- Opowiadanie: AubreyBeardsley - Ocaleni

Ocaleni

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Ocaleni

Drżenie było gdzieś w nim, pełzło od kręgosłupa, przez ramiona, złośliwie drapało w szyję i rozchodziło się po całym ciele niby stado upierdliwych mrówek. To nie był strach, raczej niepokój, też paskudne uczucie. Statek górował nad okolicą, rzucając na złoty piasek pustyni czarny, falujący cień. Falujący, jak biust barmanki w pubie dla astronautów. Falujący, jak morze przy niezbyt mocnym wietrze. Falujący, jak… Dość, są ważniejsze sprawy. Upał stawał się nie do wytrzymania.

Rod czuł się jak kretyn. Prawie pięćdziesiąt stopni, a on się trzęsie, głupio, no pewnie, że głupio. Jeżeli w telewizji pokażą – sześć miliardów ludzi przed telewizorami spojrzy, miał być bohater, a stoi jakiś gówniarz i się trzęsie. Wstyd! Rod bardzo chciał opanować drżenie, jednak jego wysiłki nie zdały się na nic. Zresztą – niech widzą. Te sześć miliardów może go w dupę pocałować i tak to on za pół godziny poleci ratować ludzkość, a jak się obrazi i nie poleci, za parę dni już nikt z tych sześciu miliardów nie zostanie, żeby się z niego śmiać. Ha.

Od razu zrobiło mu się lepiej. Jeszcze mu będą kiedyś pomniki stawiać. Medal wręczą. Nazwą jego imieniem główną ulicę… Wszystko fajnie, oby tylko nie pośmiertnie.

Dopiero po chwili dotarło do niego, że ktoś, kto właśnie wygłaszał porywające przemówienie, już skończył porywać, przez pustynną równinę przetacza się burza oklasków, a błyski reporterskich fleszy walą mu prosto w oczy. Zamrugał wściekle i odwrócił twarz. Ale tylko na chwilę, bo przecież sława, chwała, pierwsze strony, znanym trzeba być. Rozbrzmiały fanfary – mogli sobie darować, naprawdę – i Rod wraz z dziesięcioosobową załogą statku godnie wkroczył na pokład, żegnany wyciem ugotowanego na twardo w pustynnym skwarze tłumu.

Statek zaburczał bojowo i z cichym westchnieniem uniósł się w przestworza. Przez chwilę jeszcze lśnił czernią na białym od upału niebie, a potem już go nie było, zostało tylko rozemocjonowane ludzkie zbiorowisko. Które zresztą niebawem rozeszło się do domów, bo po co tak stać, kiedy statku już nie widać, w niebo gapić się można i z własnego ogródka.

Wszystko zaczęło się przed tygodniem. Na orbicie okołoziemskiej zatrzymał się niewyobrażalnie wielki statek obcej cywilizacji. Obcej – znaczy takiej, z jaką Ziemia jeszcze nigdy nie miała do czynienia, choć czyniła już wiele w wielu różnych częściach Wszechświata. Zanim ludzkość zdążyła zareagować na te niespodziewane odwiedziny, Główna Stacja Kontroli Kosmicznej otrzymała komunikat, zgrabnie przetłumaczony z obcego na angielski. Komunikat był krótki i treściwy: „Zamierzamy w tym rejonie wybudować stocznię dla statków międzygalaktycznych. Wasza okolica zwana Układem Słonecznym zostanie opróżniona z wszelkich planet, planetoid, itd. Ładujemy właśnie promienie niwelujące. Za siedem dni już was nie będzie. Żegnajcie, miło było poznać". Wtedy ludzkość wreszcie zareagowała i to dość gwałtownie. Zaczęto przygotowywać poselstwo, celem negocjowania warunków odstąpienia obcych od zniwelowania Ziemi. Bo przecież nie można było tego tak zostawić.

Sześć dni później ziemski statek międzyplanetarny był gotowy do lotu, gotowe były argumenty, gotowa załoga, tylko Rod, stojący na czele ekipy negocjującej, nie czuł się gotowy. Jeszcze wczoraj – owszem, w myślach wygłaszał płomienną mowę, wzruszał obcych, ratował Ziemię i – to już w tych wieczornych, najśmielszych marzeniach – zostawał wybrany na prezydenta, potem wprowadzał pokój na świecie i dokarmiał wszystkie głodne dzieci. Ale to było wczoraj, teraz jest dzisiaj, a na ekranie głównym w kabinie pilotów widać obcy statek, wielki, wielki, tak wielki, że ziemski okręcik zdaje się przy nim zagłodzoną wszą.

Rod otarł pot z czoła, zmartwiony, że jak się za bardzo spoci, nie będzie wyglądał dostatecznie poważnie. Ale nic, do kontaktu z obcym statkiem została godzina. Rod, chcąc nie chcąc, pocił się więc dalej, aż nagle przestał, kiedy w jednej chwili paskudne uczucie zmroziło go szpiku kości. Na ekranie zamigotał ogromny komunikat, pochodzący ewidentnie z obcego statku: „Dokąd, kurwa?!" (swoją drogą, to ciekawe, że pewne słowa istnieją w każdym niemal języku, niezależnie od koloru skóry, ilości kończyn i stanu skupienia porozumiewających się nim istot). Rod w jednej chwili, wykazując się refleksem godnym dowódcy mającego zaraz uratować ludzkość, kazał zatrzymać statek i wezwał do siebie załogę. Po krótkiej naradzie postanowiono, co następuje: obcym należy odpisać tym samym kanałem, którym nadali swoją wiadomość, po angielsku, jako że najwyraźniej dysponują elektronicznym tłumaczem, grzecznie, uprzejmie, kulturalnie, i pokrótce – acz stanowczo – wyłuszczyć im cel przybycia ziemskiego statku. Tak też uczyniono.

Po kilku długich minutach, w przeciągu których Rod zdążył ze trzy razy popaść w czarną rozpacz, by zaraz potem poddać się euforii, zakończonej przerażeniem i znów rozpaczą, ekran zamigotał i, zamiast wyświetlić wiadomość zwrotną, ukazał zaskoczonym członkom załogi średnio przyjemne oblicze obcego.

– Czego chcecie? – zapytał obcy, a jego głos zabrzmiał głuchym echem tłumacza. Przybysz był bladozielony, o wąskiej twarzy pozbawionej wyrazu. Jego ciało pokrywały łuski tworzące coś na kształt pancerza. Ewidentnie spożywał właśnie obiad, gdyż nieprzerwanie zanurzał metalową łyżkę w leżącej przed nim na stole sporej misce, nabierał nią kęs szarej mazi i pakował sobie do ust. – Pragnę zaznaczyć, że mamy was na celowniku lasera, nasz strzelec trzyma palec na spuście.

Na ekranie przez chwilę zagościł wizerunek strzelca, bladozielonego i opancerzonego, ostentacyjnie trzymającego palec na wielkim, ostentacyjnym spuście.

– Przybywamy z poselstwem – zaczął Rod. – W imieniu Ziemian, narodu wspaniałego, o wielkim potencjale i niezwykłej kulturze. Pragniemy przekonać was, gwiezdni przyjaciele, że zniszczenie Ziemi byłoby niepowetowaną stratą dla Wszechświata.

– No, mów – zachęcił go obcy, opluwając niechcący ekran. Po brodzie wolno i dostojnie płynęła mu strużka szarej brei.

Rod poczuł się pewniej. W jednej chwili zniknęło całe zdenerwowanie, trema i wątpliwości ulotniły się, jakby nigdy ich nie było. Pomnik, medal, ulica, prezydentura, pokój, głodne dzieci – przelatywało mu przez głowę szybko, bez przerwy i niekoniecznie w tej kolejności. Zaczął mówić. O historii. O postępie, doświadczeniach, nauce. O wynalazkach, lotach międzygwiezdnych, odkryciach. O kulturze, sztuce, filozofii wzajemnej miłości, którą prawie udało się wprowadzić, ale jeszcze nad tym pracujemy. O ekologii. O artystach cieszących się międzyplanetarną sławą. O… Obcy kiwał głową w zamyśleniu, mechanicznie poruszając uzbrojoną w łyżkę ręką.

Przemowa trwała długo. Członkowie załogi płakali wzruszeni, dwie astronautki dostały spazmów, technik pogodził się z lekarzem, z którym kłócił się od kilku lat, stary profesor kosmologii kiwał głową, mrucząc: „piękne, piękne" i ocierając ukradkiem łzę, ksenoetnolog postanowił skończyć z piciem i zacząć życie od nowa. Kiedy Rod skończył, zapanowała cisza, podniosła i pełna uniesienia.

– Dobrze, można rozważyć… – powoli zaczął mówić obcy, a równocześnie Rod zaczął myśleć szczęśliwy: „OCALE…!"

 

Zanim skończył tę tryumfalną myśl, próżnię przeciął zielony błysk i ziemski statek rozpadł się na atomy. Znów zrobiło się cicho, tym razem jednak nie było w tym fakcie nic podniosłego. Na pokładzie obcego statku zapadła konsternacja.

– Ups. – rozległo się zza pulpitu strzeleckiego. – Przepraszam, palec mi się omsknął.

Obcy spojrzał groźnie w tamtą stronę, nie przerywając jedzenia nawet na chwilę.

– Jeszcze raz ci się, sieroto, coś omsknie i cię zwolnię. A zresztą… – na moment przerwał jednak jedzenie. – I tak ta biała galareta zaczynała mnie denerwować. Włączycie wreszcie ten cholerny niwelator, czy mam do końca świata czekać?!

 

Koniec

Komentarze

Całkiem, całkiem. Ostatnio "inwazje" i tym podobne są na topie, więc trzeba korzystać. Fajnie, z humorem (może nie najlepszym, ale zawsze). Spokojnie można przeczytać i kilka razy się uśmiechnąć, ale zakończenie najgorsze z możliwych moim zdaniem. "Palec mi się omsknął"? - mogłeś się, Autorze, bardziej wysilić.
Pozdrawiam

Mi się podobało:) miałem się czepiać szczegółów, zadać serię pytań dlaczego to a czemu tamto, a czemu nie wysłali sygnału, albo dlaczego kosmici mieliby nas informować itp. No ale po co. Widzę, że Twoim zamierzeniem było wywołać śmiech i poniekąd się udało:) sympatyczny i przyjemny tekst choć bez rewelacji.
pozdrawiam Aubrey

http://tatanafroncie.wordpress.com/

Rzeczywiście, zabawne. Temat, niestety mocno "ostukany". Natomiast opowiadanie, jak najbardziej do przeczytania. Pełny relaks, pozdrawiam

Mastiff

dziękuję za komentarze :)
meksico - moim głównym celem było przećwiczenie narracji zmediatyzowanej, którą uwielbiam :) a że śmieszne wyszło - też dobrze :) fabuła, inwazja i takie tam to raczej pretekst...

it's time for war, it's time for blood, it's time for TEA

Dobre. Rozbawiło mnie, obcy jako chamy i prostacy:P Fajne :)

Zaufaj Allahowi, ale przywiąż swojego wielbłąda.

Dzięki, Fasoletti :)

it's time for war, it's time for blood, it's time for TEA

Miłe, lekkie i przyjemne. Jako fajny przerywnik spełnia swoje zadanie.

Pozdrawiam.

Hmm, masz niezły styl. Podoba mi się! Tak wspomniany, jak utwór. Dam 4.

z miłą chęcią zapoznam się z innymi Autorki utworami.... ale nie dziś, oooo nie ;-) 

pzdr serdecznie!

o, dziękuję :) i również pozdrawiam!

it's time for war, it's time for blood, it's time for TEA

A mnie nie rozbawiło. :-(

Kretynom nie powinno się dawać broni i tyle.

Babska logika rządzi!

Nieźle napisane, ale nie dostrzegłam w szorcie niczego zabawnego, niczego szczególnego. Ot, przeczytałam i niebawem zapomnę. :(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Fajne :)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka