepewności, Powiem tylko, że w tym roku wystąpisz na kolejnym wielkim festiwalu – tym razem na angielskiej wyspie. Wybacz, że bawię się w Nostradamusa, ale uwierz mi, nie często człowiek ma możliwość szokować innych informacjami wyprzedzającymi „teraźniejszość".

Pierwsza rzecz – uwolnij się raz na zawsze od Devon Wilson, zakończ z nią tą wątpliwą znajomość. Ta kobieta to demon! Ma na Ciebie zgubny wpływ! Zresztą sam dobrze o tym wiesz…

Druga rzecz – uważaj na Michaela Jeffreya – facet nie jest wobec Ciebie uczciwy. On kocha tylko pieniądze, góry pieniędzy. Ty w jego oczach jesteś tylko kurą znoszącą złote jajka.

I teraz najważniejsza informacja! Zapamiętaj tą datę – noc z 17 na 18 września 1970 roku. Zaplanuj ją tak, żeby mieć pewność, że tej nocy nie zaśniesz! Zrozumiałeś? NIE MOŻESZ ZASNĄĆ! Aż do godziny 15.00 dnia następnego – to jest 18 września. Zrób wszystko co w Twojej mocy, żeby tej nocy nie przespać. Nie wiem, zapewnij sobie jakieś doborowe towarzystwo, zagraj jakiś nocny koncert, zrób cokolwiek, ale nie zaśnij!

Jeśli zastanawiasz się dlaczego to takie ważne to powiem Ci tylko tyle, że tego dnia, a właściwie tego poranka musisz przechytrzyć własną Śmierć!

Uff! To tyle. Zdaję sobie sprawę z tego, że cały ten list może robić wrażenie jakiegoś kompletnego szaleństwa. Ale wiedz, że tak nie jest. Uwierz mi, zaryzykowałem bardzo wiele, poświęciłem olbrzymią ilość czasu (tracąc kilkakrotnie nadzieję na powodzenie tego całego przedsięwzięcia) żeby móc przekazać Ci te informacje. Nie zawiedź mnie i tysięcy twoich przyszłych fanów.

 

Twój Przyjaciel z Przyszłości

 

P.S. Ten twój „Machine Gun" to absolutna poezja gitarowego grania! Tak trzymaj!"

 

Kiedy skończył czytać, złożył ostrożnie list, lekko wygładził go o powierzchnię uda, a następnie schował do szczelnej, plastikowej koperty. Potem zdjął okulary, spokojnym ruchem wsunął je do kieszeni marynarki. Westchnął głęboko, z niedowierzaniem potrząsnął głową, a następnie wygodnie oparł się o oparcie krzesła. Pozostał w tej pozie nieruchomo jeszcze przez kilka minut. Prawdopodobnie próbował ułożyć w głowie jakiś logiczny (sensowny) obraz zaistniałej sytuacji. W pokoju panowała martwa cisza, którą co chwilę mącił gwar ulicy przenikający przez nieszczelne balkonowe okno.

***

Przewróciłem ostatnią stronę książki. Z niedowierzaniem przewertowałem ją jeszcze raz od tyłu. Moje spojrzenie prześliznęło się po kilku zdjęciach, które w tempie filmowych klatek mignęły wewnątrz książki. Jimi na jednym z koncertów, Jimi ze swoim ojcem, Jimi w limuzynie, Jimi w wojskowych koszarach, mały Jimi na kolanach matki… Westchnąłem. Odłożyłem biografię na biurko. „A jednak nie udało mi się zmienić przeszłości" – pomyślałem rozżalony. Wstałem z fotela i nerwowo zacząłem przechadzać się po niewielkim pokoju. „Coś poszło nie tak! Może list był za mało precyzyjny? Może jednak otwarł go od razu a potem o wszystkim zapomniał? Wiem! Powinienem pojawić się w innym momencie. Nie mogę zostawić mu aż tyle czasu na domysły. Muszę się pojawić najwcześniej dzień przed śmiercią! Choć fizycznie nie mogę jej zapobiec, to muszę tak wszystko zaplanować, żeby jednak zmienić bieg wydarzeń!" Spojrzałem na zegarek. Było kilkanaście minut po dwudziestej drugiej. Nie zastanawiając się długo zarzuciłem na siebie kurtkę i wybiegłem z domu. Mieszkałem na jednym z wielu „pudełkowych" osiedli – wszystkie bloki wyglądały jak cięte od jednej sztancy – każdy „autsajder" gubił się natychmiast w tym betonowym labiryncie. Warsztat z samoróbką wehikułu znajdował się w innej dzielnicy. Dzielił mnie od niego dystans piętnastu minut jazdy samochodem. Trzasnęły drzwi, zazgrzytała klamra pasu bezpieczeństwa, zacharczał rozrusznik, mdły obłok spalin rozproszył się momentalnie w mroku. Jazda przez opustoszałą miejską sypialnię zajęła znacznie mniej czasu niż planowałem. Zaparkowałem na zaśmieconym dziedzińcu i tylnym wejściem wszedłem na zaplecze małego, obskurnego warsztatu. Zarówno maszyna jak i inne sprzęty pokrywała zauważalna już warstwa kurzu. Zdziwił mnie ten fakt – przecież maszyny użyłem zaledwie przedwczoraj. Nie zastanawiając się nad tym długo, wziąłem do ręki pierwszą z brzegu ścierkę, zmoczyłem ją i dokładnie przetarłem wszystkie sprzęty. Włączyłem zasilanie, zielona dioda oznajmiła gotowość urządzenia. Uruchomiłem komputer, odczekałem chwilkę, a następnie uruchomiłem program nadzorujący działanie wehikułu. Dla pewności jeszcze raz przetestowałem działanie urządzenia programem diagnozującym – i tym razem nie wykazał żadnych usterek. W odpowiednie okno wpisałem wszystkie koordynaty kolejnego „skoku". Tym razem pozwoliłem sobie na znaczne wydłużenie „kieszeni" czasu – poprzednie dwadzieścia pięć minut zamieniłem na półtoragodzinny odcinek . O wyborze właściwej daty i docelowego miejsca zadecydowałem już podczas jazdy samochodem. Wygodnie usadowiłem się w „fotelu". Precyzyjnie rozmieściłem na ciele wszystkie czujniki. Odprężyłem się. Zdecydowanym gestem uderzyłem w klawisz „Enter". Wir zaginanego czasu wchłonął mą świadomość w ułamku sekundy. Chwilę potem tylko cisza i wzburzone drobinki kurzu wypełniły puste zaplecze warsztatu.

***

Słoneczny wrześniowy dzień powoli dobiegał końca. Jimi zrezygnowany rzucił gitarę na kanapę i wyszedł na balkon złapać ostatnie promienie jesiennego, londyńskiego słońca. Zgiełk ulicy jeszcze bardziej wytrącił go z równowagi. Z głębi mieszkania dobiegał dźwięk niestrudzenie dzwoniącego telefonu. Nagle ucichł, miejsce jego dźwięku zastąpił przyciszony lecz oficjalny głos Moniki. Nie minęła minuta gdy przyszła do niego. Szeptem, jakby nie chciała mu przeszkadzać, powiedziała

„Buster, dziwna rzecz, właśnie odebrałam telefon i… Byłam przekonana, że znowu dzwoni Jeffrey i że znowu wyleje na mnie potok klątw i gróźb, a tymczasem… Dzwonił jakiś dziwny facet… nie przedstawił się z imienia, ale powiedział, że poznaliście się w jednym z nowojorskich klubów. Od razu też stwierdził, że nie jest nasłanym żadnym adwokatem czy detektywem od nowojorskich hien. Podobno dał Ci wtedy jakąś kopertę…

Na dźwięk słowa „koperta" Jimi momentalnie odwrócił się i spojrzał przestraszonej Monice prosto w oczy. „Czy na pewno powiedział, że wręczył mi w nowojorskim klubie kopertę?" – jego twarz przybrała kształt paranoicznej, odrażającej maski. „Tak…" – odpowiedziała jeszcze ciszej. „Gdzie on jest?" – krzyknął „W Londynie, w Nowym Jorku, gdzie?". „Czeka na dole… w holu…" – odpowiedziała. Chciał jeszcze coś dodać, lecz jego już nie było. Usłyszała tylko łomot zatrzaskiwanych drzwi wejściowych i tonący w studni klatki schodowej odgłos zbiegającego.

***

Ból głowy rozsadzał mi czaszkę. Zebranie myśli utrudniały przelewające się kolorowe plamy pod powiekami. Strumień paraliżującego światła i rytmiczny huk pozbawiły mnie ponownie przytomności. Gdy ją odzyskałem, siedziałem na jednej z peronowych ławek londyńskiego metra. Jakiś facet spytał mnie czy już wszystko w porządku. Potaknąłem skinięciem głowy i podziękowałem za opiekę. „Mam problemy z nadciśnieniem…" powiedziałem, widząc że podejrzliwie na mnie spogląda. „Tak, tak… wy hippisi wszyscy macie problemy z nadciśnieniem" odpowiedział nie ukrywając ironii w głosie. Zignorowałem go, miałem przecież jasno określony cel wyprawy. Otrzepałem przykurzony ubiór i udałem się w stronę wyjścia. Kiedy wyszedłem z mrocznej stacji moje oczy na moment oślepił słabnący blask zachodzącego londyńskiego słońca. Jednym długim spojrzeniem omiotłem fragment panoramy legendarnego miasta. Niedaleko wyjścia zauważyłem czerwoną tablicę informacyjną z mapami metra i planem miasta. Podszedłem do niej. Na mapie odszukałem pomarańczową kropkę z napisem „You are here". Po krótkiej analizie siatki ulic odetchnąłem z ulgą. Wehikuł działał perfekcyjnie! Według mapy znajdowałem się w odległości dwóch przecznic od hotelu „Samarkand". Byłem prawie na miejscu! Aby nie tracić bezcennego czasu, od razu pognałem w stronę hotelu. W drzwiach wejściowych powitał mnie flegmatyczny odźwierny. Wolno otworzył drzwi i delikatnym ruchem ręki zaprosił do środka. Pewnym krokiem wszedłem do kameralnego, skromnego w wystroju ale przytulnego pomieszczenia. Naprzeciwko wejścia znajdowała się niewielka recepcja. Podszedłem do niej i uderzyłem w mosiężny dzwoneczek. Delikatny dźwięk wywabił z bocznego pomieszczenia nienagannie ubranego mężczyznę. Ten od razu grzecznie powitał mnie i zapytał czym mógłby służyć. Słowa, które wypowiedział, miały tak nieskazitelnie angielski akcent, że ostatecznie przyjąłem do wiadomości fakt, że jestem w Londynie na początku lat 70-tych. Przedstawiłem się i poprosiłem o połączenie mnie z pokojem o numerze 507. Recepcjonista podniósł słuchawkę, następnie wykręcił odpowiedni numer na cyferblacie telefonu i zapadł w trans oczekiwania. Po dłuższej chwili ktoś z drugiej strony jednak raczył podnieść słuchawkę. Recepcjonista przywitał się z rozmówcą, a następnie przekazał mi słuchawkę. Kiedy odbierałem słuchawkę z jego ręki poczułem jak momentalnie paraliżuje mnie jakiś niepojęty lęk. Przyłożyłem słuchawkę do ucha. Usłyszałem oficjalny głos jakiejś kobiety. „Pewnie Monika" pomyślałem. „Hallo? Słucham?"– powtarzała do telefonu. Pokonałem w sobie obezwładniającą tremę i nienaturalnie brzmiącym głosem, jednym ciągiem na bezdechu odpowiedziałem – „Witam, jestem starym znajomym Jimiego. Znajomym jeszcze z czasów, kiedy grywał w nowojorskich klubach. Proszę się nie obawiać, nie jestem żadną nowojorską hieną. Jeśli jest w swoim pokoju… a wiem, że jest… to proszę mu przekazać, że czekam na niego tu, na dole w hotelowym holu, i że to ja wręczyłem mu cztery lata temu seledynową kopertę właśnie w jednym z tych klubów. Proszę mu przekazać, że to bardzo pilne…" Słuchawkę wypełniała cisza. Już myślałem, że Monika odłożyła ją w trakcie mojego monologu, lecz po chwili usłyszałem – „Może wejdziesz do nas na górę?" Błyskawicznie odpowiedziałem – „Nie, wolałbym żeby Buster zszedł jednak na dól… To bardzo ważne…". „Dobrze, powiem mu żeby zszedł. Na razie" – usłyszałem, a zaraz potem trzeszczący odgłos na linii uświadomił mi, że słuchawka spoczęła bezwładnie na widełkach. Nie minęła nawet minuta gdy doleciał do mych uszu huk gdzieś wysoko w górze zatrzaskiwanych drzwi i stopniowo wzmagający się odgłos butów rytmicznie uderzających o drewniane stopnie schodów. Spojrzałem w stronę klatki schodowej. Przeskakując po kilka schodów naraz, w rozwianej kolorowej koszuli, ze zmierzwionymi włosami wypadł na środek holu Jimi Hendrix. Jego twarz na przemian przerzeźbiały strach i wzburzenie. Podbiegł do mnie i zapytał łapiąc zachłannie powietrze – „To ty dzwoniłeś?". „Tak" – odpowiedziałem. Pomachał mi przed twarzą pomiętym listem w wypłowiałej kopercie. „Czy to twoja robota?" – zapytał. „Tak" – odpowiedziałem kolejny raz. „A więc kim ty, do diabła, jesteś? Możesz mi to tu teraz wytłumaczyć o co w tym wszystkim chodzi? Co to za farsa?" – wystrzelił we mnie serię nerwowych zdań i przysiadł na jednym z foteli stojących w hotelowym holu. Spoglądałem na niego. Nerwowo łapał kolejne porcje powietrza. „ Uspokój się najpierw, głęboko odetchnij. Może byśmy się trochę przeszli? Porozmawialibyśmy. Wszystko ci wytłumaczę. Właśnie po to tu teraz jestem" – mówiąc to starałem się powoli zapanować nad całą sytuacją. Wiedziałem, że na pewno będzie zaskoczony tym, że znowu się spotykamy, ale nie spodziewałem się, że będzie aż tak wzburzony. „Za hotelem jest ogród, może tam poszlibyśmy porozmawiać?" – zaproponowałem. Przeszył mnie jeszcze raz swoim spojrzeniem. Na jego twarzy odmalowała się nieufność. „Dobrze…" – powiedział po chwili. „Chodźmy…"

Przechadzaliśmy się ogrodowymi alejkami. Zmierzch powoli przyciemniał ogrodową paletę barw. On pytał, ja odpowiadałem. Z początku pytaniami strzelał jak z rewolweru, lecz z każdym następnym stawał się spokojniejszy. Widziałem, że nie łatwo mu przychodzi zaakceptowanie zjawiska podróży w czasie. Co jakiś czas z niedowierzaniem kręcił głową. W końcu spytał. „A jak miałaby wyglądać moja śmierć?". Spojrzałem mu prosto w oczy. „Tego nie musisz wiedzieć… Może nawet lepiej by było żebyś nie znał jej okoliczności… Ale uwierz mi. Pozostanie w tym hotelu do jutra nie jest najlepszym rozwiązaniem. Nie jest żadnym rozwiązaniem! Śmierć czyha właśnie tu!" – odpowiedziałem. „W takim razie zabierz mnie ze sobą… do twego czasu…" – powiedział niepewnie. „Niestety nie mogę. Fizycznie jest to po prostu niemożliwe. Nie mogę ingerować w taki sposób w zjawisko czasu. Ale…" – przerwałem w środku zdania. Podniosłem z trawnika patyk i skręciłem w stronę ogrodowej rzeczki. „Chodź, popatrz" – zawołałem Jimiego. Podszedł. Przykucnął obok mnie. „Spójrz, czas płynie jak ten potok. W każdej kolejnej sekundzie cząstki wody przepływają bezpowrotnie przez to miejsce… Jak chwile w naszym życiu. Wszystko przepływa, przemija, wszystko nieprzerwanie gna naprzód". W tym momencie włożyłem patyk w strumień. Momentalnie woda opłynęła go z obu stron tworząc na powierzchni smugę zbliżoną do tej, jaką pozostawia dryfująca łódka. „Widzisz" – powiedziałem – „Ja jestem jak ten kij, wzięty z zupełnie innego miejsca, z zupełnie innego czasu. Nie należę do tego strumienia czasu, a jednak moja ingerencja naruszyła zastany porządek. Deformuję bieg wydarzeń. Zaburzam relację między przyczyną i skutkiem. Lecz nie mogę stać się tamą… Dlatego też nie mogę zabrać cię ze sobą, ale mogę przekierować twój los jak fragment strumienia." Jimi obserwował zmąconą powierzchnię wody. „A kamienie spoczywające na dnie? Ich patyk nie poruszył…" „Są nienaruszalnymi elementami czasoprzestrzeni" – odpowiedziałem – „jak dzień i noc, jak pory roku, jak nadchodząca starość." Wieczór zadomowił się już na dobre. Lampy umieszczone na wewnętrznej fasadzie hotelu rozjarzyły się tnąc ogród na plastry światła i cienia. „Mam już mało czasu. Dlatego dam ci ostatnią radę. Jeśli postanowisz pozostać tutaj to… w łazience za lustrem Monika schowała bardzo silne tabletki usypiające. Prawdopodobnie dostała je od Michaela Jeffreya. Wyrzuć je. Być może to pozwoli zakłócić bieg wydarzeń. Jeśli jednak postanowisz opuścić ten hotel to… z tego co wiem dawno nie miałeś prawdziwego urlopu. Najlepiej jakbyś zaraz wsiadł w taksówkę, pojechał na lotnisko i poleciał choćby do Maroka. Przecież byłeś zachwycony tym miejscem. Co ty na to?" Jimi spojrzał na mnie – „Cholernie dużo o mnie wiesz… Zrobię jak mówisz. Zabiorę tylko gitarę i jadę choćby na miesiąc. Wszystkie hieny, które na mnie żerują będą musiały poskromić swój dolarowy apetyt. Tak jak mówisz, Maroko będzie chyba idealnym miejscem."

Odprowadziłem go do hotelowych drzwi, pożegnaliśmy się kumpelskim uściskiem dłoni. Nie czekając ani chwili pobiegłem w stronę stacji metra. Jeszcze przez chwilę czułem na plecach jego spojrzenie. Byłem jak „Kopciuszek", który próbuje prześcignąć rozwiewający się czar. Czar podróży w czasie. Dobiegłem na stację. „Moja" ławka była pusta. O tej godzinie raczej nie spodziewałem się podróżujących tłumów. Przysiadłem, spojrzałem na zegarek – miałem zaledwie kilka minut „rezerwy". Porozglądałem się wokół, przeczytałem „poezję" z najbliższego muru, przestudiowałem jakieś pstrokate graffiti. Spojrzałem w otchłań podziemnego tunelu. Narastający szum i lodowata fala wiatru uderzyły we mnie w ułamku sekundy. „Nadjeżdża metro" – pomyślałem resztką ulatującej świadomości.

***

 

Żółta taksówka zatrzymała się tuż przed olbrzymim budynkiem, na którym jaśniał neon „Luton Airport". Z pojazdu wyskoczył szofer, otworzył bagażnik i wprawnym ruchem wyjął niewielką torbę oraz smukły gitarowy futerał. Z drugich drzwi wysiadł Jimi, leniwym ruchem włożył na głowę kapelusz, odebrał bagaże z rąk szofera. Następnie wręczył kierowcy 20 funtowy banknot, zamienił z nim kilka nieistotnych słów, uśmiechnął się, uścisnął mu dłoń i ruszył swym spokojnym, żurawim krokiem w stronę głównego wejścia. Kiedy podszedł do terminalu potwierdzić telefoniczną rezerwację pracownica lotniska poprosiła go o paszport. Podał go jej. Spojrzała na niego, jej twarz rozjaśnił uśmiech. „Gdzie się wybierasz Dziecię Voodoo? Znudziło już Ci się granie w Londynie?" – spytała. „Nie" – odpowiedział – „Muszę trochę odpocząć. Myślę, że wakacje w Maroku dobrze mi zrobią". Podsunęła mu kartkę – „Tu podpisz się na liście pasażerów… a tu…" podała mu jego własne zdjęcie – „zamawiam jeden autograf… dla Jane…"

Kontrola bagażu przeszła bez jakikolwiek incydentów. Na pokładzie samolotu miał się pojawić za czterdzieści pięć minut. Było zatem jeszcze dość czasu żeby wypić gorącą kawę w restauracji „Fly Inn". Sącząc ciemnobrązowy, aromatyczny płyn i raz po raz przegryzając go lukrowanym pączkiem, Jimi rozmyślał o swoim nieplanowanym urlopie. Rozmyślał o całym dzisiejszym zajściu, o przedziwnej rozmowie w hotelowym ogrodzie, o „niedzisiejszym" autorze listu. Wszystko wydawało mu się takie pogmatwane, takie nierealne. „Dziwniejsze niż wszystkie moje piosenki razem wzięte" – zakończył rozmyślania zdaniem wypowiedzianym szeptem do samego siebie. Odstawił pusty kubek i ruszył w stronę poczekalni. Autobus zawiózł wszystkich pasażerów prosto pod ruchome schody olbrzymiego Boeinga. Wchodząc na pokład wymienił przelotny uśmiech z długonogą stewardesą, odnalazł swoje miejsce i wygodnie rozsiadł się w nim. Kiedy wszyscy zajęli już swoje miejsca, stewardesa powitała pasażerów w imieniu całej załogi, omówiła wszelkie kwestie bezpieczeństwa, przybliżony czas i miejsca międzylądowań, a następnie poprosiła wszystkich o zapięcie pasów. Była godzina 21:50. Samolot rozpoczął fazę startu. Jimi przez cały czas obserwował świat przez maleńkie okno. Ciągle rozmyślał o minionym dniu. Moment poderwania samolotu wgniótł go w fotel i zakłócił ciąg przemyśleń. Spojrzał na panoramę nocnego Londynu. Migoczący świat tonął w mroku. Kolorowe światła zlewały się w coraz to większe mgliste plamy. Jimi odetchnął. „No to bieg wydarzeń chyba udało się zmienić" – pomyślał i rozparł się w fotelu. Minął kwadrans. Długonoga stewardesa przechodziła wzdłuż samolotu częstując pasażerów smakołykami z przenośnego bufetu. Spojrzała w jego stronę. Spał. Na jego twarzy gościł niewinny uśmiech.

***

„Chyba nigdy nie przyzwyczaję się do tego typu podróży" – pierwszy przebłysk świadomości sprowokował otwarcie oczu. Żarówka wisząca na zapleczu podrażniła zmęczony „skokiem" wzrok. Gdy spojrzałem w jej stronę jeszcze raz, dostrzegłem drobinki kurzu gromadnie wypełniające rozświetloną przestrzeń. „Skąd za każdym razem bierze się tyle kurzu?" – pomyślałem. „Czyż nie jest to wszystko powiązane z podróżami w czasie? Przecież kurz gromadzi się cały czas. W domu gromadzi się na meblach, potrafi pokryć każdą powierzchnię. Kiedy nie sprzątam przez kilka dni, zauważam pod stołem całe kurzowe kolonie. Ale w momentach „skoków" jest go znacznie więcej. Gdyby w tym tempie gromadził się na co dzień, tonęlibyśmy w nim niczym w bezkresnym oceanie…" – rozważałem. „Ale jeśli popiół, lekki, brudzący popiół jest efektem spalania drewna, węgla i innych substancji, być może kurz jest popiołem Czasu?! W momencie przemieszczania się w czasie proces jego spalenia potęguje się?! Czas spala się przemijając… i pozostawia kurz!". Sięgnąłem po szklankę wody. W moim gardle panowała Sahara. Być może wywołała ją moja ostatnia podróż, być może spotęgowało ją moje szalone odkrycie. Wypiłem „duszkiem" całą zawartość naczynia. Podniosłem się z fotela, chwilowe zawroty głowy zmusiły mnie jednak do zaniechania energicznych ruchów. Przysiadłem. Rytm serca zdawał się powracać do normy. Chciałem już być w domu. Powolnym krokiem ruszyłem w stronę wyjścia. Zgasiłem światło. Zamknąłem drzwi. Szczęk klucza zburzył ciszę małego, brudnego podwórka. Wsiadłem do samochodu. Głuchy odgłos odpalanego silnika spłoszył leniwie wylegującego się kota przy pobliskim śmietniku.

W trakcie jazdy, w walce ze snem, sprzymierzeńcem po raz kolejny okazało się głośno nastawione radio. Bzdurne informacje, wylewające się z niego potokami, zmobilizowały mnie do wciśnięcia „gazu do dechy". Nawet nie zauważyłem kiedy dotarłem do betonowego „labiryntu". Pomarańczowo pulsujące światła drogowe zmusiły mnie do skupienia się na ostatnim odcinku nocnej trasy. Ledwie pamiętam jak dotarłem do swojego mieszkania. Nacierający sen spowalniał moje ruchy. Ostatkiem sił dobrnąłem do łóżka i niczym ścięte drzewo osunąłem się w chłodną pościel.

Skanujące mój pokój promienie porannego słońca nie pozwoliły mi rozkoszować się końcówką intrygującego snu. Wstałem. Dyskomfort spania we „wczorajszym" ubraniu dopełniła leżąca na biurku biografia. „Pokój pełen luster" wyglądał identycznie jak wczoraj przed wyjściem z domu. „Nie powinno jej tu być" – pomyślałem – „Ale… może zmieniła się jej zawartość…" Chwyciłem książkę w drżące ręce i nerwowo zacząłem wertować zawartość. Mignęły mi przed oczami zdjęcia Jimiego – te same zdjęcia, które przeglądałem zaledwie dzień temu. Sprawdziłem spis treści. Wszystkie rozdziały miały „wczorajsze" tytuły… Za wyjątkiem jednego. Odnalazłem ostatni rozdział. Połykałem zdanie za zdaniem. Jeden z fragmentów pozbawił mnie tchu na dłuższą chwilę. Brzmiał tak: „Podczas podchodzenia do międzylądowania w Casablance, na skutek awarii aparatury pomiarowej odpowiedzialnej za odczyt rzeczywistej wysokości lotu, samolot rozbił się o pas startowy lotniska. Pomimo szybkiej i doskonale przeprowadzonej akcji ratunkowej nie ocalał nikt. Zwłoki Jimiego Hendrixa zostały rozpoznane w marokańskiej kostnicy, na trzeci dzień po katastrofie, przez Billa Coxa i Monicę Dannemann . W wywiadzie, jakiego udzieliła Monica, twierdziła, że Jimi nie miał w planach lotu do Maroka. Podobno na skutek jakiegoś tajemniczego spotkania, bądź impulsu podjął decyzję o wylocie, nie informując jej o tym osobiście. Monika zaprezentowała odręcznie zapisany liścik z enigmatyczny tekstem, jaki znalazła na stoliku w ich hotelowym pokoju: „Czy mógłbym oszukać przeznaczenie? Nie wiem… Lecz jeśli nie spróbuję, nie dowiem się tego. Ale pamiętaj, jeśli nie zobaczymy się już na tym świecie, spotkamy się w następnym, nie spóźnij się. Jimi"

 

***

P.S. Czy to prawda? Nie wiem… W końcu, z matematycznego punktu widzenia, zakładamy, że przez punkt przebiega nieskończenie wiele prostych. Może więc przez punkt czasu przebiega nieskończenie wiele zdarzeń?

 

Koniec

Komentarze

Wow. Powiem szczerze, tak mi się spodobało, że nawet nie pamiętam, gdzie zobaczyłem te nieliczne literówki. Napisane dobrym językiem, lekkie i bez zbędnych "opisów otoczenia".

Bardzo spodobała mi się idea "podróży", że nie są one permanentne (tzn. że bohater przenosi się razem ze swoją machiną, do której może wrócić w dowolnym momencie), lecz mają bardziej formę tymczasowego przeniesienia, po którym wraca się bez względu na to, czy się tego chce, czy nie. Jedno tylko pytanie: jak u cholery GB oceniał, ile miał czasu?!

Jak widać Śmierć nie lubi, gdy ktoś próbuje ingerować w jej plany :D

Dobra, zacznę od wytknięcia kilku błędów, a później przejdę do oceny ogólnej.
- Nagle, niczym kozica, przeskakując po kilka schodów naraz. - mi te zdanie trochę zgrzyta w odniesieniu do całości.
- Jego twarz na przemian przerzeźbiały strach i wzburzenie. -  Pewnie teraz uznasz, że się czepiam, ale skąd ty bierzesz takie słowa? Nie lepiej: Na jego twarzy malowało się wzburzenie połączone ze strachem. lub coś w ten deseń.
- Najpierw trochę uspokój się. - Te zdanie brzmi niepoprawnie.
- miał się pojawić za 45 minut - Liczebniki piszemy slownie.
- Głuchy odgłos startującego silnika - Lepiej pasowałoby odpalanego silnika, bo mi osobiście te słowo kojarzy się z samolotem.
- przeprowadzonej akcji ratunkowej służb do tego przeszkolonych - Nie prościej było napisać przeprowadzonej akcji służb ratunkowych 
- nie ocalał nikt ani z załogi ani z pasażerów - Po drugim spójniku "ani" powinien być przecinek.
To tyle, co do błędów, które odnalzłem :)

A teraz ta "milsza" część dla Autora, czyli ocena tekstu. Muszę przyznać, że mimo długiego tytułu, który trochę mnie zniechęcił na starcie ( drobna sugestia, żeby go skrucić :) ) tekst okazał się miłą niespodzianką. Jest lekki, zgrabnie napisany bez rażących błędów, a przede wszystkim ciekawy. Moim skromnym zdaniem stawia poprzeczkę dosyć wysoko, w porównaniu do ostatnio zamieszczanych opowiadań, jak na debiut.

Oby tak dalej ;)

Może jednak przejrzeć tą wątpliwą zawartość? - TĘ!
 Po chwili wahania schował kopertę do schowka w gitarowym futerale - schowanie do schowka nie brzmi zbyt fortunnie ;)
 Nieco nadużyważ słowa "zsynchronizować", taka moja uwaga.
 W tym momencie ujrzałem go ja przechodził - literówka; powinno być zapewne jak.
Kolejna uwaga - TYLKO I WYŁĄCZNIE W BEZPOŚREDNICH LISTACH, odnosząc się do odbiorcy, któremu pragniemy okazać szacunek, zapisujemy zwroty "Ciebie", "Tobie", "Wam" itp. itd. z dużej litery. Gdy piszesz prozę, stajesz się narratorem danej opowieści. Opisując wspomnienie głównego bohatera, gdy ten rozmawiał z Jimim, nie akcentuj zwrotów bezpośrednich wielką literą, gdyż jest to najzwyklejszy w świecie błąd. 
W pewnym momencie słowo "koperta" powtarza się w co drugim zdaniu (chwilę później to samo dzieje się z rzeczownikiem "list"), koniecznie coś z tym zrób! ;)
Wyszedł za muru gitarowych kolumn Marshalla - zza.
chwycił ze stołu kryształową popielniczkę, zamachną się - zamachnął!
Zauważyłem, że zamiast trzykropków często stosujesz czterokropki - pozbądź się ich, pousuwaj te nieszczęsne czwarte kropki. Takie znaki interpunkcyjne nie są dopuszczalne.
Jestem szery i poważny jak nigdy dotąd. - szczery ;)
Gdyby w tym tempie gromadziłby się na co dzień - jeśli zaczynasz od "gdyby", powinieneś napisać "gromadził" zamiast "gromadziłby". 
W paru miejscach brak przecinków, a raz nawet kropki na końcu zdania.

Pomijając wspomniane literówki, wynikające zapewne z nieuwagi, całość, przyznaję, cholernie mi się spodobała. Pomijając sam szacunek i sympatię, jakimi darzę Hendrixa i jego ponadczasowe dzieła, to Twój tekst jest całkiem fajnie sklecionym opowiadaniem. Styl, mam wrażenie, wyrabia Ci się jeszcze, ale im więcej pisania, tym szybsze dążenie do doskonałości. Kilka sformułowań mi zgrzytnęło, powtórzę jednak za przedmówcą, że nie zwróciłem na to większej uwagi, ponieważ tekst bardzo mnie wciągnął. 

Co do kwestii ewentualnych fizycznych nieścisłości, to na te tematy się nie wypowiadam, gdyż za dużego pojęcia o tym nie mam. Ufam więc, że w razie czego ktoś wytknię błąd, mając jednocześnie nadzieję, że nie będzie takiej potrzeby ;)

Pozdrawiam.
 

Niezły debiut. Przeczytałem z przyjemnością. Fajne i umiejętne wykorzystanie motywu skazanych na niepowodzenie prób zmienienia przeszłości.

Pozdrawiam.

Niezły debiut, ale spodziewałem się jakiegoś mocniejszego trzęsienia ziemi.
Nie wiem - podróżnik w czasie umiera zamias J.H.? Coś mniej banalnego, jak przeznaczenia nie da się oszukać.

Ale debiut dobry!

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

4/6

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Zachwyty nad debiutem swoją drogą, ciekawe założenie fabularne i niezła realizacja swoją, a potrzeba odchwaszczenia tekstu swoją.
Grać pierwsze skrzypce --- frazeologizmów nie ujmujemy w cudzysłowy.
(...) cięte od jednej sztancy (...) --- ?
Pomimo szybkiej i doskonale przeprowadzonej akcji ratunkowej służb do tego przeszkolonych, (...). --- ratowano służby czy one ratowały? Zagmatwane, mylące.
Trzy przykłady na dowód, że byłoby co popoprawiać.
Ale i tak przyłączam się do pochwał, wymienionych jako pierwsze.

Dzięki za komentarze, bardzo miło jest usłyszeć szczere słowa pochwały na tym ,jakże nowym dla mnie, gruncie zabaw twórczych. Korzystając z "moratorium" na edycję tekstu przez ostatnie 24 godziny (choć lepiej będzie pewnie napisać dwadzieścia cztery) :) uwzględniłem Wasze uwagi... na ile oczywiście pozwoliła mi na to moja autorska duma :) Jeszcze raz wielkie dzięki i... do następnego tekstu!
P.S. 18 września mija kolejna rocznica śmierci Jimiego. Wspomnij go w tym dniu, zanućcie "Voodoo Child" i jeszcze raz zanurzcie się w moją historię niespełnionego marzenia.

podobało się :)  akcja wciąga, napisane lekko. Zgadzam się z Dj, że na końcu może trochę zabrakło jakiegoś mocniejszego akcentu, ale i bez tego jest ok :) brawo!

it's time for war, it's time for blood, it's time for TEA

Mi również się podobało :). Podpisuje się pod innymi komentarzami.

Nie ma to jak Guru ;)

Ode mnie 4/6

Pomysł ciekawy, co najważniejsze historia ma w sobie niezbędny magnetyzm - chce się czytać dalej. Dobrze prowadzisz akcję, bez zbędnych dłużyzn. Konstrukcyjnie 5+/6

Ogólną ocenę obniża język, i nie chodzi głównie o błędy, które już powyżej wytykano. Denerwuje zapis dialogów, na amerykańską modłe, zamiast "po naszemu", no i nad samym dialogami wypadałoby propracować, bo wypadają drętwo. W zasadzie tekst podobał mi się nie dzięki, ale pomimo dialogów.

Czekam więc na kolejną próbę, lepszą technicznie.

Nowa Fantastyka