- Opowiadanie: syf. - Dzieci słońca

Dzieci słońca

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Dzieci słońca

 

 

I

Gdy słońce skryło się za chmurami, z baraków, dziur w ziemi, tajemnych schowków między skrzyniami, ze zdezelowanych ciężarówek i spod stert starych szmat wyszły dzieci. Na oko żadne z nich nie miało więcej niż dziesięć lat. Brudne i umorusane rozsypały się po ogrodzonym betonowym placu jak drobniaki z rozdartej portmonetki.

– Niesamowity widok, prawda panie Chapman? – spytał żandarm, oparłszy się o maskę gazika.

Stali we dwóch na szczycie piaszczystego wzniesienia. Po szary horyzont nie było drzew ani trawy. Jedynie tumany kurzu podnosiły się wokół samotnych zabudowań w dole. Szeleściły poły skafandrów. Trzeszczały urządzenia pomiarowe.

– Tak – odparł mężczyzna.

Obserwował, jak pomiędzy poprzewracanymi słupami zaczynają się gonitwy w berka, zabawa w kopanie kartofli i sklep. Szmaty i worki zawieszone na kolczastym drucie to pewnie książęce suknie, a sterta badyli była magazynem broni.

Powiedział:

– Kolejny dzień niekończących się wakacji. To tak napisała ta polska urzędniczka, która was wizytowała?

– No. Sympatyczna baba, potem panu pokażę jej raporty. Ona najdłużej rozmawiała z tymi bachorami. Innych zazwyczaj ignorują. Jak powietrze.

– Jakby nas tu nie było – mruknął Chapman, ale miał wrażenie, że pomimo sporej odległości, chłopczyk, który nie brał udziału w zabawie, patrzy na niego. – A propos, ile czasu możemy tu przebywać?

– Łącznie czterdzieści minut – oparł żandarm i spojrzał na zawieszony na szyi wojskowy czasomierz. – Na tyle starcza powietrza w butli. Został nam jeszcze kwadrans do powrotu. Niedługo powinno się zacząć.

– To dobrze.

Chwilę później, jakby na zawołanie, dzieci porzuciły zabawę i zbiły się w kupę. Chłopczyk, który wcześniej stał na uboczu, teraz podzielił grupę na trzy części. Pierwsza stanęła pod płotem, a druga chwyciła karabiny z patyków.

Obok miejsca zabawy była ustawiona bramka, ozdobiona – niczym totem – sznurowadłami i obciętymi warkoczykami, która wiodła do ciemnego i dymiącego jak wrota Tartaru budynku. Dzieci wyraźnie jej unikały.

– Mały ma taki posłuch, że go nazywamy Adolfem – szepnął żandarm, jakby się obawiał, że ktoś może podsłuchiwać. – Rozumie pan…

– Kretyński dowcip.

– Przepraszam. Niektórych śmieszy.

– O kurwa –

– To trzeba zobaczyć na własne oczy.

Kilkoro maluchów, które wyszły zza baraku, niosło, jakby to był wielki lizak – wymachując nim na lewo i prawo – wysokie drzewce z połamanym orłem, poprzeczną pozłacaną ramą i czarną swastyką kwitnącą na poszarpanym krwistym proporcu.

Trzecia grupa dzieci tymczasem wzięła na ramiona chłopczyka, który rozłożył ręce jak skrzydła. W dłoniach trzymał pomalowane na czarno cegły. Wyglądał jak samolot. Bombowiec. Maluchy z karabinami, udając karny szereg, przysłaniały oczy, potem zaczęły krzyczeć i biegać w kółko. Ktoś miał bębenek i zawzięcie w niego walił. Ktoś inny trząsł puszką z kamykami.

Mali żołnierze poprzewracali się, gdy cegły wreszcie łupnęły o beton. Z furkotem sztandar poleciał w pył. Spod ogrodzenia ruszył tłum jeszcze mniejszych łachmaniarzy i zaczął skakać po ciałach, krzycząc i gwiżdżąc jak stado małp. Kilka chwil później wszystkie dzieci rzuciły rekwizyty, przemieszały się i niby oszalałe, śmiejąc się, ganiały po placu, by potem – jak gdyby nigdy nic – wrócić do wcześniejszych zajęć.

– Dzieci słońca obaliły złego boga – wyrecytował żandarm, poprawiając przeciwgazową maskę – ale zaraz o tym zapomniały. Dowódca pierwszej zmiany miał ponoć hopla na punkcie Conrada i na jego cześć ukuł takie powiedzenie. Nie wiem, co jest w nim Conradowskiego, ale przyjęło się i opowiadamy je nowym gościom. Rozumie pan, to miejsce lubi tradycje i utarte rytuały.

– Dzień w dzień go obalają?

– Tak – odparł żandarm i przymknął oczy – od jakichś siedmiu lat. My tu stacjonujemy od pięciu i zawsze jest tak samo, więc można przypuszczać, że przez pierwszy rok po upadku bomb dzieciaki też to robiły.

– Nie tak wyobrażałem sobie to miejsce po przeczytaniu raportów. – powiedział Chapman. – Myślałem, że będzie tu szpital dla dzieci z nieznanymi chorobami popromiennymi, a nie plac zabaw pośrodku atomowej pustyni.

– Na papierze umyka wiele szczegółów.

– Możemy wracać.

– Sam miałem to zaproponować.

Mężczyźni wsiedli do gazika i ruszyli, a po paru kilometrach zamknął się za nimi szlaban z tablicą: zakaz wstępu, strefa wysokiego skażenia.

 

*

– Jak tu się panu podoba, panie Chapman? – spytał oficer.

Tłusty facet bez przerwy gniótł w paluchach niedopalonego peta. Od nikotyny pożółkły mu paznokcie i zęby. Nawet sumiasty wąs zdawał się nabierać takiego koloru.

Niewątpliwie Polak, pomyślał Chapman i nazwał go w głowie Papieroskarzem.

Potem powiedział:

– Wzorcowo prowadzony posterunek, o ile mnie mnie moje cywilne rozeznanie nie myli. Jak pan wie, przyjechałem tu na polecenie Sekretarza Obrony, aby zbadać, czy istnienie obiektu AZ/B-1 może zostać oficjalnie podane do publicznej wiadomości w Stanach. Po Waszyngtonie – niechętnie wymamrotał – krążą plotki i padają niewygodne pytania. Mam jednak nadzieję, że nasza współpraca będzie przebiegać równie wzorcowo. Wszystkie moje pełnomocnictwa leżą już na pańskim biurku.

– Tak – odparł Papieroskarz, wypuściwszy kolejnego bucha. – Zdążyłem je przeczytać.

Chyba przy kieliszku, pomyślał Chapman. Nie uszedł jego uwadze przebijający się przez swąd machorkowego oparu specyficzny zapach, jaki zazwyczaj unosi się w ambulatoriach na nocnej zmianie oraz drobna bełkotliwość wymowy u oficera. No ale z drugiej strony – bez wódy – ludzie, którzy pilnują tego bajzlu, niechybnie ocipieliby.

– Kapral Donovan jest do pańskich usług. Wiele tu się nie dzieje. Jakby to ująć, na nadmiar turystów nie narzekamy.

– Nie ma co się dziwić – odparł Chapman, siląc się na udawane zainteresowanie rozmową. Dotknął niewielkiego odparzenia od gumowej maski na szyi i dodał: – Skażenie, ogrodzenia, tablice i butle z tlenem potrafią odstraszyć.

– Gdzie tam, radiacja jest na tyle niska, że wystarczy potem gorzały łyknąć. Maska – powiedział – jest na smród. Cuchnie tam palonymi włosami i kościami. Szczególnie kościami. Tego nie idzie wytrzymać. W każdym razie nie widziałem, żeby ktoś wytrzymał.

Chapman wbił wzrok w podłogę – w wytarty dywan, na którym żółkły niedopałki – czując nieprzyjemne mrowienie w plecach. Jakby ukradł dziecku cukierka, a potem powiedział, że samo zjadło. Odetchnął, usłyszawszy słowa oficera.

– Dobra, nie zatrzymuję dłużej – powiedział, odpalając kolejnego papierosa. – Pańskie manele są już w kwaterze. Donovan pana tam zaprowadzi.

 

II

Na posterunek składało się kilka ogrodzonych zabudowań i bunkrów, poszarzałe flagi alianckich państw, które łopotały na wietrze, oraz przykryte plandekami pojazdy patrolowe. Na zewnątrz stało tylko dwóch wartowników. Chapman zatrzymał się w progu i spoglądał na horyzont, gdzie zbierały się ciężkie, czarne chmury. Nie lubił deszczu, brudnych kałuż i przesiąkniętego ozonem powietrza.

Z wnętrza budynku wyszedł sierżant, mówiąc:

– To nie burza idzie.

– Nie?

– Wiatr przygnał nuklearne popioły znad Berlina. Wie pan, żeśmy tam trochę przesadzili w czterdziestym piątym. Nie powinniśmy byli palić całego miasta. O tym warto by napisać raport…

Chapman popatrzył na niego ze zdumieniem. Skąd u tego faceta tyle poufałości, zastanawiał się. Szuja, szczur – jako audytor z departamentu był przyzwyczajony do takich epitetów. Niby misja inna, ale to nie powód, żeby stawać się kolegą do pogaduszek dla żandarmerii.

– … przecież w kraju mówią – kontynuował Donovan – że to dobra decyzja była.

Urzędnik spojrzał poza ogrodzenie. Pustkowie ziało w oczy, wypełniając przestrzeń od jednej do drugiej krawędzi wzroku. Szare wydmy pełzały po ugorach, sterczały niskie kikuty drzew, w oddali majaczył nasyp kolejowy. Z pięćdziesiąt kilometrów do lotniska i węzła zaopatrzeniowego, a rozmawiać z kimś trzeba – spojrzał na mordy wartowników – a oni przecież już wszystko słyszeli i o wszystkim się dowiedzieli. Dawno temu. Ja zaś nie, dodał w myślach. Jestem w duchowym sensie jak kobieta dla mężczyzny, uwalniająca od natręctw siedzących w głowie. Katharsis dla trepa. Ohyda.

– Major Wojas mówił, że sprawa z obozem została jeszcze bardziej spartolona niż zakończenie wojny – powiedział żandarm. – Kiedyś nam wspominał, że był w ruchu oporu w Polsce i tam wiedziano, co się dzieje w AZ/B-1. Ponoć agenci wynosili zdjęcia i przekazywali je naszym chłopcom w Anglii, ale nikt nie wierzył.

Donovan nachylił się i, mając na ustach krzywy uśmiech – jakby opowiadał księdzu grzechy na spowiedzi, a jednocześnie próbował go przekonać, że to wcale nie są grzechy – mówił dalej:

– Szef opowiadał, że wreszcie jakiś ważniak w alianckim sztabie uwierzył, że ten obóz naprawdę istnieje. Dopiero wtedy wysłał samoloty, żeby wszystko zniszczyć i ukryć lata niewiary, a potem móc samemu o tym zapomnieć. Budynki się jednak ostały, razem z przeklętą dzieciarnią. A teraz przypominają, jak wrzód na dupie.

– Naprawdę tak mówił? – Teraz to Chapman przybrał pozę kapłana. Tomasa Torquemady.

– Oj tam, przy wódce różne rzeczy się mówi -

– A dużo tu wódki pijecie?

– Nie… od święta tylko – odparł żandarm i zamilkł.

Nie odzywał się, gdy prowadził Chapmana do kwater. Zostawił teczkę z materiałami na temat AZ/B-1. Wychodząc z pokoju, zatrzymał się w progu, jakby jeszcze chciał coś powiedzieć. Musiał jednak stwierdzić, że nie warto, bo po prostu cicho przymknął drzwi.

 

*

Co dzieci robicie, Chapman przeczytał w raporcie…

Przerwawszy w pół zdania, rzucił kartki na pryczę i podszedł do gazowej kuchenki nastawić czajnik. Miał zamiar w ciągu nocy zapoznać się z całością materiałów.

Na zewnątrz słychać było odgłosy jakiegoś zamieszania. Jeden żołnierz coś krzyczał, inny się przewrócił i klął. Reflektor omiótł czerń nocy i wpadł też do pokoju Chapmana.

Cholera, mruknął mężczyzna, głupie trepy nie umieją porządnie warty zmienić. Dobrze za to, że gorzałę potrafią jak świnie doić.

Stos kartek, jakby porwany przez smugę światła, zsunął się z krawędzi pryczy i rozsypał na podłodze. Woda w czajniku zaczęła bulgotać. Niespokojne tupotanie poniosło się także po korytarzu koszar.

Szlag by trafił to jebane miejsce, warknął, pchnąwszy ze złości krzesło na ścianę. Pierdolnik, gdzie sztab złomuje ludzkie wraki i niesubordynowanych wariatów. Kolonia karna. Piach, ruiny i nawiedzone dzieci. Durnie w Departamencie nawet nie wiedzą, co tak naprawdę tu jest. Co ja tu robię.

Czajnik zaczął świszczeć.

Mężczyzna kucnął, żeby zebrać do kupy papiery z podłogi. Trzeba machnąć cokolwiek w raporcie dla starego. Podać do wiadomości publicznej, niech się empatyczni idioci z akcji humanitarnych tym zajmą, a nie wojsko. A potem byle dalej i już nigdy nie oglądać tego miejsca. Nigdy więcej.

Gwizdek wyskoczył i łupnął o ścianę. Bieganina ucichła.

Chapman w dłoni trzymał stronę dziewięćdziesiątą trzecią. Powędrował wzrokiem do linijki, gdzie przerwał czytanie.

… bawimy się w palenie Niemców, odpowiedziały dzieci.

Na zewnątrz rozległ się jęk syreny alarmowej.

 

III

– Pieprzeni aktywiści! – wrzeszczał Papieroskarz w budynku radiostacji. – Niech centrala dostarczy karetkę więzienną. Wyłapię tych skurwysynów jak pchły na dupie.

Zmęczeni żołnierze krążyli jak ćmy w przesyconym popielatą kurzawą powietrzu. Patrole, jeden po drugim, wyjeżdżały gazikami z terenu jednostki. W oddali, nad wydmami błyskały blade wstęgi światła.

– Co się dzieje? – spytał Chapman, stając w drzwiach budynku. – Manewry jakieś?

– Tak, kurwa – wysapał Papieroskarz. – W podchody się bawimy.

Chapman spojrzał na niego, jak na cyrkowego klauna, który próbował żonglować, ale właśnie rozsypał wszystkie piłeczki.

– Chłopcy namierzyli grupkę dziennikarzy, którzy zakradli się do strefy zamkniętej. Złapali jednego z tych cweli i żeśmy go przesłuchali – mówił oficer, wypuszczając szerokimi dziurkami nosa strugi tytoniowego dymu. – Ci idioci twierdzą, że trzymamy tutaj sieroty, na których armia prowadzi eksperymenty. No i chcą je uwolnić.

– Wybory idą. Demokraci pewnie liczą na łatwą sensację i opłacają lewackich idealistów – mruknął Chapman. – A ponoć nie miało być tu turystów…

– Panie, pan sobie nie zdajesz sprawy, jaki bajzel się zrobi, kiedy oni rzeczywiście wyniosą jakiegoś bachora poza AZ/B-1.

– Dział dezinformacji w Departamencie ze wszystkim sobie poradzi.

– Nie chodzi mi o Stany. – Papieroskarz zrobił nieokreślony ruch ręką. – Tu zrobi się syf, z tymi dziennikarzami i z bachorami. Przede wszystkim, kurwa, z bachorami.

– Co? – Chapman podszedł do oficera. Wahał się z zadaniem pytania, bo nie był pewien, czy chce otrzymać odpowiedzi. – Dlaczego raporty wprost nie mówią, co my tu trzymamy?

– Bo tego nie ma jak opisać. Parę osób próbowało, ale nikt w sztabie tych relacji na poważnie nie potraktował. Jak zawsze, kurwa. Dlatego nie znalazły się w dokumentacji. – Papieroskarz rzucił na podłogę peta. – Naprawdę nie zdziwiło pana, że nie ma żadnej wzmianki o tym, żeby wcześniej ktoś próbował zabrać te dzieci z obozu?

– Dopiero jak zobaczyłem tablice z ostrzeżeniami o skażeniu terenu – powiedział Chapman i dodał: – Przecież to Wschodnia Europa. Ameryka nie może każdemu pomóc.

– Francuskie sieroty ważniejsze niż polskie, co?

– Nie -

– Zresztą – wtrącił Papieroskarz – tu już nie ma komu pomagać.

– Nie rozumiem.

W ciszy, niczym dudnienie wbijanych w dębową deskę gwoździ, rozeszły się odgłosy wystrzałów z karabinu.

– Być może – powiedział oficer, zaciągnąwszy się papierosem – czas zrozumieć.

 

*

Krzyk słychać było z daleka.

Na drodze, między dwiema wydmami, pod pożółkłą tarczą Księżyca, leżał człowiek. Wił się i miotał. Z przestrzelonej nogi lała się krew, którą próbował zatamować jeden z patrolowców. Drugi żołnierz mierzył z karabinu w stronę zabudowań.

– Dziennikarze pobiegli do obozu po dzieci – zaczął relacjonować, gdy gazik z dowódcą i Chapmanem stanął w poprzek drogi. – Ten koleś musiał zostać na czatach. Zaczął spieprzać, o tam na wydmy, prosto w promieniowanie. Żeśmy krzyczeli, żeby się zatrzymał, że tam śmierć, ale facet dalej biegł. To strzeliłem.

– Szlag by to trafił – Papieroskarz trzasnął dłońmi w uda i wziął głęboki oddech. – Donovan, wezwij posiłki. Skurwysyny muszą właśnie wracać z bachorami. Za późno, kurwa.

– Za późno na co? – spytał Chapman. – Macie tu jedno wielkie urojenie. Na mózg wam padło od słońca i wódki. Tyle powiem! Sztab kazał mi sprawdzić to miejsce, ale prócz bandy pierdolniętych żołdaków i zwichrowanych przez wojnę sierot, nic tutaj nie widzę. I to napiszę w raporcie.

– Zamknij się.

Oficer zza pasa wyciągnął pistolet. Zeskoczył z gazika i podbiegł do załomu drogi. W niewielkiej odległości było widać błyski latarek. Szybkim nerwowym krokiem zmierzała w tę stronę grupa pieszych.

– Idą – powiedział Papieroskarz. – Zaraz zacznie się piekło. Chłopcy, szykować karabiny.

 

*

Zza zakrętu wyszła grupa ośmiorga ludzi prowadzących kilkoro dzieci. Na ramionach nosili opaski jakiejś akcji humanitarnej. Stanęli naprzeciw żołnierzy. Cuchnęli spalenizną i wymiocinami.

Naprzód wyszedł młody przystojny mężczyzna.

– Przepuście nas! – krzyknął ochyple. – Nie mamy broni, ratujemy tylko biedne dzieci.

Zdezorientowani żołnierze mierzyli karabinami w cywili. Cywile mierzyli w żołnierzy aparatami. Wszyscy patrzyli na dowódcę.

On jednak nerwowo obserwował, co robią dzieci. Szczególnie – zauważył Chapman – chłopczyka o przezwisku Adolf, który także teraz stał na uboczu, jakby czekając na wejście na scenę.

– To Thomas – zapiszczała dziewczyna z tyłu. – Zastrzelili Thomasa!

– Bandyci, nas też zabijecie? – ktoś inny wrzasnął. – Hej, ja pana znam, panie Chapman!

– Przecież koleś żyje – warknął żołnierz. – Tylko nieprzytomny…

Chapman siedział w gaziku i bezradnie obserwował całe zdarzenie. Wołanie wyrwało go z letargu.

– Panie Chapman, proszę nam pomóc!

Szlag by to trafił, pomyślał, syn gubernatora. Co ten dzieciak tu robi. Mały sukinsyn powinien siedzieć w Waszyngtonie, palić trawkę i posuwać panienki. Pieprzone uniwersytety zatruwają młodzież lewackimi bujdami.

Wahał się przez moment, ale ostatecznie wyskoczył z pojazdu – z pewnością i spokojem polityka na wiecu wyborczym – i powiedział:

– Panie Donovan, proszę tutaj przyprowadzić pana McKenzie. A ty chłopcze się nie stawiaj, bo tu jest wojna, a nie plac zabaw.

Kara za pychę, tak myślał po latach o tym, co miało miejsce później. Nie bierz imienia pana Boga swego na daremno, wspominał w duchu, imienia wojny.

 

*

Na drodze stanęły jeszcze dwa gaziki. Wysypali się kolejni żołnierze. Tym razem to gruby Papieroskarz wyszedł naprzód.

– Rozstąpić się – rozkazał. – Zostawić dzieci i odejść na bok.

Widząc zdecydowanie oficera, przerażeni ludzie odsuwali się. Brudne dzieci w porwanych ubrankach, jedząc łapczywie cukierki, umazały się czekoladą. Po chwili, dostrzegłszy, że dorośli je opuścili, zaczęły płakać.

Jeden Adolf stał z zaciśniętymi piąstkami i milczał. W końcu wybiegł naprzód z oskarżycielsko wystawionym paluszkiem i zaczął wrzeszczeć.

– Wojas, Wojas – pozostałe dzieci przyłączyły się do chłopczyka. – Niedobry Wojas!

– To wy jesteście niegrzeczne, pieprzone bachory – odpowiedział Papieroskarz. – Przecież nic już, kurwa, nie można zrobić!

Chapman spojrzał na niego zdziwiony. Jeszcze mocniej chwycił syna gubernatora za ramię i cofnął się do samochodów. Poczuł tę samą bezsilność, jak wtedy, kiedy widział dzieci niosące swastykę na sztandarze, gdy dostrzegł, że oficer odbezpiecza pistolet.

Papieroskarz wymierzył w Adolfa i go zastrzelił. Pruł do pozostałych, ale już nikogo nie trafił.

Dziennikarze i studenci zaczęli wyć. Żołnierze okładali ich kolbami. McKenzie wrzeszczał, a Chapman po prostu stał w milczeniu i odwrócił wzrok.

Donovan podniósł karabin i po kolei wystrzelał pozostałe dzieci. Bryzgała krew. Małe ciała nagle poczęły syczeć, kurczyć się i węglić, jakby zła wiedźma wrzuciła je do wnętrza gigantycznego, rozgrzanego pieca.

Potem zapadła cisza.

Parę chwil później, pod czerwonym księżycem, na drodze między dwiema wydmami, gdzie dął wiatr, nie pozostały nawet popioły.

 

IV

– To koniec, kurwa. Co wyście tam zrobili z tymi dziećmi? – Chapman krążył po biurze dowódcy i tłukł obcasami w podłogę, jakby to mogło zmienić ścieżkę czasu. – Gdzie są ciała?

Powietrze, wlatujące przez otwarte drzwi, wywiało papierosowy dym. Jarzeniowe światło stało się jasne i wyraźne. Tylko twarze ludzi wciąż były poszarzałe.

– Panie, jakie ciała? – odparł Papieroskarz. – Przecież te jebane bachory dalej się bawią w berka w obozie.

– Przecież sam widziałem, jak je pan zamordował!

– Gówno pan widziałeś.

Dopiero teraz do Chapmana dotarł absurd tego miejsca. Supertajne miejsce, które musi być pilnowane przez zgraję obszczymurów. Niekompletne raporty, sprzeczne informacje, plotki w kuluarach urzędów.

Z nonsensu narodziło się jedno pytanie, które zadał, ważąc starannie – jakby to były składniki alchemicznego eliksiru szaleństwa – każde słowo:

– Czy mamy tu do czynienia z duchami?

– A co to ma kurwa za znaczenie? I tak pan tego nie wpiszesz do raportu. – odparł Papieroskarz. – A jak czegoś nie ma w papierach, to nie istnieje. Więc możemy przystać na te pańskie hollywoodzkie duchy.

– Niech pan sobie jaj nie robi. Nic tu się kupy nie trzyma.

– I nie będzie. Pewnych rzeczy nie sposób ogarnąć. Szczególnie facetowi, który w dwa dni ma ocenić, czy można światu pokazać miejsce zła. W dwa dni.

W pokoju zapadła cisza. Jedynie z zewnątrz dochodziły odgłosy sprzeczek między żołnierzami i płaczu studentek.

– Dlaczego zastrzelił pan te dzieci?

– Bo są okrutne. Bez ogródek robią to, czego same doświadczyły, jak to bachory. Znają mnie, byłem w czasie wojny w obozie, ale nie mogłem im pomóc. One tego nie rozumieją. Wiem, co się z nimi stało i nie chcę tego ponownie oglądać – powiedział oficer. – A one, wyniesione z obozu, po pewnym czasie zaczynają umierać w taki sposób, jak to się dzieje, gdy wrzucić człowieka do pieca. I robią to tak, żeby człowiek jak najwięcej zobaczył. A jak się je wcześniej zabije, to po prostu znikają.

– Co to znaczy, że nie mógł im pan pomóc?

– Segregacja była. Większe dzieci szły do pracy, a mniejsze – te, które mieściły się pod kijem ustawionym na metr dwadzieścia wysokości – na śmierć. A ja tylko patrzyłem.

Zapadła chwila ciszy.

– Dlaczego pan nie opuści tego miejsca? – spytał Chapman. – Mogę załatwić przeniesienie.

– Nikt inny tu nie wytrwa. Poprzedni dowódca palnął sobie w łeb. Próbował rozwiązać problem dzieci i się przeliczył. Wy jankesi macie to do siebie, że nazbyt wierzycie we własne możliwości, a czasem trzeba sobie odpuścić.

– Rozumie pan, że będę musiał negatywnie rozpatrzyć wniosek o odtajnienie tego miejsca. Opinia publiczna nie jest jeszcze gotowa na takie informacje.

– Tak. Przecież to tylko banda brudnych dzieci na dzikim krańcu świata, które nie wiedzą, dlaczego umarły.

Oficer odpalił kolejnego papierosa. Westchnął i powiedział:

– Załatw pan tych dziennikarzy, żeby nie nabruździli za bardzo.

 

*

Nie byłby Amerykaninem, gdyby nie spróbował, mawiał potem Donovan. Chapman pewnie myślał, że w przerwie między lotem na Hawaje a wizytacją wojsk w Londynie uratuje AZ/B-1. A tu chuj.

Kazał zawieźć się do obozu, bo wyczytał coś w starych raportach. Gdy dzieci wyszły ze śmieci ustawił je w szereg do tej pieprzonej bramki, sierżant opowiadał, podnosząc drżącą dłonią kieliszek do ust.

Cholerne poobrzynane warkoczyki szalały na wietrze.

Bachory – o dziwo – posłuchały go. Może myślały, że to jakaś nowa zabawa. Może i one liczą na ratunek. Chapman ustawił żerdź bramki tak nisko, żeby najmniejszy sukinsyn bez problemu mógł ją strącić, a potem kazał im iść naprzód. Wtedy zaczęły się problemy.

Dzieci, jedno po drugim, zaczęły robić się coraz mniejsze i mniejsze. Próbowały podskakiwać, iść na palcach, dłonią strącić żerdź, ale żadnemu się nie udało. Wtedy zza winkla, owinięty tym cholernym sztandarem, wybiegł Adolf i wpadł do budynku na uboczu.

Donovan pokazywał oparzenia na dłoniach, których doznał, gdy próbował zatrzymać chłopca.

Dzieci z płaczem ustawiły się w drugą kolejkę, wiodącą do drzwi, gdzie przepadł Adolf.

I co, błaźnie – zapytał sierżant Chapmana. – Co napiszesz w raporcie?

 

fin

 

 

Koniec

Komentarze

O kurczę, świetny, naprawdę mocny tekst. Dawno nie czytałem czegoś takiego. Zarówno pomysł jak i wykonanie, dla mnie, na najwyższym poziomie. Nie zgrzytają żadne błędy i dlatego można skupić się na samym opowiadaniu, które dosłownie porywa od pierwszego zdania. Opisy robią wrażenie, ale najbardziej podobają mi się porównania, bardzo trafne i miejscami zabawne. Dobre też dialogi. Największa zaleta tego tekstu to jednak sama świetnie przedstawiona historia. Obeszło się bez banałów, wynikiem skażenia nie jest żadna Godzilla czy coś w tym stylu, znakomicie wykorzystałeś ten pomysł skażenia do zupełnie innych celów, poruszajac trudny temat.  Poza tym bardzo dobrze budowane jest napięcie. Stopniowe wyjaśnianie tajemnicy, zaskakujące elementy i dobre zakończenie. Cóż, podobało mi się bardzo, ode mnie 6.

Pozdrawiam

Podobało mi się, raczej od początku do końca. Może czasem znalazło się słowo, które mi nie przypasowało, ale ogólnie na plus, moim zdaniem. Pomysłowe. I dobrze wystopniowana fabuła, zachęcająca do czytania. Chociaż, kurczę... Zostaje jakiś niedosyt, nie wiem czym spowodowany. Moze sama historia jest akurat nie dla mnie.
Pozdrawiam. ^^

Przykro mi, nie podzielam zachwytu Redila. Alternatywny świat --- OK., ale te dzieci są --- hm --- niezrozumiałe i niewytłumaczalne. Mam na uwadze dowolnie zwariowane, ale nie trącące magią wytłumaczenie.

(...) od jednej do drugiej krawędzi wzroku. --- czym jest owa krawędź?

Tekst jest naprawdę dobry, mocny, wciągający. Dobrze napisy.
Wypada kilka literówek i nieścisłości, ale do przełknięcia.
Czegoś mi delikatnie brakuje jeszcze w tym tekście, ale ogólnie mi się bardzo podoba.

To są moje klimaty. Lubię takie historie i twoją tym bardziej. Kilka chwytów warsztatowych, specjalnie - porównań, jest naprawdę świetnych. Należy ci się ocena i masz moje 6.;))))

Serdeczenie dziękuję za komentarze.
pozdrawiam

I po co to było?

Dobre, zgrabnie napisane i trzymające do końca. Bez piania z zachwytu, ale to naprawdę kawałek dobrego pisania  (głownie jeśli idzie o technikę) :)

Bardzo dobry, mocny tekst. Nominacja do wyróżnienia w 100-procentach zasłużona. 6

Witaj!

Przyznam, że niezłe. Pasowałoby do antologii "Deszcze Niespokojne", która kiedyś ukazała się (chyba) za sprawą Fabryki Słów. Dobry język i ciekawie kreowana alternatywna rzeczywistość naprawdę wciągają. Chciałbym kiedyś przeczytać jeszcze coś Twojego w takim właśnie klimacie.
Zasłużona nominacja.

Pozdrawiam
Naciedzony

@ Naviedzony -- zapraszam w takim razie do przeczytania Bulwaru złamanych marzeń
pozdrawiam

I po co to było?

Jak zapraszasz to wpadnę. ;)

Robi wrażenie. Niektóre fragmenty, jak ten z "bawimy się w palenie Niemców", zapadają w pamięć na dłużej. I ta bezradność żołnierzy w konfrontacji z czymś, co niewyjaśnione. Co tu napisać w tym raporcie? Naprawdę bardzo dobry tekst.

Świetny tekst. Bardzo dobrze napisany, genialny klimat, intrygujący pomysł. Kończą mi się już nacechowane pozytywnie określenia :D

Bardzo mi się podobało.

Pozdrawiam!

Świat tak paskudny, że do mnie nie przemówił. Ale tekst dobrze napisany. Gdzieś tam masz "ochyple".

Babska logika rządzi!

Dzięki za komentarze ; )

I po co to było?

Syfie, walenie czytelnika między oczy pewnie sprawia Ci dużą przyjemność. Może to nie jest normalne, ale z równą przyjemnością wystawiam się na Twoje ciosy.

Dzieci słońca dołączają do listy moich ulubionych Twoich opowiadań.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Miło mi ; )

I po co to było?

Pierwszy akapit to sztuka w miniaturze. Porównanie dzieci do rozsypanych drobniaków jest po prostu genialne.

 

Potem też sporo świetnych fragmentów. Adolf stojący z boku, gwiżdżący czajnik, rozsypane kartki i to pytanie, co robią dzieci. Kapitalne, kapitalne :)

miło mi : )

I po co to było?

Podobało mi się :)

Znam tylko pięć liter ;)

:)

I po co to było?

Nowa Fantastyka