- Opowiadanie: Dreammy - Boscy szaleńcy cz. I

Boscy szaleńcy cz. I

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Boscy szaleńcy cz. I

Akcje kolei lyońskiej idą w górę – mówili gracze i maklerzy zgromadzeni w dusznej sali transakcji finansowych Pałacu Brongniarta. To miał być dobry rok dla Towarzystwa Budowy Lyońskiej Kolei Żelaznej, a pakiet trzydziestu rządowych akcji, które nabył Juliusz, zdaniem jego dobrego znajomego już wkrótce miał zacząć na siebie pracować.

 

Wyszedł z budynku Giełdy Paryskiej i odetchnął z ulgą, kiedy poczuł świeże powietrze. Lipiec 1842 roku był od samego początku chłodny i deszczowy, teraz też lekko kropiło. Juliusz postawił kołnierz koszuli i zapiął modny surdut. W żadnym razie nie zamierzał się przeziębić. Zakręcił w powietrzu laseczką z pozłacaną główką i dziarskim krokiem ruszył na drugą stronę ulicy, zręcznie lawirując między dyliżansami.

Quartier Vivienne była o tej porze dość zatłoczona, ale młody rentier zmierzający w kierunku ulicy Lafitte, do banku Caisse Gouin, lubił chodzić własnymi drogami. Sprytnie omijając kałuże, skręcił w wąską, klaustrofobiczną uliczkę, przy której mieściły się pamiętające Ludwika XIV kamienice. Nie zdawał sobie sprawy, że jeszcze w budynku giełdy śledziły go czyjeś bystre, czarne oczy.

Obejrzał się zaniepokojony, gdy ktoś położył mu rękę na ramieniu.

– Pan Juliusz Słowacki? – spytał smukły, ciemnowłosy młodzieniec w czarnym redingocie z aksamitnym kołnierzem i ciemnym cylindrze nasuniętym na oczy. Obok niego wyrosło nagle dwóch typów o wyglądzie pospolitych opryszków.

– T… tak – odparł poeta po chwili wahania.

– Pan pójdzie z nami – powiedział stanowczo nieznajomy i wtedy zapadła ciemność.

 

– Mam być… informatorem? To znaczy szpiegiem? – Juliusz Słowacki rozmasowywał sobie potylicę, ciągle ogłuszony po solidnym uderzeniu w tył głowy. Obrzucił niepewnym spojrzeniem ciasne wnętrze wilgotnej piwniczki, w której się znajdowali. – Nie bardzo rozumiem. Kogo miałbym szpiegować?

Mężczyzna w czerni pokręcił głową. Przysunął się nieco bliżej do swojego więźnia, który siedział na niezbyt wygodnym krześle po drugiej stronie krzywego, drewnianego stołu. Nie był związany, ale dwóch stojących za nim osiłków skutecznie przypominało, że nie znalazł się tu z własnej woli. Interrogator świecą oświetlił sobie plik kartek i wyjął z kieszeni ebonitowe wieczne pióro.

– Co pan wie o Andrzeju Towiańskim?

Słowacki westchnął ciężko.

– Bo co?

– Bo ja pytam – odparł nieznajomy spokojnie. – A pan odpowiada.

– Chyba nie jestem dobrym informatorem, jeżeli o to chodzi. – poeta wzruszył ramionami. – Nie interesuje mnie ta sprawa. Owszem, Goszczyński, Nabielak, Januszkiewicz i cała reszta tej hałastry namawiali mnie, żebym przystał do tego ich… jak to się nazywa… Koła Sprawy Bożej, ale ja nie mam zamiaru. Jeżeli chce pan znać moje zdanie, monsieur, to po prostu zwykła sekta.

– Tak? A dlaczego?

– Bawią się w jakieś obrzędy, rytuały, chrzty, inicjacje… Zresztą nie wiem zbyt wiele. Proszę spytać Mickiewicza – to nazwisko Słowacki wymówił z wyraźnym obrzydzeniem. – Znając go, wymyśla połowę z tych przedstawień. Jest w swoim żywiole.

– Na razie nie obchodzi mnie Mickiewicz – mężczyzna zanotował coś na kartce papieru. – Co może mi pan opowiedzieć o Towiańskim?

– Nieszkodliwy dziwak. – Słowacki spróbował się podnieść, ale jeden ze stojących za nim opryszków posadził go z powrotem. – Nie rozumiem, po co w ogóle się nim interesujecie, on…

– Andrzej Towiański nie jest dziwakiem – powiedział spokojnie śledczy. Mówił płynnie po polsku, ale miał wyraźny francuski akcent. – Wręcz przeciwnie, sprawia wrażenie, że dobrze wie, czego chce. Owinął sobie wokół palca całą emigrację. Mickiewicz, Goszczyński, Szweycer…

– Błagam! – Słowacki wydął usta pogardliwie. – To akurat nie było trudne. Chorągiewki na wietrze mają więcej zdecydowania od nich. Wystarczy byle podmuch…

– Byle podmuch, panie Słowacki, może łatwo wzniecić pożar – powiedział tajemniczy interrogator lodowatym tonem. – A Towiański jest niebezpieczny. Nieprzewidywalny. I gromadzi wokół siebie coraz więcej zwolenników. Z tego co wiem, bardzo zależy mu na panu.

– Hmm, być może, i co z tego? – prychnął Juliusz nonszalancko, starając się ukryć uczucie swego rodzaju dumy. – Nie zamierzam brać udziału w tym cyrku. Poza tym ten urzędniczyna Mickiewicz działa mi na nerwy.

– Tylko dlatego, że jest lepszym poetą od pana?

Zapadła cisza. Śmiertelnie oburzony Słowacki wielkim haustem nabrał powietrza do ust.

– Co? Jak…? Jak pan śmie? Niby w czym jest lepszy ode mnie? Jeszcze zobaczycie!

Poderwał się z krzesła i znowu potężne łapy strażnika przypomniały mu, że nadal jest więźniem.

– Siadaj pan, Słowacki – mężczyzna w czerni zapalił papierosa. – Siadaj i opowiadaj, jak to się wszystko zaczęło.

– Od Mickiewicza, rzecz jasna – Juliusz na próżno starał się opanować drżenie rąk. – Podobno Towiański cudem uzdrowił jego chorą psychicznie żonę. Osobiście podejrzewam, że ten drań po prostu się nad nią znęca. Ale…

– A potem? – Francuz znowu zanotował coś na kartce.

– Potem we wrześniu zeszłego roku wygłosił kazanie w katedrze Notre Dame. Zdaje się, zapowiedział rychłe nadejście jakiegoś Mesjasza. Księża nie byli zachwyceni, w przeciwieństwie do emigracji.

– Był pan na tej mszy?

Słowacki umilkł na moment i odwrócił wzrok.

– Mickiewicz wysyłał zaproszenia – powiedział po chwili. – Ja nie byłem tam mile widziany. Sam pan rozumie, nie jestem dobrym materiałem na szpiega…

– A ja sądzę, że jest wręcz przeciwnie – mężczyzna w czerni uśmiechnął się szeroko. – Jako jedyny nie uległ pan tej histerii. A teraz niech mnie pan posłucha. Wiem, że niejaki Ludwik Nabielak bardzo nalegał, żeby jutro poszedł pan na spotkanie z Towiańskim. Pójdzie pan na to spotkanie i przystanie do Koła Sprawy Bożej. Czy wszystko jasne?

Poeta parsknął śmiechem.

– Pan raczy żartować, monsieur. Nie wiem, czemu tak przejmujecie się tym fałszywym prorokiem. Nie ma mowy, nie pójdę na żadne spotkanie.

– Otóż myli się pan, Słowacki – powiedział stanowczo mężczyzna. – Pójdzie pan na to spotkanie, ukorzy się przed Mistrzem i resztą, i zda mi w środę rano szczegółowy raport. Będę czekał od dziewiątej na ławce obok pałacu Brongniarta. Zrozumiano?

– A co z tego będę miał? – zaryzykował Juliusz.

Francuz uśmiechnął się lekko.

– Myślałem, że wy, poeci, jesteście bardziej bezinteresowni.

– My, poeci, również musimy jeść.

– Gra pan również na giełdzie, nieprawdaż? To interesujące…

– Bycie wieszczem bardzo w tym pomaga – odparł kąśliwie Słowacki. – Więc jak?

– Zapłatę zobaczy pan po wykonaniu zadania – powiedział oschle mężczyzna w czerni.

– Znakomicie! – poeta klasnął w dłonie. – Mam szpiegować Towiańskiego, narażać dobrą opinię, a może nawet i życie, a na zakończenie wystawi mi pan czek na dziesięć franków bez pokrycia? Nawet nie wiem, kim pan jest. Skąd mam wiedzieć, czy nie mam do czynienia na przykład z carskim agentem? Nie jestem głupi! Dziękuję za taką służbę! Żegnam pana.

Ostentacyjnie wstał i skierował się ku drzwiom. Śledczy stracił cierpliwość. Skinął lekko na jednego z opryszków, który chwycił poetę za rękę, wykręcił mu ją do tyłu i z całej siły uderzył jego głową w stół.

– My się nie rozumiemy, Słowacki – wysyczał młodzieniec, nachylając się nad jęczącym z bólu więźniem. – Ja ci nie daję wyboru. Masz mi meldować o każdym kroku Towiańskiego, o tym co mówi, co robi, z kim się spotyka, co planuje. Albo pracujesz dla mnie, albo zostawię cię tutaj i wrócę po tygodniu. Wiesz, jak to jest, kiedy umiera się z głodu i pragnienia, kiedy nikt nie słyszy twoich krzyków, a żaden bóg nie ma zamiaru wysłuchać twoich modlitw i złorzeczeń?

Zgięty wpół Juliusz Słowacki dokonał szybkiej kalkulacji.

– Powiedz mi chociaż – wydyszał z trudem – dla kogo pracuję?

Prześladowca uśmiechnął się szeroko.

– Mówiąc językiem poezji, panie Słowacki – rzekł z nieodgadnionym wyrazem twarzy – powiedzmy, że dla Ducha.

 

Klub idiotów, myślał poirytowany Słowacki, idąc razem z Ludwikiem Nabielakiem na spotkanie, na które nie miał najmniejszej ochoty. Banda kretynów w czarnych pelerynach, masoneria od siedmiu boleści, wierne pieski fałszywego proroka – klął pod nosem, starając się nadążyć za zaaferowanym towiańczykiem.

Był jeden pożytek z tej awantury – zyskał pretekst, żeby odwołać kolejny nudny spacer po Paryżu z niejaką Eglantyną Pattey, nieznośną, egzaltowaną starą panną. Podczas pobytu w Szwajcarii obiecał nieopatrznie, że pokaże jej wszystkie atrakcje stolicy Francji. Cóż, nie spodziewał się, że kiedykolwiek przyjedzie. Teraz musiał znosić jej nieustanne zachwyty nad każdym mijanym kamieniem oraz powtarzające się co jakiś czas sugestie małżeństwa, na które nie miał najmniejszej ochoty. Z dwojga złego lepsze było chyba przystąpienie do sekty.

Spotkanie odbywało się, a jakże, w domu Mickiewiczów przy Rue d'Amsterdam 1. Drzwi otworzyła Celina z dwumiesięcznym synkiem Oleczkiem na ręku. Promieniała radością, jednak w jej uśmiechu było coś przerażającego. Na widok tej kobiety, którą pamiętał jeszcze jako trzpiotowatego podlotka bez pamięci zakochanego w Adamie, Juliuszowi ścisnęło się serce. Co Mickiewicz takiego zrobił tej biedaczce, że oszalała już po roku małżeństwa? A co takiego zrobił jej Towiański, że zawsze na jego widok cieszyła się jak mały piesek?

– Juliusz Słowacki i brat Ludwik Nabielak! – zaanonsowała ze szczerą radością, na jaką stać tylko osoby chore psychicznie. Poeta niepewnie wszedł do pokoju, spodziewając się kilkudziesięciu osób, było ich jednak ledwie kilkanaście. Wszyscy podnieśli się z krzeseł na jego widok. Znał ich twarze, żałosnych wygnańców, obywateli nieistniejącego kraju, marionetek poruszanych marzeniami, czekających na Mesjasza, który wyrwie ich z marazmu, a cały naród z niewoli. Ludwik zajął miejsce, a jakże, obok pięknej Xawery Deybel, która obserwowała pokój spod półprzymkniętych powiek. Udając nieświadomą swojego wpływu na mężczyzn dookoła, bawiła się niedbale długimi, ciężkimi lokami, otaczającymi jej zgrabną główkę niczym węże na głowie Meduzy. Nauczycielka dzieci Celiny i Adama, dla Mickiewicza była jednak chyba kimś więcej niż zwykłą guwernantką. Po drugiej stronie stołu siedział Michał Szweycer, dagerotypista, pogrążony w rozmowie ze starym, schorowanym Sewerynem Goszczyńskim.

Uwagę poety przyciągnął Eustachy Januszkiewicz, siedzący na ławie i zapatrzony w przestrzeń dziwnym, niewidzącym spojrzeniem. Słowacki stanął przed nim, ale mężczyzna w żaden sposób nie zareagował. Poeta pstryknął mu z palców przed oczami, ale Eustachy nadal wpatrywał się gdzieś daleko, a na jego twarzy powoli wykwitał głupkowaty uśmiech.

– Jest w transie – do Słowackiego podeszła bogato ubrana kobieta, w której domyślił się żony Towiańskiego, Karoliny. – Lepiej mu nie przeszkadzać.

– To mój wydawca – powiedział poeta kąśliwie, starając się ukryć wrażenie, jakie zrobiły na nim głębokie, niemal przezroczyste oczy damy. – Wolałbym, żeby nie wpadał w takie stany, hm, na przykład podczas zapłaty rachunków za książki.

– To twoje książki jeszcze ktoś kupuje? – w drzwiach prowadzących do sąsiedniego pokoju stanął Adam Mickiewicz, obserwując gości swoim przenikliwym spojrzeniem, promieniując władczością i mocą. Jak zawsze na jego widok Słowacki poczuł zarazem irytację i zmieszanie, jakby to spojrzenie zielonych oczu miało moc zrównania go z ziemią. I jak zawsze nie umiał wymyślić absolutnie żadnej celnej riposty. Przełknął ślinę i zrobił krok dalej.

Dopiero wtedy dostrzegł Mistrza. Siedział w głębokim fotelu, przeglądając grubą księgę. Celina zasłoniła okna i zapaliła świece, które jasnymi płomykami oświetliły jego okrągłą, mało charakterystyczną twarz. Gdybym spotkał go gdzieś w tłumie, pewnie nawet nie zwróciłbym na niego uwagi, pomyślał Juliusz, a tu siedzi jak na tronie, a wszyscy podziwiają go i boją się zarazem.

– Witam, bracia. – Towiański wstał i uścisnął rękę gościa. – Cieszę się, Juliuszu, że łuski skrywające twe spojrzenie opadły i przyszedłeś do nas. Jednak zanim przyjmiemy cię do naszego grona, chciałbym porozmawiać z tobą na osobności.

– Tak, Mistrzu. – Słowacki skłonił się lekko, starając się wczuć w rolę. Mistrz dotknął jego ramienia i wskazał pokój, przez otwarte drzwi widać było dwa fotele i ozdobny stół. Weszli do środka i usiedli naprzeciwko siebie. Juliusz zacisnął pięści, starając się wytrzymać spojrzenie tego dziwnego człowieka, chyba jeszcze bardziej przenikliwe niż spojrzenie Mickiewicza. Przez dłuższy moment patrzyli na siebie w niemal całkowitej ciszy, mąconej tylko przez tykanie zegara na ścianie.

– Wiedziałem, że przyjdziesz – powiedział w końcu Towiański, uśmiechając się lekko.

– Hm, tak – rzekł Juliusz. W oparach przerażenia, jakie zasnuły jego umysł, rozpaczliwie poszukiwał choćby śladu elokwencji.

– Dlaczego przyszedłeś?

– Uwierzyłem w proroctwo, które głosisz, Mistrzu – odparł poeta drżącym głosem. – Do tej pory miałem oczy jakby mgłą zasnute, ale hm… tego… mgła rozwiała się niczym za dmuchnięciem wiatru, a wiatr…

– Nie rób sobie kpin – syknął nagle Towiański, chwytając go za przegub. – Wiem dobrze, kto cię przysłał.

Juliusz przełknął ślinę, a serce zaczęło mu walić jak młotem. Paznokcie wbił sobie w dłoń.

– Przepraszam? – szepnął niemal bezgłośnie.

– Wiem, kto cię przysłał.

– Kto taki? – jęknął słabo. W gruncie rzeczy sam tego nie wiedział. – To jakaś pomyłka, jakieś…

Towiański wstał nagle i ujął jego twarz w dłonie. Szepnął kilka słów, ni to do siebie, ni do poety, i nagle świat rozpłynął się w jakąś przerażającą ciemność, a Juliusz poczuł uderzenie gorąca i, jakby nagle zduszony niesłychaną, obcą, płynącą ze wszystkich stron siłą, upadł na kolana. Chwycił za przeguby mężczyzny, próbując wyszarpnąć się dłoniom ściskającym jego głowę jak imadło, ale był zbyt słaby, żeby się uwolnić.

Wreszcie uścisk zelżał i poeta mógł podnieść głowę. Załzawionymi oczami spojrzał na Towiańskiego. Z trudem podniósł się z klęczek, usiłując nie rozpłakać się ze złości i upokorzenia.

– Wejrzałem w twoje myśli, drogi bracie – powiedział, nadal wpatrując się w niego wzrokiem jastrzębia. – Wiem wszystko.

Słowa popłynęły same, jakby strumień świadomości zrywał kolejne tamy. Słowacki urywanymi, nieskładnymi zdaniami opowiadał o spotkaniu z Francuzem, o tym, jak został ogłuszony, porwany i szantażowany. A może wcale nie opowiadał, tylko jego myśli płynęły do umysłu Towiańskiego jak ćmy złaknione światła. Potem ukrył twarz w dłoniach, jakby czekał na karę. Wspomnienie przerażającego bólu, jakiego doświadczył przed chwilą, powróciło razem z falą mdłości.

– Ciekawe – mruknął Towiański powoli. – Bardzo ciekawe. Wystarczy odrobina magnetyzmu, by wydobyć wszystkie myśli, nawet te najbardziej skrywane. Mógłbym teraz po prostu ogłosić cię zdrajcą. Ciekawe, który z nich pierwszy chwyciłby za nóż, żeby rzucić mi pod nogi twoją głowę.

Słowacki przełknął ślinę.

– Zrobią wszystko, cokolwiek im powiem. I ty będziesz taki sam, bracie Juliuszu.

– Taki sam?

– Spotkasz się z tym Francuzem i powiesz mu, że zostałeś przyjęty do Koła. A potem pójdziesz za nim i sprawdzisz, dokąd pójdzie i komu przekaże tę wiadomość. I opowiesz o tym mnie. Zrozumiano?

– A jeżeli tego nie zrobię? – hardo podniósł głowę, starając się ocalić resztki godności. Towiański lekko wyciągnął dłoń w jego stronę i nagle skronie zapiekły go tak, jakby ktoś wlał mu w żyły żywy ogień. Takiego bólu głowy nie miał już od dawna. Oddałby duszę za kieliszek wódki.

Mistrz spojrzał na niego, a w jego oczach błysnęły iskierki drwiny.

– Dobrze – powiedział Słowacki, zgnębiony i upokorzony, rozcierając skroń. – Dobrze, spotkam się z tym człowiekiem. Zrobię to, czego chcesz.

Towiański uśmiechnął się szeroko.

– Wiedziałem, że się dogadamy, bracie Juliuszu.

 

Następnego dnia, kiedy czekał na ławce obok Pałacu Brongniarta, przeglądając nieuważnie „Le Journal des Debats" z kolejnym odcinkiem „Tajemnic Paryża", miał nadzieję, że Francuz nie przyjdzie. Że ktoś napadł go w ciemnej uliczce i rozwalił głowę czymś ciężkim. Niestety, punktualnie o czasie, przed budynkiem giełdy pojawił się mężczyzna w jasnych spodniach i ciemnym surducie.

– I? – spytał bez przywitania.

– Zrobiłem to. Przystałem do Koła – powiedział Słowacki, patrząc gdzieś w bok.

– Świetnie – powiedział Francuz. – Moje gratulacje. Nie zorientował się?

– Nie-e – zająknął się poeta.

– Dobrze – odparł jego zleceniodawca. – Mam dla pana kolejne zadanie. Zapewne pamięta pan, jakie plotki krążyły po Paryżu na samym początku działalności Towiańskiego?

Słowacki zawahał się. Według pogłosek Mistrz w Wilnie w jakiś niejasny sposób był wmieszany w zabójstwo pewnego aptekarza, którego poćwiartowane zwłoki odnaleziono na brzegu Wilejki. Nawet niechętnie nastawiony do Towiańskiego Juliusz Słowacki nie potrafił dać wiary tak sensacyjnym oszczerstwom. Jednak teraz, przypomniawszy sobie drapieżne spojrzenie „proroka", niemal wyobraził sobie tego człowieka z zakrwawionym nożem do szlachtowania bydła.

– Otóż to. Z tym, że to nie było zwykłe morderstwo. Ciało ofiary nosiło znamiona pewnego starego rytuału.

– Rytuału? – powtórzył Słowacki tępo.

Francuz westchnął.

– Niestety, nie mogę powiedzieć panu nic więcej. Pewnie nie wierzy pan w takie rzeczy, ale Towiański jest niezwykle przenikliwy. Niektórzy uważają, że potrafi czytać w myślach.

Juliusz przełknął ślinę.

– Dlatego im mniej pan wie, tym lepiej. Pana zadaniem jest znaleźć dowody na to, że to właśnie Towiański popełnił to morderstwo.

– Niby jak? – spytał poeta sceptycznie. – Do tej pory trzyma poplamiony krwią topór? Zachował sobie na pamiątkę ucho aptekarza?

Mężczyzna uśmiechnął się lekko do poety.

– To już pana sprawa, Słowacki. Odwiedzi go pan w mieszkaniu i zwróci uwagę na wszystkie podejrzane przedmioty.

– Ach tak? – zdenerwował się Juliusz. – Dlaczego pan sam nie włamie się do mieszkania tego kaznodziei?

Mężczyzna zaplótł dłonie.

– Pan nie ma o niczym pojęcia, więc nic panu nie grozi w przypadku, gdyby Mistrz się dowiedział, że ma do czynienia ze szpiegiem. A ja niestety wiem za dużo. A teraz…

– A teraz to już koniec – przerwał mu Słowacki z rozpaczą. – To nie dla mnie. Kończę z tym. Nie nadaję się na szpiega. Za bardzo się boję. Jestem tchórzem. Strasznym, koszmarnym tchórzem, boję się własnego cienia. Nie dam rady. Ja…

– No proszę – mężczyzna uniósł brew. – Przedwczoraj rozmawiał pan ze mną jak udzielny książę, a teraz… co się stało?

Juliusz milczał, przygryzając wargi.

– Dobrze – powiedział Francuz i wręczył mu małą paczuszkę, opakowaną w szary papier. – Widocznie się myliłem.

Nie mówiąc ani słowa więcej wstał, odwrócił się na pięcie i zniknął za rogiem ulicy.

Słowacki zapatrzył się za nim z niedowierzaniem, starając się uspokoić bicie serca. Więc już? Tak po prostu? Koniec? Boże, co za ulga…

Czarna peleryna znikała właśnie za rogiem. Słowacki przypomniał sobie polecenie, które poprzedniego dnia wydał mu Towiański. Po momencie zawahania wziął głęboki oddech, schował paczuszkę za pazuchę i, kuśtykając, pobiegł za swoim niedawnym prześladowcą. Przynajmniej wszystkie sprawy doprowadzi do końca.

Juz myślał, że go zgubił, ale skraj czarnego płaszcza mignął mu tuż przed ulicą Piéd-de-Boef, prowadzącą na targ. Smród był zwykłym zapachem Paryża, ale tutaj, przy Châtelet, osiągał swoje apogeum. Poeta skrzywił się na samą myśl, że będzie musiał przejść przez środek targowiska, tonącego w błocie, nawozie i krwi zarzynanych żywcem zwierząt, ale mimo to szedł dalej. Mężczyzna, zręcznie wymijając przekupki i tłoczących się przy stoiskach klientów, przeszedł obok otoczonej kamiennymi sfinksami fontanny, skręcił w boczną uliczkę i zatrzymał się w zaułku, ustronnym i pustym mimo sąsiedztwa gwarnego targu. Okolice placu Châtelet pełne były właśnie takich uliczek, w których łatwo było stracić sakiewkę, a czasem nawet i życie. Słowacki cofnął się o krok, kiedy zrozumiał, że właśnie znaleźli się obok miejskiej kostnicy.

– Jestem, Mistrzu Vintras! – zawołał mężczyzna w ciemność. – Zrobiłem to, o co mnie prosiłeś!

Z bramy dobiegł głos, głęboki i niski, który sprawił, że przyczajonemu za rogiem poecie podniosły się włosy na karku. Zapach, który poczuł, przypominał woń rozkładającego się ciała.

– Wejdź, Boulet!

Francuz, rozglądając się dookoła, zrobił krok do środka. Słowacki przysunął się bliżej, przyklęknął ostrożnie przy okienku sutereny i zajrzał do wnętrza, ale w ciemności nic nie zobaczył, słyszał tylko przytłumione głosy szepczące miarowo jakieś zdania, przypominające zaklęcia lub modlitwy. Nagle rozległ się krótki, urywany krzyk i zapadła cisza.

Po kilku minutach, które Słowacki spędził na zastanawianiu się, czy wezwać żandarmów, uciec gdzie pieprz rośnie, czy raczej zaczekać jeszcze chwilę, z bramy buchnął kłąb dymu, a młodzieniec nazwany Bouletem wyczołgał się przez drzwi, kaszląc i ocierając krew płynącą z ust.

Słowacki, chociaż nie zrozumiał z tej sceny absolutnie nic, uznał, że dość już widział i prawie biegiem wskoczył do pierwszej dorożki, jaką napotkał.

 

Dopiero kiedy wrócił do swojego mieszkania przy Ville l'Eveque, przypomniał sobie o paczce. Wyjął pakunek z wewnętrznej kieszeni płaszcza i rozerwał papier.

Zdziwił się, widząc znajomą okładkę trzeciego tomu swoich „Poezji", wydanych w Paryżu w 1833 roku. Na pierwszej stronie zdecydowanym charakterem pisma nakreślone były słowa po francusku „w czwartek, w tym samym miejscu, o tej samej porze, albo ten sam tomik otrzyma Adam Mickiewicz". Szybko przerzucił kartki, podejrzliwie szukając wśród stron czegoś, co mogło być osobistym przekazem od pana Bouleta.

Szybko znalazł fragment zaznaczony czerwonym atramentem.

 

Wśród litewskiego grodu, w ciemnej szkolnej sali

Siedziało dwoje dzieci – nie zmięszani w tłumie.

Oba we współzawodnej wykarmieni dumie,

Oba wątłej postaci, marmurowo biali.

 

Wspomnienie Ludwika sprawiło mu niemal fizyczny ból, ale niewiele rozumiejąc, zaczął przeglądać tomik dalej. Przekleństwo wyrwało się z jego ust, kiedy na kolejnej stronie dostrzegł następne podkreślone wersy. Zaznaczone fragmenty układały się w doskonale czytelną układankę.

 

Potem jesienią – dzieci wyobraźnia chora,

Wypalona, igrała z żółtym liściem lasów (…)

 

W dnie wiosenne przy ścieżce piaskowej, na kwiatach,

Gdzie nad nimi różowe rozkwitały ślazy,

Gdzie wisznie jak dziewice w białych wiosny szatach

Między zarumienione kryły się jabłonie;

Tam wzajem na ramionach opierając skronie

Zamieniali słowami uczucia wzajemne (…)

 

Ręce zaczęły trząść mu się tak, że aż musiał oprzeć się o stolik.

 

Oni widzieli, którzy z łona Boga spadli,

I po schodzących szczeblach szli w otchłań – i bladli.

 

Z piersi poety wydobył się jęk ni to żalu, ni to bólu. O, panie Boulet, dobrze pan wiedział, którą strunę poruszyć, żeby cały instrument zagrał tak, jak tylko pan zechce. Ciężko oddychając, Słowacki osunął się na kolana. Te fragmenty, te podkreślone na kolor krwi wersy ukrywały tajemnicę, której ujawnienie sprawi, że będzie skończony. Jako poeta, jako mężczyzna, jako człowiek. Gdyby ktokolwiek się dowiedział… Gdyby Mickiewicz się dowiedział…

Znowu jęknął i z całej siły uderzył pięścią w stół. Chciało mu się krzyczeć. Jeżeli wszyscy się dowiedzą, nikt nie będzie chciał wysłuchać, jak było naprawdę. Ale jeżeli postąpi tak jak chce Boulet i pójdzie do Towiańskiego… wspomnienie potwornego bólu w skroniach sprawiło, że łzy popłynęły mu z oczu. Druga ewentualność nie była lepsza. Kiedy Francuz dowie się, że jego informator gra na dwa fronty… Zostało tylko jedno wyjście.

Jak w transie doczołgał się do łóżka i zaczął rwać prześcieradło. Z długich, powiązanych ze sobą pasów, szybko stworzył odpowiednią pętlę. Przerzucił ją przez przywieziony ze Szwajcarii żyrandol i postawił pod nim krzesło. Z niemałym trudem wdrapał się na nie i założył pętlę na szyję.

Tylko jeden krok, tylko jeden krok… Tylko jeden krok, dlaczego to takie trudne… Otarł pot z czoła i zacisnął powieki.

Potworny, przeraźliwy kobiecy krzyk rozdarł panującą wokół ciszę i Juliusz Słowacki, zachwiawszy się na krześle, zawisł na żyrandolu. Jednak impet, z jakim runął do przodu, sprawił, że wytarte prześcieradło nie wytrzymało i niedoszły samobójca gruchnął na podłogę z efektownym hukiem.

Krztusząc się i kaszląc, usiłując rozluźnić zaciśniętą na szyi pętlę, poeta uniósł załzawione oczy i dostrzegł stojącą w progu osobę, której wcale nie miał ochoty zobaczyć.

– Panna Pattey… co pani tutaj robi, na Boga?

Panna Eglantyna Pattey, szczupła czterdziestolatka o niebieskich oczach, stała oparta o futrynę. Jej czerwone usteczka były szeroko otwarte, wachlowała się chustką tak intensywnie, jakby chciała wywołać huragan.

– A co ty robisz, na Boga? – zawołała, nie przestając machać ręką. – Czyżbyś do reszty oszalał? Co się stało? Mieliśmy iść do Ogrodów Tuleryjskich… pamiętasz?

Wreszcie udało mu się rozsupłać węzeł. Z ulgą zdjął pętlę z szyi, po czym cisnął ją na podłogę, usiadł i wybuchnął rozpaczliwym, spazmatycznym płaczem.

– Ogrody Tuleryjskie! Pewnie, tylko to mi zostało, chodzić na spacery z jakąś zwiędłą, starą panną! Pewnie jeszcze masz nadzieję, że się z tobą ożenię! Po moim trupie!

Eglantyna poczerwieniała.

– Co się patrzysz? A zresztą patrz sobie, patrz! – wykrztusił między szlochami. – Żeby być takim nieudacznikiem… żeby być takim nieudacznikiem, który nawet samobójstwa nie potrafi porządnie popełnić! Patrz sobie!

– Juleczku… – uklękła obok niego i zaczęła gładzić go po głowie. To było jeszcze gorsze. Jak ona mogła, po tym, jak ją obraził, być dalej tak irytująco szlachetna, tak perfidnie doskonała? Niech jeszcze powie „wszystko będzie dobrze", a strzeli ją w ten upudrowany pysk. Spróbował się uspokoić, przynajmniej po to, żeby nie robić z siebie dalej zniewieściałego kretyna. – Nie płacz… Co się takiego stało?

– Wszystko… – szepnął z rezygnacją. – Wszystko, co najgorsze.

Dostrzegła leżący na podłodze tomik z zaznaczonymi fragmentami. Nie rozumiała ani słowa z jego poezji, ale przeczytała przesłanie na pierwszej stronie.

– Dlaczego ma wysyłać książkę Mickiewiczowi? – spytała, marszcząc brwi. – Nie rozumiem…

Juliusz przestał płakać i spojrzał na nią zaczerwienionymi, pełnymi bólu oczami.

– Kiedy byłem jeszcze dzieckiem, przyjaźniłem się z chłopcem z sąsiedztwa… Ludwikiem Spitznaglem… byliśmy nierozłączni. Opowiadałem ci o nim, prawda?

– Popełnił samobójstwo – Eglantyna skinęła głową. – Mój Boże, musiałeś to bardzo przeżyć…

Jeszcze raz zajrzała do tomiku.

– Poznaję ten poemat. To „Godzina myśli". Tu wszystko jest opisane…

– Wszystko, a nawet więcej – powiedział Słowacki ponuro. Panna Pattey spojrzała na niego z zaciekawieniem.

– Z mojej strony to była tylko przyjaźń… ale z jego… cóż… nie do końca.

Eglantyna otworzyła szeroko buzię.

– Czy ja dobrze rozumiem? Czy coś… między wami…

Jeszcze nigdy nikomu o tym nie mówił. Może panna Pattey nie była ideałem, może go denerwowała, może nawet jej nie cierpiał za ten wieczny optymizm, jakim zarażała ludzi naokoło. Ale miał co do niej pewność, że – w odróżnieniu od reszty kobiet, które znał – tajemnicy, którą usłyszy, nie zdradzi nikomu. Jeżeli chodzi o sekrety, Eglantyna była jak kasa pancerna.

– Byliśmy jeszcze dziećmi… sami dobrze tego nie rozumieliśmy… chcieliśmy wszystkiego spróbować, posmakować… Myślę, że jego ojciec coś podejrzewał, że to dlatego kazał mu wyjechać. Potem on wyruszył w podróż, a ja zacząłem romansować z Ludwiką Śniadecką, opowiadałem ci o niej… Kiedy Ludwik wrócił…

– Powiedział „albo ona, albo ja" – domyśliła się panna Pattey.

– A ja wybrałem ją. Być może powinienem powiedzieć to inaczej. Ale ja go wyśmiałem, sama wiesz, jaki potrafię być złośliwy… Ale nigdy bym nie przypuszczał, że po tej rozmowie on strzeli sobie w głowę…

Ukrył twarz w dłoniach.

– No dobrze, Ludwik był… – zaczęła panna Pattey niepewnie. – Ale przecież ty… chyba nie… a może…

– Czy nie widzisz, kobieto, że to nie ma żadnego znaczenia? – zirytował się. – Przecież każdy zobaczy w tym to, co chce zobaczyć. A już Mickiewicz na pewno. Albo dam się dalej szantażować, albo będę skończony.

– Szantażować? Przez kogo?

Juliusz znowu się zawahał. Niezły z niego szpieg, bez dwóch zdań. Papla o wszystkim każdemu, kto zapyta.

– Czy mówi ci coś nazwisko Boulet? – spytał z nadzieją. – Brunet, bardzo wysoki, szczupły, z małą blizną na skroni.

Pokręciła głową.

– A Vintras?

Pobladła i prawą ręką szybko zrobiła znak krzyża.

– Vintras? Pierre-Michel Vintras? Ostatnio słyszałam o nim od George Sand. To… nawet powiedzieć się boję.

– Mów – rozkazał słabo.

– Nie wiem zbyt wiele. Mówią, że jego zwolennicy spotykają się na cmentarzach i robią jakieś… rzeczy z trupami. Bezczeszczą zwłoki. Wzywają duchy. Albo diabły. – wzdrygnęła się. – Sand mówiła o nich „sataniści". Ale to tylko opowieści. Wszyscy o tym słyszeli, nikt nie widział. Mówią jeszcze…

Zawahała się.

– Sand powiedziała, że oni na kogoś czekają. Ktoś ma przyjść i ich poprowadzić.

– Zawsze się zastanawiałem, o czym tak długo dyskutujecie podczas tych waszych kobiecych wieczorków – stwierdził Juliusz z przekąsem. – Skąd ona wie takie rzeczy?

– Wolałam nie pytać – powiedziała zdecydowanie panna Pattey. – Ale jeżeli będziesz chciał, wywiem się, czego trzeba. A teraz przestań się martwić.

– Niby jak? – spytał z powątpiewaniem, apatycznie patrząc w okno.

Usłyszał szelest i odwrócił się w jej stronę. Omal nie zakrztusił się własnym językiem, kiedy zobaczył cnotliwą, łagodnie uśmiechniętą pannę Pattey stojącą na środku pokoju w samym gorsecie i jedwabnych pończoszkach.

– Pomóż mi to zdjąć – dwoma kopnięciami zrzuciła pantofelki i postawiła mu na udzie zgrabną stópkę. – Jak sam zauważyłeś, nie jestem już młoda i nie będę się niepotrzebnie schylać. Kręgosłup, sam rozumiesz.

– Już się robi – wyszeptał, tracąc oddech. Powoli zdjął koronkową pończoszkę i dotknął ustami gładkiej skóry.

 

– Nie znałem cię od tej strony – powiedział, kiedy już po wszystkim leżeli nadzy, przytuleni do siebie, wsłuchani w bicie swoich serc.

Zachichotała.

– „Tę stronę" chowam tylko na specjalne okazje. Miałeś szczęście.

Pogroził jej palcem, uniósł się lekko na łokciu i pocałował w usta. Potem zapalił cygaro. Z pierwszym zaciągnięciem się dymem wspomnienia powróciły. Nie wytrzymał i – chociaż Eglantyna nie miała magnetyzującego spojrzenia Andrzeja Towiańskiego, a dotyk jej rąk nie sprawiał bólu, chyba że ten przyjemny – opowiedział jej o wszystkim, co go spotkało.

– Ten człowiek… ten, z którym spotkał się Boulet… to wcale nie wyglądało jak człowiek – powiedział niepewnie, czując, jak z każdym zdaniem odczuwa coraz większą ulgę.

– Myślisz, że to coś… nie z tego świata? – spytała cicho, bawiąc się jego włosami.

– Przestań! – prychnął. – Nie wierzę w takie rzeczy.

– Twoje poezje są ich pełne – zauważyła.

– Błagam, Eglantine… – zmarszczył brwi. – Nie wymagasz ode mnie chyba, żebym wierzył w to, co piszę.

– Może to jest właśnie twój największy problem – szepnęła, siadając na łóżku.

Stracił humor, odłożył cygaro i odwrócił się do ściany, nakrywając kołdrą aż po czubek głowy.

– No, no, nie obrażaj się! – pogładziła go po plecach. – Mam świetny pomysł. Nie będziesz musiał rozmawiać z Towiańskim. Ja z nim porozmawiam.

– Co?!? – zerwał się. – Nie ma mowy! On…

– Pójdę do niego i zajmę go rozmową, najlepiej wyciągnę na spacer. Zapytam o jakieś, powiedzmy, wystąpienie w kółku wspierania polskiej emigracji, które zamierzam założyć. A ty, w tym czasie zajmiesz się przeszukaniem mieszkania i znalezieniem tych „podejrzanych rzeczy". Co ty na to?

– A jego żona?

– Wieczorami zawsze widuję ją, jak wraca od Celiny Mickiewiczowej. Ale oczywiście sprawdzimy to wszystko. No, to jak, młody Werterze, wszystko pasuje?

– Jesteś wspaniała – szepnął i pociągnął ją z powrotem na łóżko.

 

Po obiedzie wyprawili się powozem do Nanterre. Eglantyna, w stroju amazonki z ciemnego, gładkiego sukna, w kapeluszu z woalem sprawiała wrażenie, jakby bawiła się wyśmienicie. Twarz wystawiała do słońca, które wreszcie przypomniało sobie, że jest już lato i zalewało okolicę falami gorących promieni. Widząc żywe, błyszczące oczy swojej towarzyszki, jej zarumienione policzki oraz wspominając upojne przedpołudnie, poeta zastanawiał się, jak kiedykolwiek mógł twierdzić, że jest brzydka i nudna.

Dom Towiańskich, otoczony krzakami jaśminu, odnaleźli bardzo szybko. Wystarczyło podążać w kierunku przeciwnym do tego, z którego co jakiś czas nadjeżdżał któryś z członków Koła Sprawy Bożej. Przez pozbawione firanek okna doskonale było widać Andrzeja i Karolinę Towiańskich, pogrążonych w rozmowie i lekturze jakichś opasłych ksiąg. W końcu, około piątej po południu, kiedy słońce zaczęło powoli chować się za drzewa, kobieta wyszła z domu razem ze służącą. Najprawdopodobniej wybierały się do Paryża na zakupy.

– Teraz – szepnęła Eglantyna.

Zdecydowanym krokiem ruszyła do drzwi. Otworzył Mistrz we własnej osobie. Juliusz, ukryty w krzakach jaśminu niczym złodziej, z napięciem obserwował, jak panna Pattey, żywo gestykulując, rozmawia z Andrzejem Towiańskim. W końcu oboje zeszli po schodkach i ruszyli w stronę Sekwany, która otaczała miejscowość łagodnym meandrem. Widać prorok dał się namówić na spacer.

Słowacki wygramolił się zza żywopłotu i szybkim krokiem ruszył w stronę domostwa. Drzwi wejściowe były zamknięte, ale uchylone okno wyglądało obiecująco. Cały czas rozglądając się dookoła, Juliusz przełożył niezdarnie nogi przez parapet i omal nie skręcił sobie karku, kiedy uderzył się w drewnianą okiennicę i runął do środka.

Podniósł się z podłogi i otrzepał z kurzu, po czym z westchnieniem ulgi rozejrzał się po mieszkaniu Mistrza. Sprawiało wrażenie przytulnego i ciepłego, zakrwawione siekiery i ucięte kończyny nie rzucały się w oczy. Modląc się, by żaden z członków Koła nie zapragnął właśnie odwiedzić swojego guru, zaczął przeszukiwać szafki i szuflady.

Chyba mu się szczęściło. W pierwszej szufladzie obok kominka znalazł dziwną tabliczkę, która od biedy mogła uchodzić za „podejrzany przedmiot" – kamienna płytka pokryta cyferkami, literami i symbolami wyglądała obiecująco masońsko. Kiedy sięgnął po nią i schował do kieszeni, jego uwagę przykuł schowany głębiej czarny woreczek, wypchany czymś miękkim. W tym samym momencie usłyszał odgłos klucza przekręcanego w zamku. Zaklął pod nosem, schował woreczek do kieszeni i niemal w ostatniej chwili wyskoczył przez okno. Pot lał się z niego strumieniami.

Biegiem skierował się do miejsca, w którym umówił się z Eglantyną. Jeszcze jej nie było, co spowodowało, że poczuł w sercu ukłucie niepokoju. Oparł się o drzewo, próbując uspokoić przyspieszony oddech i wyciągnął z kieszeni woreczek. Otworzył go i zajrzał do środka.

W środku były ludzkie oczy.

 

Koniec

Komentarze

Tekst odrobinę przekroczył limit znaków, więc podzieliłam go na dwie części i drugą część, dla tych co wytrzymali, wrzucam tu:

 

Boscy szaleńcy cz. II

Nie wiem, co powiedzą inni, ale widzę, że włożyłeś mnóstwo pracy w skonstruowanie fabuły i wyszło... super! Jak na razie najlepszy tekst eliminacji. Zobaczymy, co w drugiej części. Ta drobiazgowość, dbałośćo szczegóły - nie mam teraz zdrowia, aby sprawdzać, czy się zgadzają, ale podejrzewam, że chyba tak...?!?
Jestem pod wrażeniem! Świetna robota, postaci skomplikowane i budzące emocje, naprawdę świetny tekst!

Witam,
zaintrygowałaś mnie tym tesktem o opowiadaniach z podstawówki i jestem (że tak zarymuję sobie :)
i kurczę ...  nie wiem co powiedzieć, zgadzam się z szoszoonem widać ogrom włożonej pracy,
raczej nie lubię opowiadań w podobnych klimatach ale Twoje mnie wciągnęło, na razie przeczytałem tylko połowę pierwszej części bo czytanie dłuższych form na kompie męczy mi trochę oczy :(
I jeśli to może być wynacznikiem fajności opowiadania to powiem Ci, że je sobie wydrukowałem :D i przeczytam na spokojnie
komentarz odnośnie całości wystawię jutro :)
Pozdrawiam

Witam. Pierwsze "Prawdziwe" i kompletne opowiadanie jakie przeczytałem na tym portalu. Przynajmniej pierwsza część. Świetnie budujesz akcję dialogiem. Bardzo ciekawy pomysł. Paryż, emigracja, służby specjalne. W tm wszystkim ludzko-słaby Słowacki przygnieciony wyrzutami sumienia związanymi z przeszłością. Człowiek z krwi i kości ze wszystkimi słabościami tak charakterystycznymi dla artystów wybitnych. W tekście wyczówam lekkie Dukajowo - Lodowe nutki, ale mogę się mylić. Świetne. Jakoś jestem pewien, że druga część będzie równie dobra.Pozdrawiam    

Dziękuję za komentarze :) Dukajowo - Lodowe nutki? O matko... szczerze mówiąc, to już któreś z rzędu opowiadanie, gdzie jesem posądzana o nawiązywanie do książek, których yy... nie czytałam :) Ale przeczytam, kiedyś na pewno :P
A czy szczegóły się zgadzają - w większości, mam nadzieję, tak (no oczywiście poza tymi, które są moim autorskim pomysłem ;), ale nie mam złudzeń, że gdzieś się na pewno machnęłam ;)

Co tam, powiem, że... fajowe :)
Redakcjo, takie teksty marnują się w portalu (wiem, wiem internet to potęga) to trzeba do numeru drukiem, kurde.

Dreammy, przeczytałem na razie pierwszą część, i niestety nie podoba mi się to, że Twoje teksty znajdują się w internecie, na tym portalu. Miejsce dla Ciebie to normalny papier książki z pachnącą farbą drukarską, stojącej u mnie na półce w domowej biblioteczce. Świetnie operujesz słowami. A czytanie tego co napiszesz to czysta przyjemność. Bardzo mi się podobało i biorę się dalszy ciąg opka. Pozdrawiam

"Wszyscy jesteśmy zwierzętami, które chcą przejść na drugą stronę ulicy, tylko coś, czego nie zauważyliśmy, rozjeżdża nas w połowie drogi." - Philip K. Dick

PS. Ode mnie 6

"Wszyscy jesteśmy zwierzętami, które chcą przejść na drugą stronę ulicy, tylko coś, czego nie zauważyliśmy, rozjeżdża nas w połowie drogi." - Philip K. Dick

mkmorgoth, ZuzannaLenska, spoko, jak już będę sławną autorką, której książki sprzedają się w milionach egzemplarzy, to myślę że nie będzie problemu z upchnięciem tego opowiadania w jakiejś antologii :D

Bardzo dobre. 6/6 - znaczy, gdybym mogl stawiac oceny ;-)

Tekst bardzo przemyślany i dopracowany. Super!

Jak dla mnie tekst bardzo dobry. 9/10

No, zapowiada się nieźle. Faktycznie, przygotowania do napisania tego tekstu musiałaś zrobić konkretne.

Potem zapalił cygaro. Z pierwszym zaciągnięciem się dymem wspomnienia powróciły.

Ja tam się nie znam, ale słyszałam, że cygarem się nie zaciąga.

Babska logika rządzi!

Pierwsza część zrobiła dobre wrażenie, a ponieważ mocno zaciekawiła, więc teraz żwawo podążam do części drugiej. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Fajne :)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka