- Opowiadanie: mkmorgoth - Coś nowego

Coś nowego

Ten tekst, a w zasadzie pomysł do niego, powstał na fali kilku opowiadań. Napisałem je z myślą, o czymś innym, nowszym. Może nawet – ośmielę się o tym wspomnieć – oryginalnym. Czy mi się udało, oceńcie sami. Opowiadanie jest krótkie, i takie było w zamyśle, bo najważniejsze było ukazanie tylko i wyłącznie, naszych, ludzkich cech.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Coś nowego

Profesor Hillerman, szef Biura Patentowego, spoglądał na małe prostokątne urządzenie stojące na blacie czarnego biurka, którego powierzchnia gładka niczym lustro mieniła się blaskiem od padających nań promieni słonecznych.

– No cóż mogę rzec, panie Robins, to jest nie do przyjęcia – rzucił ostrą krytykę na temat ustrojstwa, skrobiąc się po swojej połyskującej łysinie, kontrastującej z siwą długą brodą. – To jest do niczego.

– Ależ, panie profesorze! To jest mój wynalazek! Pracowałem nad nim przez ostatnie dwa miesiące! – rzekł Robins.

– Wierzę, że jest to pański wynalazek, ale… – pogładził dłonią po gęstej, siwej brodzie. – Ale jakby to powiedzieć, takie mechanizmy jak magnetowidy i ten oto kolejny – już istnieją.

Douglas Robins spojrzał na wiszące na ścianie w jednym rządku dziesiątki certyfikatów profesora. Rzeczywiście ów człowiek miał duże doświadczenie w zawodzie, i miał rację, co do swojego stwierdzenia.

– Wie pan co? – wyraził się po chwili profesor. – Przychodzi pan tutaj i przynosi różne machiny, które wejdą na rynek i okażą się kompletną klapą, albo takie, które są na rynku i ledwo się sprzedają. Wszystkie prezentowane dotychczas przez pana urządzenia były beznadziejne. Bardzo chciałbym dać certyfikat z patentem na jakieś urządzenie, ale na miłość boską, proszę zrobić coś zupełnie nowego, coś, co mnie zaskoczy.

Profesor obszedł biurko na około i usiadł na wielkim obitym zieloną skórą fotelu.

– Ależ, niech pan posłucha – walczył dalej Douglas. – Proszę to chociaż włączyć – błagał.

– Panie Robins – kiwał głową Samuel. – Pan mnie chyba nadal nie rozumie i nie słucha. Proszę to natychmiast zabrać z mojego biurka! A potem… nie wiem kiedy, przyjść do mnie z czymś lepszym. Najlepiej z nowatorskim! – rzekł chłodno, wciągając haust powietrza w płuca. – A jeśli… – groził palcem. – Jeśli znowu pan tu przyjdzie z podobnym urządzeniem, to nie będę o tym dyskutował. Czy to jasne?!

– Tak, oczywiście – poddał się Robins.

– To dobrze – uśmiechnął się promiennie profesor. – A teraz, proszę to stąd zabrać – spojrzał na ustrojstwo, stojące wciąż na biurku.

Douglas zbliżył się i zabrał swój wynalazek, wkładając delikatnie do skórzanej torby.

– Kiedy mogę przyjść tutaj następnym razem?

– Chwileczkę. Niech no spojrzę.

Profesor otworzywszy swój kalendarz, zaczął przerzucać nerwowo kartkami, tak jakby chciał je powyrywać.

– Najlepiej za tydzień, szesnastego czerwca. Odpowiada panu?

– Tak, może być.

Profesor odnotował w swoim kalendarzu, po czym wstał i chwiejnym krokiem podszedł do niego, wyciągając przed siebie prawą dłoń w geście uścisku.

– Zatem jesteśmy umówieni – uśmiechnął się szeroko Samuel.

– Do widzenia, profesorze.

– Do widzenia.

 

***

 

W niecałe trzy godziny później, Douglas Robins wszedł do mieszkania zatrzaskując za sobą drzwi. Z ponurą miną przeszedł wzdłuż korytarza obok pokoju, w którym drzemała jego żona Elizabeth, ale mawiał do niej pieszczotliwie – Beth. Zatrzymał się na chwilę, patrząc się na jej smukłe ciało, przykryte ciepłym wełnianym kocem. Oddychała wolno, co znaczyło, iż spała spokojnym snem. Zastawiał się teraz, co mogło jej się przyśnić. Pewnie coś wspaniałego. Stał tak przez minutę, po czym skierował się ku żółtym drzwiom prowadzącym do piwnicy, gdzie znajdował się jego warsztat.

W warsztacie zapalił światło, które biło od pozbawionej klosza żarówki, zwisającej luźno na kablu, w centralnej części sufitu. Promienie oświetlały stare, nieotynkowane ściany, a także przytwierdzone do nich sześć półek zrobionych z płyty pilśniowej. Półki zawalone sporą ilością wynalazków uginały się pod ich ciężarem. Wszystkie urządzenia własnej roboty zaprezentował u profesora i bez wyjątków zostały odrzucone. Wśród całej tej serii prowizorek, były takie urządzenia jak: radia na baterie, telewizory bezprzewodowe, roboty kuchenne, zegarki odmierzające czas za pomocą piasku, energii wodnej czy wietrznej. Ten ostatni był ciekawym pomysłem, ale komu chciałoby się wychodzić z domu w wietrzną pogodę, by dzięki temu wspaniałemu cudowi techniki odmierzać czas. Zresztą, aby poruszyć wszystkimi cholernie opornymi trybikami, trzeba by do tego celu użyć nie wiatru, lecz wichury! A poza tym wyglądałoby to dość dziwnie, gdyby ktoś zobaczył delikwenta biegającego wzdłuż ulicy i poszukującego odpowiedniego powiewu, aby uruchomić taki nowoczesny zegarek!

Gdyby ktokolwiek odważyłby się tutaj zajrzeć, wszędzie spostrzegłby same bezużyteczne rupiecie. Nic bardziej mylnego. Owszem urządzenia w jego pracowni wyglądały znajomo, ale to tylko pozory. Jego wytwory posiadały coś niezwykłego, coś zupełnie odmiennego niż wszystkie produkowane w fabrykach mechanizmy razem wzięte. To, iż zawsze będą sprawne. Nigdy się nie popsują. I to właśnie chciał zawsze powiedzieć profesorowi. Za każdym razem błagał go żeby, chociaż włączył, a wtedy zdarzyłby się cud. Mechanizm zrobiłby wszystko idealnie, bez zarzutu, bez błędnie. Profesor zawsze go ignorował. Nie tylko on. Do grona takich ludzi, niedowiarków i bez serca do wszystkich jego wynalazków mógł doliczyć także swoją żonę Beth, ale chociaż chciał, nigdy jeszcze nie powiedział jej tego wprost.

Douglas do kolekcji dołożył jeszcze magnetowid, który wcisnął pomiędzy niewielką lukę pomiędzy dwoma, pokrytymi grubą warstwą kurzu, telewizorami. Następnie podszedł do stołu warsztatowego. Poniewierały się na nim porozrzucane w nieładzie projekty rysowane na kartkach papieru formatu A4. Nakreślono na nich szkice narzędzi, układów oraz trybików. Wszystko to przesunął na lewą stronę, zwalając część z nich na podłogę. Rozłożył nowe, czyste kartki i zaczął szkicować nowe projekty.

Pracował całą noc. Wykonał osiem projektów. Zmęczony wielogodzinną i monotonną robotą, udał się na spoczynek.

 

***

 

W czwartkowy ranek zbudził go warkot silnika samochodowego, obróciwszy się na drugi bok zauważył, że Beth już nie było. Pojechała do pracy. Spojrzał na tarczę budzika stojącego na szafce nocnej obok łóżka. Dochodziła dziewiąta.

Po śniadaniu udał się do warsztatu. Z pośród tych projektów, które wczoraj wykonał, po wnikliwej selekcji, wybrał jeden z nich. Projekt – na rysunku – przedstawiał robota kuchennego, wielofunkcyjnego. Nowy projekt, nowe zadanie i nowe zmartwienie, gdyż mogło zakończyć się kolejnym niepowodzeniem, poprzez odrzucenie nowego wynalazku przez wszechwiedzącego, wszechmogącego i nieomylnego profesora. Ale, co tam, postanowił wykonać ten nowy projekt.

 

***

 

Przez następne cztery dni niewiele jadł, mało spał i sporadycznie opuszczał warsztat. Cały czas ciężko pracował. Miał coraz mniej czasu. A sam obiecał, iż wykona zamysł najszybciej jak się da. A to już niedługo. W przyszłym tygodniu.

 

***

 

Parę dni później, we wtorek, około ósmej wieczorem, przedsięwzięcie zostało zrealizowane.

– Mój Boże! – zasłoniła dłonią usta Beth. – Co to jest? – spytała, przyglądając się stojącemu na stole w kuchni dziwnemu przedmiotowi, który wyglądem przypominał dużego świerszcza tyle, że – mechanicznego. Z wystającą miejscami, spod metalowej osłony, różnokolorową plątaniną przewodów oraz innych stalowych części, iskrzących się w świetle lampy wiszącej nad stołem. – Co to jest, Douglasie? – powtórzyła pytanie.

– To? To robot kuchenny – powiedział, wskazując dłonią na urządzenie. – Wykonuje wszystko, co mu zalecisz.

– Czy mogę go dotknąć lub wziąć?

– Jasne.

Beth chwyciła dłońmi świerszcza. Kiedy na niego patrzyła, wydawał jej się dosyć ciężki, ale okazał się jednak nieco lżejszy. Dokładnie obejrzała mechanizm ze wszystkich stron, doszukując się włącznika lub chociaż panelu sterującego, ale nie mogła znaleźć.

– Słuchaj, kochanie – zdała się na uśmiech. – Jak to się uruchamia?

Douglas zbliżył się do niej.

– Daj mi to – zabrał od niej mechanicznego świerszcza. – Widzisz tę klapkę? Tu na górze, obok głowy?

– No tak. Widzę, i co?

– W porządku, otwiera się ją o tak – delikatnie otworzył niewielką klapkę. – Po czym wybierasz najpierw najważniejszy z tych pięciu przycisków. Ten czerwony – to on włącza i wyłącza urządzenie, a te cztery pozostałe mają zaprogramowane odpowiednie funkcje. Czyli po kolei – wskazał klawisz palcem. – Biały to zmywanie, żółty – sprzątanie, zielony – miksuje, a ten niebieski, to programator. Możesz nim zaprogramować to, co chciałabyś by urządzenie dla ciebie wykonywało.

– Ciekawe, tylko… – uśmiechnęła się. – Tylko mówiłeś mi przedtem, że musisz wykonać coś zupełnie nowego. Tak powiedział twój szef, prawda?

– Zgadza się, tak powiedział – pokiwał głową, ale widząc jej zakłopotaną minę spytał: – Ale o co ci chodzi? Miało być nowe? Więc jest.

– Szczerze? Nowe jest to, że wszystko, co to robi – wskazała na świerszcza, – jest w jednym. Słuchaj takie urządzenia już są w sprzedaży od lat. Bez urazy, ale to, że on przypomina świerszcza, tylko pogarsza twój śmiały pomysł…

– Jak bym go słyszał – przerwał jej. – Jemu, jak i tobie, zawsze coś się nie podoba!

Przez chwilę zapanowała cisza. Douglas w zamyśleniu usiadł na krześle, gapiąc się na swój wynalazek.

– Tak czy siak, spróbuję – orzekł po namyśle. – Jutro mu zaniosę i pokaże. Może się spodoba.

– Rób jak uważasz, ale pamiętaj, że ciebie ostrzegałam.

 

***

 

Niestety, wczorajsze słowa żony stały się faktem. Wchodząc do domu z pochmurną miną, trzasnął drzwiami z taką siłą, że prawie by wyleciały z zawiasów.

– No i co? – dopytywała się Beth.

– Nic – odburknął idąc wolno w kierunku widocznych drzwi do warsztatu. – Do niczego. Tak jak mówiłaś. A ja wyszedłem na durnia i pośmiewisko.

– Wylał cię?

– Nie, ale dał mi jeszcze jedną, ostatnią szansę.

– No to nie jest tak źle.

– Prawie. Mam to wykonać… do jutra!

– Rozumiem – oparła się plecami o framugę drzwi kuchennych. – I co teraz zrobisz?

– Jak to, co? – rozłożył ręce. – Wymyślę coś innego.

Chwycił za klamkę i poszedł do warsztatu, zamykając za sobą drzwi.

Wchodząc do warsztatu, tym razem nie położył swojego wynalazku na półce. Ze złości rzucił mechanicznym świerszczem z całej siły o ścianę. Urządzenie z łoskotem rozleciało się na kilka mniejszych kawałów.

– Dobrze profesorku, teraz wykonam coś takiego, czego jeszcze ty nigdy nie widziałeś! – powiedział to tak jakby Hillerman znajdował się tutaj. – Zrobię takie urządzenie, że będzie cię korciło abyś wreszcie uruchomił. A wtedy…

Douglas na samą myśl, o nowym projekcie, zaśmiał się głośno.

 

***

 

Nazajutrz o jedenastej dwadzieścia był już w gabinecie profesora Hillermana. Obydwaj stali obok siebie, ramię w ramię, parząc na blat biurka, na którym prezentowało się najnowsze odkrycie Douglasa.

– Co to jest, doktorze Robins? – zadał pytanie, wskazując palcem na nowy nabytek.

Nabytek, na który wskazał profesor, był niewielkich rozmiarów. Zwykły sześcian o wysokości i szerokości dziesięciu centymetrów. Mały, czarny, matowy kubik wykonany ze stalowej blachy z małymi drzwiczkami. Na jednej ze ścian, nad drzwiczkami umieszczono niewielki szyld z napisem WEJŚCIE.

– Co to jest, doktorze? – zadał jeszcze raz pytanie, nie mogąc oderwać od tego wytworu spojrzenia. – I co jest w środku?

– Nic.

– Nic? – wyraził zdumienie Samuel, marszcząc brwi. – Jak to? Co mam przez to rozumieć? To, po co te cholerne drzwiczki? Do czego to zatem służy, panie doktorze Robins?! Czekam na wyjaśnienia!

Douglas chwilę milczał, zbierając powoli myśli. W końcu odważył się na odpowiedź.

– To jest pudełko, w którym można się schować, gdy przychodzą nieproszeni goście – spojrzał na gniewną minę profesora. – Otóż, wyjaśnię to na przykładzie – odchrząknął. – Wyobraźmy sobie taką sytuację. Przychodzą do pana ludzie, a pan nie chce się z nimi widzieć. Są nachalni i nieuprzejmi. Po prostu chce pan mieć trochę prywatności. Więc, od tego jest to pudełko. Taka kryjówka.

– Zaprawdę dziwne i niewiarygodne – podrapał się po łysinie, – ale niezłe. A jak to działa? – zagaił profesor.

„Nareszcie! Jesteś ciekaw profesorku, co? – pomyślał Robins, po czym rzekł:

– Wystarczy otworzyć drzwiczki i zaglądając do środka powiedzieć: Pudełeczko, pudełeczko, skryj mnie.

Zdanie zabrzmiało nieco ironicznie. Profesor spojrzał na niego wilkiem, po czym wziął do ręki sześcianik. Delikatnie otworzył drzwiczki, pociągając za miniaturową mosiężną klamkę.

– I co teraz?

– Niech pan powie „Pudełeczko…"

– Aha, no jasne – rzekł dziarsko profesor.

Po chwili znów odrzekł, tym razem recytując usłyszaną prostą formułkę.

– Pudełeczko, pudełeczko, skryj mnie…

To był moment. Profesor w jednej chwili został wessany do pudełka, niczym galaktyka wciągnięta w otchłań czarnej dziury.

W miejscu, w którym jeszcze przed chwilą przebywał profesor, na podłodze, pozostał tylko sześcianik. Profesor znajdował się w jego wnętrzu. Doktor Douglas spojrzał najpierw na biurko, potem na pusty fotel, a następnie z szyderczym uśmiechem przeniósł wzrok na dyplomy Hillermana. Roześmiał się. Jego rechot słychać było poza gabinetem, ale nikt się nie kwapił zajrzeć tutaj, nawet z ciekawości.

 

***

 

Kiedy profesor Hillerman ocknął się, wokoło było ciemno i pusto. W jego głowie huczało i też było pusto. Przez chwilę zastanawiał się gdzie jest. Potem domyślił się, że trafił tu, do pudełka, gdy wypowiedział słowa, o których mówił mu doktor Robins.

– Nieźle doktorze, ma pan ten patent – powiedział spokojnie, rozglądając się dookoła i patrząc się w mroczną scenerię wnętrza pudełka. – Teraz niech mnie pan stąd wypuści.

Odpowiedziała mu tylko cisza.

– Halo! Halo!! – krzyczał.

Nikt mu nie odpowiedział. Powtórzył wołanie kilkakrotnie. Znowu nic, bez rezultatu. Zrezygnowany, ruszył w kierunku szczelin obrysowujących zarys drzwi, przez które przedostawały się do środka delikatne promienie światła. Lecz były i tak za małe, by oświetlić ciemne i puste wnętrze sześcianu. Gdy doszedł okazało się, że nie ma po tej stronie klamki. Po omacku poszukał jeszcze w miarę dokładniej. Nic nie znalazł, żadnej klamki, ani uchwytu. Nawet dziurki od klucza nie było. Wściekle zaczął tłuc i walić jak opętany pięściami w metalowe drzwi. Bez skutku. Miał wrażenie, że nikt go już nie słucha. I właśnie w tej sekundzie, dotarła do niego najstraszniejsza i najmroczniejsza myśl. Znalazł się w pułapce. W pułapce dość nietypowej. Z wejściem od zewnątrz, ale bez wyjścia od wewnątrz. Być może konstruktor zapomniał o wyjściu z tej sytuacji? A może zrobił to celowo?

 

***

 

Tydzień później po tajemniczym i nagłym zniknięciu profesora Hillermana, szefem Biura Patentowego został Douglas Robins. W tej chwili siedział za biurkiem i spoglądał na swoje cztery nowe dyplomy, oprawione w czarne ramki, wiszące na ścianie. Zajmując honorowe miejsce, to samo, w którym do niedawna wisiały certyfikaty profesora.

Do drzwi gabinetu ktoś delikatnie zapukał trzy razy.

– Proszę wejść – odpowiedział.

Do środka weszła zgrabnym krokiem Margaret Baker jego osobista, nowo zatrudniona sekretarka, młoda, lat dwadzieścia osiem.

– Przyszedł do pana doktor Richard Noor – rzekła delikatnym głosikiem. – Mówi, że ma coś do zaoferowania. Czy może wejść?

– Tak, proszę go wpuścić, ale za pięć minut – powiedział, rozsiadając się wygodnie w fotelu, obserwując jak sekretarka opuszcza gabinet i zamyka za sobą drzwi.

Spojrzał na mały, czarny sześcianik stojący na biurku. Widok ten rozweselił go, kiedy widział oczami wyobraźni jak Noor pyta co to za dziwna kostka, do czego służy i następnie otwiera drzwiczki, by zajrzeć do środka.

Uśmiechnął się szeroko, bo będzie miał w swojej kolekcji kolejny wynalazek – opatentowany!

 

Koniec

Komentarze

Fajne. Kilka powtórzeń było, ale nie przeszkadzały w czytaniu. Krótkie i treściwe, podobało mi się.

Zaufaj Allahowi, ale przywiąż swojego wielbłąda.

Kilka powtórzeń, kilka niezgrabności (metalowa blacha? Nigdy nie spotkałem się z plastikową...).

wciągnięta w antygrawitacyjną otchłań czarnej dziury - Czarna dziura ma tyle wspólnego z antygrawitacją, co powierzchnia słońca z cieniem. BTW: czarna dziura to nie dziura, tylko obiekt kształtem zbliżony do kuli, więc bardziej stosowne od "otchłań" jest słowo "powierzchnia".

Nie ujęło mnie, ale dało się czytać. 

Całkiem pomysłowe i nieźle napisane. Już po kilku zdaniach mnie wciągnęło i byłam ciekawa, jak to wszystko się skończy. Finał mocny i satysfakcjonujący :)

Wychwyciłam jedno rzucające się w oczy powtórzenie: "Parę dni później, we wtorek wieczorem, około ósmej wieczorem, przedsięwzięcie zostało zrealizowane".

Napisałeś dobry tekst z ciekawym zakończeniem.

nietypowy
  razem

pozdrawiam

I po co to było?

Dziękuję wszystkim za komentarze. Wyłapane przez was błędy poprawiłem. Dzięki jeszcze raz. Pozdrawiam.

"Wszyscy jesteśmy zwierzętami, które chcą przejść na drugą stronę ulicy, tylko coś, czego nie zauważyliśmy, rozjeżdża nas w połowie drogi." - Philip K. Dick

Dobre! Dawno równie ciekawego tekstu tu nie czytałem! Tylko: na ścianie wynalazki wisieć nie mogły, w dodatku oprawione w ramki. Prędzej certyfikaty. Ode mnie:5

skrobiąc się po swojej połyskującej łysinie, - moje widzimisię, więc nie bierz do siebie, ale jakoś ładniej brzmiałoby zwykłe "drapiac się"

Zgrabnie i fajne napisane, z dobra końcówką. :)

Bardzo fajny tekst. Oryginalny pomysł, niezłe zakończenie.
Podobało mi się.

Pozdrawiam.

@Rhei :) Dzięki za komentarz. Nie wezmę sobie tego do siebie, ale na przyszłość będę uważał na tego typu sformułowania jak: "skrobiąc się" - faktycznie nie brzmi to dobrze, ale lepiej napisać "drapać się".

@Eferelin :) Dziękuję, że i Tobie się podobało, ale Twój tekst "Bój Nieśmiertelnych" i "Faeton" również bardzo mi przypadły do gustu. Gratki ode mnie za piórko, zasłużyłeś!

Pozdrawiam.

"Wszyscy jesteśmy zwierzętami, które chcą przejść na drugą stronę ulicy, tylko coś, czego nie zauważyliśmy, rozjeżdża nas w połowie drogi." - Philip K. Dick

Witam! Opowiadanie przypadło mi bardzo do gustu :) Ciekawe, zaskakujące i pomysłowe z oryginalnym zakończeniem. Oby jeszcze więcej takich tekstów na portalu NF. Parę drobiazgów językowych wymaga jeszcze doszlifowania, ale sam pomysł jest na 5 :) Tak trzymać!

@ppikar :) dzięki, że się podobało i postaram się umieszczać tutaj równie dobre teksty.

PS. Tak poza tym to witam nowego użytkownika na portalu :)

Pozdrawiam.

"Wszyscy jesteśmy zwierzętami, które chcą przejść na drugą stronę ulicy, tylko coś, czego nie zauważyliśmy, rozjeżdża nas w połowie drogi." - Philip K. Dick

No, Nareszcie jakieś opowiadanie na poziomie! Daję DUŻE 5.0. Wystawiłbym ocenę, ale zapomniałem hasła do mojego starego profilu. Naprawdę dobra robota, mkmorgoth.

Fajne. Rozbawiło mnie zakończenie.

Pozdrawiam.

Hmm. A ja się do zachwytów nie przyłącze. Może to subiektywne, ale nie podoba mi się konstrukcja zdań. Są zbyt szczegółowe, zwłaszcza na początku. Parę problemów z interpunkcją. No i urząd patentowy nie działa w ten sposób.
Nie przekonało mnie, trochę to naiwne, tak mi się skojarzyło. Chociaż pomysł niczego sobie.
Pozdrawiam

Przeczytałem, dobrze sie to czyta.

Bardzo się cieszę, żę Ci się podobało, PomrocznieJasny :)

"Wszyscy jesteśmy zwierzętami, które chcą przejść na drugą stronę ulicy, tylko coś, czego nie zauważyliśmy, rozjeżdża nas w połowie drogi." - Philip K. Dick

Interesująca koncepcja. Dobrze tak profesorowi, nie należy uwalać ludzi tylko dlatego, że się nie chce czegoś sprawdzić.

Miałeś jakieś problemy z pisownią łączną/ rozdzielną, gdzieś tam się zjechał myślnik z przecinkiem… Nie wypisywałam, bo pewnie teraz już wiesz.

Babska logika rządzi!

Nieźle wymyślone i zabawne. Całkiem satysfakcjonujące zakończenie. Szkoda, że nadal jest sporo błędów.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka