- Opowiadanie: lakeholmen - Króliczki kontratakują,czyli międzygalaktyczny zakład krawiecki Piotra R.

Króliczki kontratakują,czyli międzygalaktyczny zakład krawiecki Piotra R.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Króliczki kontratakują,czyli międzygalaktyczny zakład krawiecki Piotra R.

Cóż może być piękniejszego, niż ciepły lipcowy wieczór? Piwo chłodzi spracowane dłonie, stos płyt piętrzy się na stole, dając niezbędne człowiekowi do szczęścia poczucie wolności wyboru, króliki siedzą cicho w wysprzątanej klatce i nawet wierzyciele nie mają ochoty trudzić się wykręcaniem mojego numeru.

Tak, to właśnie marzenia ostatniego w tym roku piątkowego popołudnia. Śniegowo-błotnistego, grudniowego popołudnia. Marzenia przerwane brutalnie przez dzwonek telefonu, który nie może wróżyć nic dobrego. Dlaczego bowiem akurat dziś mieliby przestać dzwonić komornicy i windykatorzy należności?

A jednak odebrałem i to już po trzecim dzwonku. Coś, zapewne przeczucie biznesmena, podpowiedziało mi, że tym razem to klient i to nie z reklamacją. Wprawdzie to samo przeczucie zawiodło mnie na mnóstwo sposobów jakieś dwa tysięcy razy, ale żadna seria nie trwa wiecznie. Rachunek prawdopodobieństwa był po mojej stronie.

– Piotextil, słucham? – przywitałem się, siląc się na beztroski, acz profesjonalny ton.

– Czy może pan być za pół godziny na rynku Bałuckim? – odpowiedziała aksamitnym głosem jakaś kobieta.

– To zależy, o co chodzi – powiedziałem ostrożnie, wyczuwając w głosie tajemniczej rozmówczyni mieszaninę łagodności i otwartości do negocjacji. Gdyby wierzyciele chcieli mnie zastraszyć, prościej byłoby chyba przyjechać do biura i tutaj mnie pobić albo zabrać fax i kopiarkę.

– To nie jest sprawa na telefon – odparła kobieta. – Musimy zobaczyć się osobiście. Będę na pana czekać koło sprzedawcy króliczków.

– Króliczków? – Nikt tak nie mówi, pomyślałem. Czyżby ktoś wynajął mafię z Ukrainy?

– Wie pan, króliczki. Takie małe, rude pieski. Muszę kończyć. – Wyłączyła się.

Cóż miałem robić? Wstałem zza biurka, rzuciłem ostatnie być może spojrzenie na biuro i, zgasiwszy światło, poszedłem do garażu. Jeśli korki nie okażą się większe, niż zwykle, miałem szansę za pół godziny zdążyć na rynek Bałucki na spotkanie z kobietą, która nie odróżnia psa od królika.

Miałem niejasne przeczucie, że nie jest to jej największy problem.

 

*

 

Gdzie ja znajdę sprzedawcę króliczków w tym tłumie, myślałem, przeciskając się wśród ogarniętej przedsylwestrowym szaleństwem ciżby. Zostało mi już tylko pięć minut do wyznaczonej pory, ale jeśli tajemniczej kobiecie zależało na spotkaniu, mogłem chyba liczyć studencki, czy może raczej kupiecki, kwadrans? Nie wiem czemu, ale wyobraziłem sobie, że będzie miała na sobie długie, srebrne futro i wysokie kozaki. Doktor Freud zapewne wytłumaczyłby mi, skąd wziął się ten obraz, dla mnie ważniejsze było jednak, że naprawdę nie wiedziałem, jak miałbym ją poznać. Co zrobię, jeśli okaże się, że sprzedawcę otacza tłum rozochoconych kobiet, każda gotowa pogłaskać króliczka, czyli małego rudego pieska?

Kiedy tak szedłem, wypatrując sprzedawcy króliczków, doszło mnie ciche, lecz świdrujące w uszach psykanie.

Przystanąłem i rozejrzałem się. Żadnej kobiety w srebrnym futrze, w ogóle żadnej kobiety. Sami chłopi w gumiakach, wszyscy zajęci pakowaniem towaru z powrotem na furgonetki i do miniaturowych magazynów w zamykanych na kłódki, prymitywnych budkach. Zawsze tak sobie wyobrażałem targ w Mongolii i przez chwilę poczułem się egzotycznie. Brak jakiegokolwiek wielbłąda nie pozwolił jednak ulec złudzeniu. Znajdowałem się w centralnej Polsce, w pięknym mieście Łodzi.

– Pst! – Powtórzył psyczący ktoś. Dźwięk dochodził wyraźnie tuż znad ziemi, z mojej prawej strony. Skierowałem tam spojrzenie i wtedy właśnie je ujrzałem.

Króliczki.

Były małe, rude i bardzo puszyste, z długimi, miękkimi uszami. „Króliczki" było słowem, które na ich widok samo się nasuwało, mimo ewidentnie psiej twarzy, przypominającej naraz bulteriera i mopsa, niezależnie od tego, jak bardzo niemożliwa taka kombinacja może się wydawać. Kłębiły się w wiklinowym koszyku wyłożonym kraciastym pledem. Musiało być ich kilkanaście.

Podszedłem bliżej. Sprzedawca drzemał, a rozchodzący się wokół intensywny aromat bimbru sugerował, że to nie po dniu spędzonym na ciężkiej pracy jest taki senny.

– Pst! Pst! Niech pan przykucnie!

Głos zdawał się dochodzić spod moich stóp. Jeśli psykała kobieta, która wcześniej do mnie dzwoniła, musiała się ukryć, za koszem lub, co gorsza, w nim. Sam się roześmiałem na tę myśl i kucnąłem, sięgając ręką pomiędzy króliczki, żeby rozgarnąć wijącą się masę i odszukać zagrzebanego w nich człowieka, najpewniej karlicę.

– Proszę się nie śmiać, tylko mnie kupić! Zaraz zamarznę! – ponaglił mnie głos, tym razem wyraźnie identyczny z tym, który pół godziny wcześniej brzmiał w mojej słuchawce.

– Nie może pani po prostu wyjść?! – zapytałem, rozzłoszczony nagle. Żarty nieodmiennie przestają mnie bawić, kiedy ktoś zmieniają się w ofertę kupna czegoś, czego zupełnie nie potrzebuję. Nawet jeśli to coś jest puchate. I zwłaszcza, jeśli ma sześć łap.

Sześć łap!

Z odrazą cofnąłem dłoń z takim impetem, aż straciłem równowagę i plasnąłem w gęste, śniegowe błoto zalegające rynek. Ten odgłos przebudził sprzedawcę, który otworzył nagle oczy, zadziwiająco trzeźwe i pełne łez. Obserwował mnie, jak gramolę się z powrotem do pozycji stojącej, otrzepując dżinsy z grud brudnego śniegu.

– Jeśli nikt ich nie kupi, będę musiał je utopić – wychrypiał. – Są jeszcze ślepe, nic nie poczują.

Nienawidzę szantażu emocjonalnego, muszę jednak przyznać, że to najlepszy sposób, aby skłonić mnie do zrobienia czegoś, na co nie mam najmniejszej ochoty. Wyobraziłem sobie zimną wodę z przerębla wtłaczaną w maleńkie płuca i gardło mi się ścisnęło.

– Ile? – spytałem zdławionym głosem i sięgnąłem do portfela.

– Tysiąc.

Na szczęście nie przełykałem akurat śliny, bo z pewnością bym się zadławił. Tysiąc złotych za króliczka?

– Niech będzie dziewięćset, skoro pan taki skąpy. – Handlarz musiał dostrzec oburzone zdziwienie na mojej twarzy. Z takim talentem do negocjacji nie miał szans na duży zarobek.

– Sto złotych maksymalnie – odparłem, próbując odpędzić wizję różowych jęzorków zwisających bezwładnie z małych pyszczków.

– Żaden z pana przyjaciel zwierząt. Reszta pójdzie do piachu – szczuł mnie sprzedawca.

Wtedy przypomniałem sobie sześć łap.

– Niech się pan cieszy, że nikt nie nasłał na pana sanepidu – warknąłem, próbując przybrać możliwie niemiły ton. – Te mutanty muszą być promieniotwórcze.

Stary wyprostował się nagle, naciągnął głębiej czapkę na oczy i rozejrzał się podejrzliwie.

– Dobra, niech będzie dycha i są pańskie – syknął. – Tylko szybko.

– Wszystkie? Mogę wziąć tego największego. Nie jestem producentem futer, tylko koszul.

– Bierz pan, resztę się spali.

Spali! Serce ścisnęło mi się na myśl o piszczących w płomieniach maleństwach.

– Niech będzie, biorę wszystkie – westchnąłem, zrezygnowany.

Wyjąłem z portfela dziesięć złotych i podałem rolnikowi.

Kupiłem kosz króliczków.

 

*

 

W domu przywitało mnie wściekłe tłuczenie królików o klatkę. Znowu zapomniałem dać im żarcia przed wyjściem do pracy! Zrobiło mi się strasznie głupio, ale chwilowo miałem ważniejsze problemy na głowie – cały bagażnik wijących się, puchatych i, co najgorsze, sześciołapych króliczków. Skoro już uratowałem zwierzaki od spalenia, utopienia i zakopania żywcem, musiałem się jakoś nimi zająć – czy to znajdując im właścicieli, czy przynajmniej odwożąc do schroniska. Do tej pory jednak musiałem całą czeredę zabrać z samochodu, zanim zasikają albo jeszcze solidniej zabrudzą cały bagażnik.

Zdjąłem kurtkę, nalałem sobie whisky i wypiłem, z wyrzutami sumienia, jak zwykłą pięćdziesiątkę taniej wódy. Trudno, nie miałem innego alkoholu, a na trzeźwo nie podejmowałem się zajmować sześcionogimi pieskami. I tak przeczuwałem, że będzie mnie to kosztowało kilka sesji u psychoterapeuty, próbowałem więc przynajmniej ograniczyć szkody. Powtórzyłem zabieg ochronny trzy czy cztery razy i odczekałem kilka minut, aż operacja „Króliczki" zaczęła wydawać mi się przepełniona sensem i swoistym, sytuacyjnym humorem, chociaż zapewne nie umiałbym nikogo przekonać, że było w niej coś śmiesznego. Najważniejsze, że przestałem bać się wrócić do garażu.

Tak po prawdzie, myślałem sobie, odliczając każdy z tuzina stopni wiodących do piwnicy, to sześcionogie pieski, o ile tylko nie są naprawdę jakimiś promieniotwórczymi mutantami z Czarnobyla, mogłyby postawić mnie wreszcie na nogi. Mógłbym sprzedać je do cyrku albo nawet otworzyć własne objazdowe panoptikum. Albo wylansować modę na takie dziwolągi wśród nowobogackich. Jeździć z wykładami po świecie. Wkładać kij w mrowisko biologom i innym takim mądralom.

Na razie jednak musiałem stawić czoła ponurej, sześcionogiej rzeczywistości. Byłem przy samochodzie.

Sięgnąłem klamki i bohatersko otworzyłem drzwi bagażnika.

W środku panowała podejrzana cisza. Żadnego popiskiwania czy skrobania. Coś było nie w porządku.

Nawet w mdłym świetle bagażnikowej lampki wyraźnie widać było, że koszyk wypełniają jakieś bulwy. Bardzo dorodne, olbrzymie wręcz, z bujną, wielką nacią. Serce podeszło mi do gardła. Jakim cudem stary mógł sprzedać mi skrzynkę jakiejś brukwi, wmawiając mi cały czas, że to króliczki, które inaczej będzie musiał spalić? I po co całe to targowanie? Dwadzieścia kilo zieleniny musiało chyba kosztować więcej niż dychę?

Nie mówiąc już o tym, że kobiety, która mnie zaprosiła, nie znalazłem.

– Co tu się, kurwa, wyprawia!? – krzyknąłem wściekły do pustych ścian.

W tej samej chwili kątem oka dostrzegłem ruch. W głębi bagażnika coś siedziało. Przez chwilę spodziewałem się czegoś małego i puszystego, z długimi uszami i pyszczkiem przypominającym skrzyżowanie bulteriera i mopsa.

Niestety, rzeczywistość nie okazała się aż tak łaskawa. Ujrzałem skuloną, ludzką postać. Opierała się o ścianę, obejmując kolana dłońmi.

Już chyba wolałbym brukiew.

– To pani do mnie dzwoniła? – zapytałem, jak gdyby to miało teraz jakieś większe znaczenie.

Zdawało mi się, że pokiwała głową. Próbowała też coś powiedzieć, ale szczęk zębów zagłuszył jej słowa. Musiała być przemarznięta do kości.

Obróciłem się na pięcie i ruszyłem na górę po szlafrok. O ile wzrok mnie nie mylił, kobieta była zupełnie naga.

Tylko gdzie podziały się króliczki?

 

*

 

Zrobiłem dwa duże kubki herbaty – do swojego dolewając dla poprawy zszarganych już zdrowo nerwów jeszcze trochę whisky – i czekałem w fotelu przed kominkiem, aż kobieta wyjdzie z łazienki. Kiedy ją tam prowadziłem pół godziny wcześniej, zdążyłem zauważyć, mimo okrywającego ją szlafroka, że jest przeraźliwie chuda i ma bardzo rzadkie, rudawe włosy. Nie mogła mieć więcej niż dwadzieścia lat. Nic więcej o niej nie wiedziałem, nie licząc faktu, że przyjechała nago w budzie mojej furgonetki.

– Nie mamy niestety za dużo czasu – rozległo się tuż nad moją głową. – To dla mnie herbata? Dziękuję.

– Czasu na co? – zdziwiłem się, podrywając się na równe nogi.

Zupełnie nie słyszałem jej kroków, ani zamykanych drzwi do łazienki.

– Ścigają mnie detektywi imperium – szepnęła, rozglądając się podejrzliwie. – Ledwie ich zgubiłam w Nairobi, ale najpóźniej jutro tu będą.

– Imperium? – skojarzyło mi się to z Gwiezdnymi Wojnami i zachichotałem, nierozważnie. Nie wiedziałem przecież, czy dziewczyna nie jest agresywna. W końcu byłem z nią w domu sam na sam, co z tego, że wyglądała na delikatną kobietę? Mogła znać sztuki walki albo przemycić pistolet, taki miniaturowy.

– Tak, Imperium Północnego, które spycha nas, prawowitych właścicieli południowego kontynentu planety So'śdamllud na jego lodowe, niegościnne rubieże. Jest pan naszą ostatnią nadzieją, panie Piotrze! – krzyknęła z egzaltacją.

Zamarłem. Jaka znowu planeta Cośtam?

Przypomniał mi się artykuł w gazecie, którą przebrana za słup ogłoszeniowy dziewczyna wręczyła mi ostatnio na ulicy. Pisali tam o ludziach, odgrywających całymi miesiącami różne niestworzone historie o kosmitach albo wampirach, udając, że wszystko to dzieje się naprawdę – z przerwami wyłącznie na sen i pracę. Szyją kostiumy, biegają poprzebierani po mieście i podobno nawet dostają na to jakieś dotacje, z Ministerstwa Kultury czy może Zdrowia. Nazywali to…

– Gra miejska, prawda? – krzyknąłem z satysfakcją. – To właśnie taka gra, tak?

– To żadna gra, panie Piotrze. Niech pan mnie wreszcie posłucha. To bardzo poważna sprawa!

– Poważne sprawy poznaję po zamówieniu co najmniej tysiąca sztuk – odparłem trzeźwo, odzyskując w jednej chwili czujność. – Albo po podpisie sądu gospodarczego lub urzędu skarbowego.

– Chodzi o zamówienie na dwieście pięćdziesiąt tysięcy.

Aż się zachłysnąłem herbatą.

– Dwieście pięćdziesiąt tysięcy czego? – Spytałem, gdy tylko odzyskałem oddech.

– Mundurów żołnierskich – padła krótka, rzeczowa odpowiedź.

– Na kiedy? – Spytałem odruchowo.

– Na jutro.

– Słucham?! – parsknąłem. – W jeden dzień to ja mogę pani zrobić sweter na drutach. Mam tu niezbyt dużą szwalnię, nie kombinat odzieżowy!

– Konkretnie za dwadzieścia godzin – uściśliła, nie zrażona moimi drwinami. – Inaczej będzie za późno.

Brzmiała bardzo serio, nawet jak na wariatkę, która uważa, że pochodzi z Marsa. Zacząłem nawet szacować w pamięci, tak dla treningu, ile zaliczki potrzebowałbym, żeby spróbować uporać się z takim zadaniem.

Wtedy właśnie to dostrzegłem – jej dłonie. Z każdego rękawa wystawały po dwie. Obiema prawymi trzymała kubek.

Nigdy wcześniej nie zemdlałem, przysięgam. To był pierwszy raz.

 

*

 

– Niech pan się obudzi, panie Piotrze! – Ktoś krzyczał i bił mnie po policzkach.

Przez odemknięte z trudem powieki ujrzałem zamazany obraz chudej, kobiecej twarzy.

– Nie! – krzyknąłem i spróbowałem zemdleć ponownie. Niestety, na próżno. Nawet zasnąć mi się nie udało, choć mruczałem uspakajająco i głaskałem się po głowie.

– Niech pan się napije, to pana postawi na nogi. – Poczułem pod nosem zapach whisky i posłusznie uchyliłem ust. Cierpki smak rzeczywiście otrzeźwił mnie, choć nie mogłem powiedzieć, że jestem już gotów stawić czoła światu.

– Kim pani jest? – wymamrotałem, chwytając kubek, który mi podała. Po brzegi wypełniony był bursztynowym, szkockim balsamem. Też bym nie żałował, nalewając z cudzej butelki i to jej właścicielowi.

– Mam na imię Da'ra – wyciągnęła do mnie górną prawą dłoń. Dolna, trzymająca kubek, wystawała z tego samego, szerokiego rękawa. – Nie możemy tak oficjalnie się traktować, bo nigdy nie dojdziemy do porozumienia.

– Piotr. Miło mi – odpowiedziałem, ściskając jej rękę i próbując nie oparzyć się o gorący jeszcze kubek.

– Przestraszyłam się, kiedy zemdlałeś. Jesteś na coś chory? Na epilepsję albo cukrzycę? – głos miała przepełniony troską.

– Nic takiego. Po prostu – zawahałem się nad jakimś rozsądnym wytłumaczeniem – przypomniałem sobie, że nie mam marchewki dla moich królików. To był dla mnie prawdziwy szok.

– To bardzo szlachetne. Bałam się, że to może na mój widok. – Odetchnęła z wyraźną ulgą.

– Ależ nie, wyglądasz wspaniale! – zapewniłem ją, z nadmiernym nieco entuzjazmem.

– Tak uważasz? – uśmiechnęła się zalotnie. Pożałowałem nagle swej wylewności. Bardzo nie chciałem wpaść w oko czterorękiej kobiecie z Marsa.

– Oczywiście – potwierdziłem i szybko zmieniłem temat. – Mówiłaś coś o mundurach, prawda? Czemu akurat u mnie chcesz je zamówić? Nie dysponuję chwilowo zbyt dobrymi referencjami.

– To proste. – Rozpromieniła się. – Mundury, których potrzebuję, muszą się rozpaść przed pierwszym praniem. Przeleciałam pół kosmosu, a na Ziemi byłam nawet w Chinach i Bangladeszu, ale wszystkie ubrania, które były odpowiednio słabej jakości, na milę śmierdziały tandetą. Tyko twoje produkty wyglądają, jak markowy towar pierwszej klasy.

Wszystko było jasne. Miałem do czynienia ze stuprocentową wariatką. Tylko co miałem zrobić? Jeślibym zaczął od razu dzwonić po pogotowie, mogła mnie oblać gorącą herbatą, a trzeba wam wiedzieć, że jestem uczulony na większość środków przeciwbólowych. Miała mnie w garści.

– Zrobiłem szybką kalkulację – zacząłem paplać, byle tylko jakoś odwrócić jej uwagę, póki herbata nie wystygnie. – Wygląda na to, że dwieście pięćdziesiąt tysięcy najmarniejszych nawet mundurów można uszyć nie szybciej, niż w trzy miesiące. Zakładając, że będzie tu pracowało sto pięćdziesiąt dziewczyn i to tylko z przerwą na sen, a to nierealne. Muszą kiedyś ugotować mężom obiad.

– Nie cierpię tych waszych feudalnych zwyczajów. U nas to mężowie gotują obiady. I jeszcze dziękują za to żonom. Przed każdym posiłkiem! – krzyczała wściekła, gestykulując intensywnie. Szlafrok rozchylił się delikatnie, zaś moim oczom ukazał się niewiarygodny, absolutnie nieprawdopodobny widok.

Podwójny dekolt.

Da'ra, czy jakkolwiek nazywała się naprawdę czteroręka kobieta, miała dwie pary piersi. Nie jakieś dodatkowe sutki, o których kiedyś czytałem w „Nie z tego świata", nie jakieś drobne, niezauważalne szczególiki. Wyposażona była, o ile mogłem to ocenić po tym, co ujrzałem, w dwa normalne i to naprawdę spore biusty, ułożone jeden pod drugim.

Poczułem charakterystyczne uczucie ciepła rozlewającego się po karku.

Nie mogłem w to uwierzyć: podobała mi się kobieta o czterech piersiach i czterech dłoniach!

– U was? – zapytałem bezmyślnie, z trudem przebijając się przez mgłę perwersyjnego pożądania i niezrozumienia tego, co widzę. Może miała syjamską bliźniaczkę, z której zostały tylko ręce i piersi? Jakkolwiek było naprawdę, efekt był piorunujący.

– Na So'śdamllud oczywiście – wyjaśniła, przestając na moment wymachiwać kubkiem. – Produkcja nie jest problemem. Ważniejsze jest, że musisz terminowo dostarczyć towar.

– Ja!? – krzyknąłem, zaskoczony dopracowanym do najdrobniejszych szczegółów planem syjamskiej wariatki z planety Cośtamlut. – Ale ja…

Zwyczajnie brakło mi argumentów, nawet głupich. Jak miałbym dyskutować z kimś, komu nie tylko nie przeszkadza, że zamówiony towar rozpadnie się przed pierwszym praniem, ale do tego spodziewa się, że terminowo dostarczę go pod wskazany adres, nieważne na tej czy na innej planecie?

Trudno, trzeba było zacząć dziewczynę konfrontować z rzeczywistością. Herbata nie mogła mieć już więcej, niż sześćdziesiąt stopni, wiele więc nie ryzykowałem. Musiałem zacząć od czegoś, co zrozumie, mimo swych urojeń.

– Widzisz – zacząłem ostrożnie. – Niestety parę razy zawiodłem się już na firmach przewozowych. Musiałbym dowieźć towar osobiście.

– To oczywiste, że zawieziesz osobiście – odpowiedziała trzeźwo. – Wszystko musimy utrzymać w tajemnicy.

– Ale ja nie umiem prowadzić statku kosmicznego! – powiedziałem odważnie, wziąwszy głęboki oddech.

– Cholera! – krzyknęła, uderzając kubkiem w stół i posyłając w górę fontannę herbaty. Szklany blat zajęczał, lecz na szczęście wytrzymał. – O tym nie pomyślałam!

I rozpłakała się.

 

*

 

Da'ra nie uspokoiła się, póki nie podszedłem do niej i nie pogłaskałem po głowie. W jednej chwili przestała szlochać, za to rozmruczała się, jak kocica. Przyznaję, że kiedy płaszcz kąpielowy rozwiązał się przy tym, prawie straciłem głowę, ale pomyślałem od razu o AIDS (nie trzymam w domu prezerwatyw, odkąd Maria, moja króliczka, niemal udławiła się jedną, myśląc, że to brokuł) i w ostatniej chwili powstrzymałem się od pocałowania dziewczyny w usta. Kto wie, jak daleko by to nas zaprowadziło, nawet mimo jej czterech rąk. Próbowałem nawet odsunąć się, jednak trzymała mocno, wpatrując się we mnie olbrzymimi oczami o rozszerzonych do granic źrenicach. Pulsujące nozdrza przywodziły na myśl dzikie zwierzę.

– Posłuchaj – zacząłem uspokajającym, miałem nadzieję, głosem. – Szturmowcy imperium są już po drodze z Nairobi, pamiętasz? Zanim tu dotrą, musimy omówić sprawę mundurów. Wiesz, rozmiary, wzory, te sprawy. No i cenę, niestety. Będę też potrzebował jakąś zaliczkę, jeśli mam zatrudnić tysiąc pięćset szwaczek i jeszcze dziewczyny do krojenia. Trzeba będzie wynająć halę sportową na weekend. I maszyny trzeba kupić. I stoły. No i wodę mineralną – poszedłem na całość, spodziewając się, że spasuje

– Nareszcie zacząłeś myśleć praktycznie! Świetnie! – uśmiechnęła się szeroko i uszczypnęła mnie w policzek palcami prawej górnej dłoni, jak jakaś ciocia albo babcia. – Wszystko to jednak nie będzie ani trochę potrzebne.

– Jak to? – zdziwiłem się dla zasady, chociaż mogłem się spodziewać, że człowiek niespełna rozumu nie zwróci uwagi na tak drobne szczegóły, jak planowanie produkcji – Czego zatem ode mnie oczekujesz?

– Zakupu surowców do produkcji. Załatwienia jakiejś hali. Uszycia mundurów. Dostarczenia towaru na So'śdamllud. Zrobisz mi jeszcze herbaty?

Najwyraźniej nie miała jednak pistoletu, skoro dalej potrzebowała wrzątku.

Zebrałem kubki i poszedłem do kuchni.

– Czajnik się zepsuł! – krzyknąłem, pstrykając kilka razy przełącznikiem na wypadek, gdyby miała ostry słuch. – Wystarczy ci mineralna?

– Tak – odpowiedziała. Stała w drzwiach kuchni, oparta o framugę. Zapomniałem, że umie tak cicho chodzić!

– Jakie duże te mundury potrzebujesz? – spytałem, nalewając jej wody. – Żołnierze na twojej planecie są bardzo wysocy?

– Skądże znowu. Są malutcy, zupełnie jak ja.

Miała jakiś metr siedemdziesiąt i chociaż ważyła nie więcej, niż pięćdziesiąt kilo, nigdy nie nazwałbym jej malutką. Musiała dostrzec sceptycyzm na mojej twarzy.

– Chyba muszę ci coś wytłumaczyć – powiedziała. – Inaczej jesteś gotów pomyśleć, że zwariowałam.

Spóźniła się ze swoimi obawami jakieś piętnaście minut, ale i tak poczułem ulgę. Może trafiłem po prostu na kogoś z bardzo wyrafinowanym poczuciem humoru? I czterema rękami. Ciężka sprawa.

– Słucham zatem – powiedziałem, opierając się o blat i upewniając się, że szuflada z nożami jest w zasięgu mojej ręki. Nie miałem pewności, czy w którymś momencie swojej opowieści nie wpadnie w szał.

Zamilkła na moment, jakby zastanawiała się od czego zacząć, a potem wzięła głęboki oddech i zaczęła mówić.

– Nazywam się Da'ra i pochodzę z planety So'śdamllud.

Podniosłem dłoń, żeby nie przerywając jej, dać znak, że chcę o coś zapytać. Miałem nadzieję, że na jej planecie obowiązują podobne zwyczaje. Zamilkła i uniosła w zniecierpliwieniu brwi.

– Tak? – spytała.

– Nie słyszałem nigdy o takiej planecie. Znam Merkurego i Wenus, i wszystkie inne, aż do Plutona, ale o Cośtamlut nie słyszałem.

– Moja planeta okrąża niewielką gwiazdę, zwaną przez nas „Słońce", bardzo podobną do waszej, ale w zupełnie innej galaktyce, tak dalekiej stąd, że nawet nie wiem, czy macie na nią jakąś swoją nazwę.

– A wy jak ją nazywacie? – spytałem zrezygnowany.

– Droga Mleczna.

Nawet mnie nie zatkało, zacząłem się już powoli przyzwyczajać. Najbardziej byłoby mi na rękę, żeby analogie w ich i naszym świecie sięgały aż do używania euro jako waluty. Posłuchamy, dowiemy się, pomyślałem i kiwnąłem głową, sygnalizując zadowolenie z jej odpowiedzi.

– Na So'śdamllud najwyżej rozwiniętą rasą są sześcionogie króliczki.

Zamarłem. Jak to króliczki? Myślałem, że to była to tylko sztuczka, jakiś fortel, sposób, żeby nawiązać ze mną kontakt. Byłem pewien, że więcej o tym paskudztwie nie usłyszę.

– Coś nie tak? – spytała, dostrzegając moje zakłopotanie.

– Masz na myśli takie króliczki, jakie sprzedawał tamten człowiek na rynku? – spytałem ostrożnie, nie mogąc w to uwierzyć. – Te, które potem podmienił na brukiew?

– Właśnie takie. Z tą brukwią było trochę inaczej, ale wyjaśnię ci potem, dobrze?

Skinąłem głową, zrezygnowany.

– Na naszej planecie – ciągnęła opowieść – nie ma niestety pokoju. Dawniej, przez całe tysiąclecia, Republika Dwu Rzek władała jedynym kontynentem naszej planety, zapewniając harmonijne życie wszystkim jego mieszkańcom. Niestety, lata spokoju uśpiły naszą czujność i potężny magnat-króliczek, zwany Le'bru, żądny bogactwa i władzy, zdołał podbić ze swoją armią najemników stolicę, a potem tereny niemal całego kontynentu, zakładając mroczne Imperium. Nas, wiernych tradycjom republiki rebeliantów, zepchnięto daleko na południe, na zaśnieżony półwysep Ati Po, ludność zaś, która pozostała na podbitych terenach, sprowadzono do roli dostawców jedzenia i zaopatrzenia dla rosnącej z każdym rokiem armii.

Łyknęła wody i otarła usta szerokim rękawem szlafroka. Mignęło mi przed oczami dziesięć palców u jej lewych rąk, ale starałem się nie zwracać uwagi. Słuchałem uważnie, żeby zrozumieć tę szaloną historię i znaleźć jakiś słaby punkt. Chwilowo cała zdawała się jednym wielkim słabym punktem.

– Jaki to ma związek z mundurami i ze mną? – wtrąciłem.

– Mój dawny kochanek – zniżyła glos do ledwo słyszalnego szeptu – a obecnie bardzo głęboko zakonspirowany towarzysz broni, mieszka w stolicy Imperium. Jest wysoko postawionym przedsiębiorcą. Udało mu się wygrać przetarg na dostawę zimowych mundurów dla armii imperium, która za miesiąc ma dokonać ostatecznego podboju terenów zajętych przez rebeliantów. Jeśli uda mi się dostarczyć mu pięćdziesiąt tysięcy mundurów uszytych tak źle, że nie przetrzymają nawet tygodnia, czyli twoich właśnie, armię imperium czeka zagłada, a rebelianci staną przed ostatnią szansą przywrócenia pokoju i harmonii na planecie.

Musiałem mieć bardzo sceptyczny wyraz twarzy, bo Da'ra nagle przerwała swoją opowieść.

– Nie wierzysz mi – powiedziała, zawiedziona. – A zatem cała moja misja na nic. Republika już nigdy nie powstanie z kolan.

Zasznurowała usta i obróciła się na pięcie.

– Nie wychodź! – krzyknąłem. – Bardzo trudno uwierzyć w to, co mówisz, sama chyba rozumiesz. Nie byłem nawet na Księżycu, a ty opowiadasz mi o zamieszkującej inną galaktykę cywilizacji, z którą miałbym robić interesy. To oszałamiające.

– Dobrze – odpowiedziała pełnym godności głosem, odwracając się z powrotem do mnie – Przekonam cię. Będziesz musiał mi uwierzyć.

Sięgnęła dłonią do paska i pociągnęła go, a potem delikatnym ruchem ramion zrzuciła szlafrok na podłogę.

Czułem, jak dosłownie, ani trochę przenośnie, opada mi szczęka. Stała przede mną naga, a ja gapiłem się na jej niewyobrażalnie chude ciało – mogłem dokładnie policzyć jej żebra – o czterech ramionach i czterech piersiach. Próbowałem spojrzeć jej w oczy, ale nadliczbowe części ciała zbyt mocno przyciągały mój wzrok.

Cóż to był za widok!

Nie trwało to jednak długo. Z odgłosem przypominający świst spuszczanego z dmuchanego materaca powietrza, Da'ra zaczęła się kurczyć. Oczy zapadły się w głąb malejącej gwałtownie czaszki, kończyny skracały w niezwykłym, idealnie równym tempie, twarz zaś nie tylko malała, ale i zmieniała kształt, fałdując się i wybrzuszając.

Nie dłużej niż po pięciu sekundach na podłodze przede mną, w fałdach opadłego na ziemię szlafroka siedział króliczek. Ani trochę puszysty, wręcz wyliniały, pokryty jednak rudawym, delikatnym puszkiem.

– Teraz mi wierzysz? – spytał króliczek głosem Da'ry.

Stałem tam, jak wmurowany, i zastanawiałem się, czy jest na to jakiś lek. Zawsze bałem się raka i opryszczki, ale nie potrafiłem sobie wyobrazić, że mógłbym cierpieć na chorobę, która niszczy umysł, zmienia człowieka w warzywo.

I oto stało się najgorsze.

– Wierzysz? – powtórzył króliczek. – Czy myślisz raczej, że zwariowałeś?

Kiwnąłem głową w odpowiedzi na obydwa pytania i zrobiłem krok w jej stronę, aby kucnąć i przyjrzeć się z bliska. Pyszczek stworzonka był nawet podobny do twarzy kobiety, z którą przed chwilą rozmawiałem. W jakiś sposób był podobny!

– Skoro już musiałam się upokorzyć – powiedział króliczek, nie spuszczając ze mnie wzroku – zmieniając przy tobie postać, skorzystajmy z okazji i zdejmij od razu ze mnie miarę. Mamy coraz mniej czasu.

Nawet jeśli mój umysł toczyła jakaś choroba, robiła to tak skutecznie, że urojenia powstałe w jej efekcie były miękkie, ciepłe i puszyste. Czułem, że opór jest bezcelowy i tylko pogłębił by trwający we mnie konflikt. Teraz to była moja rzeczywistość, musiałem się z tym pogodzić.

Cóż mi zostało? Zaniosłem Da'rę do pracowni, sięgnąłem centymetr i zabrałem się do roboty.

Szturmowcy Imperium byli już przecież w drodze z Nairobi.

 

*

 

Kiedy skończyłem, zapisując szkicami, wymiarami i uwagami Da'ry kilka dużych kartek, było dobrze po dwudziestej trzeciej. Chwilę później zadźwięczał dzwonek do drzwi.

– Schowaj notatki! – krzyknęła. – Nie mogą się niczego domyśleć!

Rzuciłem się biegiem do pracowni, żeby ukryć kartki z notatkami wśród stosu innych podobnych, gromadzonych przez lata mojej pracy projektanta ubrań.

Kiedy wróciłem, prowizoryczne posłanie ze zwiniętego szlafroka było puste. Okno na taras, które zawsze, nawet zimą, trzymam delikatnie uchylone, wydawało się teraz otwarte nieco szerzej. Musiała uciec tamtędy. Nie zazdrościłem jej, bez futra na taki mróz.

Dzwonek zadźwięczał ponownie, o wiele bardziej natarczywie. Zszedłem na dół i wyjrzałem przez judasz.

Na schodach stało dwóch mężczyzn w płaszczach. Jeden z nich pokazywał do otworu wizjera jakiś dokument. Żałując, że nie zamontowałem przed wejściem mocniejszej żarówki, z trudem odcyfrowałem widniejącą na nim nazwę: SANEPID.

Czego mogli u mnie szukać inspektorzy sanitarno-epidemiologiczni? Oczywiście przyszło mi do głowy, że to agenci imperium w przebraniu, ale postanowiłem walczyć z chorobą i zacząłem gwizdać „Yellow Submarine", mając nadzieję, że przestanę w ten sposób myśleć o czterorękiej kobiecie, króliczkach i ścigających ją agentach. Potem otworzyłem drzwi.

– Dobry wieczór. Przepraszamy za najście o tak późnej porze. Jesteśmy z sanepidu.

Obydwaj wyciągnęli w moim kierunku białe kartoniki służbowych legitymacji. Prześliznąłem po nich ledwie oczami – i tak nie umiałbym stwierdzić, czy są oryginalne.

– Czy to pan kupił dzisiaj na rynku Bałuckim około godziny osiemnastej cały miot króliczków od hodowcy? – zapytał jeden z nich, wąsaty i niski.

– Króliczków? – zdziwiłem się. – Nie, nie kupowałem żadnych króliczków. Mam już dwa, wystarczy mi. Kupiłem skrzynkę buraków cukrowych. Albo może brukwi.

– A skąd pan ma króliki? – spytał podchwytliwym tonem.

– Ze sklepu zoologicznego, rzecz jasna.

– Paragon poproszę – powiedział inspektor. Skórzany kapelusik nasunął nisko na czoło, nie na tyle nisko jednak, żeby zasłonił surowy wyraz oczu.

– Przecież ja je kupiłem trzy lata temu! Trzyma pan tak długo paragony?

– Ja, proszę pana, trzymam wszystkie paragony, pokwitowania, dowody nadania i wpłat. Nigdy nic nie wiadomo – odparł z kamienną twarzą. Współczułem serdecznie jego żonie, moim królikom jednak o wiele bardziej.

– Nie ma mowy! – krzyknąłem od rzeczy, byle zyskać na czasie.

– Nie ma pan paragonu? – spytał, niewzruszonym głosem.

– Nie.

– W takim razie, będziemy musieli zarekwirować pańskie króliki. I lepiej niech pan zachowa tym razem pokwitowanie.

– Ale po co? Jakim prawem? – dopytywałem się, czując jak w moim gardle rośnie wielka gula. Moje biedne Marysia i Tomek. Co oni chcieli im zrobić?

– Zgodnie z paragrafem dwudziestym siódmym ustawy o wwozie zwierząt z dnia piątego marca tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego siódmego roku, importowane króliki muszą zostać poddane kwarantannie na okres trzech miesięcy. – wyrecytował służbistym głosem drugi z inspektorów, również wąsaty. – One przyjechały z Białorusi, proszę pana. Z Białorusi! A tam panuje teraz gorączka krwotoczna królików! Jeśli pańskie nowo nabyte pupilki rozniosą zarazę po kraju, nikt nie opanuje epidemii. Narazi pan gospodarkę na miliardowe straty!

– Ale ja nie kupiłem dzisiaj żadnych królików – próbowałem się bronić.

– Mamy świadków, proszę pana. Siedemnastu. Którędy do klatki?

Wyglądali na zdeterminowanych. Kto wie, czy nie mieli kajdanek albo pałek? Zresztą, w odwodzie mogła czekać nawet policja. Wolałem nie ryzykować. W trakcie interwencji mogli przecież skrzywdzić Marysię lub Tomka.

Pociągając nosem, poszedłem do salonu. Inspektorzy ruszyli za mną.

Odgłos ich podkutych buciorów brzmiał, jak kroki plutonu egzekucyjnego.

 

*

 

– Nie wiedziałam, że lubisz króliki – szepnęła Da'ra, burząc głuchą ciszę pustego i martwego po odejściu Tomka i Marysiu domu. Siedziała w oknie, myjąc się dokładnie w okolicy ogona. – Chociaż mogłam się tego domyślić, kiedy zemdlałeś ze wstydu, że nie masz dla nich karmy.

– Ich już nie ma – mój głos zdawał się być wykuty z cmentarnego kamienia. – Zostałem sam.

Przeczuwałem, że głodowa śmierć zastanie mnie w tym samym fotelu, w którym siedziałem od chwili, kiedy za inspektorami zatrzasnęły się wejściowe drzwi. Nie mógłbym przełknąć nawet kęsa, wiedząc, że moi jedyni towarzysze życia, przerażeni i samotni, wyczekują powrotu do domu, który mógł przecież nigdy nie nastąpić. Nie miałem żadnej pewności, że za trzy miesiące inspektorzy nie wymyślą innego powodu, żeby Marysię i Tomka przetrzymać przez kolejny kwartał albo dłużej.

– Bardzo mi przykro. To moja wina – szepnęła i dała olbrzymiego susa, prosto na moje kolana. – Na szczęście za trzy miesiące wrócą do ciebie.

Pogłaskałem ją machinalnie za uchem i łzy znów potoczyły się z moich oczu.

– Musimy pojechać na dworzec – szepnęła Da'ra. – Nazywa się Fabryczny.

– Po co mielibyśmy to robić? – powiedziałem matowym głosem. – Nic już teraz nie ma sensu.

– Po złoto. Schowałam je w bagażomacie w przechowalni. Wydawał się wystarczająco mało bezpieczny, żeby nikt nie podejrzewał, że chowam tam coś cennego.

Na dźwięk słowa na „z" wyprostowałem się w fotelu. Czyżby naprawdę chciała złożyć zamówienie i, co ważniejsze, zapłacić za nie? Tylko jak ja jej uszyję ćwierć miliona mundurów w weekend?

– Złotem nie można płacić – powiedziałem. – Trzeba je będzie najpierw wymienić na pieniądze, ale mam jednego znajomego, który chętnie się tym zajmie. W banku mielibyśmy problemy, a w kantorze pewnie nie trzymają tyle kasy.

– Jedźmy zatem! – krzyknęła, stawiając uszy na sztorc.

– Nie ma sensu się spieszyć – uspokoiłem ją. – Hurtownie i tak nie są czynne o tej porze.

– Jadąc tu, widziałam sklep z napisem „24h". Na naszej planecie oznacza to, że czynny jest również w nocy. Tutaj jest inaczej?

– Obawiam się, że w hipermarkecie nie kupisz tkanin, a jeśli nawet, to na firanki, nie na zimowy mundur. Musimy poczekać do rana.

– Nie możemy czekać, mamy coraz mniej czasu!. Poza tym nie potrzebuję tkanin, tylko białka. Można tam kupić białko?

A już miałem nadzieję, że przez urojenia przebija się jakieś racjonalne jądro, ta myśląca trzeźwo część mojej czterorękiej znajomej, ta sama, która pomyślała o złocie i płaceniu mi!

– Takie białko z jajek? – zapytałem.

– Nieważne z czego. Mundury robi się z białka.

Musiałem mieć wyjątkowo tępy i pusty wyraz twarzy, bo zapytała:

– Wiesz co to jest białko, prawda? Aminokwasy połączone razem w łańcuchy albo bardziej skomplikowane struktury, jak w mięsie.

Kiwnąłem głową pojednawczo i dodałem:

– Czyli chcesz, żebym ci te mundury uszył z mięsa?

– Nie, nie! Dam ci materiał na wzorce. Leży w tej samej skrytce, co złoto. Rozumiesz?

Nic nie rozumiałem. Jakie znowu wzorce?

– Wyjaśnię ci wszystko po drodze, a teraz jedźmy! – pisnęła.

Sięgnąłem ocieplane nosidełko, w którym kiedyś nosiłem Tomka i Marysię na spacery i umieściłem w nim Da'rę. Upewniwszy się, że mam kluczyki do samochodu w kieszeni, zszedłem do garażu. Na dworzec mieliśmy jakieś dwadzieścia minut drogi.

 

*

 

Z wyjęciem rzeczy Da'ry ze skrytki nie było większych problemów. Za to chyba każdy z jakiejś setki zziębniętych pasażerów czekających z nartami na nocny pociąg do Zakopanego zwrócił uwagę na gościa, który pod pachą trzymał belę puszystego, białego materiału, pod płaszczem niósł coś niewygodnego – mało kto pomyślał zapewne, że to zwykła kilogramowa sztabka złota – na piersi zaś miał w nosidełku królika.

– Starczy nam złota na osiemset kilo mięsa? – spytała Da'ra, kiedy siedzieliśmy już w samochodzie.

Aż mi silnik zgasł z wrażenia.

– Osiemset kilo?

– No wiesz, na jeden mundur potrzeba zaledwie jakieś pięć gramów białka. To bardzo lekka tkanina.

Materiał, który leżał teraz na siedzeniu obok kierowcy, rzeczywiście wydawał się bardzo lekki, ale myślałem, że po prostu jest go niewiele na beli. Dotknąłem go teraz, był niezwykle cienki, wyjątkowo puszysty i niewiarygodnie lekki. Nawet jeśli dziewczyna nie pochodziła z innej planety, tkanina z cała pewnością mogła. W życiu takiej nie widziałem.

– Skąd to masz? – spytałem.

– Przywiozłam z So'śdamllud. To wzorcowa tkanina na mundury zimowe. Najwyższa jakość.

– Robicie ją z mięsa?

– Nie, z wełny – odparła zdumionym głosem. – Czemu pytasz?

– Planujesz kupić osiemset kilo, o ile dobrze słyszałem.

– Na Ziemi nie macie chyba wełny z dorsunga, dobrze myślę?

– Dorsung? To jakaś lama?

W tym momencie Da'ra zaczęła się dusić. Wdusiłem awaryjne i zatrzymałem się na poboczu.

Śmiała się. Z trudem łapała powietrze, a z króliczych oczu ciekły strugi łez. To o lamie musiało być świetnym dowcipem.

– Wybacz mi, proszę – powiedziała, kiedy odzyskała wreszcie dech. – Lama to najbardziej nieudana z prób uzyskania dobrej wełny! Do tego czworonoga, jak wszystkie…

– Chwilka! Wełna z lamy jest jedną z droższych! – krzyknąłem.

– Właśnie dlatego to jest śmieszne! Wierz mi, to najgorsza wełna na świecie. Zaraz po owczej.

– Co ma do tego wszystkiego tona mięsa?

– Nie dasz rady stworzyć tony wełny dorsunga z niczego. Wełna to białko, więc potrzebujesz tony białka jako surowca. Albo sto ton trawy. Jak wolisz. Byle w ciągu piętnastu godzin.

– Najpierw potrzebujemy na to pieniędzy. Mięsa nie rozdają za darmo.

– Na co więc czekamy?

– Na ranek! Nie będziemy przecież budzili nikogo po nocach, żeby sprzedać mu kilogram złota!

Obudziliśmy.

 

*

 

Do całodobowego hipermarketu pojechaliśmy od razu po krótkiej wizycie u mojego znajomego, którego nie tylko odważyłem się w piątek o północy obudzić, ale nawet odwiedzić, dzięki czemu weszliśmy w posiadanie gotówki wartej o wiele mniej, niż oddana mu sztabka złota, za to wystarczającej nawet na dziesięć ton mięsa.

Sklepowy ochroniarz wyglądał na dawno emerytowanego policjanta.

– Ze zwierzętami nie wolno, proszę pana – powiedział do mnie, gdy przepychałem wózek przez bramkę.

Rozumiałem powody, dla których mnie zaczepił – też by mi się nudziło o północy w hipermarkecie – ale nie mogłem przecież zostawić dziewczyny w przechowalni.

– To tylko pluszowa zabawka! – odpowiedziałem bezczelnie, mając nadzieję, że króliczka wczuje się w rolę.

– Przecież widzę, że łypie oczami! – odpowiedział strażnik. Najwyraźniej się nie wczuła.

– A widział pan kiedyś sześcionogiego królika? – spytałem, wyciągając bezceremonialnie Da'rę za uszy. Miałem nadzieję, że dopisze to do sobie do swojego rewolucyjnego CV, coś jak u nas spanie na styropianie.

Strażnik wytrzeszczył oczy i już, już miał spasować, kiedy wpadł na jeszcze jeden pomysł.

– Skoro to pluszak, to czemu pan go trzyma w nosidle?

– Jeśli popcha mi pan wózek, chętnie wezmę go na ręce – wypaliłem i ruszyłem przed siebie. Czekałem na jakiś okrzyk sprzeciwu, ale widać staruszkowi zabrakło fantazji. Miał jeszcze szansę, gdy będę wychodził, może Da'ra uruchomi jakiś alarm i będzie mógł mnie obszukać?

Odszukałem wzrokiem kierunkowskaz do działu z mięsem i rzuciłem się do opróżniania zamrażarek. Brałem wszystko. Kurczaki, wołowinę i wieprzowinę, i nawet jakiś comber z wyprzedaży.

– Kiełbasy nie bierz! – syknęła Da'ra, kiedy rozpędziłem się, próbując jak najszybciej osiągnąć wyznaczony przez Da'rę próg. – Jest za tłusta.

– A ryby? Też mają białko?

– Mogą być, byle chude.

Nic to nie dało. Zapełniłem cały wózek mięsem i rybami, wziąłem nawet zgrzewkę tuńczyka w puszce, a i tak nie było tego więcej niż dwieście kilo.

Bardzo interesujące wydało mi się, że ludzie, którzy obserwowali moje poczynania – a mimo nocnej pory, sklep miał całkiem sporo klientów – nie pukali się w czoło, ale kładli do swoich koszy dodatkowe porcje mięsa.

Kiedy obracałem czwarty raz – nie znałem żadnego innego całodobowego sklepu, musiałem więc całe osiemset kilo kupić w tym jednym – strażnik przy wejściu zaczepił mnie znowu.

– Będą podwyżki? – spytał dyskretnie.

– Będą! – syknęła dziwnie niskim głosem Da'ra po dłuższej chwili mojego zastanawiania, jaka jest prawidłowa odpowiedź na jego kuriozalne pytanie. Skąd miałbym wiedzieć czy będą podwyżki? Ochroniarz spojrzał na mnie podejrzliwie, ale nic nie powiedział, tylko nerwowo zerknął na zegarek i machnął, żebym już poszedł.

– Weź kilka suszarek, dobrze? I kuchenkę mikrofalową. I jeszcze z dziesięć rolek folii aluminiowej – wyliczała Da'ra. – No i jeszcze trochę kondomów. Jakąś dużą paczkę.

Musieliśmy wyglądać jak bardzo mięsożerna rodzina hedonistów, choć pewne podejrzenia musiał wzbudzić brak węgla drzewnego i przyprawy do grilla. W razie czego miałem zamiar tłumaczyć się upodobaniem do tatara i sushi. I bezpiecznego seksu.

Kiedy stałem przy kasie, wyładowując zakupy na taśmę, zobaczyłem, jak strażnik, już w cywilu, pcha wózek w kierunku stoiska z mięsem. Miałem nadzieję, że nie wyda na wołowinę całej pensji.

 

*

 

– Obawiam się, że dłużej już nie mogę przebywać w tej postaci. Za zimno tu. Wytrzymasz ze mną jako kobietą jeszcze przez kilka godzin? – spytała Da'ra, kiedy zatrzymałem furgonetkę na parkingu przy lotnisku, dokąd kazała mi pojechać.

– Nie muszę wytrzymywać, naprawdę. Bardzo przyjemnie tak wyglądasz – zapewniłem ją. – Wyjąć cię?

– Poproszę. Nie chciałbym zniszczyć do reszty twojego nosidła.

Machnąłem ręką. I tak musiałem kupić nowe, bo przez otwory na dodatkowe łapki, które wyciąłem dla jej wygody, Marysię na pewno by podwiewało.

Rozpiąłem pasy bezpieczeństwa i odwróciłem wzrok. Wolałem nie widzieć tej przemiany. Poprzednim razem dochodziłem dłuższą chwilę do siebie, a teraz musiałem przecież prowadzić samochód.

Zerknąłem na nią dopiero, kiedy zmieniła się do końca. Siedziała na fotelu dygocąc z zimna. Wokół leżały strzępy nosidła.

– Szkoda, że nie powiedziałaś wcześniej, że będziesz się znowu zmieniać. Wziąłbym twój szlafrok – powiedziałem.

– Przytul mnie po prostu, dobrze? – powiedziała.

Przytuliłem. Po prostu. Pachniała troszkę jak jakieś bardzo czyste zwierzątko, bardzo przyjemnie.

Kiedy przestała się trząść, odsunęła mnie delikatnie.

– Koniec przyjemności – powiedziała. – Musimy jechać.

– Dokąd? Myślałem, że właśnie przyjechaliśmy.

– Do hali produkcyjnej. Masz taką, prawda? Albo znajomego, który ma.

– I jedno, i drugie. Sprzedałem halę przyjacielowi, kiedy miał przyjść komornik. Ale dalej mam do niej klucz, bo chłopak obiecał nie sprzedawać jej przez kilka lat, żebym miał szansę ją odkupić, kiedy wyjdę na prostą.

– Prowadź zatem, tylko nie za szybko. Nie mogę się przyzwyczaić do ruchu prawostronnego – rzuciła i zabrała się do wysiadania. Nago!

– Co robisz!? – krzyknąłem. – Możesz jechać ze mną, nie musisz biec za samochodem. Włączę po prostu ogrzewanie.

– Nie mam zamiaru biec. Mam tu wóz – wskazała na olbrzymią ciężarówkę, obok której parkowaliśmy.

Zamknęła drzwi. Zanim zdążyłem wymyśleć jakieś rozsądne pytanie, siedziała już w środku.

Wcisnęła klakson, i machnęła prawymi rekami, najwyraźniej żeby mnie pogonić.

Przez szybę wyglądała niemal ziemsko – dolną parę piersi zasłaniały drzwi.

 

*

 

Trzy godziny później obydwa wzorcowe mundury: oficerski i szeregowca były gotowe i to w pięciu rozmiarach. Najwięcej problemu miałem z lampasami i wzmocnieniami na ogonie, który według Da'ry prężył się w chwilach bojowego szału, w który króliczkom zdarzyło się wpadać.

– Są świetne, naprawdę. Dokładnie takie, jak powinny – powiedziała, oglądając dokładnie moje dzieła i zgarniając je wszystkie w objęcia. Miała na sobie niebieskie spodnie na szelkach, które musiała wygrzebać gdzieś w magazynie, kiedy byłem zajęty pracą. – Chodź, pomożesz mi!

Poszedłem za nią. Kiedy ujrzałem halę, oniemiałem.

Stoły usypano na stos pod jedną ze ścian. Pośrodku pomieszczenia, w najlepiej oświetlonym miejscu, stała maszyna przypominająca wielki, srebrny przelewowy ekspres do kawy, wysoki na dobre pięć metrów. Miał nawet olbrzymie, wyglądające na szklane, naczynie, bez rączki, ale za to z łukowatymi drzwiczkami w ściance tuż nad dnem. Gruby, czarny kabel ciągnął się do urządzenia w kształcie ogromnej anteny satelitarnej.

Musiała to wszystko zorganizować, kiedy ja szyłem.

– Słyszałem tylko jakieś szuranie – powiedziałem. – Szczerze mówiąc, myślałem, że zamiatasz halę. Jak to zrobiłaś?

Odłożyła mundury na podłogę i wyciągnęła w moim kierunku prawą górną rękę. Trzymała w niej niewielki, srebrny przedmiot, podobny do laserowego wskaźnika. Jego czubek rozbłysnął delikatnym, fioletowym światłem, ja zaś poczułem, że jakaś siła unosi mnie nad podłogę i ciągnie wysoko, aż pod sufit hali.

– Świetna sprawa – krzyknąłem do niej. – Moglibyśmy wynajmować cię na budowach, zamiast dźwigu.

– Znam lepsze zastosowania – odkrzyknęła. W tym samym momencie zacząłem się obracać, niczym kobieta przywiązana do koła sztukmistrza w cyrku, na szczęście bardzo powoli.

– Tortury? – spytałem.

– Inaczej to u nas nazywamy! – zaśmiała się i dosłownie cisnęła mną w kierunku mojej furgonetki, delikatnie w ostatniej chwili spowalniając ruch i stawiając mnie na dwóch nogach tuż obok tylnych drzwi. – Otwórz je! Musimy zabrać się do roboty.

Poczekałem, aż przestanie kręcić mi się w głowie, a potem zrobiłem to, o co prosiła. Sądząc po zapachu, który wydobył się z bagażnika, mięso nie mogło być pierwszej świeżości.

– Co to jest? Ten wielki ekspres do kawy? – spytałem, wskazując machinę.

Da'ra nie odpowiedziała. Skupiona była na mieszaniu coraz intensywniej podśmierdującej zawartości bagażnika. Jednym zgrabnym ruchem wysypała ją najpierw z bagażnika, teraz zaś mieszała wszystko, wykonując subtelne ruchy swoją kosmiczną różdżką. Miałem wrażenie, że zbiera nawet z podłogi cieknący z rozmarzającej powoli sterty sok.

Po jakichś trzech minutach zabrała się za przesyłanie mieszanki mięsa, folii aluminiowej, kondomów i suszarek do leja na szczycie kopiarki. Uformowana w bardzo zgrabny, wysoko wysklepiony łuk struga płynęła jakieś dwie, najwyżej trzy minuty. Nawet za dużo nie nakapało na podłogę.

Zebrała z podłogi mundury i podeszła do maszyny. Stała wprawdzie tyłem do mnie, udało mi się jednak dojrzeć, że wtyka ubrania kolejno do niszy w ścianie urządzenia, gładząc jednocześnie lewymi rękami jarzące się pulsującym, zielonkawym światłem miejsce tuż obok. Wyglądało to trochę, jakby uspokajała jakieś dzikie zwierzę. Kiedy pozbyła się w ten sposób wszystkich dziesięciu sztuk, wróciła do mnie.

– Gotowe – powiedziała, wyraźnie zadowolona z siebie. – Zaraz się upiecze.

– Mięso?

– Nie, towar. – Odpowiedziała, jak gdyby coś to wyjaśniało.

– Jaki znowu towar?

– No, mundury. Tak to nazywali goście, którym ukradłam kopiarkę. „Towar się piecze"

Kopiarka. Czy to znaczyło, że dziewczyna…

– Jak to ukradłaś?! – krzyknąłem, dotarła do mnie bowiem reszta jej wypowiedzi.

– Zwyczajnie. – Wzruszyła ramionami. – Nigdy nic nie ukradłeś?

W tym momencie do szklanego naczynia zaczęły sypać się niewielkie, białe kuleczki. Upadając na dno, wybuchały cicho, wydając odgłos podobny do pękającego popcornu i zmieniając się w mundur. Kiedy w naczyniu leżało jakieś tysiąc czy może dwa tysiące mundurów, Da'ra wyciągnęła swoją różdżkę, wskazując najpierw na drzwiczki naczynia – które na ten gest otworzyły się – potem zaś na wrota ciężarówki, które zrobiły dokładnie to samo. Po chwili rozległ się dźwięk przypominający odgłos pracy odkurzacza i mundury dosłownie pofrunęły, gładkim strumieniem, do ładowni ciężarówki, po czym w hali zapadła cisza.

– Największy rozmiar oficerskich – rzuciła Da'ra lekkim tonem i zamknęła, wskaźnikiem oczywiście, drzwiczki naczynia.

Chwilę później do środka posypała się kolejna porcja kulek, które również wybuchły, formując mundury – mniejszy rozmiar oficerskich, o ile dobrze widziałem. Potem przyszła pora na samochodowy odkurzacz, i produkcja zaczęła się od nowa.

– Myślałem, że to ja szybko pracuję – powiedziałem, gdy pół godziny później dwieście pięćdziesiąt tysięcy mundurów leżało w ładowni ciężarówki.

– Postęp technologiczny jest nieubłagany. Kiedyś i was to czeka. Teraz jednak musisz uszyć kilka rebelianckich, letnich mundurów. Ja w tym czasie rozmontuję kopiarkę.

Najwyraźniej zauważyła na mojej twarzy zupełny brak zrozumienia celu jej sugestii, bo dodała:

– Najpóźniej za trzy godziny wpadną tu moi prześladowcy. Lepiej, żeby nie wiedzieli, co tu się naprawdę produkowało.

 

*

 

Kiedy godzinę później wręczałem Da'rze trzy wykonane według jej opisu mundury, kopiarki nie było już w hali. Stoły i maszyny wróciły na swoje dawne miejsca. Gdyby nie ślady w kurzu na podłodze, można by pomyśleć, że od miesięcy nikogo tu nie było.

– Potnij je teraz. W drobne kawałki – powiedziała Da'ra, wskazując mundury.

– Żartujesz chyba! – zaprotestowałem! – Nie po to się tyle z nimi namęczyłem! Zwłaszcza ze wzmacnianymi kieszonkami na ogon, dokładnie tak jak prosiłaś.

– Rozumiem. Masz rację – odparła i wycelowała we mnie wskaźnikiem. Rozległo się kilka cichych pyknięć, jakby ktoś wyjątkowo nerwowo bawił się folią bąbelkową i zielone drobinki zawirowały w powietrzu, ja zaś zostałem z pustymi rękami. Moje mundury!

– Nazywacie to puzzle, o ile dobrze pamiętam? – powiedziała, mrużąc oko.

W tym momencie poczułem szarpnięcie – subtelne, lecz stanowcze – i znalazłem się tuż przy dziewczynie. Przygryzła delikatnie wargi i spojrzała mi w oczy. Zrozumiałem , że nieważne, ile kobieta ma rąk ani, tym bardziej, piersi. Liczy się tylko, jak wyrafinowaną techniką zawracania mężczyźnie w głowie dysponuje.

Nie miałem żadnych wątpliwości, że jej technika jest nie z tego świata.

Światła w hali zgasły i bardzo długo się nie zapalały.

 

*

 

– Naprawdę nie dasz rady poprowadzić tego na So'śdamllud? – spytała wskazując na swoją ciężarówkę. Ona też musiała być nieziemsko zmęczona, spodziewałem się jednak, że kosmiczne ciężarówki można prowadzić nawet śpiąc, a przynajmniej nie używając do tego siły fizycznej. – Czy tylko tak mówiłeś? Wszystko ci wytłumaczę, to naprawdę proste.

– Skąd znowu! Dotrę tym, gdzie tylko zechcesz. – krzyknąłem. Czułem się nieskończenie silny i odważny. Byłem najbardziej męskim z mężczyzn. Byłem facetem kobiety nie z tej ziemi. – Przecież będziesz obok.

Pokręciła przecząco głową.

Poczułem się, jakby ktoś wylał mi wiadro lodowatej wody za kołnierz. Jak to nie będzie?

– Ja muszę wrócić zwykłą drogą. Oni nie mogą wiedzieć, że będziesz na So'śdamllud. Muszą myśleć, że to ja wracam z towarem z Ziemi.

– Zwykłą drogą?

– Statkiem kosmicznym, którym tu przyleciałam.

Spojrzałem na ciężarówkę, na rejestrację. Łódzkie numery. Nie wiem czemu przyjąłem, że Da'ra przyleciała tutaj właśnie w niej. Cokolwiek zbyt często w ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin czułem się jak kompletny idiota.

– Czy dobrze rozumiem, że ją też … – Nie umiałem dokończyć pytania.

– Nie martw się o nic. Zostawiłam coś w zamian – powiedziała, uspokajającym zapewne w jej mniemaniu, tonem. – Na pewno wystarczy.

Nie wiedziałem, co powiedzieć. Widziałem kopiarkę, widziałem przemianę kobiety w króliczka, byłem pieszczony przez cztery ręce, które potrafiły więcej niż czterdzieści ziemskich rak, jednak w siebie lecącego ciężarówką przez ciemny i zimny kosmos, z ładunkiem mundurów dla jakichś rebeliantów nie potrafiłem uwierzyć.

– Jesteś pewna, że to właśnie ja mam dostarczyć twoim towarzyszom te mundury? – spytałem.

Kiwnęła głową.

– Prowadząc to? – wskazałem ciężarówkę.

Kiwnęła raz jeszcze, z pełną powagą na twarzy.

– Mam lecieć w kosmos mercedesem?

Wybuchła śmiechem. Najpiękniejszym i najgłośniejszym, jaki kiedykolwiek słyszałem.

– Głupol jesteś – odpowiedziała, kiedy złapała w końcu oddech. – Mój własny, kochany głupol.

– Czyli jak wygląda twój prawdziwy plan? – spytałem, odetchnąwszy z ulgą. Wiedziałem, że żartowała. Tym razem intuicja mnie nie zawiodła.

– Jechałeś kiedyś autostradą z Łodzi do Piotrkowa? – odpowiedziała pytaniem.

– Jakieś tysiąc siedemset razy – odparłem, nie dostrzegając cienia nawet możliwego związku.

– Pamiętasz estakadę nad tą autostradą? Wygląda jakby kończyła się w powietrzu.

Uniosłem tylko brwi w odpowiedzi.

– Otóż chwilowo wcale nie kończy się w powietrzu – kontynuowała.

– Nie wiem, o co ci chodzi. A przynajmniej mam nadzieję, że nie wiem.

Po uśmiechu, który zagościł przez chwilę na jej twarzy, poznałem, że jednak wiem.

Skądś wzięło się we mnie wrażenie, że to najsmutniejszy uśmiech na świecie. Nawet nie wiedziałem, jak ją zapytać, czy kiedykolwiek się jeszcze zobaczymy. A może bałem się usłyszeć odpowiedź?

 

*

 

Da'rę wysadziłem, jak najzwyklejszą autostopowiczkę, na parkingu przy autostradzie.

Twierdziła, że jej statek zaparkowany jest pięć minut piechotą od tamtego miejsca. Starałem się nie patrzeć za nią, po prostu odjechałem.

Tak, jak wytłumaczyła mi po drodze, estakada nie kończyła się wcale w powietrzu. Kiedy jechałem nią, przełamawszy ostrzegawcze barierki przy wjeździe, wyraźnie widziałem przed sobą górską dolinę, rozjarzoną setkami drobnych świateł rozrzuconych na zboczach. Pod Łodzią oczywiście nie ma gór o szczytach okrytych śniegiem i zboczach porośniętych gęstym lasem.

Gdy asfalt pod kołami ciężarówki kończył się, z trudem powstrzymałem się od zaciśnięcia oczu. To było moje jedyne postanowienie, jakie zawsze byłem zdecydowany wypełnić – gdy będę umierał, chcę mieć otwarte oczy. Gdyby widok górskiej doliny i wysypanej żwirem drogi, w którą zmieniała się nawierzchnia estakady, miał się okazać złudzeniem, chciałem chociaż ten jeden raz w życiu dotrzymać danego sobie słowa.

Nie dotrzymałem. W każdym razie nie musiałem. Pod kołami zachrzęściły kamienie. Zatrzymałem ciężarówkę i spojrzałem w lusterko wsteczne. Spodziewałem się ujrzeć estakadę i jaśniejące świtem podłódzkie niebo.

Ujrzałem jednak góry. Nad porośniętymi lasem zboczami wschodziły dwa fioletowe księżyce, oba wiele większe niż ziemski Księżyc w czasie najpełniejszej nawet pełni.

Byłem na So'śdamllud.

 

*

 

Nie wiem, jak długo stałem tak na środku górskiej drogi na innej planecie, czekając na towarzyszy Da'ry. Czułem się dokładnie tak, jak czułby się każdy, rzucony nagle w środek zupełnie obcej, nieznanej krainy: siedziałem cicho, udając, że mnie nie ma i mając nadzieję, że nadejdzie jakaś pomoc lub, alternatywnie, że śmierć będzie szybka i bezbolesna. Słyszałem jakieś szelesty i szurania, wiedziałem jednak, że to wytwory mojego obezwładnionego przerażeniem umysłu, wypełniającego krajobraz dokoła najróżniejszymi drapieżnikami.

Wreszcie usłyszałem skrobanie do drzwi, a chwilę potem za szybą w drzwiach ukazała się głowa króliczka. Smutnego, szarego króliczka. Wydawał mi się podobny do Da'ry, ale mogłem to sobie wmówić. Nie czekałem przecież na nikogo innego, tylko właśnie na nią.

– Dziękuję w imieniu Republiki. Są doskonałe. Nigdy ci tego nie zapomnimy – powiedział króliczek. Po polsku! – Otworzę teraz tunel na jakieś dwie minuty. Wróć na piechotę tą samą drogą.

Wysiadłem z ciężarówki i spojrzałem w tył. Jakieś dwadzieścia metrów ode mnie, niczym teatralna dekoracja rozwieszona absurdalnie pośród cichej, górskiej doliny, ciągnęła się niedokończona estakada nad autostradą z Łodzi do Piotrkowa. Sodowe światła rozpraszały ciemność głębokiej nocy, zupełnie bezcelowo. Nikt przecież tamtędy nie jeździł.

– Co z Da'rą? – spytałem.

Pokręcił tylko głową i przymknął oczy. Jego twarz była przepełniona bólem.

Rzuciłem się biegiem w kierunku wiaduktu, raz tylko jeszcze odwracając spojrzenie, tuż przed wstąpieniem z powrotem na zimny asfalt. Przez szeroko otwarte wrota ładowni ciężarówki ujrzałem puste wnętrze.

Pisk opon samochodu zatrzymującego się gwałtownie tuż obok przywrócił mnie rzeczywistości. Tej ziemskiej.

– Widział pan to!? – krzyknął kierowca. – Te góry tutaj przed chwilą?

Kiwnąłem w odpowiedzi głową i ruszyłem przed siebie.

– Niech pan zaczeka! – krzyczał podniecony. – Podobno rano spadła z tego wiaduktu…

Pozwoliłem mu się podwieźć do domu. Cały czas gadał, ale z jego paplaniny prawie nic nie do mnie nie dotarło. Mówił o ciężarówce spadającej i o UFO nad Łodzią. Podobno ktoś nawet film nakręcił: dwa statki obcych ganiają się po niebie, a potem jeden z nich wybucha. W telewizji mówili, że to tylko balony meteorologiczne, ale miasto huczy od plotek.

Kiedy dotarłem do domu, rzuciłem się na łóżko. Chciałem zasnąć i nic już nie czuć.

Znowu, znowu byłem sam.

 

*

 

Obudziłem się jakieś trzy miesiące później.

Nie dosłownie oczywiście – wstawałem co jakiś czas na kilkanaście minut, żeby umyć się, zadbać o swoje potrzeby fizjologiczne i załatwić niezbędne sprawy w rodzaju zamawiania jedzenia poprzez agencję taksówkarską. Poza owymi krótkimi chwilami pobytu w rzeczywistym świecie, cały ten czas przespałem.

Śniła mi się Da'ra. Biegała, skakała, a nawet latała. Śmiała się i płakała, lecz nigdy nic nie mówiła, czasem tylko smutno patrzyła, zaraz jednak rozchmurzała się i odbiegała w dal.

Z trzymiesięcznego snu wybudził mnie dopiero dzwonek do drzwi, pierwszy nieoczekiwany dzwonek od tak dawna.

Założyłem szlafrok i doczłapałem się z trudem do przedpokoju. Czułem się wyjątkowo ociężały.

Wyjrzałem przez wizjer. Skądś znałem te twarze. Mężczyzna w kapelusiku i drugi, nieco niższy. Obok nich stały klatki.

Marysia i Tomek! Moje króliki!

Otworzyłem szeroko drzwi. Na mój widok obaj inspektorzy wytrzeszczyli oczy i trwaliśmy tak przez chwilę bez słowa.

– Coś jest nie w porządku? – zapytałem, a potem podążyłem wzrokiem za ich spojrzeniami. Gapili się na mój brzuch.

Spojrzałem w lustro, które zajmuje całą ścianę przedpokoju i zrozumiałem, że mieli się na co gapić.

Krótkawy szlafrok nie potrafił ukryć patykowatej chudości moich niegdyś grubych, jak cały ja, nóg. Nigdy nie kupiłbym sobie oczywiście podomki do kolan – dawniej sięgała mi do kostek. Teraz jednak zawieszona była wysoko na olbrzymim, sterczącym daleko do przodu brzuchu. Wyglądałem, jakbym był w ostatnim tygodniu ciąży.

I byłem.

 

*

 

Chociaż mój przypadek został dokładnie przebadany przez wielu lekarzy pielgrzymujących do szpitala, w którym leżę, czekając na cesarskie cięcie, nikt nie jest w stanie określić, jak zdołałem zajść w ciążę.

Płód rozwija się w pęcherzu moczowym, ma zupełnie prawidłowo uformowane łożysko i pępowinę. Lekarze przekazali mi jednak druzgocącą wiadomość: chociaż dziecko zbudowane jest właściwie prawidłowo, to niestety wyposażone jest w dodatkową parę rąk. Szybko pogodziłem się z tym faktem i to bez pomocy szpitalnego psychologa, staram się jednak nie afiszować ze swoim spokojem. Usiłuję nawet popłakiwać po nocach, żeby nie wzbudzać niczyich podejrzeń. Zapewnienia, że nadmiarowe kończyny można oczywiście będzie amputować, przyjąłem z zupełnie nieszczerą wdzięcznością i zrozumieniem.

Jedyne, czego z powodu ciasnego ułożenia płodu nie udało się definitywnie ustalić, to płeć dziecka. Oczywiście nie ma ona większego znaczenia dla kochającego rodzica, jednak ja mam nadzieję, a nawet więcej – przeczucie, że to będzie dziewczynka.

 

Koniec

Komentarze

Lakeholmen, co Ty palisz?? Też bym trochę chciała...

Dawno się tak nie uśmiałam. Ten tekst bije na głowę wszystkie z Kosmikomiki.
Ciebie na pewno chciałabym zobaczyć w druku.
Stawiam 6 bez zająknięcia:)

ps. Taki szczegół mi się rzucił w oczy:

"Zebrałem kuchni i poszedłem do kuchni."

Grrrr... co się dzieje z tą stroną? Nacisnęłam "dodaj" tylko raz.

:) Dziękuję za czytanie i za zwrócenie ;) Już poprawiłem. Miało być "kubki", prześliznęło się niestety...

O, a ten pierwszy komentarz to mój, a nie Ranferriel, haha. 

Jakieś chochliki normalnie! ;) Wczoraj miałam imprezę, więc przez chwilę byłam nawet skłonna uwierzyć, że napisałam komentarz będąc w stanie wskazującym i teraz tego nie pamiętam :P

- Niech pan się obudzi, panie Piotrze! - Ktoś krzyczał i bił mnie raczej mocno po twarzy.
Przez odemknięte z trudem powieki ujrzałem zamazany obraz chudej, kobiecej twarzy.

Takie bardziej walące po oczach powtórzonko się znalazło.

A poza tym jest stylistycznie jak zwykle rozpoznawalnie i lekko, a jeśli chodzi o temat, to mi oczywiście podpasowało, bo absurdalne wizyty kosmitów-królików(piesków) to zdecydowanie temat z mojej półki. Wszelkie rozmowy z cyklu "na mojej planecie...", np. ta z lamami, szczególnie fajne. Bardzo szybko i przyjemnie się czyta (nawet o pierwszej w nocy, co stestowałem już wczoraj), ktoś mógłby się przyczepić, że trochę za rozbudowane, jak na dość prostą humoreskę, ale w życiu tego bym nie obciął kosztem absurdystycznych dialogów i narracji bohatera, bo są po prostu bardzo dobre.

Dziękuję :) :) 

Wytknięty błąd poprawiłem.. Też dziękuję :) 

Oj czytało się naprawdę fantastycznie:) sam pomysł jak dla mnie wspaniały, i zaskakiwałeś mnie co chwila swoją opowieścią...Wielkie brawa za styl, dialogi i lekkość pióra. I długość mi odpowiada.
Kilka błędów znalazłem i postanowiłem wypisać, lecz nie dlatego, żeby Ci wypominać ale po to byś sobie w swoim PDF-e poprawił...

Żarty nieodmiennie przestają mnie bawić, kiedy ktoś zmieniają się w ofertę kupna czegoś, czego zupełnie nie potrzebuję.
- To chyba zbędne.

Jeśli uda mi się dostarczyć mu pięćdziesiąt tysięcy mundurów uszytych tak źle, że nie przetrzymają nawet tygodnia, czyli twoich właśnie, armię imperium czeka zagłada, a rebelianci staną przed ostatnią szansą przywrócenia pokoju i harmonii na planecie. - Chyba 250 tys?

Zaniosłem Da'rę do pracowni, sięgnąłem centymetr i zabrałem się do roboty.
- Między tymi słowami brakuje "po".

- Nie wiedziałam, że lubisz króliki - szepnęła Da'ra, burząc głuchą ciszę pustego i martwego po odejściu Tomka i Marysiu domu. - Marysi.

Nawet jeśli dziewczyna nie pochodziła z innej planety, tkanina z cała pewnością mogła. - całą(literówka:)

Miałem nadzieję, że dopisze to do sobie do swojego rewolucyjnego CV, coś jak u nas spanie na styropianie. - To poprawne nie jest ale sam to jakoś poukładaj:)

No to tyle jeśli chodzi o błędy. Choć raczej nie są one istotne bo tekst jest genialny. Przypomniały mi się "Śmiertelne rtęciowe kłamstwa":) choć podobieństw nie wiele, ale jakoś tak.

Pozdrawiam bardzo serdecznie i ode mnie zasłużone 6






http://tatanafroncie.wordpress.com/

Dziękuję - i za przeczytanie i za wytknięcię. I też pozdrawiam.

PDF wkróce uzupełnię, mam nadzieję, że jeszcze dziś. 

Ok, teraz przeczytałam i czas na MÓJ komentarz ;) Bardzo mi się podobało. Opowiadanie jest zabawne, lekkie i niesamowicie zakręcone. A jednak - mimo absurdalności przedstawionych zdarzeń jest w tym wszystkim zadziwiająca logika. Działania bohaterów charakteryzują się niespodziewaną racjonalnością, której tak cześto brakuje postaciom w tzw. poważnych, ambitnych tekstach (przykład - szycie rebelianckich mundurów). No i ogromny plus za wyobraźnię! 6 :)

Wątek Marysi i Tomka mnie wzruszył... naprawdę. A kiedy myślałam, że już nic mnie nie zaskoczy, to nagle bohater zaszedł w ciążę :D W ogóle jestem porażona tym opowiadaniem, chyba pójdę zamknąć się w lodówce i biczując się natką pietruszki, będę mamrotać pod nosem "króliczki... króliczki...". Nie wiem jaką ocenę wystawić, bo trzeba by chyba zastosować skalę Richtera albo Beauforta, albo coś w tym rodzaju. Gratuluję wyobraźni/dilera*.

*niepotrzebne skreślić.

Strasznie dziecinne. Absurd absurdem, jest mile widziany, ale to było trochę infantylne jego wydanie. No i w ogóle nie śmieszne, ale już wcześniej zauważyłam, że z moim poczuciem humoru coś nie tak. Jeśli miałabym sie dopatrywać pozytywów, a takie zawsze są, to masz lekki i łatwy styl, który nie męczy i szybko się to opowiadanie czytało. Także ode mnie niestety 2.

Pozdrawiam.

@Elleth - Nie wiem czy mogę pisać o tym ale cóż... Nie mogę tego nie zrobić bo coś we mnie nie wytrzymało... Ja rozumiem, że każdy ma swój własny gust, jedne rzeczy się podobają a inne nie i to jest część naszej oceny. Rozumiem też, że może Cię nie śmieszyć to co śmieszy mnie i kogoś tam jeszcze... Bo każdy ma do tego prawo. Ale dając taką ocenę jaką dałaś krzywdzisz ten tekst... Bo "2" to raczej straszna marność musi być a ten tekst jakby nie patrzeć nie jest byle jaki... Mogłabyś mi wytłumaczyć dlaczego "2"? Bo że "strasznie dziecinne" mnie nie przekonuje:/
przepraszam, pozdrawiam, nie rozumiem:/

http://tatanafroncie.wordpress.com/

meksico, a dlaczego Ty uważasz ten tekst za zasługujący na 6? :) Może uzasadnię to odnosząc się do Twojej wypowiedzi:

"Oj czytało się naprawdę fantastycznie:)"

Fakt, dobrze i sprawnie napisane. Nie uważam się za kompetentną, żeby doszukiwać się jakichś większych błędów. Na moje oko opowiadanie napisane zgrabnie.

"sam pomysł jak dla mnie wspaniały, i zaskakiwałeś mnie co chwila swoją opowieścią"

No widzisz, Twoja subiektywna opinia jest taka, że opowiadanie jest wspaniałe i zaskakujące. Dla mnie nie, ponieważ inwazja obcych jest rzeczą oklepaną. Więc pomysł taki trzeba opisać w naprawdę wyjątkowy sposób, żeby był innowacyjny i wciskał w fotel. Tutaj są jakieś króliczki, wojna obcych ras, podróż ciężarówką na inną planetę, a wszystko to oparte na absurdzie polegającym na szyciu mundurów i okraszone wartką akcją. Dla nie to za mało, żeby mnie zaskoczyć. Dodatkowo opowiadanie nie posiada żadnej puenty., a krótka forma jaką jest opowiadanie powinno ją mieć. Przynajmniej według mnie. Tutaj główny bohater jest uwikłany w niesamowite wydarzenia, w pewnym momencie przygoda kończy się, ale nic z niej nie wynika. Żaden morał. Sama akcja natomiast jest dziecinna i tego się będę trzymać.

Ty oceniłeś tekst na 6, ja na 2, ale nie martw się, średnią nadal jest 5, więc moja ocena aż tak bardzo go nie skrzywdziłam. Wyraziłam natomiast swoje subiektywne zdanie.

W poprzednim komentarzu napisałam "inwazja obcych". Oczywiście źle się wyraziłam, miałam na myśli kontakt z obcymi, bo tutaj żadnej inwazji nie było. No, nie licząc tajemniczej ciąży głównego bohatera :)

No cóż... żeby podróżować ciężarówką na inną planetę, trzeba mieć sporo fantazji, nieprawdaż?

I lubić zwierzęta... :)

Ode mnie 6

dziekuje za przeczytanie i wszystkie oceny i dyskusję :) 

Każdy wspomniał o zaletach tego opowiadania - że  śmieszne, z fantazją, z pomysłem. A to, że koleś leci ciężarówką do odległej galaktyki. No i w ogóle, że lubi zwierzaki. Natomiast chyba nikt nie wspomiał o wadach tego opowiadania, które niestety ma - to, to że opowiadanie się w pewnym momencie kończy! I za to ode mnie 6

"Wszyscy jesteśmy zwierzętami, które chcą przejść na drugą stronę ulicy, tylko coś, czego nie zauważyliśmy, rozjeżdża nas w połowie drogi." - Philip K. Dick

Oczywiście ocena jest za to, że opko naprawdę mi się spodobało :) Pozdrawiam

"Wszyscy jesteśmy zwierzętami, które chcą przejść na drugą stronę ulicy, tylko coś, czego nie zauważyliśmy, rozjeżdża nas w połowie drogi." - Philip K. Dick

@Elleth - Ja nie chcę Ci czegoś tu zarzucać bo masz prawo do swojej oceny:) i chwała Ci za to, że nie boisz się oceniać tak jak tego chcesz... surowo ale szczerze... tylko ja nie mogę się zgodzić z Twoim zarzutem o brak oryginalności...
Spotkania z obcą cywilizacją były... Jasne, że tak... ale to opowiadanie nie jest przecież nijakie i byle jakie... A Twoja ocena sugeruje bylejakość...
Jakiej puenty oczekujesz? I czy musi być zawsze jakiś morał? Przecież to tekst pisany dla rozrywki, ja się bawiłem świetnie i nie potrzebowałem puenty:)
pozdrawiam serdecznie:)

http://tatanafroncie.wordpress.com/

meksico, rozumiem i nie chciałam nikogo obrażać czy denerwować. Taka jest moja opinia, ale jak widzisz jest odosobniona, a opowiadanie zostalo docenione przez innych. Ja nie uważam się za wyrocznię i też nie ma potrzeby denerwować się jedną osobą, która ma inne zdanie niż pozostali ;)

Natomiast co do puent i morałów, to faktycznie mnie trochę poniosło. Ale liczyłam na opowiadanie, które ma jakieś ukryte aluzje, jest karykaturą społeczeństwa, coś w tym rodzaju. Tutaj tego nie było, a fabuła jakoś do mnie nie przemówiła, stąd taki komentarz.

Natomiast co oryginalności - to dlatego uważam opowiadanie za mało innowacyjne, ponieważ obcych można przedstawić w każdym opowiadaniu pod inną postacią. W jednym będą króliczkami, w innym niedźwiadkami, w trzecim galaretą i tak dalej. Rzecz nie polega na tym, żeby umieścić w opowiadaniu rasę, która jeszcze nigdy nigdzie nie była wykorzystana, tylko, żeby zrobić to w sposób w jaki nikt tego wcześniej nie opisał. Konkretnie rzecz ujmując, przypisać tym obcym jakieś nowe, nieznane cechy, a nie opierać się na oklepanym schemacie - w tym wypadku na wojnie dwóch ras, na głównym bohaterze zbawcy wszechświata itp. Plus za to, że bohater jest raczej niezdarą i leniem, ale to też już bywało. Mam nadzieję, że zrozumiale napisałam, bo dzisiaj jestem bardzo zmęczona i już mi się mąci ;)

Pozdrawiam.

Elleth mnie też poniosło:) przepraszam jeśli uraziłem:)
a ja mam puentę "Faceci tak naprawdę chcieliby mieć możliwość zajścia w ciążę, bo wtedy nie byłoby docinków w stylu - Wy faceci to nic nie wiecie o bólu, poświęceniu":D

pozdrawiam:)

http://tatanafroncie.wordpress.com/

Nie uraziłeś niczym, nie martw się ;)

Elleth, zdaje się, że masz kłopoty z wykonywaniem prostych działań matematycznych. Średnia z 2 i 6 nijak nie daje 5. 2+6=8; 8/2=4.
I prywatnie uważam, że dopisek "loża NF" przy nicku powinien jednak zobowiązywać do oceniania w miarę obiektywnego, stawianie 2 opowiadaniu "bo mnie nie rozśmieszyło, zabrakło morału,  liczyłam na karykaturę społeczeństwa a inwazja obcych jest oklepana" ( i to opowiadaniu eliminacyjnemu, które jest jednym z oryginalniejszych i napisanych z pomysłem) świadczy o niezrozumieniu/niedokładnym przeczytaniu opowiadania - ja tam zadnej inwazji obcych nie wypatrzyłam a zakończenie jest bardzo dobrze dopasowane do tekstu - zaskakujące i niespodziewane a przy tym bardzo logiczne i podsumowujące naturę "obcej". Prywatną opinię rozumiem - de gustibus non est disputandum, ale ze względu na to, że a) jesteś członkiem loży b) sama wystawiłaś opowiadanie do Eliminacji c) to członkowie loży mają przedkładać redakcji nominacje do wyróżnień - radziłabym jednak wykrzesać z siebie więcej obiektywizmu.
pzdr.,
Bella.

Bellatrix, zdaje się, że masz problemy z logicznym myśleniem i cierpisz na syndrom czepialstwa i popisywania się swoim intelektem. Ja oceniłam na 2, meksico na 6, ale jakbyś nie zauważyła tego wcześniej opowiadanie miało parę innych ocen i średnią powyżej 5 (nie chce mi się obliczać, bo mam ambitniejsze zajęcia, ale jak Ty nie masz co robić to sobie policz jaką), a moja ocena 2 obniżyła średnią do 5. Napisałam więc, że nie skrzywidziłam aż tak bardzo opowiadania, ponieważ i tak ma średnią 5.

Reszty nie komentuje, bo nawet nie chce mi się czytać tego komentarza do końca. Naucz się najpierw myśleć, a potem się mnie czepiaj.

A sprawę inwazji wyjasniłam poniżej, było to przejęzyczenie. Nie dość, ze potrafisz myśleć logicznie, liczyć, to jeszcze nie potrafisz czytać. Masakra.

że nie potrafisz*

Jestem pewna, że mój komentarz przeczytałaś do samego końca i bardzo mocno Cię ubódł - to widać po Twojej impulsywnej reakcji. Niestety, tylko utwierdzasz mnie w przekonaniu, że kompletnie nie nadajesz się do Loży NF.
W kwestii liczenia - bardzo rozśmieszyłaś mnie zdaniem "nie chce mi się obliczać, bo mam ambitniejsze zajęcia" - zdałaś maturę? Bo obliczenie średniej przed dodaniem oceny 2 przy średniej 5.2 z 5ciu po dodaniu nie wymaga obliczeń. Wychodzi równo, że oprócz Twojej 2 opowiadanie dostało cztery szóstki (a nie "parę innych ocen"). Zatem, skrzywdziłaś jak najbardziej.

Przede wszystkim nie Tobie oceniać do czego ja się nadaję, a do czego nie. Niestety, ale każdy powinien znać swoje miejsce.

Przykre jest tylko to, że ogólnie pojęta „fantastyka" upada jako gatunek literacki, czego przykładem są niestety tacy użytkownicy tego portalu jak Ty. Niegdyś tematyka fantastyczna była dla autorów tylko pretekstem, by pod przykrywką historii o robotach, obcych cywilizacjach, podróżach międzyplanetarnych, smokach, elfach etc. ukryć rozważania natury filozoficznej, socjologicznej bądź nawet psychologicznej. By zastanowić się nad dalszymi losami ludzkości oraz przyszłością człowieczeństwa w obliczu rozwijającej się technologii. Takie właśnie cele przyświecały krótkim formom literackim, jakimi są opowiadania, które niejednokrotnie pod płaszczykiem absurdalnego humoru potrafiły zawrzeć wiele wartościowych przemyśleń (niedowiarków odsyłam do klasyków - Lema, Dicka, Zajdla, Asimova, H. G. Wellsa itp.). Dziś w fantastyce dominują historyjki z wartką akcją, ukazujące bezmyślne „napieprzanie" się z kolejnymi potworami, tandetne opowiastki o wampirach, infantylne  nowelki humorystyczne lub space opery (czyli „M jak miłość w kosmosie"). Zapracowała na to szara tłuszcza, zachwycająca się takimi „dziełami literackimi" jak np. „Zmierzch". Po raz kolejny dałam się sprowokować (choć zawsze sobie obiecuję, że to już ostatni raz) i zareagowałam na złośliwe zaczepki kogoś, kto ewidentnie zazdrości mi tego, że „zasiadam" w loży NF. Ale jak tu nie odpisać komuś, komu wydaje się, że jeśli potrafi wyliczyć średnią arytmetyczną z kilku liczb, to już jest wielkim intelektualistą i może pouczać innych. Pomijając już podstawowe obliczenia arytmetyczne, uważam, że opowiadania nie skrzywdziłam, bo nie zasługuje na więcej niż 2! Nikt nie będzie mi narzucał, jakie oceny mam wystawiać.

 

Polecam Ci przeczytać wywiad z Redaktorem Naczelnym NF Jakubem Winiarski, do którego link zamieszczam poniżej i trochę się zastanowić (choć to będzie zapewne trudne).

http://ksiazki.polter.pl/Wywiad-z-Jakubem-Winiarskim-c21906

Chciałam jeszcze tylko przeprosić Autora opowiadania za to, że przyczyniłam się do powstania tutaj takiego śmietnika.

Generalnie, pisząc cokolwiek na publicznym forum powinnaś zdawać sobie sprawę z tego, że Twoje wypowiedzi mogą zostać ocenione przez innych. Foch w stylu "nie Tobie mnie oceniać" czy stwierdzenia, że "ewidentnie zazdroszczę zasiadania w loży" kompromitują Ciebie, nie mnie. Ale skoro poruszasz już temat zazdrości, to mam wrażenie, że usiłujesz wylać tu jakieś swoje kompleksy - Twoje własne opowiadanie eliminacyjne jest znacznie słabsze niż dyskutowane, chociaż próbowałaś by wyszło wzniośle, mądrze i z przesłaniem to zabrakło w paru miejscach logiki (co po tej dyskusji już mnie nie dziwi) i dobrego operowania słowem (co również już mnie nie dziwi).
Nie uważam, że umiejętność obliczenia średniej arytmetycznej stawia mnie w gronie intelektualistów, raczej twierdzę, że *nieumiejętność* wykonania prostego działania matematycznego zasłaniając się "ambitniejszymi zajęciami" z tegoż grona wyklucza. Mam nadzieję, że uda Ci się wreszcie dostrzec tę drobną różnicę.
Za linka do wywiadu dziękuję, czytałam już jakiś czas temu. Tobie za to polecę przeczytanie statutu Loży, ze szczególnym uwzględnieniem punktu 2 i 3 zasad.
I przepraszam Lakeholmena za ten offtop.

To ja może w ramach rozluźnienia atmosfery nieskromnie polecę uwadze koleżanki Elleth moje niekonkursowe opowiadanie o morderstwie przy rue Isaac ;) 

Przyznaję, że historia o króliczkach nie opowiada o sprawach przyszłości ludzkiej cywilizacji, a jedynie o miłości [przynajmniej ja tak rozumiem to opowiadanie], ale w końcu nie da rady w każdym opowiadaniu snuć rozważań o tym, co będzie albo co mogłoby być. Co więcej, nie umiem zbyt często być poważny, więc czasem muszę popełnić coś lekkiego. Tak czy inaczej, dziękuję za przeczytanie i dyskusję. 

pozdrawiam
lakeholmen



 

Bellatrix, pozwolę sobie zacytować:

"Nie uważam, że umiejętność obliczenia średniej arytmetycznej stawia mnie w gronie intelektualistów, raczej twierdzę, że *nieumiejętność* wykonania prostego działania matematycznego zasłaniając się "ambitniejszymi zajęciami" z tegoż grona wyklucza. "

Ty tak na poważnie, czy sobie żartujest? :) Jesli na poważnie, to proszę Cię nie upokarzaj się już bardziej tymi obliczeniami średniej arytmetycznej, bo w ten sposób usiłujesz zatuszować swój błąd w rozumowaniu, który popełniłaś już na samym początku, pisząc o jakiejś wyimaginowanej średniej 4, biorąc pod uwagę tyko cenę moją i meksico. Ja tylko dodałam (bez wdawania się w zbędne dla mnie szczegóły), że opowiadanie nie miało jedynie 2 ocen, ale więcej i że średnia nigdy nie osiągnęła wartości 4, ale wyższą. Myślę, że każdy inteligentny człowiek zrozumie w czym rzecz, dlatego też nie będę już dłużej na ten temat dyskutować :) Upokarzasz się dalej drążac tą sprawę. Nie widisz tego? :) Do kompleksów nie będę się odnosić, bo nie warto. Amen.

lakeholmen, jeszcze raz przepraszam za zaśmiecenie Ci tematu. Widzę, że jestem człowiekiem na poziomie. Naprawdę pokazałeś klasę :) Pozdrawiam Cię.

Widzę, że jesteś człowiekiem na poziomie!!* Wybacz tę niefortunną literówkę, ale jestem już zmęczona tymi frustracjami Bellatrix. Szkoda, że nie ma edytowania.

Elleth, lepiej oszczędziłabyś sobie wstydu tą "argumentacją ad personam" rodem z wczesnej podstawówki.
Cytat z Twojej wypowiedzi (podkreślenia moje):
"Ty oceniłeś tekst na 6, ja na 2, ale nie martw się, średnią *nadal* jest *5*"
Możesz się dalej pieklić do monitora, próbując wykazać, że białe jest czarne a średnia ocen 6 to *nadal jest 5*, to Twój problem. Spodziewałam się tylko, że członkami loży zostają rozsądni i obiektywni ludzie, a nie egzaltowane smarkule, co nie dość że nie potrafią przyznać się do błędu to jeszcze usiłują wmawiać innym własne kompleksy. Mam nadzieję, że jesteś niechlubnym wyjątkiem.
EOT z mojej strony, wystarczy tego flejma pod opowiadaniem.

Żeby było ontopic - wystawiam "Króliczkom" 6. Za cudownie absurdalny humor, logikę (a zachowanie jej w absurdalnym świecie wcale nie jest proste), plastyczność opisu, wciągającą historię, dobry język, brak "napuszenia", świetną końcówkę, ukryte przesłanie do wyłuskania którego potrzeba trochę inteligencji  i miłość do zwierząt;)

"Ty oceniłeś tekst na 6, ja na 2, ale nie martw się, średnią nadal jest 5, więc moja ocena aż tak bardzo go nie skrzywdziłam"

Czego Ty tu właściwie nie rozumiesz? Gdybyś potrafiła logicznie pomyśleć i zastanowiła się nad sensem wymiany zdań pomiędzy mną a meksico, to dostrzegłabyś, że to "nadal" jest pewnego rodzaju pocieszeniem go, że średnia ocen, mimo mojej dwójki NADAL jest wysoka. No bo nie wmówisz mi chyba, że opowiadanie, które uznane zostało przez pozostałych użytkowników za celujące, a po moje "interwencji" uzyskało ocenę bardzo dobrą (stosując, żeby Ci trochę uprościć) tak strasznie ucierpało? Przecież w ogólnym rozrachunku ma średnią 5 z hakiem. Twój problem polega na tym, że wszystko bierzesz dosłownie. Nie potrafisz dostrzec ogólnego sensu wypowiedzi, a skupiasz się tylko na konkretnych, wyrwanych z kontekstu zdaniach czy wręcz jego częsciach, podczas gdy ich dokończenie i umieszczenie w kontekście nadaje im odpowiedniego znaczenia. Zauważ, że zacytowałaś tu tylko połowę zdania.

"Elleth, lepiej oszczędziłabyś sobie wstydu tą "argumentacją ad personam" rodem z wczesnej podstawówki."

Oj, argumenty "ad personam" rozpoczęłaś Ty...

"Spodziewałam się tylko, że członkami loży zostają rozsądni i obiektywni ludzie, a nie egzaltowane smarkule, co nie dość że nie potrafią przyznać się do błędu to jeszcze usiłują wmawiać innym własne kompleksy. Mam nadzieję, że jesteś niechlubnym wyjątkiem."

Coś mi się zdaje, że kompleksy to Ty usiłowałaś wmówić mi :) Jeśli ktoś tu jest egzaltowany, to raczej Ty, o czym świadczą kolejne Twoje komentarze. Jeśli masz coś przeciwko mojemu "zasiadaniu" w Loży, to napisz proszę list do Redakcji z prośbą o usunięcie mnie z tego stanowiska. Może oni coś poradzą. Ja niestety nie potrafię Ci bardziej pomóc.

Poza tym coś takiego jak obiektywizm nie istnieje. Pewien obiektywizm można uzyskać, biorąc pod uwagę opinie większej ilości ludzi. Dlatego w Loży nie jestem ja sama, ale tworzy ją też parę innych osób. Dzięki temu, że każdy z członków ma inny gust, można ustalić w miarę obiektywny werdykt przy kolejnych nominacjach do brązu. To natomiast, co usiłujesz mi narzucić siłą, walcząc z moją opinią odmienną od reszty, jest z kolei mało obiektywne z Twojej strony. Nie zgadzasz się ze mną, ale nie akceptujesz mojego zdania, tylko usiłujesz mnie zniszczyć, bo nie myślę tak jak Ty.

Na koniec mogłabym Cię poprosić, żebyś przeprowadziła gruntowną analizę "Króliczków" i wyłuskała dla mnie przesłanie, ponieważ faktycznie jestem za mało inteligentna, żeby zrobić to samodzielnie. Ale wiesz co? Nie zrobię tego z szacunku do Autora, który naprawdę zaimponował mi swoją postawą i chcę już dać spokój temu opowiadaniu.

W nawiasie skasowało mi się - "stosując szkolną skalę"

I widzę, że z uporem lepszym godnej sprawy brniesz dalej i próbujesz mi wetknąć w palce słowa, których nie napisałam:> Jak tak bardzo chcesz, to prosze, zacytuje Ci samą siebie z pierwszej mojej wypowiedzi w tym temacie:
"Prywatną opinię rozumiem - de gustibus non est disputandum, ale ze względu na to, że a) jesteś członkiem loży b) sama wystawiłaś opowiadanie do Eliminacji c) to członkowie loży mają przedkładać redakcji nominacje do wyróżnień - radziłabym jednak wykrzesać z siebie więcej obiektywizmu." - zarzucanie mi, że "walczę z Twoją prywatną opinią i usiłuję Cię zniszczyć" to kolejny przykład egzaltacji. Czy prywatnie opowiadanie Ci się podoba Ci się, nie podoba - to Twoja sprawa, Twój gust - co wyraźnie napisałam w zacytowanym fragmencie, natomiast raz jeszcze podkreślę, że ocenianie opowiadania (które jest dobre językowo, nie ma błędów, ma pomysł, fabułę i treść z nienadętym przesłaniem) na 2 z powodów jakie wymieniłaś, będąc przy tym członkiem loży - a zatem osobą odpowiedzialną za przedstawianie opinii o opowiadaniach z tego portalu redakcji - świadczy o tym, że członkiem loży być nie powinnaś, zdecydowanie. Dyskusja z Tobą mocno mnie w tym przekonaniu utwierdziła. Idziesz w zaparte, odwracasz kota ogonem, Twoja odpowiedź na zarzuty wygląda: "a bo to Ty cośtam", nie jesteś w stanie być obiektywna i robisz flejma po to, żeby mieć ostatnie zdanie. Chcesz dać spokój temu opowiadaniu - to po co odpisujesz? (i to notorycznie z błędami, które potem poprawiasz w postach pod spodem i jeszcze twierdzisz, że masz szacunek do Autora :>) - to pytanie retoryczne, nie czuj się zobligowana do odpowiedzi.
Nie będę na Ciebie donosić, to nie w moim stylu, niemniej gdy pojawi się wątek z zapytaniem redakcji,  co użytkownicy sądzą o pracy loży - nie omieszkam podlinkować. Na Twoim miejscu zgłosiłabym rezygnację, naprawdę się nie nadajesz, brak Ci obiektywizmu i dystansu - ale przy ujawnionym do tego całkowitym braku krytyki wobec samej siebie, wiem że tego nie zrobisz.

@Lakeholmen, pocieszę Cię, że chyba niedługo wylądujesz w top komentowanych :p

Nikt nie mówi o donoszeniu. Nie odwracaj kota ogonem. Jeśli masz coś przeciwko mojemu byciu w Loży, to po prostu zgłoś to tam gdzie trzeba. To nie jest żadne donoszenie, ponieważ nie zrobiłam niz złego, niezgodnego z prawem, żebyś musiała na mnie komukolwiek donosić. Masz prawo być przeciwna, żebym dalej była w Loży, proszę załóż osobny temat, napisz do Redakcji, przedstaw sprawę i koniecznie, ale to koniecznie podlinkuj. Tu jest wszystko czarno na białym. Żyjemy w wolnym kraju.

"I widzę, że z uporem lepszym godnej sprawy brniesz dalej"

Ty mi coś tam o moich błędach pisałaś, tak? :) Przynajmniej ja je poprawiam. Wiesz co, jesteś straszną hipokrytką. Zaczynasz dyskusję na niskim poziomie od razu uderzając ad personam, potem zarzucasz mi, że ja robię to samo, wałkujesz w kółko sprawę średniej, a mi zarzucasz, że obnażam Twój błąd w rozumowaniu. Cała ta sprawa zrobiła się farsą. Napisałam jakie mam zdanie o współczesnej literaturze, to zaczęłaś mi pisać coś o moich rzekomych kompeksach, że napisałam gorsze opowiadanie i się tu wyładowuję. Zarzucasz mi brak dystansu do siebie, a Twoje komentarze świadczą wyłącznie o tym, ze wczoraj wpadłaś w histerię i puściły Ci nerwy. I Ty mi jeszcze będziesz zwracała uwagę, że bronię się przed niedorzecznościami? No nie bądź dziecinna. I koniecznie podlinkuj przy odpowiedniej okazji. Zrobisz mi wielką przysługę.





O, really? No to jedziemy:

Twierdzisz, że zaczynam "dyskusję na niskim poziomie od razu uderzajšc ad personam", więc zobaczmy, czarno na białym.

Zwróciłam Ci uwagę, na błšd logiczno-obliczeniowy i zarzuciłam brak obiektywizmu w ocenie opowiadania - co w przypadku członka loży nie jest cechš pożšdanš. Co odpisałaœ? Proszę:

"Bellatrix, zdaje się, że masz problemy z logicznym myœleniem i cierpisz na syndrom czepialstwa i popisywania się swoim intelektem"

"Naucz się najpierw myœleć, a potem się mnie czepiaj."

"Nie doœć, ze nie potrafisz myœleć logicznie, liczyć, to jeszcze nie potrafisz czytać. Masakra."

"Przede wszystkim nie Tobie oceniać do czego ja się nadaję, a do czego nie. Niestety, ale każdy powinien znać swoje miejsce"

"Przykre jest tylko to, że ogólnie pojęta „fantastyka" upada jako gatunek literacki, czego przykładem sš niestety tacy użytkownicy tego portalu jak Ty."

Stwierdziłam, że Twoje "argumenty" sš rodem z wczesnej podstawówki (bo, nieukrywajmy, sš), to zaczęłaœ ciskać się dalej.

Twierdzisz, że: "Napisałam jakie mam zdanie o współczesnej literaturze, to zaczęłaœ mi pisać coœ o moich rzekomych kompeksach, że napisałam gorsze opowiadanie i się tu wyładowuję" - otóż nie, o kompleksach napisałam Ci w odpowiedzi na Twoje słowa: "zareagowałam na złoœliwe zaczepki kogoœ, kto ewidentnie zazdroœci mi tego, że „zasiadam" w loży NF." oraz: "opowiadania nie skrzywdziłam, bo nie zasługuje na więcej niż 2!".

Twoje zdanie na temat literatury - wybacz - ale po tym co zaprezentowałaœ, mnie nie obchodzi, bo w moim mniemaniu nie masz na ten temat za dużego pojęcia.

Polecam też sprawdzenie w słowniku pojęcia "hipokryta" - bo nazywajšc mnie hipokrytkš ewidentnie pokazujesz, że znaczenia tego słowa za dobrze nie znasz.

Z czystej ciekawoœci - który z moich komentarzy rzekomo œwiadczy o tym, że puœciły mi nerwy? :> Zdaje się, że to też kolejna Twoja projekcja, bo w przeciwieństwie do Ciebie nie zdenerwowałam się ani przez moment.

Na Twoje życzenie, otworzę wštek na temat zasiadania w loży osób niekompetentnych, i ewentualnš dalszš wymianę zdań (choć niechętnie) będę kontynuować tam. Oczywiœcie, całš dyskusję stšd podlinkuję.

Jeszcze raz, przepraszam Lakeholmen, już mnie tu nie ma (chyba, że zrobię analizę tekstu, ale to muszę dłuższš chwilę wolnego czasu znaleŸć;))

Zajebiste. Szkoda tylko, że lakeholmen wrzucił jakieś opowiadanie na górze. To rozprasza.

lakeholmen, jeszcze raz przepraszam Cię za to, że przyczyniłam się do zaśmiecenia Twojego wątku. Widzę, po Twojej twórczości, że lubisz absurdalny humor. Chciałabym Ci szczerze polecić, o ile oczywiście jeszcze nie czytałeś, Dzienniki Gwiazdowe i Cyberiadę  Stanisława Lema. Są to opowiadania i śmieszne, i poważne, zawierające naprawdę wiele mądrości i sporą dawkę właśnie absurdalnego humoru. Chciałam też napisać, żebyś absolutnie nie zniechęcał się do pisania po tym co tu Cię spotkało. Jest mi ogromnie przykro, że atmosfera pod Twoim opowiadaniem zrobiła się taka, a nie inna :/ Mam nadzieję jednak, że w żadnym wypadku nie zniechęci Cię to do dalszego tworzenia. Pozdrawiam.

Wiecie co? Mam pomysł. Może by tak otworzyć osobny wątek dla Waszej prywatnej wojny?... Nie powiem, bardzo ciekawie się zapowiada i chętnie ujrzałabym Was na ringu, ale myślę, ze to nie jest najwłaściwsze miejsce. :)

baranek 2011-04-30 21:23
Zajebiste. Szkoda tylko, że lakeholmen wrzucił jakieś opowiadanie na górze. To rozprasza.

:D Dobre ;]

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Wojna przyciągnęła sępy - burnetta & coopera :-/

Lakeholmen, pamiętam „Skąd zło" i „Twoja kolej, kochanie" i uważam że jesteś w ścisłej czołówce autorów publikujących na tym portalu i na druk absolutnie zasługujesz, ale to opowiadanie mi zupełnie nie podeszło.

Ogólnie, nie przemawia do mnie humor w tym tekście, choć lubię absurd. Lubię np. Paragraf 22 a na tym portalu niedawny tekst Baranka „Z archiwum polskiej muzyki rozrywkowej". Ale „Króliczki..." mnie nie śmieszą i nie do końca wiem, dlaczego. Po prostu opko mnie nie śmieszy i już. A ponieważ historia też mnie nie bardzo wzrusza, nie straszy, nie intryguje, to -> nudzi i pozostawia obojętnym. Ani przez moment nie obchodził mnie los wojny domowej na Cośtamlud, bohaterowi nie groziło właściwie żadne niebezpieczeństwo, jakoś zabrakło suspensu, ciekawości, co będzie dalej. No i brak pointy. Muszę ją więc uznać za słabą historię. Choć stylistycznie bardzo dobrze napisaną.
Fabuła jest tak abstrakcyjna, że wydaje się zaledwie pretekstem do zaprezentowania ciągu gagów. Problem chyba w tym, że w takim tekście może zdarzyć się wszystko. Wydarzenia nie warunkują się wzajemnie, następne słabo wynikają z poprzednich, co chwila okazuje się że kobieta-królik ma jakieś nowe pomysły albo tajemne moce wyskakujące jak, nomen omen, królik z kapelusza. Deus ex machina pełną gębą, choć ukryte w tej kobicie.
Plusem jest motyw lovestory zyskujący pod koniec na intensywności, ale to nie ratuje całości. Napisałeś że to historia przede wszystkim o miłości - wg mnie, zagrzebałeś tę lovestory pod stosem dowcipasów.
Fabuła to ze swej istoty pewne ograniczenie, a tu spójność fabuły rozsadza harcująca wyobraźnia. Gdybyś się bronił że "taka konwencja", odpowiedziałbym, że jest to konwencja niszcząca fabułę a więc - niszcząca literaturę.

Mniejsze zgrzyty, jakie wyłowiłem w trybie lektury raczej naiwnej, takie tam detale:

Rachunek prawdopodobieństwa był po mojej stronie.
Zamącacz*. Chyba raczej był przeciwko narratorowi, skoro reguła była taka, że przeczucie go jednak zawodziło. Skoro słońce codziennie wschodzi, jakie jest prawdopodobieństwo, że jutro nie wzejdzie?

- Króliczków? - Nikt tak nie mówi, pomyślałem. Czyżby ktoś wynajął mafię z Ukrainy?
Kolejne dwa zamącacze. Niby dlaczego nikt nie mówi „króliczki"? Dlaczego mafię i dlaczego z Ukrainy? Że niby ta kobieta miałaby być z Ukrainy? To by prędzej zauważył akcent niż pseudodziwne słowo „króliczki".

Szturmowcy imperium są już po drodze z Nairobi
Chyba „Szturmowcy imperium są już w drodze z Nairobi".

Kiedy skończyłem, zapisując szkicami, wymiarami i uwagami Da'ry kilka dużych kartek, było dobrze po dwudziestej trzeciej.
Kiedy skończyłem, zapisawszy szkicami, wymiarami i uwagami Da'ry kilka dużych kartek, było dobrze po dwudziestej trzeciej.

- Ich już nie ma - mój głos zdawał się być wykuty z cmentarnego kamienia. - Zostałem sam.
Taaaa, narrator sobie robie jaja z utraty swoich ukochanych zwierzątek. Komu się zdawało? Narratorowi? Przecież on czuł głęboki żal, nie powinien się zastanawiać ani wtedy ani potem, jak brzmiał jego głos.

Miałem nadzieję, że dopisze to do sobie do swojego rewolucyjnego CV, coś jak u nas spanie na styropianie.
Po pierwsze, przeszarżowane: dlaczego niby strażnik jest nazywany rewolucjonistą. Bo narratorowi wydaje się, że nadgorliwie wypełnia swoje obowiązk z powodu nudy? Wg mnie to nieuzasadnione skojarzenie. Po drugie: zamącacz „u nas" - przecież obaj są w jednym kraju więc obaj są „nasi" więc „u nas" jest niepotrzebne.


*Zamącacz - sformułowanie mącące czytelnikowi w głowie, wywołujące pytania „aale jaak to? o sso chchodzi?"

Z tekstami lakeholmena jest tak, że nawet jak mi się podobają, to się podobają. Stary dobry "Grzegorz" się kłania.
Uwielbiam pomysły lakeholmena. Zarąbiste są.
Nienawidzę pomysłów lakeholmena. Powinny być moje.
Lakeholmen, będę śmiertelnie rozczarowany jeśli w portalowym numerze pisma nie będzie Twojego opowiadania.

lakeholmen, mógłbyś skwarkowego szorta wrzucić. Nieźle mózg lasuje.

baranek, mówi się "ryje banię" ;)

Aisling, możliwe, ale nie po czterdziestce.

baranek, dobry tekst ryje i po czterdziestce.

Dziękuję zarówno za słowa pokrzepienia, jak i krytyki :) Na szczęście, to moje opowiadanie jest krytykowane, a nie ja :) Niestety, na tej samej zasadzie  to właśnie opowiadanie jest kontrowersyjne, nie zaś ja... :) 

Pozdrawiam 
L.


Spójrz na to w ten sposób - w każdym opowiadaniu jest cząstka Ciebie ;)

Nie wiem czy cieszyc sie, ze w opowiadaniu o nieudaczniku i pantoflarzu, który produkuje ładnie wyglądające buble jest cząstka mnie... 

lakeholmen, zawsze masz do wyboru parę innych opowiadań swoich, z bardziej ogólnoludzkim, globalnym przesłaniem ;)

Aisling:D no tak, moge się zidentyfikować z mr. Szolonyim z "Morderstwa..." Maruda i artysta. Albo z bezimiennym szaleńcem w kościele który zabija dzieci strzałem w twarz . Chyba jednak poszukam drugiego dna w Twojej sugestii...

Zidentyfikuj się z  Dwightem, też frustrat, ale w stylu Phiilipa Marlowe, ja mam Ci mówić?

Rzeczywiście, przeczytawszy komentarze...jestem w szoku.
lakeholmen - opowiadanie przednie :D (oczywiście w mojej opinii, zupelnie osobistej, bez wyciagania średnich ;))

Dzięki za subiektywną ocenę :)

Witam
przeczytałem to opowiadanie dużo wcześniej przed ogłoszeniem wyników i szczerze mówiąc byłem bardzo zaskoczony gdy się okazało ze zostało wyróznione.
piszę to dlatego, że dzisiaj przeczytałem dyskusje jak się rozpętała i chciałem tylko nadmienić, że jestem tego samego zdania co Elleth, ale to tylko moja subiektywna opinia.
pozdrowionka dla wszystkich 

haha, świetne to opowiadanie :D dawno się tak nie uśmiałam

Ciekawy tekst.

Interesujący tekst, sympatyczny, niezłe nagromadzenie absurdów. Ogólnie – podobało się.

Tylko ta końcówka… Niedawno Thargone wstawił opowiadanie z podobnym zakończeniem. Czytelnicy zwrócili uwagę, że samiec nie zachodzi w ciążę, a samica nie zapładnia. Z definicji. Coś w tym jest.

Babska logika rządzi!

Zapewne sporo absurdu polega na tym, ze to, co absurdalne sprzeczne jest z tym, jak to jest na ogól albo z definicji. Drzewa chodzą, mężczyźni zachodzą, a słońce zawisa na niebie i nie chce zajść, te nastroje :)

Być może drzemie we mnie przekonanie, że nawet absurd powinien mieć swoje granice. ;-)

A kto powiedział, że drzewa nie mogą chodzić? Ale gdyby ciocia miała wąsy…

Babska logika rządzi!

Jak dla mnie, była to dość męcząca lektura. Mimo że nieźle napisane, opowiadane jest tak bardzo absurdalne, że w pewnej chwili poczułam się nim znużona. Perypetie bohatera wydały mi się tyleż niezbyt zabawne, co nadmiernie nonsensowne. Innymi słowy – za dużo cukru w cukrze.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Męcząco absurdalne – to brzmi prawie jak komplement :p 

Skoro tak twierdzisz… ;-)

Nie wykluczam, że na odbiór Twojego opowiadania wpłynęło nasycenie absurdalnymi tekstami właśnie zakończonego konkursu. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Tak to jest, jak sie pisze opowiadania w pociągu do Budapesztu. Wszystko moze sie zdażyć ;-) 

Wszystko moze sie zdażyć ;-) 

No tak. I pewnie się zdarzyło… ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

zdaŻyć! To zupełnie inny czasownik :)

Tak, teraz widzę, że czasem to i owo się zda żyć całkiem własnym życiem. ;-D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Fajne :)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka