- Opowiadanie: Szymon Teżewski - Pijawki

Pijawki

Dlaczego prawie eliminacje? Bo nie mogłem zdecydować się, czy umieścić to opowiadanie, czy Za Króla i Wietnam. W końcu zdecydowałem się na to drugie, bo to, wydaje mi się mało oryginalne. Co nie znaczy, że nie warto go czytać!

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Pijawki

Jacek pierwszy raz zobaczył to jeszcze w podstawówce, u jednego z kolegów, który zawsze trzymał się z boku i siedział w ostatniej ławce, kiedy pewnego jesiennego poranka szedł za nim do szkoły.

Z karku chłopca zwisała obrzydliwa istota, przypominająca grubą i przerośniętą pijawkę. Zwijała się i nadymała w przerażający sposób, co przywołało Jackowi na myśl operację serca, którą widział w telewizji. W pierwszej chwili pomyślał, że musi to jak najszybciej oderwać. Kiedy podbiegł i złapał zwiniętą pijawkę w dłoń, kolega odwrócił się i uderzył go w twarz.

– Zostaw to – powiedział tylko i poszedł dalej, jak gdyby nigdy nic.

Kolega najwyraźniej wiedział, że to nosi, natomiast nikt inny wcześniej tego nie zauważył, sam Jacek widział to wtedy po raz pierwszy. Przez klika dni po tym zdarzeniu chłopaka nie było w szkole, a po tygodniu pani wychowawczyni oznajmiła, że przeniósł się do innego miasta. Potrzebował jodu, a tutejsze powietrze źle działało mu na skórę. Jacek jednak widział i wiedział swoje.

Przez kilka kolejnych lat zdążył zupełnie zapomnieć o tym, co zobaczył jesiennego poranka. Ugrzęzło to gdzieś pomiędzy innymi wspomnieniami, które kiedy jest się już dorosłym wydają się niedorzeczne i niemożliwe, a często zwyczajnie głupie.

Ale po kilku latach spokoju to znowu dało o sobie znać i wtedy już przeraził się nie na żarty. Od dobrych paru miesięcy spotykał się z dziewczyną, której imię wolałby teraz zapomnieć. Wyjechała na kilka tygodni na letnią studencką wymianę, Jacek tęsknił, choć nie przyznawał się przed samym sobą, a kiedy zobaczył ją uśmiechniętą na obskurnym autobusowym dworcu, skąpaną w lipcowym słońcu, nie posiadał się ze szczęścia. Przynajmniej dopóki nie podeszła bliżej, a on nie objął jej i nie poczuł jak wokół jego dłoni owija się coś oślizgłego i pulsującego. Wróciła z pijawką. Kiedy to zrozumiał, kiedy zobaczył wbite na jej szyi odnóża, odepchnął ją, wybełkotał coś i szybko odszedł, zostawiając ją zdezorientowaną, z ogromną podróżną walizką przy nodze.

Nie zobaczył jej nigdy więcej. Bał się, a ona też nie nalegała. Po kilku tygodniach napisała mu jeszcze, że i tak chciała tylko powiedzieć, że wyjeżdża za granicę na stałe. I że zmieniła się i przeprasza, ale chyba właśnie o to mu zawsze chodziło – żeby była szczęśliwa.

Zmieniła się – czyżby więc też była świadoma, że na jej karku żył ten pasożyt? Nie zapytał, bał się, że może go wziąć za wariata, sam przez jakiś czas myślał o sobie w ten sposób. Aż nie zobaczył kolejnej.

Było ich coraz więcej, spotykał ludzi z pijawkami przypadkiem, początkowo raz na kilka dni. W metrze, autobusie, sklepie spożywczym. Mieli je różni ludzie, czasem nawet młodzi albo bardzo starzy. Nie spotkał żadnego małego dziecka z pijawką, ale to przecież nie dowód, że takie dzieci nie istniały w ogóle. Przez jakiś czas szukał klucza, który mógłby ich wszystkich łączyć, ale nie potrafił niczego wymyślić.

Inni ludzie zdawali się nie zauważać tych przeklętych istot. Kiedy Jacek drżał ze strachu, wciśnięty w kąt zatłoczonego tramwajowego wagonu, i próbował patrzeć wszędzie, tylko nie na to obrzydlistwo – inni ludzie spokojnie stawali obok, czasem nawet opierając się o pijawkę, która przez kilka minut zdawała się wówczas badać nowe ciało.

 

Szukał. Oczywiście, że szukał. Szukał przez wiele lat, najpierw w bibliotekach, potem, kiedy stał się już powszechnie dostępny, w internecie. Księga Przysłów, rozdział trzydziesty: „Pijawka ma dwie córki: >>Przynieś! Przynieś!<<", a w innym tłumaczeniu „którym na imię: >>Daj! Daj!<<". Ten właśnie wers, a może raczej całe dwa wersy:

Pijawka ma dwie córki: "Przynieś! Przynieś!". Trzy rzeczy są nigdy nie syte, cztery nie mówią: "Dość": Szeol, niepłodne łono, ziemia wody niesyta, ogień, co nie mówi: "Dość".

utkwiły mu w głowie na długo.

 

Powoli oswoił się z pijawkami, a spotykał je coraz częściej, nawet kilka razy dziennie. Były różne – ta, którą widział przed kilkunastu laty na karku swojego szkolnego kolegi, była stosunkowo niewielka. Zdarzały się bowiem takie, które musiały ważyć przynajmniej kilkanaście kilogramów, a ludzie je noszący byli przygięci do ziemi, jakby zapadnięci sami w sobie, a pomimo to chodzili i uśmiechali się.

Miewał sny, w których spostrzegał, że sam ma pijawkę, albo w których wszyscy poza nim je mieli. Kiedy się budził odruchowo sprawdzał dłońmi kark, a raz na kilka dni brał niewielkie lusterko i oglądał tył głowy.

Czy ci ludzie byli jacyś wyjątkowi? Nie było w nich nic wyjątkowego poza pijawkami – tak samo jak reszta śmiali się, płakali i jadali w chińskich knajpach.

W końcu Jacek zdecydował się komuś o tym powiedzieć. Długo myślał jak i komu, a wersety z Biblii nie dawały mu spokoju. Postanowił pójść do księdza, do spowiedzi, przynajmniej miał pewną gwarancję, że to, co powie, nie wyjdzie poza konfesjonał i następnego dnia nie zamkną go w pokoju obitym miękkimi materacami. Wybrał niewielki kościółek na uboczu, w którym ostatni raz był zupełnie przypadkiem na studiach, kiedy jeszcze spotykał się z tamtą dziewczyną. Było zupełnie jak wtedy, gdy go tam zaprowadziła – biała farba na elewacji dalej łuszczyła się i odpadała dużymi płatami. U spowiedzi nie był od tamtej pory, a od trzech lat w ogóle zaczął omijać wszelkie miejsca, gdzie było dużo ludzi – również kościoły. Dodatkowo przerażało go wyobrażenie księdza z pijawką na karku odprawiającego Mszę.

Wszedł do środka, wszyscy poza księdzem, który właśnie konsekrował hostię, klęczeli. I nagle ktoś zaczął krzyczeć. Mężczyzna w młodym wieku biegł w kierunku ołtarza. Dwóch ministrantów rzuciło się na niego i powaliło na ziemię, zanim zdążył dotknąć księdza. Szamotanina, krzyk, coś błysnęło w dłoni mężczyzny i jeden z ministrantów osunął się na stopnie ołtarza. Drugi wystraszył się i puścił zamachowca, który jeszcze przez chwilę groził mu nożem.

A potem zamachowiec zawrócił na pięcie i powoli poszedł główną nawą, w stronę wielkich drewnianych drzwi. Mówił coś i żywo gestykulował, ale Jacek nie mógł zrozumieć ani słowa. Przerażone babcie chowały się w ławkach, tymczasem ksiądz gdzieś w tym zamieszaniu zniknął. Tylko ranny ministrant leżał ciągle w nienaturalnej pozycji, a krew spływała po stopniach ołtarza jak po schodach azteckiej piramidy.

Drewniane drzwi otworzyły się, dało się słyszeć krzyk wchodzącej kobiety, wzmocniony i zwielokrotniony przez echo wewnątrz kościoła. Wtedy mężczyzna chwycił nóż oburącz i wbił go sobie prosto w serce, układając tak, żeby przeszedł pomiędzy żebrami. Ale zamachowiec nie osunął się na ziemię, tylko zmienił się w mrok, nienaturalny cień, który rozbiegł się po kościele, zanim nóż zdążył upaść na podłogę z głośnym brzękiem.

– Prosimy zachować spokój – grzmiał ktoś przez mikrofon. – Niech nikt nie wykonuje gwałtownych ruchów!

Jacek jednak nie miał zamiaru zostawać tam ani chwili dłużej. Całą sytuacja była straszna, ale było w tym wszystkim coś jeszcze bardziej przerażającego. W chwili kiedy zamachowiec odwrócił się i szedł pomiędzy ławkami – Jacek przez moment widział jego twarz, groźną i wykrzywioną.

Zadziwiająco podobną do jego własnej.

 

Jacek biegł przez kilka minut, aż w końcu zatrzymał się w jednej z bram. Naprawdę bał się, że on sam zabił albo ciężko ranił tego chłopaka.

– Odsuń się pan – krzyknął na niego stróż z miotłą. – Nie widzi, że zamiatam?

Jacek odruchowo patrzył na kark, kiedy widział kogoś po raz pierwszy. Na szczęście mężczyzna był czysty. W sensie braku pijawki oczywiście.

– Nie uwierzysz pan co ostatnio widziałem – zagadywał go dalej stróż. – Wieczór, zupełnie jak ten, o w tym miejscu leżał. Tam gdzie pan stoi dokładnie.

– Ale kto? – zapytał wyrwany z zamyślenia Jacek.

– Cholera wie kto! A raczej co w ogóle! Trochę jak wąż, trochę jak pająk. Długi taki… – Tutaj stróż wskazał na kij od miotły. – Jak ze trzy kije. Jak Boga kocham.

Jacek przełknął ślinę. Opis wydawał się dziwnie znajomy.

– I co z nim się stało? – spytał cicho.

– Zadzwoniłem na policję, ale zanim przyjechali, to wzięło i się schowało diabelstwo. Ja wiem gdzie, gniazdo ma chyba w piwnicach kamienicy.

– Więc czemu pan tego nie powiedział policji?

– Mówiłem! Ale wiesz pan… Trochę trunkowy jestem. Nie wierzyli i straszyli jeszcze, że na izbę zabiorą. Ale słuchaj pan! – Stróż zbliżył się do jego ucha i wyszeptał: – Ja wiem, że oni się zwyczajnie bali. Mówię panu, że dzieje się coś dziwnego, a oni o tym wiedzą przecież doskonale. Wszyscy wiedzą. W ostatnim Ekspresie nawet pisali o tych… kosmitach, może to był jeden z nich?

Jacek stał jeszcze przez chwilę oparty o zimną ścianę i myślał. Wprawdzie łączenie tego z rewelacjami brukowców o zielonych ludzikach wydawało mu się nadużyciem, ale kto wie. A ten zwyczajny nocny stróż, czy mógł widzieć jedną z pijawek? Czy naprawdę wszyscy czuli, że coś jest nie tak? W takim razie dlaczego życie toczyło się jak dawniej – dlaczego nie zamykano szkół, nie wprowadzono stanu nadzwyczajnego, a naukowcy nie pracowali nad rozwiązaniem problemu?

Czy rzeczywiście mogło być tak, że wszyscy widzieli, ale woleli nie widzieć?

– Niech mnie pan zaprowadzi do tego gniazda – powiedział w końcu. – Zobaczymy co tam naprawdę siedzi.

– Poczekaj tu pan na mnie, skoczę na górę po paralizator, może coś jeszcze?

– Cholera wie – zaśmiał się Jacek w przypływie odwagi. Wizja spotkania z potworem dostarczyła mu porządnego zastrzyku adrenaliny, w ustach poczuł metaliczny posmak. – Może siekiera?

 

Żarówki w piwnicy przygasały raz po raz, było ciasno i śmierdziało zgniłymi ziemniakami i kocimi szczynami. Jacek nigdy nie podejrzewał, że zwykła piwnica może być takim labiryntem, stróż jednak doskonale się w nim orientował. W końcu stanęli przed jakimiś drzwiami, zamkniętymi na kłódkę.

– Jak tam niby wlazł? – spytał Jacek. – I jak my tam wejdziemy?

– To jest rozdzielna centralnego ogrzewania, dużo rur, a wleźć mogło… a choćby i pod drzwiami, może rurą. Mam klucz.

– I czemu to ma być akurat tutaj?

– Powiem panu szczerze… bo mój kot boi się tu podchodzić. Jeży się i prycha, a nie podejdzie. – Stróż zaśmiał się. – Nie zaszkodzi zajrzeć, a zawsze we dwóch to raźniej, prawda? – powiedział i poklepał Jacka po ramieniu.

W środku na szczęście nie było ogromnego węża, ale to, co zobaczyli, również nie napawało optymizmem. Wszędzie walały się niewielkie, pewnie szczurze, kości, wśród których było kilka większych, zapewne kocich.

W rogu natomiast bieliła się ludzka czaszka.

Stróż zwymiotował, zapach w pomieszczeniu był duszący i bardzo nieprzyjemny. Jacek wyciągnął komórkę, chciał zadzwonić na policję, ale zanim ją odblokował przypomniał sobie, że przecież może być w tej chwili poszukiwany w związku z tym, co wydarzyło się niecałą godzinę temu w kościele.

– Nie mam zasięgu – skłamał. – Ma pan telefon na górze?

Stróż pokiwał głową i gestem zasugerował, żeby wyszli.

Mógł starszego pana zatłuc, zostawić w piwnicy, zamknąć na klucz, a nikt pewnie nie znalazłby go przez miesiąc. Po co? Stróż go widział, a policja pewnie go ściga. I to, że niczego nie zrobił, nie wydawało mu się już takie pewne jak wcześniej. Skoro nie zrobił, to skąd miał takie myśli? Odruchowo pomacał kark dłonią, ale nie wyczuł pijawki.

Musiał się szybko decydować. Stróż zadzwoni na policję, wskaże go jako świadka. Na pewno mają portret pamięciowy, na pewno zapytają go, czy nie widział kogoś uciekającego ze strony kościoła.

– Nad czym się tak zastanawiasz? – spytał stróż. – Chodźmy.

– Chodźmy – zgodził się Jacek stojąc w drzwiach i odwrócił się.

Wtedy usłyszał coś jakby prychnięcie. Stary stróż leżał na ziemi i trzymał się za serce.

– Wąż! Jest tutaj! – mówił, bo krzyczeć nie był w stanie i wskazywał lewą dłonią gdzieś w kąt pomieszczenia.

Pusty kąt. A potem stróż prychnął znowu i wyprężył się z bólu. Jacek wyciągnął komórkę, chciał zadzwonić po karetkę, ale jego wcześniejsze kłamstwo okazało się wcale nim nie być – w piwnicy naprawdę nie było zasięgu.

– Niech pan poczeka. Znajdę pomoc – powiedział i pobiegł.

Ściany wąskich korytarzy zdawały się specjalnie zastępować mu drogę, Jackowi wydawało się, że ciągle musi skręcać. W lewo? Chyba był już tu wcześniej, gdzieś widział tę starą pralkę. Czas płynął nieubłaganie, a on nie mógł wydostać się z głupiej piwnicy. W końcu zaczął krzyczeć, a w tym samym momencie zgasło światło. Drżącymi rękoma wyciągnął komórkę i włączył na niej latarkę, jak dumnie nazwano małą ledową diodę. Korytarze wyglądały teraz zupełnie inaczej. Kto mógł zgasić światło? Przecież chyba żaden baran nie montuje w piwnicach czasowych wyłączników. I gdzie do cholery jest najbliższy włącznik? Znalazł go dopiero po minucie, może dwóch. Stał prawie przy samych drzwiach do rozdzielni centralnego ogrzewania. Spojrzał na zegarek – dziesięć minut minęło nie wiadomo kiedy. Stróż musiał być już martwy.

Jacek spanikował, zamknął drzwi rozdzielni na klucz, do wyjścia trafił bez większych problemów, ot zawrócił się może dwa czy trzy razy, trafiwszy na ślepą uliczkę. Klucze wrzucił do studzienki kanalizacyjnej. Bał się – przez całe życie nie widział ani jednej umierającej osoby, a tego wieczoru widział dwie śmierci na własne oczy. Nie był w stanie myśleć logicznie, wszyscy ludzie, których mijał idąc do domu, zdawali się na niego patrzeć z wrogością i podejrzliwością. I prawie wszyscy mieli na karkach sporych rozmiarów pijawki – tylu przeklętych nie widział chyba łącznie do tej pory. Coś się stało tego dnia, że pijawki rozprzestrzeniły się tak gwałtownie? Coś jeszcze straszniejszego? Jak gdyby to, co widział w kościele i cała historia ze stróżem to była zaledwie uwertura.

„Dzieje się coś dziwnego. A oni o tym wiedzą. Wszyscy wiedzą."

Skoro widział pijawki, to dlaczego nie widział tego cholernego węża?

 

Kiedy wrócił do domu, od razu zaczął sprawdzać w internecie, czy piszą cokolwiek o zajściu w kościele. Nie pisali – pisali za to o sukcesach w polityce zagranicznej, nowym projekcie sportowym, a nawet o najciekawszych walentynkowych pomysłach na randkę. Żadnych złych wiadomości, co wydało się Jackowi podejrzane. Tak samo jak to, że redaktor na zdjęciu miał na szyi wbite sześć odnóży, które musiały należeć do sporej pijawki.

Zadzwonił do przyjaciela i umówił się na piwo, nie chciał nigdzie wychodzić, więc zaprosił go do siebie. Marek trochę się zdziwił, kiedy Jacek jeszcze na klatce schodowej kazał mu odchylić kołnierz i zaczął oglądać jego kark.

Przez dobrą godzinę rozmawiali o tym, co zawsze i grali na konsoli. Dopiero po trzecim piwie Jacek spytał:

– Marek, dzieje się coś dziwnego. Zauważyłeś to?

Marek przez chwilę patrzył na niego, a potem wziął głęboki oddech.

– Też to zauważyłeś?

– Tak, nie wydaje ci się to dziwne?

– To jest dziwne, ale… nie znam się na ludziach, może to jest normalne.

– O czym ty właściwie mówisz? – Jacek poczuł, że jednak nie mówią o tym samym.

– No… że ostatnio niektórzy ludzie z dnia na dzień się zmieniają. Najpierw chodzą smutni, zachowują się nieswojo, czasem nawet bełkoczą coś pod nosem. Nerwica jakaś, nie znam się. A potem przychodzi taki do pracy i już więcej nie jest smutny. Wiesz o co mi chodzi?

Jacek pomyślał, że Marek ma rację. Ludzie z pijawkami, choćby największymi, takimi przez które chodzili przygarbieni do samej ziemi, byli zawsze weseli. Czyżby więc pijawki były skondensowanym gniewem i złością? Cudownym wirusem, dzięki któremu wszystkie złe uczucia materializowały się na karku, pozostawiając nosiciela szczęśliwym… Może spadały jak dojrzałe gruszki, kiedy już wyciągnęły z człowieka wszystkie lęki i smutki?

– Wiesz. – Głos Marka wyrwał go z zamyślenia. – W ogóle to u mnie ostatnio wszystko dobrze, jestem, i nie boję się tego powiedzieć, szczęśliwy. Szczęśliwy jak nigdy w życiu!

– Ale… – Jacek poczuł się nieswojo. – Coś się stało szczególnego?

– Nie, nic z tych rzeczy. Po prostu zdałem sobie właśnie sprawę, że… – Prawą ręką sięgnął do karku, jak gdyby chciał się podrapać. I wtedy Jacek spostrzegł oślizgłą mackę przebijającą się właśnie przez skórę na jednym z kręgów szyjnych. Krąg wyżej skóra też napinała się coraz bardziej.

– Co robisz?! – krzyknął Marek, widząc jak przyjaciel wybiega do kuchni i wraca po chwili z kuchennym nożem.

– Nie ruszaj się – powiedział Jacek zdecydowanym głosem.

Chwycił za wystającą część pijawki, aby ją unieruchomić, uciął przy samej skórze. Marek zaczął przeraźliwie krzyczeć z bólu, a z karku leciała mu obficie krew, przesączając się przez palce i tworząc na koszulce ciemnoczerwoną plamę. Ale Jacek nie zwracał na niego uwagi – zahipnotyzowany ruchem pijawki, która dalej wiła się w jego palcach. A potem poczuł na palcu wskazującym lekkie ukłucie, pijawka zaczęła wchodzić do środka. Widział jak pełznie wewnątrz jego palca, jak mija ostatni paliczek i przystaje na chwilę, zwija się w kłębek na środku dłoni, pomiędzy linią życia a głowy. Jacek nie mógł pozwolić na to, żeby przeszła dalej. Zdawało mu się, że wówczas też stałby się szczęśliwy i nieświadom tego, co się dzieje. Włożył sobie w usta kołnierz bluzy, położył rękę na blacie biurka, zrzucając z niego butelki i rozciął skórę. Złapał pijawkę, wyciągnął, choć bolało niemiłosiernie i rzucił na ziemię. Rozgniótł obcasem.

Marek leżał nieruchomo na środku pokoju, w ogromnej plamie krwi.

Trzecia śmierć.

 

Zwariował. Na pewno zwariował – dźgnął ministranta, potem udusił stróża, a na koniec ugodził nożem własnego przyjaciela, zwabiając go wcześniej do swojego mieszkania. "Czyli tak to wygląda od środka", myślał, "Tak właśnie rodzą się legendy o seryjnych mordercach, kiedy w rzeczywistości są to biedni i zaszczuci ludzie. Chorzy ludzie. Ja przynajmniej!"

 

Prowizoryczny opatrunek z bawełnianej koszulki szybko przesiąkał. O dziwo jednak na ulicy żaden z nielicznych przechodniów nie zwrócił na niego uwagi, a Jacek specjalnie się z nim nie krył. Czekał aż ktoś podbiegnie i powie: "Człowieku, co ci się stało w rękę?"

W końcu podszedł do niego policjant i spytał:

– Coś się panu stało? Może trzeba pomóc?

A Jacek odpowiedział, a może raczej usłyszał, że mówi:

– Nie panie władzo. Jestem szczęśliwy.

Zdziwił się na te słowa, lewą ręką sięgnął karku, ale nic na nim nie poczuł.

– Maniek! – krzyknął jego kolega z wozu. – Łap wariata! To ten morderca!

Jacek nawet się nie bronił – Maniek zwalił się na niego, przygniótł do ziemi, wykrzywił ręce i skuł. Bolało, metalowe obręcze wbijały się niemiłosiernie w nadgarstki.

– Panowie! To nieporozumienie, to pijawki! Nie ja, broń Boże, ale pijawki!

– Na co ci to było? – spytał Maniek, jak gdyby w ogóle nie słyszał, co mówi Jacek. – Młody, niebrzydki, a teraz co? Dożywocie pewnie.

 

***

 

– Chory człowiek! Normalnie chory człowiek! – krzyczał prokurator. – Jest pan sobie w stanie wyobrazić, że wszystko wskazuje na to, że pierwszy raz zabił w szkole podstawowej? Kolegę z klasy.

– Ale dlaczego? – spytał wysoki mężczyzna w nienagannie skrojonym płaszczu. – Miał jakieś powody?

– Niepoczytalność mu zrobią, wariackie papiery! Naopowiadał pani psycholog o jakichś wydumanych pijawkach.

– Pijawkach? – zdziwił się elegancki rozmówca i postawił wyżej kołnierz, zasłaniając kark jeszcze bardziej.

– Tak, tak. Psycholożka opowiada cuda, zafascynowana cała takim "ciekawym przypadkiem". Teorie swoje wysnuwa, że nim więcej widział pijawek, tym bardziej był świadom tego co robi. Na koniec "był już prawie świadom zabójstwa"! Można takiego banialuka napisać w ogóle w opinii do sądu?! W Polsce można, a co!

– Opowiadał pan jednak o zabójstwie. Pierwszym. A kolejne?

– A tak. Kolejne dopiero na studiach. Dziewczyna wróciła z jakiegoś zagranicznego wyjazdu, cholera naprawdę wie o co poszło. Zabił, mówię panu, z zimną krwią zabił. Po latach się odnajduje szczątki, ciężko cokolwiek powiedzieć. Ale to jest bestia! Dożywocie, kara śmierci!

– Zdaje się, za przeproszeniem pana prokuratora, że zniesiona u nas dawno.

– Dla takich ewenementów powinni przywrócić. Dziewięć zabójstw, z tylu go oskarżam, a ciekawe ile jeszcze leży trupów i czeka. On sam nie powie! Gdzie tam! Nie pamięta, a ta kurwa uniwersytecka wierzy mu i "opinie" pisze. Ostatniej nocy trzy zabójstwa. Ale już nie był taki sprytny jak wcześniej!

– Jak to nie był sprytny?

– Ktoś go przyuważył jak schodził ze stróżem do piwnicy, a potem powiadomił policję, bo stróż już z niej nie wyszedł. Potem w środku kościoła, na Mszy. Wyobraź sobie pan! Ale na koniec… we własnym mieszkaniu, nawet trupa nie wyniósł.

– I nie wydaje się to panu podejrzane, że najpierw tak doskonale się krył, a potem zrobił coś takiego?

– Panie! Żądza krwi, to wszystko tłumaczy. W końcu się nie opanował, jednej nocy trzy trupy.

– Pewnie ma pan rację… A jak się pan czuje ogólnie? Ze zdrowiem już lepiej? Myśli pan nie ma, no wie pan, takich gorszych?

– Wszystko przeszło. Chyba przez tą sprawę! Życie w niej odnalazłem, sens w niej widzę. Może to dziwnie zabrzmi, zwłaszcza po tym, co mówiłem w pańskim gabinecie na pierwszej wizycie, jeszcze miesiąc temu, ale…

– Proszę się nie krępować!

– Wydaje mi się, że jestem szczęśliwy.

 

Koniec

Komentarze

Przyzwyczaiłam się, że Twoje opowiadania są nieprzewidywalne, tymczasem to skończyło się... niemal przewidywalnie, przez co nie zgadłam zakończenia, wyobrażając sobie nieprawdopodobne scenariusze - patrz, jaki paradoks :D Bardzo wciągające, niewątpliwie do pisania to ty masz talent, masz pomysły, wyobraźnię i świetny styl.

Ale tak naprawdę to końcówka jest zastanawiająca. Kto to jest ten facet w nienagannie skrojonym płaszczu? Trochę jak policyjny psycholog, ale nie do końca, bo niby czemu rozmawia z prokuratorem ubrany w płaszcz, i zasłania szyję? :P Przyznam, że zostawiłeś mnie z niezłą zagwostką. Fajny, niejednoznaczny tekst, nie wiem czemu nikt go jeszcze nie skomentował, bo czyta się super.

Moim osobistym zdaniem, to jest lepsze niż to eliminacyjne. Bardziej sugestywne - parę razy podczas czytania pomacałam się po karku ;) Fakt, że dużo rzeczy niedopowiedzianych - ale to raczej zaleta niż wada, czytelnik musi sam sobie dokonać rekonstrukcji, co było majakami bohatera, a co i jak się wydarzyło naprawdę. Podobało mi się.

To nie tylko Twoim Bellatrix, w wąskim gronie moich pre-recenzentów zdania były również mocno podzielone... ;)

Obym sobie tylko nie pluł w brodę, że źle wybrałem.

świetne opowidanie, naprawdę, baaardzo niepokojące :) a te wszystkie niejednoznaczności to chyba największa zaleta, jest ich dokładnie tyle, ile trzeba, tekst zostawia po sobie takie hmmm dziwne uczucie i przez to nie da się łatwo zapomnieć :) brawo.

it's time for war, it's time for blood, it's time for TEA

Dobry tekst, podobał mi się. Wciągający, dobrze się go czyta. Nie do końca wiadomo co jest rzeczywistością, a co halucynacją bohatera. Pozdrawiam

Mastiff

Udane opowiadanie, aczkolwiek nie bezbłędne. Kilka niezręcznych zdań, kilka niepotrzebnych, a i jakieś literówki by się znalazły np. "tą sprawę", chociaż tu pochodzi to z dialogu, a więc jako mowa potoczna przejdzie, a nawet brzmi wiarygodniej. Historia pewnej schizofrenii, ale z niedomówieniem, aby pozostawić nutkę niepokoju. Fajne fajne. Pozdrawiam.

Nie wiem, co za czort mnie podkusił, ale zabrałam się za czytanie przy śniadaniu...no coż, szybko straciłam apetyt:)

Zgadzam się z przedmówcami, opowiadanie bardzo sugestywne. Pierwszy raz od dłuższego czasu bałam się, czytając cokolwiek. Ciekawe studium przypadku.
Zakończenie całkiem zręczne.  

Interesujące opowiadanie. Bardzo obrazowo i przekonująco napisane. A pijawki są ponoć wykorzystywane w leczeniu histerii, nerwicy i depresji.. więc coś w tym jest.

Przyznam szczerze, że nie sądziłem aby fantastyka osadzona w realiach współczesnych była w stanie mnie zainteresować. A jednak. Tekst niesamowity chociaż zakończeniowa mowa sędziego i tego drugiego osobnika (śledczego jak mniemam) była ciutkę poniżej poziomu całego tekstu. Tak czy inaczej, praca pierwsza klasa, z pewnością polece znajomym.

Umysł jest w stanie podsunąć różne obrazy i urojenia schizofrenikowi. Ale, żeby od razu pijawkopodobne istoty omamiły prawie wszystkich? Aż strach zejść do piwnicy.

Hmmm. Mnie nie przestraszyło, ani apetytu nie odebrało. Ale w moim przypadku trudno osiągnąć taki rezultat. Jest jakiś pomysł, tylko końcówka trochę mnie rozczarowała brakiem fantastyki.

Babska logika rządzi!

Opowiadanie zaciekawiło, bo chłopak z pijawką na karku nie jest zjawiskiem codziennym, jednak potem namnożyło się tak wiele podobnych przypadków, że oczekiwałam jakiegoś choćby w miarę sensownego wytłumaczenie. A tu okazuje się, że wariat, że morderca…

No cóż, opowiadanie mnie rozczarowało i pozostawiło spory niedosyt, tym bardziej, że nie dostrzegłam fantastyki. :(

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka