- Opowiadanie: surfaceofthesun - Połamane lalki zawsze leżą w kącie (ELIMINACJE 2011)

Połamane lalki zawsze leżą w kącie (ELIMINACJE 2011)

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Połamane lalki zawsze leżą w kącie (ELIMINACJE 2011)

I

 

Ewie zdarzały się dni (najczęściej piątek lub sobota), w które wypijała dwie, czasem trzy butelki wina, wychodziła na balkon i krzyczała z całych sił; ludzie zwykli wtedy przystawać, podnosić głowy – czasem się uśmiechali, czasem, z dezaprobatą, pukali palcami w czoła. Tak przynajmniej podejrzewała, bo z szesnastego, ostatniego piętra bloku, ciężko odróżnić mężczyznę od kobiety, a co dopiero dostrzec ich twarze.

Nikt nigdy nie wezwał policji, nie zawołał: „Czy aby wszystko w porządku?". Nie szkodzi, co z tego, przecież większość z nas najczęściej pędzi nie rozglądając się na boki,

(szybko, szybko, jak najszybciej, załatwmy to, żeby zdążyć z tamtym)

pędzi tak do samej śmierci lub starczej demencji pełnej siwych, potarganych wspomnień. Rzadko kto ma odwagę przystanąć na środku pasów, poczekać aż ruszą samochody i wtedy napędy obrócić się, ruszyć gdzieś przed siebie. I zacząć żyć.

Ciekawe ile osób o tym tylko myślało, a ile zdołało to zrobić, myślała niekiedy Ewa i siadała na poręczy balkonu, machała nogami, przez moment walcząc z samą sobą, żeby nie skoczyć. Nie miała tendencji samobójczych – była pełna przekory i ogromną przyjemność sprawiało jej igranie z zaniepokojonym umysłem, podsuwającym ostrzegawcze wizje połamanego ciała i krwi spływającej po nierównościach chodnika. Hej, odpowiadała mu czasem, w mieście przecież wszyscy żyjemy razem, ale i tak umieramy samotnie – najwyżej jeden z sąsiadów powie łamiącym się głosem: „Szkoda takiej miłej, spokojnej dziewczyny, nigdy bym nie podejrzewał, no naprawdę, szok, po prostu szok".

(ale nic się nie zmieni)

Do tematu Końca podchodziła zatem dość beztrosko, z luzem podszytym grubą warstwą czarnego humoru aż nadszedł dzień – tych przełomowych, najstraszniejszych, przemieniających dorosłych w dojrzałych -trzydziestych urodzin i uświadomiła sobie nagle, że hasło „ale nic się nie zmieni" należy umiejscowić w kategorii „gówno prawda".

Wielkie Trzy Zero przeraża – w mniejszym lub większym stopniu – każdego, a co dopiero Ewę, dla której ta liczba lśniła czernią, czernią absolutną, pozbawioną choćby cienia granatu, a na dodatek, miast przyjemnie zaokrąglonych krawędzi, obie cyfry jeżyły się czymś przypominającym pokryte zrogowaciałymi wypustkami kolce kaktusa.

Ewa urodziła się synestetką. To, co dla innych było zwykłym matematycznym równaniem, kilkunastoma znakami nakreślonymi piórem, czy kredą, dla niej błyszczało intensywnymi barwami, przybierając dziwaczne kształty – niekiedy groźne, a czasem przypominające jedną z puszystych, wiosennych chmur, za którymi tak tęskno zimą. Nauczyła się z tym żyć, może nawet czuć trochę wyjątkowo, choć gdy siedziała sama w domu i było jej źle, a telefon, jak na złość, wcale nie dzwonił, myślała, że to pewnie przez inność, przez cholerną inność, bo przecież ludzie wyczuwają takie rzeczy – lecz dobrze wiedziała, że nie ma racji. Kwiat jej sekretu rósł samotnie, nikt o nim nie wiedział, pewnie nawet by nie zrozumiał – taka zabłąkana róża kwitnąca w szczelinie pękniętego betonu.

 

 

Impreza – pod patronatem srebrnej tequili, owocowych drinków i roztrzaskanych kieliszków – zorganizowana z okazji Wielkiego Trzy Zero, okazała się nad wyraz udana. Z parkietu schodziło się wyłącznie w celu odurzenia kolejną dawką alkoholu, co odważniejsi znikali w toaletach i wracali pobudzeni, ze źrenicami przypominającymi główki od szpilki, nerwowo pociągając nosami. Godziny mijały, w tańcu wymieniano pocałunki, na fotelach mniej lub bardziej interesujące historie, choć ta najważniejsza, ta która w życiu Ewy zmieni wszystko – miała wydarzyć się już za chwilę. Właśnie teraz.

– Chodźcie na zewnątrz, szybko! Ale jazda, mówię wam! Masakra! – wykrzyknął nagle jakiś chłopak w pstrokatej koszuli i wybiegł z klubu.

Na ulicy – choć zupełnie znienacka zakradł się już poranek – było głośno, ale nikt nie zwracał na to uwagi. Ludzie, wśród nich Ewa, przepychali się między sobą, zmierzając w kierunku przyczyny całego zamieszczania.

Na chodniku, wśród nieco przykurzonych odprysków popękanego szkła, leżała kobieta. Z prawą nogę wygiętą pod ostrym, niemal karykaturalnym kątem, z rękami usianymi płytkimi ranami – krew sączyła się z nich wolno, leniwie.

(szkoda takiej miłej, spokojnej dziewczyny)

Ludzie zastanawiali się, czy wypadła przez okno sama, czy może jest smutną ofiarą niepotrzebnej kłótni dawnych kochanków. Ale Ewa myślała tylko o jej oczach -dużych, szeroko otwartych, jakby wciąż niedowierzających, że oto już nigdy nic nie zobaczą. I nagle dostrzegła coś jeszcze – tęczówki trupa zaczęły blednąć, niczym stary plakat wystawiony na działanie lipcowego, bezlitosnego słońca. Ich pigment zdawał się parować, zamieniać w obłok zawieszony nad twarzą dziewczyny podobnie do porannej mgły, utrzymując się tam przez chwilę, może dwie, nim zniknął, jak wspomnienie snu.

Tamtego dnia, parę minut przed godziną piątą, Ewa drżąca z zimna, Ewa trzydziestoletnia, Ewa synestetka, po raz pierwszy zobaczyła kształt, który przybiera dusza, gdy opuszcza pozbawione życia ciało.

 

 

II

 

Adam nie zwykł poświęcać czasu na marzenia, ale jeśliby to robił, ich szczytem, dość przyziemnym i łatwo osiągalnym, byłaby jego praca – w skromnej, miejskiej bibliotece. Ludzie wpadali tu rzadko, a bywało i tak, że cały tydzień zdarzało mu się spędzać wyłącznie w towarzystwie książek – takie okresy, choć rzadkie, nie miały sobie równych. Mógł wtedy skupić się na czytaniu, nikt nie zakłócał wspaniałej ciszy (pachnącej starym papierem i z rzadka podlewanymi roślinami stojącymi smętnie na zaniedbanych parapetach) stłumionym kaszlnięciem, czy pytaniem o takiego autora… Takiego na „N", no wie pan. Proszę pana, najpewniej znajdzie pan jego książkę w przegródce oznaczonej literą „N", tak, na pewno, proszę bardzo.

Najczęściej przychodziły stare, pokurczone kobiety (mężczyzn było wyraźnie mniej i Adam czasem zastanawiał się, czy to dlatego, że im łatwiej oswoić samotność butelką wódki niż kartkami szeleszczącymi dawną młodością) ubrane w niemodne koszule i żakiety pełne plam po posiłkach; plam, które nigdy nie zostaną doprane, bo przecież proszki teraz takie drogie i plam, które najpewniej przetrwają swoje właścicielki.

A te całymi godzinami snuły się między półkami, ukradkiem zezując w kierunku Adama, rzucając komentarzami dotyczącym zdrowia, czy wizyty u wnuczka – dopiero się urodził, ale bardzo szybko rośnie, jest śliczny, ma wspaniały apetyt no i wspaniale się uśmiecha, mam nawet zdjęcie, o proszę!

I Adam oglądał, potwierdzał ich słowa, odwracał wzrok. Nauczył się nie odzywać zbyt wiele; szponami harpii – bo tak też je nazywał – były ciągnące się w nieskończoność opowieści, bez puent, a czasem i sensu (byle nie myśleć zbyt wiele, byle mówić, byle nie liczyć upływających minut, byle nie oszaleć ze strachu przed śmiercią, która już, już podszczypywała obwisłe policzki swoimi pożółkłymi, kościstymi palcami). A jeśli i zdawkowe odpowiedzi nie wystarczyły, by harpie – niechętnie, bo niechętnie, ale jednak – powróciły do swych legowisk pełnych leków, Adam zaczynał patrzeć.

Wpatrywał się każdej z nich prosto w oczy, niemal nie mrugając. Zazwyczaj po jakiś dwóch, trzech minutach zaczynały ocierać pot z czoła, wspominać coś o chyba niedziałającej klimatyzacji, a na dodatek mogły przecież zostawić włączone kuchenki i chyba lepiej będzie już pójść. I znikały, niekiedy na zawsze. Umarły lub gdzie indziej szukały kogoś, kto ich wysłucha, dzięki komu poczują się ważne, potrzebne.

Adam o tym nie myślał, wracał do książek. Nie uśmiechał się triumfująco na myśl o mocy spojrzenia, bo wiedział, że żadna w tym jego zasługa – siła tkwiła w dziwnej, zastygłej w bezruchu twarzy o lekko skośnych oczach, podobnej woskowej masce – niezbyt udanej i schowanej w najdalszym kącie magazynu.

Ktoś kiedyś gdzieś – nie przywiązywał wagi do szczegółów – powiedział, że wygląda, jak potwór albo ten, no wiecie, upiór z opery. Ten ktoś przesadził, bo fizjonomia Adama była nadzwyczaj przeciętna, powracająca w sennych marzeniach, jedynie jako fragment nieistotnego dla akcji statysty – statysty pozbawionego uśmiechu.

Adam cierpiał na zespół Moebiusa – nie mógł zachichotać słysząc wyjątkowo dobry żart, groźnie zmarszczyć brwi, czy choćby – trochę zalotnie, trochę w żartach – mrugnąć okiem do ładnej dziewczyny siedzącej w kawiarni.

Nie przejmował się tym. W ogóle.

Bo Adam, ten Adam, który unikał harpii, przesiadywał godzinami w bibliotece i przeczytał już wszystkie książki aż do litery „F" był – być może jedynym na świecie – człowiekiem, który zdołał przeżyć ponad trzydzieści lat będąc przy tym zupełnie martwym.

 

 

III

 

– To musi być jakaś pomyłka – wyjąkała, przyglądając się staremu chuderlawemu adwokatowi w zbyt dużym i pomiętym, ale na pewno bardzo drogim garniturze.

– Nie ma takiej możliwości – odparł i zakaszlał cicho, przyciskając do ust chusteczkę wyjętą z kieszeni spodni.

Wokół prawnika unosiła się wyjątkowo kwaśna, nieprzyjemna woń, a przy źrenicach wirowały ciemne plamy, jakby ktoś wstrzyknął parę kropli atramentu w gałkę oczną – tak przynajmniej postrzegała go Ewa.

Jej zdolności rozwinęły się od czasu, kiedy duszę martwej kobiety rozszarpał poranny wiatr – potrafiła, na podstawie samego zapachu, oszacować czas, jaki pozostał do naturalnej – wynikłej z choroby lub starości -śmierci dowolnego człowieka. I choć nie znosiła patetycznego stwierdzenia o oczach, jako zwierciadłu duszy, to właśnie w nich kondensowało się całe życie. Im człowiek był starszy, tym czarniejsza wydawała się maź otaczająca tęczówki – jakby zło i smutek przylepiało się do nas samych, niczym ropa rozlana na morzu, odbierającą mewom zdolność ulecenia do nieba.

– Ale… Nie rozmawialiśmy od lat, nie rozumiem, dlaczego miałby…

– Młoda damo – mężczyzna przewrócił oczami, odchrząknął i odruchowo wygładził krawat – byłem osobiście przy spisywaniu testamentu twojego ojca. Dostajesz wszystko.

Odchylił się na krześle i nagle wstał – chyba zbyt szybko, bo skrzywił się i chwycił za biodro.

– W pewnym wieku… – rzekł po chwili – Wieku, do którego, na twoje szczęście masz jeszcze bardzo daleko… Człowiek nie ma już ani głowy, ani ochoty do ciągłej walki. A twój ojciec walczył całe życie, czasem nawet ze mną. Nie potrafiłbym zliczyć, ile razy już mnie zwalniał, czy jak sam to określał, wywalał na zbity pysk tego pazernego pasożyta, krwiożerczego kutasa. I w pewnym momencie… Może inaczej. Przychodzi taki dzień, niby taki sam jak wszystkie inne, ale budzisz się i stwierdzasz, że to już koniec. Że pozostaje czekać, albo ruszyć się i może zdążyć jeszcze zrobić coś dobrego. Ogarnia cię przemożne pragnienie naprawienia wszystkiego, ale czasem – i tak było w przypadku twojego ojca -, kiedy wyciągasz rękę, by się pogodzić, odzywają się stare rany i nagle opuszczasz ją w połowie ruchu, bo jeśli będziesz ją miała wyciągniętą zbyt długo, to w końcu ból cię pokona. Rozumiesz?

Ewa przez moment wahała się, czy przytaknąć, czy może pokręcić głową. W końcu nie zrobiła nic.

– Twój ojciec się bał. Po prostu. Przez całe życie był potężnym dwumetrowym facetem, któremu wszyscy kłaniali się w pas aż nagle upadł, złamał sobie kilka kości, te nigdy dobrze się nie zrosły, bo w pewnym wieku kości po prostu już nie mają prawa się dobrze zrastać, a parę miesięcy później nie potrafił opanować swojego ciała na tyle, by nie zeszczać się w drodze do łazienki. I dlatego właśnie się bał. Że pomyślisz, iż chodzi tylko o to, by na starość zaopiekować się starym pierdzielem, który ostatnie dziesięć lat się do ciebie nie odzywał.

– I co ja mam, kurwa, powiedzieć?! Przecież miał mój pierdolony numer telefonu, byłam jego pierdoloną córką, co to za problem zadzwonić?! Kurwa! – wykrzyczała Ewa i wbiła sobie swoje długie, pomalowane na biało paznokcie w skórę.

Pojawiła się krew.

– Naprawdę nie wiesz? Naprawdę tego nie rozumiesz? – prawnik podszedł do niej, oparł się o biurko i wbił wzrok w podłogę – Zawsze, z każdym dniem, jest coraz ciężej. Coraz trudniej. Umierają osoby, o których myśleliśmy, że będą żyły wiecznie, tracimy przyjaciół, udajemy, że nie poznajemy na ulicy osób, z którymi bawiliśmy się przez całą podstawówkę. Każdy człowiek na starość staje się żałosnym sukinsynem pogrążonym w głupiej nostalgii i bojącym się własnego cienia. To niesprawiedliwe, ale tak właśnie jest.

Pomachał głową, zniechęcony.

– Dlatego nie mam dzieci. Nie ma większego skurwysyństwa niż sprowadzenie tych niewinnych istot na ten popieprzony świat.

Usiadł z powrotem przy biurku, jeszcze raz spojrzał na testament.

– To wszystko. Klinika jest twoja. Co z nią zrobisz…

Nie dokończył, ale Ewa i tak już go nie słuchała. Myślała o tym, co powiedział.

– Dziękuję panu – powiedziała nagle i, nim zdołał odpowiedzieć, wyszła.

Nigdy nie zapomniała ostatnich zdań, jakie usłyszała w gabinecie pachnącym drewnem, skórą i odchodzącą w zapomnienie przeszłością.

 

 

IV

 

Trumną Adama było jego mieszkanie, zupełnie puste, jeśli nie liczyć starego materaca przy oknie i lodówki – zazwyczaj wypełnionej jedynie butelkami wody mineralnej i gotowanymi kawałkami mięsa, często zbyt wiekowymi, by nadawały się do jedzenia. Na podłodze walały się książki – wypożyczone z biblioteki, czasem znalezione w śmietnikach. Nie przestawało go zdumiewać, że ludzie są w stanie wyrzucać zupełnie dobre rzeczy – ale tak naprawdę w ogóle nie rozumiał świata, w którym przyszło mu żyć.

Radził sobie świetnie, jeśli miał kupić jedzenie (codziennie jadł filety z kurczaka; między dwadzieścia, a dwadzieścia pięć deko, bo tyle wystarczyło, by zabić głód), gubił się, kiedy chodziło o sprawienie komplementu, czy otarcie komuś łez i przywołanie uśmiechu. Adama fascynowało okazywanie emocji, manifestacja uczuć w formie krzyku, dotyku, czy pocałunku – ale nigdy nie potrafił ich zrozumieć. Zupełnie, jakby część umysłu -odpowiedzialna za miłość, nienawiść, strach – nigdy się nie pojawiła albo obumarła, dawno, dawno temu.

Adam był zatem martwy i znajdował się gdzieś poza marginesem całej cywilizacji, bezustannie dziwiąc się absurdalnym zachowaniom ludzi.

 

 

W końcu nadszedł kwiecień i mniej więcej w środku tygodnia – bardzo ciepłego, pachnącego młodością i pełnego pierwszych, nieśmiało pojawiających się kwiatów – odłożył na półkę ostatnią książkę w bibliotece; nie pozostało mu już nic więcej do przeczytania. Usiadł przy biurku, zagubiony. Pustka, jaką zawsze odczuwał, jeszcze nigdy nie wydawała się tak obezwładniająca.

(nicość)

Spędził w bezruchu prawie dwadzieścia cztery godziny aż zerwał się z krzesła i po prostu wyszedł, nie zamykając ze sobą drzwi.

Wrócił do domu i położył się w kącie mieszkania – pod samym oknem, wciskając się pod parapet, gdzie nigdy nie zaglądało słońce. Zwinął się w kłębek, jakby pragnąc powrócić do początku, do matki, do bezpiecznego wnętrza, gdzie – przy odrobinie szczęścia – zdołałby owinąć pępowinę wokół własnej szyi i udusić się, szybko, może w miarę bezboleśnie i nie wieść tego, tak bardzo głupiego i zupełnie pozbawionego celu, życia.

 

Przez kolejne dni pił jedynie wodę – zupełnie rezygnując z posiłków -, a gdy i ta się skończyła, nie napełnił już kubka. Ssący ból wykręcający pusty żołądek sprawiał, że wił się po podłodze, wśród własnych odchodów – nie chodził już do łazienki, opróżniał się pod siebie, zdejmując tylko kolejne partie ubrań, coraz bardziej cuchnące, śliskie, z czasem zamieniające się w nieprzyjemną w dotyku skorupę.

Zaczął halucynować – dostrzegał palce zaciskające się na żebrach kaloryfera, paznokcie rozdrapujące ściany, a z sufitu zwisało przerażające coś; jakby wszystkie stare harpie ktoś schwytał, podpalił i stopił ze sobą – podobnie do lalek Barbie wrzuconych w płomienie. Pośród przypalonej tkanki i kawałków pomarszczonego mięsa łypały oczy o poszarpanych powiekach, pozbawione rzęs – i patrzyły na niego wciąż i wciąż. Sam twór zdawał się rozrastać i Adam liczył że to właśnie koniec – na powrót stanie się częścią wielkiego organizmu i oczekiwał tego niecierpliwie, zastanawiając się, czy w końcu poczuje to, co w książkach nazywano szczęściem.

 

Nim jednak Adam zdołał odejść, ktoś zapukał do drzwi.

A potem je wyważył.

 

 

V

 

Klinika, którą Ewa odziedziczyła po ojcu była ogromnym czteropiętrowym kolosem z ciemnej cegły, o jasnych dachówkach, opisanym na literze „U". W ogrodzie – rozciągającym się na powierzchni paru akrów, o równo przyciętej trawie i harmonijnie położonych oczkach wodnych o równych brzegach – drzewa rosły w równych odstępach od siebie, a farba na ławkach zdawała się opierać kapryśnej pogodzie charakterystycznej dla początków wiosny.

Pacjentów z grubsza dzieliło się na dwie, niekiedy trzy grupy: bogatych, ważnych, oraz ważnych i bogatych.

Ewa czuła się szczęśliwa, dysponując czymś na kształt ogromnego laboratorium, gdzie mogła obserwować dusze zakochanych, narkomanów, szczęśliwych i tych, którzy marzyli tylko o Końcu. Wciąż jednak nie potrafiła stwierdzić, czy śmierć rzeczywiście jest Końcem i czy duszy – tak ulotnej i zaskakująco nietrwałej – można istotnie zapewnić nieśmiertelność.

I czy ten dar, dar nieśmiertelności – wskutek wielu lat cierpienia i smutku – nie okazałby się przekleństwem, klątwą, której nie można odczynić. Z każdym dniem przekonywała się coraz dobitniej, że nic – medytacje, religia, próba rozmów z samym Bogiem, nie potrafią sprawić by nasze wnętrze stało się równie niewinne, czyste, jak kiedyś.

Odpowiedzią, a przynajmniej kluczem do jej odnalezienia, miał okazać się Adam.

 

 

Usłyszała o nim po raz pierwszy w jednym z tych płaczliwych, bezczelnie grających na emocjach reportaży, jakich pełno w łasych na tragedie stacjach telewizyjnych. Przy dźwiękach smutnego pianina i ujęciach pełnych wyblakłych kolorów, reporter o poważnej twarzy i tubalnym głosie (a także profesjonalnie wyćwiczonym współczuciu pobrzmiewającym w każdym zdaniu) opowiadał historię młodego, chorego mężczyzny niezdolnego do uśmiechu, skromnego pracownika biblioteki znalezionego w mieszkaniu pozbawionym podstawowych sprzętów; mężczyzny na skraju wyczerpania fizycznego, który od czasu przewiezienia do szpitala nie zdołał wydusić z siebie choćby jednego zdania.

Ewa zdołała jednak dostrzec w Adamie coś jeszcze. Coś z czego zawsze zdawał sobie sprawę, choć nigdy nie potrafił tego określić. Po raz pierwszy ujrzała kogoś, kto mógł być całkowicie pozbawiony duszy.

 

Niecały miesiąc zajęło jej sprowadzenie Adama do kliniki. Nie było z tym zbyt wielu problemów, wszak taki pacjent to same kłopoty, a na co to komu, niech go pani bierze, proszę wypełnić tylko tu, tu i jeszcze tu.

Często obserwowała go z okna, niekiedy, gdy przesiadywał na parkowych ławkach – a robił to często, zupełnie, jakby do życia wystarczyło mu zaledwie błękitne niebo i promienie słońca wędrujące w koronach drzew – , podchodziła, siadała obok usiłując nawiązać rozmowę. Wysiłki spełzały jednak na niczym i ich spotkania ograniczyły się do Ewy wpatrującej się w oczy Adama – zupełnie białe, bielą tak czystą, że gotowa byłaby przysiąc, iż tak naprawdę pozbawione są jakiegokolwiek koloru.

Przydzieliła mu osobną salę, monitorowaną przez nią osobiście, dwadzieścia cztery godziny na dobę, zastanawiając się, czy ten apatyczny skurwysyn rzeczywiście może okazać się kluczem do rozwiązania zagadki i – jeśli istotnie tak było, a gorąco w to wierzyła – jakim sposobem mogłaby się o tym przekonać.

 

 

VI

 

Adam poznał Lilię, kiedy masturbowała się na łóżku, odcinając sobie tlen za pomocą foliowej torby. Akurat przechodził koło jej pokoju i wzrokiem odruchowo powędrował w kierunku niedomkniętych drzwi; podszedł, zajrzał do środka i zobaczył, jak zaparowana folia – unosząca się w spazmatycznych, nierównomiernych odstępach czasu – przyobleka twarz w upiorną maskę bez oczu, usta zaś kojarzyły się z tanimi, lateksowymi lalkami przypominającymi ludzi w równym stopniu, co seks z kawałkiem plastiku przypomina gorące, spontaniczne uczucie między dwojgiem nastolatków.

I nagle, gdy plamy przed oczami błyskały już niczym stroboskopy, a ciało zaczynało drżeć – wyczuła jego obecność. Nic dziwnego, od dawna wiadomo, że bliskość śmierci nad wyraz wyostrza zmysły. Rozdrapała paznokciami (ciężko było uwierzyć, że wciąż ma je takie długie i silne) worek, zakrztusiła się i niemal spadła z łóżka. Splunęła na podłogę – ślina była gęsta, zabarwiona czerwienią -, uspokoiła oddech. Wstała dopiero po trzech minutach, ale Adam wciąż tkwił przed drzwiami – perwersyjny podglądacz, który w końcu zdołał ujrzeć najprawdziwsze morderstwo.

– Lubisz patrzeć? – powiedziała, gdy stanęła tuż przed nim, tak blisko, że poczuł jej oddech; ciepły i słodki, pachnący chorobą.

– Nie – odparł.

– Nie kłam. A może rajcuje cię śmierć? Jesteś jakiś popieprzony? – Nawet nie podniosła głosu.

– Przepraszam. – odpowiedział – Po prostu przechodziłem. Już idę. Do widzenia.

Zrobił gwałtowny zwrot i prawie się przewrócił.

Lilia złapała go za rękę, pomagając utrzymać równowagę i przyciągnęła do siebie.

– Chcesz się przejść? Świeci słońce… – zaczęła i zaraz przerwała, zdając sobie sprawę, jak głupio to brzmi.

 

 

– Dlaczego tu jesteś? – spytała, kiedy już usiedli na trawie, blisko wodnego oczka i rozłożystej brzozy o świeżych, zielonych liściach.

– Nie wiem. Byłem w innym szpitalu, ale kiedyś przyjechała ta… ta kobieta, nazywa się chyba Ewa, i powiedziała, że jedziemy gdzieś indziej. Tak tu trafiłem. Pilnują, żebym jadł i pił, bo kiedyś przestałem to robić.

– Chciałeś umrzeć?

– Nie. Jestem trochę inny… Chyba inny niż wszyscy. I nie wyjątkowy, po prostu inny.

– Rozumiem – odparła, choć przecież nie rozumiała wcale.

Zapadła cisza. Oboje spoglądali gdzieś przed siebie, nie patrząc na nic szczególnego. Adam powiedział już wszystko, a było to i tak dużo więcej niż zdarzyło mu się z siebie wyrzucić przez ostatnie miesiące. I, choć tak bardzo różni, to właśnie wtedy Lilia (której wypowiedzi ograniczały się do potwierdzania, że tak, połknęła wszystkie pigułki, nie, nie czuje się gorzej, czasem tylko bywa jej bardzo niedobrze, ale wymiotuje rzadko, ogólnie to da się przeżyć) poczuła, że właśnie jemu może opowiedzieć wszystko; zaczęła więc mówić, szybko, niecierpliwie, jakby czuła, że z wody zaraz wyłoni się śmierć, chwyci ją za cienkie kosmyki włosów, okręci wokół chudej szyi i zadusi.

 

Niedawno skończyła trzydzieści pięć lat, choruje na raka i najpewniej zostało jej dużo mniej życia niż może się wydawać, ale to nie szkodzi, bo w pewnym momencie doszła do wniosku, że raczej nie zostawi po sobie zbyt wielu pozytywnych rzeczy, a skoro tak – po co zajmować miejsce innym, pewnie lepszym. Opowiadała, jak w wieku szesnastu lat uciekła z domu, bo nienawidziła, gdy skrzypiały drzwi, kiedy przychodził do niej ojczym i szeptał do ucha, wprost do ucha o tym, że cieszy się z ich wspólnego sekretu. Opowiadała, jak po wszystkim często zostawały krwawe plamy na prześcieradle, które wrzucała do prania, tak by nie zauważyła ich mama. Jak nabawiła się kilku chorób wenerycznych na grubo przed osiemnastymi urodzinami aż spotkała bardzo nietypowego klienta, który uwielbiał, kiedy prowadzało się go na smyczy, a potem przywiązywało do łóżka i biło po pachwinach skórzanym pasem z metalową sprzączką – mocno, do krwi.

I wkrótce Lilia nie robiła nic innego, prócz dominowania nad mężczyznami, spełniając coraz bardziej perwersyjne życzenia, sprawiając ból i czerpiąc z tego zarówno pieniądze, jak i przyjemność.

 

A potem? Potem się zakochała, jednostronnie, bo przecież nawet w bajkach czarownice nie mogą liczyć na miłość – uśmiechnęła się – i zaszła w ciążę, ale nie wiedziała o tym do momentu, kiedy poczuła okropne bóle brzucha, zakręciło się jej w głowie i upadła na podłogę, a spomiędzy nóg zaczęła sączyć się krew – na początku, jakby nieśmiało, ale w końcu cały świat zdawał się lśnić ciemnym, lepkim karmazynem.

– Poroniła pani – powiedział lekarz i zastukał palcami o blat biurka.

– Poroniłam – potwierdziła, choć w tej właśnie chwili nie pojmowała znaczenia tego słowa.

– Ale to nie wszystko. Strasznie przykro mi to mówić, ale… Wykryliśmy u pani nowotwór. Złośliwy. I… z przerzutami.

– Poroniłam – powtórzyła, jakby licząc, że Bóg tym razem ją usłyszy i choć nie zwróci dziecka, to chociaż bardzo mocno się zawstydzi; nie da się przecież stworzyć coś z niczego w zaledwie siedem dni i tego totalnie nie spartaczyć.

Wyszła z gabinetu, a tydzień później wybrała na swoją kryptę klinikę Ewy, dobitnie dając do zrozumienia -skoro tak dużo płacę, równie dużo wymagam.

 

Adam wszystkiego spokojnie wysłuchał, a co najważniejsze, gdy skończyła, nie odezwał się ani słowem. I właśnie ten brak współczucia, nagany, czy choćby pobłażającego spojrzenia, cała beznamiętność, uświadomiły jej, że w decydującym momencie tylko do niego będzie mogła zwrócić się o pomoc.

 

 

VII

 

 

 

W połowie lipca Lilii pogorszył się wzrok, bardzo osłabła, resztki włosów wypadły. Wbrew sugestiom starszych pielęgniarek (Niech pani włoży sobie jakąś chustę, no naprawdę, taka ładna dziewczyna, ślicznie pani będzie), niczym nie zakrywała łysej czaszki, jakby rozkoszując się umieraniem, wzbudzając dreszcze u innych pacjentów, gdy coraz bardziej zaczynała przypominać szkielet, a szpitalne ubrania, na początku będące w sam raz, zaczynały na niej łopotać niczym żagle przeklętego okrętu, uwięzionego w czarnej, odwiecznej burzy.

 

(nadszedł czas, to już)

Odnalazła Adama na jednym z korytarzy i wyszeptała mu do ucha swoją nieśmiałą, choć tak odważną prośbę.

– Nie chodzi o strach, wiesz? Całe życie walczyłam o to, żeby mieć nad czymś kontrolę. I kiedy mi się to w końcu udało, to chciałabym ją mieć do końca. Samego końca.

Pokiwał głową, powiedział, że przyjdzie punktualnie o siódmej, bo na siódmą wieczorem właśnie się umówili – nie wspomniał, że nie powinna tego robić, nie rzucił pustego frazesu o życiu zbyt pięknym, by je marnować.

 

 

Gorąca woda w wannie lekko falowała, a w zaparowanym lustrze zamazane sylwetki przypominały bardziej bezkształtne stwory pozbawione twarzy niż prawdziwych ludzi. Adam stał oparty o ścianę i przyglądał się, jak Lilia zdejmuje szlafrok i pozwala mu opaść na podłogę.

(szlafrok opada wolniej niż mogłoby się wydawać, przywodząc na myśl nakręcony w zwolnionym tempie film, gdzie z niepotrzebnego już kokonu wyłania się coś, co było larwą)

I Lilia rzeczywiście przypominała insekta -wychudzone ręce zdawały się być zbyt długie w stosunku do reszty ciała, kości biodrowe wystawały szpetnie niczym u zagłodzonych, goniących za sławą modelek, piersi – kiedyś pełne i ładne, mimo wyblakłych blizn po delikatnych cięciach brzytwami – wydawały się małe i pomarszczone. Przemiany dopełniała twarz, z oczami osadzonymi teraz głęboko w oczodołach i język, raz po raz oblizujący ciągle ostatnio spierzchnięte wargi. Odwróciła się przodem do Adama i uśmiechnęła słabo

– Przynajmniej robaki nie będą mogły się zbytnio nażreć, co? – szepnęła, jakby obawiając się, że ktoś może ich podsłuchać, może przeszkodzić i przejechała palcami po wystających żebrach – chitynowym pancerzu kobiety-modliszki.

Nie odpowiedział, a ona wcale na to nie liczyła. Zbliżyła się do wanny i powoli, ostrożnie wsunęła nogę – wzdrygnęła się, woda była gorąca i blada skóra momentalnie się zaczerwieniła. Wkrótce jednak zdołała spokojnie usiąść i zanurzyć się po samą szyję. Na czoło wystąpił jej pot, na policzki rumieńce i przez moment, w zaparowanej łazience była czternastoletnia Lilia, która czasem tęskniła za tatą, ale jeszcze nie obawiała się ojczyma; Lilia o ładnej buzi, bez zmarszczek wywołanych wiekiem i latami oglądania ludzi, dla których największą przyjemnością jest własne upokorzenie.

Pewnie ta Lilia gdzieś tam jeszcze istniała, głęboko w środku – nie odzywała się, bo wszystko już zostało postanowione, pozostało zatem zamknąć oczy i przez chwilę pomyśleć o…

Z trudem skinęła na Adama.

(jest gorąco, kręci się w głowie)

Podszedł do wanny i z czarnej, grubej reklamówki wyciągnął trzy kawałki sznura. Przywiązał nadgarstki Lilii do uchwytów, które miały umożliwić słabszym pacjentom łatwiejszy powrót do pozycji stojącej. Oddychała ciężko i pod wodą widać było, że piersi unoszą się coraz gwałtowniejszymi, nieco urywanymi ruchami.

– W porządku, zrób to – powiedziała i uśmiechnęła się.

Reklamówkę założył jej na głowę powoli, bacząc by zrobić to dokładnie. Wnętrze momentalnie pokryło się skroploną parą, a świat wokół Lilii skurczył się do rozmiarów ciasnej czerni, pachnącej na początku niczym, z czasem coraz szczelniej wypełnionej oddechem przesyconym kwaśną chorobą i słodkawym strachem.

Na gardle zaciskał się sznur. Silny strumień wody wytłumiał szelest torby, który zaczynał przypominać szept.

(to szaleństwo szaleństwozszszsz…)

Przez chwilę chciała odpowiedzieć, ale wtedy skończyło się powietrze, a organizm podjął ostatnią, rozpaczliwą próbę przetrwania. Ręce, niczym żyjące własnym życiem zaczęły szarpać supły, skóra przecierana szorstkim włosiem w końcu się poddała i przestraszone krople krwi zaczęły wpadać do wody. Pięty Lilii mocno biły o dno.

Adam patrzył, nie mrugając, nie odwracając wzroku. Patrzył aż wszystko się skończyło.

(cicho, Lilii już nie ma)

Została parująca, wilgotna cisza i czarna, foliowa maska – pomarszczona, przypominając harpie z biblioteki. Może w innym życiu Adam zdołałby się uśmiechnąć, ale wtedy, nie panując nad sobą, kierowany wewnętrznym odruchem, którego zupełnie nie rozumiał, zbliżył się do owej twarzy pozbawionej rysów i przyłożył usta do oczu Lilii. Przymknął swoje, poczuł nagły uścisk w piersi – coś podobnego igle wbitej prosto w nerw – i nagle wszystko minęło.

Znów był sobą, trupem. Wyszedł z łazienki zostawiając zwłoki tam, gdzie były, jakby nic się nie wydarzyło.

 

 

Ciało Lilii znalazła kobieta. Dla pewności zbadała puls, opuściła rękę martwej – ostrożnie, tak by się nie pomoczyć – wytarła dłonie w ręcznik i uśmiechnęła się. Szeroko, bardzo szeroko i w falującej wodzie jej usta zdawały się rozrywać policzki, sięgając boków czaszki.

(czy dar nieśmiertelności nie okazałby się klątwą)

 

 

VIII

 

Ewa zdołała zatuszować zgon, najpewniej zawierając pakt z samym diabłem. Nic jednak nie mogło jej powstrzymać, skoro przypuszczenia były słuszne, a Adam – chudy, niepozorny mężczyzna pozbawiony emocji – w końcu okazał się kluczem. Siedział teraz w dużym skórzanym fotelu, niemal zupełnie w nim ginąc, dokładnie naprzeciwko Ewy – zadowolonej, może nawet szczęśliwej.

Zmienił się. Otaczał go teraz delikatny zapach, równie ulotny, co krople morskiej bryzy próbujące pokonać nieustępliwe wydmy, a w okolicach bladych tęczówek, niczym początki wysypki, pojawiały się czarne ziarenka, to łączące się, to rozdzielające, przypominające kolonie bakterii oglądane pod mikroskopem.

– Wiem, co zrobiłeś – oznajmiła.

– Ja? – spytał, nieco głupawo.

Nie myślał o konsekwencjach śmierci Lilii. I zupełnie nie miał pojęcia, jak zareagować.

– Wiem, co zrobiłeś – powtórzyła – i wiem też kim jesteś, Adamie.

Zrobiła przerwę i wzięła głębszy oddech, obawiając się, że zadrży jej głos.

– Powiedz mi, czułeś coś, kiedy byłeś z Lilią tam w łazience?

– Z Lilią? Nie wiem. Po prostu… Pocałowałem ją. W oczy, nie w usta. Wciąż miała na sobie… Nie wiem dlaczego. To wydawało się… – zawahał się, szukając odpowiedniego słowa – właściwe.

Ewa podeszła bliżej, przykucnęła przed fotelem i złapała Adama za dłonie. Była mocniej zbudowana od niego, dużo wyższa i wyglądali teraz podobnie do matki z synem przeprowadzających jedną z Poważnych Rozmów.

– A teraz… Powiedz, czujesz coś? Bo zmieniłeś się, Adamie. Wiem o tym. Powiedz więc, co czujesz?! – krzyknęła, głodna wyjaśnienia, potwierdzenia.

– Lilię – odpowiedział, sam nie wiedząc czemu.

Ale rzeczywiście tak było: pojawiała się w snach, czasem myślał, że jeśli szybko się odwróci, to zdoła dostrzec ją za sobą, robiącą jeden z żartów, których nigdy nie zrozumiał. Niekiedy przeżywał jej wspomnienia, dziwne, potargane, jakby przepalone, niby resztki taśm video ocalonych z pożaru.

– Oczywiście, że tak… Wiesz czym jest dusza? Nie, pewnie, że nie, skąd miałbyś wiedzieć, przecież nawet nigdy jej nie miałeś. Dusza to… wyobraź sobie, że ktoś nagle bierze jakąś osobę i wyciska, podobnie do cytryny, wszystkie uczucia, myśli… Tym właśnie jest – skondensowanymi emocjami, wspomnieniami, odbiciem naszego życia. I tracimy ją, gdy umieramy! To jest to słynne Dwadzieścia jeden gramów! Rozumiesz?! Pieprzone dwadzieścia jeden gramów! Ludzie to kruche stworzenia, Adamie. Nie inaczej jest z duszą. Byle podmuch wystarczy, by rozerwać nietrwałą pajęczynę myśli. Ale są też tacy ludzie, jak ty. Wierzyłam w to i Bóg mi świadkiem, nawet nie wiesz, jak długo cię szukałam.

Adam słuchał. I gdzieś głęboko rodziła się w nim nadzieja, że oto w końcu jego życie nabiera celu.

– Jesteś naczyniem. Twoim zadaniem na tym świecie jest pomoc innym. Nie ma nieba, Adamie, nie ma też piekła. Jedynym sposobem, by ocalić duszę, by coś, cokolwiek w naszym życiu miało sens, jest zawierzenie jej komuś takiemu, jak ty. Komuś w kim będą żyły wspomnienia innych, w kim wytnie się blizny ich emocji, tego kim byli. Ale… – Ewa nagle zasępiła się – to byłoby za piękne, prawda? Bo dusza, tak samo jak nasze cholerne, słabe ciała, zużywa się.

(zawsze, z każdym dniem, jest coraz ciężej)

– Przylepia się do nas cały ten syf, smutek, cierpienie. Cała śmierć, głupi żal, że ktoś wybrał inną osobę, żeby z nią zatańczyć, że musimy martwić się, że może nie wystarczy nam pieniędzy do końca miesiąca, że idąc w nocy przez ulicę, gdzie zgasły latarnie boimy się tego, co kryje się w cieniach. To wszystko nas przygniata. I wiesz co? Dlatego w pewnym momencie nie warto już martwić się o uratowanie duszy, bo śmierć równocześnie oznacza koniec cierpienia. Dlatego warto dać życie wieczne tylko tym, których rany zabliźniają się najszybciej, którzy mimo bólu i tak wciąż znają jeszcze więcej czystego, pierwotnego szczęścia niż smutku, bo o nim potrafią zapomnieć, w ciągu paru chwil. Podejdź do mnie – rozkazała, sama zaś ruszyła w kierunku dużego okna.

Przystanęli przy nim oboje. Stąd doskonale było widać mały, skromny budynek skryty za wysokim żywopłotem, jakby odcięty od głównego krwiobiegu kliniki.

– Wiesz, co tam jest?

Pokręcił głową.

– To hospicjum. Nazywamy je Zamkiem Świętego Jerzego. Wiesz dlaczego? Bo dzieci uwielbiają historię o dzielnych rycerzach, którzy pokonali smoki. Same się tak czują walcząc z chorobami, tymi najgorszymi, jakich nigdy nie powinny poznać. Rak, białaczka, mamy tam chłopca z AIDS. Ale one walczą, są szczęśliwe, bo cały czas myślą, że życie tak naprawdę jest super, że ma wiele do zaoferowania. Paradoksalnie ich choroby trzymają je z dala od brudu. Są szczęśliwe, w jakiś przedziwny sposób, nawet mimo ataków bólu, nudności, czego tylko chcesz, są szczęśliwe. I my, a właściwie ty, pomożesz im to szczęście zachować na zawsze.

Adam niemal zdołał się uśmiechnąć.

 

Wyszli z gabinetu Ewy późnym wieczorem i ruszyli prosto do hospicjum. Tej nocy, dzięki sfałszowanemu grafikowi, nie było tam nikogo z personelu. Noc tuliła jedynie ściany pomalowane na pastelowe kolory, obrazki wypełnione szczęśliwymi rodzinami trzymającymi się za ręce, świszczące oddechy chorych dzieci. A krzyki najmłodszych, które czasem rozbrzmiewały, miały już wkrótce zamilknąć na zawsze.

 

 

Nazajutrz, gdy pojawili się rodzice, nastąpił wrzask. A potem cisza.

(otępiali tulili do piersi małe, najczęściej łyse główki, w których tkwiły matowe oczy pozbawione kolorów)

 

 

EPILOG

 

Ewy nie odnaleziono. Być może wyruszyła gdzieś daleko szukać ludzi podobnych Adamowi, a może jej zwłoki, z napuchniętą, zdeformowaną twarzą, wypłyną za jakiś czas w jednym z okolicznych jezior zamieniając czyjś radosny, weekendowy wypad w horror. Być może dzięki mężczyźnie cierpiącemu na zespół Moebiusa odnalazła sens życia.

 

Adama podobno ktoś widział, gdy wsiadał do pociągu jadącego na północ, według innych relacji udało mu się złapać stopa i odjechać w niewiadomym kierunku, w towarzystwie młodej blondynki prowadzącej błękitne auto.

I, jak to zwykle bywa, nikt nie słuchał dzieci. Nikt nie przejął się opowieściami o mężczyźnie, którego często widywano w pobliżu przedszkola położonego w centrum jednego z wielkich miast. Żaden z maluchów nie zdołał opisać go dokładnie,

(nieistotny dla akcji statysta)

a kiedy pytano – bardzo cierpliwie – o jakiekolwiek cechy szczególne, zgłosiła się Asia o czarnych włosach związanych w kucyk i powiedziała, że ten pan śmiesznie pachniał.

– Jak pachniał? – zapytał jeden z zaniepokojonych ojców.

– Wiosną i śmiechem – odpowiedziała zadowolona i wtedy wszyscy odetchnęli z ulgą, bo dzieci to naprawdę mają czasem taką bujną wyobraźnię, małe urwisy.

 

A niedaleko, na jednym z opuszczonych peronów starego, nieużywanego dworca ktoś właśnie zasypiał. I jeśli uważnie nastawić ucha, to dookoła dałoby się usłyszeć przytłumione, chyba wesołe głosy chłopców i dziewczyn pozbawionych, już na zawsze, cierpienia, bólu, tęsknoty i dotyku najbliższych.

 

Koniec

Komentarze

Czyżby arcydziełko? Muszę potem przeczytać raz jeszcze, żeby się upewnić. Robi wrażenie, bez dwóch zdań. I pisze z pełnym tego przekonaniem: kiedy pytają mnie, czy pzecztać to w sumie niekrótkie opowiadanie o pokręconym tytule, odpowiam - PRZECZYTAĆ KONIECZNIE! Wrażenia estetyczno0intelektualne gwarantowane. Ale ostrzegam, nie jest to opowieść ani lekka ani przyjemna. Czytać, czytać, czytać!

Do autora, nie żeby sie czepiać, ale że po mnie ktoś może, więc starając się ubiec:
-w końcówce cz.III, pachnie tam powtórzeniem, zdołał, zdołała
-literówka w opise paznokci Lili - długi zamiast długie

Więcej nie wpadło mi w oko. Pozdrawiam

Co do drugiego komentarza - bardzo dziękuję, błędów nie zauważyłem wcześniej, już poprawiłem.
Co do pierwszego - kolejność zmieniona ot tak, dla przekory :) - cieszę się, że mimo może skomplikowanej, ciężkiej(?) treści, uznałeś "Połamane lalki..." za warte przeczytania. Kłaniam się nisko :).

Dla mnie to świetny tekst.Zachęcił mnie do przeczytania reszty twoich utworów.Naprawdę  inspirujące.

Bardzo dobre opowiadanie. Wciągające i ciekawe, w pewnym momencie lektury w głowie pojawiła mi się myśl: "fajne, ale gdzie fantastyka?" A potem do dobrego tekstu i pani na "F" dołączyła. Pozdrawiam

Mastiff

Powiem krótko... wow. Opowiadanie budzi emocje - niepokoi, zasmuca, wzrusza. Piszesz doskonale, zazdroszczę warsztatu. Naprawdę. Poza tym widać, że jesteś erudytą i potrafisz wykorzystać swoją szeroką wiedzę w sposób elegancki i nieostentacyjny. No i jesteś mistrzem detalu. Kiedy czytam zwracam uwagę na szczegóły i jestem czepliwa. Ale trafiła kosa na kamień - jesteś nie do zagięcia. Podam przykład - w pierwszej scenie mowa jest o tym, że Ewa wypija dwie, trzy butelki wina i krzyczy na balkonie. Pomyślałam: To niemożliwe. Autor chyba nie wie ile alkoholu może wypić kobieta. Ja mam mocną głowę a po dwóch butelkach to bym mogła co najwyżej się czołgać, a nie chodzić, krzyczeć, myśleć. I jeszcze coś z tego pamiętać ;) Ale to był mój błąd, nie Twój. Instynktownie wyobraziłam sobie Ewę jako kobietę podobną do mnie, podczas gdy w scenie w gabinecie dowiadujemy się, że jest ona wysoka i dobrze zbudowana. Jeszcze raz brawo za konsekwencję, realizm żelazną logikę świata.

Piękny, inspirujący, poruszający tekst.

Na razie mój murowany faworyt na eliminacje - 6.

Nie podobało mi się. Zresztą, przypomina inne teksty autora.Po dwóch wiadomo, co będzie w trzecim. Ani to straszne, ani śmieszne.

Gdybym miała wskazać ten jeden, jedyny, najlepszy tekst w eliminacjach, to miałabym dylemat, czy byłby to Twój tekst czy "Bez cienia wątpliwości". Dwie zupełnie różne jakości. Tam mamy humor, akcję i rozrywkę, u Ciebie jest refleksja i wzruszenie. W ogóle brawo za pomysł, wykorzystanie motywu "schorzeń" (moja romantyczna dusza buntuje się przeciwko nazywaniu synestezji schorzeniem, stąd cudzysłów :P) w tak twórczy i niebanalny sposób, łatwo przy takiej tematyce uciec w banały, Tobie udało się tego uniknąć. No i ta bohaterka, która jak Blimunda z powieści Saramago (tak mi się skojarzyło) widzi ludzkie dusze... świetne. Styl, język, oryginalność, bohaterowie - brak słów, gdybym była redaktorem NF, to Ty w ogóle nie musiałbyś brać udziału w eliminacjach, bo już dawno Twoje teksty ukazywałyby się "na papierze" ;) Daję szóstkę, bo siódemek nie ma.

Podoba mi się twój styl,tak wyrazisty i emocjonalny. Podoba mi się pomysł i jego realizacja. No i podoba mi się, że nie boisz się ocierać o cielesność i podejmujesz te tematy absolutnie bez kompleksów. Jesteś dobry. Cholernie.

Kompletne i świetne!

@Ranferiel: albo niedostatecznie zwracasz uwagę na szczegóły, albo jesteś za mało czepliwa;) "przechodził koło jej pokoju i wzrokiem odruchowo powędrował w kierunku niedomkniętych drzwi" (o Adamie) - osoba z chorobą Moebiusa nie powędruje (a już na pewno nie odruchowo) wzrokiem nigdzie, bo ta choroba to niedorozwój nerwu odpowiedzialnego m.in. za ruchy oczu. Musiałby obrócić głowę a nie "podążyć wzrokiem". W ogóle zresztą, chorzy na Moebiusa odczuwają normalnie emocje, jedynie nie mogą ich wyrażać mimiką twarzy, więc określanie Adama mianem "pustego" i "martwego" z powodu tejże choroby jest sporym nadużyciem. 
Opowiadanie czytało się dobrze, z rzeczy warsztatowych to momentami rozpraszały mnie wtręty w nawiasach, niektóre są zupełnie zbyteczne. Co do treści - mnie nie porwało. Ewa jako synestetka jest zupełnie nieprzekonująca, Adam "przedobrzony" a Lilia przerysowana. Brakuje jakiegos normalnego bohatera jako punktu odniesienia, bo tu poza przypadłościami wynikłymi z chorób, to wszyscy po kolei są, jak to się mówi "zdrowo porąbani". I o ile jeden "nienormalny" bohater jest ciekawy i intryguje, tak tu jest tego za dużo. Cała historia sprowadza się do tego, że Ewa, która odziedziczyła klinikę (oczywiście  relacje z ojcem też z rodzaju nienormalnych), wpadła na genialny pomysł wymordowania hospicjum z chorymi dziećmi aby "zakonserwować" ich dusze przy użyciu Adama (nawiązanie biblijne imion, jak rozumiem celowe; zastanawiam się tylko nad Lilią - od Lilith?), osobiście nie lubię stosowania mocno chwytliwych motywów (zwłaszcza na tym forum) w postaci cierpiących dzieci. I o ile w "dzieci to lubią" wyszło to w sposób dobrze wyważony, tak tu mam wrażenie przedobrzenia. Za dużo tych nieszczęść wszelakich dookoła.
Niemniej, chętnie zobaczyłabym surfaceofthesun w wersji papierowej :)

Przede wszystkim - dziękuję za komentarze. Te miłe zostawię samym sobie - cieszy mnie, że ktoś podszedł do tego opowiadania w taki sposób.
Teraz weźmy się za łby z krytyką :). Gwidonie, Twoje zdanie jak najbardziej szanuję, przy okazji cieszę się, że  "Lalki..." nie okazały się śmieszne. Jestem zupełnie upośledzony, jeśli chodzi o tworzenie historii mniej lub bardziej optymistycznych i jeśli kiedykolwiek miałbym ochotę tworzyć komedię - dla przestrogi przeczytam Twój komentarz :).

@ Bellatrix: No to sobie pogadamy ;D.  Twoje uwagi a'propos zespołu Moebiusa są jak najbardziej słuszne, natomiast choroba(?) Adama wykluczyła u niego jakiekolwiek odczuwanie/postrzeganie uczuć - chodziło o upośledzenie kwalifikujące się poza wspomniany wcześniej zespół Moebiusa - to miało być jednym z "klocków"dotyczącym jego życia wśród ludzi.
Dzieci? Fakt, po raz kolejny u mnie nie mają łatwo, nic nie mam na swoje usprawiedliwienie. I, zupełnie szczerze, trochę myślałem nad ich rolą w tym opowiadaniu - wyszło jak zawsze :).
Kończąc: opowiadane udało mi się, nomen omen, zakończyć, parę godzin przed deadlinem. Bardzo chciałbym, żeby okazało się głębsze, bardziej poruszające, może wyjątkowe. Tym niemniej czas jest bezlitosny - tym bardziej dziękuję Tobie, Bellatrix i gwidonowi, za krytyczne ale bardzo słuszne uwagi - o beletrystyce mam znikome pojęcie i każda uwaga jest dla mnie nieoceniona. 
No, to miłego weekendu życzę :). 

Gwidon ciekaw jest czy autor wysyła swoje teksty do papierowych magazynów, czy od razu wrzuca na portal? Bo jak sam sie przekonałem, jest to palenie tekstu. Po portalu nigdzie nie chcą wziąć.A odnośnie mej krytyki, to opko mego autorstwa Krwi z marcowej NF, na stronie unreal-fantasy.pl zostało nazwane gniotem numeru.(na Qfant.pl - perełką).

Trochę mało fanastyczne te opowiadanie, ale to bez znaczenia. Dałeś wpaniały tekst. Talent to ty masz. Trochę niektóre porównania mnie raziły, ale może mój prosty umysł nei ogarnia jak tekst jest nieco bardziej poetyckim językiem napisany. Kwiecisty styl to nie to, co najbardziej lubię (może dlatego, że sam nigdy tak nie będe umiał), ale w tym przebijasz wszystkich. Dajesz do myślenia. Jestem już pół godziny po lekturze i wciąż nie mogę się wziąć za naukę.

Ty draniu.

Bellatrix, pod względem czepliwości nie śmiem z Tobą konkurować ;) A może jestem wystarczająco czepliwa, tylko nie dość spostrzegawcza? :P Kto wie, kto wie... ;)

Trochę się boję czytać Twoje teksty, zawsze potem czuję się dziwnie. Potraktuj to jako komplement, nie można przejść obok Twojej prozy obojętnie, a po lekturze przejść nad nią do porządku dziennego. Mocne i robi wrażenie!

Hmmm... Mam mocno mieszane uczucia. Z jednej strony faktycznie mnie wciągnęło, akcję widziałam niemalże na żywo. Ale... No i od czego by tu zacząć? Może od najłatwiejszego w zdefiniowaniu: stylistyka. Nie dajesz czytelnikowi odpocząć, praktycznie każde zdanie jest rozbudowane i skomplikowane. Ja to bym mocno wygładziła, porozbijała i momentami uprościła, żeby czytelnik nie musiał niektórych zdań czytać po kilka razy, no ale to Twój styl i Twój tekst. A teraz to, co określić mi ciężej. Hmmm... Chyba nie przekonuje mnie sama historia. Jest jakaś taka blada, mętna. A jak już przy ostatniej scenie rozmowy Adama i Ewy stanęła mi przed oczami finałowa scena "Niezniszczalnego" (między Willisem a Jacksonem), to niestety prysł cały nastrój, w który wprowadziło mnie to co wcześniej. Także nie wiem, co o tekście myśleć. Ale może to też trochę wina tego, że dużo się po Tobie spodziewałam, chociaż to pierwsze Twoje opowiadanie, które czytam.

www.herbatkauheleny.pl

To jest mój absolutny numer jeden w eliminacjach. Surfaceofthesun po raz kolejny pokazujesz na co Cię stać. Ten tekst ma dosłownie wszystko czego mógłbym oczekiwać i nie ma się do czego przyczepić (nie jestem, aż tak dociekliwy). Dla mnie liczy się historia, która wciąga, zachwyca, niepokoi i jest pełna emocji. Bogate opisy, ponury nastrój, wiarygodne postacie. Szósteczka.
Pozdrawiam

Trochę mnie tu nie było. Dzień dobry.

@gwidon: Wrzuca na portal, nigdzie nie wysyła. Jest zbyt niecierpliwy, poza tym ludzie w Polsce są głupi - palenie tekstu, też mi coś. Powiedzcie to autorowi "Metro 2033".

@mniam: I tak też traktuję, dzięki :).

@clayman: Super, lubię, kiedy tekst kogoś poruszy. I ten "drań" - muzyka dla moich uszu :D.

@Suzuki: Może dlatego, że ja nienawidzę robić czegoś pod presją i jak mi coś każą - deadline'y źle na mnie działają i wszystkie poprawki - zamiast zwyczajowego tygodnia - zrobiłem w osiem godzin. Z tym "Niezniszczalnym" mnie trochę skonfundowałaś :).

@Redil: Fajnie, wielkie dzięki :)

surface, przykro mi, ale nie zaskakujesz.

Nie zaskakujesz, bo jak zwykle jesteś w rewelacyjnej formie. Gdybyś napisał coś przeciętnego, byłoby w końcu na co narzekać. A tak? surfaceofthesun znowu popełnia arcydziełko. Nawet nie wiadomo, co pisać w komentarzu. Strach się bać, co będzie, gdy weźmiesz się za powieść.
Jak na moje wyczucie, publikację masz pewną.

PS. Gdy będziesz coś wydawał, daj proszę znać mi na maila w profilu, żebym nie daj Boże nie przeoczył.
Tyle ode mnie, wesołych Świąt!
RR

No przyznam się szczerze, że czekałem na Twój tekst tutuj. Napisany jest świetnie, a historia którą snujesz tak powoli wciąga, że człowiek zapomina o bożym świecie na kilkanaście minut podczas pochłaniania lektury. I wiesz co Ci powiem, nie chcę widzieć Twoich tekstów w Internecie - mam zamiar je widzieć wydrukowane i opublikowane. Tam jest ich miejsce. Pozdrawiam

"Wszyscy jesteśmy zwierzętami, które chcą przejść na drugą stronę ulicy, tylko coś, czego nie zauważyliśmy, rozjeżdża nas w połowie drogi." - Philip K. Dick

Skonfundowałam? Dlaczego? :)

Kurcze, Gburku, czemu Ty na PP taki miły nie byłeś? :) 

www.herbatkauheleny.pl

Opowiadanie , tak jak zauważyli inni komentujący, rzeczywiście wciąga i napisane jest nietuzionkowo, angażuje emocje ale... Jak na mój gust troszkę za mało pachnie 'moim' wyobrażeniem o fantastyce.  

Opko się podobało;) Nie wiem czy widziałeś, ale na Hyde parku jest założony wątek, w którym zachęca się publikę do
 robienia ilustracji do opowiadań z „Eliminacji", tu jest link do niego:
 http://www.fantastyka.pl/10,4136.html

 No, i tak się składa, że zrobiłem ilustracje właśnie do twojego opka- oto one:
 http://www.fantastyka.pl/60,450.html

 Mam nadzieje, że ci się spodoba.
 Pozdro.

Kolejna historia opowiedziana w charakterystyczny dla Ciebie sposób.

Jak zwykle już na wstępie oferujesz coś, co zaciekawia i wciąga. Zgłębiając treść natykam się na fragmenty które stopniowo sugerują kierunek, w którym toczy się opowiadanie, a jednak i tym razem finał okazał się wcale nie taki oczywisty.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Sympatyczne :)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka