- Opowiadanie: AubreyBeardsley - Jednorożec - model F/1275/CG65/2

Jednorożec - model F/1275/CG65/2

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Jednorożec - model F/1275/CG65/2

Brian jechał środkiem jednej z głównych ulic miasta na grzbiecie jednorożca i czuł się jak idiota. Nic zresztą dziwnego, w końcu wszyscy mijający go ludzie tak właśnie na niego patrzyli. Jakby był idiotą. Żeby jeszcze jego wierzchowiec wyglądał jakoś znośnie, może nie musiałby się wstydzić. Przynajmniej nie aż tak. Niestety, jak na ironię, jednorożec był brunatnoczarny, brudny, miał zdecydowanie za długie uszy, ewidentnie krowi ogon i na kilometr śmierdział dawno nieczyszczonym koniem. Poza tym toczył po okolicy debilnie zadowolonym spojrzeniem szaleńca. No i był jednorożcem, a jak wszyscy wiedzą jednorożce nie istnieją.

Brian najchętniej wytłumaczyłby wszystkim gapiącym się na niego w tym momencie ludziom, że wcale nie zna tego czegoś, siedzi na jego grzbiecie przez przypadek, i w ogóle to nie jego wina. Ale jakoś nie miał okazji.

Jednorożec przyspieszył, z zapałem człapiąc po asfalcie niepodkutymi kopytami. Gdy zaczął wymuszać pierwszeństwo na skrzyżowaniu, najwyraźniej mając w głębokim poważaniu kolor świateł, kierowca wielkiego czarnego Audi nieopatrznie na niego natrąbił. Oburzony tym faktem jednorożec zatrzymał się, wbił lekko zezowaty wzrok w kierowcę, po czym z premedytacją obsmarkał lśniącą czystością przednią szybę nowiutkiego auta. Brian udał, że tego nie widział i że nie ma z całym zajściem nic wspólnego. Bo niby co innego miał zrobić? Jednorożec podreptał dalej, zostawiając za sobą czarny samochód oraz kierowcę, którego mina z każdą chwilą stawała się bardziej niewyraźna. Trudno się zresztą dziwić. Cierpiętnicze zgrzytanie wycieraczek niosło się za nimi aż do następnego skrzyżowania.

 

Warto by w tym miejscu zapytać, jak doszło do tego, że Brian, zdecydowanie wbrew swej woli, znalazł się na grzbiecie niedorobionego jednorożca, który istniał, mimo że istnieć nie miał prawa. Zapytajmy więc. Jak do tego doszło? Doszło do tego za sprawą umowy. Na dodatek umowy podpisanej przez Briana. Było to dość dziwne, jako że Brian nie przypominał sobie, by cokolwiek podobnego kiedykolwiek podpisywał.

Tego nieszczęsnego dnia zupełnie znienacka o świcie ktoś zadzwonił do drzwi jego domu. Brian, mocno jeszcze nieprzytomny, wyszedł na werandę i ujrzał przed sobą uśmiechniętego młodego człowieka w garniturze. Młody człowiek przywitał się grzecznie, po czym wręczył Brianowi poważnie wyglądający dokument. W dokumencie stało jak byk, i to byk duży, acz zdecydowany: „Ja, podpisany niżej, zobowiązuję się dostarczyć powierzony mi towar pod wskazany taki a taki adres, tego a tego dnia". Nieco niżej widniała ładna, czytelna mapka dojazdu do miejsca docelowego. I brianowy podpis. Zanim Brian zdążył zaoponować, że to nijak jego podpis być nie może, bo przecież on niczego takiego nie podpisywał, młodzieniec przezornie znikł.

A Brian został na werandce sam, zaspany, w powyciąganej piżamie, z umową niewiadomego pochodzenia w dłoni. Zanim zdążył przemyśleć sprawę, a przynajmniej zacząć ją przemyśliwać, przed jego domem zatrzymała się ciężarówka. Z paki do ogródka Briana zjechała spora skrzynia z wielkim napisem „Tu góra" i strzałką w górę oraz licznymi otworami. A w skrzyni coś tupało. Łomotało. Charczało. Ciężarówka czym prędzej odjechała.

Brian stał przez chwilę zdumiony, potem zaś odwrócił się i wszedł do domu, trzaskając za sobą drzwiami.

Postanowił udawać, że to nie w jego ogródku stoi jakiś dziwaczny, niemożliwie hałaśliwy kontener i w ogóle, że to nie o niego chodzi. Przebrał się, zrobił sobie kawę.

– Ciszej tam, do jasnej cholery! – rozległo się od strony sąsiada, który chyba nie był zachwycony tym, że Brian sprawił sobie coś tak głośnego w ogrodzie i to o takiej godzinie. Brian powoli rozmieszał w kawie cukier. Nie lubił tego sąsiada, stary, nudny dziadyga, śmierdzi kulkami na mole i za dużą ilością kotów.

– Ucisz pan to gówno! – rozległo się od strony drugich sąsiadów. Brian upił łyk kawy. Tych też nie lubił, nadęte, nowobogackie małpy.

– Zaraz zadzwonię po policję! – rozległo się niewiadomoskąd. Brian przyjął do wiadomości ten argument i postanowił jednak działać. Sąsiedzi sąsiadami, ale pewnych ostrzeżeń się nie lekceważy.

Wyszedł z domu i ostrożnie podszedł do skrzyni, w której zapadła cisza pełna oczekiwania. Brian nie bardzo wiedział, co ma dalej robić, zaczął więc obchodzić kontener dookoła. I najwyraźniej słusznie uczynił, gdyż do jednej z drewnianych ścian, zaopatrzonych w zasuwkę i zawiasy – więc chyba robiącej za drzwi – ktoś życzliwy pinezką przyczepił niewielkiego formatu broszurkę zatytułowaną Instrukcja obsługi. Brian, bardzo zadowolony z własnej przezorności, która kazała mu okrążać skrzynię, otworzył książeczkę na pierwszej stronie.

„Jednorożec – model F/1275/CG65/2. Dodatkowe wspomaganie przyśpieszeniowe, udoskonalone mięśnie podtrzymujące siedzenie, oświetlenie przeciwmgielne. System sterowania głosem zakodowany psychologicznie".

Mocno zdezorientowany Brian wlepił przerażone spojrzenie w skrzynię. Że niby co tam jest?! Z obawą przytknął oko do jednego z otworów w deskach, najprawdopodobniej mających zapewniać siedzącemu w środku czemuś dopływ powietrza. I spojrzał wprost w przekrwione ślepię jednorożca. Brian odskoczył, uszczypnął się, uszczypnął się po raz drugi, potem zajrzał do skrzyni znowu, ale jednorożec wciąż tam był.

– Jakiem cudem nie pamiętam chwili, kiedy obiecałem dostarczyć gdzieś jednorożca, który, nawiasem mówiąc, nie powinien istnieć?! – pytał sam siebie, ale żaden głos wewnętrzny nie uznał za słuszne pośpieszyć mu z odpowiedzią. – Czy ja zwariowałem? – dodał po chwili, ale w jego głowie nadal nikt nie raczył się odezwać, więc zrezygnował z zadawania dalszych bezsensownych pytań.

Wyjścia z sytuacji były dwa. Mógł zadzwonić na policję i zobaczyć, co się stanie. Ale wtedy istniała szansa, że po pierwsze uznają go za wariata, po drugie uznają go za naćpanego, po trzecie wsadzą za nielegalne trzymanie zwierząt chronionych, bo jednorożec, jako przedstawiciel nieistniejącego gatunku, niewątpliwie byłby chroniony, gdyby komukolwiek przyszło do głowy umieścić go na liście zwierząt chronionych. Wyjście drugie oznaczało natomiast jak najszybsze przebrnięcie przez instrukcję, dostarczenie jednorożca, gdzie trzeba, i zapomnienie o sprawie, o ile to możliwe.

Chociaż najwyraźniej Brian miał wprawę w zapominaniu o rzeczach dość istotnych. Skoro na przykład zapomniał, że podpisał umowę dotyczącą jednorożca. Który nie ma prawa istnieć.

Chcąc nie chcąc, ale zdecydowanie bardziej nie chcąc, przewrócił kolejną stronę instrukcji.

Piętnaście minut później już wiedział, że jednorożec reaguje na polecenia „w prawo", „w lewo", „stój", „rusz", „wolniej", „szybciej" i wiele, bardzo wiele innych, czasem absurdalnych w kontekście jednorożca, na przykład: „udostępnij uchwyt na kubek z kawą". Obsługa zwierzęcia nie wydawała się zbyt skomplikowana. Briana przerażało jedno. Wszystko wskazywało na to, że, żeby dostarczyć jednorożca pod wskazany adres, będzie musiał na niego wsiąść, bo ten akurat model nie ma jeszcze wbudowanej opcji prowadzenia w ręku.

Brian nerwowo przełknął ślinę. Zanim dotarło do niego, co robi, i że robienie tego może nie być zbyt mądre, odsunął zasuwkę i otworzył drzwi skrzyni. Ze skrzyniowego półmroku wysunął się brunatny, podśmierdujący zaniedbanym koniem jednorożec i zmierzył Briana głupawym spojrzeniem. Brian stwierdził, że jednorożec ewidentnie ma zeza. A chwilę później pomyślał, że zez zezem, ale właśnie ma przed sobą jednorożca i to w sumie powinien być jego jedyny problem w tym momencie.

Tymczasem jednorożec, nie widząc nic niestosownego w fakcie, że jest jednorożcem, wylazł ze skrzyni, stanął na trawniku i wyraźnie czekał na polecenia.

Brian wahał się dość długo, zresztą byłby się wahał jeszcze drugie tyle, gdyby nie fakt, że dochodziła siódma, a na ulicy przed domem Briana zaczęli pojawiać się zmierzający do pracy ludzie, patrzący na Briana i jednorożca dość badawczo. Brian nie miał wyjścia. Zdawał sobie sprawę, że prędzej czy później ktoś zorientuje się, że to nie zwykły koń stoi u niego na trawniku, a wtedy rzeczywiście pojawi się u niego policja.

Szybko zajrzał do instrukcji.

– Start – powiedział niepewnie. Jednorożec uklęknął, by Brian bez problemu mógł na niego wsiąść. Brian wsiadł. Jednorożec wstał. Z jego grzbietem stało się coś dziwnego, mięśnie drżały przez chwilę, a potem ułożyły się w taki sposób, że Brian, ku własnemu zdumieniu musiał przyznać, że jest mu wygodnie, mimo że nigdy w życiu nie siedział na koniu i pojęcie o jeździe konnej miał raczej mętne. W każdym razie jak dotąd wszelkie odmiany hippiki kojarzyły mu się raczej z bolącym siedzeniem, tu zaś nic podobnego się nie zapowiadało.

– Rusz – powiedział wreszcie, a jednorożec posłusznie potruchtał ulicą.

 

I w ten oto sposób powróciliśmy do punktu wyjścia.

 

Brian starał się jechać opłotkami, żeby nie rzucać się specjalnie w oczy zwykłym obywatelom, którzy z dość oczywistych przyczyn mogli nie być przyzwyczajeni do widoku jednorożca o poranku, zresztą – nie tylko o poranku. Nie zawsze było to jednak możliwe. Brian przemykał więc między samochodami, usiłując jak najprędzej wydostać się z miasta, byle tylko dojechać do podmiejskiego lasku, gdzie miał jednorożca zostawić. Z błogością rozmyślał, jak to potem wróci do domu choćby piechotą, pójdzie spać, a kiedy się obudzi, wszystko uzna za zły sen, na pytania sąsiadów zdziwiony wzruszy ramionami i razem z nimi będzie się zastanawiać, co to za kretyn jeździł dzisiaj po mieście na niedorobionym koniu, bo w Wiadomościach mówili, no, rzeczywiście, dziwne. O tak. Jeszcze tylko jakieś pół godziny…

Musiał mimo wszystko przyznać, że jazda na jednorożcu, choć brzydkim i śmierdzącym, była względnie przyjemna. Nie trzepało, nie kolebało, nie obijało. Zupełnie, jakby jednorożec miał amortyzatory w kopytach. I jeszcze te, no… „udoskonalone mięśnie podtrzymujące siedzenie", cokolwiek by to miało znaczyć, ale chyba działały, bo Brian siedział jak w fotelu.

Kiedy minął wreszcie najbardziej zatłoczone rejony miasta, odetchnął z ulgą i stwierdził, że przejażdżka jest całkiem przyjemna. Kusiło go jeszcze tylko, by sprawdzić, co znaczy „dodatkowe wspomaganie przyśpieszeniowe". Wjechał w jakąś w miarę pustą uliczkę.

– Szybciej – powiedział, czując dreszczyk emocji, zupełnie jakby dodawał gazu w Ferrari, którego nigdy nie miał. A nawet jakby miał, to z całą pewnością ładniej by pachniało. Ale nieważne. W każdym razie jakąś tam adrenalinę poczuł. Jednorożec zaczął biec wyciągniętym kłusem. Brianem zaczęło przyjemnie kołysać.

– Szybciej – stwierdził znowu i powtarzał to słowo, aż świat dookoła zamienił się w jednolitą, rozmazaną smugę. Wiatr wycisnął Brianowi z oczu łzy. Jednorożec bez najmniejszego wysiłku osiągnął prędkość bardzo, ale to bardzo wielu kilometrów na godzinę. Jego nogi przecinały powietrze z nieprawdopodobną szybkością, prawie nie dotykając ziemi. Brian przez ułamek sekundy zastanowił się, czy aby jednorożec nie jest jakąś szalenie skomplikowaną maszyną. Ale wtedy raczej pachniałby olejem, albo metalem, albo czymkolwiek innym, tylko nie koniem. Zaraz jednak ta myśl zniknęła z jego głowy, wywiana przez pęd powietrza, zwłaszcza że tuż przed nim zupełnie znienacka wyrósł wysoki parkan.

– Stój! – wydarł się Brian odruchowo. Jednorożec zarył kopytami w asfalt i zatrzymał się w miejscu. Brian z impetem wyrżnął nosem w puszystą, gęstą grzywę. No, zupełnie jak poduszka powietrzna, pomyślał, dysząc ciężko, całkiem zadowolony z siebie.

Dopiero kilka sekund później dotarło do niego, że za jego plecami rozlega się dość charakterystyczne i zdecydowanie natarczywe wycie. A później jego podświadomość podsunęła mu obraz. Obraz mijanego w zawrotnym tempie radiowozu na drodze osiedlowej w terenie zabudowanym.

– Szlag by to, jeszcze mandat dostanę za przekroczenie prędkości na nieswoim, nieistniejącym jednorożcu – mruknął, mając wrażenie, że brzmi to nieco absurdalnie. – To przez ciebie, śmierdzielu. – poinformował jednorożca. Jednorożec się nie przejął, wyglądał za to na wybitnie zadowolonego z siebie.

I wtedy Brian postanowił uczynić coś, czego jeszcze nigdy w życiu nie czynił, głównie dlatego, że jakoś nie miał jak dotąd odpowiedniej po temu okazji. Mianowicie postanowił umknąć przed wymiarem sprawiedliwości. Wyjął z kieszeni instrukcję, szybko przejrzał najpotrzebniejsze opcje jednorożca, krzyknął „Geronimo!", żeby było dramatyczniej, a potem truchtem oddalił się w kierunku znajdującej się już niedaleko drogi wylotowej. Policyjna syrena uparcie wyła za jego plecami i była coraz bliżej.

Brian wyjechał spomiędzy domów na otwartą przestrzeń i przyspieszył. Radiowóz najwyraźniej przyspieszył również. Jak na filmach, och, jak na filmach, tylko ani on nie jest Bondem, ani jego… eee… pojazd nie ma iluśtamset koni mechanicznych. Ma za to jednego jednorożca, niemechanicznego i brzydkiego. Brian rozpędził swego rumaka i zaczął lawirować między jadącymi drogą samochodami. Fajnie. Jak w wesołym miasteczku. Na wszelki wypadek chwycił się grzywy. Radiowóz uparcie podążał za nim. Brian wyobraził sobie miny policjantów i nie mógł się nie zaśmiać.

Znów zastanowił się, jak to możliwe, żeby jednorożec osiągał takie prędkości. Chyba nie jest maszyną. Magiczny jakoś specjalnie też się nie wydawał. Zresztą – w ogóle niespecjalnie przypominał te białe, legendarne stworzenia z dziewicą w pakiecie. Więc: co tu jest grane…? Zaraz jednak przestał się zastanawiać, jako że radiowóz prawie go dogonił. Brian się obejrzał i zobaczył ociekające zdumieniem twarze dwóch policjantów. Jak rasowy kierowca, którym, zresztą nie był z racji tego, że nigdy nawet nie posiadał własnego samochodu, pokazał im środkowy palec i kazał jednorożcowi przyśpieszyć. Jednorożec przyśpieszył. Świat znów się rozmazał. Chyba w pewnym momencie wjechali do jakiegoś tunelu, bo na kilka sekund zapadła ciemność, a róg jednorożca natychmiast rozjarzył się jasnym światłem. O, oświetlenie, ucieszył się Brian, zaraz potem jednak wszystko wróciło do normy.

Droga była względnie prosta, samochodów mało, właściwie wyjechał już z miasta, dookoła pola, domy rozrzucone coraz rzadziej, nie trzeba było specjalnie się wysilać, tylko ten przeklęty radiowóz. Brian w pełnym galopie skręcił w jakąś boczną drogę, trochę nim zarzuciło na bok, ale nie spadł. Zaczynał wierzyć w swoje wrodzone umiejętności jeździeckie. Wrodzone, bo nabytych raczej nie posiadał. Ale podobno jego pradziadek był w kawalerii, więc może, może… Pod kopytami zachrzęścił kiepski asfalt, a radiowóz z tyłu wyraźnie zwolnił. Brian również zwolnił.

Już rozważał, czy nie zacząć tryumfować, kiedy nagle drogę zagrodził mu drugi radiowóz. Tamci dwaj z tyłu widać wezwali posiłki. Brian znalazł się między młotem a kowadłem. Zatrzymał trochę już zmęczonego jednorożca na środku drogi i hardo spojrzał na zagradzający mu drogę samochód. Wysiedli z niego dwaj policjanci. Młodszy, który najwidoczniej oglądał te same filmy, co Brian, wyjął z kabury pistolet i machnął nim bez przekonania. Drugi policjant spojrzał na niego jak na kretyna. Młodszy, zawstydzony, schował pistolet i udawał, że wcale go nie wyjmował. Za jednorożcem zatrzymał się drugi radiowóz. Brian poczuł się osaczony. Tak, był między młotem a kowadłem. Ale to oznaczało, że tylko dwie strony ma obstawione.

– Pocałujta mnie w dupę, panowie – rzekł wesoło i pognał jednorożca na przełaj przez pola, zostawiając policjantów na drodze. Policjanci przez chwilę stali bez ruchu, a potem, w milczącej zgodzie, oznaczającej: „nic nie widzieliśmy, przecież jednorożce nie istnieją", wsiedli do radiowozów i odjechali.

A Brian bardzo dumny z siebie kazał jednorożcowi zwolnić, po czym skierował go w kierunku miejsca oznaczonego na mapce pod umową. Właśnie wykiwał policjantów, umknął wymiarowi sprawiedliwości, wykazał się sprytem i, co najlepsze, ujdzie mu to na sucho, bo w końcu nikt nie spisał jego tablic rejestracyjnych, jako że ich nie posiadał. Ha.

 

Kilkanaście minut później dojechał do podmiejskiego lasku. Według mapy gdzieś tu powinno znajdować się miejsce, gdzie Brian raz na zawsze – taką przynajmniej miał nadzieję – pozbędzie się jednorożca. Jakoś nigdy nie obiło mu się o uszy, żeby w lasku było coś oprócz drzew, krzewów, całej masy komarów i jakiejś tam drobnej leśnej zwierzyny, ale skoro na mapce było, że to tu, to dlaczego miało nie być tu. Jednorożec wkroczył dumnie na błotnistą ścieżkę, która biegła środkiem lasu, i pobiegł wraz z nią leniwym truchtem. Wreszcie ścieżka przestała biec, zatrzymała się za to przed starą, zardzewiałą bramą zaopatrzoną w całkiem nowoczesny domofon. Brian, mocno zdziwiony, ponieważ bywając w lasku wcześniej, nigdy się na bramę nie natknął, ale może po prostu nigdy jej nie szukał, zsiadł z jednorożca, przeciągnął się i nacisnął wielki, czerwony guzik domofonu. Rozległo się ciche brzęczenie. A potem zapadła cisza. Brian już miał się zdenerwować, kiedy nagle, zupełnie bez ostrzeżenia ziemia pod nim zaczęła się zapadać. Już po chwili on i jednorożec, który zupełnie niezmieszany nadal w sposób niezwykle optymistyczny zezował na świat, zjechali na prostokątnej platformie do nowoczesnego i jasno oświetlonego podziemnego korytarza.

Brian dopiero po chwili zorientował się, że jakiś czas temu wstrzymał oddech i jeżeli zaraz nie zacznie znów oddychać, zaraz padnie z niedotlenienia. Powietrze w korytarzu pachniało trochę laboratoryjnie.

– Wreszcie! – zawołał ktoś za plecami Briana. Brian podskoczył i odwrócił się na pięcie. Przed nim stał starszy pan w białym kitlu.

– Już myślałem, że miał pan jakąś awarię i trzeba będzie pana zgarnąć z drogi, ale jak nie, to w porządku. – mówił dalej starszy pan. – Szef na pana czeka, proszę iść.

Brian patrzył na niego wielkimi oczami, aż w końcu nie wytrzymał.

– Gdzie ja jestem? – zapytał grzecznie. – Co ja tu robię? Kim pan jest? Jaki szef? Co to w ogóle ma znaczyć? Co to za umowa? Czemu dostarczyliście mi jednorożca? Czemu ten jednorożec w ogóle istnieje, skoro jednorożce nie istnieją?

Starszy pan w kitlu spojrzał na Briana z powątpiewaniem. Wreszcie uśmiechnął się niepewnie i odparł:

– Pan żartuje, no nie? Ha, ha. Tak, zabawne. Proszę iść do gabinetu szefa, wie pan przecież, piętro niżej, czwarte drzwi na lewo. Ha, ha, świetny żart – dodał jeszcze bez przekonania i odszedł, poganiając przed sobą jednorożca. Jednorożec rzucił Brianowi radosne spojrzenie na pożegnanie. Brianowi zrobiło się prawie przykro. Może i nie powinien istnieć, może śmierdzi, ale w sumie porządny zwierzak.

Teraz jednak najważniejsze było, by wyjaśnić całą sytuację, która zaczynała Briana porządnie denerwować. Ostatnia nadzieja w tym, że ten szef – teoretycznie wychodziło na to, że jego szef, co za niespodzianka, doprawdy – nareszcie wszystko mu wyjaśni. Brian ruszył przed siebie korytarzem, dotarł do schodów, zszedł piętro niżej, i znalazł czwarte drzwi na lewo, opatrzone tabliczką „M. C. Cronwell".

Brian zapukał, usłyszał gromkie „wejść", toteż wszedł. W obszernym gabinecie, za dębowym biurkiem siedział mężczyzna w średnim wieku, ubrany w elegancki garnitur i czytał jakiś dokument z wielkim napisem „ściśle tajne".

– Co tak długo? – mruknął do Briana na powitanie. W tym momencie Brian nie zdzierżył.

– Czy ktoś może mi wreszcie powiedzieć, co ja tu robię?! – rozdarł się rozpaczliwie, targany niejasnym przeczuciem, że wszyscy wszystko wiedzą, tylko on nie wie nic. – Co to za miejsce? I o co w tym wszystkim, do jasnej cholery, chodzi?!

M. C. Cronwell wyglądał na zmieszanego. Odłożył ściśle tajny dokument i wstał.

– Jak to: „o co chodzi"? Przecież pan tu pracuje. – powiedział. – I to od dwóch lat.

– Nic takiego sobie nie przypominam – wydyszał wściekle Brian, gotów pobić każdego, kto będzie się z nim w tej kwestii spierał.

M. C. Cronwell przez chwilę patrzył na niego skonsternowany.

– Szlag – stwierdził w końcu. – Techniczni z działu wymazywania pamięci chyba trochę przegięli. – wyglądał na zmartwionego – Może po kolei… No więc jest pan naszym pracownikiem. Naszym – czyli Krajowego Instytutu Biogenetyki Ekologiczno-Lokomocyjnej. W Instytucie najlepsi bioekogenetycy intensywnie pracują nad tym, żeby wyprodukować jak najbardziej ekologiczny i komfortowy środek transportu. Wszyscy wiemy, że najbardziej ekologiczne jest to, co żywe, więc nie opracowujemy maszyn, tylko metodą eksperymentów genetycznych próbujemy stworzyć zwierzęta, które zastąpią kiedyś samochody i zapewnią ludziom taki sam, czy przynajmniej podobny, poziom wygody podróżowania. Proszę tak na mnie nie patrzeć, to szalenie poważny projekt rządowy. Pan pracuje na stanowisku testera, czyli codziennie rano otrzymuje pan jakiś prototyp i musi przy jego pomocy dojechać do Instytutu, po drodze dokładnie testując jego wszystkie możliwości. Potem wypełnia pan formularz raportowy, a my wymazujemy panu kawałek pamięci, ten dotyczący prototypu, który właśnie pan testował, bo projekt jest absolutnie tajny. Zgodził się pan na to. Zresztą za to panu płacimy, że tak skromnie powiem, niemało. Chłopaki najwyraźniej ostatnio ustawili za duży zakres wymazywania … – mężczyzna zaśmiał się prawie szczerze – Na szczęście wszystko dobrze się skończyło, zaraz przywrócimy panu te wspomnienia, których nie powinniśmy byli usuwać, od razu panu ciśnienie spadnie, że się tak wyrażę… Tak, uprzedzę pana pytanie, może się pan ubiegać o odszkodowanie, państwo za to zapłaci, hehe… Ale najpierw…

M. C. Cronwell podsunął Brianowi pod nos formularz raportowy. Brian bez przekonania spojrzał na papier: „Poziom komfortu w skali 1-100", „Poziom satysfakcji w skali 1-100", „Ocena przyspieszenia", „Ocena funkcji dodatkowych", etc., etc. przez następne dwadzieścia stron. Postanowił się poddać.

– Gdzie mogę wpisać, że prototyp śmierdzi i jest brzydki? – spytał zrezygnowany, kartkując formularz.

– Na końcu, w dziale „Uwagi ogólne" – poinformował go M. C. Cronwell. Wyraźnie ulżyło mu, że Brian przestał się awanturować. – Ale to na razie nieistotne, nad karoserią… Znaczy: stroną estetyczną, będziemy myśleć dopiero po opracowaniu ostatecznych modeli, teraz to i tak tylko wersje robocze.

Brian grzecznie zabrał się do wypełniania raportu. Pół godziny później oddał, co miał oddać, i ruszył do punktu mnemonicznego, gdzie mieli mu zwrócić bezprawnie zabrany kawałek pamięci i zabrać następny.

– Co zrobicie ze śmierdzielem? – zapytał jeszcze na odchodnym.

M. C. Cronwell wyszczerzył zęby w uprzejmym uśmiechu.

– Zostanie zutylizowany.

Brian zamknął za sobą drzwi.

 

***

 

Godzinę później Brian wysiadł z instytutowego samochodu, podziękował grzecznie szoferowi i zmęczony jak nigdy w życiu wszedł wreszcie do domu. Technicy przywrócili mu odpowiednie fragmenty pamięci. Dzięki temu przypomniał sobie, o jak wielu rzeczach przez tych partaczy zapomniał. Na przykład o wczorajszych imieninach ciotki Letycji. Powinien był do niej wieczorem zadzwonić. Wczoraj. A nie zadzwonił, bo banda idiotów z niewiadomych przyczyn wymazała mu tę informację z pamięci (tak to sobie przynajmniej Brian tłumaczył). Nie, żeby odczuwał naglącą potrzebę składania życzeń ciotce, to raczej ciotka odczuwała potrzebę, by składać jej życzenia. Jeśli ktoś z rodziny śmiał o tym zapomnieć, ciotka się obrażała. A obrażona ciotka groziła śmiercią lub kalectwem na każdym spotkaniu ogólnorodzinnym przez najbliższe dziesięć lat. Z drugiej strony – Brian przypomniał sobie również, ile wynosi jego pensja. Co dość skutecznie poprawiło mu humor, mimo wiszącej nad nim jak katowski topór wizji wściekłej ciotki.

Już po chwili, nadal rozmyślając nad kwestią honorarium i dopiero co powstałych problemów rodzinnych , usiadł z ulgą w salonie ze szklanką herbaty w dłoni. Poczuł się niemal dobrze. W pewnej chwili jego beztroski nastrój został jednak zakłócony, ponieważ Brian poczuł znienacka nagłe ukłucie. Jakby ktoś wbił w niego wzrok, i to wzrok wyczekujący. Brian wstał z fotela i podszedł do otwartego na ogród okna.

– Odwal się – powiedział do przywiązanego do jabłonki parchatego i nieładnie pachnącego jednorożca, toczącego po okolicy błędnym, ale niesamowicie radosnym spojrzeniem. – Bo zmienię zdanie i powiem, żeby jednak w ramach odszkodowania dali mi te trzy tysiące. Wiesz, ile dokumentów o ścisłej tajności musiałem dla ciebie podpisać ?! A poza tym zaraz wyjdę i sprawdzimy, o co chodzi z tym uchwytem na kubek z kawą.

Jednorożec nadal gapił się na niego bardzo zadowolony z siebie.

 

Koniec

Komentarze

Bardzo fajne opko relaksacyjne. Styl, tak jak w poprzednich, jest bardzo w moim guście i, co najważniejsze, wydaje mi się, że jest niewymuszenie zabawny. Nie dostrzegłem też jakichś rażących błędów. Pomysł...cóż, nie jest to żadna liga mistrzów, ale taka prosta, wesoła przygoda z jednorożcem jakoś bardziej mi się spodobała, niż np. fabuła z Kosmikomiki. Jako niezobowiązująca komedyjka tekst jest bardzo sympatyczny. W dodatku ten jednorożec jest, nie wiem w sumie dlaczego, strasznie sympatycznym bydlęciem;)

No i wpadłem w straszne śmiechowe spazmy przez ten "uchwyt na kawę" :)

Mam tylko drobną sugestię - dowcip ze skrótem nazwy instytutu jest chyba jednak troszeczkę zbyt prostacki. Gryzie mi się z resztą humoru, który jest lekki, ale nie durnowaty.

PS. Czy inspiracją jakowąś był może Robot Unicorn Attack? Nie wiem czemu, ale jakoś to skojarzenie latało mi po głowie w czasie lektury.

Dzięki :) dla mnie pisanie tego opowiadania też miało być relaksem :D pewnie masz rację z tym skrótem, nazwy instytutu nie zmienię, ale może jednak trochę lepiej ten dowcip ukryję...
ja też lubię tego jednorożca :)
PS. Nie znałam tej gry wcześniej, ale hahaha jest świetna xD już wiem, co będę robić w długie, wiosenne wieczory :P

it's time for war, it's time for blood, it's time for TEA

Wszyscy wiemy, żenajbardziej ekologiczne jest to(...) -  spacja

Zabawny tekst, podobał mi się. Nie rozumiem, dlaczego bohater nie polubił jednorożca, przecież sympatyczny zwierz:). Pozdrawiam

Mastiff

dzięki, Bohdan :) poprawione.
chyba jednak go trochę polubił, skoro dla jednorożca wszystko skończyło się całkiem dobrze :P

it's time for war, it's time for blood, it's time for TEA

Świetny tekst, usmiałem się przy nim nieziemsko. Oby więcej takich.

Zaufaj Allahowi, ale przywiąż swojego wielbłąda.

dziękuję :D

it's time for war, it's time for blood, it's time for TEA

Miłe, lekkie, przyjemne, czyta się gładko :)

W pełni spełnia swoją relaksującą funkcję.

"udoskonalone mięśnie podtrzymujące siedzenie" - dobre, przydałoby się coś takiego u koni (albo chociaż żeby siodła były wygodne...) I uchwyt na wiśniów... kawę ;P I przednie światła :) Chyba tylko radia zabrakło ;)

Genetycznie zmodyfikowany jednorożec nie pasuje mi jedynie do działalności instytutu mającego w nazwie ekologię, ze względu na szanowanie praw zwierząt, istot żywych, ingerencja w geny dla zaspokojenia potrzeb człowieka kłóci się z szeroko rozumianą ekologią. Ale przecież nie jest to poważna rozprawa, tylko przeciwnie, opowiadanie napisane z humorem, lekkie, wciągające i ujmujące przez tego zwierza uroczego.

Cudne! Takie trochę w stylu Gaimana a trochę braci Strugackich. Miałbyś duże szanse na druk w SFFiH (bo w NF to chyba raczej nie...).

Dziękuję Wam za komentarze :)
Achika - nawet nie wiesz, jak mi podniosłaś samoocenę :D a Strugackich absolutnie uwielbiam, zwłaszcza Poniedziałek zaczyna się w sobotę... :D

it's time for war, it's time for blood, it's time for TEA

krzyknął „Geronimo!", żeby było dramatyczniej
I tu udało Ci się mnie rozwalić :D Niektóre teksty chyba zapiszę sobie w pamiętniczku :D Rewelacyjne opowiadanie :) W ogóle rzadko raczej piórka dostają teksty humorystyczne (wyjątek oczywiście stanowiła kosmikomika, ciekawe dlaczego :P), moim zdaniem wcale nie dlatego, że są gorsze niż super-hiper-głęboko-psychologiczno-metafizyczne opowiadania dotykające problemów jaźni, tylko dlatego że - bez urazy dla wszystkich miłośników jaźni :P - napisać dobre opowiadanie humorystyczne jest niezwykle trudno, trudniejszą rzeczą niż rozbawienie czytelnika jest chyba tylko jego przestraszenie. A jednak niektórym przychodzi to lekko - jak oni to robią? Jak Ty to robisz? Podsumowując - super tekst :) Pozdrawiam i gratuluję.

dzięki, Dreammy :) aż nie wiem, co powiedzieć. Jak zobaczyłam wczoraj wyróżnienie, spadłam z krzesła :P ja nie wiem, jak ja to robię, samo się. Za to chyba nie potrafiłabym napisać tekstu tak całkiem na serio, więc z opowiadania o jaźni nici xD jeszcze raz bardzo, bardzo dziękuję ;)

it's time for war, it's time for blood, it's time for TEA

Ciekawe opowiadanie z pomysłem. Tuningowany jednorożec to unikatowy egzemplarz dla kolekcjonerów.

Sympatyczny tekst, miły zwierzak. Instytut z ekologią w nazwie tak po prostu utylizował pojazdy? Straszne… Cieszę się, że skończyło się, jak się skończyło. :-)

Babska logika rządzi!

Opowiadanie tyleż zabawne, co absurdalne, chyba dość charakterystyczne dla Autorki. Przeczytałam bez przykrości, ale zaprezentowany humor nieszczególnie mnie rozbawił.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Fajne, podobało mi się :)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka