- Opowiadanie: Nikodem_Podstawski - Duch świątecznych wypieków

Duch świątecznych wypieków

Krótkie i humorystyczne opowiadanie świąteczne o piernikach. Pamiętajmy, że w święta przede wszystkim liczy się czas spędzony z rodziną i bliskimi. Przepracowanie podczas przygotowań grozi tym, o czym zaraz przeczytasz. :D

Wesołych Świąt!

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Duch świątecznych wypieków

Piekarz otarł szmatką spoconą twarz i spojrzał na swoje dzieło. Kilkaset piernikowych ludzików leżało na blachach do pieczenia. W powietrzu unosił się smakowity zapach przypraw korzennych i nostalgiczna woń kominkowego drewna. Wiele miejsc w kuchni pokrywała cienka warstewka mąki, nadając wrażenia, jak gdyby przed chwilą w pomieszczeniu prószył śnieg.

– W końcu! To było wyzwanie, ale udało się. I to kilka dni przed świętami! – pochwalił sam siebie piekarz.

Wziął leżącą obok szklankę wody i wypił wszystko jednym łykiem. Odstawił ją i począł wytrzepywać drobinki mąki z rudej brody, którą z dumą nosił. Kątem oka zauważył jednak jakiś ruch. Podniósł głowę, ale jedyne, co zobaczył, to leżące na wznak piernikowe ludziki.

– Jestem zmęczony. Całe szczęście, że to było ostatnie, co miałem do roboty. Już się nie mogę doczekać barszczu babci Alinki! – Rozmarzył się, patrząc na padający za oknem śnieg.

Przed piekarnią było pusto. Nic dziwnego. Kto czerpie przyjemność ze spaceru, gdy zimno, śnieg pada na potęgę i nic nie widać przez wyłączone wskutek oszczędności latarnie?

Odwrócił się i zaczął wkładać składniki z powrotem do szafek. Zdążył tylko ułożyć na półce cukier, nim usłyszał zza pleców cichy stukot o blachę.

– Haha, dobra, naprawdę powinienem się przespać – stwierdził, nie odwracając się.

Jednak odgłos się powtórzył. A potem kolejny. I kolejny.

Zirytowany piekarz obrócił się ostentacyjnie i spojrzał na pierniki.

Oniemiał.

Piernikowe ludziki stały teraz pionowo i wlepiały w niego oczy z lukru i cukrowych perełek. Niektóre niespokojnie poruszały nogami, kilka się przewróciło, część dalej łapała równowagę.

Zdumiony piekarz przetarł oczy. Nic. Uszczypnął się w ramię. Nic. Chlasnął wcale nie tak słabo w tłusty policzek. Nic.

Armia pierników wciąż stała pośrodku kuchni i wlepiała w niego słodkie spojrzenia.

Na kilka sekund wszystko zamarło. Tylko śnieg za oknem zdawał się nie dostrzegać absurdu sytuacji i dalej padał w najlepsze.

– Kim jesteś? – zapytał nagle jeden z pierników.

Miał na sobie spodnie z zielonego lukru, surdut z czerwonego i marcepanową koronę. Piekarz zadbał o to, by każdy piernik miał choć trochę oryginalności. Ten wydawał się być najbardziej wyjątkowy.

– Kim jesteś? – powtórzył wypiek, nie usłyszawszy odpowiedzi. Jego głos brzmiał jak kruszące się ciastka.

– Ja? – zapytał tępo brodacz. – Jestem Waldek, pracuję tutaj i… to ja was zrobiłem. – Sam nie wiedział, dlaczego w ogóle podjął dialog z piernikami.

– Rozumiem… Czyli jesteś stwórcą? – zapytał ten sam piernik.

– Stwórca, stwórca, stwórca! – szeptały dookoła inne pierniki.

– Y… Tego… Ja…

– Pozwól nam wyrazić swoją wdzięczność, stwórco – kontynuował wypiek w koronie. – Dzięki tobie możemy cieszyć się życiem i rozpocząć naszą wielką przygodę!

– Przygoda! Przygoda! – krzyczały piskliwie inne ciastka.

– Przygodę? – powtórzył tępo piekarz.

– Tak! My, piernikowi ludzie mamy jedno marzenie! Zamieszkać w muzeum piernika! – zadeklarował z dumą przywódca.

– Muzeum Piernika?

– Tak! W Toruniu!

– Skąd wiecie, że tam jest? Przecież dopiero co się obudziliście! – Waldek zdążył zapomnieć o absurdzie sytuacji i rozmawiał z piernikami zupełnie poważnie.

– Wiemy, bo wstąpił w nas Duch Świątecznych Wypieków!

– Duch Wypieków! Duch Wypieków! – zawtórowały pozostałe.

– A to co znowu?

– Każdego roku Duch Świątecznych Wypieków nawiedza niektóre świąteczne słodycze i pozwala im żyć! W zamian nakazuje iść tam, gdzie są ludzie, którzy najbardziej chcą je zjeść – wyjaśnił piernikowy wódz, gładząc się po lukrowej koronie. – Teraz musimy dotrzeć do muzeum, by wieść tam szczęśliwe życie. Tak każe nasza natura. Serniki do rodzin z dziećmi, makowce na komisariaty, a pierniki… Do Torunia!

Piekarz spojrzał w bok i zobaczył, jak grupa pierników próbuje otworzyć okno. Kilkanaście ciastek tworzyło wieżę, stojąc jedne na drugich, podczas gdy inne z trudem przesuwały klamkę. W końcu im się to udało i zimny powiew wraz z drobinkami śniegu wdarł się do kuchni.

– Dziękujemy za wszystko, stwórco! Będziemy o tobie pamiętać, gdy dotrzemy do naszej ojczyzny! – obiecał piernikowy król i razem z innymi skierował się w stronę okna.

– Dziękujemy! Dziękujemy! Dziękujemy! – wesołym głosem wołały pozostałe.

Brodacz patrzył na to wszystko z lekkim otępieniem. Dopiero gdy pierwsze pierniki zaczęły wyskakiwać na ośnieżony parapet, oprzytomniał i zawołał:

– Nigdzie nie pójdziecie! Jesteście luksusowym towarem naszej piekarni!

Zatrzasnął okno i spojrzał gniewnie na pierniki. Ciastka wyglądały na zdziwione.

– Stwórco, dlaczego? – zapytał król piernik.

– Już powiedziałem! Każdy z was będzie sprzedany w Wigilię! Nawet nie wiecie, ile ludzie potrafią zapłacić za pierniki. Jesteście cenni! To już tradycja, że w Wigilię sprzedajemy pierniki, więc nie róbcie mi takich numerów! Myślicie, że po co was piekłem? – zapytał, marszcząc rude brwi.

– Stwórco, ale Duch…

– Jaki znowu duch?! Jesteście piernikami, a nie ludźmi! Natychmiast kłaść się na blachy i przestać gadać! – Waldek nie zamierzał dać za wygraną.

– Toruń! Toruń! Toruń! – wrzeszczał piernikowy tłum.

Król uciszył wszystkich ruchem płaskiej jak reszta ciała ręki.

– Stwórco… Jeśli nie pozwolisz nam opuścić tego miejsca, będziemy musieli wydostać się siłą! – zadeklarował, spoglądając na brodacza.

– Siłą? Hahaha! Dawajcie! Jeśli chcecie, możecie próbować! Siłą! Hahaha!

Tak go to rozbawiło, że aż musiał otrzeć łzy z oczu. Gdy jednak ponownie spojrzał na blat, zauważył tam tylko piernikowego wodza w bojowej pozie. Za oknem bezradnie skakało kilka pierników, które zostały tam uwięzione po zamknięciu okna i czekały teraz na swoich towarzyszy.

– Gdzie one… – zaczął, rozglądając się dookoła.

Gdy spojrzał pod nogi, nie mógł uwierzyć własnym oczom.

Kilkaset pierników wspinało się po jego butach, dżinsach i fartuchu. Pokracznie wyginały słodkie kończyny, przyklejały się lukrem i zaczepiały cukrowymi dekoracjami.

Brodacz zaczął w panice kopać i tupać, chcąc zrzucić je z siebie. Niektóre pospadały, inne się połamały, jeszcze inne zaś poniosły śmierć na miejscu wskutek zmiażdżenia.

– Nie przestawać, bracia! – krzyczał ich wódz. – Wspinać się, już niedaleko!

Piekarz już miał go pochwycić i rozkruszyć na miazgę, gdy nagle stracił równowagę i upadł pod ciężarem płynącej fali kilkuset ciastek.

Zachęcone obaleniem giganta pierniki rzuciły się na jego twarz. Kilkanaście z nich rozdziawiło mu usta, a inne poczęły ochoczo do nich wskakiwać.

– Nie bójcie się, towarzysze! Poniesiemy dusze poległych do naszego raju, do Torunia! Pokonajmy tę pierwszą przeszkodę, by osiągnąć nasz cel! – Mizerny głosik piernikowego króla grzmiał teraz w całej kuchni.

Nim piekarz zdążył cokolwiek zrobić, jego usta i gardło wypełniła korzenna słodycz. Pierniki układały się jeden na drugim, całkowicie go zapychając.

– Nue! Khe! Phestań… cie! Phose! – dławił się mężczyzna.

Próbował machać rękami i nogami. Chciał się przewrócić na bok, ale brakło mu powietrza. Twarz mu posiniała, do oczu nabiegły łzy, chciał zwymiotować, ale nie dał rady.

Przez zamykające się oczy widział tylko sufit kuchni i dowodzącego piernika. Czuł, że zaraz się udusi. Całe ciało zaczęło mu drżeć. Kilkaset pierników wokół niego skandowało:

– To-ruń! To-ruń! To-ruń!

 

– Toruń! – wrzasnął przeraźliwie, podnosząc się z podłogi.

Zaraz potem zaczął się dławić i pluć. Otarł dłonią mokrą twarz. Z kędziorów rudej brody spływała woda.

– Jaki Toruń? Piłeś coś? – zaśmiał się ktoś obok.

Piekarz podniósł głowę i zobaczył wysokiego faceta w drucianych okularach. Trzymał on w ręce półpełną szklankę z wodą.

– Mariusz? – rozpoznał kolegę.

– No Mariusz, Mariusz. Źle z tobą stary, jak już na podłodze w kuchni śpisz. Ale pierniki upiekłeś, to przynajmniej szef ci głowy nie urwie.

Waldek odważył się spojrzeć na pierniki. Leżały spokojnie na blachach. Wszystko jak dawniej. Rzucił okiem na piernika w koronie, ale on też był zupełnie nieruchomy.

– Co ci? Nie przejmuj się jak krzywo udekorowałeś. Mohery kupią nawet najbrzydszego – zaśmiał się Mariusz.

Rudy piekarz westchnął głęboko.

– Miałem chory sen – uśmiechnął się lekko.

– O czym?

– O piernikach. – Waldek wziął do ręki ludzika w koronie.

– To się nazywa pracoholizm – zaśmiał się jego kolega.

– Żebyś wiedział. – Waldek odgryzł głowę piernikowi.

– Stary, co ty? Po to je piekłeś, żeby teraz je zjeść? – zdziwił się jego przyjaciel.

– Tylko tego. – Dokończył ciastko. – Bez wodza nie pójdą do Torunia, nawet jeśli Duch Świątecznych Wypieków naprawdę istnieje.

– Co?

– Chodźmy już, muszę odpocząć. Święta zawsze są dla nas zbyt pracowite. Kto to widział, żeby tak się zaharowywać dla głupich pierników? Przecież nie o to chodzi w święta. Ludzi już całkiem pogięło – westchnął Waldek, wychodząc z kuchni. – Ale poważnie, przecież stąd do Torunia jest kilkaset kilometrów! Jak one chciały… – zastanawiał się jeszcze stłumionym głosem.

Mariusz stał w miejscu lekko zdziwiony. Spojrzał na pierniki, sam wziął jednego i ugryzł. Wyszły niesamowicie. Pokiwał z powątpiewaniem głową.

– Stary piernik – rzucił i zaśmiał z własnego żartu trochę głośniej niż powinien.

Kątem oka zauważył jakiś ruch. Odwrócił się, ale jedyne, co zobaczył to leżące na blachach pierniki. Może mu się wydawało? Jego uwagę przykuło jednak to, że jeden z nich był ułożony krzywo. Mariusz zmarszczył brwi. Waldek miał tendencję do perfekcjonizmu, więc nie mógł tego przeoczyć. Może był bardzo zmęczony? Przełożył ciastko tak, żeby było równo z innymi i wyszedł z kuchni. 

Koniec

Komentarze

– Jestem już poważnie zmęczony.

 

Dałabym bardzo, lub samo zmęczony.

 

Bliski był jego koniec.

Trochę nie wyjaśnione.

 

Już się nie mogę doczekać barszczu od babci Alinki!

Bez od.

 

Tym Toruniem to nieźle mnie nastraszyłeś.

Niemniej jednak wyszedł ci smakowity, pikantny, świąteczny klimat.

Dzięki za komentarz i poprawki. Cieszę się, że pierniki się udały. Wesołych Świąt!

Hej,

 

ciekawa, lekka i śmieszna historia. W sam raz na Święta, wyszło smakowicie.

Jedyny minusik – niestety oklepana końcówka z motywem snu, to pójście na skróty jeżeli chodzi o fantastykę, radzę unikać tego rodzaju zagrań w przyszłości :)

 

Z pierdółek:

 

– Haha, dobra, jednak naprawdę powinienem się przespać – stwierdził, nie odwracając się.

Jednak ciastowaty odgłos się powtórzył. A potem kolejny. I kolejny.

Powtórzonko.

 

Waldek spojrzał na pierniki ze strachem. Leżały na blachach. Żaden się nie ruszał. Wszystko jak dawniej. Spojrzał na piernika w koronie. On też leżał zupełnie nieruchomo.

Tutaj też powtórzonko.

Dodatkowo popracowałbym nad płynnością, rytmem tekstu. Tutaj jest duże nagromadzenie krótkich zdań, nieco sę potknąłem, pewnie można by spróbować połączyć, np.: “Waldek spojrzał na pierniki ze strachem, ale te leżały spokojnie na blachach. Żaden się nie ruszał. Wszystko było jak dawniej. Skupił wzrok na pierniku w koronie, jednak on także leżał zupełnie nieruchomo.”

Taki rytm – łączenie zdań dłuższych z krótszymi, wg mnie jest lepszy, zachowuje dynamikę krótkich zdań (zdania środkowe), dodając płynności, obudowując je nieco badziej złozonymi sentencjami.

 

Głosuję na biblio za świąteczny klimat :)

 

Pozdrawiam!

Che mi sento di morir

Dzięki za techniczne poprawki i głos do biblioteki. Myślałem nad tym, żeby końcówka była brutalniejsza, ale ostatecznie uległem świątecznej słodyczy i wyszło jak wyszło. Postaram się w przyszłości być bardziej kreatywnym :P Ale miło mi, że przyjemnie się czytało. Wesołych Świąt!

Całkiem zgrabne maleństwo :) Ale sen to nie fantastyka. Poza tym tak się trochę chwieje przekaz. Wiem, miał być świąteczny: trzeba wrzucić na luz i zająć się rodziną, zamiast robienia kasy ;) Tylko że mi pierniczków żal, miały własne marzenia, całkiem sensowne i urocze i też w świątecznym duchu.

Pomarudziłam, ale na tyle mi się podobało, że idę kliknąć.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Dzięki za miłe słowa i klik do biblioteki. Fakt, mogło być trochę lepiej, ale chyba zastosowałem się do własnego morału i postanowiłem się nie przepracowywać :P

Nikodemie!

 

Kątem oka zauważył jednak jakiś ruch.Podniósł głowę, ale jedyne, co zauważył, to leżące na wznak piernikowe ludziki.

Ogólnie to opowiadania z motywem, gdzie wydarzenia fantastyczne odbywają się we śnie to śliski temat i niepewny grunt, ale tutaj wyszło całkiem okej. Fajne opko, świąteczne, skandujące pierniki wyszły, no, efektownie. :D

Faktycznie, można by popracować trochę nad rytmem tekstu, bo czasem się rozjeżdżał, ale ostateczny werdykt jest pozytywny, więc dostaniesz ode mnie klika do biblio. ^^

Wesołych świąt i pozdrawiam!

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Dzięki wielkie. 

Technicznie z pewnością trochę temu brakuje, ale cieszę się, że idea się spodobała. 

Te zaś obarczyły go niezrozumiałym wzrokiem ← ?

Spojrzał na pierniki, sam wziął jednego i ugryzł. ← jeden albo jednego ludzika

 

Miło się czytało. Można nawet przeczytać dziecku, to zaleta.

Cóż, to chyba urok Świąt. 

Zazwyczaj nie piszę nic pod młodego odbiorcę. Wolę trochę bardziej odrealnione i brutalne klimaty. Ale kto wie, może kiedyś.

Hej! Najpierw garść uwag:

 

Wziął leżącą obok szklankę wody i wypił wszystko jednym duszkiem.

Albo dduszkiem, albo jednym łykiem. Można też popracowac nad aliteracją → Wziął leżącą obok szklankę wody i opróżnił ją duszkiem/jednym łykiem.

 

Zdążył tylko ułożyć na półce cukier, nim usłyszał zza pleców klejący odgłos ciasta.

Czyli jaki? Moim zdaniem powinieneś znaleźc jakiś zamiennik, coś bardziej sugestywnego i akuratnego dla odgłosu, który chcesz, żeby czytelnik sobie wyobraził.

 

Piernikowe ludziki stały teraz pionowo i wlepiały w niego swoje oczy z lukru i cukrowych perełek.

Niepotrzebny Ci ten zaimek.

 

Piekarz przetarł oczy ze zdumienia. Nic. Uszczypnął +się w ramię. Nic.

We wskazanym miejscu wstawiłbym “się”. Natomiast pierwsze zdanie ma dziwny szyk, który sugeruje, że na jego oczach było jakieś zdumienie. Jeśliby to przeszeregować → Piekarz ze zdumienia przetarł oczy. to brzmiałoby lepiej, bo teraz się zatrzymałem na moment podczas lektury.

 

Na kilka sekund wszystko zamarło. Tylko śnieg za oknem zdawał się nie dostrzegać absurdu sytuacji i dalej padał sobie w najlepsze.

To też Ci niepotrzebne.

 

Piekarz zadbał o to, by każdy piernik miał choć trochę oryginalności. Ten wydawał się być najbardziej wyjątkowy.

– Kim jesteś? – powtórzył, nie usłyszawszy odpowiedzi. Jego głos brzmiał jak kruszące się ciastka.

Spójrz tutaj, zgubiłeś podmiot. Podmiotem jest piekarz, którego masz na początku. A potem, w didaskaliach, chciałeś mieć podmiot domyślny w postaci piernika, jednak po drodze tego nie zaznaczyłeś, więc podmiotem nadal jest piekarz, a przecież to nie on zadaje pytanie.

 

Całe ciało zaczęło mu drżeć. Kilkaset pierników wokół niego skandowało:

Przekreślone usunąłbym. Pierwsze zdanie przerobiłbym bo źle brzmi → Całe jego ciało zaczęło drżeć / Jego ciało zaczęło dygotać / Całym jego ciałem zaczęły wstrząsać spazmy. Coś w ten deseń.

 

Z kędziorów jego rudej brody spływała woda.

Znów słowo – zapychacz.

 

Waldek spojrzał na pierniki ze strachem jednak leżały spokojnie na blachach.

A tutaj musiałbyś przerobić nieco całe zdanie, bo też nie brzmi za dobrze. → Waldek ze strachem spojrzał na blachy, na których spokojnie, jeden obok drugiego, leżały nieruchomo piernikowe ludki. Lub coś podobnego, tylko Twojego :)

 

Nie licząc tych drobnych uwag czytało się nieźle. Trochę mnie na początku wybijała maniera Waldka z gadaniem do siebie, potem zrobiło się ciekawiej, ale Waldek nadal denerwował, lecz już nie gadaniem do siebie, tylko zadawaniem raz po raz pytań i powtarzaniem słów piernikowego króla. Kiedy zrobiło się słodko i świątecznie, zrobiłes fikołek z atakiem piernikowej armii na Waldka, z duszeniem go i ucieczką do ojca Rydzyka, a ja pomyślałem, że jednak ta opowieśc aż taka świąteczna nie jest. I wielce mnie to uradowało, tylko po to, żeby zaraz mi pokazać najbardziej irytujący zabieg, którym jest “ale to był tylko sen”.

Rozumiem przesłanie, chłopina sie przepracowywał, bo ludziom przed świętami odbija i muszą nakupić różnych dóbr, inni muszą te dobra wyprodukowac, a przecież nie o to chodzi.

Klimat świąteczny tu masz, przesłanie masz, fantastyka była, ale ją zabiłeś, warsztatowo jest wcale nieźle, a sama lektura była lekka i nie zmęczyła (pomimo irytującego Waldka).

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Dzięki za komentarz i poprawki. Dalej walczę z poprawnym używaniem zaimków. Wiem, że końcówka jest tak naciągana i sztampowa jak tylko się da i zdecydowałem się na nią chyba tylko z lenistwa. Dzięki za wyczerpującą analizę bo z pewnością dałeś mi świetny obraz jak to wygląda z boku. Postaram się w przyszłości popracować nad kwestiami, które tu nie leżały i nie zepsuć tego, co już udało mi się osiągnąć.

Również pozdrawiam

NP

Ech… :(

A ja, głupi, naprawdę liczyłem na przygody armii piernikowych ludzików, brnących przez śnieg ku Toruniowi. Te kilkaset kilometrów wcale nie tak trudno przemierzyć, gdy ma się jakiś samochód. Na przykład luksusowy. Bo przecież furmanką by chyba nie pojechały, prawda?

Rzadko przeszkadzają mi sny w fantastyce, ale tutaj rozwiązałeś to strasznie zachowawczo. Przepięknie byłoby pójść nieco dalej i np. przemienić piekarza w piernikowe zombie ;D

Ale cóż – to Twój utwór, twoja eksploracja tematu, ja mogę co najwyżej namawiać do większej odwagi w kolejnym tekście osadzonym w podobnych klimatach.

Napisane całkiem zgrabnie.

Pozdrawiam!

Nie betuję tekstów ze względu na brak czasu.

Następnym razem z pewnością bardziej polecę z kreatywnością.

Dziękuję za komentarz i również pozdrawiam

NP

Wiem, że końcówka jest tak naciągana i sztampowa jak tylko się da i zdecydowałem się na nią chyba tylko z lenistwa. Dzięki za wyczerpującą analizę bo z pewnością dałeś mi świetny obraz jak to wygląda z boku.

Ło, panie, w lenistwie mam czarny pas. Problem w tym, że nie jest mi dane tego lenistwa ćwiczyć :)

 

Analiza nie jest wyczerpująca, to tylko zgrubne uwagi, wszystko na co mnie stać przy moim obecnym stanie wiedzy i świadomości pisarskiej – czyli niewiele :)

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Hejo,

 

Czytało się całkiem przyjemnie, uśmiechnęło. :) Rozczarowała mnie trochę końcówka, bo w sumie zrobiła się z tego nie-fantastyka. Podobał mi się za to piernikowy sposób na morderstwo – zatkać komuś usta. No, i reakcje piekarza były całkiem zabawne. ;D

 

Te zaś obarczyły go niezrozumiałym wzrokiem.

Miś już zwrócił uwagę na to zdanie – wzrok nie może być niezrozumiały, co najwyżej “nierozumiejący”.

 

Widzę, że usunąłeś już słowo “klejący” – też chciałam się do niego doczepić, ale z innego względu niż Outta. Otóż piszesz, że piekarz skończył pracę, a ciasto jest klejące tylko przed pieczeniem – tak więc dobrze, że to słowo usunąłeś. :)

 

Pozdrawiam ^^

She was with me. She did all those things and so many more, things I would never tell anyone, and she never even loved me. Now that’s love.

Cześć, dzięki za komentarz. 

Otóż piszesz, że piekarz skończył pracę, a ciasto jest klejące tylko przed pieczeniem – tak więc dobrze, że to słowo usunąłeś. :)

Też to zauważyłem jak poprawiałem i zdziwiłem się, że zrobiłem taką lukę logiczną. 

Ogólnie postaram się, żeby następne opowiadanie było już bardziej fantastyczne :P

 

Również pozdrawiam

NP

Nikodemie, fajnie opisałeś dramatyczne przeżycia przepieczonego przemęczonego pracą piekarza. Czytałam z wypiekami na twarzy. ;)

 

Wziął le­żą­cą obok szklan­kę wody i wypił wszyst­ko jed­nym ły­kiem. Wziął stojącą obok szklan­kę wody i wypił wszyst­ko jed­nym ły­kiem.

Gdyby szklanka leżała, byłaby pusta, bo woda wylałaby się z niej.

 

Zdą­żył tylko uło­żyć na półce cu­kier, nim usły­szał zza ple­ców cichy stu­kot o bla­chę.Zdą­żył tylko uło­żyć na półce cu­kier, gdy usły­szał za plecami cichy stu­kot o bla­chę.

 

Przez za­my­ka­ją­ce się oczy wi­dział tylko sufit kuch­ni… → Widzimy oczyma, nie przez oczy.

Proponuję: Za­my­ka­ją­ce się oczy pozwalały mu widzieć tylko sufit kuch­ni

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przyjemnie się czytało :)

Przynoszę radość :)

Dzięki za komentarze, regulatorzyAnet.

Cieszę się, że nawet kilka tygodni po świętach i bez ich klimatu opowiadanie się broni i jest poczytne.

Pozdrawiam

NP

Nikodemie, święta nie są konieczne, aby przeczytać świąteczne opowiadanie. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka