- Opowiadanie: exturio - 1453

1453

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

1453

Zapach krwi nasilił się. Nie był jeszcze tak wyraźny, żeby wyczuł go nos zwyczajnego człowieka, ale Zelle bez trudu rozpoznał tę metaliczną nutę. Przykucnął na piasku, chłonął nocne, przesycone mgłą powietrze. Był blisko.

 

Beregynia siedziała na wielkim kamieniu, otulona mgłą. Światło księżyca pobłyskiwało na mokrej skórze, śląc refleksy. Odwróciła głowę w stronę Zellego, oblizała krew na ustach.

Nie lubił boginek, ale jak na złość, był od nich całkowicie uzależniony. Tyle piękna na zmarnowanie, a nawet kości nie dało się rozruszać przy walce. Sięgnął do przewieszonej przez ramię małej kuszy, wycelował. Beregynia wpatrywała się w niego pustymi oczami trupa. Zawsze po posiłku tracą cały blask, pomyślał i strzelił. Nawet nie jęknęła, kiedy bełt zgruchotał mostek i wszedł po lotkę. Bezwładnie, z chlupotem, wpadła w płytką wodę.

Zelle nie spieszył się. Podszedł do ciała, sprawnym ruchem wyrwał bełt. Chłonął zapach krwi, przeciągnął językiem po drewnie. Słony, metaliczny smak rozszedł się po ustach, wywołując falę rozkoszy. Nie powstrzymał dreszczu, który gwałtownie przebiegł po plechach, uśmiechnął się wilczo.

Ktoś jęknął.

Czarnowłosy mężczyzna, około trzydziestopięcioletni, dłonią zakrywał krwawiącą ranę na piersi. Obok niego leżało truchło, prawdopodobnie jego kompana. Boginka nieźle się z nim zabawiła rozszarpała ciało na strzępy, nawet wiele krwi nie zostało.

– Kim jesteś? – spytał Zelle, chyląc się nad rannym. Ostre rysy i zapadłe policzki postarzały go. Faktycznie mógł mieć nie więcej, niż trzydzieści lat.

– Nazywam się Mikołaj Kopernik – wycharczał mężczyzna, opluwając sobie brodę krwią. – Jestem kupcem. Mam złoto, dużo złota… Pomóż mi, a…

– Zamknij się – przerwał mu. – Kiedy gadasz krew bardziej zalewa płuca. Za niedługo i tak się nią udusisz, ale im mniej mówisz, tym dłużej pożyjesz.

Kopernik zacisnął usta, ściągnął brwi. W powietrzu rozniósł się zapach ozonu, Zelle poczuł to od razu. Żelaznymi oczami przyglądał się źródłu zapachu: dłoni spoczywającej na ranie.

– Pomóż mi – rzekł Mikołaj – a uczynię cię bogatym człowiekiem.

Zelle zaciągnął się zapachem ozonu i krwi.

– Jesteś zmiennokształtnym? – spytał Kopernik, nie doczekawszy się odpowiedzi. Mężczyzna kiwnął głową.

– Jestem – odpowiedział. – I wiesz, co czuję w twojej krwi? Truciznę. Możesz być magiem, ale z jadem beregyni nie wygrasz. Zmorzy cię, prędzej czy później.

Kupiec przyglądał mu się dość długo. Myślał intensywnie, a występujący na czoło pot pachniał bardzo niezdrowo. Jak śmierć.

Zelle z małego, skórzanego worka wyciągnął bochenek chleba, ułamał kawałek. Jedną ręką przyciągnął z przybrzeżnej wody ciało boginki. Było śliskie, zimne i lepkie, jak to ciała wodnych stworów. Długim sztyletem naciął klatkę piersiową, zamoczył chleb w powoli tężejącej krwi.

– Czasami się zastanawiam – powiedział Kopernik próbując powstrzymać nadchodzące drgawki i przyciskając pachnącą ozonem dłoń do rany – jak wy w ogóle możecie nazywać się ludźmi. – Odwrócił głowę z niesmakiem.

– To nie jest kwestia standardów, tylko wyglądu i pozorów – odparł Zelle, przeżuwając. Kapiąca z brody krew plamiła skórzaną kurtkę plamami, które w świetle księżyca wyglądały jak smoła. Usiadł obok kupca. Nonszalancko, przyciągając ciało potwora na wyciągnięcie ręki.

– Taki, dla przykładu, leszy – zaczął, ułamując kolejny kawałek bochenka – potrafi być bardziej ludzki, niż większość z was, a i tak wszyscy okrzykną go potworem, bo źle wygląda. Rozumiesz, o co mi chodzi?

Kopernik skinął głową. Krew coraz mocniejszym strumieniem sączyła się spod przyciskanej do piersi dłoni. Oddech mu się skrócił, przyspieszył. Stawał się chrapliwy.

– Tobie jad nie zaszkodzi? – spytał, próbując podtrzymać rozmowę. Artur zdał sobie sprawę, że mag, choć z pewnością nie najwyższej próby, z pewnością liznął też co nieco medycyny, bo najwidoczniej starał się utrzymać świadomość.

– Nie – odparł, kierując na kupca stalowe oczy. – Ja nie jestem człowiekiem, jestem istotą magiczną. Mam immunitet.

Milczeli obaj przez dłuższy czas. Cisza zakłócana była jedynie chlupotem wody, mlaśnięciami Zellego i charczącym, krótkim oddechem Kopernika. Ranny kręcił się i myślał gorączkowo. Niezdrowa woń potu mieszała się z ożywczym zapachem wody i śmierdzących wodorostów.

– Nie wystarczy ci energii, żeby utrzymać się do rana – stwierdził stalowooki. – Wygląda na to, że tak czy inaczej, dane ci będzie umrzeć tutaj, na niskim brzegu Wisły. Co ty sobie w ogóle myślałeś, zostając na noc poza murami miasta?

– A co ty sobie myślałeś? – odburknął Kopernik, nie siląc się już na miły ton. Bliskość śmierci ośmielała go do bardziej otwartego kontaktu z nieznajomym.

– Myślałem sobie, że się najem. Nie zaprzeczę, kolacja jest przednia.

– Potrzebowałem pazur boginki – powiedział kupiec po chwili. Wyglądał, jakby chciał dodać coś jeszcze, ale się rozmyślił.

– Alchemia – stwierdził Zelle. – Niebezpieczne zajęcie. Trzeba było wynająć zawodowca. Albo wysłać kilku pachołków, skoro masz złoto. W ostateczności: zasięgnąć języka, poczytać bestiariusze, przygotować się. Wszyscy wiedzą, że najłatwiej zabić najedzoną beregynię.

– Teraz mi to mówisz?

– To twoje życie. Poza tym, dopiero się poznaliśmy.

Długą chwilę siedzieli w milczeniu, wpatrując się w kawałek księżyca, wiszący nisko nad wodą. Mgła opadała, zanosiło się na rychły wschód.

– Właściwie to po co tu jeszcze siedzisz?

– Czekam na kogoś. I zastanawia mnie, jak długo pożyjesz.

Nie skończył ostatniego słowa, a na przybrzeżnych kamieniach zastukały kopyta. Z początku nie można było dostrzec wierzchowca ani jeźdźca. Po chwili sylwetka zmaterializowała się w szarzejącej czerni, jak zjawa. Jeździec wyswobodził nogę ze strzemienia, z chrzęstem kolczugi zeskoczył w płytką wodę.

– Gdzie beregynia? – zapytał głosem, od którego jeżyły się włosy na karku. Kopernik jęknął. Zmiennokształtny zasalutował kawałkiem chleba.

– Cześć, Sadko – powiedział wesoło. – Co tam pod wodą słychać?

Przybysz zasępił się, sięgnął po włócznię.

– Znowu ty, Alosza? Chociaż kogo innego mógłbym się spodziewać? Dobra – powiedział, nie oczekując odpowiedzi na pytanie – biorę go ze sobą, za boginkę. Zgodnie z umową.

– Dzisiaj zrobisz wyjątek – odrzekł Zelle, wstając. – Nie bierzesz nic. Albo weź sobie to truchło, jeśli już potrzebujesz cokolwiek. – Dłonią wskazał na rozszarpane ciało towarzysza Kopernika. – Żywy zostaje.

– Chyba ci się już kompletnie porąbało od tej krwi – wolno wycedził wojownik. Knykcie dłoni zaciśniętej na drzewcu włóczni pobielały. – Mamy układ i będę się go trzymał. Poza tym on i tak już prawie jest trupem, spójrz na niego.

– Mój ci jest! – warknął Zelle. – Chyba, że chcesz się sprawdzić? – kąciki ust zmiennokształtnego zadrgały niebezpiecznie. – Rodanka wzięła, co twoje, ale ja mogę zawalczyć o moją działkę. Jak za dawnych czasów.

Sadko wyglądał, jak kot gotowy do skoku na ofiarę. Jednak powstrzymał się. Wiedział, że Popowicz to nie mysz, którą mógłby się zabawiać. Do tego raz na jakiś czas mógł zrobić wyjątek dla stałego klienta. Rozszarpany trup musiał tym razem wystarczyć. Przybysz stanął prosto, opuścił włócznię.

– Kiedyś cię z tego rozliczę, Alosza – powiedział, wrzucając rozszarpane truchło na łęk. – Przekonasz się.

Wskoczył na siodło i zniknął, pogrążony w wodnej topieli. Korona słońca powoli wyłaniała się nad rozciągającym się wzdłuż Wisły lasem, rozganiając ciepłymi promieniami resztki mgieł.

– Kto… Kto to był? – spytał Mikołaj, roztrzęsionym głosem.

– Strażnik – odrzucił beznamiętnie. – Lubi się droczyć. Trzymaj – powiedział, rzucając kupcowi skórzaną sakiewkę, niewiele większą od pięści. – Od razu golnij eliksir. Później dwa razy dziennie pij napar z ziółek. Żadnego upuszczania krwi. Może przeżyjesz.

Nie czekał na wyrazy wdzięczności zaskoczonego Kopernika. Resztę chleba schował do sakwy, wytarł sztylet i zniknął za drzewami, rozciągającymi się niedaleko brzegu.

 

***

 

 

Leszy nie spieszył się z podaniem naparu. Powoli odcedzał liście przez sitko, zrobione z cieniutkich, giętkich gałązek. Płyn przelewał się do drewnianych kubków, chlupocząc i siejąc złocistymi kroplami. W powietrzu unosił się zapach bzu i miodu.

– Powiesz mi wreszcie, co cię do mnie sprowadza? – spytał, kiedy ostatnie krople wpadły do kubka.

Zelle zębami odkorkował gliniany gąsiorek, wypluł korek. Karminowy płyn zachlupotał w cynowym kielichu, który jakimś cudem znalazł się w dłoni zmiennokształtnego.

– Odwiedził mnie Sadko – powiedział, po czym pociągnął solidny łyk wina. Skrzywił się, napój był kwaśny.

– Nic nowego – leszy postawił na drewnianej ławie kubki. – Dość często się z nim widujesz.

– Odebrałem mu zdobycz, Wsiesławiewiczu.

Leszy zachlipał pociągając gorący napój. Oparty o drzewo przyglądał się Arturowi obojętnym spojrzeniem.

– No i? – spytał. – Nie widzę po tobie śladów walki. Żadnego draśnięcia. Czyli nie było źle.

– Nie było – przytaknął zmiennokształtny. – Ale to się jeszcze nigdy nie zdarzyło.

– Czemu nie dotrzymałeś umowy?

Zmiennokształtny wzruszył ramionami.

– Myślałem, że będzie ciekawie. On się wkurzy, zaszalejemy… Ale nic z tego – dodał z nutą zawodu w głosie. Poza tym ten człowiek był dziwny. Znalazł się tam przypadkiem – dodał po chwili. – W ogóle nie powinno go tam być. Specjalnie nie brałem zakładnika dla Sadka, po co miałbym poświęcać przypadkowego kupca?

– Skąd u ciebie te skrupuły, Popowicz? – prychnął leszy. – Od dziesięcioleci poświęcasz przypadkowych ludzi. Na starość zebrało ci się na obronę uciśnionych?

– Nie wymawiaj tego imienia – warknął widocznie poirytowany. – Teraz nazywam się Artur Zelle. Alosza Popowicz nie żyje, dlatego siedzę tutaj, a nie na Rusi.

Leszy przenikał go wzrokiem. Zmiennokształtnemu wydawało się, że miliony igiełek przeszywają jego ciało, chcąc zbadać każdy kawałek. Nie wytrzymał spojrzenia, odwrócił wzrok.

– Każdy z nas – powiedział Wołch – dostał własną wersję nieśmiertelności. Ty musisz chłeptać krew, co związało cię umową z Sadkiem, twoja sprawa, Alosza. Musisz zmieniać postać, żeby przetrwać w dzisiejszym społeczeństwie, w porządku, rób to. Ale nie przychodź do mnie, kiedy boisz się, że po trzystu latach stracisz dar, bo chciałeś zaszaleć, a jakiś krakowski kupczyk cię ujął swoim beznadziejnym losem. Wcześniej nie miałeś skrupułów, nie miej ich teraz. I nie zachowuj się jak dziecko. Musisz umieć przyjmować konsekwencje swoich czynów.

Zelle wstał, pociągnął z gąsiorka. Z hukiem odstawił naczynie na ławie, wino chlupnęło, kilka kropel spadło na nieheblowane drewno.

– Idę.

 

 

***

 

 

Miasto obudziło się z pierwszymi promieniami słońca. Teraz, kiedy dochodziło południe, większość mieszkańców robiła przerwy w pracy, spiesząc na obiad lub do gospody. Przechodząc przez zachodnią bramę Zelle wtopił się w niewielki tłumek kupców, którzy dopiero co przybyli do Torunia.

Każde miasto śmierdziało podobnie: koński nawóz, ludzkie fekalia, niemyte ciała, mocz, ryby z targu i wiele innych nut w zapachowej symfonii, identycznych dla każdego większego zbiorowiska ludzkiego. Jednak zawsze zdarzały się indywidualne akcenty. Toruń pachniał suknem i zbożem, składowanymi tutaj do dalszego spławu w dół Wisły, do Gdańska. Wyczuwalne były pierniki, coraz bardziej popularne ciastka miejscowych piekarzy. Jednak tego dnia w powietrzu była jedna nuta, która nie pasowała do żadnego z zapachów miasta. Była jak maleńka porcja przyprawy, która zmienia smak całej potrawy. Jad beregyni we krwi i pocie Kopernika.

Zelle od razu to poznał i dał się poprowadzić niecodziennemu przewodnikowi. Przeszedł obok kościoła świętych Janów, skręcił w stronę rynku. Od bramy Żeglarskiej ciągnęły tłumy ludzi, najpewniej pachołków, którzy pomagali przy załadunku i rozładunku statków, a teraz udawali się na zasłużoną, choć krótką hulankę przy piwie i odrobinie polewki. Zapach znikł momentalnie, zagłuszony wszechobecnym smrodem starego potu, zużytych łapci i skórzanych butów. Jednak Artur już wiedział, gdzie się kierować.

Nigdy wcześniej nie był w tym budynku. Misternie rzeźbiony w drewnie szyld głosił: "Skrzydła Archanioła", a wymalowany pod napisem wąż nieomylnie świadczył o tym, że przybytek jest apteką. Z resztą trudno było to przeoczyć – zioła było czuć już na Drodze Królewskiej, nie trzeba było nawet otwierać ciężkich, dębowych drzwi.

W przyciemnionym, dusznym pomieszczeniu uderzył go mocny zapach, korzeni, wosku, wina i mydła. Przez moment powstrzymywał zawroty głowy, jednocześnie usilnie starając się nie kichać. Wysoki, szpakowaty mężczyzna przy ladzie uśmiechnął się dobrodusznie. Wyglądał jak mnich, brakowało tylko tonsury.

– Czym mogę służyć? – zapytał.

Zelle przyglądał mu się, próbując w tym zapachowym bałaganie znaleźć poszukiwaną nutę. Co prawda nie dopuszczał do siebie myśli, że mógł trafić źle, ale obezwładniająca węch mieszanina zwodziła i oszukiwała.

– Szukam silnej trucizny – powiedział, przyglądając się wężowej skórze w słoiku, unoszącej się w gęstej, żółtej substancji.

– To nie trucizna – z uśmiechem powiedział aptekarz. Zelle mógłby przysiąc, że jego głos był zimny jak zamarznięte jezioro. – To mikstura na bóle reumatyczne.

– Pomyślałby kto – mruknął zmiennokształtny.

– Jakiego rodzaju truciznę panu potrzeba? Czy też: co zamierza pan nią truć? Szczury? Inne szkodniki?

– Jad boginki – odpowiedział, wzrokiem lustrując sakiewkę, w której rzekomo, według podpisu, miała znajdować się sproszkowana noga żaby. – Najlepiej w miarę świeży.

– Nie mamy takiej substancji. – Usta aptekarza zwęziły się. Artur podszedł do lady, oparł się obiema dłońmi.

– Głowę dam, że gdzieś tutaj wyczułem nutkę gnijącej krwi, w której krąży taka trucizna – syknął, patrząc w twarz szpakowatego.

Jego oczy zmieniły się w dwie czarne studnie, mięśnie stężały. Dopiero teraz poczuł, że aptekarz nie jest, jak się wcześniej mogło wydawać, zwykłym sprzedawcą z, być może, tytułem magistra. Wszechobecne korzenie i przyprawy oszukiwały podstawowy zmysł większości istot magicznych – węch. Aptekarz był w rzeczywistości magiem, wyglądało na to, że dość potężnym.

– Odejdź, demonie – powiedział spokojnie, ale w jego głosie czuło się nieokreśloną groźbę. – Wyjdź i nie wracaj.

– Nie jestem demonem – sucho odrzekł Zelle. – Ani Strażnikiem, choć to pewnie wywnioskował pan z opowieści ucznia.

Mag otaksował go zaciekawionym spojrzeniem. Z trzaskiem wysunął szufladę, pogrzebał we wnętrzu dłonią. Niewielki, okrągły przedmiot poszybował z prędkością błyskawicy w stronę zmiennokształtnego, ten zwinnym ruchem złapał go w dłoń. Zapachniało piżmem.

– Bezoar? – zdziwił się, powstrzymując uśmiech. – Jednak mi pan nie ufa?

– Powinienem?

– Mikołaj Kopernik – przypomniał Zelle, zmieniając temat. – To pilne. – Odłożył kamień na ladę.

– Zostaw go sobie – powiedział mag, na powrót przyjmując zmęczony wygląd aptekarza. – Przydatny talizman.

– Artur Zelle – powiedział zmiennokształtny, wyciągając dłoń. Szpakowaty przyjął mocnym uściskiem.

– Erazm z Borku. Dla przyjaciół: Ciołek.

 

 

***

 

 

Podziemia "Skrzydeł Archanioła" wydawały się tunelami bez końca. Z jednej piwnicznej izby przechodziło się tunelem do kolejnej, tamta znów prowadziła do innej. Artur stracił orientację przy szóstej. Nie miał pojęcia, w jakim kierunku idą i jak głęboko zeszli. Piwnice zmieniły się w loszki, loszki przeszły w pieczary. Kapiąca ze stropów woda i stukot butów jako jedyne przerywały wszechobecną ciszę. Fosforyzujące na niebiesko i zielono porosty wyznaczały drogę, wiodąc obok niknących w całkowitych ciemnościach komór i omijając bezdenne studnie. Powietrze przesycone było wilgocią, zapachem zgnilizny i grzybów.

W końcu trafili przed nadgryzione zębem czasu drewniane drzwi bez okuć. Wyglądały jakby zaraz miały się rozpaść, jednak aptekarz pchnął je silnie i pewnie. Zaskrzypiały zawiasy i ich oczom ukazała się przestronna, dobrze oświetlona komnata pełna reort, alembików, rozdzielaczy, palników. Gdzieś coś się przelewało, coś się skraplało, jakiś brązowy płyn bulgotał, podgrzewany niebieskim płomieniem. W powietrzu unosił się zapach mięty, nardu, róży i cynamonu.

Erazm gestem zaprosił gościa do środka. Kopernik, zzieleniały na twarzy, krzątał się przy stole, mieszał w kolbie płyny, które za nic nie chciały się połączyć, tylko tańczyły w szklanym naczyniu, tworząc przenikające się, żółte i czerwone wiry i spirale. Mistrz chrząknął.

– Masz gościa – powiedział, zanim uczeń zdążył zareagować. Mężczyzna odłożył kolbę, wytarł dłonie w czarny fartuch.

– Proszę siadać – uśmiechnął się Kopernik. – Rad jestem, że się znów spotykamy, panie…

– Zelle. Artur Zelle – powiedział zmiennokształtny.

– Jak się panu udało mnie znaleźć?

– Mam dobry węch – odrzucił Zelle. – Chciałbym cię zapytać o kilka rzeczy.

– To jeszcze nie jest nigredo – burknął Erazm, oglądając pod światło pozostawioną przez Mikołaja kolbę . Zaraz potem wylał zawartość do wielkiego, drewnianego wiadra stojącego obok stołu.

– Proszę pytać – Kopernik nie zwrócił uwagi na burknięcia mistrza.

– Uczestniczył pan kiedykolwiek w sabacie, zborze, albo zlocie czarnoksięskim w okolicach Krakowa?

Kopernik zdziwił się, nie ukrywał tego.

– Dlaczego pyta mnie pan o takie rzeczy? – niemal wybuchnął.

– Proszę mnie nie zrozumieć źle, ale poszukuję przyjaciela, którego nie widziałem od długiego czasu. Słyszałem plotki, że pojawiał się czasami na około krakowskich zborach.

– Brodaty wieszczy na siwku – bardziej stwierdził niż spytał Erazm. – Mówią, że to sam Dobrynia Nikitycz, przeklęty przez Boga, wałęsa się po świecie, próbując znaleźć swoje miejsce. Wiedziałem, że skądś cię znam i gdzieś już widziałem. Kim jesteś, Arturze Zelle, który podajesz się za zmiennokształtnego, a jednak bliżej ci do demona?

Zmiennokształtny przyjrzał mu się badawczo, z błyskiem w oku. Długo nie odpowiadał.

– Kim pan jest, Erazmie z Borku, przez przyjaciół zwany Ciołkiem, że bywał pan na sabatach już ponad dwieście lat temu?

– Informacja za informację.

– Proszę.

– Jestem mistrz Witelon, zwany Vitello Thuringopolonis.

Artur pokiwał z uznaniem.

– Alosza Popowicz, syn Leontija z Rostowa.

Witelo przyjrzał mu się uważnie.

– Ciekawe – powiedział, przeciągając sylaby. – Ile to już lat? Będzie pod trzysta?

– Będzie – beznamiętnie odpowiedział Popowicz. – Skoro pan jest tym słynnym magiem, alchemikiem i uczonym, to może zdołałby mi pan pomóc odnaleźć przyjaciela?

– Jaka jest prawda? – spytał w zamyśleniu Witelon, mówiąc jakby całkowicie bez związku, do siebie, nie zwracając najmniejszej uwagi na Popowa.

– Co to jest prawda? – odrzekł Popow, trąc dłonie.

– Nie pomogę ci go odnaleźć. Boję się, że to nie jest możliwe.

– Dlaczego?

– Wcale nie chcesz go spotkać. Pytanie to tylko pretekst, żeby przekonać się, co tak intrygującego jest w tym tutaj człowieku. – Wskazał na Kopernika. – Co cię tak do niego ciągnie. Ciekawość: jak to się stało, że jako jedyny z legendarnych bohaterów zachowałeś ludzką formę?

– Słodka tajemnica – odparł Alosza bez cienia uśmiechu. – Czy też słona.

Kopernik chrząknął, najwidoczniej czując się zapomniany.

– Chodzi o krew? – spytał.

– Zdolna bestia – przyznał z uznaniem Zelle, ale nie spoglądał na kupca, tylko na maga.

– To nie jest boska kara – powiedział po chwili Witelon, wyrwany z zamyślenia – tylko partacka klątwa. Dziwi mnie, że nikt się do tej pory nie połapał.

Popow spoglądał na niego z wyrazem zaciekawienia na twarzy.

– Świadczy o tym fakt – ciągnął – że możesz powstrzymać transformację. Zgaduję, że twoja demoniczna forma to żmij?

Zmiennokształtny wolno skinął głową.

– Jak to się stało, że zacząłeś się przemieniać?

– Obraziłem Boga po tym, jak pomógł mi i moim towarzyszom pokonać…

– Znam legendę. Chcę faktów. Jak wyglądało otoczenie, z kim naprawdę walczyliście?

Wojownik stropił się, myślał dłuższą chwilę. Próbował przywołać w pamięci tamten dzień, kiedy razem z towarzyszami broni zmierzył się z hordami pogan. Pamiętał szczęk żelaza, krzyki, ogień i trupy. Na końcu zaś uczucie dumy, towarzyszące przyglądaniu się uciekającym oddziałom wroga.

– Walczyliśmy z Tatarami – zaczął. – Najechali naszego suwerena, służyliśmy wtedy kniaziowi Włodzimierzowi. Nie pamiętam nazwy miasta, które broniliśmy, to, jak się rzekło, było dawno. Nie zwracaliśmy większej uwagi na geografię, ważne, że staliśmy u boku Włodzimierza. Pamiętam, że miasto płonęło, wszędzie był ogień i krew…

– Wszystko jasne – bezceremonialnie przerwał mu mag, zanim tamten na dobre rozpoczął opowieść. – Partacko rzucona klątwa, z użyciem elementu ognia. Nic dziwnego, że picie krwi wodnych istot na jakiś czas cofa jej działanie. Myślę, że możemy to odczynić.

Alosza spojrzał na niego, a Kopernik mógłby przysiąc, że w tym spojrzeniu przez chwilę dostrzegł wrogość. Nieuchwytną, bezsłowną groźbę.

– Pan się tego boi – powiedział zdumiony. Po chwili zorientował się, że siedzi z półotwartymi ustami. – Panie Zelle, pan się boi wrócić do normalności.

Alosza Popow alias Artur Zelle obdarował kupca tak morderczym spojrzeniem, że ten aż się skulił. Witelon chwycił coś ze stołu.

– Mam swój – powiedział Popow, pokazując na dłoni bezoar. – Mówiłem ci, nie jestem demonem.

– Nie chcesz też być człowiekiem – podsumował alchemik. – To jest smutne, wiesz?

– Od dwustu z mocnym hakiem lat żyję tak, jak żyję. Nikt nie lubi zmian. Poza tym nie tylko ja tutaj mam awersję do umierania.

– Niektórzy nie lubią też zabijać bez konieczności.

– Jako żmij zabiłbym znacznie więcej ludzi.

– Albo ktoś zabiłby ciebie. Tak jak ty pozbawiłeś głowy Tugaryna.

Popowicz wzruszył ramionami.

– Wybrałem swoją drogę.

– Gdybyś zmienił zdanie, możesz na nas liczyć.

 

 

***

 

 

– Oni chcą dać mi drugą szansę – powiedział Popow, siorbiąc pachnący bzem i miodem napój. – Twierdzą, że to odwracalne.

Leszy przyglądał mu się czerwonymi, dzikimi oczyma, jednak Alosza wiedział, że ta wściekłość to tylko pozór, iluzja wcielenia. Myśli Wołcha zawsze były spokojne i zimne, jak macedońska stal w ręku wprawnego szermierza. Czasami mogły być tak samo zabójcze.

– Ja bym nie miał nic przeciwko – rzekł po długiej chwili. – Sam bym się z chęcią pozbył tego… Sam nie wiem, jak to nazwać. Tej skorupy.

Stał oparty o niewielką brzozę, siorbiąc gorący napar z drewnianego kubka. W zamyśleniu spoglądał gdzieś między drzewa, w nieuchwytny dla nikogo innego punkt.

– Kosztem długowieczności – ni z tego, ni z owego wypalił Popow. – Albo nieśmiertelności, jeszcze się nie dowiedziałem, jak długo żyją tacy jak my.

– I tak to w końcu stracimy. Kiedy się tutaj sprowadziłem, ten las był olbrzymią puszczą. Do najbliższych siedzib ludzkich miałem półtora dnia drogi rysim szlakiem. A teraz? Z legowiska widzę skraj lasu. Za dziesięć, może dwadzieścia lat mój dom będzie zaoranym polem, bo ludzie muszą się rozwijać. Potrzebują terenu, jedzenia, drewna. Prędzej czy później i tak mnie dopadną, nadzieją na widły, odrąbią łeb i spalą.

Powiedział to w taki sposób, że jego słowa zabrzmiały jak oczywista prawda dostępna każdemu. Popow nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiał, wzruszył więc ramionami.

– Mi to nie grozi – powiedział. – Mieszkam w mieście, to miasta się rozwijają.

– W końcu kogoś zdenerwuje fakt, że precyzyjnie raz w tygodniu znika kolejny człowiek. Ktoś zainteresuje się sprawą. I, nie chcę ci życzyć źle, ale w końcu możesz trafić na lepszego od siebie.

– Boże uchowaj – powiedział zmiennokształtny.

– Uchowaj – odrzekł leszy.

Siedzieli na polanie, słuchając śpiewu ptaków i delektując się świeżym, leśnym powietrzem. Od niezbyt odległych pól wiatr niósł zapach dymu i mięsa pieczonego w ognisku.

– Świat poszedł do przodu – zaczął leszy – a ludzie nie zmienili się ani trochę. Mięso w ognisku nie zmieniło się nawet odrobinę. Las, po dwustu latach, nadal pachnie tak samo.

– I tylko wódkę pędzą lepszą – odpowiedział Alosza. – Chciałbym pogadać jeszcze z Dobrynią i Ilją. Oni zasługują na wybór.

– Nie jesteś im nic dłużny, Alosza.

Zmiennokształtny skrzywił się na dźwięk swojego imienia. Jednak tym razem nie protestował.

– Jak powiedział słynny mag: partacka klątwa. Żadna kara boska.

 

 

***

 

 

Druidzi przywitali go chłostą wijącego bluszczu i interwencją magicznie animowanych drzew. Leszy, w formie rysia, jak zawsze siedział w bezpiecznej odległości i przyglądał się przedstawieniu. Gdyby nie fakt, że zwierzęce wcielenie nie pozwalało mu na to, z pewnością okazałby niezwykłe rozbawienie całym zajściem. Takie zdarzenia nigdy nie przestawały śmieszyć.

Szamotanina trwała dłuższą chwilę, zanim zorientowano się, że intruzem nie jest demon, za którego Aloszę zawsze uważali ludzie mający jakieś doświadczenia z magią, tylko stary, dawno niewidziany znajomy.

Decyzję o wyprawie do druidzkiego gaju podjęli wieczorem, przy kolacji. Miejscowi kapłani słynęli z niezwykłych zdolności wieszczych i medialnych, dlatego zdarzało się, że pielgrzymowali do nich nie tylko mieszkańcy Prus, ale również Polacy, Litwini czy Czesi. Święty Gaj Tucholski, jak nazywano to miejsce od ponad stu lat, przez pół tysiąclecia zdążył wyrobić sobie renomę na połowie kontynentu, a modlić się do Ducha Wielkiego Dębu przybywali nawet chrześcijanie z krajów zachodu.

Wielki Dąb był, według druidów, główną siedzibą Peruna w tym rejonie, a świadczyć o tym miał fakt, że drzewo z zadziwiającą regularnością uderzane było przez pioruny. Efekt był taki, że liczne blizny pokryły korę dębu, jednak nigdy żadna gałąź nie została złamana, a drzewo ciągle stało.

Artura nie obchodziła modlitwa do Ducha Drzewa, nie chciał medytować, nie miał zamiaru składać ofiar pradawnym bóstwom. Celem jego wędrówki była niewielka chatka Szczuromiecha, który był, według Wołcha, najznakomitszym medium wśród tutejszych druidów, a przez lata znajomości zdążył zaprzyjaźnić się z Wiesiesławiewiczem.

Zmiennokształtny wyplątał się z pouczepianych jego ubrania gałązek, przyjrzał się nieco zakłopotanym, ale nie skrywającym uciesznych uśmiechów twarzom młodych kapłanów z drewnianymi sierpami przypiętymi na ramionach lnianych, szarobrązowych szat. Elita druidzkich wojowników. Timerleci.

Kiedy patrzyło się na nich z boku, na niewinne pacholęta rzucające obręczami do celu, bawiące się w sposób przystający raczej dziesięcioletnim latoroślom niezbyt zamożnych mieszczan, można było uznać, że to tylko banda młodzieniaszków, którzy nawet nie starają się wyglądać groźnie. Roześmiane, ogolone buźki myliły, o czym niejeden intruz zdążył się przekonać. W razie potrzeby kilku Timerletów potrafiło być bardziej zabójczymi, niż cała armia Krzyżacka.

Artur przeszedł obok nich, trącając jednego z młodych druidów ramieniem. Chciał zademonstrować swoją złość, a jednocześnie wiedział, że nic mu nie grozi. Timerleci, wbrew wszelkim pozorom, byli wyszkolonymi zawodowcami, nie dawali się sprowokować.

Od razu też okazało się, że zadbano o zgubionego wcześniej konia. Zwierzę, szlachetny arab o łabędziej szyi, nie spłoszyło się, kiedy druidzi obezwładniali jeźdźca. Szpaczek odkłusował na niewielką odległość i, zmęczony całonocną wyprawą, szczypał spokojnie trawę, nie przejmując się hałasem i przekleństwami właściciela. Zmiennokształtny podejrzewał, że mogło to mieć jakiś związek z aurą tego miejsca i wszechobecną magią, która sprawiała, że obok siebie wylegiwały się jagnięta i wilki, a dziecko mogło bez przeszkód bawić się przy norze żmii.

Koń zatrząsł łbem, zaparskał radośnie, kiedy jeden z druidów rozpinał popręg. Trudno było oprzeć się wrażeniu, że łasi się do starca jak kot do właściciela. Problem w tym, że od kota był nieco większy.

 

Szczuromiech pierwszą młodość miał już dawno za sobą. Drugą i trzecią pewnie też, choć trudno było określić to z całą pewnością, z powodu siwej brody, zasłaniającej większą część twarzy. Kiedy tylko wyjaśnili mu cel wizyty zakasał rękawy burej szaty, odsłaniając welesowy trykwert wytatuowany na przedramieniu. Zatarł ręce.

– To, szanowni panowie, będzie niezwykle proste zadanie. Dziwi mnie fakt, że mag Wołch nie zabrał się za to samodzielnie – powiedział, spoglądając na leszego. – Ale nic to, nic to. Żaden problem. – Zmrużył oczy.

Zanim się spostrzegli już ściągał z kołków i haków aromatyczne zioła, niektóre jeszcze świeże, inne podeschłe i zżółknięte. Sprawnymi ruchami uplótł kilka nawęzów, z rozmarynu sklecił bransoletki, które miały chronić przed negatywną energią.

W tym czasie leszy zajął się rozpaleniem ogniska przed chatą, a Zelle przyglądał się przygotowaniom popijając wino i nie do końca wiedząc, co ma ze sobą zrobić. Przespacerował się kilka razy dookoła polany, o mały włos nie stracił butów, bezmyślnie wchodząc w bagno niedaleko za linią drzew, a kiedy udało mu się w końcu wyczyścić je z błota, druid oznajmił, że wszystko jest gotowe.

 

– Na Peruna! – ryknął Szczuromiech głosem posępnym i dostojnym, ustawiając się przed trzeszczącym ogniskiem i wznosząc ramiona ku niebu – Na sierp i topór! Błagam cię, Panie Błyskawic, o twe błogosławieństwo!

Zasyczał wrzucany do ognia nawęz, w górę strzeliły snopy iskier, rozświetlające ciemny, aromatyczny dym.

– Na Swarożyca! – kontynuował. – Niech ten ogień, przedwieczny dar bogów, nigdy nie zgaśnie w naszych domach!

Płomienie zafalowały, czerniąc kolejną porcję ziół.

– To był wstęp – szepnął zmiennokształtnemu do ucha leszy. – Przygotowanie. Teraz będzie właściwy obrządek, choć nie spodziewałbym się niczego specjalnego. Magia druidów nie jest zbyt efektowna.

Druid podciągnął rękawy, sypnął trzaskającym jasnymi iskierkami proszkiem. Przygładził brodę i znów wyciągnął ręce.

– Bądź pochwalony, Welesie, Panie Wyraju i wszelkiej sztuki tajemnej! Chwalę twe imię, Wszechpotężny Magu!

Jednym haustem wypił zawartość niewielkiego bukłaczka. Niemal w momencie jego twarz posiniała, wydawało się też, że napęczniała, jak u trupa, unoszącego się w jeziorze.

– Pozwól mi – zaskrzeczał z trudem – zobaczyć rzeczy teraźniejsze! Otwórz moją wewnętrzną… – nie dokończył. Padł na ziemię z szeroko otwartymi oczami, z rękami ciągle jeszcze wyciągniętymi ku górze. Kilka razy zaczłapał szczęką, westchnął i znieruchomiał. Leszy w zdumieniu potarł czoło.

– Chyba nie o to chodziło – stwierdził niemal beznamiętnie. Zelle zdziwił się, bo wiedział, że Wołch i Szczuromiech znali się od dość dawna, wręcz byli przyjaciółmi. Można by się po magu spodziewać bardziej żywiołowej reakcji na śmierć konfratra.

– Chyba nie. Co teraz zrobimy?

Leszy nie zdążył odpowiedzieć. Druid ze świstem zaciągnął się powietrzem, zerwał się na równe nogi. Obydwaj goście instynktownie odskoczyli. Twarz staruszka przypominała maskę grobową. Nie była już napuchnięta i sina, teraz straciła wszelki wyraz, jak kamienny posąg, którego rysy zmiękczyły i wygładziły liczne deszcze. Ognisko strzeliło olbrzymim płomieniem. Druid zamachał rękami, wrzucił do niego resztę ziół, pióropusze iskier wystrzeliły aż nad korony drzew. Ciężki dym opadający ku ziemi niespiesznie formował się w sylwetki duchów i demonów, które okrążały ich, muskając ciała zimnymi, pachnącymi sosną i ziołami mackami.

– Nawie – nie dowierzał leszy. – Prawdziwe nawie.

Arturowi nie podobały się te zjawy. Starał się unikać ich dotyku, próbował lawirować między nimi, ustępując im miejsca. Było w tych żywych cieniach coś odrażającego, co sprawiało, że sam ich widok odpychał i zniechęcał do zapoznawania się z dymnymi sylwetkami.

– Nic ci nie grozi – zimnym głosem wyrecytował druid. Jego twarz nie zmieniła się ani odrobinkę, wydawało się, że głos dochodzi gdzieś z tyłu, zza niego. Wyglądał jakby był tylko marionetką w rękach sprawnego lalkarza.

Zjawy skłębiły się w jednym miejscu, tworząc szaro – czarny obłok, nieprzenikniony dla wzroku. Gdzieniegdzie w kłębowisku można było jeszcze rozpoznać ludzką formę, jednak sylwetka taka zaraz mieszała się z dymem i wpasowywała w gęstwinę.

Nagle nawie znikły. Momentalnie, w jednej chwili. Rozpłynęły się w powietrzu, pozostawiając po sobie jedynie zapach i powoli unoszący się kłąb dymu, z którego wyłoniły się sylwetki dwóch zdezorientowanych wojowników. Dobryni Nikitycza i Ilji Muromca.

– Co do… – zająknął się Dobrynia, widząc przed sobą ognisko i trzech mężczyzn. Dwóch wpatrywało się w niego z lekkim zdumieniem, a trzeci z kamienną twarzą spoglądał gdzieś daleko przed siebie.

– Czego tu… – zdziwił się Ilja, natrafiając wzrokiem na tę samą scenkę. – Alosza? – spytał po chwili. – Dobrynia? Co to ma być, kurwa?

– Też się zastanawiam – stwierdził sucho Nikitycz, zaciskając pięści.

– Wezwaliśmy was – odparł po chwili Artur, nie do końca wiedząc, co ma powiedzieć.

– Właściwie to wezwaliśmy wasze formy astralne, na czas interwencji owinięte w magiczne ciała, które imitują prawdziwe ciała sprzed przemiany – wyjaśnił rzeczowo leszy. Dobrynia spojrzał na niego z całą surowością i chłodem niebieskich oczu. – Choć właściwie to wezwał was ten druid.

– Kim ty, kurwa, jesteś? – spytał.

– Wołch Wiesiesławiewicz – przedstawił się leszy. – Walczyłem z wami przeciw Tatarom – przypomniał.

Ilja potarł ciemną brodę w zamyśleniu.

– Ja go pamiętam, Dobrynia. To ten mag jest, chyba.

– Pamiętam – zorientował się wojownik. – Ale to i tak nie wyjaśnia, co się tutaj dzieje – grzmotnął.

– Nie denerwuj się, Dobrynia – spróbował uspokoić Zelle. – To mój pomysł i już wam wszystko wyjaśniam.

Nikitycz znalazł stary pieniek, rozsiadł się na nim na tyle wygodnie, na ile pozwalało twarde drewno. Muromiec usiadł na piętach przy ognisku, grzejąc dłonie. Artur stanął przed nimi, po drugiej stronie ogniska, gotów do składania wyjaśnień. Druid skamieniał w bezruchu. Leszy wzruszył ramionami, poszedł gdzieś na skraj polany.

– Nie będę owijał w bawełnę – stwierdził zmiennokształtny, kiedy wszyscy zajęli dogodne pozycje. – Chciałem was przeprosić za to, co się stało.

Nikitycz parsknął. Muromiec nie był jednak aż tak wyrozumiały dla szlachetnych intencji, które przyświecały dawnemu kompanowi podczas przywoływania go.

– Porąbało cię – stwierdził sucho, wstając. Obszedł ognisko, stanął obok Zellego. Przez moment wpatrywali się w siebie, po czym Ilja trzasnął Artura w szczękę. W cios włożył całą swoją frustrację i złość, które narastały w nim przez długie dziesięciolecia. Zmiennokształtnego odrzuciło w tył, zachwiał się, ale nie upadł. Przed spotkaniem z ziemią powstrzymały go silne ręce leszego, który zjawił się nie wiadomo skąd.

– Spokojnie – powiedział. – Najpierw posłuchajcie, co Alosza ma wam do powiedzenia.

– Gówno mnie to obchodzi – wycedził przez zaciśnięte szczęki Ilja.

– Gęba w kubeł, Muromiec – Nikitycz potrafił być niezwykle stanowczy, kiedy wymagała tego sytuacja. – I słuchaj.

Leszy spojrzał na niego dziękczynnym wzrokiem.

– Jest ktoś, kto twierdzi, że może nas z tego wyleczyć.

Wojownicy spoglądali na byłego kompana z mieszaniną niedowierzania i rozbawienia, ryknęli śmiechem.

– Alosza, przyjacielu! – wydukał przez łzy Dobrynia. – Z czego ty chcesz nas leczyć? Z kary boskiej?

– Jedyne lekarstwo – dodał Muromiec poważniejąc – to odkupienie win. Poza tym… – zawahał się. – Skoro już przywaliłem ci w ryj mogę to powiedzieć: przywykłem do tego życia. Jest mi tak dobrze.

Dobrynia nadgarstkiem otarł łzy spływające po policzku, westchnął.

– Ja też mam się całkiem nieźle – dodał. – Nie chcę zmian.

– Zmiany – powiedział druid wolno, głucho. – Zmiany was odnajdą. Kiedy Pan Dwóch Królestw sięgnie po urodzajną ziemię, popłynie krew szubrawców. Szubrawców, którzy uzurpują sobie prawo do dręczenia jej dzieci. Dzieci podniosą dłoń na panów, a dłoń nie zostanie im odcięta, bo siła leży w jedności. Jedność naruszy fałsz Czarnego Krzyża, który Jaszczura przegnać pragnie, ale Jaszczur z pomocą Wielkiego Litwina Czarny Krzyż pożre. W tym czasie ucisk zapanuje nad lalkami Welesa taki, że niewiele z nich na świecie zostanie. Zostaną ci, którzy ucisku się nie lękają i wyjdą naprzeciw wyrokom losu. Los nie pozwoli żyć żadnemu z fałszywych braci.

Przerwał tyradę, żeby zaczerpnąć tchu. Leszy postanowił działać. Wiedział, że odsłanianie wyroków boskich nigdy nie kończyło się dobrze. Chwycił druida za ramię, ten spojrzał w czerwone oczy pustymi gałkami.

– Synowi węża i kobiety – powiedział wpatrując się niewidzącymi oczyma w leszego – odmówią boskości. Nigdy nie wchodzi się dwa razy do tej samej wody, niech wody wystrzega się jak ognia. Woda z niebios pochłonie jego mogiłę tak, że pamięć o nim przetrwa tylko w legendach.

Druid chwycił leszego za barki i podniósł, jakby Wołch ważył mniej, niż worek ziarna. Zelle, widząc co się święci, doskoczył i pomógł magowi wyrwać się z niedźwiedziego uścisku. Spróbował obezwładnić wieszcza.

– Ten, który własnym imieniem gardzi – głucho przemówił Szczuromiech – dopóty będzie wzgardzony, dopóki pojednania nie zazna. Ojciec sławnych synów umrze zanim zostaną poczęci, wodny stwór wciągnie go do ziemi. Umrze, ale żyć będzie i nie zazna spokoju w węgierskiej miedzi, ani w suknie, ani w zbożu. Zanim odkupienia zazna bój stoczy, nie o własną sprawę. Na koniec spokój odzyska, a śmierć podła dopadnie go ponownie, razem z wieloma innymi. Chwały synów swoich nie doświadczy… – zakrztusił się, kaszlnął i wypadł z uścisku Zellego. Padł na kolana krztusząc się i plując śliną. W tym samym czasie rozwiały się magiczne ciała zdumionych Nikitycza i Muromca, czar przestał działać, kiedy druid ocknął się z transu.

– Kurwa – wycharczał w końcu. – Dajcie wódki.

Alkohol znalazł się od razu. Szczuromiech przywarł ustami do gąsiorka, pił długo, łzy ciekły mu strumyczkami po policzkach. W końcu oderwał się od szyjki, nieco zamglonymi oczami spojrzał na leszego i zmiennokształtnego.

– Dogadaliście się? – spytał.

– Nie – zaprzeczył Wołch. – Nie chcieli się dogadać.

– Przykro mi. – Wyraz twarzy druida wcale na to nie wskazywał. Właściwie to nie wskazywał na nic. – Długo gadałem?

– Co nieco zdążyłeś zdradzić.

– Kurwa. Nie lubię grzebać w sprawach Czasu – zmartwił się. W końcu wzruszył ramionami. – Cóż, ryzyko zawodowe.

– Dziękuję, Szczuromiechu – wtrącił się Zelle. – Teraz przynajmniej może będę wiedział, co ze sobą zrobić.

– Nie ma sprawy – odparł zagadnięty, ciągnąc potężny łyk z gąsiorka. – Moja praca.

 

 

***

 

 

W drogę powrotną wyruszyli jeszcze przed zapadnięciem zmroku. Wcześniej druidzi ugościli ich tym, co mieli, nakarmili i napoili konia. Szpaczek rwał się do podróży, radośnie zarzucał łbem i z niecierpliwością grzebał kopytem w ziemi kiedy Zelle zakładał mu siodło. Drobił dookoła polanki, kiedy żegnali się z Szczuromiechem.

– Narowiste bydlę – stwierdził druid, przyglądając się wyczynom araba. – Nie chcesz go czymś uspokoić? Jakieś ziółko może?

Staruszek szybko doszedł do siebie po popołudniowym transie. Wódka, jak mówił, szybko stawia na nogi, kiedy przeszarżuje się z welesową magią. Istotnie, wyglądało na to, że miał rację.

– Po waszych ziółkach się tak rozbestwił – stwierdził Zelle. – Dziękuję, jakoś sobie poradzę.

Wskoczył na wierzchowca, leszy zmienił się w rysia. Przed sobą mieli całonocną podróż duktami i mało uczęszczanymi szlakami. Noc to pora potworów, demonów i koszmarów, ale kto mógł im zaszkodzić? Strażnikowi lasu i niedokończonemu żmijowi?

 

 

***

 

 

– Co masz zamiar teraz zrobić? – spytał Wołch, kiedy przy pierwszych promieniach wschodzącego słońca rozsiedli się na polanie, z której widać było przepływającą niedaleko Wisłę, a przy niej majestatycznie przycupnięty Toruń. Przez całą drogę nie odezwali się do siebie ani słowem, wychodząc ze słusznego założenia, że trudno o dobrą wymianę zdań, kiedy jeden z rozmówców jest rysiem. Teraz jednak przyszedł czas na podsumowania i decyzje. Zelle wzruszył ramionami.

– Jeszcze nie wiem. Najpewniej czasy będziemy mieli historyczne, jeśli przepowiednie druida się sprawdzą. Może warto dać się ponieść losowi?

Leszy spoglądał na ulice miasta. Z domów wychodzili pierwsi mieszkańcy, zaczynał się wczesnoporanny ruch. Ćwierkające leśne ptaki dodawały całej scenie jakiegoś ulotnego uroku.

– Czasy zawsze są historyczne – odpowiedział. – Tylko nie zawsze o tym wiemy. Powinieneś był się już zorientować.

Zmiennokształtny łyknął wina.

– Z tego co mówił Szczuromiech – ciągnął mag – wynika chyba, że powinieneś się stawić w tej swojej aptece. Dać sobie pomóc.

– Dzięki za druida, Wołch – odpowiedział Artur. – Wyśpię się, później podejmę decyzję. Nie jest dobrze, tak bez snu.

Leszy skinął głową. Sam miał zamiar odpocząć. Od Świętego Gaju spał może ze dwie godziny. Padał z nóg.

 

 

***

 

 

Kiedy wieczorem dotarł pod drzwi apteki "Skrzydła Archanioła" okazało się, że były zamknięte. Z jakichś powodów mistrz Witelon nie otworzył przybytku i najwidoczniej nie chciał widzieć się z obcymi. Artur zakołatał raz jeszcze i już miał odchodzić, kiedy szczęknął zamek i zaskrzypiały stalowe zawiasy. Przez szparę między skrzydłem i framugą spoglądała na niego szara, zmęczona twarz alchemika.

– Wejdź – powiedział Witelon, otwierając szerzej. – Wejdź, proszę.

– Coś się stało? – spytał zmiennokształtny, wyczuwając niepokój.

Mag na powrót zaryglował drzwi, przeszedł na zaplecze.

– Z Kopernikiem jest niedobrze – powiedział, prowadząc gościa do lochów. – Jad okazał się zbyt mocny, a chłopak za bardzo się przemęczał. Stracił władzę w członkach, podejrzewam, że nie zostało mu już wiele czasu.

– Chyba nie mogę tutaj pomóc – stropił się Zelle. – Nie jestem medykiem.

– Ja jestem – odparł Witelon – i wiem, że tutaj nic już nie pomoże. On ma – zawahał się – pewną prośbę. Proszę ją spełnić.

– Jaka to prośba?

– Chyba wolałby sam o tym powiedzieć.

 

Kupiec leżał w pracowni, przykryty kilkoma grubymi kocami. Nie ruszał się, jedynie usta bezgłośnie szeptały modlitwę. Rozgorączkowane czoło pokrywały wielkie krople potu, a w całym pomieszczeniu unosił się intensywny zapach choroby i nieuchronnie zbliżającej się śmierci.

– Przestał wymiotować jakieś dwie godziny temu – wyjaśnił mag. – Proszę z nim porozmawiać.

– On jest w stanie…?

Alchemik skinął głową.

Zelle przyciągnął do łóżka niewielki zydelek, ciężko opadł na drewno. Kopernik wyglądał jakby dźwięk go obudził, poderwał głowę, ale zaraz opadł, zmęczony wysiłkiem. Zamglonymi oczami próbował zlustrować gościa, ale przychodziło mu to z olbrzymim trudem. Wiedział jednak, z kim ma do czynienia. Nabrał powietrza w płuca. Oddech miał płytki, nierówny.

– Weź… – wyszeptał z trudem. – Weź moje ciało.

Artur spojrzał na kupca ze zdziwieniem. Nie był pewien, czy dobrze zrozumiał słowa Kopernika, czy się nie przesłyszał. Przyłożył ucho niemal do samych ust Mikołaja. Coś rzęziło i świszczało w płucach.

– Ciało – wyszeptał chory – jest twoje.

Zmiennokształtny wstał, odsuwając zydel. Rzucił pytające spojrzenie magowi. Ten skinął głową.

– Taka jest jego wola – stwierdził. – On nie ma rodziny, jeśli umrze, jego majątek będzie rozgrabiony, to pewne. Pewne jest też to, że nie wytrzyma dłużej niż kilka godzin. A i mój byt, przyznaję, byłby lepiej zabezpieczony, jeśli zająłbyś się majątkiem Kopernika.

– Co on robi?

– Handluje, jak to kupiec. Jeśli pytasz o konkrety, to kiedyś głównie miedzią, ale towar przestał być tak chodliwy jak kiedyś, więc ostatnio bardziej skupił się na zbożu i suknie. Szczególnie zboże, to dobry interes. Z resztą – wzruszył ramionami – zrób o co cię prosi, sam się dowiesz.

– Nie szkoda ci go? Mówisz, jakby był dla ciebie kimś obcym.

– Szkoda – przyznał Witelon. – Ale przywykłem. Co prawda jestem młodszy niż ty, ale straciłem już tylu uczniów, że się przyzwyczaiłem. To wchodzi w krew – uśmiechnął się przepraszająco.

 

 

***

 

 

– Chyba nie o takie zmiany chodziło – stwierdził leszy, kiedy Popow pojawił się na jego polanie. Gość wzruszył ramionami.

– Widocznie los miał powody – odpowiedział. – Ale i tak szkoda człowieka.

Wołch przełknął ślinę, przyglądając się badawczo przyjacielowi.

– Zabiłeś go?

Alosza wykonał nieokreślony ruch głową. Przez chwilę milczał.

– On i tak by umarł.

– Teraz – powiedział po chwili, odpowiadając na niezadane pytanie leszego – będę pomnażał majątek i się ustatkuję.

– Jasne. Znajdziesz sobie żonę, najlepiej z bogatej i wpływowej rodziny. Z pewnością będziesz miał czwórkę pięknych i mądrych dzieci. Dwóch synów i dwie córki, bo równowaga musi być zachowana. W jakim ty świecie żyjesz?

Popow długo nie odpowiadał, przypatrując się pracy karczowników, kończących dzieła drwali na skraju lasu, rzut beretem od polanki, na której znajdowało się legowisko leszego. Dźwięk siekier i krótkie strzały urywanych korzeni brzmiały jakoś nieprzyjemnie, barbarzyńsko.

– Świat się zmienia – powiedział, wstając, Mikołaj Kopernik. – A my już dawno przestaliśmy za nim nadążać. Pora to zmienić.

Leszy uśmiechnął się krzywo.

– Nie rób min. Jaszczur niecierpliwie kłapie zębiskami, a Krzyżacy się go boją. Gdańskie prawo składu jest wrzodem na dupach toruńskich kupców, a nie od dziś wiadomo, że kupcy potrafią walczyć o swoje. W Rzeczpospolitej podobno słychać nieśmiałe głosy o inkorporacji Prus. Trzeba tylko kamyczka, żeby wywołać lawinę.

– I to ty masz być tym kamyczkiem?

– Trzeba w końcu wyjść wydarzeniom na przeciw, Wiesiesławiewiczu.

Leszy w przyglądał się karczownikom.

– Ta krew cię zmieniła – powiedział, przerywając milczenie. – Nie jesteś już tym człowiekiem, którego znałem.

– Widocznie nie. Ale jeśli to cię pocieszy, to przynajmniej była smaczna. Wybacz – dodał. – Mam spotkanie z klientem.

 

Koniec

Komentarze

First!

1+4+5+3 = 13. Sprytne, ale rozgryzłem to już na "Pokój 1403" gdy pisał to król S. King x]

Nawet nie zauważyłem. 1453 to rok, a tytuł jest taki, bo to ma znaczenie dla kilku wydarzeń przedstawionych w opowiadaniu. Z Kingiem nie ma nic wspólnego. Ani z horrorem. Proponuję przeczytać przed komentowaniem. To dobra kolejność.

Przeczytałem. Podobało mi się, a powyższy koment to była tylko luźna obserwacja.

To miło. :)

W opowiadaniu trochę się pogubiłem, ale może to wina rozpraszających czynników dookoła mnie. Polubiłem bohaterów, w zasadzie każdą z postaci polubiłem.

Mówiąc krótko, podobało mi się. Czuję jednak niedosyt, trudno mi określić dlaczego.

"Artur przeszedł obok nich, trącąc jednego z młodych druidów ramieniem" - to chyba nie jest dobra forma.
"Zmiennokształtnego odrzuciło w tył, zachwiał się, ale nie nie upadł" - o jedno "nie" za dużo.

To tyle, a opowiadanie jest świetne. Masz znakomity styl, przez co czyta się bardzo lekko i szybko. Fajne dialogi i ciekawy pomysł na bohaterów, którzy nie są nijacy, a bardzo przekonujący. Widać, że dużo się przy tym tekście napracowałeś, ale przyniosło to dobry efekt. Bardzo dobre opowiadanie - daję 5.
pozdrawiam serdecznie:)

@Redil:
Faktycznie, dziwnie to "odmieniłem". Dzięki za zwrócenie uwagi, poprawione.

Dziękuję za komentarze. 

Rewelacyjne opowiadanie. Naprawdę jestem pod wrażeniem. Historia jest spójna, wciągająca i pełna magii. Podoba mi się, że potrafisz rewelacyjnie wykorzystywać zarówno motywy historyczne, jak i legendy. Co więcej, połączyłeś oba elementy w elegancką, niespodziewaną całość. Opowiadanie jest pełne zaskakujących detali i subtelnych szczegółów, które doskonale ubarwiają fabułę i ożywiają stworzony przez Ciebie świat. Dla mnie cud, miód i orzeszki :)

P.S. Wychwyciłam jeden błąd:

"Teraz przynajmniej może będę wiedział, ze sobą zrobić". - po przecinku brakuje "co" ;)

@Ranferiel:
Dziękuję. :)

Co do błędu - też go wychwyciłem i poprawiłem kilka minut temu, pewnie byłaś już w trakcie czytania.

Chyba od czterech miesięcy nie czytałem nic na stronie fantastyki. Dzisiaj wchodzę i drugi tekst, po który sięgnąłem, wywarł na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Brawo!

wrócę

podobałomisietrochezawilealeujdziejaknatenporataljestwiecejnizok.pozdrawiambaazylnielubiacydlugichopkowaletymrazemdalrade.

Dziękuję za komentarze.
Nie spodziewałem się tak dobrego przyjęcia tekstu. Fajnie, że się spodobał. :) 

Świetne, ciekawa historia, prawdziwi bohaterowie. Niby długie, a... za krótkie. Nie wiem czy były jakieś błędy, za bardzo wciągnęłam się w Twoją opowieść. A i zakończenie mi się podobało.
Jakbym tylko mogła oceniać, to dostałbyś 6.

Świetne opowiadanie. Przeczytałem, a właściwie pochłonąłem, tekst z prawdziwą przyjemnością.
Bardzo mi się podobało.

Pozdrawiam.

Tekst z gatunku tych, które się pożera, a nie czyta. W odróżnieniu od wielu opowiadań na tej stronie ma początek, środek i koniec, a wszystkie są równie ciekawe. Dobrze, że nie okazało się, że Kopernik jednak była kobietą ;)

Dzięki za komentarze. BTW: Kopernik, którego mamy tutaj to nie ten słynny astronom, tylko jego ojciec - słynny astronom urodził się dopiero w 1473 roku. Tutaj ojciec jest niedługo przed poznaniem Barbary Watzenrode, swojej przyszłej żony i matki Mikołaja. :)

Domysliłam się ;)

To była taka uwaga ogólna do tekstu, bo w sumie nigdzie nie zaznaczyłem, o którego chodzi... A chyba nie można wymagać od Czytelnika, żeby wiedział, kiedy dokładnie urodził się Mikołajek. Ja, przed przygotowaniem się do tego tekstu, nie wiedziałem. ;)

Pozdrawiam 

Nie no dobra, aż takim omnibusem też nie jestem, żeby się "domyślić" musiałam sprawdzić na wikipedii :P Swoją drogą, bardzo lubię opowiadania, które wymagają od czytelnika choćby trochę wysiłku intelektualnego ;) Łatwo jest osadzić akcję w całkowicie wykreowanym świecie (co nie znaczy, że wykreowanie spójnego i interesującego świata jest łatwe), ale osadzić ją w XV-wiecznym Toruniu jest chyba dużo trudniejsze... Tym bardziej gratuluję.

Trafiłem tutaj z rekomendacji hyde parkowych. przeczytałem i uważam, że tekst jest łatwy. płynie, wciąga, daje rozrywkę i nic więcej.
nie lubię takich tekstów, ale gratuluję giętkości zdań.
z uwag technicznych we wszystkich dialogach trąciło dość współczesnością... może odrobina stylizacji dodałaby całości powabu, na który szybka narracja nie bardzo pozwalała.

@krzyskar:
 Dziękuję za komentarz. Sam nie do końca rozumiem zachwyty nad tym tekstem, ale i tak cieszy mnie zainteresowanie. :)
Co do dialogów - specjalnie nie stylizuję. Po prostu nie umiem, więc wolę użyć słów i form mi znanych, niż pajacować. :)

Pozdrawiam 

słusznie :)
no i gratuluję dystansu... nie każdy ma (ja na przykład nie;)

Podobało się. Mnogość odwołań rzuca na kolana. Aż żałuję, że nie wszystko jestem w stanie wyłapać i do końca zrozumieć. Przepowiednia skonstruowana cudownie.

Masz gdzieś tam "zasczał" i trochę zazgrzytał mi rzut beretem jako miara odległości.

Babska logika rządzi!

Jeśli dobrze pamiętam, to nad przepowiednią spędziłem całkiem sporo czasu. Miała kilka wersji, ale dopiero któraś kolejna (piąta? szósta?) wydała mi się odpowiednio zagmatwana.

"Zasczał" poprawione. Rzut beretem to po prostu blisko. :P

Dzięki za komentarz! :)

Nieprecyzyjnie się wyraziłam. Jak daleko leci beret, to potrafię sobie wyobrazić, a nawet sama niekiedy używam tej przydatnej jednostki. Ale w piętnastym wieku?

Babska logika rządzi!

Zawsze mógł być "rzut burakiem", podejrzany w XV w. u Sapkowskiego… :)

A tak poważnie, rozważę zmianę tego na rzut czymś bardziej odpowiednim. Choć z drugiej strony… berety wtedy już chyba były, rzucać ludzie umieli. Nie wiem, muszę tę sprawę przemyśleć. 

Trochę trwało, nim pojęłam kto jest kim i jak się nazywa, ale kiedy już się zorientowałam, czytało się świetnie, bo pomysł, zaiste, miałeś przedni, co przełożyło się na bardzo zacne opowiadanie.

Wykonanie mogłoby być lepsze, ale skoro przez cztery lata nic nie zrobiłeś z rzutem beretem, doszłam do wniosku, że wskazanie innych błędów, a jest ich trochę, też na nic się zda.

Nadmienię tylko, że na początku kilkakrotnie wspominasz o zapachu ozonu, więc zapytam – skąd wiedziano co pachnie, skoro ozon został odkryty i nazwany w 1840 roku?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Fajne :)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka