- Opowiadanie: surfaceofthesun - Czy ktoś stoi za firanką?

Czy ktoś stoi za firanką?

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Czy ktoś stoi za firanką?

I

 

– Wiesz, że ciemnych korytarzy nie trzeba się bać, prawda? – zapytał, pochylił się i pocałował córkę w czoło.

Uśmiechnęła się krzywo (lewy kącik ust zawsze pozostawał lekko opuszczony, niczym w niezdarnym makijażu kompletnie pijanego clowna) przetarła mokry ślad gwałtownie, niemal ze złością i kiedy opuściła rękę na skórze pozostało małe zaczerwienienie.

– Wiem, tatusiu – skłamała, bo wiedziała, jakiej odpowiedzi oczekuje.

– Moja mała bohaterka! Postaramy się wrócić naprawdę szybko… I z prezentem, co ty na to?

– Naprawdę? Mamo, naprawdę? – Dziewczynka odwróciła się w kierunku wysokiej kobiety o długich, opadających na ramiona blond włosach, która właśnie zeszła po schodach i przystanęła przed lustrem, poprawiając wełnianą czapkę.

– Pewnie, skoro tatuś obiecał, to powinien dotrzymać słowa – mrugnęła do męża i pokazała mu język.

Dorotka pomyślała, że rodzice zachowują się czasem bardzo dziecinnie, oparła ręce na biodrach i głośno westchnęła. Wszyscy się roześmiali, bardzo donośnie, całkiem zagłuszając wiatr, powoli podnoszący łeb na zewnątrz.

Na razie podrywał tylko drobne, otoczone szarą mgiełką kurzu śmieci z popękanych chodników i brudnych ulic, skrzypiał łysymi, chudymi gałęziami, z rzadka drapieżnie szarpał firanki powiewające w nieopatrznie otwartych na oścież oknach, bezskutecznie próbując je wyrwać z zaciśniętych kłów żabek. Cierpliwie czekał; wkrótce, pod osłoną czarnego nieba, nadciągną oddziały skłębionych, ciężkich chmur wraz z hałaśliwą artylerią dudniących grzmotów i błyskawic o ostrych krawędziach.

To będzie jedna z tych nocy, kiedy ludzie odchylają zasłony, wyglądają na zewnątrz i mówią, że dziś chyba lepiej nigdzie nie wychodzić. Jedna z tych nocy, kiedy dzieją się rzeczy dziwne, mające zwyczaj przydarzać się dzieciom zbyt małym, by samodzielnie korzystać z kuchenki, ale wystarczająco dorosłym, by zostać w domu jedynie w towarzystwie pluszowego misia o ślepych oczkach z czarnych guzików.

 

Ojciec założył szary płaszcz, podbity od wewnątrz miłym w dotyku futrem (Dorotka lubiła opatulać się nim szczelnie i udawać wilka zamieszkującego zapomniane przez ludzi lasy) i delikatnie, z prawdziwą czułością, poklepał córkę po głowie.

– Za niedługo wrócimy, namaluj coś dla nas w tym czasie, dobrze? I pamiętaj, nie ma się czego bać. To stary dom, czasem coś zaskrzypi, ale to tylko drewno, nic strasznego. Pożegnaj się z mamą. Pa, kochanie – Wyprostował się i szybkim krokiem wyszedł na zewnątrz.

Dorotka wspięła się na palce i zawiesiła ręce na szyi matki, uśmiechając się szeroko.

– Będziesz pamiętała o prezencie? – wyszeptała jej jeszcze na ucho.

– Pewnie! Nie martw się, wrócimy zanim zdążysz się obejrzeć – odpowiedziała mama, tuląc córkę bardzo mocno, jakby bała się, że widzi ją po raz ostatni.

 

Nim zdołał trzasnąć trzeci zamek w drzwiach (rodzice byli przesadnie czuli na punkcie bezpieczeństwa), Dorotka już wbiegała do swojego pokoju. Nie ociągała się, bo wszelkie domy – te najzwyklejsze, ciasne klitki w budynkach z gipsowych płyt i te drewniane rezydencje o stromych schodach, stojące pośrodku pól kukurydzy – dzielą sekret znany wszystkim dzieciom.

Otóż, gdy dorośli wychodzą, domy zaczynają się zmieniać.

 

 

II

 

Konrad zadrżał z zimna i wypuścił zapałki wprost do kałuży. Poirytowany, przygryzł papierosa w kąciku ust i po chwili wypluł w ślad za pudełkiem, które zdążyło już zatonąć w mętnej, zaskakująco głębokiej wodzie.

– Cholera, musisz się nauczyć trzymać mordę na kłódkę, kretynie – wymamrotał, podciągając zamek błyskawiczny w bluzie do samego końca, niemal przycinając sobie brodę.

Trzeba przyznać: jego długi język był jednym z głównych winowajców, jeśli chodziło o wplątywanie się w najróżniejsze kłopoty. Wystarczyło, że na imprezie, w szkole, czy knajpie padła propozycja – choćby tylko w żartach – zrobienia czegoś głupiego lub niebezpiecznego, a Konrad już brał się do roboty.

Ktoś mógłby powiedzieć: „podziękujcie Mtv i tym ich głupawym programom, to one robią dzieciom wodę z mózgu", ale nie miałby racji. Zupełnie nie. Bo problemem Konrada, takim prawdziwym, przyziemnym problemem – jak u tysięcy innych dzieci – byli rodzice.

Matka wciąż zwykła często przytulać syna – choć miał już niemal osiemnaście lat i podobne dowody miłości witał z lekkim zażenowaniem -, ojciec zabierał go na ryby, bo zawsze wydawało mu się, że ojcowie powinni tak robić, i nawet całkiem dobrze się przy tym bawili, a chwile krępującego milczenia, o dziwo, nie zdarzały się często. Wszystko wydawało się być w porządku i nawet czasem tak było; naprawdę, bez żadnych poukrywanych kruczków.

Te sielanki nie trwały zazwyczaj dłużej niż pół roku i kończyły się monotonnie przygnębiającymi – zawsze wyglądającymi tak samo – wizytami ojca w pokoju Konrada. Siadał na łóżku, kładł sobie ręce na kolanach – dokładnie pilnując, by prawa dłoń (brakowało u niej serdecznego palca) nie leżała zbyt krzywo względem lewej – wzdychał, co chłopca doprowadzało do szału, bo wiedział

(wyczuwał)

że znowu, znowu się przeprowadzą i wszystko

(szkoła, znajomi, dziewczyny, wszystko, wszystko, wszystko)

będzie musiał układać od początku.

I bał się; rozstania z przyjaciółmi zawsze, za każdym razem przeżywał fizycznie. Konradowi emocje jawiły się równie intensywnie, co innym zapach przypalonej zupy, czy rozkładającego się trupa w duszny, upalny dzień. Niekiedy wchodził do pustego pokoju i gdzieś w głębi jego umysłu rozbłyskiwały nagle -czerwonym, mrugającym wściekle neonem – wspomnienia uczuć, które się z nim wiązały; jeśli miał szczęście: przyjaźń lub miłość, częściej jednak obcował z samotnością, strachem, bo i one właśnie towarzyszą ludziom chętniej niż jakiekolwiek inne.

Zawsze więc wyjeżdżał bez słowa, bez uprzedzenia. Nagromadzenie negatywnych wrażeń

(smutek, żal, tęsknota)

sprawiało, że się dusił, a ostry ból – identyczny z tym, gdy zbyt szybko próbujemy zjeść coś wyjątkowo zimnego – przeszywał skronie tak mocno, iż oślepiał na strasznie długą sekundę lub dwie.

Na razie jednak próbował o tym nie myśleć – może nawet uda się zostać tu na dłużej, bo podobno w tym mieście tata poznał się z mamą.

Znalazł sobie kilku naprawdę dobrych znajomych, poznał też dziewczynę, jedną z tych, co to potrafią zawrócić w głowie. Czasem urywali się ze szkoły sami, czasem całą paczką. Zdarzało im się podpalać kiepskiej jakości jointy, po których kręciło się w głowach, chciało się spać lub śmiać, czasem porozmawiać o końcu wszystkiego.

Nastoletnie życie zdawało się więc wlec przyjemnie leniwym rytmem aż nadszedł grudzień, zaczęli się nudzić i ktoś w końcu wpadł na dość idiotyczny pomysł – reszta się zaśmiała, bo ów pomysł był rodem „z taniego horroru, stary, naprawdę taniego horroru", ale wtedy Konrad powiedział, że to zrobi. Nastała cisza, po niej znów śmiech, przybijanie piątek,

(radość, rozbawienie, podziw, sporo tego aż boli głowa)

i „jesteś zajebisty, stary", i jeszcze „czub, prawdziwy czub, uwielbiam tego gościa".

Tak, wydawało się to zabawne – teraz Konrad nie miał czym odpalić papierosów i zastanawiał się, czy kiedyś w końcu nauczy się trzymać język za zębami.

 

 

III

 

Przemiany, którym ulegają domy, kryją się w cichych, choć ciągnących się całymi minutami dźwiękach i subtelnych szczegółach, niedostrzegalnych na pierwszy rzut oka.

Korytarze zdają się wydłużać milimetr za milimetrem, przy jękliwym skrzypieniu drewnianej podłogi. Rogi i krawędzie luster zaczynają zaludniać rozedrgane, rozmyte cienie, czujnie naśladujące ludzkie ruchy, choć zawsze spóźnione o ten ułamek sekundy – ułamek sekundy rejestrowany przez pierwotną, otwartą na magię i duchy część naszego umysłu, rozkazującą uciekać, nim coś porwie nas do swojego ponurego, niewyraźnego świata.

Meble stapiają się z mrokiem, tworząc całość przypominającą pająka o niezliczonej ilości odnóży, ociężale wydostającego się z dopiero co rozerwanego kokonu, a kątem oka można dostrzec dziwaczny wzór w banalnym – do tej pory – hafcie firanki.

Tak rodzi się strach, który od zarania ludzkości sam boi się tylko jednego – światła

Dlatego pokój przypominał doskonale nasłoneczniony plan zdjęciowy, gdzie niepożądany jest najmniejszy nawet cień (One są złe – a przynajmniej takie się wydają, gdy nie ma rodziców – wciąż drgają, jakby ożywione przez dogasający płomień znicza). Wszystkie żarówki – nawet ta najmniejsza, w akwarium żółwia– jasno świeciły; w telewizji podkręconej na tyle głośno, by zagłuszyć dźwięki zza drzwi, błyskały, w absurdalnie szybkim tempie, kolejne teledyski.

Delikatna iluminacja lampki (o kremowym, poprzecieranym abażurze, oklejonym fluoroscencyjnymi gwiazdkami w kształt uśmiechniętego chłopca) stojącej na szafce nocnej wcale nie było potrzebna, ale Dorotka właśnie dzięki niej czuła się bezpieczna.

Dziewczynka leżała na łóżku, pochylona nad blokiem i rysowała powykrzywiane zamki, zamieszkiwane przez roześmiane księżniczki o włosach utkanych z paciorków. Podczas tych wszystkich samotnych wieczorów przeobrażających się w samotne noce, często (może z nerwów) zdarzało się jej zbyt mocno przyciskać kredkę do grubych kartek i łamać szpic; w ruch szła temperówka – Dorotka uwielbiała odgłos ostrzenia -, a na podłogę, niczym bajkowe płatki śniegu, spadały tęczowe opiłki. I dobrze, bo coś się działo, a kiedy tak jest, to nie ma czasu myśleć o zniekształconych upiorach zamieszkujących lustra, potworach wyjących z otchłani piwnicy i atakach złośliwego wiatru, który coraz agresywniej puka w okna zakrzywionymi palcami gałęzi.

Dorotka drgnęła, gdy gdzieś, jeszcze daleko, uderzył piorun, a małe, mokre stopy deszczu jęły tupotać po dachu.

 

– Pewnie, niech pada, tego właśnie mi brakowało – Konrad ogarniał coraz gorszy nastrój.

Nie miał już papierosów, nie pomyślał o zabraniu ciepłej kurtki, za to mógł być pewien, że nabawi się grypy i to takiej średniowiecznej, co potrafiła wykończyć najroślejszego mężczyznę. Roześmiał się na tę myśl i zaczął przebierać nogami, by choć trochę się rozgrzać. Zimne podmuchy z łatwością sztyletowały jeansową katanę, wywołując mimowolne szczękanie zębów, ale Konrad wciąż nie miał najmniejszej ochoty włamywać się do – skrytego za wyjątkowo rozrośniętym ogrodem – domu po drugiej stronie ulicy.

(strach, smutek)

Coś było nie tak i chyba jeszcze nigdy nie wyczuwał doznań – samych złych,

(przerażenie)

tych najgorszych – równie mocno. Dobra, walić to, pomyślał. Najwyżej powie, że ktoś się cały czas kręcił w pobliżu, a nie miał przecież zamiaru wylądować na posterunku, absolutnie! Tak, tak właśnie powie, brzmiało całkiem rozsądnie. Powinni zrozumieć.

Odwrócił się, trochę zbyt szybko, stracił równowagę – zamarzające błoto bywa wyjątkowo zdradliwe – i rozpaczliwie zamachał rękami próbując ją odzyskać. Chwilę później rozległo się ciche „plask", a Konrad -bardziej zrezygnowany niż wściekły – pluł piachem, którego ziarenka zaklinowały się w najmniejszych nawet szparkach między zębami.

Nagle zawibrował telefon, za jednym z parterowych okien coś poruszyło się gwałtownie, jakby spłoszone, ale chłopak – zajęty wyciąganiem aparatu ze zbyt ciasnej kieszeni spodni – nie zdołał tego dostrzec.

– Halo – odebrał w końcu.

– Hej, mój ty bohaterze! – Ola zachichotała z własnego dowcipu – Jak ci idzie?

– Świetnie – odparł i zakrztusił się, wypluwając małą, zbitą grudkę ziemi

Przynajmniej miał nadzieję, że to była ziemia.

– Wszedłeś już?

– Prawie… Stoję przed, czekam aż wszyscy zasną. Krzysiek pewnie by chciał, żebym wleciał tam wrzeszcząc jak opętany, ale nie mam ochoty spieprzać przed policją.

Ola przekazała innym co powiedział, a inni zaczęli się śmiać, bo Konrad zawsze wiedział, jak ich rozśmieszyć.

– Poczekaj chwilę – powiedziała Ola.

W słuchawce rozległy się kroki, ktoś chyba otworzył drzwi.

– Hej, już jestem. Nie chciałam mówić przy nich, bo to debile – znów zachichotała i na ten znajomy dźwięk Konradowi zrobiło się trochę cieplej, a już na pewno odważniej.

– No pewnie, a co…

– Słuchaj… Pieprzyć to, są rzeczy, których nie powinno się robić, nie? Nawet, jak tam nie wejdziesz to i tak dam ci się pocałować – zamilkła na chwilę – Chciałam, żebyś wiedział. No to pa… mój bohaterze.

Nie zdążył odpowiedzieć – rozłączyła się.

Wstał, spróbował otrzepać się z piachu i błota, uderzył pięścią o pięść.

(miłość, pożądanie, odwaga)

– Zrobię to! – krzyknął – Zrobię, zrobię, zrobię!

Nikt go nie usłyszał, bo wiatr w końcu otworzył paszczę wypełnioną ostrymi kłami piorunów i zaryczał z całych sił.

 

 

IV

 

Światła zamrugały do Dorotki wesoło, a potem zgasły.

Dziewczynka pisnęła i – nim wpełzła pod kołdrę – od razu zasłoniła sobie ręką usta, rozglądając się dookoła, czy aby żadna zjawa nie prześlizgnęła się pod drzwiami, zwabiona nagłym atakiem strachu.

W pokoju blado lśniły już tylko małe gwiazdki na skromnej lampce, ginące raz po raz w brutalnych fleszach błyskawic. Gałęzie waliły w okna i framugi, skrzypiąc wściekle: wpuść, wpuść, wpuść. Było ciemno, duszno i dziewczynka z trudem łapała powietrze. Zamknęła oczy i skupiła się na tym, co kiedyś powiedział jej ojciec.

– Jeśli nas nie będzie i nagle w domu zrobi się zupełnie czarno… Nie patrz tak, córeczko, czasem takie rzeczy się zdarzają, ale to nie znaczy, że trzeba się bać. W piwnicy, na półpiętrze jest taka… Taka skrzyneczka. I w tej skrzyneczce są przełączniki. Wystarczy tam zajrzeć i pchnąć je w drugą stronę. Raz, dwa i znowu wszystko zacznie świecić, nawet nie będziesz miała czasu się bać, zapamiętasz?

I tata zmierzwił jej włosy, mama na powrót ułożyła, bo królewna zawsze musi pięknie wyglądać, a potem wyszli, tak jak setki razy, tak jak dzisiejszego wieczoru, tylko że nigdy wcześniej nie zgasło światło i nie musiała iść sama, zupełnie sama do piwnicy, gdzie czai się coś.

– To wszystko przez tę głupią burzę – szepnęła Dorotka, wciąż myśląc o duchach (przecież mogły gdzieś jednak być) i ostrożnie wygrzebała się spod kołdry.

Naklejki z abażuru – karmione światłem przez parę godzin – na szczęście nie zaczęły jeszcze zblednąć. Zerwała kilka z nich, okaleczając chłopca z lampki i pozbawiając uśmiechu. Ciekawe, czy go zabolało, pomyślała.

Przysiadła koło łóżka – o dziwo, pod nim nigdy nie było potworów – i zaczęła przyklejać gwiazdki do rąk; cztery na wierzch prawej, którą przyłoży do twarzy, bo gdy patrzy się przez palce, ciemność nie wydaje się taka straszna, kolejne cztery do wnętrza lewej, by trzymać przed sobą, podobnie do lampionów podczas rorat.

Mrok wokół zdawał się falować, jakby zamiast nicości stanowił ciekłą materię i gdyby nagle Dorotka spróbowała gwałtowniej nabrać powietrza, czerń najpewniej wdarłaby się do gardła i zabiła, zalewając płuca; ważne, żeby o tym nie myśleć, a najlepiej nie myśleć w ogóle. Dziewczynka uśmiechnęła się słabo, skoncentrowała się na mamie, księżniczkach w fioletowych zamkach i niepewnie nacisnęła klamkę.

Korytarz zionął pustką.

– Tatusiu… – wyrwało się jej

Szła wolno, niemal nie odrywała stóp od ziemi, szurając kapciami wyszytymi w małe jednorożce. Szur, szur, szur – ginęło w pojedynkach z burzowymi grzmotami. Właściwie nie było źle, ale za nic na świecie nie obróciłaby się teraz za siebie; podczas nocnych spacerów lepiej się nie odwracać, bo można zobaczyć coś, o czym nie zdoła się zapomnieć.

Właściwie więc rzeczywiście wcale nie było źle, dopóki nie stanęła przy schodach, naprzeciwko których mama przymocowała stare lustro o poszarzałej ramie inkrustowanej w roślinne wzory.

Z tego miejsca – by dojść do parteru – trzeba pokonać dwanaście stopni do półpiętra, i jeszcze dziesięć na sam dół. Tylko, że na półpiętrze wisiało kolejne lustro i – jeśli spojrzeć pod odpowiednim kątem – odbijało ono obraz tego z góry, tworząc dziwnie przygnębiający, ciągnący się w nieskończoność tunel.

Kojarzył się jej ze śmiercią wujka – niespodziewaną i strasznie smutną, niczym okropny wypadek w najpiękniejszy dzień letnich wakacji. Po pogrzebie Dorotka usiadła na schodach i zastanawiała się, co jest potem. Czy potem może wyglądać właśnie tak, czy może być niczym i wszystkim na zawsze i czy w tym niczym i wszystkim można ujrzeć zmarłych? Wpatrywała się w lustra przez cały dzień, bojąc się mrugnąć, przegapić moment, w którym wujek zatrzyma się na chwilę i dojrzy ją, niewyraźną – stojącą przy oknie ubrudzonym gęstą sadzą. Powie: nie było tak strasznie, właściwie to nic nie poczułem, ot takie pstryk, obudziłem się, a teraz muszę iść, ale jeszcze się zobaczymy, na pewno.

Zagrzmiało. Dziewczynka znów drgnęła, złączając szybko nóżki, byle tylko się nie posikać. Przymknęła oczy; dłonie mocno przyciskała do twarzy, gdy przeskakiwała po dwa, trzy stopnie w kierunku parteru.

 

Gdyby ktoś ją spytał, jakim sposobem zdołała dotrzeć na sam dół, nie skręcając sobie przy tym karku – nie potrafiłaby odpowiedzieć. Próbowała złapać oddech, kiedy zorientowała się, że gdzieś zgubiła gwiazdki, resztki uśmiechu chłopca z naklejek. Pewnie leżały gdzieś na schodach, ale nie miała odwagi po nie wrócić, nigdzie też nie dostrzegała ich łagodnej, zielonej poświaty; zupełnie jakby umarły.

Będzie zmuszona stawić czoła gęstej ciemności piwnicy sama. Nim jednak zdołała to pojąć, z piętra dobiegł nieprzyjemny hałas roztrzaskiwanej szyby. Łzy zaczaiły się w kącikach oczu, a gdzieś w domu rozległ się odgłos kroków, zbyt cichych i ostrożnych, by można je usłyszeć z miejsca, gdzie stało dziecko samotnie tkwiące w samym sercu burzy.

 

 

Konrad przeczołgał się przez okno w tym samym momencie, kiedy piorun uderzył

(strach)

w miejsce ( przynajmniej tak to wyglądało), w którym jeszcze przed chwilą stał. Deszcz skwapliwie wepchnął się za nim, kontynuując wilgotny taniec na drewnianej podłodze, a wiatr jął rozrzucać po całym pokoju pożółkłe kartki, znalezione nie wiadomo gdzie.

Chłopak sięgnął do kieszeni po małą latarkę, napędzaną dynamo. Spróbował nacisnąć spust, ale wtedy synaps bólu przeskoczył z dłoni przez nadgarstek aż po łokieć; między serdecznym palcem, a kciukiem biegło głębokie rozcięcie o poszarpanych brzegach. Piekło jak diabli, równie dobrze mógłby nasypać sobie tam soli. Przełożył latarkę do drugiej ręki i zrobił krok – drobne kawałki szkła zachrzęściły pod ciężkim, zimowym butem. Zatrzymał się,

(niepokój)

i odczekał chwilę. Dynamo mruczało cicho, drzewa szumiały w rytm szalonej batuty wiatru. Wyszedł na korytarz i

(przerażenie, przerażenie, zło)

aż zgiął się wpół; miał wrażenie, że mózg za chwilę się wypłynie mu na zewnątrz, a z uszu tryśnie krew. Emocje, odczucia były wszędzie. Ból nie przechodził i Konrad zrozumiał: w tych ścianach mieszka śmierć.

(STRACH)

 

 

V

 

Przez roztrzaskane okno na pewno wszedł potwór; z pyskiem pełnym pijawek zamiast kłów; z mackami ośmiornicy, zdolnymi miażdżyć kości i dopaść ofiarę, choćby ta schroniła się w mysiej dziurze.

Dorotka jeszcze nigdy w życiu nie czuła się tak przerażona. Na szczęście zamek w drzwiach piwnicy był dobrze naoliwiony – rodzice dbali o takie rzeczy – i zakładka trzasnęła bez problemu, gdy tylko Dorotka przekręciła klucz.

Stała się ciemność – taka najprawdziwsza, o której mówią, że jeśli wpatrywać się zbyt długo, to ona w końcu spojrzy z powrotem. A w niej – głęboko, jakby skryte w matczynym łonie – basowe, mechaniczne, niskie aż wibrują ściany, wycie. Może to przez burzę, a może magiel jest włączony. Może wystarczy dobiec do skrzyneczki z przełącznikami

(stanie się światłość)

i przyjdą rodzice, z prezentem, już mama przypilnuje taty, żeby nie zapomniał, mama pamięta o takich sprawach. Wystarczy dobiec do skrzyneczki z przełącznikami…

Myśl Dorotki przerwał mocny chwyt kogoś, kto złapał ją wpół i szarpnął do góry, niczym bezbronną, szmacianą lalkę.

 

 

Strach ma wielkie oczy, ale dużo gorsze są ściany, bo to one mają usta i wrzeszczą z całych sił swoich kamiennych płuc.

(WŚCIEKŁOŚĆ, WŚCIEKŁOŚĆ)

Latarka gdzieś przepadła, ale tak było lepiej, bo Konrad niemal zemdlał ze strachu, gdy promień trafił w lustro i chłopak nie poznał swojej – wykrzywionej bólem i strachem – twarzy. Tak bardzo chciał uciec, ale nie mógł podnieść się z kolan; niemal po omacku

(PRZERAŻENIE, ZŁOŚĆ)

czołgał się w kierunku, z którego dobiegały podmuchy chłodnego, wilgotnego powietrza.

– Boże, daj mi siłę – słowa, wydobywające się z sinych, zziębniętych ust, zdawały się rozbijać o podłogę, jak dopiero co zamrożone kostki lodu.

(ŚMIERĆ)

 

 

Dorotka była tak oszołomiona, że musiało minąć dobrych parę sekund, nim zdołała rozpoznać mężczyznę stojącego przed nią

– Tato! Tatusiu! Tak bardzo się bałam! Coś rozbiło okno na górze i zgasły światła, i chciałam tam zejść, i…

– Już dobrze, kochanie, już dobrze, jesteśmy tu, razem z mamą.

Matka ściągnęła płaszcz i podeszła do męża, kładąc mu dłoń na ramieniu.

– Wysiadły korki, pójdę włączyć – powiedziała, rozpływając się w ciemności.

Ojciec ucałował Dorotkę w czubek nosa i złapał za ręce.

– Chyba dobrze, że tak wcześnie wróciliśmy, co?

– Tak, tatusiu – odpowiedziała dziewczynka i przytuliła się mocno, wciągając jego zapach.

Nigdy nie perfumował się, kiedy wychodził nocą i – jak mawiała Dorotka – pachniał wtedy najładniej, bo tatą.

W końcu się uspokoiło, nawet burza dała już za wygraną, pozostawiając za sobą połamane drzewa, rozbite szkło i zapłakane dzieci. Dlatego krzyk matki (szybko przeszedł w nienaturalnie wysoki pisk) okazał się najstraszniejszym momentem całej nocy. Mężczyzna wyszarpnął z kurtki nóż, sprytnie ukryty w specjalnie przygotowanej wewnętrznej kieszeni.

– Biegnij na górę i zamknij się w swoim pokoju, rozumiesz?

Dorotka pomachała głową, ale ojciec już tego nie widział; ruszył w dół, bez zastanowienia, choć przecież światła nie zdążyły rozbłysnąć na nowo.

 

 

VI

 

Konrad wypadł przez okno i uderzył barkiem o ziemię. Syknął z bólu, gdy się podnosił; ręka luźno wisiała przy ciele i bał się, czy nie jest złamana. Może nie, może w końcu będzie miał szczęście.

Biegł, z zakrwawioną twarzą i rękami; w świetle błyskawic i przy zacinającym deszczu – drobne krople dźgały tak dokuczliwie, że zdawało się, iż pada niemal poziomo – wyglądał na pierwszego człowieka, który wyrwał się z piekła.

A wszystko przez głupi żart sprzed paru godzin.

 

 

– Wiecie, że dzisiaj rocznica? – zapytał Adam, zaciągnął się jointem, trochę za mocno, bo zaczął kaszleć.

– Rocznica czego?

– No… tej rzeźni. U Skórzanych, pamiętacie? Cholera, to już dwadzieścia lat temu. Oglądałem o nich program, jak byłem mały. W nocy zsikałem się ze strachu, serio.

Wszyscy, łącznie z samym Adamem zaczęli się śmiać i tylko Konrad patrzył na nich zdziwiony.

– Skórzanych? O czym wy mówicie?

Reszta wymieniła między sobą spojrzenia.

– Nie słyszałeś o Skórzanych?

– Nie?

– Chłopie, przecież było o tym głośno wszędzie. Dosłownie wszędzie. Jezu, niech mu ktoś opowie, mnie zupełnie osłabił – powiedział Adam i dla podkreślenia swoich słów osunął się powoli z kanapy na ziemię.

– Skórzani mieszkali w naszym mieście te dwadzieścia lat temu. Nikt nie wie, jak długo, ale to jest akurat najmniej ważne – rozpoczęła Ola – Taka, wiesz, zupełnie normalna rodzina. Ojciec, nawet przystojny, matka i córeczka… Ile ona miała?

– Siedem, może osiem? – zastanowił się Krzysiek.

– No jakoś tak. Mieli dom w jednej z tych bogatych dzielnic, żadna willa, ale piętrowy całkiem w porządku. A przede wszystkim… Przede wszystkim mieli piwnicę. I to nie taką zupełnie zwyczajną, co to, to nie. Widzisz, ojciec był chirurgiem, naprawdę łebskim facetem i zadbał o to, żeby ją przystosować do ich potrzeb, naprawdę bardzo specyficznych potrzeb.

Konrad wziął spory łyk piwa i pochylił się w kierunku Oli; podejrzewał, że go wkręca, że to jakiś – dość chory -dowcip.

– To znaczy? – zapytał.

– Piwnica była dźwiękoszczelna, a tuż koło zupełnie normalnej szafki z konfiturami, koło ziemniaków i innych tego typu pierdół, które ludzie trzymają na dole, znajdowały się ukryte drzwi. Policja mówiła, że gdyby dokładnie nie wiedzieli, gdzie szukać, to nie znaleźliby ich nigdzie. Mówiłam ci, łebski facet z tego ich ojca – Ola zatrzęsła się, jakby przeszły ją dreszcze.

– No dobra, ukryte drzwi. I?

– Teraz najlepsze. Za drzwiami trzymali ludzi. W klatkach. Tamtej nocy został zaledwie jeden facet razem z jakąś babką, ale wszystkich klatek było chyba dwadzieścia. Tak przynajmniej zeznali… Nie licząc jednak tego, że trzymali ich za kratami, obchodzili się z nimi nienajgorzej. Mieli odpowiednią dietę, napoje, takie rzeczy. A teraz zgadnij, po co to wszystko?

– Zastrzel mnie, nie mam pojęcia. Kanibale? Naśladowcy „Teksańskiej masakry"? No nie wiem.

– Pamiętasz o córeczce?

– No tak i…

– Chorowała na jakieś paskudztwo, która niszczyło jej skórę. Nie wiem, co dokładnie, ale świństwo było nieuleczalne. Jedynym ratunkiem okazywały się przeszczepy, ale i one nie przydawały się na długo… Ojciec dokonywał ich w piwnicy. Tuż koło tego ukrytego pokoju zorganizował salę operacyjną, podobno lepszą niż w niejednym szpitalu.

– Ja pierdolę… – powiedział Konrad cicho, wytrzeszczając oczy.

– To nie koniec. Pewnej nocy, swoją drogą podobnej do tej, jaką zapowiedzieli na dziś: burza, wiatr, istny syf, ojciec z matką ruszyli po kolejną ofiarę, a córka została sama. I wtedy to się stało; nawaliły korki, nastąpiło zwarcie w elektronice i ten facet, ten który ocalał, zdołał się uwolnić. Sam chyba nie miał pojęcia, jakim cudem, ale udało mu się. I kiedy się uwolnił… – Ola skrzywiła się – Zabił wszystkich.

– Wszystkich? – spytał Konrad – To znaczy…

– Wszystkich. W samej piwnicy zatłukł matkę, bił ją po twarzy tak długo, że zmiażdżył nos, oczodoły, a na jej czaszce połamał sobie kłykcie. Na schodach dopadł ojca; facet musiał się bronić, zranił go nożem, ale w końcu uciekinier wbił mu palce w oczy, oślepił i poderżnął gardło. Schody podobno wyglądały, jakby zarzynali tam świnie. Dziewczynka ukryła się w pokoju i… Wiesz co, właściwie to wcale nie jest taka dobra historia na weekend…

– Mów!

Konrad nie zastanawiał się już, czy go wkręcają. Chciał wiedzieć.

– Mógł już uciec, chyba każdy, by tak zrobił na jego miejscu. A może wcale nie… Może wszyscy zrobilibyśmy to samo. W każdym razie zaczął jej szukać. I znalazł. Sąsiadów podobno obudziły krzyki. Donośne, przeraźliwie… Facet oskalpował dziewczynkę, żywcem. Tym samym nożem, którym zabił jej ojca, zrywał z niej skórę całymi płatami. Podobno próbowała uciec i znaleźli ją zaplątaną w firankę, z kawałkami szkła w czaszce. Mówili, że wyglądała, jak kawał surowego mięsa, rozszarpany przez dzikie zwierzęta.

Zapadła cisza. Część z nich była już zbyt zmęczona marihuaną i alkoholem, reszta zaczęła się zastanawiać, kto okazał się gorszą bestią. I czy ta bestia siedzi w każdym z nas, a jeśli tak, bo najpewniej chowa się gdzieś pomiędzy sercem, a duszą, to ile potrzeba, by ją tam zatrzymać.

Ale w końcu humory powróciły, ktoś puścił muzykę, ktoś inny – chyba Adam, ale mógł to być też Krzysiek – zaproponował wyprawę do nawiedzonego domu, reszta go wyśmiała, ale Konrad powiedział, że to zrobi.

 

 

Jakimś cudem udało mu się wślizgnąć do własnego pokoju, nie budząc rodziców. Rozebrał się do naga – obiecał sobie, że wszystkie ciuchy spali zaraz z samego rana – i padł na łóżko. A gdy w końcu zmęczony mózg odpłynął gdzieś daleko, wszystko zaczęło się od początku.

 

Śnił. Śnił o dziecinnym pokoju z otwartym oknem; o zabawkach porozrzucanych na podłodze, o ubrankach wiszących w szafie, kredkach na podłodze – wszystkich jednakowych, tak samo szarych w bladym świetle księżyca. Śnił o pozytywce i małej dziewczynce mordowanej w takt smutnej melodii.

Bo – czy to wskutek wyładowań elektrycznych, nadzwyczajnych zdolności Konrada, czy może złośliwości kogoś na górze, a może wszystkiego naraz – zobaczył, jak młody mężczyzna o lekko przerzedzonych włosach, rozbija szybę twarzą dziecka; jak dołącza do niego chuda kobieta i przytrzymuje Dorotkę, by się nie wyrywała i w końcu, jak Dorotka – w przedśmiertnym skurczu – zaciska zęby na palcu mężczyzny, ten wrzeszczy, ale nie może go wyciągnąć, kobieta bierze więc ostro zakończony kawałek szkła i przebija dziewczynce policzki, ale jest już za późno, bo palec wisi na resztkach skóry.

Potargana firanka powiewa na wietrze, ciemna od krwi, niczym uszyta z otwartych żył.

 

 

VII

 

Dziś jest niedziela, wybija dziewiąta rano.

To czas wspólnego, odświętnego śniadania – taka tradycja, każda rodzina powinna mieć choć jedną. Ojciec nalewa matce soku pomarańczowego, na talerz syna kładzie tosty z łososiem. Przez okno zagląda słońce, promienie rażą w oczy, ale nikomu to nie przeszkadza; miło jest w styczniu przypomnieć sobie, jak wspaniała jest wiosna.

– Smacznego, tato – mówi Konrad

(szczęście, spokój)

i nakłada na talerz jajecznicę, ojciec sięga po widelec, trzyma go trochę śmiesznie, bo przecież brakuje mu palca.

– Dzięki, mistrzu – odpowiada i uśmiecha się szeroko.

Matka patrzy na nich zadowolona – ciężko o tak zgrany duet.

Od czasu wizyty w domu Skórzanych minął już nieco ponad miesiąc. Konrad miał sporo czasu, żeby pomyśleć nad wszystkim, poradzić sobie z tym, co zobaczył, a przede wszystkim – zrozumieć, może przebaczyć.

I w końcu – choć kosztowało go to wiele nieprzespanych nocy i jeszcze więcej niezadanych pytań – mu się udało, a rozwiązanie, od samego początku, kryło się w takich właśnie porankach.

 

 

Gdy o dziewiątej trzydzieści kończą jeść, Konrad sprząta ze stołu i zmywa naczynia; niech rodzice mają chwilę czasu dla siebie. On dziś spotka się z przyjaciółmi, wypiją parę piw i wtedy oznajmi im że znalazł odpowiedź – odpowiedź na co, spytają zaskoczeni, bo przecież nie pamiętają o czym rozmawiali miesiąc wcześniej.

(Wiem, jak zabić w nas bestie)

Nie zająkną się nawet słowem, najwyżej pomachają głowami, głodni wyjaśnień.

– Wystarczy przebić im oczy sztyletem wykutym z samego środka miłości – powie, choć pojmie to jedynie ten, kto ujrzał diabła i zdołał ujść z życiem.

 

Koniec

Komentarze

Cieszę się, że trafiłem na to opowiadanie dopiero w świetle dnia.
Na pewno wiesz, co chciałem przez to powiedzieć.

Nie wiem, od czego zacząć... Parę razy próbowałem napisać: "Bardzo dobre opowiadanie - podobało mi się" lub coś w ten deseń, ale za każdym razem myślałem: "Kurcze, to za mało!"
Opowiadanie wciąga jak bagno, masz bardzo fajny styl co w połączeniu z ciekawym pomysłem tworzy rewelacyjną całość. Czytałem z zapartym tchem.

Gdzieś widziałem jedną literówkę, ale nie zapamiętałem gdzie ;)

Bardzo mi się podobało.

Stylizowane na Kinga? ^^

Jak zwykle pierwsza klasa, surface. Umiesz budować napięcie i wywoływać niepokój jak mało kto.
Świetnie napisane, no i bardzo umiejętna zmyłka uzyskana dzięki konstrukcji tekstu.

Pozdrawiam.

Faktycznie, tekst bardzo dobry. Świetne opisy, klimatyczne, obrazowe - naprawdę udanie nimi operujesz i daje to dobry efekt. Też ciekawy wybór bohaterów, dziecko i starszcy chłopak (w gruncie rzeczy też dziecko). Dzieci trochę inaczej postrzegają rzeczywistość, można dać się ponieść wyobraźni, Ty robisz to świetnie.

Zauważyłem tylko jeden szkopuł, który rzucił mi się w oczy:
"Matka wciąż zwykła często przytulać syna" - wydaje mi się, że wystarczy tylko jeden z tych wyrazów.

Przyjemnie się czytało i bardzo mi się podobało.
Pozdrawiam

Dzień dobry, właśnie zawitałem na stronę, miło mi widzieć komentarze :). Zacznę od góry:

@ Adam; dzięki, że o tak haniebnej porze - w sobotą przed dziewiątą na nogach?! - przeczytałeś tekst. Przypuszczam, że wiem - w takim razie opowiadanie może zameldować wykonanie zadania ;). 

@ Maciek; chyba się jeszcze nie znamy, dziękuję za komentarz, literówkę wybacz. Już tak mam, że sprawdzam 100 00 razy, a zawsze mi coś umknie, zaś fantastyka.pl jest bezlitosna z tą dwudziestoczterogodzinną edycją!

@ Istota; chyba tak samo, jak wyżej, nasze pierwsze spotkanie? Miło Cię widzieć i zastanawiam się, czy cieszyć się z tego Kinga, bo nie ukrywam,  że uwielbiam tego autora, czy może trochę się zasmucić, że mój styl jest jakąś jego reminescencją ;). Raczej unikam zabiegów stylizacyjnych, raz napisałem pewną wariację na temat Lovecrafta i chyba tyle. Tym niemniej kukurydziane pole, to jak najbardziej ukłon w stronę mistrza.

@ Eferelin; zawsze z niecierpliwością czekam na Twój komentarz i zawsze trochę się boję, że Ci się nie spodoba, a szkoda by było ;). Fajnie, że podoba Ci się "zmyłka", do samego końca zastanawiałem się, czy uda mi się to jasno przedstawić.

@ Redil; Prawda? Też mi się wydaje, że jeśli istnieje cokolwiek metafizycznego, to ów świat mogą dostrzec jedynie dzieci. Celna uwaga, co do zdania - zastanowię się, który wyraz tam bardziej mi pasuje i może zdążę zmienić nim miną 24h :).

Meldunek opowiadania o wykonaniu zadania przyjęty i skwitowany wyraźną pochwałą z nutką zazdrości w tle.

Wciągające. I ciekawe. Tak jak Istota Neutral, uważam, że do stylu Kinga trochę podobnę, ale nie sądzę,że na niego stylizowane (może się po prostu za dużo go naczytałam ;)). Tym bardziej duży plus od mnie, osbiście mój ulubiony gatunek. No i z tym dzieckiem. Świetnie Ci to wyszło. Czuć taką lekkość pisania, jak byś to sam przeżył, a później opisał ;) Po prostu dobry tekst.
Pozdrawiam  

Przeczytałam...boję się...

wtrącenia w nawiasach przywodziły mi na myśl pana Kinga.

Co poza tym, masz świetny styl, a dialogi nie szeleszczą papierem - przy czym nie odnosi się wrażenia, że są nieudolnym naśladownictwem nastoletniego slangu.

Good job, ode mnie piąteczka. 

btw uwielbiam utwór, który jest Twoim nickiem.

 

Bardzo dobry tekst. Podobał mi się. Ciekawy pomysł, rzeczywiście trudno ocenić, kto był większym potworem... Pozdrawiam

Mastiff

Te porównania na początku, opisy wiatru i burzy, wydały mi sie trochę dziwne, ale ogólnie tekst bardzo dobry. Spędzenie przy nim tych kilkunastu minut to była sama przyjemność.

Zaufaj Allahowi, ale przywiąż swojego wielbłąda.

Ja też nie wiem, co napisać, zbieram jeszcze szczękę z podłogi. Wy-śmie-ni-te. Pierwszorzędny pomysł (naprawdę zaskoczyłeś mnie motywem z porywaniem ludzi po to, by ratować dziecko; zakładałam oklepanego shockera z cyklu 'szanowana rodzina okazuje się wcinać móżdżki'), wykonanie też niczego sobie. Szkoda, że nie wynotowałam sobie uwag, ale zwyczajnie nie mogłam się oderwać, co uważam za fenomen, bo ostatnimi czasy rzadko co jest w stanie utrzymać mnie zaciekawioną. I bardzo, bardzo chcącą więcej.
Znakomite, sugestywne opisy, zwłaszcza zmieniającego się domu; bawisz się czytelnikiem (a przynajmniej mną), w subtelny sposób przypominając mu o jego własnych dziecięcych lękach, które wydawały się być już od dawna zapomniane. Te części opka, mówiące o Dorotce do momentu powrotu rodziców zmiażdżyły mnie bardziej, niż opisy późniejszej masakry, bardziej nawet, niż wyjaśniająca wszystko puenta. I faktycznie, jest tu sporo inspiracji Kingiem, ale w tym wypadku to tylko dodatkowy smaczek <3
Jedyne, co nie przypadło mi do gustu, to nazbyt patetyczna końcówka - ostatni akapit. I nie chodzi o przekaz, bo ten jest jak najbardziej okej, ale słowa, w jakie to ubrałeś... za dużo patosu i przez to wyłamują się z klimatu. Dziwi mnie też to, co mówi Ola - "dam ci się pocałować"? Osiemnastolatki mają już ciut inne rzeczy w głowach, jak sądzę, a chłopięce popisy, mające skłonić dziewczynę do całowania, kojarzą mi się raczej z wiekiem 14-15. Ale to moje odczucia i nic ponadto :)
Muszę też dorzucić duży ukłon za odwagę... chyba wiadome, o czym mówię. Pokażcie mi twórców, którzy są w stanie roznieść poprawność polityczną na strzępy w taki sposób. Dzieci zdecydowanie pozostają pod ochroną w większości przypadków, a Ty zmiażdżyłeś to tabu. Żebym została dobrze zrozumiana - zaimponowało mi, że to zrobiłeś, a nie, jak to zrobiłeś (bo zaraz zostanę posądzona o radochę z faktu, że oskórowano dziecko). Kurde, mam nadzieję, że wiadomo, o co mi się rozchodzi, zwłaszcza, że zaraz będę wałkować owo jak.
Co do samego elementu sieczki... mam mieszane uczucia. Z jednej strony historia Skórzanych to ten rodzaj małomiasteczkowej opowieści, która nie może się obyć bez mięsa (świetnie widać to w momencie, gdy Ola zapoznaje Konrada z lokalną urban legend), a z drugiej zastanawiam się, czy umiejętne wykorzystanie niedopowiedzeń nie wywołałoby lepszego efektu. Nie, chyba nie. Szczerze powiedziawszy, to, co się dzieje z Dorotką... no, wytoczyłeś ciężką artylerię.
Wiem, że przedłużam, ale jeszcze słówko o moralnej zagwozdce, przed którą stawiasz czytelnika. Kto okazał się większym potworem? Człowiek, który przedłożył zdrowie najukochańszej istoty przed życie obcych ludzi i przetrzymywał ich jak mrożonki, a potem mordował? A może ludzie, którzy w walce o swoją wolność zarżnęli całą rodzinę? Nieźle ukazałeś dwie strony medalu w obydwu przypadkach, ale ja jednak poczuwam się do stania po stronie ojca. Nie, żebym specjalnie lubiła dzieci czy miała swoje (i w ogóle chciała mieć, bo nie), myślę raczej o tym, że jestem w stanie zrozumieć kogoś, kto w imię ratowania ukochanej osoby posunie się do wszystkiego.

Uff. Może i mało tu fantastyki, ale dla mnie absolutnie leci do ulubieńców miesiąca.

SotS jak zwykle w świetnej formie! Znowu przeczytałem z perwersyjną rozkoszą.

W końcu doszedłem do siebie po nieprzespanej nocy spędzonej na oglądaniu Oskarów i po RAŻĄCO niesprawiedliwych werdyktach Akademii - "Czarny łabędź" został nie tylko okradziony z nagród, ale pobity na śmierć, okradziony, ożywiony, znowu zabity i jeszcze raz okradziony.
Ale przecież nie o tym miałem pisać; całkiem możliwe, że zszokowała długość komentarza, który pozostawiła Nathicana. To, tradycyjnie, zaczynam od góry:

@ disorder; dziękuję. Na szczęście sam tego nie przeżyłem, choć z pewnością było to niezapomniane wrażenie ;).

@ aga; nawet nie wiesz, jak się z tego cieszę!

@ Pawel; surface of the sun to utwór nie z tego świata, często przy nim piszę. I tylko szkoda, że jest ostatnio niemożliwie wręcz eksploatowany.

@ Bohdan, Fasoletti - znowu się spotykamy ;)! - dziękuję.

@ Nathi; Wow. Takiego komentarza, to chyba jeszcze nie widziałem u siebie, co najwyżej Ajwenhoł chyba też zwykł rozpisywać się mniej lub bardziej :). Co do osiemnastolatków - ja wiem, ja wiem, że teraz to w gimnazjach się gra terazw słoneczka, kamienne twarze i inne takie, ale ten pocałunek po prostu mi tam pasował. Żeby to było choć takie trochę niewinne; takie wiesz, jak za starych, dobrych czasów ;).
Z końcówką zaś miałem sporo kłopotu, nie przesadzę, jeśli powiem, że to opowiadanie kończyło się na co najmniej dziesięć różnych sposobów. I nagle po prostu usiadłem i napisałem ten siódmy rozdział za jednym zamachem, prawie strumień świadomości. Siedziałem później i zastanawiałem się, czy nie jest to - jak sama napisałaś - zbyt patetyczne, ale poczułem w pewnym momencie, że jeśli spróbuję coś tu jeszcze zmienić, to... zrobię źle. Trochę ciężko to wyjaśnić :). Faktem jest, iż jest inna niż reszta, but... what the hell ;).
Co do dzieci - oj, u mnie to one nie mają łatwo - jeśli będziesz miała ochotę, to zapraszam do "Dzieci to lubią", niektórzy się burzyli, że to właściwie nie fantastyka, ale właśnie dzieci są motywem przewodnim.
Fajnie, że takie opowiadanie kazało Ci się zastanowić nad zaistniałą sytuację - to fantastyczny komplement dla każdego, kto sobie coś tam popisuje. 

@ gregster; Perwersyjna rozkosz, to cieszy ;D.
 

O o o, to ja od razu mam pytanie, bo chciałam wiedzieć i zapomniałam - czy imiona głównych bohaterów zostały wybrane z premedytacją? :>

Dorotka od początku miała nazywać się Dorotka, bo "Czy ktoś stoi za firanką" jest BARDZO luźnie oparte na takim moim króciutkim filmie-horrorze "Dorotka pokonuje ciemność": http://www.youtube.com/watch?v=BVeM5_-GCj4

Co do reszty- premedytacji nie było, natomiast staram się unikać imion podobnych co w opowiadaniu wcześniej. 
Czasem, np. w "Dzieci to lubią" imiona są bardzo istotne, podobnie jak w "Dziewczynce z zębami", a jeśli mi się uda ukończyć, to i w następnym moim opowiadaniu też będą grały dość ważną rolę - nie wiem tylko, czy zdołam się wyrobić do eliminacji...

A dlaczego pytasz? 

A, bo moja mózgownica często uprawia swobodne interpretacje drobiazgów i Dorotka, wędrująca przez dom, który już w niczym nie przypomina zwyczajnego, wzniesionego ludzkimi rękoma budynku, od razu przywołała mi na myśl Dorotkę z Czarnoksiężnika z Krainy Oz... natomiast kombinacja specyficznej nadwrażliwości i imienia Konrad w mojej głowinie dała wynik Nazywam się Milijon - bo za miliony kocham i cierpię katusze ;) Nie, żeby to miało jakieś znaczenie, czysta ciekawość. Jestem z gatunku wścibskich czytelników, którzy lubią zaglądać autorowi za literki ^^'

Filmik naprawdę niezły. Kojarzy się z projektami typu Marble Hornets albo Tribe Twelve, nie wiem, czy znasz :)

Och nie, tylko nie TEN Konrad! Trochę prawdy jest z Dorotką i krainą Oz, natomiast w angielskim tytule filmu podobała mi się zbitka trzech "d": Dorothy defeats darkness, a potem już tak zostało, bo wydaje mi się, ze nawet fikcyjni ludzie nie przepadają, jak się im miesza z imionami :).
Filmik nakręcony w parę godzin, wyszedł całkiem sympatycznie, aczkolwiek celuję teraz w pełny metraż - muszę trochę przysiąść nad scenariuszem, bo nie jestem do końca zadowolony.

Hornets i Tribe nie znam, sprawdzę. BTW: Twoja wścibskość, jest bardzo fajna ;). 

Wróciłem do tekstu, bo okazało się, że mogę "punktować". Tak po prawdzie, to nie wiem, dlaczego mogę...ale mogę! Pozdrawiam

Mastiff

Napisałes bardzo dobry horror! A ja pomimo wszelkich wcześniejszych porad, przeczytałem go w nocy o północy! Kurde, przez całą niespokojną noc miałem zapalone światło.
A co do opowiadania - bardzoi dobrze go napisałeś. Świetna konstrukcja i dobre dialogi. Podobało mi się :) Ode mnie masz 6, bo więcej nie mogę :)

"Wszyscy jesteśmy zwierzętami, które chcą przejść na drugą stronę ulicy, tylko coś, czego nie zauważyliśmy, rozjeżdża nas w połowie drogi." - Philip K. Dick

Oł - maj - gad! Dostałam po głowie tym tekstem, od samego początku aż do samego końca, chwała berylowi, który założył temat o polecanych opowiadaniach miesiąca, bo ominęłam to opowiadanie, a - kurcze blade - jest jednym z lepszych, które czytałam na tej stronie. A już na pewno najlepszym horrorem, bo nawet za dnia udało Ci się mnie przestraszyć - a nie myślałam, że uda się to przy czytaniu w raczej niesprzyjających skupieniu warunkach. A do tego efekt zaskoczenia i wszystko moralnie niejednoznaczne, skomplikowane, poruszające - i udało Ci się w tak krótkim tekście, jestem naprawdę pod wrażeniem. Postać Dorotki chwyta za serce, podobnie niezwykła jest postać Konrada, wydawać by się mogło, że takiego typowego rozrabiaki.
Do tego - język. Niektóre fragmenty warto przeczytać po kilka razy, żeby docenić ich kunszt, np. ten, gdzie Dorotka rysuje - nawet tam czuje się jakąś nieuchwytną grozę, słyszy, jak łamie się szpic kredki, a całość układa się w głowie w najstraszniejszy z kiedykolwiek obejrzanych filmów, z ujęciami jak z horroru. Daję 6, ale gdybym mogła, to dałabym 8. I złote piórko.

Bardzo dobre, mimo iż spodziewałem się czegoś straszniejszego (po komentarzach). Tyle w tym temacie ode mnie :)

Pozdrawiam 

A co tu się dzisiaj działo między godziną 12, a 13:30 :)? Dziękuję za komentarze, cieszę się, że ukradłem Wam parę minut. Wolimirze - fantastyczne imię - każdego chyba straszy coś innego. Sam, przyznam się szczerze, nigdy nie bałem się podczas czytania książki.

Trochę późno, bo dawno nie byłem na stronie - ale zajrzałem na listę nagrodzonych w marcu, zaciekawił mnie tytuł i przeczytałem. Świetne opowiadanie ze znakomitym klimatem i tak fajnie, równolegle poprowadzoną akcją.
Ale - mam nadzieję, że to nie będzie poczytane za straszną ujmę - trochę finał szwankuje. Bo w sumie czemu, ach czemu "chirurg, który w piwnicy dokonuje przeszczepów skóry dziecku"? Żeby morderstwo było dostatecznie krwawe i wstrząsające? Po "Z zimną krwią" chyba nie trzeba szukać wyjaśnień w typie doktora Frankensteina.
Jest na tyle dobrze, że jakoś sie przełyka ten kawałek, ale nieco obniża ogólne, naprawdę dobre wrażenie.

Nowa Fantastyka