- Opowiadanie: Jasper - Poszukiwacze zaginionej barki

Poszukiwacze zaginionej barki

//=============================================================//

 

Od Autora: Opowiadanie niniejsze stworzone zostało li tylko po temu, by dostarczyć czytelnikowi rozrywki i żadnych głębokich treści szukać w nim nie należy (no chyba, że ktoś czuje przemożną potrzebę :).

Miłej lektury.

//=============================================================//

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Poszukiwacze zaginionej barki

 Siedziała na miękkim kamieniu, w blasku słońca kąpiąc się

 

– Cholera!

 

Siedziała na WIELKIM kamieniu, w blasku słońca kąpiąc się

Moczyła nogi w strumieniu…

 

– Moczyła nogi? Co ja bredzę? Zdecydowanie powinienem pić mniej absyntu.

Syrius przestał śpiewać, westchnął z rezygnacją i zajął się ponownym strojeniem harfy, która za nic nie dawała się nastroić i fałszem swym doprowadzała go do szału. Łupanie w głowie i suchość w gardle nie ustawały. Przekleństwem pozdrowił Ochlajtusa, boga kaca i legł na zielonej trawie pełnej bladoniebieskich kwiatów, dając w końcu spokój harfie. Przepływające po niebie chmury powoli wprowadzały go w stan uspokojenia. Był jednym z najlepszych bardów w królestwie, ale czuł, że powoli się stacza. Nie mógł pozwolić sobie na chwile słabości, takie jak ta, która go właśnie dopadła. Frustracja była tym większa, że do niemocy twórczej doszedł jeszcze fatalny stan organizmu, którego powodem była zbyt duża ilość wody ognistej wypitej poprzedniego wieczora. Nagle przez świergot ptaków jął przebijać się delikatny dźwięk dzwoneczków.

– Delirium – mruknął zniechęcony.

Dźwięk jednak stopniowo narastał i po chwili zdał sobie sprawę, iż nie jest wytworem jego wyobraźni, a dzwoneczki brzmiały jak gdyby malutkie ich serduszka wykonane były z kryształu. Zaintrygowany niezwykłymi dźwiękami podniósł się z trudem z ziemi i przeciągnąwszy się solidnie rozejrzał się dookoła. Nie udało mu się zlokalizować źródła niezwykłego dźwięku, ustalił jednak kierunek, z którego ów dobiegał. Ruszył w stronę krzaków, za którymi znajdowała się niewielka polanka. Gdy na nią wszedł, oczom jego ukazał się widok niezwykły. Na środku łączki, skąpana w promieniach porannego słońca przebijających się przez gałęzie drzew, siedziała kobieta przecudnej urody. Aczkolwiek było to stwierdzenie nie do końca zgodne z prawdą, bowiem urody owej niewiasty nie dało się wyrazić słowami. Lazurowa suknia emanowała jakimś niezwykłym blaskiem, a twarz jaśniała niczym gwiazda. Wsparta na łokciu wpatrywała się w oniemiałego Syriusa oczami koloru złota. Bard gapił się na nią jak gdyby ktoś rzucił nań czar zauroczenia. Nagle pojął przed kim stoi. Uklęknął na jedno kolano i złożył głęboki ukłon przed Afronettą, boginią miłości, będącą jednocześnie opiekunką bardów i poetów. Ta roześmiała się serdecznie, a śmiech ten brzmiał niczym woda spływająca z górskich potoków.

– Wstań, proszę. Nienawidzę, gdy się przede mną płaszczą w czołobitnych pokłonach. Głupio się czuje, gdy ktoś pada na twarz, gdy mnie tylko zobaczy.

– Chciałem Cię tylko pozdrowić, Pani – szepnął bard.

– No to powitaliśmy się, powitaliśmy, a teraz do rzeczy. Przepływając w przestworzach, rozpamiętując namiętne romanse i wielkie miłości, posłyszałam przypadkiem twoje mierne wypociny. Ześlę na ciebie wenę, mój biedny, skacowany chłopcze. Wcześniej jednak chciałam ci powierzyć misję. Słuchasz mnie? – bard sprawiał wrażenie, jakby był na innej planecie. Skinął jednak głową, więc Afronetta kontynuowała – To dobrze. Spróbowałbyś nie słuchać. Na czym to ja…? Aha, już wiem. Chciałam ci powierzyć misję, od której zależy bardzo wiele. Abardon, ojciec mój, posłał mnie, abym znalazła śmiertelnika, który ową misję wypełni. Pewnie spytasz, co to za misja i dlaczego akurat ty? Odpowiedzi na drugie pytanie brzmi: bo taki mam kaprys. Co zaś tyczy się pierwszego – to skup się, bo to sprawy najwyższej wagi. Dawno, dawno temu, przez wody rzeki Haradan płynął kwiat floty króla Hermaneta, transportując największe skarby i relikwie z zamierzchłych czasów do stolicy królestwa – Frombiru, dzisiejszego Tychowa. Wśród owej flotylli płynęła barka, na pokładzie której znajdowały się wspomniane relikwie. Konwój statków napadnięty jednak został przez wrażą flotę i owa barka poszła na dno, by nigdy nie zostać wydobyta z wody. Zadaniem twoim jest odnalezienie barki i odzyskanie relikwii. Gdy już je odzyskasz, kieruj się za białym króliczkiem. On cię doprowadzi do mnie. Aha, i jeszcze to, co ci obiecałam. Wena twórcza.

Bogini pstryknęła palcami i postać jej zaczęła się rozmywać, by po chwili zniknąć zupełnie. Syrius natomiast poczuł coś, co trudno było mu opisać. Przypominało to iskierkę, która pada na suchy chrust i powołuje do życia płomienie. Jego myśli zaczęły rozjaśniać się i klarować.

– Gdzie strumyk płynie z wolna, rozsiewa zioła maj – zanucił pierwsze słowa swojej nowej pieśni, wesół będąc niezmiernie.

 

***

 

Konen śnił o Adeli. Przepiękna córka młynarza, obdarzona wprost olśniewającą urodą, ze swymi długimi, kręconymi blond włosami, fiołkowymi oczyma, ustami jak maliny, wydatnym biustem i wąską talią stanowiła obiekt westchnień połowy męskiej populacji stolicy. Konen zaliczał się do tej części grona adoratorów, którym Adela poświęcała więcej niż tylko przelotne spojrzenie, czy filuterny uśmiech. Tańczył z nią nawet na zeszłorocznym festynie z okazji Dnia Wyzwolenia. Dotyk jej miękkiej skóry i przepiękny zapach jej ciała wprawił go w stan odurzenia, którego próżno by szukać nawet po zażyciu tony tych żółtych pigułek z pracowni alchemika Boozera. Teraz tańczyła przed nim nago na stole, a on patrzył na nią zafascynowany, ze wzrokiem utkwionym w jej piękne ciało wijące się w wesołych pląsach. W pewnej chwili pochyliła się nad nim i zaczęła mocno potrząsać jego ramionami.

– Konen, zbudź się wreszcie, leniu niereformowalny.

Heros otworzył oczy i pierwszą rzeczą, jaką zobaczył tego dnia była gustowna bródka maga Badrusa, który pochylał się nad nim, szarpiąc go za ramiona.

– Co? Jak? Gdzie? Niech cię, Badrus! Ale miałem piękny sen. Śniła mi się…

– Adela – dokończył spokojnie mag.

– Skąd wiesz, do cholery? – Konen był pewien, że Badrus jakimś sposobem mógł podglądać jego sen i spąsowiał cały myśląc, co tamten mógł zobaczyć.

– Spokojnie, przyjacielu. Całą noc mamrotałeś jej imię przez sen, więc wniosek był oczywisty.

– Aha. To w porządku.

– Chodźmy na śniadanie. Sądząc po zapachach kucharz przeszedł samego siebie.

– No, w końcu gadasz jak człowiek.

Zeszli na dół po szerokich schodach ze srebrzonymi poręczami. Karczma „Nad Rwącym Potokiem" należała do lokalnego mistrza gastronomii, Jana Chmielarza, a oni byli jego stałymi klientami. Sala miała charakter piwniczny. Małe okienka pod sufitem wpuszczały do środka niewiele światła, toteż pomieszczenie jaśniało płomieniami świec i lampionów. Jeśli nie liczyć zgrzybiałego starucha, siorbiącego powoli zupę mleczną, byli w lokalu sami. Rozsiedli się zatem wygodnie przy stole zlokalizowanym w rogu sali. Nagle zza kolorowej firanki, oddzielającej kuchnie od sali, wypadł mały, łysawy i okrąglutki jegomość obładowany przeróżnymi tackami, talerzami oraz innymi naczyniami wraz z zawartością. Pokonując wszelkie prawa logiki i fizyki, wedle których nie miał prawa zapanować nad taką ilością przedmiotów mając tylko dwie ręce zamiast sześciu, zaczął rozkładać gastronomiczne arcydzieła na stole. Śniadanie składało się więc z jajecznicy z boczkiem i grzybami, przepięknie zrumienionych kromek chleba słusznie potraktowanych czosnkiem, sałatki z owoców morza, szynki z żurawiną, jajek nadziewanych kawiorem oraz pasztetu z gęsi. Całości kulinarnej doskonałości dopełniała przecudnie aromatyczna kawa, rodem ze słonecznych plantacji Eldabrego. Badrus i Konen zabrali się za pałaszowanie smakołyków, niemal przy każdym kęsie zachwalając kunszt i wirtuozerię sztuki kulinarnej kucharza. Ów zaś stał w drzwiach kuchni i z zadowoleniem słuchał pochwał, kiwając swoją okrąglutką głową.

Nagle drzwi otworzyły się z trzaskiem i z impetem szarżującego byka wpadł do izby młody człowiek. Potknął się jednak o próg i runął jak długi na posadzkę zdobioną wzorami kwiatów. Zerwał się momentalnie, otrzepał strój barda i zaczął rozglądać się lekko nieprzytomnym wzrokiem dookoła. Dostrzegł Konena i Badrusa, którzy właśnie kończyli konsumpcję śniadania i doskoczył momentalnie do ich stolika.

– Panowie Badrus i Konen? – bardziej stwierdził niż zapytał. – Jakież szczęście, że waszmościów w końcu znalazłem. Trzeba ruszać! Już. Zaraz. Natychmiast!

– Hola, hola, bratku. Skąd żeś się urwał? – spytał Konen.

– Hę? – oparł nieco zdezorientowany młodzian.

– Kim jesteś i o co chodzi? – spytał spokojnie mag.

– Nazywam się Syrius. Powierzono mi misję niezwykłej wagi i…

– Czekaj, czekaj – przerwał mu Badrus – ja cię chyba skądś znam. Nie śpiewałeś przypadkiem na ostatnim festynie ballady o córce górnika? Jak jej tam było? Klementyna zdaję się.

– Co? – bard był wyraźnie zbity z pantałyku – Ee… tak, to ja ją śpiewałem, ale to teraz nie ważne. Panowie, błagam o powagę. Objawiła mi się Ona!

– Jaka ona? – nie zrozumiał Konen.

– Jak bard mówi „Ona" to musi to być Afronetta, bogini miłości – wyjaśnił mag.

– Widziałeś ją całą? To znaczy… naprawdę ją widziałeś? Powiedz, naprawde ma takie… takie… – tu heros zrobił wymowny, zamaszysty gest w okolicach piersi, czyniąc przy tym małe spustoszenie na stole.

– Opanuj się, Konen. – powiedział mag.

– Właśnie. Byś się wstydził! – zawtórował bard.

– No więc powiedz, przyjacielu, cóż to za niezwykła misja została ci powierzona – Badrus zwrócił się do Siriusa.

– Mam odnaleźć relikwie króla Hermaneta.

Mag parsknął i zakrztusił się kawą. Spojrzenie jakie posłał Syriusowi należało do takich, jakim obdarza się ludzi niespełna umysłu. Konen patrzył to na jednego, to na drugiego, jak zwykle nie rozumiejąc o co chodzi.

– To legenda. Tylko i wyłącznie legenda – powiedział z naciskiem Badrus, opanowawszy w końcu kaszel.

– Pewnie się nawciągałeś jakiegoś świństwa i miałeś majaki – dorzucił Konen.

– Klnę się na bogów, że mówię prawdę! – zawołał rozpaczliwie bard.

Widząc, że rozmówcy nie bardzo mu wierzą, zdał się na akt desperacji. Miał w rękawie asa. I to asa bez atu. Rozpiął poły koszuli z bufoniastym, koronkowym kołnierzem i wyciągnął spod niej coś, co ścisnął mocno w dłoni. Zaciśniętą pieść podstawił pod nos Konena i Badrusa, po czym ją rozłożył. Na dłoni barda znajdował się wisiorek przedstawiający kobietę z rozpostartymi ramionami i uniesioną głową. Gdy po niezwykłym spotkaniu bogini zniknęła całkowicie, Syrius uświadomił sobie, że trzyma w dłoni jakiś przedmiot. Nie bardzo wiedział kiedy i jak się w niej znalazł, ale nie dziwił się niczemu – zadając się z bogami można się było spodziewać wszystkiego. Tym przedmiotem był ów właśnie wisiorek, wykonany z dziwnego, błyszczącego metalu. Jak głosiła legenda wisiorek wykonał Artus, bóg sztuki specjalnie dla swej siostry, Afronetty. Wygląd wisiorka zachwycił Konena. Badrusowi zaś zmroził krew w żyłach. Nie mógł uwierzyć własnym oczom.

– Wielki Abardonie! Toż to Panna z Herdon!

– Jaka ładna – pochwalił Konen – dlaczego ona się tak błyszczy? Co to za materiał?

– Mitril, metal bogów – wyjaśnił mag.

– Więc on jednak mówi prawdę – stwierdził z przekonaniem heros.

– Wiesz co, Konen? Chyba zacznę wierzyć w Królewnę Śmieszkę i siedmiu skrzatów – z kwaśną miną stwierdził mag.

Baśń o Królewnie Śmieszce znały wszystkie dzieci, a także i dorośli. Wszak to w końcu duże dzieci. Czytana była maluchom przed snem przez rodziców, niańki, opiekunów… słowem, przez wszystkich tych, który przede wszystkim potrafili czytać, i kochali swe pociechy. Baśń mówiła o tym, że Straszna Królowa wyrzuciła ze swego zamku Królewnę Śmieszkę, bo ta ciągle się śmiała i wywoływała u niej migreny. Śmieszka zamieszkała więc w leśnej chacie z siedmioma wesołymi skrzatami i śmiejąc się bez przerwy zmarła w końcu na przepuklinę.

– Hej – zaprotestował Konen. – Ja przecież w to wierzę.

 

***

 

– Dlaczego, do cholory, osioł? – spytał Badrus po raz niewiadomo który.

– Bo nie koń – rzucił Konen przez ramię, bowiem jechał z przodu.

– A mnie się tam podoba – stwierdził entuzjastycznie Syrius i uderzył swego osiołka w zad gałązką, którą zerwał w zaroślach – Dawaj, Rudi. Dawaj!

– Nazwałeś osła Rudi?

– A cóż w tym dziwnego? Ludzie nazywają zwierzęta, które im służą. Myślą, że będą lepiej im służyć jak krzyknie się na nie po imieniu. Coś w stylu: „Bobby, rusz no ten swój zapchlony zad, bo cię złoję batem". Mój ojciec miał kiedyś osła. Skubany potrafił liczyć. Poważnie. Mówiło mu się na przykład pięć plus sześć, a on stukał kopytem jedenaście razy. Ojciec nazwał go Pitagoras i prezentował jako lokalną ciekawostkę, pobierając przy tym pewną opłatę, zamiast orać nim pole. Pieniądze przepił, a pole jak było nie zaorane, tak nie zaorane zostało.

– Konen, gdzieś to nabył ten nasz, jakże wdzięczny, środek transportu? – indagował Badrus próbując zmienić temat, by przerwać tyradę barda.

– Jak to gdzie? Na targowisku u…

– … starego Gromera – skrzywił się mag.

– No jakbyś tam był, Badrus. Ostro się targowałem, oj tak.

– Ile zapłaciłeś?

– 200 hersji za sztukę – zadowolony z siebie Konen uśmiechną się szeroko.

– Są warte co najwyżej 20.

Uśmiech herosa znikł tak szybko jak się pojawił. Wykręcił biodra próbując się obrócić, ale pozycja ta była dosyć nie komfortowa więc po prostu usiadł okrakiem przeciwnie do kierunku jazdy i krzyknął w kierunku niknącego za wzniesieniem miasta:

– Dopadnę cię, Gromer. Jak tylko wrócę rozliczymy się z każdej hersji!

– Nie krzycz tak, bo płoszysz zwierzęta.

– Dobra, dobra. I tak pewnie nie usłyszał. Ale usłyszy. Oj, usłyszy jak tylko się pojawię w Tychowie – powiedział z zacięciem Konen, a jego oczy błysnęły złowieszczo.

Osiołki podjęły powolny marsz, rytmicznie stukając kopytami o bruk. Rytm ich kroków od razu wpadł Syriusowi w ucho. Zdjął harfę z siodła i zaczął trącać struny. Jego palce błądziły po gryfie wynajdując coraz to nowe dźwięki. Znalazł w końcu to, czego szukał i z harfy popłynęła piękna muzyka do rytmu z uderzeniami kopyt. Parę akordów później dołączył się Konen próbując wygwizdać graną przez barda melodię. Badrus uśmiechnął się. Heros miał niezwykły dar gwizdania, lecz jego umiejętności muzyczne były odwrotnie proporcjonalne do siły mięśni. Mimo to niezrażony Syrius grał dalej, a Konen coraz zapamiętalej gwizdał.

 

***

 

Drzewo to było dość niezwykłe – rosło dokładnie pośrodku drogi. Nikt nie wie dlaczego. Ale też nikt nigdy nie pytał i każdy po prostu omijał je lewą, bądź prawą stroną. Przy drzewie tym, nazwanym przez wędrowców Drzewem Środkowym, stało dwóch mężczyzn i dyskutując o czymś żywiołowo wypakowywało zwoje liny i sieci z tobołów, które przytaszczyli ze sobą. Jeden był chudy jak szczapa, na głowie miał burzę rudych włosów, a ubrany był w workowaty spodnie i takąż koszulę. Drugi natomiast wydawał się być zupełnym przeciwieństwem pierwszego. Niski, korpulentny i łysy, ubrany jednak podobnie to rudego.

– Ja tym razem wiążę węzeł – zdecydowanym tonem oznajmił rudy.

– Ty to nawet sznurowadła nie potrafisz zawiązać, ciamajdo jeden.

– A wcale, że nie! Znam się na węzłach lepiej od ciebie. Przez rok pływałem na łajbie.

– I guzik ci z tego przyszło. Pamiętasz co było ostatnim razem?!

– Ostatnim razem to lina była do dupy.

– Ty byłeś do dupy! Lina była w porządku.

– W takim razie idę do domu. Radź sobie sam, Barder.

– No dobrze, już dobrze, Kramer. Wiąż ten węzeł. Tylko spróbuj mi coś spieprzyć to zobaczysz.

Rudy w skupieniu zawiązał na linie węzeł tworząc za węzłem coś w rodzaju pętli. Potem wspiął się na drzewo, lecz poślizgnął się na mokrym konarze i spadł na dół z głuchym łoskotem i klnąc na czym świat stoi począł wspinać się z powrotem. Barder zataczając się ze śmiechu wspiął się dużo ostrożniej od swojego kolegi, ale z większym trudem. W końcu usadowił się na jednej z wyższych gałęzi obok rudego, który rozmasowywał stłuczony bok. Lina z zawiązaną na niej pętlą dyndała pod nimi wesoło. Czekali, aż ktoś będzie przejeżdżał drogą. A czekać nie mieli długo.

 

***

 

Konen zawodził tak straszliwym fałszem, że przykro było słuchać. Gdy przebrzmiały ostatnie słowa „Pieśni o wielkim talerzu" Syrius wyjął watę z uszu, a Badrus przełączył się na tryb odbierania bodźców zewnętrznych. Potrafił odłączyć się zupełnie od rzeczywistości, nie widząc i nie słysząc co się wokół niego dzieje, pogrążony jedynie w swoich myślach. Była to umiejętność bardzo przydatna, szczególnie wtedy, kiedy Konena nachodziła chęć do śpiewania. Heros westchnął głęboko i zapatrzył się w dal.

– Hej! Patrzcie jakie śmieszne drzewo przed nami! – zawołał znienacka.

– Zaiste osobliwe – zgodził się Badrus.

– Kto ostatni przy drzewie, ten dupa! – zawołał Konen i uderzył obcasami boki osła.

Badrus i Syrius nie przyłączyli się do wyścigu, zaś Konen z zawrotną, jak na możliwości osiołka, prędkością zbliżał się do drzewa. Gdy doń dojechał, obrócił się by sprawdzić gdzie są kompani. Ci byli daleko z tyłu. Nagle z góry zsunęła się pętla i lina mocno zacisnęła się wokół jego ramion. Kilka metrów powyżej Kramer gorączkowo próbował przywiązać koniec liny do konara, unieruchamiając tym swą ofiarę. Może by mu się nawet udało, gdyby nie natknął się na Konena. Ów, w tym samym momencie, gdy poczuł zaciskającą się pętle, szarpnął się ostro do przodu. Szarpnięcie o takiej sile mogło wyrwać drzewo z korzeniami, cóż dopiero mówić o nietęgiej przecież budowy Kramerze, który trzymał za drugi koniec liny. Nieszczęśnik już drugi raz w ciągu niedługiego czasu doświadczył bardzo bliskiego kontaktu z ziemią. Konenowi przed oczami mignęła plama z lekką sugestią rudego, potem usłyszał głuche uderzenie i przeciągły jęk. Zwróciwszy wzrok ku ziemi zobaczył Kramera, który bełkotał coś na temat cholernej grawitacji. Heros rozplątał się z liny, zeskoczył z osiołka i chwycił za frak oszołomionego rudzielca.

– Co ty sobie wyobrażasz? Zaraz tak ci przestawię facjatę, że do końca życia będziesz mnie wspominał za każdym razem, gdy spojrzysz w lustro! – krzyknął Konen potrząsając wiszącym mu w pięści Kramerem i szykując drugą do uderzenia.

– Spokojnie, Konen. Postaw go na ziemi – powiedział Badrus, który właśnie podjechał – Chyba znam tego gagatka – przechylił się przez siodło i spojrzał w oczy rudego – chyba bardzo dobrze go znam.

Konen puścił nieszczęśnika, który klapnął na ziemię. Płochym wzrokiem wpatrywał się to w herosa, to w maga. Nie mógł się zdecydować, który z nich stanowi większe dlań zagrożenie. Chyba wybrał Konena, bo zaczął się od niego powolutku odsuwać. Przedstawiał teraz tak żałosny widok, że nawet wściekłemu przed chwilą Konenowi zrobiło się go troszeczkę żal.

– Więc co to za jeden? – spytał Konen.

– Spokojnie. Po kolei. Kramer, powiedz swojemu kompanowi, żeby zlazł z drzewa i niech mu nawet przez myśl nie przejdzie próbować jakiś sztuczek.

Kramer nie zareagował, ale reakcja nie była potrzebna, bo już po chwili wśród gałęzi pojawił się ogromny tyłek, który ostrożnie, wraz z resztą jego właściciela, zaczął zsuwać się po pniu. Zlazłszy w końcu Barder blady jak ściana i spocony jak szczur stanął przy Kramerze i zaczął nerwowo wyginać sobie palce.

– No bo… my ten tego… tak tylko… – zaczął słabym głosikiem, ale Badrus mu przerwał.

– Przestań miauczeć, Barder. Doskonale wiem co tu obaj wyprawiacie. Napadacie na kupców i wędrowców, którzy podróżują tym traktem. Widzę, że ciekawy sposób sobie wybraliście. Związać, dyndającego na linie ograbić i zostawić na pastwę kruków. Zaiste elegancki sposób zarabiania. Przypomnij mi, Barder, na czym to ja was ostatnio przyłapałem?

Choć wydawało się to niemożliwa gruby zbladł jeszcze bardziej.

– Na… na… na… – cichy skrzek był ledwo słyszalny.

– Na, na, na, na, tra, la, la, la, la – podłapał niespodziewanie Konen.

Syrius parsknął śmiechem, Badrus zaś skrzywił się.

– Bądźże choć raz poważny, Konen.

– … i hopsa, dana, dana – dokończył Konen i zamilkł.

– Złapałem was na nielegalnym handlu eliksirami na zwiększanie ekhm… wiecie czego. Widocznie wysoka grzywna nie była dla was wystarczającą karą, skoro dalej paracie się brudnym interesem. Nie mam teraz ani czasu, ani możliwości aby odstawić was tam gdzie trzeba. Niemniej jednak, zawrę z wami układ. Wy stawicie się na komendzie do dyspozycji Komendanta Hardlina i opowiecie mu dokładnie co tutaj robiliście, a ja, gdy tylko wrócę, sprawdzę dokładnie czy tak właśnie uczyniliście. Rozumiemy się?

Obaj skinęli głowami, obaj nerwowo przełknęli ślinę i twarze obu wyrażały rezygnację.

– No to zmykajcie! – Badrus wyprostował palce obu dłoni. Z palców wskazujących wyleciały dwie małe błyskawice, z których jedna uderzyła Kramera, a druga Bardera. Rudy wrzasnął krótko i zerwał się z miejsca, łysy pisnął jak dziewica i złapał się za pośladki, w które uderzyła błyskawica, obaj natomiast popędzili w stronę miasta.

– Ale ubaw – stwierdził Syrius – Chyba napiszę balladę.

 

 

***

 

Trzech jeźdźców wjechało na wysoką skarpę na brzegu rzeki. Jeden miał harfę przewieszona przez ramię, drugi wielki miecz na plecach, trzeci natomiast nie miał nic, poza czarnym płaszczem z wizerunkiem pająka wpisanego w oktagram.

– Oto Haradan, panowie – powiedział Badrus zataczając ręką krąg.

– Hej, patrzcie. Kaczka. O, tam! – zakrzyknął Konen wskazując coś palcem.

– To nie kaczka, tylko żuraw – sprostował Syrius.

– Dla niego każdy ptak to kaczka – rzekł Badrus i uchylił się przed fangą wymierzoną przez herosa.

– No to co robimy? Szukamy tych skarbów czy jak? – chciał wiedzieć Syrius.

– Primo: nie skarbów tylko relikwii. Secundo: żeby szukać, trzeba wiedzieć gdzie. A my nie dość, że tego nie wiemy, to nie wiemy także czego dokładnie szukamy. Jako, że są to przedmioty legendarne, nie zostały nigdzie zinwentaryzowane.

– Wy magowie, zdaję się, macie swoje metody do przeszukiwania zarówno gruntów, jak i wód.

– Zgadza się. Lecz obszar poszukiwań musiałby być zawężony do maksimum pół mili kwadratowej i musiałbym mieć ze sobą z tuzin magów do pomocy. Haradan natomiast ma dwieście mil długości, a ja jestem sam.

Zapadła cisza. Każdy na chwilę pogrążył się w swoich myślach. Syrius rozmyślał o tym, co się stanie jeśli nie wypełni misji. Bezwiednie sięgnął po harfę i zaczął trącać struny. Zawsze tak robił, gdy był zamyślony. Badrus myślał nad tym, jak tu zabrać się do poszukiwań. Konen natomiast nie myślał o niczym, gapiąc się na żurawia, który w dalszym ciągu wydawał mu się być kaczką.

 

***

– Ten z wielkim mieczem jest taki słodziutki – powiedziała Orgazma, bogini rozkoszy. – Chętnie bym go schrupała na śniadanie.

– Ty byś każdego chrupała na śniadanie. Pohamuj swe żądze, siostro – odparł jej Hevelius, bóg piwa. – Lepiej się napijmy.

W górę poszły kielichy, kufle i naparstek, z którego pił Liliputek, bóg krasnoludków. Siedzieli wszyscy w wielkiej sali, znajdującej się w siedzibie bogów na najwyższej górze świata – Olimpionie. Strzeliste kolumny kończyłyby się gdzieś pod sufitem, gdyby takowy istniał. Nie był jednak do niczego potrzebny. W tej sytuacji kolumny traciły ideę swego zastosowania, która polegała na tym, że miały podtrzymywać sufit. Ale ktoś uznał, że każda porządna sala powinna mieć kolumny, więc Artus, bóg sztuki wzniósł owe i przyozdobił je najlepiej jak potrafił przecudnymi ornamentami. Niektóre z nich zawierały scenki z życia bogów. W przypadku płaskorzeźb traktujących o Orgazmie, nie były to rzeczy, które powinny oglądać dzieci.

Na środku sali stał ogromny tron. To znaczy podest pod nim był ogromy. Sam tron był raczej niewielkich rozmiarów, bowiem Abardon nie był zbyt pokaźnej postury. Kto wyobrażał go sobie jako potężnego, barczystego olbrzyma z gęstą, siwą brodą, zawiódłby się srodze. Na tronie siedział zgarbiony, chudy staruszek. Nikt by nie przypuszczał, że to on jest stwórcą świata i ojcem wszystkich bogów, dopóki by nie spojrzał w jego oczy. W oczach tych zobaczyć można było wszystko – piękno narodzin, mądrość wieków, moc żywiołów i nieskończoność nieskończoności. Kichnął potężnie i zapatrzył się w niby-ekran. Wszystko tutaj było niby. Dawało to dużą dowolność i wygodę. Cokolwiek mogło być czymś, czym nie było, a czym chciałoby się, żeby było. Wystarczyło tylko tego zapragnąć. Na niby-ekranie Konen, Badrus i Syrius stali na brzegu rzeki pogrążeni w swoich myślach.

– Niech się stanie – powiedział Abardon.

Afronetta uśmiechnęła się do swoich myśli.

 

***

 

Niewiele było rzeczy, na punkcie których Konen miał hopla. Poza piwem, Adelą i porządną walką były to… ryby. Z niewyjaśnionych przyczyn uwielbiał na nie patrzeć lub łapać je w rwących potokach niczym niedźwiedź. Jego ulubionym miejscem w mieście był bank Horretzellera, w holu którego stało ogromne akwarium z przeróżnymi gatunkami ryb. Kiedy tylko miał okazję, przychodził tam i całymi godzinami wpatrywał się w głupiki, prętniki, pielęgnice, dyskowce oraz inne, mniej lub bardziej egzotyczne okazy.

Dostrzegł w wodzie coś niezwykłego. Tak niezwykłego, że w pierwszej chwili pomyślał, że mu się przywidziało. Tuż pod powierzchnią zamajaczył kształt ogromnej ryby, która miała przedziwny kolor. Gdy przyjrzał się bliżej, stwierdził, że mieni się wszystkimi kolorami tęczy. Konen pierwszy raz widział coś takiego, a wydawało mu się, że wie o rybach wszystko. Zareagował impulsowo. Gdyby ktoś pisał encyklopedię na temat zachowań ludzkich, to hasło „najpierw robi, potem myśli" mógłby opracować na przykładzie Konena. Dał nura do wody wprost z siodła i zagłębiwszy się w nurt rzeki zaczął ścigać ową cudaczną rybę. Woda była zimna, ale nawet ona nie potrafiła ochłodzić gorącej głowy Konena, który starał się nie spuszczać wzroku z niezwykłej ryby. Ta jednak najwyraźniej nie próbowała uciekać. Przeciwnie. Sprawiała wrażenie, jakby chciała, żeby za nią płynął. Słońce docierające na tą głębokość tworzyło na jej łuskach fantastyczne refleksy. Nagle jakieś kilka sążni przed nimi wyrosła sylwetka wraku. Ryba zatańczyła, obracając się w kierunku herosa, a potem wpłynęła do środka przez wielką dziurę w burcie. Przysiągłby, że puściła do niego oko. Nie zastanawiając się wiele, wpłynął za nią.

We wnętrzu doznał szoku. Po pierwsze było tutaj ciepło. Po drugie było sucho. A po trzecie było czym oddychać. Zdezorientowany Konen jeszcze przez chwilę trzymał resztki powietrza w płucach. W końcu wypuścił je i wziął głęboki wdech, aż zakręciło mu się w głowie. Po rybie nie było ani śladu. Lecz nie miało to znaczenia. Całe pomieszczenie wypełnione było niezwykłymi przedmiotami.

 

***

 

Obaj jednocześnie usłyszeli głośny plusk i obaj nie od razu zdali sobie sprawę z tego, co się stało. Syrius spojrzał na puste siodło przymocowane do osiołka, który był nie mniej zdziwiony niż oni. Badrus zaklął soczyście, zeskoczył ze swojego środka transportu i nachylił się nad wodą.

– Co on, do cholery, zrobił? – nie mógł uwierzyć Syrius.

– Nie wiem. Ale jak go dorwę to urwę mu głowę. Nie pierwszy raz robi mi taki numer – powiedział Badrus odpinając płaszcz.

– Co zamierasz?

– Jak to, co? Trzeba go stamtąd wyłowić, nim się utopi.

– Słuchaj, Badrus. A jak ty też wsiąkniesz, to co ja zrobię? Nie umiem pływać.

Badrus popatrzył na niego przeciągle zdejmując koszulę.

– Módl się zatem do bogów tej rzeki, żeby nic mi się nie stało.

Kiedy mag był już w samych slipach z wody wynurzyła się głowa Konena.

– Czołem chłopaki. Nie uwierzycie co znalazłem. – powiedział z rozbrajającą niewinnością.

– Oby to było warte tego, co nam zaprezentowałeś – odrzekł ostro Badrus, ale kamień spadł mu z serca, że herosowi nic nie jest.

– Znalazłem tą barkę z ryli… roli… relikwiami! – dumny z siebie Konen uśmiechnął się szeroko.

– Przepraszam, że co znalazłeś? – spytał niedowierzającym tonem Syrius.

– Słuchajcie. Tam na dole jest sucho i jest powietrze. No i są te relikwie.

– On bredzi. Uderzył się chyba w głowę wpadając do wody. – Syrius był pewien wątpliwości.

– Nie wykluczam tego. Ale trzeba to sprawdzić. – odrzekł Badrus przyglądając się badawczo uradowanemu herosowi.

– Dawaj, Badrus. Dasz radę. Prąd jest niewielki. A tam na dole jest naprawdę fajne.

– rzucił Konen i znów znikł pod wodą. Badrus popatrzył na Syriusa, który skinął mu głową. Wskoczył do wody i podążył za herosem.

 

O tym, że Konen nie majaczył Badrus przekonał się niedługo potem. Stali oboje w ładowni statku zupełnie nietkniętej zębem czasu ni zgubnym działaniem wody. Zaklęcie bąblowe – pomyślał mag. Pozwalało ono zamknąć dowolny obszar w swoistego rodzaju pęcherzu powietrznym, który nie tyle chronił, co konserwował wszystko wewnątrz niego. Im większe umiejętności czarującego, tym większy obszar mógł objąć działaniem czaru. Wyglądało na to, że w chwili ataku na barce znajdował się niezwykle zdolny mag.

Badrus przyglądał się rzędowi skrzyń stojących pod ścianami, zaś Konen skupił się na malutkiej miseczce leżącej pośrodku pomieszczenia.

– Popatrz, Badrus. Fistaszki! – wykrzyknął nagle i sięgnął po naczynie. Ostrzegawczy dzwonek w głowie maga odezwał się poniewczasie.

– Nie dotykaj tego! – wrzasnął, ale wiedział, że jest już za późno.

Gdy heros podniósł miseczkę, mały, czarny wir pojawił się w miejscu, w którym przed chwilą stała. Z początku ledwie widoczny, z każdą chwilą powiększał się coraz bardziej. Wyglądał nienaturalnie – jak gdyby namalowany farbami wodnymi, a od patrzenia na niego Konenowi aż łzawiły oczy. Nagle wir wydał basowy pomruk i wessał ich gwałtownie. Zapadając się w ciemną otchłań Badrus słyszał jeszcze dziki śmiech herosa. Jak dziecko, dosłownie jak dziecko – pomyślał zanim stracił przytomność.

Powrót do rzeczywistości nie należał do przyjemnych. Mag powoli otworzył oczy, które natychmiast podrażniło jasne światło sączące się zewsząd. Gdy je zmrużył zobaczył Konena, który przechadzał się wzdłuż ścian dziwnego pomieszczenia, w którym się aktualnie znajdowali. Ręce trzymał za plecami i wyglądał tak jakby znajdował się w muzeum i oglądał eksponaty. Badrus chrząknął. A przynajmniej taki miał zamiar. Zamiast chrząknięcia jednak z jego ust wyrwało się stłumione charknięcie. Konen obrócił się i uśmiechnął.

– Siema, Badrus.

– Siema? Tylko tyle masz do powiedzenia?! Nie mogłeś choć raz się powstrzymać, żeby nie zrobić czegoś głupiego?

– No co? Ja lubię fistaszki – powiedział z wyrzutem Konen

Badrus machnął ręką. Nie warto było dyskutować. Rozejrzał się po pomieszczeniu, którego ściany wyglądały jakby były wykonane z płynnego szkła. Ciągle falowały i odkształcały się. Były też częściowo przeźroczyste. Mag stwierdził, że znajdują w ładowni statku, ale uwięzieni w tym dziwnym pomieszczeniu, które zdawało się lewitować kilka sążni nad podłogą. Ostrożnie dotknął ściany. Jego place zagłębiły się na kilka cali, po chwili jednak natrafiły na twardą powierzchnię, mimo że ściana wyglądała, jakby była całkowicie płynna.

– Konen?

– No?

– Masz może jakiegoś fistaszka z tej miseczki?

– Mam – zadowolony Konen sięgnął do kieszeni i wyjął lekko zgniecionego orzeszka.

– Dobrze, że go nie zeżarłeś – mruknął mag.

Badrus wziął go delikatnie po czym zamknął w dłoni. Tak jak podejrzewał zawarła się w nim cząstka magicznego zaklęcia użytego do aktywowania pułapki. Wiedział zatem jakim kierunkiem podążyć, by wydostać się z pułapki. Pewien być jednak nie mógł. Musiał improwizować.

Zaciekawiony Konen spoglądał na maga, który powoli, jakby nieśmiało zaczął mamrotać coś niezrozumiale. Zaciśniętą dłoń z fistaszkiem trzymał przy skroni. Z każdą chwilą jednak coraz pewniej i zapamiętalej inkantował, podświadomie czując, że idzie dobrą drogą. Ostatnie słowa zaklęcia wykrzyczał z taką mocą, że Konenowi zadzwoniło w uszach. Tymczasem światło sączące się ze ścian przygasło i zaczęło pulsować. Po chwili ściany, sufit i podłoga zaczęły rozpływać się stopniowo. Gdy znikły zupełnie spadli oboje na deski posadzki. Gramoląc się z podłogi Konen rzucił się niespodziewanie na maga i zaczął tarzać się z nim z radości, śmiejąc się gromko. Badrus, z którego momentalnie zeszło napięcie odwzajemnił gest herosa. Zachowywali się jak para urwipołciów. Szczęściem w pobliżu nie było nikogo, kto mógł być świadkiem tej sceny.

 

Jakiś czas później, za sprawą silnego jak tur Konena i odrobiny Badrusowej magii wszystkie relikwie były przetransportowane na brzeg. Teraz na trawie stał rząd skrzyń oraz leżały dwie włócznie. Jedna ze skrzyń wypełniona była monetami wykonanymi z brązu, a każda na rewersie miała pięcioramienną gwiazdę. Badrus wiedział, że są to przeklęte ruble Putinowa. Konen chciał wziąć kilka, bo bardzo mu się spodobały, ale mag ostro zaprotestował. Monety te nie przez przypadek zyskały miano przeklętych. Kolejna skrzynia wypełniona była co najmniej setką małych miedzianych płytek z wyrytymi na nich dziwnymi runami. Konen niedawno nauczył się czytać i chciał popisać się swymi umiejętnościami. Zrezygnował jednak już po pierwszej, bowiem płytki zapisane były w jakimś dziwnym języku. Nawet Badrus nie potrafił ich odczytać. Wiedział jednak, że jest to prajęzyk Hashaan, protoplasta wszystkich ówczesnych języków. Podobno stowrzy go Abardon, bo któżby inny. Ułożone w odpowiedniej konfiguracji i tylko w świetle księżyca miedziane płytki mogły dać odpowiedź na wszystkie nurtujące ludzkość pytania. Badrus poczuł przemożną chęć by je ułożyć tak, jak trzeba i wreszcie się dowiedzieć co we wszechświecie piszczy. Zdał sobie jednak sprawę, że to nie ma sensu. Musiałby przeanalizować kilka milionów kombinacji, a poza tym świeciło słońce. Reszta skrzyń zamknięta była na głucho, a nigdzie nie było miejsca, gdzie można by włożyć klucz. Na skrzyniach widniał wypisany złotymi runami napis „Enomero". Zgodnie uznali, że lepiej, żeby zostały zamknięte. Nie wiadomo co jest w środku i lepiej niech tak zostanie – dość rozsądnie stwierdził Syrius. Historia włóczni natomiast była enigmatyczna i żaden z nich nie był w stanie powiedzieć, skąd pochodzą i komu służyły.

– No dobra. Ale co teraz mamy z tym zrobić? – indagował Badrus.

– No właśnie chciałem powiedzieć, że musimy… – zaczął Syrius, ale nie dokończył.

Nieprawdopodobne, że z całej tej trójki, to właśnie Konen wykazywał się największą spostrzegawczością. Zarwał się z miejsca i krzyknął, wchodząc w słowo bardowi:

– Patrzcie. Królik. I w dodatku całkiem biały.

– To znak! To znak od Afronetty! Łapać królika! – ożywił się Syrius.

– Whaaaaaa – zawył Konen i rzucił się w pogoń za królikiem.

Mimo swej topornej sylwetki był niezwykle zwinny. W paru susach dobiegł do futrzaka i rzuciwszy się złapał zwierzątko przygniatając je do ziemi. Pozostali dobiegli do niego i zaczęli przyglądać się królikowi, szarpiącemu się herosowi w dłoniach.

– Puść mnie, do cholery! – zawołało niespodziewanie zwierzę, a Konen z wrażenia wypuścił je z dłoni.

Królik upadł na trawę i zaczęły dziać się z nim dziwne rzeczy. Przechodził niezwykłą metamorfozę. Przede wszystkim zaczął rosnąc. Białe futerko powoli zmieniało się w coś złotego. I w dodatku nie wiadomo skąd zaczęła rozchodzić się seledynowa poświata. Po krótkiej chwili przed zaskoczonymi bohaterami stała Afronetta, bogini miłości. Wszyscy trzej przyklęknęli na prawe kolano, przyłożyli dłoń do piersi i złożyli przed nią ukłon.

– Mało mnie nie zgniotłeś, ty barbarzyńco! – zwróciła się do Konena, który czerwienił się i bladł na przemian – ale nie mówię, że nie było to troszeczkę przyjemne – dodała filuternie.

Konen zrobił najbardziej głupi wyraz twarzy, jaki Badrus kiedykolwiek widział. Próbował się też uśmiechnąć, ale mu nie wyszło.

– No dobrze, już dobrze. Przede wszystkim wstańcie. Lubię patrzeć przed siebie zamiast pod nogi. Spisaliście się bardzo dobrze, chłopcy. Wypełniłeś swą misję Syriusie. A i wy Badrusie, synu Ebiedela i Konenie Waleczny stanęliście na wysokości zadania. Przynoszę wam podziękowania i błogosławieństwo ojca mego, Abardona. Coś jeszcze miałam powiedzieć? Chyba nie. No to pa – powiedziała i zniknęła, a wraz z nią relikwie.

Było to chyba bardziej zaskakujące, niż spektakularne przemienienie się z królika w siebie. Stali tak dłuższą chwilę wpatrując się w miejsce, gdzie jeszcze przed momentem stała. Po chwili jednak zrozumieli, że to koniec przygody i czas wracać do domu.

 

***

 

Gromer krzątał się po swoim straganie doskakując do każdego klienta, który podszedł na tyle blisko, by można go było zaczepić i sprzedać jakiś bubel, których miał na stanie nie mało. Pochylał się zwykle służalnie, uśmiechał się bezzębnym uśmiechem i tak mącił w głowie, że klient chcąc, nie chcąc musiał coś kupić. Sprzedawał głównie naczynia, narzędzia i bydło. Ale były też towary, których nie wystawiał, ale wtajemniczeni wiedzieli, że je posiada i zwykle załatwiali takie transakcje rozmawiając szeptem i rozglądając się uważnie, czy w pobliży nie ma przedstawicieli prawa. Obsługiwał właśnie jakiegoś cudzoziemca z Krudozji, kiedy poczuł klepanie w ramię.

– Słucham szanownego pa…. – urwał, bowiem uświadomił sobie kto przed nim stoi.

Twarz mu pobielała jak papier, a usta zaczęły poruszać się nie wydając żadnego dźwięku.

– Dzień dobry, panie Gromer – powiedział Konen z przesadną uprzejmością i uniósł pięść.

 

***

 

Barder i Kramer stali przy oknie w jednej z cel więzienia miejskiego i przez kraty patrzyli na bezchmurne niebo.

– Patrzże, Kramer. Czy to ptak? – gruby wskazał ciemny punkt mknący ponad miastem.

– Nie. Nie wydaję mi się.

– A może to, nie dajcie bogowie, smok?

– Też nie. Coś mi się zdaje, że to stary Gromer.

– Rzeczywiście. To ten cwany dziadyga.

– No to się doigrał. Musiał komuś mocno nadepnąć na odcisk.

– Mhm – mruknął Barder i patrzył, jak Gromer obniża parabolę lotu i niknie za murami miasta.

 

 

 

Koniec

Komentarze

Faktycznie, tekst zabawny, ale nic nadto. Jak to się stało, że ma piórko, a nie ma ani jednego komentarza?

Sporo usterek jak na nagrodzone opowiadanie. Interpunkcja kuleje, trafiają się literówki… Liczby piszemy raczej słownie, a już w dialogach obowiązkowo.

nie ważne => nieważne

Babska logika rządzi!

I ja zachodzę w głowę, jakim sposobem opowiadanie dorobiło się piórka?

Opowiadanie w jakiś sposób zabawne, tyle że mnie ten rodzaj humoru jakoś nie bardzo rozśmiesza. Wykonanie, niestety, pozostawia bardzo wiele do życzenia.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka