- Opowiadanie: Suzuki M. - Wszędzie dobrze, ale...

Wszędzie dobrze, ale...

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Wszędzie dobrze, ale...

Postanowiłyśmy wynająć mieszkanie razem. Dwa pokoiki z mikroskopijną kuchnią i jeszcze mniejszą łazienką okazały się idealne dla naszych potrzeb. Studencki standard: bezpłciowe, beżowe ściany, ascetyczno-przypadkowy wystrój, każdy mebel z innego kompletu. Wystarczyło.

 

Ula, nie pytając mnie o zdanie, wzięła mniejszy pokój. Typowe. Nienawidziłam tej jej potrzeby męczeństwa, czy może przeświadczenia, że na nic nie zasługuje, że co lepsze, to dla innych. Nigdy nie rozgryzłam właściwego powodu nieustannego, obsesyjnego zaniżania własnej wartości. Była inteligentną dziewczyną, oczytaną, bez problemów towarzyskich. Z wyglądu przeciętna, za to od pierwszego spojrzenia robiła sympatyczne wrażenie.

 

Różnice naszych charakterów widać było gołym okiem. Choćby w wystroju pokoi. Obydwie często zmieniałyśmy miejsce zamieszkania, ale mi to nie przeszkadzało ciągać ze sobą całej ciężarówki pierdółek i dwóch kotów. Kiedy rozpakowałam się w przestrzeni wspólnej, zrobiło mi się głupio, że dla niej zostało tak mało miejsca. A potem przyjechała Ula. Cały dobytek przywiozła autobusem, w plecaku i dwóch workach. Nie miała nawet pościeli, tylko śpiwór.

 

Po tygodniu wreszcie rozpakowałam wszystkie pudła. Pokój został obwieszony obrazami, meble, po wypróbowaniu kilkunastu kombinacji, ustawione w najbardziej adekwatny do zapotrzebowania sposób, półki załadowane bibelotami i… byłam już u siebie.

 

Pokój Uli ostatecznego kształtu nabrał już godzinę po jej wprowadzce. Nazwała go „celą". Większość półek pozostała pusta. Beżowe ściany zdobiło jedynie wielkie lustro, które było tu przed naszym przybyciem i kilka, wyrwanych z czasopisma, reprodukcji obrazów Klimta. Nie zatroszczyła się o łóżko, wystarczył jej zapewniony przez właściciela lokum materac. Ściągnęła nawet firanki, żeby było jaśniej… Niektóre pokoje hotelowe nawet bez lokatorów wyglądają na bardziej zamieszkane.

 

I tak rozpoczęłyśmy wspólnie dorosłe życie. W pełnej zgodzie. Mimo, a może dzięki całkowitemu przeciwieństwu charakterów. Tolerowałyśmy wszystkie swoje dziwactwa. Ona nie uciszała mnie, gdy za ścianą zbyt głośno śpiewałam, ja przywykłam, że po osiemnastej nie namówię jej na skonsumowanie niczego, co nie jest w płynie. Z czasem zaczęłyśmy mimowolnie i bezwiednie wpływać na siebie nawzajem i dzielić przyzwyczajenia. Ona zaczęła nosić sukienki, ja towarzyszyłam jej na kameralnych koncertach, o których dowiadywała się z tylko sobie znanych źródeł.

 

Wytworzyła się między nami jakaś dziwna więź. Uwielbiałam wspólne kuchenne wieczory przy winie i radiu, kiedy najpierw relacjonowałyśmy sobie niemalże minutę po minucie cały dzień, potem ględziłam o moich podbojach miłosnych, a ona opowiadała o ciekawych wydarzeniach kulturalnych i książkach, które właśnie czytała. A potem był spontan… Czasem, już późną nocą, ze śmiechem próbowałyśmy prześledzić, jakim cudem doszłyśmy od muzyki meksykańskiej do rozważań na temat nieskończoności, albo jak Stieg Larsson doprowadził do dywagacji na temat partnerów do miłosnych trójkątów. Rozśmieszałyśmy się, pocieszałyśmy, dodawałyśmy sił. A nie było łatwo.

 

Samodzielność nie okazała się tak kolorowa, jak sobie wyobrażałyśmy. Ja miałam wredną szefową, ona wrednych klientów. Ja rodzinę miażdżącą mnie presją rychłego zamążpójstwa i dzieciorodztwa, ona brata alkoholika i chorą mamę. Do tego mieszkanie, co jakiś czas, płatało nam figle. To klepki w podłodze wypadały, to grzejniki przestawały grzać, to zamki się zacinały… Kiedyś, pod naszą nieobecność, do mieszkania wtargnęła burza, choć mogłabym przysiąc, że przed wyjściem pozamykałam wszystkie okna.

Z dnia na dzień widziałam, jak Ula gasła. I ona chyba widziała to samo, patrząc na mnie. W pewnym momencie zauważyłam, że wchodząc do mieszkania od razu myślę o kieliszku wina. To było odruchowe. Jeśli akurat żadnej butelki nie było w lodówce, choćbym nie wiem jak była padnięta, szłam do sklepu. Wieczorem dołączała Ula. Już nie snułyśmy radosnych dyrdymałów. Jakby z naszego życia spłynęły wszystkie jasne barwy. Każdy kolejny dzień był ciemniejszy od poprzedniego.

 

Sylwestra spędziłyśmy razem, w kuchni. Jak każdy poprzedni wieczór. Z winem i lufką marihuany. Wtedy wyjawiłam Uli, że nie mogę wytrzymać w mieszkaniu na trzeźwo. W pracy wszystko jest ok., na mieście wszystko jest ok., wśród ludzi wszystko jest ok. Ale gdy tylko przekraczam próg…Całe „ok" gdzieś znika, za to z lodówki słyszę zachęcające wołanie…Ula spojrzała na mnie zeszklonym wzrokiem. Miałam wrażenie, że waha się, czy mi coś powiedzieć. W końcu wyszeptała, niemal niedosłyszalnie:

– A mi się śnią psy… – Patrzyła rozszerzonymi do granic możliwości źrenicami. Wyglądała jak ktoś skrajnie przerażony. – Wielkie psy z wyszczerzonymi kłami. Atakują mnie, szczekają, wygryzają się w ręce, w twarz… Sny o psach to zły omen. Jest ich coraz więcej, prawie każdej nocy. I prawie każdego dnia dzieje się coś złego. One mnie w końcu dorwą…

 

Wstrząsnął nią spazmatyczny płacz. A ja nie wiedziałam, co zrobić. Jakoś w jednej chwili otrzeźwiałam.

– To to mieszkanie… Tu wszystko się zaczęło… Zaczęły się sny, zaczęły się bóle głowy… Nienawidzę tego miejsca…

– Ula, przestań – powiedziałam łagodnym głosem, ale nie wiedziałam, jak zbić jej absurdalne argumenty. Fakt, że i ja trochę podupadłam na zdrowiu. Męczyły mnie alergie i migreny, ale zwalałam wszystko na stres, bo przecież go nie brakowało.

I śniły mi się martwe zwierzęta…

 

Czym prędzej odrzuciłam te myśli. Po raz pierwszy musiałam być tą rozsądną.

– Kiedyś w końcu znowu będzie dobrze – powiedziałam cicho i położyłam dłoń na ramieniu Uli.

– Nic nie będzie dobrze! – Odepchnęła moją rękę i gwałtownie wstała. Jej twarz przypominała przerażającą maskę. Zaczerwieniona od płaczu, ze spuchniętymi i wypełnionymi rozpaczą oczyma, nie przypominała mojej zawsze opanowanej współlokatorki. Po chwilowym wahaniu chwyciła stojące na stole wino i zaczęła pić prosto z butelki. Wtedy stało się coś, czego wspomnienie nadal przyprawia mnie o ciarki.

 

W całym mieszkaniu rozległ się stukot, dziwaczna kakofonia, jakby ktoś walił młotkami w popsute dzwony, w… kaloryfery! To dobiegało ze wszystkich kaloryferów w mieszkaniu! W sekundę zapanował ogłuszający rumor!

Ula wypuściła butelkę z rąk, zachwiała się i pośliznęła na rozlanym trunku. Roztrzaskane szkło, niczym ostrze, rozpłatało jej spodnie i łydkę. Pobudzona krew zaczęła gęstym strumieniem zalewać ranę i mieszać się z winem. Byłam sparaliżowana, nie mogłam nic zrobić. W uszach wciąż dźwięczał ten straszny hałas, podejrzewałam, że najmniejszy ruch znów go wywoła. Tylko kątem oka widziałam, jak Ula wstaje z trudem i wlekąc poranioną nogę, odchodzi do swojego pokoju. Siedziałam w bezruchu do wschodu słońca. Tuż obok, na kafelkach zasychała szkarłatna mieszanina.

 

Od tego wydarzenia Ula się ode mnie odsunęła. Jakby obnażenie emocji wywołało wstyd. Ja czułam wstyd na pewno. Nie pomogłam jej. Siedziałam wtedy jak słup soli. Jedynie podłogę umyłam, kiedy już pierwsze promienie zimowego słońca oświetliły kuchnię.

To był ostatni kuchenny wieczór. Odtąd zamykałyśmy się w pokojach i kontakty ograniczałyśmy do zwrotów grzecznościowych. Ula wyglądała coraz gorzej. Przestała farbować włosy, nosić makijaż, coraz częściej widywałam ją z podpuchniętymi, zaczerwienionymi oczyma. Prawie każdego wieczora mieszkanie pachniało marihuaną. Nabrała też zwyczaju przesiadywania w wannie.

Któregoś razu, zaniepokojona, zastukałam do drzwi łazienki:

– Żyjesz?

– Mhm…

To mi musiało wystarczyć. Po jakimś czasie te pytania urosły do rangi rytuału. Kiedy tylko słyszałam szum puszczanej wody, zerkałam na zegarek i regularnie co piętnaście minut pukałam, by usłyszeć uspokajające „mhm". Głupia obsesja. Aż się dziwię, że ani razu nie usłyszałam: spierdalaj, durna cipo!

 

Jestem typem domatorki, zazwyczaj nigdzie nie wychodzę, a kiedy skończyły się koncertowe wypady, swój czas dzieliłam jedynie miedzy pracę i mieszkanie. Tego wieczora postanowiłam wyjść. Gdzieś. Gdziekolwiek. Wybrałam pobliskie kino.

 

To był dobry wybór. Głupia komedia pozwoliła mi na chwile zapomnieć, co czeka w mieszkaniu: powietrze tak gęste, że nie można go wciągnąć do płuc, nieustające poczucie winy, że nic z tym nie robię i to ciągle tłukące się tuż pod powierzchnią czaszki przeczucie nadchodzącej katastrofy. W końcu w nocy śniłam o tabunach martwych zwierząt. Bardzo zły omen.

 

Przekraczając próg mieszkania, jak zwykle poczułam to dziwne wołanie od strony chłodzącej się w lodówce butelki. Zaraz potem zobaczyłam zapalone w łazience światło. Zrzucając zimowe klamoty, krzyknęłam: hej!

Cisza.

Podeszłam do drzwi łazienki i zastukałam.

– Żyjesz?

Cisza.

Złapałam za klamkę i delikatnie nacisnęłam. W tym momencie w okolicy serca odezwał się dokuczliwy nerwoból, który niemal zgiął mnie w pół i odmówił płucom powietrza. Drzwi były zamknięte od środka. Usilnie ignorując przeszywający moje serce gorący szpikulec, zaczęłam uderzać pięścią w drzwi, wołając jej imię. Żadnej reakcji. Szarpałam klamkę, na próżno. Przyniosłam z kuchni nóż, i z wielkim trudem, bo ręce drżały mi jak chyba jeszcze nigdy dotąd, zdołałam odblokować zamek. Na miękkich nogach wkroczyłam do łazienki.

 

Ula leżała w pełnej białej piany wannie. Spała. Poklepałam ją po policzku, ale nic to nie dało. Lekko potrząśnięta też się nie przebudziła. Nie wiem, czemu właściwie sprawdziłam jej puls. Bił, ale bardzo słabo. Sięgnęłam pod wodę i wymacałam jej dłoń, pociągnęłam do góry, by zarzucić sobie na szyję i wyciągnąć ją z kąpieli…

 

Z wyciągniętych spod wody dłoni skapywała rdzawa ciecz. Nie zrozumiałam na początku. Mój wzrok powędrował w powstały w pianie prześwit. Woda była czerwona. Dopiero wtedy spojrzałam na trzymaną w dłoni rękę. Przedramię było rozorane od nadgarstka po zgięcie w łokciu…

 

Te chwile pamiętam jak przez sen. Wypuściłam rękę, jakby była jakimś obrzydliwym stworem. Upadłam i wydałam z siebie jakiś nieartykułowany dźwięk. Moje wszystkie wnętrzności usiłowały wydostać się przez przełyk na zewnątrz. Pole widzenia zabarwiło się na niebiesko, ale Bogu dzięki nie zemdlałam. Przemagając drżenie całego ciała i nadchodzące wymioty, wyszarpnęłam z wiszącego na drzwiach szlafroka pasek i zawiązałam jego dwa końce ciasno nad łokciami Uli. To jedyne, co przyszło mi do głowy. Nikt mnie nigdy nie uczył, jak się zachowywać w takich sytuacjach!

Nerwowo wytarłam ręce w pierwszy lepszy ręcznik i wróciłam na korytarz, gdzie w torebce został mój telefon. Kiedy trzymałam go już w dłoniach, dotarło do mnie, że nawet nie wiem, jak zadzwonić na pogotowie. Wtedy się rozpłakałam. I płakałam już do końca. Kiedy dzwoniłam do koleżanki z pracy z prośbą, żeby wysłała do mnie karetkę, kiedy czekałam całą wieczność na jej przyjazd, kiedy sanitariusze wyciągali ociekające krwią ciało Uli z wanny, kiedy wsiadaliśmy do karetki… Dopiero w szpitalu dostałam leki uspokajające. Później psycholog, policja… i przelotne spotkanie z mamą Uli. Wymieniłyśmy tylko jedno spojrzenie, ale zapamiętam je do końca życia.

 

Noc spędziłam w szpitalu. Nie chciałam wracać, poszłam prosto do pracy, tylko po urlop. Próg mieszkania przekroczyłam dopiero po kolejnej dawce środków uspokajających. Zimny dotyk klamki znów wywołał ścisk nerwobólu. Zacisnąwszy pięści, postanowiłam wszystko zrobić najszybciej, jak się da, jednak kiedy zobaczyłam zamknięte drzwi do łazienki i zapalone światło, zamarłam.

 

Nie wiem, ile trwał paraliż, w trakcie którego widziałam tylko rozświetlone okienko w drzwiach łazienki i słyszałam dziwne dźwięki, jakby całe mieszkanie trzeszczało. Jakby mruczało niczym kot, bezczelnie zadowolone: tak, to moje dzieło i co mi zrobisz?

 

To skojarzenie coś we mnie obudziło. Bunt? Wolę walki? Wściekłość? Gwałtownie ruszyłam z miejsca, złapałam za klamkę, szarpnęłam i… Drzwi były otwarte. W wannie nadal stała zabarwiona krwią woda. Piana już dawno zniknęła. Nic poza tym. Zrzuciłam kurtkę, podwinęłam rękawy i wyciągnęłam korek. Czekając na opróżnienie wanny, zgromadziłam wszystkie szmatki i środki czyszczące, jakie były w mieszkaniu. Wściekle szorowałam rude zacieki przez pół godziny, wysiłek uciszał moje myśli. Aż się dziwię, że nie zdarłam całej emalii. Potem przeszłam do swojego pokoju, wrzuciłam do plecaka najpotrzebniejsze rzeczy, spakowałam do transportera zdziwione koty. Poczułam prawdziwą ulgę, opuszczając mieszkanie.

 

Już na dworcu poinformowałam mamę, żeby spodziewała się mnie na rodzinnych włościach za jakieś pięć godzin. Z tego dwie stanowiły oczekiwanie na pociąg, ale nie przeszkadzało mi to. W dworcowej poczekalni czułam dziwny spokój. Wśród ludzi, hałasu… I z dala od tego przeklętego mieszkania.

 

Mama, widząc mój stan, nie nalegała na szybką relację. Dopiero drugiego dnia, nie powstrzymując łez, opowiedziałam jej, co się wydarzyło. Nie wspominałam jednak, jaka obsesja doprowadziła Ulę do takiego stanu. Oczywiście wyczuła, że nie mówię wszystkiego. Czekała cierpliwie.

 

Do tematu wróciłyśmy następnego dnia.

– Chyba się przeprowadzę.

– Zrozumiałe, po takich przeżyciach…

– Przeżycia też, ale to mieszkanie… – Nim się zorientowałam, było już za późno, by cofnąć zdanie. – W tym mieszkaniu jest chyba coś niedobrego. Ilekroć przekraczam próg, czuję, jakby coś wysysało ze mnie energię. Ula też to czuła. Obydwie miałyśmy koszmary… To nie może być zbieg okoliczności.

– Zła energia. – Nie byłam w stanie potraktować serio tego podsumowania. Mama miała obsesję na punkcie feng shui i wszędzie widziała złą energię, złe ustawienie mebli i przedmiotów. Ja uważałam to za brednie. – Tak bywa. Musiało się jej tam nagromadzić wyjątkowo dużo. Trzeba by je oczyścić…

– Mamo, proszę cię… Po prostu się wyprowadzę.

 

Trzeciego dnia musiałam wrócić, mama Uli chciała zabrać rzeczy córki. Wpuściłam ją do mieszkania, sama chroniąc się w pokoju. Po dwóch kwadransach przyszła oddać klucze. Przy drzwiach spojrzała na mnie ostatni raz. Nie wytrzymałam.

– Przepraszam, ja…

Uciszyła mnie gestem. Nic nie mówiąc przytuliła i opuściła mieszkanie. Nie wiem, co chciała w ten sposób powiedzieć: to nie twoja wina? A może: wszyscy jesteśmy winni?

 

Weszłam do opuszczonego pokoju. Brak lokatorki nie rzucał się bardzo w oczy. Klimt dalej wisiał na ścianach, jako ostatnia pamiątka jej obecności. Stanęłam przed lustrem. Prawie nie poznałam dziewczyny, która na mnie patrzyła. Podkrążone i zapadnięte oczy, ziemista cera, zgarbiona sylwetka. I ten dziwny wyraz twarzy, który samą mnie odrzucał. Znowu usłyszałam to dziwne mruczenie…

 

Moja krew zawrzała. Wróciła wściekłość, bunt i chęć walki. Podbiegłam do okna i otworzyłam je na oścież. Potem w kuchni i w swoim pokoju. Zablokowałam wszystkie drzwi, żeby zachować przeciąg. W ruch poszła miotła, odkurzacz, szmaty, płyny, emulsje, spraje… Sprzątałam. Jak nigdy wcześniej w swoim życiu. Wyczyściłam każdy zakątek, poodsuwane meble wyszorowałam ze wszystkich stron, nawet od spodu. Przed miotłą nie uchronił się nawet sufit. Wyniosłam tony śmieci, pozostawiane pewnie jeszcze przez wcześniejszych lokatorów. Wyprałam firanki i dywaniki. Naprawiłam wszystko, co było w zasięgu moich możliwości. Zajęło mi to dobę. Równą dobę. Non-stop. A potem zasnęłam.

 

Obudziłam się po szesnastu godzinach. Dawno tak dobrze nie spałam. Za oknem właśnie dzwony pobliskiego kościoła wzywały wiernych na niedzielną mszę. Odbite od śniegu zimowe słońce rozświetlało pokój w jakiś magiczny sposób. To było jak sen.

 

Wstałam, przeszłam się po mieszkaniu. Po wczorajszych porządkach wyglądało imponująco. Ruszyłam w stronę lodówki. Po otwarciu drzwiczek mój wzrok od razu wpadł na otwartą butelkę wina. Ze zdziwieniem stwierdziłam, że w ogóle nie mam na nie ochoty. Czyżby mama jednak miała rację, co do tej złej energii? Zaśmiałam się na tą myśl.

 

Całą niedzielę spędziłam w mieszkaniu. Bez kropli alkoholu, bez stukających grzejników, bez prowokującego mruczenia. Spokojna i opanowana. Decyzję o przeprowadzce odłożyłam na później. Tylko do wanny początkowo nie mogłam wejść.

 

Minął kolejny tydzień. Nic się nie zmieniło. Spokój i harmonia. Znajomi powtarzali mi, że dobrze wyglądam. Dobrze, w porównaniu z tym, jak wyglądałam ostatnimi czasy. Cały niepokój, wszystkie nerwy, jakby spłynęły z brudną wodą po myciu podłogi.

 

Ja też widziałam zmianę. Codziennie przeglądałam się w lustrze, przeniesionym z drugiego pokoju. Zawisło na ścianie, między łóżkiem a szafą, stając się jednocześnie nową fascynacją jednego z kotów. Przeglądał się w nim godzinami, znacząc taflę śladami łapek i pyszczka.

 

W piątek dostałam wiadomość, że Ula jest pod opieką psychiatry, ale z dnia na dzień czuje się lepiej. Porzuciłam myśl o przeprowadzce i już w sobotę rozpuściłam wieści, że poszukuję współlokatora. Na wyniki nie czekałam długo. W poniedziałek przyszedł Marcin, koleś z ogłoszenia. Od razu zrobił na mnie miłe wrażenie. Student prawa. Wysoki, dobrze zbudowany, przystojny, wygadany… Mój typ. Trochę popytał o mieszkanie, trochę poflirtował i z miejsca podjął decyzję o wynajmie. Nie mogło być lepiej.

 

Wprowadził się w sobotę. Wieczorem zrobiliśmy sobie coś w rodzaju wieczorku zapoznawczego. Najpierw było wino, potem przyniósł wódkę. Piłam ostrożnie, nie chciałam na starcie zepsuć sobie opinii, ale on za kołnierz nie wylewał. Z każdym kieliszkiem tracił coraz więcej czaru i uroku. Najpierw z dumą demonstrował obrzydzające mnie cwaniactwo, potem zaczął opowiadać o swoich kobietach, nie szczędząc im „suk" i „kurw". Zapobiegawczo ewakuowałam się zaraz po tekście: „Jesteś zajebista. I masz zajebiste cycki." Długo jeszcze czuwałam w łóżku, rozważając, czy nie dobrałam współlokatora zbyt pochopnie.

 

Kolejne dni tylko utwierdzały mnie w tym przekonaniu. Marcin uparcie podszczypywał, próbował obejmować, wpadał bez pukania i co wieczór namawiał na picie. Szybko zaczęłam myśleć, jak go grzecznie wyprosić z mieszkania, skoro jasne i wyraźne komunikaty nie przynosiły skutku.

 

W sobotę wieczorem wyszedł gdzieś, a ja w końcu odetchnęłam. Zbierałam siły, by w niedzielę oznajmić mu, że ma się jak najszybciej wyprowadzić. Zasnęłam pełna nadziei, że wkrótce wszystko znów wróci do normy.

 

Obudziło mnie głośno grające radio i jasne światło. Wkurzyłam się na Marcina, że nie daje mi w niedzielę pospać. Otworzyłam oczy. Na budziku była 2.03. W pokoju było zapalone światło, a dudniło moje radio. Przy łóżku stał Marcin, z głową odwróconą w stronę głośników. Po chwili wyłączył odbiornik i zorientował się, że nie śpię.

– Cześć – powiedział szeptem.

Wyglądał dziwnie. Miał rozszerzone źrenice, był blady, drżał.

– Co ty tu robisz?– odfuknęłam.

– Nic, spokojnie…

 

Uniósł kawałek kołdry i położył się tuż obok mnie. Zgłupiałam. Radio znowu zaczęło grać na cały regulator. Lampa zamigotała. Moje serce walił, jak po przebiegniętym maratonie.

– Wynoś się! – krzyknęłam.

Jakby nie słyszał. Poczułam jego dłoń na piersi i bez namysłu dosłownie wykopałam go z łóżka. Szybko wstał z podłogi i spojrzał na mnie z uśmiechem, nie zwiastującym niczego dobrego.

– Lubisz na ostro, suko? – wysyczał i uderzył mnie w twarz.

 

Zobaczyłam czarne plamki. Zanim się otrząsnęłam, przygniótł mnie całym swoim ciężarem, ręką zasłonił usta i nos. Szarpnęłam, ale nieśmiało, w obawie przed kolejnymi razami. Niezaproszone, głodne dłonie, przesuwające się zachłannie, zostawiały po sobie brudne smugi. Płakałam. Kiedy już zadarł moją koszulę pod samą szyję, a z braku powietrza traciłam przytomność, radio przestało grać, zgasło światło. Marcin znieruchomiał zaskoczony, uścisk na twarzy zelżał. Trwało to tylko chwilę, ale zdążyłam zaczerpnąć powietrza. Gwałciciel zaczął się mocować z paskiem od spodni. Wtedy to zauważyłam.

 

Mimo środka nocy, w pokoju było dosyć jasno. Śnieg odbijał światło księżyca. Wystarczyło, bym nad plecami Marcina zauważyła unoszącą się w powietrzu dziwną, lustrzaną substancję. Wielkiego, ruchomego, bezkształtnego gluta, w którym wyraźnie widziałam odbicie swojej przerażonej twarzy. Sparaliżowało mnie, przestałam się bronić.

 

Zwierciadlane niewiadomoco rozrosło się, odbijając w masywnym cielsku całą łóżkową sytuację, po czym opadło niżej, dotykając pleców Marcina. Nie zauważył, kiedy zaczęło go powoli oblepiać, pokrywając szczelnie plecy, potem ramiona, ręce… Wtedy dopiero… Jego przerażenie nie ustępowało mojemu, widziałam, jak szeroko otwiera usta, ale nie może z nich dobyć żadnego dźwięku.

 

Jego ciało wydawało się z każdą sekundą lżejsze. To to coś ciągnęło go do góry. Po chwili wisiał w powietrzu. Kiedy tylko stracił oparcie, odzyskał głos, lecz zanim krzyk na dobre zabrzmiał, glut błyskawicznie wniknął do ust, pochłonął głowę, korpus… Usłyszałam bardzo nieprzyjemne trzaski… W ostatniej chwili spojrzałam w ledwo widoczne, nienaturalnie wytrzeszczone oczy Marcina. W kącikach pojawiły się krwawe łzy, ale nim zdążyły skapnąć, twór zakrył resztę twarzy i nóg, całkowicie wchłaniając ciało. Chwilę jeszcze trwał w powietrzu, falując i przerażająco trzeszcząc. Patrzyłam na zniekształcone odbicie nagiej kobiety, w jej śmiertelnie przerażone oczy.

 

Zbierając cała odwagę, oderwałam na chwilę wzrok i przesunęłam nim po lustrzanej istocie, szukając źródła jej pochodzenia. Trafiłam, oczywiście, na ramy lustra. Glut przypominał tkwiącego w ramach wielkiego węża, który dopiero co połknął ofiarę. Gula z trawionym ciałem powoli przesuwała się we wnętrzu masywnego cielska, niczym kęs w przełyku, aż w końcu znikła za ramami lustra. Ale to widocznie nie wystarczyło.

 

Nie byłam w stanie się bronić. Bez żadnego sprzeciwu pozwoliłam, aby istota oplotła moje ciało i, niczym piórko, uniosła w powietrze. Czułam, jakby owinięto mnie szczelnie miękką, chłodną kołdrą. Całkiem przyjemne uczucie…

 

Chwilę dryfowałam nad pokojem, czekając na koniec, kiedy nagle poczułam pod stopami klepki podłogi, a zwierciadlana substancja powoli zsunęła się z mojego ciała, wchłonięta w drewniane ramy. Tafla lustra zafalowała, po czym wróciła do normy. Stałam, przykładając dłoń do dłoni mojego własnego odbicia. Na jego twarzy gościł piękny uśmiech. Ale to nie ja się uśmiechałam.

 

 

Zrobiłam remont. Położyłam kolorowe tapety, nowy parkiet, meble, powiesiłam lustra we wszystkich pomieszczeniach. Trochę czasu zajęło mi przekonanie właściciela, że robię to za własne pieniądze, bo mieszkanie na to zasługuje. Mam nową współlokatorkę, która dzieli moje pasje dekoratorskie. Nie opowiadam jej o poprzednikach.

 

Sprawa Marcina, jakimś zrządzeniem losu, rozeszła się po kościach. Policji zeznałam, zgodnie z prawdą, że ostatni raz widziałam go w mieszkaniu, nie wiem, czy w jego zachowaniu było coś dziwnego, bo prawie go nie znałam i nie mam najmniejszego pomysłu na możliwe miejsce pobytu. Okazało się, że był już wczesnej notowany. Pobicia, kradzieże, próby gwałtu… Uznano go za zaginionego. Po rzeczy przyjechał ojciec – dobrze ubrany i zadbany mężczyzna, całkiem już siwy. Przywitał mnie tekstem: „Ja wiedziałem, że ten skurczybyk tak skończy. Pewnie go niedługo z Odry wyłowią, albo w jakimś dzikim grobie znajdą". Nie zadawałam pytań.

 

Znajomi czasem drwią, że przynoszę jeża. Niektórzy się dziwią, że po wszystkim postanowiłam dalej tam mieszkać. A ja… nigdzie nie czułam się bezpieczniejsza.

 

Koniec

Komentarze

Bardzo, wg mnie, zgrabna narracja.
Czasem jedynie dialogi wydawały się zbyt sztywne, jakieś schematyczne i ramowe, ale nie było ich zbyt wiele.

Ogólnie przyjemnie czytało mi się ten tekst. Ale nie powiem, zakończenie nieco zaskakujące. Szukałam powiązania z tymi psami w snach, ale jedyne to chyba ogólnie "zły omen", prawda?

Przyznaję, że pierwsza reakcja na zarzuty do dialogów brzmiała: to ja mam tam dialogi? :D Ale faktycznie są... A psy to w tym przypadku demony, każdy ma swoje i czasem nas dopadają...

Dzięki za wizytę :) 

www.herbatkauheleny.pl

Świetny tekst, z pomysłem i do tego napisany bardzo sprawnie. GJ.

Fajne. Cholernie wciągające, przeczytałem jednym tchem.

Zaufaj Allahowi, ale przywiąż swojego wielbłąda.

Ale Wy się ze mnie nie nabijacie? Przecież to prawie obyczajówka jest...

www.herbatkauheleny.pl

Super tekst,trzyma w napięciu.Podbał mi się pomysł i realizacja. Scena  z Marcinem, po prostu świetna. Mocne 5.;)))

Dziękuję :)

www.herbatkauheleny.pl

....w domu najlepiej:D
Niezłe:)
Zapowiadało się banalnie, ale mnie zaskoczyłaś.
Samo wykonanie też jak najbardziej na plus.
Ode mnie 5. 

Dziekuję :)

www.herbatkauheleny.pl

Opowiadanie jak najbardziej w twoim stylu. Ponure i z życia wzięte. Ja też zgadzam się z tezą, że czasami warto w domu posprzątać żeby wypędzić demona - choć na chwilę. Całkiem przyzwoita literatura spokojnie zasługująca na 5. Pozdrawiam   

"Z życia wzięte" :D

Zapraszam do "O klatkach, godności i gołych rękach" :) Nie jest w moim stylu i podobno jest nawet dobre :) 

www.herbatkauheleny.pl

Wróciłam. Bo mnie naszło pewne przemyślenie podczas mycia dziś zębów! (tak, wiem, w dziwacznych miejscach nachodzą mnie przemyślenia).

Kiedyś czytałam wywiad z tą popularną aktorką / kucharką. Na tvn style prowadzi "Nigela gryzie" kojarzycie? Kobieta całkiem fajnie gotuje, a przede wszystkim jest z tego mega zadowolona. Przy okazji chwali pod niebiosa to, ze może gotować, czuje się w tym kobieca i spełniona, etc etc... za co pani N. naraziła się wojującym feministkom z Wielkiej Brytanii (bo niby jak to kobieta w XXI wieku może być kobiecia w kuchni?! Apage, zgiń przepdanij! Gotowanie nie jest kobiece, bo nie jest feministyczne)

Nir boisz się podobnych zarzutów, tworząc tak do bólu prawdziwe, kobiece postaci? Twoja bohaterka ośmiela się sprzątać, być słaba w szarpaninie z facetem.

Ech, takie gorzkie moje przemyślenia na temat, na czym k*** ten podły świat stoi.


Pozdrawiam
~ Agrest

(więcej się nie odezwę :P)

Wątpię, żeby moje opowiadanie miało taki zasięg, jak programy Nigeli XD

Ale tak serio, to jestem już za stara, żeby pisac o Larach Croft i tym podobnych, poza tym wydaje mi się, że mówienie prawdy w wielu sytuacjach jest dużo zabawniejsze :) I strasznie mi miło, że mój tekst Cię męczy :D

www.herbatkauheleny.pl

Bardzo wciągające, choć to nie moje klimaty (ja jestem z tych od "Lary Croft i tym podobnych" ;)). Powiem szczerze, że chyba nie do końca zrozumiałam motywację demona... ale w końcu to istota nadprzyrodzona i nie musi myśleć tak jak my. Świetny styl i bardzo fajnie wykreowane postaci. 5

Demon zdaje się chronił swoją panią:) Tzn. główną lokatorkę. Chyba...

Nie lubię się tłumaczyć, ale ona chyba po prostu tym sprzątniem zrobiła mu dobrze, to czemu miałby jej nie polubić? ;) 

www.herbatkauheleny.pl

Bardzo interesująco napisane, aczkolwiek fabuła wydała mi się nieco nielogiczna. Najpierw próba samobójcza jednej z lokatorek jako efekt ataków psychicznych demona, a potem nieoczekiwany support ze strony tegoż. Za styl 6, za fabułę 4:).

Aha, nie znam wyrażenia "przynoszę jeża". Alternatywa dla "przynoszę pecha"?

Vladymir, dokładnie w komentarzu nad Toba potwierdziłam, skąd ten support. Wydawało mi się, że to logicznie wynika z tekstu :) A z tym jeżem masz rację ;)

www.herbatkauheleny.pl

Tak, rozumiem, ale wlasnie to mnie nie przekonuje. "Ach, jestem w sumie taki złośliwy demon, ale skoro laska się postarała i postrzątała, to będę miły" ;)
Stąd ta uwaga.

Jednak powinnam dać tytuł "Niektóre domu nie rodzą się złe" ;) Wiesz, to tak jak w tych bajkach, co to lwu wbił się kolec w łapę i lew był zły, a potem dziewczynka wyciagneła kolec i lew byl jej bardzo wdzięczny :] Prosty schemat :)

www.herbatkauheleny.pl

o, już mogę ocenić :) 5

Podobało mi się. Nic więcej dodać nie moża chyba. Widać wyraźnie, że dopracowane i wypieszczone. Czyta się lekko i przyjemnie, bez zgrzytów. Cacy :)

Dziekuję, lubie słowo "cacy" :]

www.herbatkauheleny.pl

Witaj!

Kawał znakomitej narracji. Bardzo mi się spodobało, głównie przez zakończenie. I tchnęło we mnie trochę niepokoju. Ja bardzo nie lubię sprzątać i rozglądając się po swoim troszkę zaniedbanym pokoju uznałem jednak, że może lepiej go nie wkurzać.
Od początku zastanawiałem się też cóż takiego stanie się z lustrem. ;) Może kiedyś napiszę dlaczego w moim pokoju nie ma żadnego lustra, ani niczego choćby odlegle podobnego.

Pozdrawiam
Naviedzony

Interesująca koncepcja. Trochę miałam jak Naviedzony. Hmmm, może by jutro coś sprzątnąć? ;-)

Babska logika rządzi!

Hehe, małe sprzątanie od czasu do czasu nie powinno zaszkodzić ;) (napisała patologiczna wręcz bałaganiara ;) )

www.herbatkauheleny.pl

Niezły pomysł przerodził się w bardzo zacne opowiadanie. Takie, które czyta się jednym tchem i z przyjemnością. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka