- Opowiadanie: bzugaj - POGOŃ

POGOŃ

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Biblioteka:

ocha, AlexFagus, regulatorzy

Oceny

POGOŃ

Fragment pamiętnika hrabiego Hermana von Bleulera

 

 

2 grudnia Roku Pańskiego 15.., wschodnia Styria, wieś Neumarkt

 

Dziś rano, kiedy opuszczałem gotycką kaplicę, trzymając w dłoni odciętą głowę Jego kolejnej ofiary, ludzie stali na zewnątrz i wpatrywali się we mnie ze strachem w oczach. W ich twarzach wyczuwałem niechęć i pogardę wobec mojej osoby.

Nieszczęśni… Gdyby tylko wiedzieli, jak wielki koszmar ominął ich tego poranka. Jak wielka rozpacz wdarłaby się do ich małej wioski, gdyby nie mój miecz.

Na wysuszoną, przemarzniętą ziemię spadł dziś pierwszy śnieg… Posępność krajobrazu i wyczuwalna dzikość otaczającej mnie krainy ujawniała się z każdym kolejnym krokiem na wschód. Z każdym krokiem, jaki prowadził mnie tropem tej przeklętej istoty.

Czasem, na wspomnienie mego przeszłego życia, ogarniał mnie pusty, bezradny śmiech, po którym następowała dłuższa apatia…

Już dwa miesiące minęły od czasu, kiedy On pojawił się w mym zamku. Od czasu tej diabelskiej bezksiężycowej nocy, kiedy korzystając z mej gościnności pozbawił życia niemal całą moją rodzinę.

Pościg, jaki wszcząłem samotnie jeszcze przed nastaniem świtu, był jedyną słuszną decyzją.

Teraz, po dwóch miesiącach łowów, wiedziałem, że wampir jest blisko i że w jego martwe serce powoli wkrada się strach…

 

Hrabia odłożył księgę i skrzętnie schował przybory do pisania. Koń parsknął niespokojnie, kiedy rozpalone ognisko strzeliło po dorzuceniu kolejnych szczap drewna. Von Bleuler rozglądnął się wokół nasłuchując. Polana, na której zdecydował się rozbić obóz, niemal w całości pokryta już była świeżym, białym puchem. Refleksy płomieni tańczyły na nagim, opartym o drzewo mieczu. Hrabia wciągnął ostre powietrze i szczelniej okrył się czarnym płaszczem. Spojrzał tęsknie na zachód, gdzie pomiędzy drzewami tliło się jeszcze krwawe słońce. Nie przypuszczał, że pogoń potrwa tak długo…

 

Fragment pamiętnika hrabiego Hermana von Bleulera

 

5 grudnia Roku Pańskiego 15.., granice Królestwa Węgier

 

Godzinę temu niespodziewanie zerwała się zamieć. Mój wierzchowiec stał się niespokojny i dalsza podróż okazała się niemożliwa. Chmury gęsto zasłaniały niebo już od samego rana, jakby chciały dać wyraz smutkowi całej krainy, w którą wkroczył ten diabeł…

Koło południa stanąłem na granicy dzikiego królestwa Węgrów, co symbolizował kamienny krzyż, samotnie sterczący na rozstaju dróg. Las stał się gęstszy i mroczniejszy. Wkrótce zerwał się wiatr. Szukając schronienia natrafiłem na małą opuszczoną chatę. Choć jej dach w połowie jest zawalony, daje wystarczająco dużo schronienia przed zacinającym śniegiem. Nie bez trudu udało mi się rozpalić ogień i zmusić się do zjedzenia malej porcji solonego mięsa. Ostatnio nie dopisuje mi apetyt. Koń cały czas jest nieswój. Ja staję się jednak coraz bardziej obojętny na jego przeczucia i na otaczającą mnie rzeczywistość… Wampir jest coraz bliżej, a z nim coraz bliższa jest moja zemsta. Tylko to się teraz liczy…

 

Na zewnątrz zrujnowanego domostwa rozległ się stłumiony trzepot skrzydeł. Wichura zelżała. Hrabia podniósł się cicho i chwyciwszy leżący obok miecz, wyszedł na zewnątrz. Słońce nie zaszło jeszcze za wzgórza, ale gruba warstwa chmur skutecznie uniemożliwiała przedarcie się promieni. Z pobliskiego drzewa opadły kupki świeżego śniegu. Von Bleuler odwrócił głowę. Na groteskowo wygiętej gałęzi siedział czarny ptak. Jego długi, ostry dziób nadawał mu drapieżny wyraz. Wielkie oko spoglądało badawczo na uzbrojonego w miecz szlachcica. Wiatr ustał zupełnie. Grobowa cisza była wręcz nienaturalna.

Hrabia opuścił broń i wszedł z powrotem do zawalonej chaty. Ognisko nieco przygasło.

 

…Choć jest jeszcze wcześnie, dziś nie mogę kontynuować pościgu. Dziwna mgła i gęste chmury sprawiają, że jest ciemno jak w noc. On wie, że się zbliżam i ze nasze spotkanie jest nieuniknione. Na myśl o tej konfrontacji staję się bardziej nerwowy. Bóg jeden wie, jak ciężka okaże się walka z tym potworem. Krucyfiksy, srebrne kule moczone w aspersorium, osikowe kołki i hostie. Nie zaniedbałem niczego. Część kradziona, lecz Bóg wybaczy ten grzech. Czyż cel nie uświęca środków? Wszystkiemu winny pośpiech. Pośpiech i brak czasu. Ostatnie dni będą decydujące…

 

Fragment pamiętnika Hermana von Bleulera

 

12 grudnia Wigilia Św. Łucji Roku Pańskiego 15.., lasy węgierskie na północ od rzeki Drawy

 

Wilki szły moim śladem już od kilku godzin. W zapadających ciemnościach coraz wyraźniej widać było ich gorejące czerwienią ślepia. Z jakiegoś niewytłumaczalnego dla mnie powodu, od pewnego czasu nie zmniejszały jednak dystansu.

Dawno zapadł już zmierzch i zacząłem obawiać się, że nie znajdę miejsca do spoczynku. Przeraźliwe, potępieńcze wycie rozlegało się raz po raz za moimi plecami. Ciemne sylwetki były wyraźne w bladym świetle pełni. Koń trząsł się i pienił z przerażenia, kiedy popędzałem go do galopu. Przeklęte wilki były jednak szybsze. Chmury odsłoniły na moment tarczę księżyca i cienie nagich, sękatych gałęzi zagrały na skutym lodem, leśnym trakcie. Wierzchowiec stanął dęba na widok błyszczących w nocnej poświacie kłów bestii, która w końcu wybiegła z lasu, zastawiając mu drogę. Zdążyłem jeszcze wyciągnąć miecz, zanim zwaliłem się na twardą ziemię. Wilcza wataha powoli zacieśniała krąg…

 

5 grudnia Roku Pańskiego 15.., wschodnia Styria, wieś Neumarkt

 

Zbrojny oddział wjechał stępem na główny plac małej mieściny. Zainteresowani mieszkańcy niepewnie spoglądali na przybyłych żołnierzy.

Kapitan wskazał niedbałym gestem jednego z gapiów i wspierając rękawice na przednim łęku siodła, spojrzał na gotycka kapliczkę, stojącą w pewnym oddaleniu. Jeden z żołnierzy podjechał do wskazanego chłopa i uderzył go lekko drzewcem włóczni.

– Ty! Kapitan Hesse chce z tobą mówić. Bierz dupę w troki i biegiem do niego. Stoi na środku placu.

Miejscowy spojrzał z przerażeniem na żołnierza i kiwając służalczo głową podbiegł zgarbiony do kapitana.

– Podnieś wzrok! – Rzucił Hesse.

Wieśniak spojrzał szklistymi oczami na dowódcę oddziału. Jego przestraszona, zaszczuta twarz bardzo różniła się od dumnego oblicza kapitana straży. Oblicza hardego i odważnego, malowanego doświadczeniem wojennym i bystrością umysłu.

– Jakieś dwa dni temu… Przejeżdżał tędy jakiś człowiek? Widziałeś tu obcego?

Chłop patrzył wodnistymi oczami na Kapitana tak, jakby nie do końca rozumiał zadane mu pytanie.

– No mówże wreszcie! – Tracił cierpliwość Hesse. – Jeśli ktoś nieznajomy pojawia się na tym zadupiu, chyba nie wymaga wielkiego talentu żeby to zauważyć, co?!

Zlękniony chłop skinął głową i oblizał usta.

– Trzy dni na zad będzie, pane… Był jegomość… Łotr. Kobitę ubił… zielarkę… i zniknął pane. Zaraz zniknął. A ona niczemu winna, pane, niczemu.

Kapitan pokiwał głową w zamyśleniu.

– Jak wyglądał?

– Srogi był, pane. Taki blady strasznie. Na czarno okutany. Bali się go ludzie, to i nikt nie zatrzymał. Coś biło od niego dziwnego… nieludzkiego trochę. No i tyle. Zielarka rodziny nie miała. Sama mieszkała na skraju lasu, to i nikt o pomstę nie wołał ze strachu…

Hesse splunął na ziemię i zaklął pod nosem. Trzy dni. Pomyślał. Straciliśmy jeszcze jeden dzień. Jest sam. Jest zbyt szybki. Ale w końcu zwolni, nie wytrzyma takiego tempa… Kapitan nie zwracając dłużej uwagi na chłopa, machnął rękawicą w kierunku swojego oddziału.

– Ruszamy dalej! – Krzyknął, nie zwracając uwagi na zawiedzione miny żołnierzy. – Mamy sporo do nadrobienia…

Śnieg zaczął padać gęściej. Wichura, która zerwała się nagle z wielką mocą, wbijała w policzki ostre drobiny siarczystego mrozu.

 

Fragment pamiętnika Hermana von Bleulera

 

12 grudnia Wigilia Św. Łucji Roku Pańskiego 15.., lasy węgierskie na północ od rzeki Drawy

 

Ogień w palenisku działa na mnie kojąco. Tylko Aniołowie wiedzą, co stałoby się, gdyby nie myśliwy, który przyszedł mi w sukurs. Cienie tańczą na grubych, drewnianych balach chatki. W oddali słychać ciągle skowyt wilczych bestii. Księżyc złowrogo spogląda zza okna i na samą myśl o nadchodzącej nieubłaganie walce, ranna, w czasie ataku sfory, noga promieniuje coraz to silniejszym bólem. Przynajmniej dziś noc spędzę w bardziej godnych warunkach…

 

Fragment pamiętnika Hermana von Bleulera

 

13 grudnia Roku Pańskiego 15.., bezdroża Węgier… dalej na wschód

 

Ileż jeszcze napotkać mogę w życiu Jego sług, skoro w każdym z mijanych ludzi szukać muszę zła. Bliski już byłem snu w chacie myśliwego, kiedy instynkt nakazał mi czujność. Zrazu nie wiedziałem co takiego może mi grozić. Wycie stawało się, bowiem, coraz cichsze i bardziej oddalone, zaś ściany chaty były grube i solidne. Tylko opatrzność Chrystusa w porę pozwoliła mi ujrzeć prawdziwe oblicze mego gospodarza. Błysk jego szatańskich ślepi w świetle paleniska i delikatnie, ledwie zauważalnie, wydłużone kły. Zareagowałem natychmiast. Nie zwracając uwagi na piekące udo, zerwałem się z miejsca i sięgnąłem po broń. Zaskoczony strzygoń uchylił się przed pierwszym uderzeniem i wbił we mnie swe nienawistne spojrzenie. Wiedząc, że nie mogę lekceważyć takiego przeciwnika, nadludzkim wysiłkiem, jak najszybciej wyprowadziłem kolejny cios. Tym razem dosięgnął on stwora i jego ciało legło u mych stóp. Przysiąc mógłbym, że skowyt za oknem stal się donośniejszy i pełen dziwnej, zwierzęcej rozpaczy…

 

Fragment pamiętnika Hermanna von Bleulera

 

14 grudnia Roku Pańskiego 15..

 

Ujrzałem Go dziś! Wyjeżdżając z mrocznego lasu na wzniesienie, zobaczyłem, jak Jego sylwetka, okutana czarną peleryną, zamajaczyła na nieodległych wzgórzach. Bezchmurne niebo sprawiło, że postać wampira rysowała się wyraźnie na tle nagich, białych pustkowi, roztaczających się pod lasem. Przynagliłem konia do biegu, wiedząc, że następnego dnia dopadnę stwora i zakończę mój koszmar…

 

14 grudnia Roku Pańskiego 15..

 

Kiedy dotarłem na miejsce, gdzie wcześniej ujrzałem upiora, po plecach przeszedł mi dreszcz. Dotychczas moimi tropami były zbrodnie, jakich dopuścił się ten potwór. Teraz, kiedy był już tak blisko, nie wiedziałem, co czynić. Miękki, kopny śnieg nie miał w sobie żadnych śladów stóp, a przecież wampir przechodził tędy całkiem niedawno. Nikt nie mógł zatrzeć tych tropów. Nie śnieżyło też przez cały dzień… Co to za diabelska sztuczka?! Jakie mroczne siły wspierają tę istotę?

Bez względu na to z czym przyjdzie mi się zmierzyć, nie poniecham pościgu. Znajdę miejsce jego spoczynku i wyplenię zło, jakie się tu gnieździ.

 

13 grudnia Roku Pańskiego 15.., lasy węgierskie na północ od rzeki Drawy.

 

Kapitan Hesse stał przed chatą z grubych bali i wpatrywał się w leżące na śniegu, pozbawione głowy zwłoki. Część zamarzniętego ciała obgryziona była przez wilki. Żołnierze przeszukiwali wnętrze domostwa.

– Palenisko jest zimne – powiedział jeden z nich, stając w otwartych drzwiach. Hesse zaklął pod nosem i uderzył pięścią w otwartą dłoń.

– Nieważne… jesteśmy coraz bliżej. To kwestia dni.

Żołnierz skinął głową.

– Zostajemy na noc – rzucił kapitan. Nadchodzi zmierzch, a tu mamy dach nad głową i ciepło.

Słońce powoli zachodziło za lasem. Do uszu Hesse’a doszedł cichy skowyt wilczej watahy. Dreszcz przebiegł go po plecach, a ręka bezwiednie powędrowała do pasa na biodrze, upewniając się, że miecz i pistolet są na swoim miejscu.

Cień za plecami kapitana gęstniał coraz bardziej.

 

15 grudnia Roku Pańskiego 15.., węgierskie wzgórza, na północ od rzeki Drawy

 

Wokół panowała cisza, przerywana jedynie pojedynczym krakaniem wron. Chmury na niebie zgęstniały i zimowy krajobraz nabrał dziwnej, szarawej poświaty.

Mały cmentarz pod lasem wyglądał na nieodwiedzany od dłuższego czasu. Połamane krzyże i pęknięte nagrobki pokryte były czystym śniegiem. Wąska ścieżka od cmentarnej bramy prowadziła do małej krypty, ozdobionej postaciami płaczących, kamiennych aniołów, składających dłonie do modlitwy. Po jej ścianach wspinały się pnącza wyschniętego bluszczu. Całość sprawiała wrażenie posępne i przygnębiające. Gałęzie drzew otaczających cmentarz wślizgiwały się przez ogrodzenie, jakby chciały porwać to miejsce i ukryć je w mrocznych ostępach kniei.

Von Bleuler ostrożnie zszedł z siodła i uspokoił konia, który parskał i rozdrapywał kopytami pokrytą śniegiem ziemię.

Hrabia, przełamując opór wierzchowca, przywiązał go do ogrodzenia i naparł na starą bramę. Zardzewiałe wrota ustąpiły z potępieńczym piskiem. Von Bleuler oddychał coraz szybciej, krocząc wąską ścieżyną w kierunku krypty. Do siedzącej na pobliskim drzewie wrony dołączyła następna. Potem kolejna. Przekrzywiając głowy i kracząc donośnie, obserwowały szlachcica, jakby przeczuwając nadchodzącą grozę.

Hrabia stanął jak wryty, a krew zastygła mu w żyłach, kiedy wśród krakania wron dosłyszał zgoła inny dźwięk. Dźwięk uchylających się, metalowych drzwi krypty…

Jego ręka sięgnęła po pistolet. Druga zacisnęła się mocno na rękojeści miecza. Drzwi krypty uchyliły się szerzej, ukazując hrabiemu stojącą w nich sylwetkę.

Smukła twarz o lodowatym spojrzeniu i szyderczym uśmiechu była trupioblada. Czarna peleryna zakrywała postać od szyi aż do ziemi. Mężczyzna wpatrywał się w szlachcica ze zwierzęcym zainteresowaniem i niezrozumiałą ironią. Słońce niemal w całości skryło się już za lasem i cienie drzew, krzyży i nagrobków wydłużyły się znacznie.

– Co teraz? – Głos postaci był świszczący i metaliczny. – Znalazłeś mnie, Hermanie, więc co teraz?

Hrabia stał nieruchomo. Jego serce zabiło szybciej.

– Hermanie? – Wampir zrobił krok do przodu i wyszedł z krypty na zaśnieżoną alejkę. – Ścigałeś mnie dwa miesiące, a teraz nie jesteś w stanie wykrztusić nawet słowa?

Van Bleuler przełknął ślinę. Jego pierś unosiła się coraz szybciej, ale nie mógł wydać z siebie żadnego dźwięku. Wampir zrobił następny krok. Hrabia błyskawicznie podniósł pistolet i wycelował w upiora.

– Wyślę cię tam, gdzie twoje miejsce, trupie. Odebrałeś mi wszystko co miałem! Całą twoją drogę znaczy krew i śmierć

Ręka hrabiego zatrzęsła się, kiedy odwiódł kurek.

Wampir prychnął.

– A twoją? Zielarka, myśliwy, cała rzesza innych…

– To były nosferatu. Twoje dzieło, dobrze o tym wiesz, więc nie kpij ze mnie!

Wampir postąpił krok w przód i wyciągnął otwartą, smukłą dłoń przed lufę pistoletu.

– Zastanów się, kto tu jest prawdziwym złem, Hermanie…

Szlachcic cofnął się i przycisnął wolną rękę do skroni. Krew pulsowała mu w głowie.

– Nie omamisz mnie! – Wykrzyknął i strzelił do stojącej naprzeciw postaci. Wyciągnięta ręka wampira bryznęła krwią. Kula przeszła na wylot. Upiór przekrzywił głowę i zaśmiał się szyderczo.

– Zastanów się Hermanie, dobrze ci radzę.

Zrobił kolejny krok, zmniejszając zupełnie dystans dzielący go od hrabiego, który sięgnął za pas po drugi pistolet.

 

***

 

Nad opuszczonym cmentarzem rozległ się kolejny huk wystrzału.

Przestraszone stado wron poderwało się z gałęzi, ulatując wysoko w zachmurzone niebo.

 

13 grudnia Roku Pańskiego 15.., lasy węgierskie na północ od rzeki Drawy, chata myśliwego

 

Wilki wyły niemal cały wieczór. Palenisko dodawało jednak otuchy i koiło nerwy całego oddziału. Kapitan Hesse siedział na niskiej ławie pod ścianą i patrzył na zawieszony po przeciwnej stronie krzyż. Nie zwrócił nawet uwagi, kiedy przysiadł się do niego jeden z podwładnych.

– Złapiemy go? – Zapytał żołnierz.

Kapitan nie odpowiadał przez dłuższą chwilę. W jego głębokich, błękitnych oczach tańczyły płomienie paleniska.

– Musimy – powiedział w końcu. – Ten człowiek jest chory… Chory i niebezpieczny.

Żołnierz spojrzał na trzaskający ogień i swoich towarzyszy, którzy skuleni wokół niego, grzali skostniałe od mrozu dłonie.

– Von Bleuler jest szaleńcem – kontynuował Hesse. – Zabił swoją żonę i córki, po czym uciekł. Chyba nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, co uczynił. Mój brat służył u niego przez kilka lat. Często wspominał o tym, jak hrabia tracił panowanie i kontakt z rzeczywistością. Te zbrodnie nie były przypadkiem. Moim zdaniem zanosiło się na to już od dawna. Chory umysł dojrzewa, by w końcu zgnić od środka. To właśnie stało się z Hermanem von Bleulerem…

Kapitan spojrzał na żołnierza.

– Ci biedni ludzie, których mordował po drodze, są tego najtwardszym dowodem – zakończył.

Wilki za domem umilkły. Teraz, w ciemnościach lasu, wył już tylko wiatr…

 

15 grudnia Roku Pańskiego 15.., węgierskie wzgórza, na północ od rzeki Drawy

 

Hrabia leżał nieruchomo na cmentarnej alejce. W jego martwych oczach dojrzeć można było ślady lęku i obłędu zarazem.

Wokół było cicho. Opuszczony od dawna cmentarz był wręcz nierzeczywisty. Od dłuższego czasu nie stanęła na nim żadna stopa. Żadne ślady nie wskazywały tutaj na obecność kogokolwiek, poza Hermanem von Bleulerem.

Obok ciała leżał ciepły jeszcze pistolet, upuszczony przez szlachcica w trakcie upadku. Gorąca krew z przedziurawionej kulą skroni, drążyła wąskie kanaliki w białym śniegu i łączyła się w kałużę z posoką z przestrzelonej ręki hrabiego.

Oprócz niego, nie było tu nikogo…

Mała cmentarna krypta pozostawała cicha i zamknięta.

Wiatr delikatnie kołysał nagimi konarami zimowych drzew…

 

„I tak jak obłęd, w wyższym tego słowa znaczeniu, jest początkiem wszelkiej mądrości, tak schizofrenia jest początkiem wszelkiej sztuki, wszelkiej fantazji…”

Hermann Hesse

 

 

 

Koniec

Komentarze

Hermana von Bleuler'a
Nie ma apostrofu po r. NIGDY. Podobnie po k, m, n, z i w ogóle po żadnej spółgłosce z wyjątkiem francuskiego niemego s.

Gdy zobaczyłem słowo "wampir" w pierwszym fragmencie, westchnąłem ciężko, nastawiając się na kolejną odtwórczą, sztampową historyjkę o krwiopijcach.
Z przyjemnością stwierdzam, że się myliłem. Jest to dobry tekst, przemyślany i umiejętnie napisany. Poczułem klimat obłąkańczego pościgu w mrozie i śniegu.

Odnośnie samego pomysłu, to dla mnie nie był on nowością, a już od pierwszej sceny ze ścigającym oddziałem domyślałem się, ku czemu fabuła zmierza. Nie jest to zarzut, bo generalnie koncepcja i wykonanie są bardzo dobre.

Podobało mi się, choć nie jest w ogóle straszne.

Pozdrawiam.

Achika: juz poprawiam, bo faktycznie masz rację. Dzięki za "wytyk" :)

Językowo całkiem zgrabne (pomijając drobną nadzaimkozę - polecam do lektury Kresa i jego "Galerię złamanych piór"), natomiast jakoś niespecjalnie pasuje mi do roku "tysiąc pięćset któregoś". XVI wiek, Hołd Pruski, Unia Lubelska i podział Węgier między Turcję i Habsburgów (1541 r.), a tu mamy hrabiego z pistoletem, kojarzącego mi się raczej z wiekiem XVIII. W szesnastym wieku raczej nie było pistoletów - krócice, samopały, to owszem...

Forma jest trochę stylizowana, stąd pojawia się np. 15.., takie mugnięcie okiem do Poe'go, on nigdy nie pisał pełnych dat.
A co do pistoletów - to właśnie częste błędne kojarzenie. Weszły w użycie już na pocz. XVi wieku. W drugiej połowie XVI wieku były już "powszechne". (wśród szlachty i oficerów). Nazwa Królestwo Węgier obowiązywała w stosunku do habsburskiej części kraju...

Świetne opowiadanie, może i brakuje napięcia, bo fakt faktem nie udało Ci się go stworzyć, ale opisy miejsc są bardzo sugestywne. Cieakwa byłam czym zaskoczysz na koniec. Schizofrenia..hmm niesamowita przypadłość.

Jak powiedział Bonaparte "Światem rządzi wyobraźnia".

Pozdrawiam

Później wrócę
Pozdrawiam
 

Wróciłam, przeczytałam i stwierdzam, że nie ma sensu się powtarzać.

Podobało mi się.

Wiekszosć opowiadań na MASAKRĘ dzieje się współcześnie, więc to było miłą odmianą. Pełen profesjonalizm, nawiązania do klasyki, dbałość o nastrój, klimat i język - wszystko, co lubię w opowiadaniach. Ode mnie piątka.

http://www.youtube.com/watch?v=Gk7sjUfwGd8

OK, do konkursu.

O, a to mi się podobało nawet bardziej. Czy się do biblioteki nadaje? Powinno tam trafić, bez dwóch zdań.

Bardzo fajny tekst. Dzięki za udowodnienie, że teksty o tematyce wampirycznej, o ile są właśnie takie "klasyczne", mogą być naprawdę wciągające i nieirytujące. ;)

 

Polecam uwadze bibliotekarzy!

W zupełności zgadzam się z ochą (jest komentarz? – jest;))

Naprawdę mi się podobało.

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Cieszę się :) Co by tu robić, żeby więcej osób zachęcić…? ;)

Prawie powtórzę za ochą: klasyka rządzi w temacie wampirów. Wprowadzenie w nastrój i wywołanie refleksji słabo zależą od ilości krwi, flaków, drastyczności wszelkich.

========

Z każdym krokiem, jaki prowadził mnie tropem tej przeklętej istoty. – który. To nie są równoważne znaczeniowo i funkcyjnie zaimki, 'jaki' oraz 'który'.

Płomienie tańczyły na nagim, opartym o drzewo mieczu. ---> ejże, płomienie? Znaczy, miecz palił się? Refleksy, odblaski płomieni…

[…] dać wyraz smutku całej krainy, […] ---> dać wyraz czemu? smutkowi

Hrabia podniósł się cicho i chwytając leżący obok miecz, wyszedł na zewnątrz. ---> znaczy, jednocześnie chwytał miecz i wychodził? Tak napisałeś… Pułapka imiesłowowa. Chwyciwszy.

Tarczę księżyca przesłoniły chmury i cienie nagich, sękatych gałęzi zagrały na skutym lodem, leśnym trakcie. --- ;-) no coś niezwykłego, cienie pojawiły się dopiero wtedy, gdy chmury przesłoniły księżycową tarczę… ;-)

Okienko się zapełniło.

 

@AdamKB – nie wiem, czy to okienko, o którym pisałeś, to zgłoszenie do biblioteki, ale jeśli tak – no to się nie zapełniło. Tak tylko wspominam, bo tekst fajny i dobrze by było moim zdaniem, gdyby do Biblioteki trafił. :)

 

@Buzgaj – teraz trochę tekstów czeka w kolejce, jestem przekonana, że – kiedy kolejka się skróci – i na Twoje opowiadanie przyjdzie pora. :)

Okienko komentarza.

A, to przepraszam. :)

Coś mi strona dziś szwankuje i myślałam, że może innym również.

Dzięki za wytyk. Błędy poprawione. Tylko z KTÓRYM/JAKIM się nie zgadzam. Zaciekawiło mnie to, ale nawet po "autodokształceniu" dalej mi wychodzi, że takie użycie jest poprawne w tym kontekście. A jeśli mimo wszystko się mylę, to nie chcąc wszczynać dyskusji, jak "pewien pan z okrętem w tle", pozwól ten jeden błąd zatrzymać, bo KTÓRY mi tam jakoś po prostu brzydko brzmi ;) Pozdrawiam!

Twoja wola. :-) Autor, i tylko on, decyduje o kształcie i treści tekstu. Uwagi, propozycje czytelnika są tylko uwagami i propozycjami.

Zgoda, mi też kiepsko brzmi i wygląda.

===========

Posępność krajobrazu i wyczuwalna dzikość otaczającej mnie krainy ujawniała się z każdym kolejnym krokiem na wschód. Z każdym krokiem, jaki prowadził mnie tropem tej przeklętej istoty.

Posępność krajobrazu i wyczuwalna dzikość otaczającej mnie krainy potęgowała się z każdym kolejnym krokiem na wschód. Z każdym krokiem, stawianym na tropach / tropie tej przeklętej istoty.

 

Jak się Tobie widzi taka wersja?

hmmm…nie wiem coś mi zgrzyta. Nie gramatycznie, ale jakoś rytm mi się gubi. Może to głupie, może już się przyzwyczaiłem do tego zdania i dlatego. Muszę zostawić tekst na jakiś czas i wrócić do niego na świeżo. :)

A do mnie nie przemówiło. Ktoś ucieka, kogoś gonią, w kółko to samo… Nie zażarło. Pewnie przez to, że bardzo opornie reaguję na nastroje i inne klimaty.

Babska logika rządzi!

No widzę właśnie po Twoich tekstach autorskich, że mamy zupełnie inne gusta literackie ;) W każdym razie dzięki wielkie  za opinię i za dogrzebanie się do takich staroci.

ps. A za uważne przeczytanie MC dzięki jeszcze większe, bo tam faktycznie był błąd we wskazanym przez CIebie zdaniu. Niestety nie mam go jak poprawić już :|

 Pozdrawiam! :)

Przez chwilę się zastanawiałam, o co Ci chodzi. MC? Nasz _mc_? Hę? Ale w końcu załapałam. :-) I dlaczego nie masz jak poprawić błędu? Przecież edycja tekstów powinna działać bezterminowo.

A różnice nie są złe. :-)

Babska logika rządzi!

faktycznie, jest bezterminowo, tylko jako analfabeta techniczny nie umiałem znaleźć klika EDYTUJ ;D teraz już jest ok :)

No to dobrze, że się w końcu skubaniutki napis znalazł. ;-)

Babska logika rządzi!

Fajne :)

Dość stylowa i porządnie napisana opowieść. Czytało się całkiem nieźle i jakkolwiek podoba mi się pomysł, by ścigający był również ściganym, to nie miałabym nic przeciw temu, aby cała rzecz toczyła się nieco raźniej.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cieszę się i dziękuję. Tak to jest, jak się lubi przerost formy nad treścią, a to niestety moja wada ;D

Tu jeszcze nazbyt wielkiego przerostu nie zauważyłam, szczególnie że chyba nakreśliłeś sobie pewne ramy, a za wzór wziąłeś godnego Mistrza. Jest OK. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka