- Opowiadanie: Dreammy - To nie jest fantastyka

To nie jest fantastyka

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

To nie jest fantastyka

Postawił ostatnią kropkę i poczekał, aż atrament wyschnie. Potem pogładził kartę ze wzruszeniem i czułością. Jeszcze raz, trzęsącymi się ze starości dłońmi przerzucił strony i przejrzał rozdziały, które napisał. Zamknął księgę. Ile to lat pracował nad swoim dziełem? Już nawet nie pamiętał. Ale chociaż pisał w pośpiechu, by niczego nie zapomnieć, by niczego nie pominąć, miał wrażenie, że właśnie stworzył coś wielkiego. Może nawet arcydzieło. A przynajmniej coś w tym rodzaju.

 

***

 

Kryształ powoli wypełniał się czerwonym, aromatycznym płynem. Unwin, prezes i wydawca Lorien Publishing, podniósł kielich do ust i rozkoszował się najpierw jego pięknym, czystym kolorem, potem zapachem o delikatnej różanej nucie, a na koniec orzeźwiającym, lekko uderzającym do głowy smakiem. Wokół stołu siedziało kilku elfów w różnym wieku, na ich twarzach widać było wyraźne zniecierpliwienie. Kolegium redakcyjne trwało już od trzech godzin.

– Wyobrażasz sobie kolegia redakcyjne u entów? – szepnął jeden ze zgromadzonych do swojego sąsiada. – Tam to dopiero musi być wesoło.

– Powiedzmy to sobie wprost, przyjaciele. – Unwin odstawił kielich, założył ręce do tyłu i popatrzył na zebranych z powagą. – Nasze księgi sprzedają się beznadziejnie. Jeżeli nie wymyślimy nowych sposobów dystrybucji, promocji, czegokolwiek, będziemy musieli ogłosić upadłość.

– Wszystko przez tę irytującą modę na przekazy ustne – wtrącił szef sprzedaży, Altáriël Nénmacil. – Po co kupować księgę, skoro ktoś może ci ją opowiedzieć?

– Może warto wyjść naprzeciw potrzebom rynku i zatrudnić własnych opowiadaczy? – zaproponowała nieśmiało Nessa Faelivrin z działu promocji. – Podobno w Mordorze powstała specjalna rasa istot o rewelacyjnej pamięci, krzyżówka entów i elfów? Potrafią zapamiętać nawet tysiąc ksiąg! Sauron nazwał ich kindlami… Znacie ten slogan reklamowy… Kindle nazg durbatulûk, kindle nazg gimbatul!

– Jak on ich skrzyżował? – zainteresował się Findecano Elensar z działu współpracy z zagranicą.

– Nessa, błagam… – jęknął Unwin. – Po pierwsze, jestem dość liberalny, i jak każdy elf kocham lasy, ale uprawianie miłości z drzewem nie bardzo mi się podoba. Po drugie, kto kupi kindla za ciężkie pieniądze, skoro na każdym rogu ulicy stoją darmowi opowiadacze. Po trzecie, Moria University Press zainwestowała w tysiąc kindlów, a dranie rozmnożyły się i zeżarły prezesa, całą redakcję i połowę działu handlowego. I wreszcie po czwarte, król Elrond nie będzie zachwycony, kiedy w obliczu zbliżającej się wojny z Mordorem ja będę robił interesy z Sauronem. O, co to, to nie.

– Chciałam pomóc – Nessa wzruszyła ramionami.

Nagle ktoś zapukał do drzwi. Przestępując z nogi na nogę, na progu stał młody, ledwie czterystuletni stażysta.

– P… przepraszam, nie chciałbym przeszkadzać… – wydukał, patrząc niepewnie na zniecierpliwione twarze swoich przełożonych. – Ale autor przyszedł do pana Unwina. Mówi, że był umówiony…

– Kto taki? Dziś nie przyjmujemy autorów. Powiedz mu, żeby…

– Mówi, że jest znajomym króla Elronda…

– A! – Wydawca uderzył się w głowę. – Dobrze, niech wejdzie. Całkiem wyleciało mi z głowy. Będę czekał na niego w gabinecie.

Jednym haustem wychylił resztę wina z kielicha i odłożył go na stół. Reszta zgromadzenia popatrzyła na niego pytająco.

– Koniec na dzisiaj – zarządził Unwin. – Kto wie, może właśnie szykuje nam się bestseller.

 

Księga była tak wielka, że całkowicie zasłaniała swojego autora, który trzymał ją przed sobą. Jej właściciel sięgał Unwinowi do pasa, był wątłym niziołkiem o pomarszczonej ze starości skórze. Na sam widok jego owłosionych stóp elf poczuł dreszcz obrzydzenia.

– Proszę usiąść – wskazał mu miękki, wygodny fotel. – Więc to… więc to pan jest tym protegowanym króla Elronda? Pan Baggins, jeśli dobrze pamiętam?

Stary, siwy hobbit uśmiechnął się szeroko.

– Bilbo Baggins. Król Elrond mówił, że wydajecie tu książki. A ja właśnie jedną napisałem.

Wydawca odchrząknął.

– Lorien Publishing jest jednym z najbardziej popularnych wydawnictw w Śródziemiu. Działamy od niedawna, będzie ledwo sto lat, ale już wydaliśmy kilka bestsellerów. Może ostatnio nie wiedzie nam się najlepiej, ale…

– W jakich nakładach?

– Cóż… magiczny druk jest drogi, więc księgi są zazwyczaj przepisywane ręcznie. Nakłady to około stu egzemplarzy. Ale podsumowanie sprzedaży robimy zazwyczaj po pięćdziesięciu latach i…

– I macie ładny widok z okna. Nie będzie pan miał nic przeciwko, jeśli zapalę?

Elf pokręcił głową, oszołomiony, ledwo kątem oka zauważając zapierającą dech w piersiach panoramę Rivendell. Hobbit drżącymi rękami wyjął z sakiewki trochę podejrzanie wyglądającego ziela, po czym nabił fajkę i zaciągnął się z lubością.

– Chciałbym zobaczyć to pana, hm, dzieło – powiedział wydawca, ostrożnie otwierając książkę. Potężny wolumin nie był zbyt ciężki, ale liczba stron kwalifikowała tekst do miana powieści. Unwin w myślach zrobił kalkulację na przepisanie pięćdziesięciu egzemplarzy. Trzeba też dodać ilustracje, a więc dochodzi koszt grafika, no i niezbędna będzie solidna korekta – hobbit robił koszmarne błędy ortograficzne.

– Hobbit, czyli tam i z powrotem – powiedział Baggins, pykając z fajeczki. – Dzieło mojego życia.

– Hm, tak – zakasłał elf. – Na wszelki wypadek od razu spytam, czy zastanawiał się pan nad zmianą tytułu na lepszy pod względem marketingowym?

– Nigdy w życiu! – warknął staruszek. – To mój tytuł, ja go wymyśliłem, i już go nie zmienię!

– No dobrze, dobrze… – westchnął Unwin. – Zobaczymy. Pan pozwoli, że przejrzę pierwsze rozdziały. Może lembasa?

Bilbo pokręcił głową. Zapadła cisza, przerywana tylko pykaniem z fajki i szelestem papieru w dłoniach elfa. Hobbit rozglądał się z ciekawością po gabinecie. Ściany obwieszone były okładkami, na większości z nich znajdowały się dziwne stwory, których nigdy w życiu nie widział, pojazdy, prawdopodobnie latające i tajemnicze bohomazy, których znaczenia nie umiał wywnioskować.

Wydawca zamknął książkę i westchnął ciężko.

– No dobrze, panie Baggins – powiedział, zaplatając palce. – Powiedzmy, że zapoznałem się z ogólną ideą powieści. Niech mi pan powie, czy pan naprawdę przeżył to wszystko, co tu napisał?

– Oczywiście – oburzył się hobbit. – Chyba pan nie wątpi!

– Nie, nie… – elf machnął ręką. – Ale nie o to chodzi. Bo widzi pan, problem w tym, że Lorien Publishing jest wydawnictwem zajmującym się fantastyką. A to, co mi pan przyniósł, to jest… no nie wiem, powieść przygodowa. Fabularyzowany reportaż. Ale to nie jest fantastyka, tego jestem pewien.

– Dlaczego? – zapytał naiwnie hobbit, podnosząc wzrok.

– Ehm… – stęknął Wydawca. – No cóż, jakby to panu wyjaśnić… oczywiście różne są definicje fantastyki… i różne jej gatunki… ale wszystko łączą pewne elementy… reasumując, żeby dzieło nazwać fantastycznym, musi się w nim pojawić element fantastyczny. A jakie elementy fantastyczne występują w "Hobbicie", panie Baggins?

Bilbo zastanowił się.

– No, na przykład smok.

Wydawca przejechał dłonią po twarzy.

– Panie Baggins – zaczął powoli. – My się chyba nie rozumiemy. Smoki to rzadkie stworzenia, owszem. Ale istnieją, sam widziałem ostatnio jednego przelatującego nad Rivendell.

– Ale rodzice zawsze opowiadali mi bajki o smokach – zauważył Bilbo.

– I o elfach pewnie też – mruknął Wydawca. – A tymczasem siedzi pan naprzeciwko jednego z nich i rozmawia z nim o wydaniu książki. Czy to jest pana zdaniem fantastyka? A może my wszyscy jesteśmy bohaterami jakiejś powieści fantastycznej?

Bilbo posmutniał.

– A pierścień, który czyni niewidzialnym?

– Z tego co wiem, pierścień też jest prawdziwy – powiedział zgryźliwie Unwin. – I jest o niego ostatnio niezła awantura. A jeżeli przez tę kłótnię o biżuterię wybuchnie wojna z Sauronem, to wydawanie książek stanie się ostatnią rzeczą, o jakiej będziemy myśleć. Zresztą, co ja tam będę mówił. Z tego co wiem, maczał w tym palce jakiś pana krewny.

– Frodo – zgodził się Baggins. – Jestem jego wujem. Też nieźle pisze. Więc nic nie da się zrobić?

Elf westchnął po raz kolejny.

– Widzi pan, panie Baggins, wydanie książki kosztuje. A my nie możemy sobie pozwolić na ryzyko, zwłaszcza teraz. Czytelnictwo spada, wspomniana wojna z Mordorem nie sprzyja czytaniu książek. I do tego król nałożył na nas nowy podatek…

– Ale to tylko jedna książka…

– Wydanie książki w innej niż dotychczas konwencji to ryzyko, panie Baggins. To oznacza konieczność dotarcia do nowej grupy czytelników, a więc konieczność pozyskania nowych patronów medialnych, nowych recenzentów, nie obejdzie się też bez płatnych reklam. Może uda nam się coś załatwić w barterze, ale to kropla w morzu potrzeb. Wydatki na promocję musiałyby pewnie wzrosnąć o kilkaset procent…

– Gdyby wydać to w Shire, na pewno by się sprzedało. Wszyscy moi kuzyni by to kupili…

– No tak, tak… – elf ledwo powstrzymał kolejne westchnięcie. – Więc dlaczego nie spróbuje pan tego wydać w Shire? Albo gdzieś bliżej, na przykład w Rohan Press? Oni tam mają sporo takich przygodowych czytadełek…

– Moja książka nie jest czytadełkiem! – Bilbo aż podniósł się z miejsca, przez co jednak wcale nie wydał się wyższym. – I…

Nagle posmutniał.

– Widzi pan, nie jestem już taki młody… – powiedział cicho, zaplatając spracowane, pomarszczone dłonie. – Nie wiem, czy uda mi się dotrzeć do Rohanu, a do Shire pewnie już nigdy nie wrócę… A poza tym… chciałem wydać książkę u elfów, w prestiżowym wydawnictwie, bo na to zasłużyła. Ale widzę, że się pomyliłem. Cóż, król Elrond z pewnością nie pozostawi tego bez…

– Chwileczkę, chwileczkę! – wydawca gwałtownie zamachał rękami. – Spokojnie, panie Baggins, spokojnie. Niech pan usiądzie. Może uda nam się jakoś dojść do porozumienia, bez wciągania w to wszystko króla Elronda… Poza tym jeszcze nie doszliśmy do spraw redakcyjnych. Może da się zrobić z tej książki powieść fantastyczną. Tylko potrzebujemy jakiegoś elementu…

– Jakiego?

– No nie wiem… chodzi mi o jakiś element fantastyczny… coś w stylu gadający lew, którego spotykacie na swojej drodze, albo…

– Przecież lwy nie gadają – powiedział hobbit nieufnie.

Elf poczuł, że musi się napić. Czegoś mocniejszego.

– No właśnie. I dlatego to jest fantastyka. Teraz pan rozumie?

– Ale… – Bilbo zastanowił się. – Ale gdyby jakiś czarodziej poznał takie zaklęcie, które skłoniłoby lwa do mówienia. Czy wtedy to by była fantastyka, czy nie?

Wydawca ukrył twarz w dłoniach i policzył do dziesięciu.

– Ma pan rację, panie Baggins – powiedział wreszcie. – Nie myślałem o tym w ten sposób.

– No dobrze, to jaki element może świadczyć o tym, żeby powieść była fantastyczna?

Wydawca zastanowił się.

– Na przykład brak jakiejkolwiek magii – powiedział. – Mamy takie powieści. Świat zamieszkany tylko przez ludzi, nie ma elfów, hobbitów, krasnoludów i tak dalej. O, ostatnio mieliśmy taką zdeterminowaną debiutantkę z Rohanu. Absolutna rewelacja. Akcja jej powieści dzieje się w takiej właśnie alternatywnej rzeczywistości, a bohaterką jest samotna kobieta, człowiek. Ma obsesję na punkcie swojej sylwetki, którą modeluje za pomocą kontroli liczby spożywanych jednostek zwanych kaloriami.

– Bez magii? – Bilbo roześmiał się. – Wy to macie wyobraźnię.

– No właśnie – mruknął elf, wyraźnie poirytowany. – I bardzo mi przykro to stwierdzić, ale pan, panie Baggins, jej nie ma. Owszem, to dobra powieść. Ale do bólu realistyczna. Widzi pan, nawet tu, w wydawnictwie, mam dwóch takich redaktorów, którzy tak jak pan walczyli ze smokiem. Jeden nawet stracił ucho. Oni nie będą chcieli czytać czegoś takiego. To wszystko mają na co dzień. Nasi czytelnicy chcą przenieść się w inny świat. Inny niż ten, który znają. Chociaż na chwilę zapomnieć o tym, co dzieje się za oknem. O czarnych chmurach, które płyną znad Mordoru. A nawet o Rivendell, o Lorien, czy choćby o Shire.

– Ale ja nie chcę zapominać o Shire – szepnął Bilbo.

– Panie Baggins, nie spisuję pana na straty. Podoba mi się pana styl, taki gawędziarski. Prawie jak ci opowiadacze, którzy kradną nam czytelników. Tylko… gdyby dokonać w tym tekście paru cięć. Gdyby dodać kilka takich fantastycznych zmian…

– Żadnych zmian! – Bilbo, energicznie jak na swój wiek, podniósł się z krzesła i stanął przed elfem. – Zapewniam, w mojej książce nie znajdzie się ani jedno kłamstwo. Żegnam pana. Są inne wydawnictwa.

– A oczywiście! – uniósł się elf. – Droga wolna! Niech pan idzie… a niech tam, nawet do Fabryki Runów, powiedzą panu to samo! To nie jest fantastyka!

– Zrozumiałem – rzekł oschle Bilbo. Chwycił księgę i na chwiejnych nogach ruszył w kierunku drzwi. – Jeżeli nie ma pan ochoty na specjalny grant, który obiecał mi król Elrond, to…

Trzasnął drzwiami. Unwin z całej siły kopnął biurko, czując rosnącą irytację. Kiedy sto lat temu odszedł z wydającego nudne księgi zaklęć Rivendell Charms i założył Lorien Publishing, był jeszcze młody i pełen wigoru. Pragnął zarzucić rynek literaturą, jakiej w krainie elfów jeszcze nikt nie czytał. Ale gdzieś musiał zrobić błąd. Czy konkurencja była za silna? Czy może raczej czytelnicy, z powodów, których nie pojmował, wbrew temu, co właśnie powiedział hobbitowi, nie potrzebowali takich powieści? No i do tego te cholerne kindle…

Zawahał się przez moment. Nagle z mocą rażenia błyskawicy dotarły do niego ostatnie słowa niziołka. Specjalny grant. Specjalny grant od króla Elronda.

– Specjalny grant? – ryknął nagle Unwin i wybiegł z gabinetu, pędząc za coraz mniejszą sylwetką staruszka. – Panie Baggins, niech pan zaczeka!

 

 

 

Koniec

Komentarze

Szczerze: nie rozśmieszyło mnie niestety jakoś specjalnie, ale poczucie humoru każdy ma swoje, tak jak gust. Z drugiej strony czytałem cały czas z uśmiechem na twarzy i tekst mi się podoboał. Lekki i przyjemny.


Pozdrawiam :)

Dodam, że bardzo podaba mi się sam pomysł.

Bardzo mi się podobało. Nawet bardziej niż bardzo. Pomysł rzeczywiście genialny i świetnie zrealizowany. Pisanie dialogów to trudna sztuka, a Ty opanowałaś ją do perfekcji. Są różne rodzaje humoru - od splapsticku a la American Pie, poprzez Monty Pythona, po humor wyrafinowany, w stylu Woody'ego Allena. Dzięki Twojemu tekstowi dostrzegłam, że Kosmikomika też może mieć różne oblicza. Parodie są fajne, ale Ty przeniosłaś konkurs na zupełnie inny poziom. Twój tekst jest subtelny i może nie powoduje salw śmiechu, ale to wcale nie umniejsza jego wartości. A wręcz przeciwnie - dla mnie to najlepszy tekst konkursowy do tej pory. Brawo! :) 

Rewelacyjny pomysł, a i realizacja przednia. Spodobał mi się nienachalny, przyjemny humor. Parę razy się roześmiałem.
Bardzo dobry tekst na konkurs.

Pozdrawiam.

Dla mnie rewelacja! Czytało się świetnie. Jak do tej pory to mój faworyt, jeżeli o konkurs chodzi :)

Podpisuję się pod zdaniem Ranferiel.

I ja również.

Daje sześć.

Nie tarzałem się ze śmiechu, ale lekki uśmiech nie schodził mi z twarzy. Napisane zgrabnie i z klasą. Nie zależnie od tego jakich ludzie się spodziewają dowcipów widząc nagłówek "kosmikomika", to kawał dobrego opowiadania. Jedyne co bym zmienił to tytuł, bo za dużo zdradza (sama sobie psujesz pointe dowcipu) i może jeszcze "gadającego lwa" na coś bardziej pospolitego dla nas, a fantastycznego dla nich (komputer, telewizor, mikrofalówkę, czy spółdzielnie mieszkaniową). Coś w stylu kalorii właśnie.

Z ciekawości, czytałaś opowiadanie "Zbłąkane oblubienice złowieszczych oprawców w bezimiennym domu nocy potwornego pożądania" Neila Gaimana? Poszliście podobnym tropem. Ciekawe czy to Twoja inspiracja.

Przyjemnie się czyta, ciekawe spojrzenie, tak różne od pozostałych prac dotąd zamieszczonych w ramach konkursu. Gratuluję :D

Dziękuję za wszystkie komentarze :) Rigante - nie czytałam tego, ale tytuł mi się podoba i po tym co napisałeś, chyba przeczytam :) A co do mojego tytułu, to "lepszego pod względem marketingowym" chyba nie wymyślę, zwłaszcza że opowiadanie właśnie od tytułu się zaczęło. Cieszę się, że się podobało.

Przeczytam jutro (dzisiaj) jak wstanę... teraz nie mam już siły na czytanie.

Bardzo dobrze napisane, wciągające i ciekawe, ale mnie nie rozbawiło. Zreszta, Dreammy, wiesz jakie poczucie humoru ja preferuję :P Ale pomijając fakt nie rozbawienia, tekst naprawdę świetny.

Zaufaj Allahowi, ale przywiąż swojego wielbłąda.

Bardzo dobry tekst, fajnie się czytało a przede wszystkim, sam zamysł opowiadania jest ciekawy:)

Dreammy, przeczytaj koniecznie. Jest w zbiorze "Rzeczy ulotne".

OK, do konkursu.

Ale fajne :)

A z nieścisłości (niestety przeczytałem za późno, żeby poprawić) - Lorien Publishing jest w Lorien, czy w Rivendell? Jeśli w Lorien, to nie zgadza się zdanie, że za oknem jest panorama Rivendell. Poza tym, do wydawania książki w Rohanie - to ma być bliżej Shire'u (żeby się lepiej sprzedała), czy bliżej miejsca akcji niż Shire? Jeśli pierwsze, to i Lorien, i Rivendell są dalej. Jeśli drugie, to Rohan jest bliżej niż Shire od Lorien, ale nie od Rivendell. Czepiactwo, wiem, i to wszystko nie przeszkadza w odbiorze, ale tekst jest dobry, więc czemu ma mieć nieścisłości, skoro nie musi?

W sprawie lwa zgadzam się z Rigante - poza tym, skąd oni wiedzą, co to jest nawet nie gadający lew? :P
A w sprawie tytułu się nie zgadzam. Można przecież jako jedno znaczenie uznać: "Ten tekst, mimo że jest o Śródziemiu, nie jest fantastyką", a po przeczytaniu zmienić interpretację na tę o książce :)

„Widzę, że popełnił pan trzy błędy ortograficzne” – markiz Favras po otrzymaniu wyroku skazującego go na śmierć, 1790

@ Fasoletti - pisac zgodnie z Twoim poczuciem humoru nawet nie smiem próbowac :D
@ Diriad - dzieki za uwagi :) Lorien Publishing jest w Rivendell i rzeczywiscie nie umotywowałam tego, w założeniu miało brzmiec bardziej mitycznie :P Co do Rohanu - hmmmm rzeczywiscie to niescisłość, bo jak sie mapie uważniej przyjrzałam, to odległosci Shire-Rivendell i Rivendell-Rohan są podobne i nie jest wcale bliżej. <oj tam oj tam, może pomylił się kartograf :P> A lwy w Śródziemiu są, zdaje się w Silmarillionie się pojawiają ;) Zresztą lew miał byc nawiązaniem do Narni, czyli w ogóle od czapy. W każdym razie fajnie że ktoś przeczytał tekst jeszcze uwazniej niż ja pisałam :) Dobrze, że nie wzięłam na tapetę "Gwiezdnych Wojen" bo wtedy to juz w ogóle bym dostała mieczem świetlnym po głowie :)

Rechotu nie było ... ale uśmiech i owszem :)
Bardzo fajnie się czyta, miło i przyjemnie
Wielki ukłon w stronę Autorki za pomysł i wykonanie :)

Fajny, autotematyczny pomysł. Poprzednicy już chyba zdążyli wszystko powiedzieć, mi tylko pozostaje się pod tym podpisać.

Świetne, przede wszystkim pomysł, bo o wykonaniu złego słowa nie można powiedzieć. Zabawne w delikatny sposób, zresztą wcześniejsze komentarze wyczerpały temat. Przeczytałam z wielką przyjemnością :)

HA! mogę już oceniać. więc masz piątala. tekst ze świetnym pomysłem, z bystrym humorem, podtrzymujący uśmiech, pozbawiony rechotu (tego głupawego brzusznego rechotu ma się rozumieć), gratuluję i tak trzymaj.

Powiem to od razu, masz bardzo dobre ucho do dialogów. Ogólnie tekst czyta się jednym tchem. Bardzo, a to bardzo inteligentny humor. I faktycznie, na chwilę oderwałem się od szarej codzienności. Porwałaś mnie swoim stylem. Super. Uwaga, mogę punktować, więc ode mnie 5, albo nawet 6! Pozdrawiam

"Wszyscy jesteśmy zwierzętami, które chcą przejść na drugą stronę ulicy, tylko coś, czego nie zauważyliśmy, rozjeżdża nas w połowie drogi." - Philip K. Dick

Dzięki wszystkim za komentarze ;) I to jeszcze pozytywne :) Chociaż nie było ani rechotu, ani cycków :P

Podobało się :)

@ Rigante - nie wiem, czy kiedykolwiek jeszcze do tego tematu trafisz, ale przeczytałam te "Zbłąkane oblubienice" :D Rzeczywiście, motyw nie-fantastyki podobny do mojego ;)

Bardzo sympatyczny tekst, oparty na nietuzinkowym pomyśle. Ech, i co tu jest fantastyką… ;-)

Babska logika rządzi!

Bardzo zacny pomysł i takież wykonanie.

Podoba mi się, że rzecz została przedstawiona w niewymuszenie zabawny sposób. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Sympatyczne :)

Przynoszę radość :)

Nowa Fantastyka