- Opowiadanie: GaPa - Studnia

Studnia

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Studnia

Wracał z pracy cichy i zrównoważony. Uspokojony rutyną podróży nie odczuwał potrzeby oglądania twarzy współpasażerów. Kiwali się we wspólnym rytmie, narzuconym przez pojazd i właściwie nie czuł nic – złości, zwątpienia, nadziei, ciekawości. Zdawał się wyszarzały, niemal nieobecny. Nawet jego twarz nie odbijała się w ekranie monitora, na którym wyświetlane były reklamy. Cały pojazd wypełniony był tymi urządzeniami, większość z nich była aktywna. Tylko bardzo nielicznych stać było na wniesienie opłaty, która zwalniała z obowiązku śledzenia komercyjnych spotów, przeplatanych rządowymi ogłoszeniami. On do tych szczęśliwców nie należał. Nie wydawało się jednak, że go to martwi – przyjmował to obojętnie. W zasadzie wydawało się, że kuszenie go reklamami nie ma żadnego sensu – to jakby próbować przekupić dziecko obligacjami. Jednak ekrany towarzyszyły mu na każdym kroku, monotonnym zawodzeniem wypełniając każdą chwilę.

Przy jego miejscu zapaliła się czerwona dioda, więc karnie wysiadł. Dopiero na przystanku uświadomił sobie – wtorek, pora więc na wizytę w Rządowym Centrum Ukojenia. Nazywano go “Mleczarnią”, nie pamiętał jednak czemu, nie znał nawet znaczenia tego wyrazu. Ruszył więc ku błękitnemu gmachowi, krokiem ani szybszym, ani wolniejszym, niż gdy szedł do stołówki. Trzecie piętro, pokój 3243, wyprasowana pościel, standardowe wyposażenie. Dopiero po przekroczeniu progu poczuł… potrzebę. Uwolniona żądza nakazała mu gwałtownie zrzucić ubranie, rozpocząć akt. Prawie szczytował, gdy nagle całe podniecenie opadło, gwałtowne ruchy straciły sens. Osowiały zsunął się z Certyfikowanego Automatu Miłości.

– Zgodnie z Umową Rządową, Usługi Komunalne, paragraf 103, podpunkt 9a nie może Pan-Pani wnieść skargi – wyrecytowało urządzenie.

Było mu to obojętne, ale zapytał, powoli i wyraźnie:

– Podaj uzasadnienie, tryb alfa dwa.

– Spadek napięcia seksualnego nie był spowodowany dysfunkcją mojego mechanizmu, ani okolicznościami zawinionymi przez nasze przedsiębiorstwo.

– Co więc się stało?

– Pański Osobisty Chip A-Ż wpłynął na libido, patrz: przewodnictwo dopaminergiczne. Klepsydra pełna, proszę opuścić pomieszczenie.

Ubrał się i ruszył do domu. Nawet słowo “dom” nie kojarzyło mu się z niczym. Jednak… coś było nie tak. Inaczej niż zwykle. Zaszła jakaś drobna, niedostrzegalna niemal, lecz ważna zmiana. Jakby pojedyncze ziarnko piasku przechyliło jakąś odległą szalę, lub wygięła się soczewka. Fatum już uwijało się w pobliżu, lizało jego cień…

Rozmyślał niespiesznie – działam tylko na poziomie intelektualnym, nie emocjonalnym. Nie wzruszam się, nie potrzebuję, nie chronię niczego. Nawet ten incydent w “Mleczarni” nie spowodował mojej reakcji. Gdzie jest więc ta wartość dodatnia, żeby odróżnić mnie, od – dajmy na to, siedemdziesięciu czterech kilogramów myślącego żelu? Małpy wciskającej przycisk dla banana? Chip A-Ż… dawno nie słyszał tej nazwy. Z zakątków pamięci wypływały jakieś strzępy wspomnień. Wcale nie chip, nazwa to jakaś zaszłość. Oficjalnie jakieś bioukłady, sterujące… nie sterujące, wspomagające… coś związanego z walką z chorobami? Medycyną? Ukradkowe rozmowy rodziców… Dawno ich nie wspominał, nie mógł sobie przypomnieć twarzy matki. Ojciec, czy miał brodę? Co się z nimi stało? Jakby dokonał skoku w czasie – miał rodziców – nie miał ich, zero-jedynkowa logika. Nic pomiędzy. Żadnych pamiątek, ostatnie kilkanaście lat można by opisać jednym zdaniem:

Po powrocie z pracy, wybieram się do pracy.

Zmieściło by się na paznokciu dużego palca. Całe życie spisane na drobnej, zasuszonej relikwii. Ani powód do zmartwienia, ani do radości. Emocjonalnie wypłaszczona linia, idealny poziom.

Nie ciekawiło go to wcale, lecz postanowił przemóc bezwład i ustalić, czym jest A-Ż. Usiadł więc przed terminalem/zwierciadłem/kamerą.

– Podaj historię Chipu A-Ż – przerwał komputerowi wyświetlanie reklam.

– Pytanie niezrozumiałe. Proszę wypełnić ankietę.

Niemal bez udziału świadomości udzielał odpowiedzi na zadawane pytania. Jak zwykle dotyczyły oglądanych reklam i spotów. Potem jednak powrócił, choć bez motywacji, do poszukiwań.

– Rozwiń skrót A-Ż.

– Pytanie niezrozumiałe.

Spróbował inaczej.

– Gdzie, standardowo, w ciele człowieka, umieszcza się Chip A-Ż?

– Informacja zastrzeżona.

Ekran sam zamienił się w lustro, nie spotkało go to wcześniej. Spróbował ponownie uruchomić komputer, ale bez skutku. Nawet reklamy nie były wyświetlane. Zmusił się jeszcze, żeby do swojego odbicia powiedzieć:

– Mam to w dupie.

Wyszło nieprzekonywająco. Spróbował wykonać kilka grymasów, ale nie umiał rozpoznać radości, smutku na swojej twarzy. Zaczął codzienną krzątaninę, jutro do pracy.

 

Jak zwykle nie pamiętał żadnego snu. Czy śnił jeszcze? Udał się do łazienki, ale nie było wody. Jakaś grubsza awaria, pomyślał. Lodówka też nie dawała się otworzyć.

– Stan konta dodatni – powiedział do urządzenia.

Bez reakcji.

Udał się do komputera, ale na ekranie wyświetlał się tylko statyczny napis:

PROSZĘ CZEKAĆ NA PRZY

"Przy" co? Przybycie? Przyjazd? Przy rożnie? Czym u licha jest “rożno”? W ciszę mieszkania pamięć wyrzucała coraz więcej pojęć, zdarzeń z przeszłości.

Bezosobowo oglądał swoje poczynania, jakby był tylko widzem. Patrzył, jak mała, papierowa figurka próbuje otworzyć drzwi, zmaga się z wyposażeniem mieszkania. Wszystko nieczynne.

O co chodzi? Nie mógł nawet skontaktować się z przełożonym, albo zarządcą budynku. Pozostało czekać, usiadł więc spokojnie. A potem przypomniał sobie o małej, zakurzonej paczce, wciśniętej w kąt kuchennej półki. Butelka, okulary, kredka, dziecięce rysunki. Oglądał te przedmioty przez jakiś czas. Świat zewnętrzny wciąż nie interweniował, więc na odwrotnej stronie rachunku za grawitację zaczął spisywać:

Niecodzienne wczorajsze zdarzenia:

– wizyta w Mleczarni, Chip A-Ż przerywa seans

– komputer nie odpowiada, pytanie Chip A-Ż

Chip… Zaraz, komputer nie odpowiedział dopiero na pytanie GDZIE jest umiejscowiony, a potem… A potem powiedziałem: mam to w dupie. Do jakich to prowadzi wniosków? Że powiedzieć – mam w odbycie A-Ż chip – wyłącza wszystkie sprzęty domowe? Jak jakieś… “magiczne zaklęcie”. Kto go uczył takich powiedzonek? Dziadek, jego dziadek. No przecież, kiedyś tak obecny w jego życiu. Rodzice wydawali się tacy jednakowi, a on – jakby raz mniejszy, raz większy. Jego brodata, pomarszczona twarz tańczyła. Miewał “humory”, a niekiedy… Czasami wracał “narąbany”, śpiewał piosenki albo wygrażał pięściami w stronę monitora, co nie podobało się matce. Wydawał się taki prawdziwy, żywy. Inni stanowili tylko blade tło. Gdzie jest teraz? Gdzie rodzice? Dlaczego nic nie czuję? Czym tak naprawdę jest Chip A-Ż? Po co zostałem odizolowany, gdy chciałem się czegoś o nim dowiedzieć?

Skoro dziadek tak się zmieniał pod wpływem alkoholu, może i ja spróbuję? Odkorkował starą, zakurzoną flaszkę. Mój pierwszy, dzisiejszy posiłek dedykuję bogom… wieżowca. Niestety, nie znał żadnego… “zabobonu” ani “kwiecistego toastu”. Strasznie ubogi u mnie słownik, pomyślał i po prostu wypił.

 

Czuł euforię, moc. Mógł dokonać wszystkiego i wszystko wydawało się proste. Wstał, by zburzyć ścianę i na łóżku polecieć do samego prezydenta, ale nogi… Uderzył się w głowę, leżał na podłodze, za oknem wieczór wypełniał niebo. Wydawało mu się, że sznur ptaków, prowadzonych przez lśniącą, kolorową maszynę rozciął różowo-niebieskawą kopułę na pół. Uciekajcie! – krzyczał, – prowadzi was “Judasz”! Jesteście ślepe? Przecież macie skrzydła! Szlochał…

Zasnął.

 

Śniło mu się, że jest uwięziony w ciemnej, okrągłej, kamiennej dziurze, wypełnionej wodą. Ściany spływały wilgocią, jego oddech zmieniał się w obłoki pary. W oddali, w górze, jaśniał mały okrąg światła. Krzyczał o ratunek, aż ujrzał sylwetki ludzi. Wtedy, zamiast radości, poczuł irracjonalny strach. Tamci zakryli otwór i zapadła całkowita ciemność.

 

Obudził się słaby, znowu wyprany z uczuć. Teraz jednak poczuł brak: pustkę, która nie zostanie już wypełniona. Jak w pękniętym starym, glinianym dzbanie. Pamiętał wczorajszą huśtawkę nastrojów, szybko odbytą przejażdżkę. Z roziskrzonego, słonecznego szczytu tęczy aż na odległy, wypełniony czernią i wonią rozkładu jej koniec. Powinienem odczuwać żal, złość – pomyślał. Zaczął krzyczeć – i stracił świadomość.

Wziął zamach butelką, by cisnąć nią w komputer, ale zemdlał.

Po przebudzeniu, uparty jak mrówka, raz jeszcze sięgnął po pustą butelkę, by znowu zemdleć.

Zrozumiał, że nie będzie żadnego ratunku. Drżały mu ręce, ledwo się uniósł. To już niedługo. Resztką sił wysprzątał mieszkanie. Potem…

Swoją dziecięcą kredką namalował na lodówce – najlepiej jak umiał – kwiat, i dopisał:

Kocham Cię

jak kania dżdżu

To dla nowego lokatora. Był bardzo senny.

Koniec

Komentarze

Przyznam, że opowiadanie robi wrażenie. Ciekawa wizja świata wypranego z uczuć - może nie jest to bardzo oryginalne, ale dobrze przedstawione. Wszystko opiera się na jednym bohaterze, rodzą się kolejne pytania, zagadki i wreszcie zakończenie -świetne, pozostawiające pewien niedosyt, ale w tym wypadku to dobrze.
Pozdrawiam

tak, mimo że mrocznie i nie pozostawia nadziei to świetne,
ciekawy styl i pomysł,
mimo iż jako wątek futurystyczny już raczej wyeksploatowany.
taka krótsza wersja 1984 ?

Też się zgadzam, że mocne. Stworzyłeś ten rodzaj gęstego, depresyjnego klimatu, który zjazda mnie na śniadanie, a po kolacji nie daje spać. Co ważniejsze, masz dobry warsztat, żadne byki mnie nie rozpraszały i tym przyjemniej czytało mi się Twoją pracę. Najbardziej podobała mi się puenta -
"Swoją dziecięcą kredką namalował na lodówce - najlepiej jak umiał - kwiat, i dopisał:

Kocham Cię
jak kania dżdżu
".

To tak jakoś... mocno mną tąpnęło.

Kojarzy mi się z filmem Equilibrium. Ciekawe, miejscami trochę niejasne. Szkoda mi zbyt szybkiego zakończenia. Wolałabym by mężczyzna zaczał coś odkrywać, rozumieć. Bo bez tego opowiadanie traci trochę sens.
I nigdy, przenigdy w żadnym reżimie, nie dałabym zrobić sobie lodówki, która mogłaby mi jakkolwiek odmówić dostepu. 

to że opowiadanie się z czymś kojarzy to raczej nie zarzut ?
W chwili obecnej chyba niewiele form literackich jest konstrukcją całkowicie nowatorską ,powalającą
swą pierwotnością i brakiem odniesień do...
wolałbym przeczytać coś optymistyczniejszego tego samego autora, pozdrowienia.

No... nie każdy jest wizjonerem ;)
Ja to odebrałem jako komplement - oczywiste skojarzenie - chyba najlepszy literacki przedstawiciel stada (świat bez emocji itd, w służbie totalitaryzmu oczywiście)
Nie pamiętam niestety tytułu - było też takie opowiadanie o świecie, gdzie nie można kłamać - jakieś zabiegi socjotechniczne z dzieciństwa - coś jak psy Pawłowa, skłamać wiązało się z olbrzymim bólem itd - rówież smutno wyszło, przynajniej taki osad u mnie zostawiło, chociaż z kolei ta forma "współpracy" z obywatelami kojarzyła mi się  z Mechaniczną Pomarańczą, gdzie... itd itp
A inspiracja - jeśli pomiędzy wierszami było takie pytanie - jechałem niedawno nowoczesnym autobusem MPK, w środku wszyscy się kiwali jednostajnie, był monitor z reklamami... Nikt nie rozmawiał, tylko tak wilkiem łypali.
Dzięki za komentarz
pzdr, sobie też życzę więcej optymizmu - ale ostrożnie, optymiści żyją krócej ;)

Porównanie moje było jak najbardziej komplementem. (Zwłaszcza, że film bardzo mnie poruszył).
Jeśli chodzi o literaturę, i a propos systemów totalitarnych to przychodzi mi na myśl: "Numer" Wolskiego, i większość książek Strugackich ;)
A odniesienia jeśli są wykorzystywane rozsądnie i z głową to są wręcz, wydaje mi się -  pożądane.

Bądź co bądź, musimy mieć jakąś wspólną bazę pojęć, mitów, zbiór drogowskazów, znaków. Inaczej prosty kod staje się szyfrem, a przecież i tak ciężko nam się porozumiewać na co dzień zazwyczaj.

a propos literatury sf z totalitaryzmem w tle:
byłem jakiś czas temu w bibliotece publicznej z córką. Biblioteka podzielona jest na dwie części: dorośli, dzieci.
Długo się wałęsałem po części dla dorosłych, szukałem czegoś sf ale nie kolejnej części {try|kwadro|tetra}logii, tylko coś, że tak powiem, na jedno chapnięcie, ale któregoś ze starych mistrzów. I pusto.
Potem poszedłem na część dziecięcą, i na półce dla siedmiolatków - Fale tłumią wiatr - Strugackich, Radio Wolne Albemuth - Dicka. Pewnie chodziło o okładki... wziąłem obie, a córka musiała wyjść tylko z jedną książeczką (limit). No i byłem o lody w plecy... Półeczka dla siedmiolatków uginała się od Strugackich, Dicka... Może w dobie coraz większej popularności i znajomości angielskiego chociaż tego drugiego autora chociaż przeniosą do części dla dorosłych.

z pozdrowieniami sprzed laptopa
nie żbik i nie antylopa

Ja się przyznaję, że literatura dziecięca jest wciąż dla mnie aktualna i chwytliwa. Może dlatego, że dziecko to tak naprawdę bardzo wymagający odbiorca. Poza tym dzieci, także powinny poznawać sprawy ważne i problemowe więc książki dziecięce wcale nie muszą być infatylne. Dobrze wspominam książki z działu dziecięcego. Na przykład książka "Momo" była bardzo poruszająca. A na Strugackich się wychowałam.

Ano właśnie, za prostą anegdotę, z życia wziętą, dostałem poważną, intymną wręcz opinię od AK...... Ba, ja się z tą opinią zgadzam.

A więc do dzieła, droga AK...:

Najpierw wtręcik: zobacz, jaki to kontrast - twe ładne, drżące zdania leżą na jakichś bezdusznych macierzach dyskowych, taki cicho szumiący sezam, maszyna. Nie kręci Ci się w głowie? Te talerze z danymi wirują, wirują...

albo z innej strony:

Czy pomyślałaś, że w mojej opinii młody człowiek nie może wypożyczyć Żuka w mrowisku? Valis dla wybranych? ("Specjalna komisja rządowa przyznała w tym roku dziewiędziesiąt koncesji czternastolatkom na przeczytanie Ubika") itd itp. Czy moje pytanie jest paranoiczne? (patrz komentarz PK Dicka do opowiadania Kolonia)

albo z innej strony:

Wróćmy do mej anegdoty. Dlaczego Strugaccy i Dick cisnęli się na tej półeczce dla siedmolatków, a w sali dla "dorosłych" nie uświadczysz? Możliwe scenariusze:
1. Zrozpaczona bibliotekarka, której tajne, wewnętrzne imię brzmiało "dumna łania", właśnie się przechrzciła na "złamaną gałązkę", mści się, i całą wartościową literaturę przeniosła na dział dziecięcy (dla dorosłych już za późno, wstrętne bydlaki, w młodym miocie nadzieja)
2. Nocą w bibliotece, gdy ludzie już wyszli, rozpoczęła się straszna bitwa... Starzy mistrzowie sf, już prawie pokonani, szykowali się do ostatniej, desperackiej szarży w kierunku najbardziej obleganej półki z hitami wypożyczalni, znajdującej się na wysokości wzroku przeciętnego człowieka. Ich okładki nie wyrażały już nadziei, były przesycone determinacją, gdy Ślimak na zboczu zawołał - hej, przegrupujmy się na dziale dziecięcym! Przy okazji - ta teoria wyjaśnia też sprawę brakujących kartek w wypożyczanych książkach - w ferworze walki...
N-1. (...)
N. Przypadek. Ot, jak w Piknik na skraju drogi - ktoś rzucił te woluminy gdzie bądź, a kto inny się zastanawia czemu, po co?

albo z innej strony:
Jak AK i GaPa mogą razem wzbogacić świat?
Pomińmy część wspólną (a), i zostaje:
KGP - Komenda Główna Policji (Płyńce łzy moje, rzekł policjant), ale też Katedra Geologii Podstawowej, i - najbardziej mi się podobający: Korona Gór Polski.
Ale pominąłem te trzy ekscytujące kropeczki. Niech każdą da się zastąpić dowolnym - ale tylko jednym znakiem (wiadomo, wyrażenia regularne). Weźmy słownik języka polskiego z www.sjp.pl, wyszukajmy wszystkie wyrazy sześcioliterowe (to prosty algorytm) zawierające k,g,p. No i tu tragedia:

gipsik, głupek, gnypek, gopika, grupka, grypka, i gupika.

Zalosujmy dwa, niech nam pomoże I Cing - Księga Przemian (Człowiek z wysokiego zamku). Odpowiedź oczywiście niejasna - te heksagramy - ale moim zdaniem wskazuje na (weźmy formy podstawowe):
gopik - azerbejdżański grosz
gupik - gatunek ryby

A niech to, trzykropek z Twego loginu wycenił Komendę Główną Policji na jeden grosz, zaś góry obrócił w rybkę. Ten twój znak interpunkcyjny to prawdziwa brzytwa (Blade Runner).

Dzięki za zostawienie trwałego śladu (w Internecie nic nie ginie) akurat pod moim opowiadankiem.

ale z innej strony:
czy choć trochę rozbawiłem Cię? Dziewczyno z groźnym wielokropkiem?
a jeśli nie... wszystkiemu winna wiosna.

pozdrawiam cieplutko
rączkę i udko

czuję się rozbawiona ^^
Dokroćset! 

Moje zdania i tak już przechowuję na rozmaitych karteluszkach by mnie bawiły. Zatem kilka tych odesłanych w niebyt zupełnie mnie nie przeraża. Tyle zdań codziennie zapominam :P

Może z tymi sf w dzieciecym to było tak: stały tam onegdaj dwie inne zupełnie ksiażki. Niewątpliwie pięcioro dzieci i coś jeszcze :). Pewien naukowiec, wynalazłszy u szczytu swej kariery (która przypadła na bardzo już statryczałe lata) wehikuł czasu, przeniósł na tę półkę zamiast "pięciorga dzieci" - "Poniedziałek zaczyna się w sobotę" (czy innego Borysa, Arkadija). A powodem było jego wspomnienie z dziecinstwa (które przypadało na nasze czasy) gdy zaczytywał się w "pięciorgu z cosiem" i na starość zechciał do niej powrócić. Tzn. bał się wykorzystać swój wehikuł na sobie samym więc wziąwszy ze swojej biblioteki (pełnej najprzeróżniejszych sf jak to u naukowców)Strugackich i Dicka  a następnie rzucił na taśmę wehikułu, a sprytna maszyna podmieniła egzemplarze. Tym sposobem właśnie naukowiec mógł cofnąć się w czasy swego dzieciństwa i na powrót przeżywać przygody wąsatego "cosia". Tadaa :)

dwa: Kancelaria Głównych Problemów Animizacji?
Akademia Kultury Gangeskiego Pawilonu ?
Kabaret Gastronomiczno - Publicystyczny...

Wiosna szła ulicą Reja złorzecząc w duchu na Zimę.
 - Ach ta Lato! tej zawsze dobrze. - Jesień przytaknęła w milczeniu. 

Tu urywam AK...., choć serce me krwawi
ty, która twierdzisz, że komentarz mój bawi
albowiem
my tracimy kontrolę nad tym wątkiem
czy wątek nad nami?

do spotkania na innej stronie
niech odpoczywają od klawiatury Twe dłonie

Bdb.
Za przedstawienie problemu bez jego nazwania --- ukłon. Jedno mi tylko nie gra --- powód "wyłączenia" bohatera. Powinien być, moim zdaniem, nieco poważniejszy od pytania o miejsce ulokowania wszczepu. Na przykład --- o funkcje chipu. To już wyższy, a więc bardziej niebezpieczny dla (umownego) Systemu poziom ciekawości...

Cóż, lepiej dusić w zarodku... Nikt nic nie wie, nikt o nic nie pyta. Jak nic ktoś nawalił z tym "Certyfikowanym Aparatem Miłości", że wspomniał o chipie, ale może też, dajmy na to, była to próba przesiewowa? Co się stanie, jak zwykłemu "szarakowi" podrzucimy trop? Ruszy, będzie szukał? No ten zaczął...

pzdr i dzięki za komentarz

Podobało mi się. Ponura wizja, dobrze opisana.

Adamie, podejrzewam, że to nie pytanie zadziałało, tylko odgadnięcie odpowiedzi.

Babska logika rządzi!

Dobrze się stało, że “wydobyłaś” na powierzchnię ten tekst. GaPa głupot nie pisuje… To znaczy – z góry Autora  serdecznie przepraszam – może i zdarza Mu się, jak każdemu, przydołować, lecz albo nie puszcza tego w świat, albo nawet te Jego “dolne” są powyżej średniej…

Też klikam, bo “się należy bez nikakich”.

@Finklo, suniesz po wykopaliskach… Czyżbyś ze świecącymi oczami strzepnęła kurz z brody, kichnęła na ścianę? Tam ukazały się znaki, i rozpoznałaś w nich litery. Na szczęście już dawno “wysiadło” Ci radio, więc nie nasłuchujesz co się dzieje w świecie, tylko wędrujesz uparcie korytarzami wgłąb. A może jest całkiem inaczej ;)

 

@AdamKB wyważony. Jak to mówią, wyważony jak drzwi przez Bezpiekę ;) Chociaż to portal fantastyczny, więc wyważony jak gwiezdny transportowiec, którym Pirx uda się w podróż. Na Boga, byle tylko to nie była ta z Terminusem, ścina krew w żyłach.

 

pzdr

Jakże owocne jest to grzebanie w bibliotece – dzięki, Finklo, że odkopałaś tę ponurą historię.

Hmm... Dlaczego?

GaPo, niezła próba odgadnięcia. Uznaję odpowiedź. ;-)

Babska logika rządzi!

O matko, świat pozbawiony możliwości odczuwania, jeden bohater, opowiadanko króciutkie, ale jakże zajmujące!

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Rzeczywiście, zajmujące opowiadanie. A nawet jedno z najlepszych jakie tu czytałem. Cieszę się, że poszedłem tropem. :-)

Ooo, wykopki… ;)

 

Dzięki za dobre słowo. Z jakiegoś powodu to ponure opowiadanko jeszcze się nie zestarzało. Cóż, tylko dobrzy umierają młodo.

 

pzdr

^O^

Trzecie życie Studni. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo przejmujący tekst. Dobrze że krótki, bo sądzę, że więcej oznaczałoby już za dużo.

Dokładam piątego klika.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Lepiej, że studnia do biblioteki, niż odwrotnie!

Też wydaje mi się, że głębokość długość studni odpowiednia.

 

Pozdrawiam regularne babcie

<^__)~

 

 

Czizus, jak to się stało, że takiego ortografa popełniłem? I nikt nic…  :(

Poprawiłem, bez złudzeń, że nikt nie zauważył. 

Właśnie, Black­burn, Internet nie zapomina… Twoja polonistka już jedzie na rowerze z piłami tarczowymi zastępującymi koła, że o siodełku nie wspomnę.

 

pzdr

¯¯̿̿¯̿̿'̿̿̿̿̿̿̿'̿̿'̿̿̿̿̿'̿̿̿)͇̿̿)̿̿̿̿ '̿̿̿̿̿̿\̵͇̿̿\=(•̪̀●́)=o/̵͇̿̿/'̿̿ ̿ ̿̿

Nie no, wspomnij! Co jest zamiast siodełka?! ;-)

Obrazek wielce adekwatny.

Babska logika rządzi!

Czasami zło jest produktem targających człowiekiem emocji. "Wynikiem miłości pana Wacława do pani Marioli był jej mąż, dryfujący na dnie stawu". Niekiedy jest walcem… beznamiętnym, twardym, ale da się prześledzić wektory sił, które nadały pęd szaleństwu. Potem pisarz pyta "czy możliwa jest poezja po Oświęciumiu?". Z przyczyn statystycznych drugi przykład uznamy za "gorszy, straszniejszy", bo krąg oddziaływania jest większy.

Jest jednak jeszcze jedna odmiana zła. Zła, które nie potrzebuje człowieka do istnienia, jest bytem absolutnym i obejmuje większy obszar, niż dowolna białkowa struktura jest w stanie ogarnąć umysłem.

Gdybyśmy przypisali masę do każdej z odmian zła i spojrzeli na to w podobny sposób jak na grawitację (maleje z kwadratem odległości), to pierwszy przypadek miałby duży wpływ, ale na niewielką grupę ludzi. Drugi wprowadza znacznie większe wartości, trzeci zaś przypadek widzę jako jednorodną siłę przenikającą całą strukturę wszechrzeczy.

Teraz, gdyby z tych wszystkich odmian zła stworzyć kulkę, to nawet nie wypełniłaby pępka personifikacji zła, które zasiedla siodełko.

Innymi słowy, ten Black­burn ma jaja ze spiżu (albo jajniki, jedno i drugie lub żadne z powyższych), że się tak wystawia. Musi być szalonym derwiszem.

 

pzdr

(✖╭╮✖)

Uuuuu. Powiało grozą… ;-)

Blackburnie, trzymaj się. Byle nie siodełka. ;-)

Babska logika rządzi!

Zamontowałem cztery dodatkowe zamki w drzwiach, żaluzje antywłamaniowe w oknach, wynająłem ochronę spectetryków, dałem na msze we wszystkich okolicznych kościołach, byłem u wróżki i szamana, mam telefon alarmowy do egzorcysty, kupiłem plaster antykoncepcyjny… no, mógłbym wyliczać zabezpieczenia, ale nie chcę wszystkich zdradzać. 

To nie szaleństwo, ale kwestia przygotowania! 

Ech, to zawsze takie poruszające, jak bezbronna istota staje do walki. Szanse są takie, jakbyś stał z zasuszonym, złamanym źdźbłem trawy i chciał go cisnąć w gąsienice czołgu, by zatrzymać śmiercionośną maszynę.

Obawiam się, że Black­burn gdzieś się tam chowa pod paznokciem, jednak już kto inny steruje jego ciałem. Czyjeż szyje obejmujesz, istoto?

Pzdr, łzę uroniwszy nad Blackburnem, ale powitajmy też nowego towarzysza zabaw, korzystającego z jego kąta, kompa i konta.

 

'-'_@_

Nowa Fantastyka