- Opowiadanie: Suzuki M. - O klatkach, godności i gołych rękach

O klatkach, godności i gołych rękach

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

O klatkach, godności i gołych rękach

– Wiedźmę schwytali!

 

Podekscytowany krzyk rozlegał się na dziedzińcu, odbijał w korytarzach i, docierając do komnat, alarmował mieszkańców zamku. Chcąc nie chcąc, ciekawość wywabiła na zewnątrz i rycerzy zakonnych i służbę. Wkrótce wszechobecny tupot stóp ucichł. Wszyscy zastygli na dziedzińcu, w oczekiwaniu na zbliżający się oddział. W zamku pozostał jedynie młody kandydat do zakonu i jego opiekun.

Mistrz Ippoldt, słusznego wieku i postury, siwy już całkiem rycerz, tylko dla pozoru zajmował się kontemplacją ściany, w gruncie rzeczy chciał ukarać swojego ucznia za popędliwy charakter i wpoić mu odrobinę cierpliwości, choćby siłą. Jak do tej pory, piętnastolatek nie wykazywał jej ani krzty. Teraz też, nerwowo zerkał w stronę okien, bacząc, by mistrz nie dostrzegł, jak drży z podniecenia.

 

Kiedy do ich uszu dotarł powolny stukot końskich kopyt, trzęsący się niczym w gorączce Piprek bardziej jęknął, niż zapytał:

– Mistrzu…?

– Eh, idź sobie… – machnął ręką Ippoldt, na co nowicjusz z werwą ruszył z miejsca, ale zanim opuścił komnatę usłyszał jeszcze – Ino nie galopem, dostojeństwo ci przystoi…

 

Zwolnił, lecz po kilku krokach wznowił bieg. Po chwili wpadł w tłum i mozolnie zaczął przedzierać się w stronę bramy, aby mieć jak najlepszy widok. Mistrz westchnął i niespiesznie ruszył za nim.

 

Piprek słyszał legendy o wiedźmach, że mściwe to, ale i przydatne, bo potężną mocą włada. Wiedział też, że w zamku dwie mieszkają. Starszej, Elsy, nigdy na własne oczy nie widział, ale mówili, że wiekowa jest jak sam zamek, a wyglądem podobna do ropuchy, za to zmarłych wskrzeszać potrafi. Młodsza, Galenstraat, była na usługach jego mistrza, toteż ludzie nie mówili o niej głośno, żeby w niełaskę nie popaść. Piprek widział ją raz jeden, zaraz po tym jak przybył do zamku, a jeszcze zanim pod skrzydła Ippoldta trafił. Wyjeżdżała z rycerzami na wyprawę. Ropuchy kształtem nie przypominała na pewno, siedziała w siodle po męsku, szczupła, dostojna i wyprostowana. Na twarzy miała jednak maskę, tak jak rycerze. Okazja, by ujrzeć prawdziwą wiedźmę w pełnej krasie może się więc szybko nie powtórzyć, toteż nie szczędził wysiłku, by zająć jak najlepsze miejsce.

 

Oddział dwunastu konnych niespiesznie wjechał na dziedziniec, a zaraz za nimi opadła żelazna krata. Tłum wstrzymał oddech. Cała jednostka umorusana była błotem, pod którym można było dostrzec rozdarcia, gdzieniegdzie ślady krwi, a i zsiadanie z koni nie wychodziło rycerzom zbyt swobodnie. Piprek, wytężając wzrok, dostrzegł coś białego, majaczącego w środku eskorty. Serce zabiło mu szybciej. Drżąc jeszcze bardziej patrzył, jak Zygfryd, zwany Ponurym, ściąga bezwładne, w biel obleczone ciało ze swojego konia i nawet nie próbując być delikatnym, składa je na bruku.

– Jak jeszcze raz ścierwo zobaczę, to utłukę jak psa – wysyczał przez zęby i niezwłocznie ruszył do zamku, a tłum posłusznie schodził mu z drogi.

 

Przez chwilę Piprek myślał, że jego serce stanęło i niechybnie on też ścierwem zostanie. Wykorzystując zamieszanie przecisnął się bliżej kręgu otaczającego rycerzy i wiedźmę. Kiedy zobaczył, że jej pierś miarowo unosi się przy oddechu, odetchnął i on. Jednak widok nie całkiem był takim, jakiego oczekiwał. Na bruku leżała zwykła dziewczyna, w jednym tylko trzewiku, białej koszulinie i halce, podartych i miejscami zakrwawionych. Twarz zasłaniały skołtunione czarne włosy, na skroni pozlepiane zeschłą krwią. Gruby powróz krępował nogi i ręce.

 

Mistrz Ippold bez problemu dotarł w pobliże wiedźmy, tłum rozstępował się przed nim z szacunkiem. Pochwycił spojrzenie równego mu rangą Hahna, który dopiero co skończył analizować wynikłe z wyprawy straty w rynsztunku i, nieznacznie wskazując podbródkiem odchodzącego Zygfryda, zapytał:

– A temu co?

Stalowe oczy Hahna błysnęły, a na twarzy pojawił się tajemniczy uśmiech.

– Miecz mu połamała, to i nie w humorze jest.

– Jak to: miecz połamała? – zapytał z niedowierzaniem Ippoldt.

– Ano tak to, gołą ręką.

– Gdzie wy żeście ją w ogóle wynaleźli? Toć wiedźmy nasze tereny omijają z daleka.

Hahn westchnął, złapał kilka pytających spojrzeń i zaczął opowieść:

– Przypadkiem na nią wpadliśmy. Miało być polowanie na grubego zwierza… Co prawda toto dużo mięsa nie ma, ale zdobycz niezgorsza. A jak się jej ta koszula rozdarła, to…– co mówiąc wykonał sugestywny gest na wysokości piersi, ale napotykając karcący wzrok Ippoldta powrócił do relacji. – Zbierała cosik w lesie. Myśleli my, że to wieśniaczka jaka, a że rozebrana taka, to Goczek, jak to Goczek, rozochocił się, i dalej w konkury uderzać. Ona wpierw grzecznie, co by my swoją drogą jechali, a ona swoją. No to Goczkowi krew zawrzała, bo co to nie on i mówi, cobyśmy sami jechali, bo jemu honor panny samej w lesie na pastwę wilków zostawić nie pozwala. To myśmy się zebrali, a Goczek z nią został. Dalekośmy nie ujechali, kiedy krzyk się echem po lesie odbił. Wracamy, a tam Goczek z mieczem obnażonym, ino w lewej ręce, bo prawa jak do mięsa obdarta. A blady jak ściana. Dziewka obaczyła nas i w nogi, tośmy za nią w pogoń, a że na koniach, to daleko nam nie odbiegła. Jakeśmy ją otoczyli, to się pokaz zaczął. Rosta i Butryma ino machnięciem rąk z koni zsadziła, i to z pięciu kroków. Machnęła znowu, to Glassa i Nycza gałęzie oplotły i mało co nie podusiły, alem im w sukurs ruszył. Rawdon koniem na nią ruszył i przewrócił, to taki pisk wydała, że wszystkie konie dęba i pouciekały. Jakeśmy jeszcze leżeli, to ta palce rozcapierzyła, wbiła w ziemię, a korzenie wylazły i dalej nas ze sobą pod ziemię ciągnąć. Glass to już po szyję pogrzebany był, kiedy Goczek nadbiegł. A ledwo na nogach już stał, biały jak sama śmierć. Od tyłu ją zaszedł i mieczem się zamachnął, ale unik zrobiła, że ledwo ją w ramię drasnął. Tyle, że jak się do ucieczki rzuciła, to i korzenie nas puściły. A i widać było, że powoli siły ją opadają. Zygfryd pierwszy z tych korzeni się wygramolił i za nią. Dobrze, żem mu w porę krzyknął, żeby żywcem ją brał, bo by potworę ukatrupił. Sztyletem rzucił i w nogę drasnął, to się przewróciła. Z daleka jeszcze widziałem, jak ją dopadł i miecz do gardła przystawił. Myśleli my, że walka skończona. Rozeszli się bracia po lesie koni szukać, ja do Goczka, cucić go, bo prawie nieprzytomny był, jeno Butrym ruszył Zygfrydowi na wsparcie. Patrzę ja za nim i widzę, że tam przy wiedźmie coś jasno się robi. Chwila moment to było, jak dłonie jasną poświatą jej zaświeciły, chwyciła miecz i złamała w połowie! Zygfryd zdębiał, ale szybko rzucił się na nią, żeby znowu nie uciekła, ale zanim złapał, to mu tą niebieską dłoń do piersi przyłożyła. Zgiął się biedak momentalnie i siny na twarzy zrobił. Zabiłaby go pewnie, ale Butrym czujność zachował. Kamieniem rzucił, w głowę ją trafił i przytomność straciła. Ale Zygfryd to jeszcze długo kolory odzyskiwał. Dopiero, jak mu konia przyprowadzili, podniósł się, kawałki miecza schował i zanim kto przemówił, związaną dziewkę na konia rzucił i ruszył, bez słowa. No i tak to było…

 

– Widać, że pierwszy raz z czarownicą starcie mieliście – zaśmiał się Ippoldt.

Spojrzał po tłumie, który z szeroko otwartymi ustami spoglądał to na leżące na bruku ciało, to na Goczka, z którego zmasakrowanej kończyny wciąż jeszcze kapała krew.

– A ty co tu jeszcze robisz? – Mistrz Ippoldt dopiero teraz zauważył młodego rycerza. – W tej chwili do Elsy, może ci jeszcze tą dłoń wykuruje.

– Wykuruje, nie wykuruje. Od jutra ta dziewka moją prawą ręką będzie – odpowiedział jakby w transie Goczek, po czym chwiejnym krokiem udał się w stronę zamku.

– Eh – westchnął Hahn.– Taki on pewny siebie, co głupi.

Podniósł wiedźmę z ziemi i ruszył w ślad za Goczkiem.

 

– I co z nią teraz będzie?

Policzki i uszy Piprka były czerwone niczym buraki, a oczy błyszczały jak gwiazdy. Wpatrywał się z otwartymi ustami w mistrza. Ten obrzucił go tylko zdawkowym spojrzeniem, lecz zanim ruszył z powrotem do swojej komnaty, rzucił z tonem niepokoju w głosie:

– Teraz trzeba będzie bestię okiełznać.

 

Nowicjusz wiedział, że nie ma co zadawać dodatkowych pytań. Wystarczająco nadwyrężył dzisiaj cierpliwość swojego mentora. Spuścił głowę i podążył za nim.

 

 

*

 

 

W kuźni było gorąco jak w piekle. Ogień na palenisku, porozrzucane w pozornym nieładzie szczypce, dłuta i młoty. Jedynie cisza była zjawiskiem niespotykanym tu w biały dzień. Odziany w skórzany fartuch i spodnie kowal Jansson z niedowierzaniem oglądał kawałki miecza. Po raz kolejny przejeżdżał palcami po gładkich krawędziach złamania, przymierzał je do siebie i znowu próbował wyczuć palcami chociażby najmniejszą nierówność, rysę, szczerbę.

 

– Gołą ręką, powiadasz? – zapytał zerkając z ukosa na Zygfryda, z którego pot lał się strumieniami.

Ponury rycerz jedynie potwierdzająco pokiwał głową. Wściekłość nie odpuszczała od kilku godzin, a i nie miała jak, bo Zygfryd co rusz o gołą rękę był pytany.

 

– Oj, rączki to ona ma… – W drzwiach stał wcześniej nie zauważony Goczek, prezentujący w pełnej krasie uśmiech bez lewej górnej dwójki. – Ja to ją jeszcze nauczę, jak lepiej taki dar pożytkować.

W Zygfrydzie jakby coś eksplodowało. Ruszył na Goczka, złapał go za koszulę i przydusił do ściany.

– Przez twoje amory wszyscy mogliśmy zginąć – wysyczał mu prosto w twarz.

– Ale nie zginęliśmy – odpowiedział nie tracąc humoru i odpychając Zygfryda zdrową ręką. – Zdobycz zacna, a straty znikome.

– Znikomy to ty masz pomyślunek – odpowiedział ponury rycerz, odpuszczając przepychanki – Rozumu ci brakuje.

– A tobie dupczenia…

– Toż jego żadna niegodna – dodał rozbawiony Jansson. – Miecz zrobiony będzie, możesz spokojnie do swoich spraw wracać.

 

Zygfryd obdarzył młodszego rycerza jeszcze jednym srogim spojrzeniem i pospiesznie opuścił kuźnię. Kowal, spoglądając na poprawiającego szaty Goczka, nie mógł się powstrzymać od jeszcze jednego komentarza.

– Oj, Goczek, głupiś ty jak główka kapusty.

– Czarownicę będę miał na usługach, to już mi nikt z was ubliżać nie będzie – odpowiedział młodzieniec hardo, kładąc na piersi prawą rękę, zawiniętą w szmaty nasączone dziwnie pachnacym specyfikiem.

– A skąd taka pewność, że to ty ją na usługi dostaniesz? Konkurenci zacni, a ty kaleka, bez ręki.

– Goi się. Elsa maścią nasmarowała, do zawodów gotowy będę.

– I chcesz ty i Hahna i Rawdona i Zygfryda zwyciężyć?

– Hahn stary pryk, Rawdon za ciężki i za wolny na takie potyczki, a ten raptus dziewiczy, to mięsa nie tknie, ino zieleniną się żywi, a w zawodach ma stawać? Jego takie zabawy niegodne – odpowiedział, mocno akcentując ostatnie słowo.

– Żebyś ty w wieku Hahna miał chociaż połowę jego siły i wigoru, i jedną trzecią tego szacunku, coś mu winien. Zygfryd za to honorowy i cnotliwy, a tyś zwykły kiep, co sobie mieczykiem lubi pomachać – odpowiedział zdenerwowany Jansson. – A teraz wynoś mi się stąd, bo jeszcze ci drugą rękę porachuję.

 

Nie czekając, aż rycerz opuści kuźnię, powrócił do oględzin złamanego miecza. Będąc pewnym, że Goczek jest już daleko, krzyknął w stronę okna.

– Piprek, ty wiesz, co za przeszpiegi grozi?

Zza okna powoli wynurzyła się płowa czupryna, a zaraz po niej zaczerwieniona ze wstydu twarz.

– Żadne tam przeszpiegi… Ja tak z ciekawości tylko… Bo mi nikt nie chce powiedzieć, co to teraz z tą wiedźmą będzie, to i nadstawiam ucha gdzie się da…

– A czemuż to? – zapytał zdziwiony kowal. – Wszak to tajemnica żadna, a i starsi pamiętać powinni, bo dopiero co dwadzieścia lat minęło, jak Galenstraat do zamku przybyła.

Piprek spoglądał na Janssona z nadzieją, co serce kowala zmiękczyło. Słabość miał do chłopaka, bo jako małego w lesie znalazł i długo jak syna wychowywał, dopóki mistrz Ippoldt nie zaproponował lepszego losu dla urwisa. Żeby ustrzec się jednak przed kolejnymi skargami mistrza, że za bardzo chłopaka rozpieszcza, zaproponował, że jak mu kuźnię uprzątnie, to w zamian o dalszych losach wiedźmy usłyszy.

 

Dobrą godzinę Piprek w ukropie pracował. Kiedy skończył, kowal odsunął się na chwilę od swoich obowiązków, wyciągnął z wiszącej przy wejściu sakwy bochen chleba, płaty suszonego mięsa i gąsiorek wina, położył na stole i podzieliwszy na dwie części, usiadł na pieńku przy ścianie. Piprek, zniecierpliwiony, nawet kęsa nie mógł wziąć, choć kiszki od ciężkiej pracy marsza grały.

– No to co chcesz, chłopcze, wiedzieć?

– Co teraz z wiedźmą będzie? I co to za szranki? A czemu…

– Spokojnie, powoli…

– Bo mistrz Ippoldt, to powiedział, że „teraz bestię trzeba okiełznać".

– No to wszystko już wiesz, po co mój czas marnujesz?

– Przepraszam – odpowiedział zawstydzony młokos.

– Bo widzisz, pierwsze, co musisz wiedzieć, to że wiedźma, to nie niewiasta. Musisz patrzeć na nią, jak na groźne zwierzę, które ogon podkuli tylko przed silniejszym od siebie. Mieć taką wiedźmę po swojej stronie, to jak mieć potężną broń, ale zdobyć ją, to kawał ciężkiej roboty. Najpierw więc, trzeba będzie wyłonić najlepszego kandydata i o to właśnie te zawody. Prawo stanąć do nich mają wszyscy, którzy w chwytaniu wiedźmy brali udział, jednak, zważ, mogą, ale nie muszą. Kto decyduje się wiedźmę posiąść, wielkie brzemię na siebie bierze, bo groźne to, często zdradzieckie, a i nie zawsze siłą się złamać da. Ale jak już się uda, to korzyści co niemiara. Wystarczy popatrzeć na Elsę, albo Galenstraat. Elsa ino medykuje, ale Gaalenstrat w walce za dziesięciu chłopa robi, a i podobno inne cuda potrafi.

– Ale jak te zawody będą wyglądały?

– A pamiętasz tą wielką klatkę na polanie w północnym lesie, co to cię Goczek w niej zamknął, jak mu żeś źle popręg dopiął i z konia spadł?

– A jakżebym mógł zapomnieć… – mruknął zjeżony młodzieniec.

– Tam wyruszymy jutro w nocy, kiedy dzwon zacznie bić. To będzie znak, że ustawiono klepsydrę i turniej się zaczął. Kiedy będą się przesypywać ostatnie ziarna, dzwon zabije drugi raz…

 

Nagle opowiadanie przerwał zirytowany głos mistrza Ippoldta.

– Piprek! Piprek! Gdzie jesteś, niecnoto?

Chłopiec, przerażony, aż podskoczył i, jak za dziecięcych czasów, w pierwszym odruchu wyskoczył przez okno i pobiegł szukać schronienia…

 

 

*

 

 

Jasna postać Galeenstrat wyglądała, jakby emanowała własnym światłem, mimo że księżyc przesłoniły chmury. A może sam się za nimi skrył, zawstydzony jej urodą, którą tak niewielu mogło podziwiać? Ubrana w suknię kolory zimowego nieba, obficie haftowaną srebrem, z białymi niemal włosami, powiewającymi za nią niczym welon, sunęła przez dziedziniec bezszelestnie jak duch, podsycając tym samym szepty o straszącej w zamku Białej Damie. Jedynie w wiklinowym koszyku, ściskanym w prawej dłoni, od czasu do czasu coś cicho pobrzękiwało.

 

Strażnik bez pytania przepuścił ją do lochów. Grobowe powietrze i zapach stęchlizny podrażniły jej nozdrza, ale nie zawahała się. Ostrożnie stąpała po stopniach w dół, polegając na słabym świetle pochodni, ustawionej obok wejścia do celi jedynego więźnia. Kolejny strażnik, nieco z trudem, odsunął grubą, drewnianą sztabę blokującą drzwi i wszedł do celi, przyświecając pochodnią.

 

Bic sie nie zmieniło. Wiedźma była podwieszona na środku celi. Ciężkie żelazne kajdany, w które zakuto jej nadgarstki, przymocowane były do haka, zwieszającego się z masywnego łańcucha, przewleczonego przez obręcz w stropie i przytwierdzonego do drewnianego kołowrota. Stopami ledwo dotykała ziemi. Kolejne kajdany pętały kostki. Spuszczona głowa nie pozwalała określić stanu przytomności, więc strażnik, nie chcąc ryzykować bezpośredniego kontaktu, dobył kordu i ostrożnie podniósł jej podbródek. Twarz miała mokrą, usta lekko rozchylone, ale oczy zamknięte. Odczekał chwilę i nie doczekawszy się żadnej reakcji, przymocował pochodnię do ściany i wyszedł, zostawiając otwarte drzwi.

 

Galenstraat, nie czekając dłużej, odstawiła koszyk i podeszła do wiedźmy. Delikatnie uniosła jej głowę, a ta, czując na policzkach kojący dotyk miękkich i ciepłych dłoni, z trudem otworzyła oczy. Spod lekko uchylonych powiek pociekły kolejne łzy. Spojrzała błagającym wzrokiem i z wysiłkiem wyszeptała:

– Zabij mnie…

 

Na twarzy Galenstraat wykwitł smutny uśmiech współczucia. Sięgnęła do koszyka i wyjęła małą, błękitnie połyskującą buteleczkę. Odkorkowała, i odchyliwszy głowę wiedźmy, wlała całą zawartość prosto do jej ust. Ta szarpnęła się i zakrztusiła, ale połknęła wszystko. Po chwili patrzyła na gościa rozszerzonymi, ale przytomnymi źrenicami. Oddychała spokojnie, a po grymasie bólu nie pozostało ani śladu.

 

Starsza wiedźma, zadowolona z efektu, sięgnęła znowu do koszyka i wyjmując wilgotną szmatkę zaczęła ocierać twarz i rany spętanej.

– Skończyło się życie, jakie znasz – mówiła przy tym aksamitnym głosem. – Ale co przyniesie ci fortuna, to nawet Elsa nie wie. Możesz trafić dobrze, a możesz trafić bardzo źle, ale, wbrew pozorom, na zamku szanuje się wiedźmy. Tylko od ciebie zależy, jak szybko sobie na szacunek zasłużysz.

 

Skończywszy opatrywanie, spojrzała wiedźmie jeszcze raz w oczy.

– Czekają cię trudne chwile. Teraz śpij. Obudzę cię, kiedy przyjdzie pora.

Dłonią zasłoniła jej oczy i głowa wiedźmy bezwładnie opadła.

 

Wracała przez dziedziniec zamyślona, jakby nieobecna. Z transu wyrwało ją dopiero uporczywe przeświadczenie, że ktoś ją obserwuje. Rozejrzała się. W oknie zamku stał ledwo widoczny Zygfryd. Posłała mu porozumiewawczy uśmiech i ruszyła w jego kierunku.

 

 

*

 

 

Cały następny dzień dłużył się Piprkowi niemiłosiernie. Za to po zachodzie słońca gotów był biec do Janssona na każdy dźwięk, który choć trochę przypominał bicie dzwonów. Krążył po zamku, aż w końcu, znużony, zasnął, oparty o okno wychodzące na dzwonnicę. Spał tak mocno, że nie obudził go nawet tak wyczekiwany dźwięk. Tylko przypadkowe szturchnięcie osłabiło sen. Chłopiec otrzeźwiał natychmiastowo. Rzucił się pędem w stronę głównego wyjścia i dalej, do kuźni, przed którą spokojnie czekał Jansson. Zdyszany, przystanął na chwilę. Kowal tylko pokiwał głową ze zrezygnowaniem i ruszył spokojnym krokiem w stronę lasu północnego.

 

Szli w ciszy, co jakiś czas mijając innych, tak samo spokojnych i podekscytowanych jednocześnie. Światło księżyca nieśmiało przebijało się przez korony drzew, łudząc oczy nierealnymi obrazami. Czasem, kątem oka, Piprek dostrzegał przerażające demony, sunące slalomem między pniami drzew i wiedza, że to jeno rycerze w maskach, wcale nie umniejszała strachu.

 

Po niezbyt długim, spokojnym marszu dotarli do celu. Polana była niemalże idealnie okrągła, o średnicy jakichś siedemdziesięciu kroków, otoczona przez wał wysokości dorosłego mężczyzny, szeroki na cztery kroki. Tu się zatrzymali. Piprek znał już to miejsce i nie wiązał z nim przyjemnych wspomnień. Wtedy jednak spędził tu noc samotnie, a teraz na polanę przybyli chyba wszyscy mieszkańcy zamku, łącznie z kucharkami i stajennymi. Nikt jednak nie wyszedł poza wał. Do środka wolno było wejść tylko członkom zakonu.

 

Wewnątrz, w połowie odległości miedzy wałem a środkiem polany, w równym okręgu ustawili się wszyscy obecni na zamku rycerze. Nie szło ich rozróżnić, gdyż wszyscy mieli na sobie takie samo odzienie: długi do ziemi płaszcz, czarny u szyi i stopniowo przechodzący w szkarłatną czerwień. Ich twarze były zasłonięte przez metalowe maski, przypominające czaszki dziwnych bestii o wydłużonych pyskach i długich kłach, ze skierowanym do góry, ostro zakończonym rogiem, po którego obu stronach przymocowano zwrócone do tyłu, smukłe bażancie pióra.

 

Na samym środku, na kamiennym podwyższeniu, stała wielka żelazna klatka. Czy może raczej – arena. Zbudowana na podstawie koła o średnicy jakiś dwunastu łokci, wysoka na piętnaście. Kopulasty wierzchołek był zwieńczony ginącym w ciemności masztem. Poza księżycem, jedyne oświetlenie stanowiły cztery przymocowane do klatki pochodnie. W środku leżała wiedźma. Skuta. Nie ruszała się.

 

Nagle dzwony zaczęły bić ponownie. Spośród rycerzy wystąpiły pojedyncze postaci i zaczęły iść w stronę areny, przystając kilka kroków przed nią. Przy dwunastym uderzeniu wokół areny powstał krąg jedenastu zamaskowanych postaci. Gdy tylko echo finalnego uderzenia ostatecznie przebrzmiało, rzucili się w stronę klatki. Po pokonaniu kamiennego podestu, większość zaczęła wspinaczkę po żelaznych prętach. Jeden tylko spokojnie ruszył do wejścia i objął straż, jednocześnie obserwując poczynania towarzyszy.

 

Tymczasem wspinającym zadanie utrudniały nie tylko stroje i maski, ale i sami współtowarzysze, obecnie rywale. Kopniaki i szturchnięcia skutecznie spowalniały tych mniej zdeterminowanych. Jeden w końcu odpadł i runął plecami na kamienny podest. Leżał chwilę, ale podniósł się, choć z trudem. Spojrzawszy na współtowarzyszy poniechał jednak dalszej wspinaczki i stanął w niedalekim sąsiedztwie strażnika wejścia.

 

Z pozostałych na klatce trójka wyraźnie prowadziła. Stawiając ostrożne kroki na kopulastym wykończeniu, dążyli w stronę masztu. Jeden z nich upadł podhaczony. Niebezpiecznie stoczył się na krawędź i choć nie spadł, pozostała dwójka dotarła już do masztu. Widząc to, reszta zaczęła pospiesznie wracać na podest.

 

Przy maszcie trwała walka o pierwszeństwo. W szamotaninie jeden z rycerzy pośliznął się, co drugi skrzętnie wykorzystał. Był już na wysokości jakiś czterech łokci, kiedy towarzysz go dogonił i, ciągnąc za nogi, próbował wyeliminować, bezskutecznie. Mozolnie, ale sukcesywnie, wspinali się jeden za drugim i wkrótce obydwaj utonęli w ciemności.

 

W tym czasie jedyny pozostał na klatce rycerz ostrożnie podszedł do masztu, upatrując tutaj swojej szansy. Pozostała ósemka już czekała przy wejściu. Nikt nie widział, co działo się na szczycie. Co sprawniejsze uszy wyłapywały tylko odgłosy stękania, szamotania, uderzeń…

 

I nagle w powietrzu rozbrzmiało metaliczne pobrzękiwanie, które, choć ciche, nie uszło uwadze nikogo z obecnych. Piprek szybko zrozumiał, że coś się wydarzyło i patrząc po skupionych twarzach zebranych doszedł do wniosku, że chyba tylko on nie wie, co.

Sekundy ciszy, które nastąpiły zaraz potem, przerwały znowu odgłosy szamotania, a po chwili metaliczny huk, kiedy jeden z walczących na maszcie rycerzy spadł na klatkę i, ogłuszony, zaczął się z niej powoli zsuwać. Czyhający pod masztem tylko przelotnym spojrzeniem obrzucił przeciwnika, bo z góry właśnie zjeżdżał kolejny.Znów się zakotłowało. W pewnym momencie, ogłuszony opadkiem z masztu rycerz ostatecznie zsunął się z krawędzi klatki i niechybnie uderzyłby z całym impetem o grunt, gdyby resztką sił nie złapał na chwilę krat, co nieznacznie złagodziło upadek.

 

Pozostali obserwowali go krótko, ale nikt nie ruszył z pomocą. Spojrzenia szybko wróciły w stronę szamoczących się na klatce. Wkrótce ich oczekiwanie dobiegło końca – w efekcie przepychanki obaj rycerze stoczyli się z klatki. Reszta tylko na to czekała. Ruszyli na nich jak sfora wygłodniałych psów, tworząc czerwoną kotłowaninę z wystającymi gdzieniegdzie przerażającymi czaszkami. Tylko jeden niewzruszenie pozostał na straży.

 

Rycerz, który, wczesniej ogłuszony, nie przyciagął niczyjej uwagi, drgnął. Powoli usiadł. Oddychał ciężko. Obrzucił badawczym spojrzeniem kotłowaninę i spróbował stanąć na nogi. Przyszło mu to z trudem, ale nie upadł. Oparł ręce na kolanach, próbując zaczerpnąć tchu, po czym wyprostował się i przeciągnął, wyginając łokcie do tyłu. Coś gruchnęło. Pokręcił głową na różne strony, sprawdzając stabilność karku, oderwał połowę płaszcza, rozdartego przy spadaniu, po czym ruszył w stronę walczących.

 

Zatrzymał się jednak przed strażnikiem wejścia. Sięgnął pod płaszcz i zza pasa wyciągnął duży, zawieszony na metalowym kole klucz, który delikatnie brzęknął. Dźwięk jednak dotarł do zdezorientowanych i ogłupiałych walczących, którzy w jednej sekundzie zgodnie zastygli w bezruchu.

 

Odosobniona dwójka chwilę jeszcze toczyła walkę na spojrzenia, ale zanim pozostali rzucili się w ich kierunku, doszło do starcia. Dotychczasowy strażnik nieznacznie górował nad przeciwnikiem wzrostem i posturą, zachował też wszystkie siły. Mimo to, determinacja przeciwnika go zaskoczyła. Lekceważąc pierwsze uderzenie, pozwolił mu dotrzeć niebezpiecznie blisko wejścia, ale zręczne szarpnięcie naprawiło błąd i ręka z kluczem zamajaczyła tuż przed nosem osiłka. Skupił się na niej jednak zbyt mocno, bo po chwili silny cios w brzuch na dwie sekundy zamroczył jego umysł. W ostatniej chwili podciał sięgającego zamka przeciwnika, który stracił równowagę i padł na ziemię. Nie wypuścił jednak klucza, lśniącego teraz na wyciągnięcie ręki oponenta, czego ten nie omieszkał wykorzystać. Przed oczyma już zobaczył słodką wizję zwycięstwa, gdy wtem coś ciężkiego zwaliło mu się na plecy.

 

Czerwono-czarna, zakurzona wataha dotarła pod wejście. W tumulcie jednakowych postaci chyba tylko sam diabeł wiedziałby, gdzie szukać klucza. Wydawało się, że rycerze walczą na oślep, że zapomnieli celu i nie przestaną, póki ostatni żywy nie zostanie… Wtem, szczęk otwieranego zamka rozległ się niby huk grzmotu. Rycerze posłusznie odstąpili, ukazując obserwującym tego jednego, którego dłoń spoczywała na kluczu.

 

Klęczał przy zamku, oddychając ciężko. Zwiesił głowę, próbując złapać tchu. Po chwili, wstał. Zachwiał się, ale nie przewrócił. Otworzył żelazną furtkę i wszedł do środka. Widzowie czekali już tylko, aby objawił swoją twarz.

 

Rycerz zatrzasnął za sobą kraty, przekręcił klucz i wyrzucił go na zewnątrz. Wśród widowni poniósł się pomruk. Piprek spojrzał na skupioną i lekko zaniepokojoną twarz kowala.

– Co on wyprawia? – mruknął pod nosem Jansson.

– Czy on oszalał?

– Coś jest nie tak…

Dobiegające zewsząd szepty jasno świadczyły o tym, że ta część już nie należała do rytuału. Z sercem walącym jak młot Piprek powrócił wzrokiem do areny.

 

Rycerz stanął nad wiedźmą, która według prawa zakonu była już jego własnością. Przyglądał jej się przez chwilę, a wiatr podwiewał porwany płaszcz. Nagle sięgnął za pas i, ku zaskoczeniu wszystkich, wydobył zza niego drugi klucz, dużo mniejszy, którym rozkuł kajdany najpierw na kostkach, potem na nadgarstkach wiedźmy. Ta, jak na komendę, otworzyła w pełni przytomne oczy. Niezgrabnie skoczyła na nogi i błyskawicznie zlustrowała otoczenie. Wyglądała na lekko zdezorientowaną i przerażoną, ale i gotową do walki. W końcu obdarzyła spojrzeniem także zamaskowanego przeciwnika. W blasku pochodni dostrzegła jego oczy i uśmiechnęła się szyderczo.

 

Legendy i opowieści zrobiły swoje. Tłum pośpiesznie cofnął się, aby być jak najdalej od potencjalnego zagrożenia, a jednocześnie móc obserwować sytuację. Nawet w wewnętrznym kręgu zapanowało delikatne poruszenie, choć regulamin wyraźnie nakazywał milczenie.

 

Przeciwników na arenie dzieliły może cztery kroki. Stali nieruchomo jak posągi, wciąż patrząc sobie w oczy. Wiedźma rozłożyła palce, gotowa do obrony lub ataku. Na moment przerwała kontakt wzrokowy, próbując zlokalizować wyjście z klatki i ta sekunda wystarczyła, żeby mężczyzna skoczył w jej stronę. Zdecydowanym ruchem ręki sprawiła, że z impetem uderzył o pręty, choć nawet go nie musnęła. Nie tracąc czasu rzuciła się do wyjścia, szarpnęła kilka razy i z lekkim przerażeniem spojrzała za siebie. Widząc rycerza dopiero podnoszącego się z upadku, powróciła do zamka, przymknęła oczy i odetchnęła głęboko. Położone na dziurce od klucza palce zaczęły świecić i po kilku sekundach blaskiem dorównywały już oświetlającym arenę pochodniom. W tym jednak momencie przeciwnik złapał ją za kark. Zamachnęła się, ledwo go jednak sięgnęła, pozostawiając na masce trzy przepalone smugi. Chwilowe oślepienie przeciwnika znowu dało jej czas. Skupiając resztki uwagi zaczęła kumulować w dłoniach błękitną energię, widząc jednak, że przeciwnik dochodzi do siebie, bez zwłoki położyła prawicę na jego piersi. Ten, jakby tylko na to czekał. Złapał ją mocno za nadgarstek i wykręcając rękę odwrócił do siebie tyłem. Drugą rękę zacisnął na szyi, przez co całkiem straciła koncentrację. Lewą nieudolnie próbowała choć trochę osłabić uścisk, ale nie odpuszczał, pozwalając, aby powoli traciła siły. Po chwili zamarła, ręka opadła swobodnie, ale zanim rycerz zaczął coś podejrzewać, potężna fala energii ponownie rzuciła nim o pręty klatki. Poprzez zamroczenie patrzył, jak leżąca na ziemi wiedźma, krztusząc się, próbuje wstać. Nagle, powoli odwróciła głowę i spojrzała na niego pozbawionymi źrenic oczami. Na czworakach zaczęła z trudem sunąć ku niemu, a jej dłonie z każdą chwilą wydzielały coraz więcej błękitnego światła. Rycerz spróbował wstać, ale zawrót głowy posadził go z powrotem, dokładnie w momencie, kiedy emanujące mocą, wściekle zakrzywione palce sięgały w jego kierunku. Złapał nadgarstki i poczuł przeraźliwy ból, promieniujący od palców aż do barków, nie puścił jednak. Upadli na bok. Mężczyzna ostatkiem sił ciężarem własnego ciała przyszpilił wiedźmę do ziemi. Nie czekając na reakcję, kolanem rozsunął jej nogi, nadgarstki złączył nad głową i zwolnioną ręką podwinął halkę. Dotyk ciepłych, szorstkich palców na wewnętrznej stronie nagich ud sprawił, że mlecznobiałe źrenice powróciły do naturalnego koloru, dłonie zgasły, a wraz z nimi ból, który niosły. Pod rycerzem leżała teraz przestraszona, poszarpana dziewka. Zdążyła jeszcze cicho zaprotestować, ale po krótkiej szarpaninie wszedł w nią z całą siłą, na jaką jeszcze było go stać.

 

Jej krzyk otrzeźwił widzów. Co młodszych pogoniono do domów, zręcznie unikając pytań o to, co się wyprawia na arenie. Wynik walki był już ustalony. Nikt nie miał wątpliwości, że rycerz zasłużył na swoją nagrodę.

 

Kiedy już przygniatające wiedźmę ciało zastygło w bezruchu, a uścisk na nadgarstkach zelżał, z jej oczu pociekły łzy. Ostatkiem sił spróbowała się wyswobodzić. Zygfryd ściągnął maskę i delikatnie wplatając palce w jej włosy, złożył na ustach stanowczy pocałunek. Poczuł błogi spokój, kiedy wiedźma, oplótłszy go ramionami i nogami, odpłaciła tym samym.

 

Zebrane towarzystwo powoli zaczęło opuszczać polanę. Ktoś podrzucił klucz w pobliże wejścia. Pochodnie zgasły. Parę pozostawiono samym sobie.

 

Piprek dopiero po paru chwilach zorientował się, że został sam, więc czym prędzej ruszył na poszukiwanie Janssona. Tym razem po uroczystej ciszy nie pozostało ani śladu. Grupki ludzi prowadziły ożywione dyskusje na temat widowiska, nie szczędząc ani okrzyków zachwytu, ani psioczeń na nierozwagę Zygfryda. Tylko zamaskowani rycerze przemykali bezszelestnie. Poza jednym, który uparcie i wściekle łamał każdą gałąź, która mu się nawinęła.

 

Dopiero w połowie drogi Piprek trafił na kowala. Zziajany, usiłował dotrzymać mu kroku, udając, że nic się nie stało.

– Ta jest chyba godna, prawda? – zapytał nieśmiało, kiedy już jego oddech powrócił do normy.

Jansson spojrzał na niego ze zdziwieniem, ale po chwili pojął pytanie. Uśmiechnął się delikatnie.

– Nie. To on jest godzien.

 

Koniec

Komentarze

z ciekawości, bo też piszę o wiedźmie,przeczytałem. Jak dla mnie za dużo magii. Nie trawię czarodziejów i czarodziejek, które mając moc dają się oszkapić zwykłym ludziom.

Znaczy, że Ty piszesz o wiedźmie, która magii nie używa? Ale wiesz, że to jest fikcja literacka, prawda? :) 

www.herbatkauheleny.pl

Tak jakby, nie używa.Piszę o średniowicznym pojęciu wiedźmy- zielarki, uzdrowicielki. Rzeczywiście magii tam nie ma. Może to tu kiedyś wrzucę, to ocenisz. Choć długie jest i na dodatek jest ciągiem dlaszym tego, co poszło na konkurs,więc nie wiem, co z tego będzie.

Ale wiesz, w średniowieczu zioła i uzdrawianie to była magia :)

www.herbatkauheleny.pl

Tak, ale nie taka, o której Ty piszesz.Zreszta, niech się inni wypowiedzą.Pozdro.

Ale zdajesz sobie sprawę, że to jest FANTASTYKA a nie powieść historyczna?

www.herbatkauheleny.pl

zgadzam się to jest fantastyka :)

Kiedys zapytałem przyjaciela leśnika - Przyjacielu leśniku, jak to jest jechać konno lasem? On zapytał- Pytasz drogą jechać, czy na przełaj?Na przełaj - odpowiedziałem. Ano - rzekł. - Po paru metrach dostajesz gałęzią w pysk i dalej nie jedziesz. Ale gdyby w tym lesie rosły trzy drzewa? - byłem dociekliwy. To nie byłby las - odparł.- Tylko ogródek mojej babci pod blokiem.

Nie daje Ci to opowiadanie spokoju, co? :)

www.herbatkauheleny.pl

Dobrze napisane, wciągające! Brawo!

Dziękuję :) Bałam się, że jest za długie, żeby komuś się chciało przez to przedzierać...

www.herbatkauheleny.pl

gwidon, pierniczysz. To jest fantastyka, a nie opowiadanie historyczne, a magia jest  tu wedługmnie dawkowana w rozsądny i nie przesadzony sposób. Zreszta, nawet w Ogniem i Mieczem Horpyna z rzeki wróżyła, więc też byś się mógł czepnąć, że czarów za dużo. Jak dla mnie to bardzo ciekawy i wciagający tekst, który naprawdę warto przeczytac.

Zaufaj Allahowi, ale przywiąż swojego wielbłąda.

Dziekuję :)

www.herbatkauheleny.pl

Bardzo wciągający i dobrze napisany tekst. Przeczytałem z przyjemnością.

Pozdrawiam.

Dziękuję :)

www.herbatkauheleny.pl

Chciało się przedzierać, chciało, tylko głosu się nie zabierało, bo to takie bardziej obok moich zainteresowań. Ale, przyznaję, dobre.

Opowiadanie wciąga, a koniec pojawia się i tak za szybko. Pomysł z próbą "oswojenia" wiedźmy i w rezultacie jej dobrowolne poddanie się, to dla mnie coś nowego. Chyba, że jej uległość można uznać za jakąś siłę?

AdamKB, cieszę się, że się podobało, mimo że obok zainteresowań :)

elvicka, pomysł tak jakby z życia wzięty :) A uległość to zdecydowanie słabość, na szczęście w tym przypadku obopólna ;) 

www.herbatkauheleny.pl

Świetne. Gratuluję talentu, stylu i piórka :)

Bardzo dobry tekst - ktoś już to mówił? Chociaż klimat nie dla mnie. Nie lubię o rycerzach i wiedźmach. Napisane jakoś tak, że bym nie pomyślał, że to tej autorki. Co mi się nie podobało, zbyt długi opis tego zmagania się przy klatce, jak dla mnie zbyt długi, ale ogólnie chyba, jest ok. Bohater Piprek to zdecydowanie najciekawsza postać, jak dla mnie, nawet byłbym ciekaw rozwinięcia tej postaci. 

Rewelacyjne opowiadanie. Bardzo lubię klasyczne fantasy, zwłaszcza takie w nieco mrocznym wydaniu. Świetny pomysł i styl też bez zarzutu. 5 :)

Ciekawy pomysł na wcielenie wiedźm do magiczno-średniowiecznego świata.

Jeśli chodzi o wykonanie, masz sporo literówek i trochę powtórzeń. Po co Ci odstępy między akapitami?

Babska logika rządzi!

Bo tekst jest jeszcze z czasów starego portalu, a tam nie było wcięć, więc stosowało się akapity anglosaskie :)

www.herbatkauheleny.pl

OK. To wiem, zdaję sobie sprawę, skąd biorę teksty, które czytam. Ale teraz już wcięcia robią się automatycznie, a teksty można edytować. Ba! Trzeba to zrobić, zanim pojawią się na liście.

Babska logika rządzi!

Mam ciekawsze rzeczy do roboty :)

www.herbatkauheleny.pl

Klasyczna opowieść o nietypowym sposobie pozyskiwania wiedźm. Czytało się całkiem dobrze, jako że pomysł niezły, choć wykonanie mogłoby być lepsze.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka