- Opowiadanie: drakaina - Sol Invictus

Sol Invictus

Prezenty: tylko czerń i biel + rozejm bożonarodzeniowy.

A w tytule dokooptowałam pozakonkursowo dodatkowy prezent.

 

Trigger warning: tekst zawiera motto z noblisty oraz aluzję do innego noblisty.

 

A Golodhowi sto lat i jeszcze trochę!

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Sol Invictus

Mitro, Panie Północy, godziny, gdy kona byk kary,

Spójrz na twe dzieci w ciemności, racz przyjąć nasze ofiary!

Tyś dróg wiele wytyczył, a każda się w Światłość otwiera,

Mitro, tyś także żołnierzem, naucz nas godnie umierać!*

 

Śnieg skrzypiał pod stopami. Padające wciąż płatki przesłaniały wizję, jedynie ciemne pnie drzew pozwalały nie zagubić się w białej pustce. Granatowy niegdyś płaszcz wyblakł, pokryty szronem, pozostała tylko czarna plama w miejscu, gdzie sukno przeszyła kula. Martin poprawił troki plecaka, ścisnął mocniej karabin.

W bieli nikły sylwetki maszerujących towarzyszy, śnieg zasypywał ślady, tłumił dźwięk kroków.

A może w ogóle nie było już towarzyszy, tylko biel śniegu i czerń lasu? Żołnierz potknął się, hełm spadł z głowy i potoczył się po zmrożonej skorupie. Martin nie wiedział nawet, czy to jego hełm czy nieprzyjacielski, kiedy blask wschodzącej nad lasem gwiazdy odbił się w skrzydłach złotego orła…

– Zjedz, synku – powiedziała matka, kiedy miał już na sobie mundur, i zbliżała się ta godzina, w której wraz z innymi rezerwistami z miasteczka będzie musiał wsiąść w pociąg, by ruszyć w nieznane.

– Wrócę na święta – zapewnił ją, bo w lipcowym słońcu wierzył w te słowa.

Martin potknął się, zaspy wokół niego tworzyły zamknięty krąg, lodowa ręka śmierci wyciągała ku niemu kościste palce – i wtedy ze śniegu wyciągnęły go czyjeś silne ręce. W oddali migotał ogień, nadzieja na ocalenie. Wybawca, kimkolwiek był, pociągnął go w tamtą stronę. Jego luźny płaszcz zahaczał o gałęzie, lecz nieznany człowiek nie ustawał – brnął przez zaspy i wykroty, prowadząc za sobą żołnierza i mówiąc do niego w języku, który nie brzmiał jak niemiecki ani francuski.

Martinowi z każdym krokiem szło się znów lepiej, ciemne pnie przemykały miarowo na granicy pola widzenia, a w zimnym świetle księżyca dostrzegł niewyraźną sylwetkę skulonego pod drzewem człowieka.

Dłonie przewodnika spoczywały wciąż na ramionach, człowiek ten jednak nie zaprotestował, kiedy Martin nachylił się nad tym drugim. Mundur nie przypominał niczego, co znał: spod szronu widoczne były przebłyski oliwkowej zieleni, na przedziurawionym hełmie zamiast orła widniał krzyż z dwiema poprzeczkami.

 

Kiedy mina wybuchła pod ich samochodem, Jean zobaczył tylko ciemne pnie drzew nad białym od rozbłysku niebem. Czarna ziemia przygniotła go, mrok przecinały tylko pojedyncze promienie, a potem i one zgasły. Jean był przekonany, że umiera, gdy wtem poczuł na ramionach uścisk silnych dłoni, ujrzał nad sobą wąsate oblicze. Usłyszał niemieckie słowa, lecz padający gęsto śnieg tłumił dźwięk. „Skąd teraz śnieg” – zdążył pomyśleć Jean, a wtedy blask gwiazdy migoczącej ponad linią lasu odbił się w hełmie wybawcy, i żołnierz pomyślał, że śni, bo zobaczył tam pokrytego szronem dwugłowego orła, a nie dwie błyskawice, których się spodziewał.

– Masz, synu – powiedział ojciec, podając mu omszałą butelkę, skarb z rodzinnej piwniczki. – Wypijesz, kiedy bardzo zatęsknisz za domem.

– Wrócę na święta, tato – odpowiedział, bo wtedy wierzył, że właśnie tak będzie.

Za Niemcem majaczył wśród padających płatków inny kształt, niewyraźny, widmowy. A za nim złotawy blask latarni lub ogniska, nadziei na wybawienie. Ból i strach znikał, Jean odzyskał siłę i władzę w nogach, brnął więc przez zaspy za wybawcą, kimkolwiek on był.

Nagle jego wzrok przykuł ciemny kształt na białej drodze. Jean pochylił się i spojrzał w przerażone oczy młodziutkiego chłopaka w zakrwawionym szaroniebieskim mundurze, blednącym teraz pod szronem. Żołnierz wyciągnął do niego rękę – nie, pusty rękaw.

Niewiele myśląc, Jean pochwycił go w ramiona jak dawno temu młodszego braciszka, który skręcił nogę podczas gry w piłkę. Światło gwiazdy odbiło się w czarnym na tle śniegu szpikulcu pikielhauby.

 

Huk ostrzału artyleryjskiego ucichł nagle, a cisza, która po nim nastąpiła, zdawała się jeszcze gorsza. Bartek leżał na śniegu, czarna plama rozlewająca się wokół niego zagarniała coraz większe połacie bieli. W górze, wysoko nad nim, czarne niebo przecinały jedynie jaśniejsze smugi pozostawione przez przelatujące samoloty.

Śnieg musiał spaść już po tym, jak wszyscy opuścili okopy, a Bartek został na ziemi niczyjej, wpatrzony w gasnące gwiazdy. Światło odbijało się w drutach zasieków, a zza nich wynurzyła się postać nieznajomego człowieka, w hełmie przypominającym nieco ten, który potoczył się z Bartkowej głowy daleko. Tylko mundur nie był podobny do niczego, co chłopak widziałby u swoich lub wrogów. Czy zresztą wiedział dobrze, kto jest kim?

– Masz, Bartuś – powiedziała babka, głaszcząc najmłodszego wnuka po głowie. – Zrobiłam ci porządne skarpety, żebyś nie zmarzł gdzieś tam daleko.

– Wrócę na święta do domu, babciu – odparł, przekonany, że wojna nie potrwa długo.

W ramionach nieznajomego mężczyzny było mu znów ciepło, białe płatki zamieniały się w puchową pierzynkę, na czarnym niebie nie warczały samoloty, tylko migotały srebrem gwiazdy.

A w oddali płonął obietnicą ciepłej strawy i kojących słów ogień, przy którym poruszały się cienie. Zanim tam doszli, Bartek wskazał człowiekowi, który go ocalił, nieruchomy kształt w rowie. Chwilę później stał nad rozkrzyżowanym na śniegu człowiekiem i podawał mu rękę.

 

W oślepiającej bieli czerwień munduru poczerniała, podobnie jak krew; George ostatkiem sił sięgnął do ładownicy tylko po to, żeby przekonać się, że jest pusta. Odgłos werbli zamierał w oddali, był tylko bezszelestnie padający śnieg, a potem chrzęst kroków i pusty rękaw sięgający ku skulonemu obok porzuconej armaty żołnierzowi, blask gwiazdy odbijający się w mosiężnych guzikach.

– Nie odjeżdżaj, George – błagała siostra, zawiązując mu błękitną wstążkę na czerwonym suknie rękawa. – Boję się być sama.

– Wrócę na święta, Margaret – odpowiedział, choć nie bardzo w to wierzył.

Wstążka nasiąkła krwią, czarną w świetle księżyca i wśród padających płatków śniegu. Teraz jednak szron pobielił ją na nowo, a George, uczepiony pustego rękawa wybawcy, podał rękę opartemu o czarny pień brodatemu wiarusowi, z którego fajki unosił się dym, choć z ust nie dobywał się już oddech. Blask gwiazdy rozbłysnął przez mgnienie oka w odznace pułkowej.

– Wrócę na święta – szepnął żołnierz do miniatury przedstawiającej młodą dziewczynę w białej sukience.

Czarna krew kapała na obrazek, szron pokrył ją srebrzystą koronką.

Kilka kroków dalej wiarus schylił się, wyciągnął rękę do kolejnego cienia i chwilę później ku migoczącemu w oddali ogniowi brnął w sandałach przez śnieg ocaleniec ze złamanym mieczem przy boku.

Wrócę na dzień narodzin niezwyciężonego Słońca – wyszeptał ku postaciom, które dawno zblakły w pamięci świata.

 

 

O czarnej północnej godzinie światło gwiazd odbijało się w niezliczonych płatkach śniegu, wirujących wokół ognia, który choć ogrzewał, nie niszczył ich piękna.

Z oddali dobiegał pogłos wybuchów, warkot motorów, rżenie koni, werble i trąbki kawaleryjskie, trzeszczenie radiostacji i marszowy krok legionów, armii, oddziałów partyzanckich. Pomiędzy czarnymi pniami drzew otaczających polanę rozświetloną przez życiodajny ogień, pojawiały się cienie, niosąc i prowadząc kolejne w niekończącym się pochodzie. Wokół ognia zgromadziła się armia ludzi, którzy teraz, w świetle, po wielu godzinach znojnej wędrówki, popatrywali po sobie wilkiem, bo rozpoznawali nieprzyjacielskie odznaki, a niekiedy i twarze tych, z którymi dopiero co starli się w śmiertelnej walce.

W końcu jeden z cieni zbliżył się do ognia, nie zważając na wyrastające spod stóp zasieki i wystrzelające w powietrze pióropusze wybuchów, nabrał światła w dłonie i podszedł z nim do skraju polany. Z wyciągniętych dłoni posypały się iskry, płatki śniegu zawirowały. Kolejne cienie odrywały się od ściany lasu i podchodziły do słonecznego kręgu. Broń upadała z brzękiem na ziemię, a dalekie odgłosy wojny cichły. Pnie drzew przemieniały się w kolumny, śnieg pokrywał okopy i zasieki, faszyny i stanowiska artyleryjskie. Szron osiadał na muszkietach, kuszach, rewolwerach, malował bielą mundury błękitne i czerwone, zielone i szare, aż nie było między nimi różnicy. Las rozbrzmiewał pogłosem słów w wielu językach stapiających się w jeden.

 

 

– Udało się – szepnął świetlisty Mitra i spojrzał po otaczających go postaciach, opiekunach ludzi zgromadzonych wokół jego ognia, którzy dopiero co byli skłonni skakać sobie do gardeł. – To co, panowie i panie, między nami też rozejm?

– Rozejm – mruknął rogaty Cernunnos i przybił z Mitrą piątkę.

– Rozejm – potwierdziła entuzjastycznie Atena i kopnęła na wszelki wypadek Marsa w kostkę.

– Rozejm, rozejm – potwierdził tenże, choć niechętnie.

Thor uderzył w ziemię młotem na znak zgody, choć wiedział, że Odyn już knuje, jak wszystkie te cienie przejąć na własność. Kolejne bóstwa kiwały głowami,  nawet ten mały ze skleconej naprędce kołyski uniósł rączkę na znak zgody.

Może ta wzniosła chwila nie miała trwać długo, niemniej dawała nadzieję, że odrodzone Słońce w końcu pokona ciemność.

 

--------

* R. Kipling, Pieśń ku czci Mitry (tłum. własne, publikowane)

Koniec

Komentarze

Wiedziałem, że wrzucisz coś tuż przed dedlajnem. laugh

 

Ładnie malujesz (to wiemy) i jednocześnie wybijasz rytm – to nowe i bardzo mi się podobało.

Temat ciężki, mało świąteczny – ludzie się zabijają, bo tak chcą bogowie – ale jest o czym rozmyślać.

I na koniec widzimy ich cały panteon.

 

Dwa potknięcia wyłapałem:

w imię których imię ludzie

O jedno “imię” za dużo.

światło gwiazd odbijało się w niezliczonych płatkach śniegu

no, ciężko to sobie wyobrazić, ale co tam, niech będzie poetycko.

 

Dla tych, którzy chcą coś o Mitrze, małe ułatwienie ->Link

 

PS.

Mało świąteczna atmosfera, ale dzieciątko jest.

Prezentów więcej niż się spodziewałem, z czego wypada się tylko cieszyć. smiley

Jeśli komuś się wydaje, że mnie tu nie ma, to spieszę powiadomić, że mu się wydaje.

Hej, Fizyku, dzięki :)

 

Zwróciłeś mi uwagę na to, że w drugiej części, tej boskiej, wyszło trochę inaczej niż zaplanowałam, bo nie chodziło mi o to, że ludzie zabijali się z woli bogów, tylko raczej po prostu, że bogowie też się kłócą i to jest ogólnie niedobrze. Starożytni w zasadzie nie znali wojen religijnych, więc to nie o to chodziło. Ergo pozwoliłam sobie wyedytować na bardziej klarowne. Ta końcówka miała po prostu paradoksalnie sprowadzić na ziemię i trochę rozluźnić nastrój. Oryginalnie zresztą planowałam to w ogóle inaczej, ale się nie kleiło.

http://altronapoleone.home.blog

Witaj.

 

Akurat w becie mam dwa teksty konkursowe, które opublikuję zaraz po Nowym Roku, także dotyczące mitologii, zatem uśmiechnęłam się, widząc tag. :))

 

Opisy wojenne, pełne dramaturgii – doskonałe. Czuje się wojenny tragizm, ogromny realizm to wielki atut tekstu.

Nadzieja zawsze jest, być powinna i takie zakończenie napawa optymizmem. :)

 

 

Z technicznych (moje sugestie):

Jean był przekonany, że umiera, gdy wtem poczuł na ramionach poczuł uścisk silnych dłoni, ujrzał nad sobą wąsate oblicze. – powtórzenie

 

Ich światło odbijało się w drutach zasieków, zza których wynurzyła się postać nieznajomego człowieka, w hełmie, który nieco przypominał ten, który potoczył się z Bartkowej głowy daleko. – tu też

 

Ich światło odbijało się w drutach zasieków, zza których wynurzyła się postać nieznajomego człowieka, w hełmie, który nieco przypominał ten, który potoczył się z Bartkowej głowy daleko. Tylko mundur nie przypominał niczego, co chłopak widziałby u swoich lub wrogów. – też

 

Pozdrawiam, klikam. :)

Pecunia non olet

Dziękuję za życzenia;) Do tekstu wpadnę za dłuższą chwilę, bo staram się czytać chronologicznie.

Слава Україні!

Golodhu, przy okazji pozwolę sobie także złożyć serdeczne życzenia. :)

Pecunia non olet

A dziękuję:)

Слава Україні!

smiley

Pecunia non olet

Czytając, miałam wrażenie, jakbym znalazła się w muzeum i prześlizgiwała wzrokiem od obrazu do obrazu. Sceny wyszły ci nastrojowe, smutne i melancholijne. Mocno zgrzyta przy nich zakończenie, które odstaje nastrojem od reszty opowiadania. Mam wrażenie, jakbyś wcisnęła je trochę na siłę, aby dodać element fantastyczny, a może końcowy twist? Mały Jezus machający rączką szczerze mnie rozbawiła i skojarzył się z filmami klasy B o nawiedzonych bobasach, chociaż przypuszczam, że wywoływanie podobnych emocji nie było twoim celem.

Hej, Ośmiornico, tak, masz trochę rację – zakończenie oryginalnie miało być zupełnie inne, bardziej ponure i w nastroju reszty, ale okropnie mi się nie kleiło, a poza tym uznałam, że może dobija mnie już ogólna ponurość, która ciągnie się za mną od trzech lat (dwa lata temu napisałam tak koszmarnie ponure opowiadanie na świąteczny, że sama nie bardzo mam ochotę je wspominać), i podświadomość domagała się złamania nastroju?

Elementu fantastycznego nie potrzebowałam, bo uznałam, że te duchy udzielające sobie wzajemnie pomocy wystarczą, zwłaszcza na świąteczny, natomiast próba napisania sceny z Mitrą na poważnie spaliła na panewce, bo albo szła w nieznośny patos, albo wychodziła miałka. Uznałam, że pójście w mitologiczną koncepcję powiązania światów będzie z tego wszystkiego najmniej bolesne. Być może nie miałam racji :/

Może powinnam tę scenę w ogóle wyrzucić, ale wtedy kończy się ze zbyt dużym niedopowiedzeniem.

Dzięki w każdym razie za uwagi, nastrój świąteczny to nie moja specjalność, więc tym bardziej cenne ;)

 

Bruce, podziękować, także za babolki.

http://altronapoleone.home.blog

drakaina nie zostaje mi nic innego, jak życzyć ci jak najmniej ponurości w nadchodzącym roku.

Dziękuję bardzo również, powodzenia, pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Klimatyczne opowiadanie, chociaż nie mogę powiedzieć, by całkowicie mnie kupiło. Pod względem języka, jak zwykle u Ciebie, jest więcej niż solidnie, czytałam z przyjemnością, bez trudu wyobrażając sobie scenerię i odczucia bohaterów. Odbiłam się natomiast od statycznej fabuły – chociaż fabuła to też określenie trochę na wyrost – oraz od końcówki. Ale po kolei.

Fabuła. Właściwie masz zamiast niej protezę w postaci luźno powiązanych ze sobą scenek. Jest w nich motyw przewodni, rytm, jak to określił fizyk, i mi również się to podobało. Miałam jednak cały czas wrażenie, że tak naprawdę to jedna scenka, zapętlona, w kolejnych odsłonach różniąca się drobnymi detalami. Jasne, można by to interpretować jako metaforę powtarzalności wojny jako zjawiska, które ludzkości towarzyszy od zawsze i w gruncie rzeczy w niezmiennej formie; nie zmienia to jednak faktu, że w pewnym momencie zaczęłam się nudzić.

Końcówka. Nagłe porzucenie poważnego tonu i przeskok do narady bogów, która w ogólnym wydźwięku skojarzyła mi się z Pomniejszymi bóstwami Pratchetta. Moim zdaniem obrazek, który w niej namalowałaś – siedzą sobie bogowie wokół ogniska i gawędzą – uderzył w zupełnie inne struny niż reszta opka, przez co odniosłam wrażenie, że zakończenie nie klei się do całości tak dobrze, jak by mogło.

Nastrój świąteczny – no, nie najmocniej zarysowany, ale czytałam opka konkursowe jeszcze mniej mające ze świętami wspólnego niż Twoje, więc *ulubiona emotka Baila*

Hasła konkursowe: cacy.

three goblins in a trench coat pretending to be a human

Hej, Gravel. Tu z założenia nie miało być fabuły, bo nie każdy utwór literacki (nawet jeśli go kwalifikujemy jako opowiadanie, z braku bardziej pasujących kategorii, jak np. impresja) musi mieć fabułę w sensie początek, rozwinięcie, zakończenie, więc odnośnie części pierwszej nie poczuwam się do winy, wszystko jest jak zaplanowano, to miało być takie przechodzenie od osoby do osoby czy od obrazu do obrazu bez fabuły. I miałam świadomość, że zwolennikom akcji to nie ma szans się spodobać, bo formalnie jest to raczej impresja, mogłabym się pewnie pokusić o prozę poetycką ;)

Twoja interpretacja zapętlenia może być, choć osobiście widziałam w tym raczej jeszcze prostszy obraz czy trop kulturowy: równości w obliczu śmierci, tu akurat śmierci na wojnie i identyczności żołnierskich losów niezależnie od szczegółów. W sumie wychodzi na praktycznie to samo, więc się zgadzam.

Oryginalnie chciałam to zresztą mieć w konkretnym miejscu, gdzie spotykają się trzy wojny, które są tu obecne najmocniej, przez szczegóły, a od starożytności były też inne potyczki, ale zarzuciłam ten pomysł jako wymagający za dużo szczegółów.

I tak, przyznaję, wyszło trochę nieforemnie, bo chciałam to skończyć i wrzucić, ale nie kleiły mi się pomysły jeden z drugim.

Z zakończenia już się ze dwa razy wytłumaczyłam, więc nie będę się powtarzać ;)

Może kiedyś przyjdzie mi do głowy, jak naprawdę powinnam ten tekst skończyć, wtedy sobie go wrzucę w nowej wersji w komentarzu dla własnej satysfakcji…

 

PS. Re: święta. Mitra jest jak najbardziej bóstwem tych świąt.

http://altronapoleone.home.blog

Misię czytało zafascynowane kolejnymi scenami pojawiającymi się w następujących ogniwach łańcucha. Poruszające są tak plastyczne opisy jednostkowych skutków wojen, takie spokojne, a przez to właśnie inne. Końcowa scena, tak inna, daje odprężenie i niezwyciężoną słoneczną nadzieję.

Świetnie wykorzystane wielokrotnie konkursowe hasła-prezenty. Klik.

Dzięki, Misiu, przywracasz mi małą iskierkę nadziei, że to wymyślone naprędce i wielce dla mnie niesatysfakcjonujące zakończenie może być odbierane jako odprężające ;)

http://altronapoleone.home.blog

Drakaino!

 

Ładne opowiadanie, nieco tajemnicze, momentami może za bardzo w moim guście, ale trzeba mu oddać, że opisy są bardzo plastyczne. Wielka Wojna, cienie podnoszące się z własnych ciał i wspominające nadzieje na świąteczny pokój – podobało mi się. Ciekawe wykorzystanie motywu Sol Invictus. W przypadku rozejmu – podejrzewałem, że znajdziemy się gdzieś we francuskich okopach. ^^

Pozdrawiam!

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Nastrój mi się w pełni spodobał, realizacja haseł konkursowych smakowita. Zwłaszcza temat rozejmu bożonarodzeniowego naprawdę dobrze zaznaczony.

Zatrzymałem się od razu, na etapie motta, robiąc w głowie szybki przegląd poetów noblistów i kończąc go na nieco beznadziejnej myśli “przecież do Gabrieli Mistral to raczej nie pasuje…” – nie wiem, dlaczego akurat ona uparcie mi się kołatała, może przez podświadome skojarzenie brzmieniowe z Mitrą? Kipling, oczywiście. Tyś to tłumaczyła heksametrem niesylabicznym?

“Madame, do you like Kipling?”

“I do not kiple in public, you naughty boy!”

 

Aluzji do drugiego noblisty nie schwytałem. Zapewne, jak wiele Twoich aluzji, okaże się rażąco oczywista, kiedy już ją ujawnisz.

Zrazu wahałem się, czy jesteśmy w I wojnie, czy w II, potem zdałem sobie sprawę, że to większe pomieszanie epok. Wyróżnienie cytatów z przeszłości kursywą – trochę zatrzymuje, ale całkiem nie mam pomysłu, jak to lepiej rozwiązać.

– Zjedz, synku – powiedziała matka, kiedy miał już na sobie mundur, i zbliżała się ta godzina, w której wraz z innymi rezerwistami z miasteczka będzie musiał wsiąść w pociąg, by ruszyć w nieznane.

Nie widzę uzasadnienia dla przecinka przed “i”.

Thor uderzył w ziemię młotem na znak zgody, (…) nawet ten mały ze skleconej naprędce kołyski uniósł rączkę na znak zgody.

Można by coś zrobić z tym podwójnym znakiem zgody. I usunąć zdublowaną spację przed “nawet”.

 

Z przyjemnością polecam do Biblioteki i pozdrawiam – dużo zdrowia i spokoju w nadchodzącym roku!

Hej, Ślimaczku :)

 

Drugi noblista: szukaj po imionach.

 

Pierwszy noblista: tak, to mój przekład, pierwszy, jaki opublikowałam, poniżej całość.

 

Babolki poprawię, o Twoim nader udanym eksperymencie z Cervantesem się wypowiem, jak odetchnę od dates limites :) Dziękuję za kliczka.

 

Mitro, Panie Poranka, legiony budzimy trąbami:

„Nad narodami Rzym stoi, Ty zaś królujesz nad nami!”

Cichnie echo apelu, załoga ruszyła na wały,

Mitro, tyś także żołnierzem, użycz nam sił na dzień cały!

 

Mitro, Panie Południa, z upału mrze wrzos dookoła,

Stopom iść ciężko w sandałach, pod hełmem płoną nam czoła.

W tej okrutnej godzinie niech sen nie zamąci nam w głowach,

Mitro, tyś także żołnierzem, pomóż nam przysiąg dochować!

 

Mitro, Panie Zachodu, już nisko się chylisz ku ziemi,

Ty, wieczny, w otchłań zstępujesz, by powstać z nieśmiertelnemi!

Warty i służba skończone, wina puchary wypite,

Mitro, tyś także żołnierzem, daj trwać w czystości przed świtem!

 

Mitro, Panie Północy, godziny, gdy kona byk kary,

Spójrz na twe dzieci w ciemności, racz przyjąć nasze ofiary!

Tyś dróg wiele wytyczył, a każda się w Światłość otwiera,

Mitro, tyś także żołnierzem, naucz nas godnie umierać!

http://altronapoleone.home.blog

A to dopiero jest nader udane! Nie mam wrażenia, aby istotnie ustępowało oryginałowi, może tylko niektóre pojedyncze frazy wydają się mieć mniejszą moc. I trochę szkoda, że nie udało Ci się upchnąć Muru (też nie widzę, jak można by to zrobić; nie bez wielkich ustępstw stylistycznych), odmalowujesz raczej jakąś nieokreśloną twierdzę.

o Twoim nader udanym eksperymencie z Cervantesem się wypowiem, jak odetchnę od dates limites

Dziękuję, nie poganiam!

 

Z tekstu do przemyślenia jeszcze to:

brnął w sandałach przez śnieg ocaleniec ze złamanym mieczem przy boku.

Słowa ocaleniec używają głównie w pewnych środowiskach na określenie – jak to ładnie opisał Mortecius – dziecka pozbawionego mózgu, przed którym uciekają urzędnicy. Zazwyczaj bez wahania wskazałbym ocalałego jako właściwszą formę, ale tutaj powstałby dziwny niedorym “sandałach – ocalały”, więc w sumie nie wiem.

A znalazłeś drugiego noblistę?

 

Co do Muru, czy też właśnie Wału pana H. (albo A.), to poza wszystkim jest ważniejsze u Kiplinga, gdzie rzeczywiście chodzi o opowiastki z Brytanii. Niemniej Mitra to bóstwo powszechne, więc zgubienie lokalności wydało mi się najmniej bolesne w tym tekście.

http://altronapoleone.home.blog

Aż takiej erudycji literackiej nie mam, musiałem wspomóc się wyszukiwarką, aby zidentyfikować Rogera Martina du Garda i jego Jeana Barois. A jak do tego przypiąć Bartka, George’a i Margaret, jeszcze nie wiem.

Podpowiedź:

 

I znów poszedł biedaczysko, po szerokim szukać świecie tego, co jest bardzo blisko ;)

 

[Nie żebym miała coś przeciwko Rogerowi, ale to nie to]

http://altronapoleone.home.blog

Bartka bym przypięła do Sienkiewicza (”Bartek zwycięzca”, w centrum jest wojna francusko-pruska), ale nie wiem, czy to nie nadinterpretacja.

Wrócę również z komentarzem bardziej rzeczowym.

Czytając to czuje się nie tylko smutek, ale i zimno tego śniegu. Nie jestem pewna, czy dobrze zrozumiałam – to byli żołnierze, którzy umarli, stali się duchami i potem pomagali kolejnym poległym, na zupełnie innych wojnach i te duchy nawzajem się prowadziły do tego ognia, żeby się wreszcie zagrzać?

Bardzo smutne opowiadanie, pokazujące bezsens wojny.

 

Pozdrawiam i Szczęśliwego Nowego Roku!

Hmmm. Słabo widzę połączenie między dwiema częściami. Jak się mają bogowie do umierających żołnierzy? Tym bardziej, że w komentarzach zaprzeczasz, jakoby wojny były religijne.

Z pierwszej części można wysnuć morał, że obietnica powrotu z wojny przed świętami przynosi gigantycznego niefarta. Brakowało mi tu fabuły – ja z tych, którzy bez niej czują się niepewnie.

Boska część weselsza, fajnie, że się pogodzili, ale co z tego wynikło dla świata, dla opka i dla żołnierzy? Chyba że to tylko zawieszenie broni na jeden świąteczny dzień…

Babska logika rządzi!

Motyw zbierania z pobojowisk dusz żołnierzy nie kojarzył mi się ze świętami, aczkolwiek doceniam w tym opowiadaniu mroczne piękno. 

 

Witaj, mam zgrzyt. Bo bardzo, ale to bardzo podobała mi się smutna, a nawet przejmująca część ludzka. Z pomocą różnych drobiazgów i świątecznego klimatu pokazywałaś miłość, wiarę w to, że będzie dobrze, ale i całkowitą bezradność ludzkiej egzystencji.

Natomiast boska część jak dla mnie popsuła klimat.

Ogólnie nastrój oddania czci tym, którzy nie wrócili na święta – udziela się.

Mi się boska część podoba, bo mam tę słabość, że lubię epilogi. Rozumiem, że nawiązujesz do imienia Odyna – Władca Umarłych?

Motyw zbierania z pobojowisk dusz żołnierzy nie kojarzył mi się ze świętami, aczkolwiek doceniam w tym opowiadaniu mroczne piękno. 

Bez Walkirii ani rusz!

A rozumiem to jako święta, niekoniecznie nasze Boże Narodzenie. Zwłaszcza, że w jednym miejscu mamy dosłownie Narodziny Słońca Niezwyciężonego.

Pokój – szczęśliwość; ale bojowanie Byt nasz podniebny

Zakończenie wprowadza pewną dysharmonię i opowiadanie traci spójność. Rozumiem, że zaryzykowałaś ze zmianą nastroju i stylu, aby podkreślić boski wymiar wydarzeń ziemskich.

Część żołnierska patetyczna i przejmująca – najbardziej porusza.

Jak dla mnie, udany szort.

Pozdrawiam!

Fajne, choć i nieco smutne – ale to dobrze. Wyczuwam inspirację postaciami bogów z Pratchetta, czy się mylę?

Drakainy się nie czyta z przymusu, Drakainę się po prostu czyta.

Jednak ponieważ mózg mi zgrzyta kiedy mam zebrać się do komentowania tekstów, moja poświęcona maszyna się już w okolicach sierpnia i września zeszłego roku mocno zatarła. 

A co do opowiadania – powiedziałbym że dość znojne jak marsz żołnierzy idących na zatracenie, na wojennych frontach. 

Podobało mi się: mam sentyment do pojęcia zawartego w tytule, to raz. Do tego, końcówka okazała się całkiem pozytywnie – niespodziewana. 

Nie podobało mi się: zdało mi się to opowiadanie dość ciężkie w samym procesie czytania. Nie wiem dlaczego i co za tym stało. Daje się odczuć że tekst był męczący w fazie tworzenia. 

W każdym razie, gratuluję i pozdrawiam.

A mnie ta scena z bogami siadła. Widać, że celowo chciałaś odróżnić ją od reszty tekstu. Zbijanie piątek i porozumiewawcze kopniaki wyglądają niepoważnie w zestawieniu z niedolą żołnierzy, ale przecież o to chodzi – aby nie pozostawić wątpliwości, jak odległa jest perspektywa nieśmiertelnych od tych na dole. Sceny z żołnierzami, choć nie w moim klimacie, podobały mi się. Udało ci się oddać to, jak nieprzyjemne, mroczne i zimne były okoliczności, w których się znaleźli.

Pozdrawiam!

Niestety nie przekonało mnie. 

Powtórzę się z osobami komentującymi wyżej – zakończenie moim zdaniem nie bardzo pasuje do pierwszej części opowiadania. Co więcej, dla mnie brakło tutaj jakiegoś “kleju” – masz tak naprawdę kilka wyrwanych scenek, co w samo sobie nie jest złe, ale trochę zbyt dużo zostawiłaś moich zdaniem niedopowiedziane. Również odebrałam końcówkę jako nawiązanie do wojen religijnych. 

 

Intrygujący tekst ukazujący, że podczas świąt nawet najwięksi wrogowie potrafią się zjednoczyć. Pomimo odczuwalnego mrozu i dramaturgii wojny można było poczuć swego rodzaju ciepło i pozytywny przekaz. Podobało mi się jak żołnierze uzyskiwali pomoc od osób, od których się jej nie mieli prawa spodziewać. Ciekawy sposób na przedstawienie perspektywy. Jeśli dobrze zrozumiałem historia działała na zasadzie podawania sobie pałeczki. Uratowany żołnierz wyciągał rękę do kolejnego, a następnie historię obserwowaliśmy już z perspektywy tego uratowanego. 

 

Trochę skojarzyło mi się to z motywem z teledysku.

(Nickelback – Savin’ Me – https://www.youtube.com/watch?v=_JQiEs32SqQ ).

Mężczyzna został uratowany przed śmiercią, więc zaczął widzieć liczniki nad głowami ludzi odliczające do ich śmierci. Dlatego szukał osoby, której licznik diametralnie przyspiesza, żeby ją ochronić i przekazać to brzemię dalej.

 

Podobał mi się sposób przedstawienia tożsamości żołnierzy za pomocą symboli widniejących na mundurach, a także wplecenie retrospekcji – w kilku krótkich scenach ukazałaś jak wiele wspólnego miały ze sobą wszystkie cienie. Każdy z nich z kimś się żegnał, każdy za kimś tęsknił i każdy miał powód, żeby wrócić, lecz żadnemu z nich nie było to dane.

 

Ciekawe wplecenie motywu różnych bóstw. W teorii to święta Bożego Narodzenia, ale nie zabrakło tu przedstawicieli z mitologii celtyckiej, indoirańskiej, skandynawskiej, greckiej oraz rzymskiej (mam nadzieję, że nikogo nie pominąłem). Motyw ich rozejmu skojarzył mi się z kolei z odcinkiem South Park, w którym wszyscy bogowie spotykali się towarzysko i przyjaźnili, a główni bohaterowie byli zdziwieni takim stanem rzeczy przez to, że wyznawcy różnych religii walczyli ze sobą na ziemi.

 

Podobał mi się też pomysł z wykorzystaniem słońca jako znak oddzielający fragmenty tekstu.

 

Pozdrawiam :)

Ojoj, myślałam, że połowie z was odpowiedziałam… No to zbiorczo…

 

Mordocu, miód na moje serce, bo odczytałeś w zasadzie wszystkie autorskie intencje, czyli nie jest to niemożliwe ;)

Początkowo ten tekst miał być osadzony konkretnie w Wogezach (i być po trochu nawiązaniem do Śpiący w dolinie), gdzie nie tylko, że były bitwy w wojnie francusko-pruskiej oraz I i II światowej, a i wcześniej, to jeszcze na dodatek jest to wyjątkowo magiczny zakątek Europy, z jednej strony nad Renem (stąd Odyny i tak dalej), a z drugiej mocno galoromański. No i było tam mitreum, a w połowie XIX w. na szczycie jednej z gór postawiono klasyczną świątynię… Po prostu odlot. Ale to wymagało dużo szczegółów, więc ostatecznie zdecydowałam się na tę “sztafetę”, bardziej uniwersalną.

 

Shanti – bywa ;) Wojny religijne były jednakowoż nieznane starożytności, więc dawni bogowie mogli sobie walczyć, ale nie miało to charakteru doktrynalnego. Tu raczej są jako opiekunowie różnych nacji, a Mitra to był (między innymi) rzymski bóg legionów, a więc wszystkich żołnierzy.

 

Adam_c4 – pocieszasz mnie, bo mi ta scena i to przejście umiarkowanie siada, ale w sumie dodałeś tu taki homerycki wymiar, który jak najbardziej tu pasuje.

 

Olgierdzie – wielkie dzięki, zwłaszcza za pierwsze zdanie, ale i za uwagi krytyczne :) Co do ciężkości masz rację: ze względu na powtarzalność, monotonię, założoną jako takie powolne zbieranie czy apel poległych, jest też monotonia w samym tekście. Mój z nim problem jest taki, że chyba akurat ten pomysł widzę bardziej w obrazach, a słowa gubią sporą część tego, co mam przed oczami. To materiał na etiudę filmową bardziej chyba niż regularne opowiadanie.

 

NaN – nie, Pratchetta akurat nie miałam w pamięci, kiedy to pisałam, choć uwaga trafna. Prędzej z tyłu głowy siedzieli mi bogowie z Eddingsa, ale też nieświadomie ;)

 

Chalbarczyk – co do spójności to sama mam z tym spory problem, usiłowałam wymyślić “miękksze” przejście między scenami, ale się nie kleiło :( Może kiedyś wymyślę…

 

Radek – ten brak powrotu na święta miał być takim symbolicznym znakiem straty i sądząc po Twoim komentarzu wyszło. Odyn – oczywiście, plus, jak napisałam na górze do Mordoca, nawiązuję do własnego opowiadania o walkirii: Śpiący w dolinie.

 

Ambush, Finkla – jak już pisałam, sama też mam z tym problem, choć paru osobom to złamanie nastroju się podoba, więc przynajmniej tyle dobrze ;) A fabuły miało nie być, to raczej impresja niż opowiadanie, ale nie ma takiej kategorii ;)

 

MPJ – sam motyw świąteczny nie jest, ale w Rzymie to było święto narodzin tytułowego Niezwyciężonego Słońca, które następnie utożsamiono z Mitrą. A później z Jezusem.

 

Sabina – tak! Tak właśnie było.

 

Ninedin  – bingo z Sienkiewiczem. 

 

 

http://altronapoleone.home.blog

Jak powszechnie wiadomo, jestem robotem, a roboty nie znają impresji. Mogą sobie przeczytać definicję, ale to nie pomaga. Znacznie bliższa jest im kompresja danych, ale tutaj nijak nie pasuje. ;-)

Babska logika rządzi!

W Nowej Mitycznej Wersji Portalu, podobno już w przygotowaniach, możemy sobie zażyczyć wprowadzenia kategorii “impresja” jako trigger warning dla finkli (l.mn., dlatego małą literą) ;)

http://altronapoleone.home.blog

Ypres, 1914 rok – tym mi początkowo zapachniało, trop więc pochwyciłem i niespiesznie wędrowałem dalej przez kolejne zdania.

Rozejm choć, jak mniemam, dla żołnierzy pozbawionych zdolności bojowych w doczesnym życiu, stał się faktem i mogli przejść w stan spoczynku.

Militarnie rzecz ujmując: celny strzał. Migotliwość słońca, refleksy melancholii i błysk słońca na odznakach – słowem namalowałaś mi obrazy w głowie.

Końcówka nieco zaskoczyła, po pierwszym czytaniu uznałem za wybryk literacki, za drugim: czytelnika wypada z transu jakoś wybudzić. Skutecznie.

Składnie wyszło.

miód na moje serce, bo odczytałeś w zasadzie wszystkie autorskie intencje, czyli nie jest to niemożliwe ;)

To się cieszę :)

 

No i było tam mitreum, a w połowie XIX w. na szczycie jednej z gór postawiono klasyczną świątynię… Po prostu odlot. Ale to wymagało dużo szczegółów, więc ostatecznie zdecydowałam się na tę “sztafetę”, bardziej uniwersalną.

Z tą wiedzą ostatnia scena zyskuje w moich oczach jeszcze więcej. Dziękuję za wyjaśnienia.

Pozdrawiam :)

PanKratzek

 

Ypres, 1914 rok

W zamierzeniu pierwsza scena to akurat wojna francusko-pruska 1870-71, a ta z Bartkiem, mimo aluzji do “Bartka zwycięzcy” to pierwsza światowa (szaroniebieski niemiecki mundur), jednakowoż ostatecznie napisałam to tak, żeby nie było całkowicie jednoznaczne, bo o to chodziło, że wojny gdzieś tam głęboko są do siebie podobne. Miejscem “akcji” teoretycznie miały być Wogezy, ale też potem zmieniłam koncepcję na globalizm ;)

W każdym razie dziękuję za opinię!

 

Mordocu :)

http://altronapoleone.home.blog

Niezależnie od czasów: war, war never changes.

Just so, i w sumie o to tu po trochu chodziło :)

 

Ideałem by było, gdyby oni nie mieli imion, byli rzeczywiście “nieznanymi żołnierzami”, ale to w zasadzie nie do napisania, żeby się dało czytać. Dlatego zresztą pierwszy ma imię, które zapisuje się tak samo po niemiecku i francusku, a i angielsku przy okazji, i niderlandzku, a na upór, jeśli pominąć diakrytykę, to i po hiszpańsku, a pewnie i w paru innych językach XD

http://altronapoleone.home.blog

Przy okazji – w trakcie której wojny dzieje się tekst?:P

Слава Україні!

Hej, jurorze :) Spieszę z odpowiedzią.

 

Wojen jest tu sporo – Rzymian z Galami/Germanami (ten w sandałach), napoleońskie (Anglik i wiarus), francusko-pruska 1870-71 (Martin), I światowa (Bartek), choć te dwie można by w sumie wymienić, tylko kolor munduru jest bardziej pierwszowojenny, II światowa (Jean).

Dobór wynikał z tego, że oryginalnie chciałam mocniej zaznaczyć, że to w Wogezach (1. teren wielu potyczek i bitew w wielu wojnach; 2. było mitreum; 3. wystąpiły w moim opku o podobnej tematyce), ale z tego zrezygnowałam na rzecz uniwersalizmu.

A czas akcji? Mityczny, niekonkretny. Poza czasem. Jakoś tak ;)

http://altronapoleone.home.blog

Dzięki za wyjaśnienie:)

Слава Україні!

Przyjemnie czytało się twoje opowiadanie. Niezwykle trafnie potrafisz opisać szczegóły. Pozostaję pod wrażeniem twoich zdolności malarskich. Opowiadanie to odbiega od większości tutaj publikowanych i niezależnie od tego czy odbiera się je jako zapętloną historię, czy różne wydarzenia, niesie ze sobą niesamowity ładunek emocjonalny. Czuć tutaj nostalgię, smutek, ale też tajemniczość, a to wszystko wspiera magiczna (przynajmniej dla mnie) zimowa aura.

Zatrzymałam się w dwóch miejscach:

Śnieg skrzypiał pod stopami.

ale

śnieg zasypywał ślady, tłumił dźwięk kroków.

oraz:

prowadząc za sobą żołnierza

ale

Dłonie przewodnika spoczywały wciąż na ramionach

Przewodnik prowadził człowieka i obie dłonie trzymał mu na ramionach, choć szedł przed nim… Czy dobrze to rozumiem? Nikt chyba tego nie zgłaszał, więc może coś źle interpretuję…

Śniegu za oknem brak, ale na chwilę udało mi się poczuć, jak podczas srogiej zimy. Dziękuję :)

Smutne, ładne i ciekawie zrealizowane opowiadanie. Dwie części oddzielnie podobają mi się. Zastanawiałam się początkowo, czy to wszystko dzieje się na tym samym polu walk, ale później zbyt mi się to rozjechało.

@MG – dziękuję za wyłapanie babolków!

 

Bardzo lubię słyszeć, że udaje mi się coś odmalować słowami, więc też wielkie dzięki!

 

@Monique – tak, to w sumie dobrze oddaje “scenerię”. Bo w założeniu niby jedno miejsce, ale jednak wszelkie pola bitew…

http://altronapoleone.home.blog

Kolejne scenki ukazujące tych, którzy mimo obietnic, na święta nie wrócili do domu i scena końcowa z udziałem bogów, jasno dowodzą, jak złe są wojny.

Czytało się dobrze, choć miałam wrażenie pewnej monotonii.

 

szep­nął żoł­nierz do mi­nia­tu­ry przed­sta­wia­ją­cej młodą dziew­czy­nę w bia­łej su­kien­ce. -> Czy dookreślenie jest konieczne? Dziewczyna jest młoda z definicji.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Przyjemnie się czytało :)

Przynoszę radość :)

Mam problem z patosem w tekstach, jeżeli nie jest przełamywany czymś. Jednak tutaj gra świateł, cieni, symboli odbijających oraz wspomnień, odsuwa trochę uwagę od wzniosłości (a może ciału patosu dodaje nieco krwi i kości).

 

Podobały mi się świetlne detale i drobinki:

 

Światło gwiazdy odbiło się w czarnym na tle śniegu szpikulcu pikielhauby.

Martin nie wiedział nawet, czy to jego hełm czy nieprzyjacielski, kiedy blask wschodzącej nad lasem gwiazdy odbił się w skrzydłach złotego orła…

„Skąd teraz śnieg” – zdążył pomyśleć Jean, a wtedy blask gwiazdy migoczącej ponad linią lasu odbił się w hełmie wybawcy, i żołnierz pomyślał, że śni, bo zobaczył tam pokrytego szronem dwugłowego orła, a nie dwie błyskawice, których się spodziewał.

 

Nie przypomnę sobie wszystkiego, ale wzajemne odbicia są ciekawą ideą. Można powiedzieć po gamingowemu, że Twój tekst jest w wersji “RTX on”.

 

Czytając początek, czekałem na chwilę ukojenia w świątecznym spokoju i to się pojawiło. Dzięki tym wszystkim połączonym zjawiskom, wręcz samemu dąży się do światła. Jednocześnie czując, że czai się zewsząd umieranie.

Pisałem... odkąd-jeszcze-zanim-byłem-w-planach-pamiętam.

Dzięki, Vacter, mam zawsze problem z tym, na ile takie strategie się sprawdzają, bo wielokrotnie na tym portalu obrywałam za to, że moje aluzje historyczne są nieczytelne. Tu można rozpoznać dzięki tym szczegółom, kto jest z jakiej armii, ale zakładałam, że to nie jest konieczne do zrozumienia przesłania. Plus celowo część atrybutów jest niejednoznaczna…

 

Pozdrawiam!

http://altronapoleone.home.blog

Drakaino, moim zdaniem ten tekst można czytać nawet bez wiedzy historycznej. Pokazane symbole, które mają też swoją rolę w świecie przedstawionym, są na tyle silne, że działają nawet bez kontekstu. Oczywiście nie jestem całkowicie pozbawiony wiedzy, więc symbole są dla mnie względne czytelne, jednak nie skupiałem się na ich realnych odniesieniach tak mocno, jak na praktyce, nazwę to: fizyczno-zjawiskowej.

 

Wydaje mi się, że wszystko zależy od tego, jak mocno zastosowane odniesienie do historii czy innej dziedziny wpływają na wartość tekstu. Czasem jak czytam chociażby Borgesa, to z lenistwa nie weryfikuję nieznanych odniesień podczas lektury. Wydaje mi się jednak, że coś tracę w ten sposób. Czasem jednak tekst może działać zarówno bez sprawdzenia odniesień jak i ze sprawdzeniem.

Pewnie sztuka polega też na tym, żeby w żadnym odczytaniu tekst nie tracił (a już na pewno nie tracił po sprawdzeniu znaczeń, wtedy tekst powinien zyskiwać moim zdaniem – tak jak czasem oczytanie zwiększa przyjemność z czytania jednych tekstów, ujmując wartości innym).

Pisałem... odkąd-jeszcze-zanim-byłem-w-planach-pamiętam.

Kolory mundurów niewiele mi mówiły. Symbole już coś, ale też nie były jednoznaczne. Dwugłowy orzeł to Austro-Węgry czy Rosja?

Ale ogólne przesłanie – że to żołnierze z różnych pól bitewnych – skumałam.

Babska logika rządzi!

Z tym orłem to właśnie miało nie być oczywiste, ale ponieważ w pierwszym założeniu to miało się konkretnie dziać w Wogezach, to Austro-Węgry raczej ;)

http://altronapoleone.home.blog

Przeczytałem w pracy, a teraz przybywam z komentarzem.

Próbowałem odgadnąć, o których wojnach piszesz (pierwsza scena jakoś tak automatycznie naprowadza na rok 1914, bo w powszechnej świadomości najbardziej skojarzył wojnę ze świętami, ale w komentarzach wyczytałem, że coś innego miałaś na myśli), ale potem odpuściłem, bo stwierdziłem, że o coś innego tutaj chodzi. Opowieść pokazuje okrucieństwo i bezsens wojny, która rozdziela rodziny, zabiera młodych daleko od domu, a potem każe im umierać. Niespełnione obietnice powrotu na święta powodują, że tekst staje się gorzki, melancholijny i rzewny.

Pomysł przypadł mi do gustu, ale jak na moje brakuje tutaj złamania monotonii, którą wywołują cztery dość podobne i statyczne, następujące po sobie sceny. Pewnie na Twoim miejscu starałbym się jakoś poprzedzielać je opisami boskich poczynań, żeby skonfundować trochę czytelnika i sprawić, żeby próbował odgadnąć, o co tutaj chodzi :P

Do wykonania ciężko zgłosić jakiekolwiek zastrzeżenia. Zwróciłem też uwagę na to, jak ładne wychodzą Ci opisy :)

Pozdrawiam i powodzenia w konkursie!

drakaina

Podobnie jak Ty, lubię batalistykę i lubię opisywać ten swoisty dziwny moment gdy “milkną działa”, dlatego przeczytałem z zainteresowaniem – też próbowałem jak AmonRa zgadywać o jakie konflikty chodziło, ale też w pewnym momencie sobie odpuściłem.

Mam wrażenie, być może nie słuszne, być może za mało Ciebie czytałem, że polegli, przegrani, ranni czy też czasem nie do końca polegli, półmartwi lub nieumarli żołnierze to swoisty lejtmotyw Twojej twórczości – i prawdę mówiąc jak ja ten początek zobaczyłem – te niebieskie szarzejące mundury, ten śnieg, tę dziurę po kuli – to uległem deja vu – przecież już to czytałem. Czyżbyś skróciła, przycięła, przeredagowała jakiś utwór, który przeczytałem wcześniej? Potem jednak zrozumiałem, że nie. Że to tylko podobieństwo scenerii.

Całość bardzo mi się.

I nie mogę się tu zgodzić z zarzutami niektórych przedpiśców, że gdzie tu fabuła.

Może i racja. Ale ja spytam inaczej: a po co tu fabuła?

Opowiadanie jest dobre i bez niej.

Takie właśnie senne, rozmarzone, jak przechadzka wśród obrazów w muzeum.

Ale, żeby nie było tak wesoło, że tylko same plusy dodatnie, żadnych ujemnych.

 

Końcówka mi zgrzyta. Tak po prostu. A prawdę mówiąc celtycki Cernunnos "przybijający piątkę" Mitrze to już był jak skrzypienie kredą nawet nie po tablicy a po szkle.

Ale cóż – licentia poetica. Zresztą co ja tam wiem.

I tak – utwór jako całość – dla mnie bardzo dobry.

 

entropia nigdy nie maleje

Dzięki Panowie :)

 

Tak, Jimie, to jest leitmotiv mojej twórczości, bo w tej naukowej jej cząstce czytam bardzo dużo żołnierskich pamiętników, interesuję się też upamiętnieniem wojennym (pomnikami, cmentarzami, ale i tekstami czy obrazami na ten temat) i tym podobnymi sprawami, choć na szczęście nie tylko, bo to na dłuższą metę przygnębiające…

A ta konkretna impresja wypączkowała trochę z tego: Śpiący w dolinie

http://altronapoleone.home.blog

Czyli dobrze kojarzyłem :) Śpiący w dolinie tak mi się spodobał, że nawet naskarżyłem do biblioteki, a nieczęsto to robię, nawet względem utworów, które uznaję za bardzo dobre :) (mam taką dziwną zasadę, że jak coś ma trafić do biblioteki to nie wystarczy by było bardzo dobre, powinno być WYJĄTKOWO dobre).

Ciebie drakaino, to ja po prostu chyba lubię czytać, cobyś nie napisała – czasem Ci wychodzi lepiej, czasem gorzej, ale ten klimat, ta spokojna narracja, ten lejtmotyw przegranych, rozbitych oddziałów – są bardzo bliskie mojemu czytelniczemu sercu.

 

entropia nigdy nie maleje

Dzięki Ci, Jimie, bo zwłaszcza w sytuacji, kiedy mam antyfana, który z niewiadomych powodów samoudręczenia czyta wytrwale te znienawidzone tektsty, zawsze miło słyszeć, że są ludzie, którzy uważają inaczej :)

http://altronapoleone.home.blog

Hejters gona hejt ;-)

entropia nigdy nie maleje

Hej, hej, hej!

Dziękuję Ci, Drakaino, za udział w krokusie!

Poniższy komentarz jest pisany jeszcze przed wstawieniem obrazka jurorsko-konkursowego :)

Tekst mocno osadzony w Świętach, czy raczej tym okresie roku, kiedy Święta obchodzimy. Fajnie wybrzmiał motyw świąteczny, natomiast co do hasła przewodniego, to granice między bielą i czernią, te prawdziwe i metaforyczne, wydają mi się wymalowane ładnym gradientem.

Bardzo fajnie wprowadzałaś kolejnych bohaterów z różnych czasów poprzez szczegóły, na końcu fajnie pokazałaś różnych bogów, co domknęło tekst.

Wykonane drakainowo – malowane słowem, choć w sposób, który wymaga skupienia. Poczytaj to oczywiście jako komplement :)

Pozdrówka!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Nowa Fantastyka