- Opowiadanie: syf. - Chłód

Chłód

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Chłód

 

 

1

– Zgubiliśmy się – powiedział mężczyzna, rozkładając pomiętą mapę. – Niczego nie potrafisz dobrze zrobić.

– To moja wina? – rzuciła kobieta.

– A czyja. Dałem ci kompas na pięć minut. Miałaś nas przeprowadzić przez jedno rozdroże i wystarczyło, żebyśmy znaleźli się w głębokiej dupie.

– Przecież wiesz, że się nie znam. Po co mi go dawałeś?

– Sama chciałaś. Poza tym ja nie mogę przez cały czas wszystkim się zajmować.

Opatuleni ciężkimi kurtkami szli skrajem ciemnego lasu.

Wiatr przykrył kikuty martwych sosen całunem tłustego od popiołów śniegu. Usypał szare kurhany zasp nad opuszczonymi wioskami. Wyrównał miedze, drogi i pola. Nawet gwiazdy zdawały się oddalać w ucieczce przed zimnymi podmuchami. Świat był gładki, cichy i gdzie nie spojrzeć, taki sam.

Gdzie my jesteśmy. Gdzie my, kurwa, jesteśmy.

– Byłeś zajęty jakimś cholernym psem – kontynuowała kobieta.

– Zamknij się – odpowiedział mężczyzna, próbując poświecić latarką na mapę. – Ten kundel będzie nam potrzebny.

– Do czego niby? – Kobieta poprawiła czapkę. – Daj, potrzymam.

Papier, mimo taśmy klejącej, na zagięciach nasiąkł wilgocią i się rozmazał. Mdłe światło latarki skakało po czerwonych poziomicach, odsłaniało fragmenty pożądanych ścieżek i przenikało dziurami na drugą stronę.

Powinny być już dwa zejścia w las, nie znaleźli żadnego. O szukaniu czegokolwiek w polu nie było mowy. O wejściu między drzewa bez ścieżki tym bardziej. Mężczyzna ocenił, gdzie mniej więcej mogą się znajdować, poświecił wyżej i znalazł oznaczenie linii wysokiego napięcia. Trzy kilometry naprzód. Dwie godziny marszu tylko po to, żeby mieć szansę odnaleźć się na mapie.

– Kurwa, nigdy więcej nie pozwolę ci o czymkolwiek decydować.

– Przestań, proszę – odparła. – Zmęczona jestem.

– Ja też, ale idę. – Nałożył plecak i ruszył.

 

2

– Jestem zmęczona – powiedziała kobieta po dwóch godzinach marszu.

Szli teraz wzdłuż skarłowaciałych krzewów, które nijak nie chroniły przed wiatrem. Na horyzoncie pojawiła się odległa łuna miejskich świateł. Słupów energetycznych wciąż nie było widać.

– Dobrze idziemy – odparł mężczyzna. – Musieliśmy jednak zboczyć znacznie bardziej, niż mi się wydawało.

– Chcę odpocząć.

– Niby, kurwa, gdzie. Na środku zaśnieżonej łąki?

– Ja naprawdę już nie dam rady dalej. – Przykucnęła pod drzewem i się rozpłakała. – Dlaczego mnie zabrałeś ze sobą?

Wydawała się być mała i bezbronna. Wyglądała tak bezradnie, jak wtedy, gdy ją pierwszy raz rozebrał. Ściągnął koc, którym był przewiązany w pasie i przesłonił ją przed wiatrem. Potem odszedł kilka metrów. Wyciągnął z kieszeni kawał mięsa, który podpiekał zapalniczką, aż w powietrzu rozniósł się zapach. Zawiesił kęsek na gałęzi i zaczął czekać.

– Sam nie dałbym rady – odparł. – Poza tym idziemy po leki dla naszych dzieci.

Kilka chwil później przybiegł pies. Krążył podejrzliwie, ale jego instynkt przegrał z głodem. Wychudły kundel rzucił się na jedzenie, a mężczyzna roztrzaskał mu głowę młotkiem.

– O mój Boże! – krzyknęła. – Co ty robisz?

– Wyglądasz na zmarzniętą – odparł. Rozpiął jej kurtkę i przyłożył ciepłe zwierzę do brzucha. Zmusił ją do objęcia truchła. Ciepła krew wsiąkła w sweter. – Ty czy kundel, co?

Kobieta siedziała nieruchoma, przerażona tym, że martwy pies ją rzeczywiście rozgrzewa. Mężczyzna tymczasem wyrył w śniegu pod krzakiem norę, którą wyłożył szmatami. Rozpalił małą przenośną kuchenkę i wyciągnął z plecaka dziurawy koc.

– Kurwa, palce ci już zsiniały, a ty nic nie mówiłaś? – powiedział, zdjąwszy jej buty i skarpety. – Nie było ci zimno?

– Było, ale krzyczałeś i bałam się odzywać.

– Świetnie. Módl się, żeby to podziałało.

Zacisnął zęby i rozpruł nożem brzuch psa. Powietrze przesycił cierpki zapach krwi i gówna. Mężczyzna powstrzymał wymioty i zaczął wpychać stopy kobiety do środka.

– Zostaw, zostaw mnie! – szepnęła.

Uderzył kobietę w twarz i wsadził jej nogi we wnętrzności psa aż do połowy łydki. Potem przykrył ją śpiworem i rozłożył rzeczy przy palniku. Zwinęła się w kłębek i położyła plecami do niego.

Mężczyzna zdjął ciężkie ubrania. Wcisnął stopy w chlupoczące wnętrzności psa i przywarł do kobiety. Złapał ją za piersi. Próbowała go odepchnąć łokciem.

– Po raz pierwszy w życiu zabiłem zwierzę – wysapał jej do ucha. Oddech cuchnął mu kwasem. – Jestem unurzany we krwi. Prowadzę nas przez bezdroża, bo trzeba zdobyć pierdolone antybiotyki. Boję się jak sam skurwysyn, a ty myślisz, że nie musisz rozkładać przede mną nóg?

– To nie jest moja wina, że dzieci zachorowały.

Zsunął spodnie, poślinił dłoń i nawilżył krocze kobiety, a po chwili w nią wszedł. Jęczała z bólu, ale mocno ją trzymał, aż skończył. Potem obrócił się i zasnął.

 

3

Dzieci były wszystkim.

Dzieci dla mężczyzny są wszystkim, tak powtarzał jego ojciec. Jednakże, wychowując samotnie dwóch synów, były policjant równie wysoko cenił sobie tanią gorzałę z kolegami spod klatki. Kobieta w hierarchii zawsze była gdzieś z tyłu. Zwłaszcza za zamiłowaniem do boksu. Pewnie dlatego odeszła.

Mężczyzna nad ranem obudził się. Przykrył starannie kobietę i przykręcił palnik. Kuchenka turystyczna i dodatkowa butla gazu, to wszystko, co dostali na podróż.

Społeczność, w której osiedlili się po wojnie jakoś sobie radziła. Było co jeść i gdzie mieszkać. Ale lekarstwa już dawno się skończyły. Kto by pomyślał, że zima może trwać już osiem miesięcy.

Wójt powiedział wprost, że nie będzie ryzykować życia dorosłych dla ratowania dzieci. Udało mu się jednak skontaktować za pomocą radia z dawną jednostką wojskową, która wciąż miała sporo zapasów. Ustalili cenę za leki i życzył mężczyźnie powodzenia. Trzydzieści kilometrów w jedną stronę przez atomową noc.

Jeszcze raz wspomniał ojca. Pogrzeb. Głowa przykryta chustą. Stary strzelił sobie w łeb, gdy okazało się, że nie może być dawcą wątroby dla młodszego syna. Alkohol szkodzi zdrowiu, nie tylko pijącego. Chłopak niedługo później też poszedł do piachu. Wszystko przez babę.

Jaki ojciec, taki syn, pomyślał z przekąsem mężczyzna, patrząc na kobietę. On przynajmniej nie pił. I co najważniejsze, był w drodze.

 

 

4

W okolicę miasta dotarli koło południa. Na niebie wisiały ciężkie stalowoszare chmury i co jakiś czas siąpił deszcz ze śniegiem. Błotnista breja jeszcze bardziej utrudniała marsz.

– Co to za miasto?

– Jakie to ma znaczenie – odparł mężczyzna. – I tak tam nie zejdziemy.

Ze wzgórza widzieli siatkę ulic i domów, pozostawione samochody i porozrzucane rzeczy. Niektóre budynki były wypalone. Okna z powybijanymi szybami wyglądały jak puste oczodoły. Na rogatkach niby średniowieczne bramy stały wysokie zaspy, zakończone postrzępionymi lodowymi blankami. Jedynie wiatr zdawał się bawić hałdami śmieci i brudu.

– Dlaczego?

– Nikogo tam nie ma. Coś złego musiało się stać.

– Skąd wiesz?

– Nie wiem, ale pomyśl. Palą się światła, a nikogo nie ma. Żywego ducha nie widać.

– Może lepiej to sprawdzić. Może tam jest jakaś apteka.

– Na pewno jest, ale jakiś skurwysyn już dawno musiał ją obrobić. A jeżeli tego nie zrobił, to coś musiało go zatrzymać – powiedział mężczyzna. – Ja nie będę ryzykował.

– Jak uważasz – odparła kobieta, patrząc na obryzganą krwią kurtkę. – Jak chcesz.

 

5

Gdzie są ci wszyscy ludzie, zastanawiała się, miasto musiało liczyć z dziesięć tysięcy ludzi. Nie wyglądało na zbombardowane. Wcześniej widywała przecież uciekinierów – smutnych i zmęczonych ludzi, ciągnących się gęsiego wzdłuż zasypanych dróg. Taszczyli ze sobą rannych, popalonych, czasem zmarłych, jeżeli mieli wystarczająco sił. Zazwyczaj jednak trupy znaczyły trasy pochodów w kierunku rządowych punktów z pomocą. Potem te punkty też zniknęły. Tylko śnieg pozostał.

Kobieta zapadła się w zimnej brei. Krzyknęła i szybko wylazła z otworu. Pod lodową skorupą drogi był samochód. W środku trzy skamieniałe trupy. Z przodu widać było zderzak następnego pojazdu i kolejną przyklejoną do szyby martwą twarz.

– Mówiłem ci, żeby iść skrajem, nie środkiem ścieżki.

 

6

Spod mostu wyszło trzech złomiarzy.

Byli obwiązani szmatami i skrawkami ubrań. Mieli osmalone twarze i przetłuszczone włosy. Przekrwione oczy rzucały podejrzliwe i zachłanne spojrzenia. Jeden z nich trzymał pochodnię, drugi miał w dłoni klucz francuski. Ostatni, zobaczywszy obcych, wrócił się do legowiska za filarem.

– Hej, koleżko – krzyknął jeden z nich. – Dokąd zmierzasz?

Szlag by to trafił, pomyślał mężczyzna, tak dobrze szło. Pięć kilometrów. Tak niewiele, a musieli się wpieprzyć na bandytów. Dlaczego, myślał, dlaczego…

 

7

– … pozwoliłaś im biegać po śniegu?

– Chciałam, żebyśmy mieli popołudnie tylko dla siebie – odparła przed paroma dniami. – Jak wracałeś, to widziałeś, że się bawią. Nie myślałam, że się od tego rozchorują.

– Byłem zmęczony, jak skończyłem pracę. Tym bardziej jak rozebrałaś mnie i zaciągnęłaś do łóżka.

– Przecież widziałeś –

– To ty miałaś o nie zadbać! Nie ja – krzyczał. – Ja muszę pracować, żebyśmy dostali odpowiedni przydział i mieli co żreć. Ty się wczoraj chciałaś bzykać, a one dziś mają po trzydzieści dziewięć stopni.

– To nie jest moja wina –

Wtedy po raz pierwszy ją uderzył. Jaki ojciec, taki syn.

 

8

– Koleś, on prowadzi babeczkę.

– Towar deficytowy – odparł złomiarz z kluczem. – Może, jak przystało na dobrego chrześcijanina, podzielisz się chlebem powszednim z bliźnimi?

– Bracie – powiedział pierwszy, śmiejąc się – trzydzieści minut, a dam ci cały kanister z benzyną. Calutki, nie chrzczony!

Niebo było jak żelazny strop. Twarde i zimne. Nic przezeń nie ucieknie.

– Zrób coś – szepnęła.

– Rzuć plecak i uciekaj. – Myślał o swoich dzieciach i o kobiecie, której potrzebował. Czuł zmęczenie, jakby ktoś żeglarskimi linami obwiązał mu nogi. Serce tłukło nieregularnie, jakby nie wiedziało, czy nie lepiej się poddać. Nadnercza piekły, ale pluły kolejnymi porcjami adrenaliny. Sam zdjął plecak i krzyknął do złomiarzy: – Macie, weźcie moje rzeczy i dajcie nam przejść.

– W dupie mam twoje rzeczy – odpowiedział facet z kluczem i zaczął biec za kobietą.

– Palnik – drżącym głosem wyliczał mężczyzna, wyrzucając kolejne rzeczy na śnieg – jedzenie, bandaże, nasiona. Dajcie nam, kurwa, przejść!

Czuł gorąco, jakby sam miał gorączkę. Spoconą dłonią złapał wreszcie zimną rękojeść w kieszeni plecaka. Biegł na niego człowiek z pochodnią, tamten drugi go mijał. Wyciągnął broń. Bez namysłu wymierzył. Strzelił dwa razy.

Krzyk.

Czyjś i jego własny. Pochodnia uderzyła go w policzek i podpaliła włosy. Złomiarz na niego skoczył, próbując wyrwać broń. Szamotali się, a potem padły kolejne strzały i buchnęła krew.

Mężczyzna wcisnął głowę w śnieg, ale, słysząc krzyki, wstał. Kobieta klęczała na ziemi i wyła. Złomiarz z kluczem konwulsyjnie wił się.

– Chciałeś, chuju, zabrać moją kobietę. – Przyłożył rannemu pistolet do czaszki i strzelił. Potem zwymiotował.

 

9

Kobieta próbowała mu pomóc, ale nie chciał wstawać.

– Zobacz – krzyknęła, pokazując na horyzont.

Nad linią drzew toczyła się ciężka wirująca chmura popiołów. Trąba powietrzna porywająca śnieg i nieczystości. Kolejne zagrożenie.

Mężczyzna zerwał się i szybko wrzucił swoje rzeczy do plecaka. Chwycił kobietę za rękę i pociągnął ją w stronę mostu. Pod wiaduktem, przyklejony do filarów, zbudowany był szałas z drewna i blachy.

– Tam jest jeszcze jeden – szepnęła.

– Wiem – mężczyzna sprawdził komorę pistoletu.

Złomiarz, usłyszawszy kroki, sam wyszedł na zewnątrz. Był stary i wysuszony. Miał puste ręce.

– Panie, słyszałem strzały – powiedział. – Ja nic nie chciałem.

– Myślisz, że cię puszczę? – odparł mężczyzna, dygocząc. – Ja wiem, że zechcesz wrócić. Nie będę mógł zasnąć. Nie będę wypoczęty i nie ocalę moich dzieci.

– Proszę –

Spodnie złomiarza zawilgotniały w kroczu. Mężczyzna przyłożył mu pistolet do czoła i nacisnął spust.

 

10

Pośród śmieci, pornograficznych gazet i stert ubrań kobieta znalazła butelki z alkoholem. Wyjęła bandaże i zaczęła opatrywać rany mężczyzny.

Spytała:

– Skąd ty miałeś broń?

– To najlepsza rzecz, jaka mi pozostała po ojcu.

– To z niej…

– Tak.

Buda była obskurna, ale stabilna. Dawała schronienie przed wichurą. Na prowizorycznej kuchence kobieta zaczęła przygotowywać jedzenie.

– Dlaczego nie strzeliłeś najpierw do tego, który na ciebie biegł?

– Bo jesteś cenniejsza niż ja – z trudem odparł. Poparzony policzek bolał i cuchnął spalonym mięsem. Mężczyzna jeszcze raz zwymiotował. – Znacznie cenniejsza.

 

11

Byli żołnierze obsadzili stary zakład przemysłowy. Usypali wał, wzmocnili ogrodzenie, rozstawili karabiny maszynowe. Stali się panami okolicy i – prócz Boga – nie mieli nikogo nad sobą.

Przy stróżówce mężczyzna i kobieta spotkali się z oficerem.

– Spacery w śniegu są niezdrowe – powiedział, widząc przybyłych.

– Zdecydowanie. Leki przygotowane?

– Zgodnie z umową. – Z uśmiechem dodał: – Trzeba trzymać w niskich temperaturach.

Żołnierz przekazał torbę pełną różnych pudełek.

– Czym ty chcesz zapłacić? – spytała kobieta.

– Ty jesteś zapłatą – odparł.

Dwóch żołnierzy chwyciło ją pod ramiona.

– Ty sukinsynu! – Krzyczała i wyrywała się, gdy prowadzili ją do budynku. – Dlaczego mi nie powiedziałeś?

– Dzieci były ważniejsze. Musisz mi wybaczyć.

Drzwi zatrzasnęły się.

– Zgodnie z umową – zwrócił się do oficera – na wiosnę po nią wrócę.

– Do wiosny daleko.

 

 

fin

 

Koniec

Komentarze

"Wiatr przykrył kikuty martwych sosen całunem tłustego śniegu."- tłusty śnieg... tłusty śnieg... albo ja mam za słabą wyobraźnię albo opis o kant dupy rozbić.
"Mimo taśmy klejącej papier na zagięciach nasiąkł wilgocią i się rozmazał."- proponuje zmienić trochę szyk albo chociaż przecinek wstawić. Bo czyta się to mniej wiecej tak- "Mimo taśmy klejącej papier na zagięciach - nasiąkł wilgocią i się rozmarzał". Co się rozmarzało?
"Gdzie są ci wszyscy ludzie, zastanawiała się, miasto musiało liczyć z dziesięć tysięcy ludzi. Nie wyglądało na zbombardowane. Wcześniej widywała przecież uciekinierów - smutnych i zmęczonych ludzi, ciągnących się gęsiego wzdłuż zasypanych dróg. "- jakby się chciało być upierdliwym, chociaż, szczerze pisząc, niezbyt kłuje w oczy.
Heh, bez wahania wstawiam 5.

Bardzo podobał mi się sposób prowadzenia narracji. Nie mam uwag.Ja również wystawiam 5. :)))

Cieszę się, że się podobało.
A propos tłustego śniegu, ja chciałem inaczej napisać, ale mój Czytelnik stwierdził, że ta wersja jest lepsza, więc sie nie wykłócałem i zmieniłem.
pozdrawiam

I po co to było?

- Kurwa, palce ci już zsiniały, a ty nic nie mówiłaś? - powiedział, zdjąwszy jej budy i skarpety. - Nie było ci zimno?
*buty? 

ta sygnaturka uległa uszkodzeniu - dzwoń na infolinie!

Buty, buty.
pozdrawiam

I po co to było?

Dobrze ująłeś atmosferę świata po wojnie. Do ostatniego akapitu chciałem mruknąć coś na temat trochę zbyt prostej fabuły... Ale, jak pewnie się domyślasz, po skończeniu całości zmieniłem zdanie :) Miło by było, gdybyś w którymś z kolejnych opowiadań bardziej przybliżył te realia - to nie uawaga, tylko prośba. Ode mnie 5 :P

Świetne. Bardzo mi się to podobało. Trochę skojarzyło mi się z "Drogą" McCarthiego - to komplement, nie zarzut, bo w prosty sposób nakreśliłeś niezły klimacik. Czuć beznadzieję powojennej rzeczywistości.

Pozdrawiam.

Sam dialog? Czemu nie. Jeśli jest konflikt między rozmówcami i za każdym sporem kryją się poważne kwestie, czyjeś marzenia i aspiracje - warto spróbować. Tutaj wyszło intrygująco. Ciekawe, co by było, gdyby autor dorobił jeszcze mocniejsze dekoracje? Pytanie rzucam ot, tak. Tekst w obecnej postaci już zasługuje na wyróżnienie. :) 

Jak najbardziej liczę na komentarze pod kolejnymi tekstami.
Zależy, co rozumiemy przez dorobienie dekoracji -- czy tylko doszlifowanie istniejących opisów czy wyraźną rozbudowę scen. Ogólnie rzecz biorąc, obawiam się, że mocniejsze, objętościowo większe obrazy mogłyby rozkalibrować napięcie i sprawić, że końcówce zabrakłoby kopnięcia.
pozdrawiam

I po co to było?

Pewnie znasz wspomnianą już przez Eferelina "Drogę" McCarthiego. Początkowo myslałem, że Twoje opowiadanie jest tylko lekko podobne do niej klimatem, po przeczytaniu stwierdzam, że tych podobnieństw jest dużo więcej. Ale to na plus rzecz jasna. Zakończenie jak dla mnie nieco za krótkie. O tym, że bardzo dobrze piszesz, pewnie wiesz i nie trzeba tu tego zaznaczać. Pozdrawiam.

Jak zwykle paskudne, i jak zwykle, dobrze napisane.

A budę już możesz przerobić na buty. ;-)

Babska logika rządzi!

Poprawione ; )

I po co to było?

Przeczytałem, zachęcony innymi tekstami Twojego autorstwa. W opowiadaniu jest mowa o "atomowej nocy", a potem, w południe, widać stalowoszare chmury. Więc wygląda na to, że nie ma wiecznej nocy, jak przy ostrej zimie atomowej. O co w takim razie chodziło z tą atomową nocą?

Epizod ze złomiarzami przywołał mi przed oczy podobną scenę z bandytami przy wiadukcie, w "The Book of Eli" (który, swoją drogą, byłby jednym z moich ulubionych filmów, gdyby nie druga połowa).

Ciekawe, że lwia część tekstów postapo wykorzystuje w jakiś sposób motyw psa. Tutaj zrobiłeś to bardzo pomysłowo :)

Podobało mi się przewrotne zakończenie.

O co w takim razie chodziło z tą atomową nocą?

 

Podejrzewam, że chodziło po prostu o ładny przymiotnik na opisanie  nocy ; )

Book of Eli nie widziałem.

I po co to było?

Kolejne świetne i straszliwie porażające opowiadanie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki. 

I po co to było?

Nowa Fantastyka