- Opowiadanie: PanKratzek - Nieuchwytny cel

Nieuchwytny cel

Zestaw:

12. Elektryka prąd nie tyka

22. Polowanie na karpia

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Nieuchwytny cel

Mieszkanie aspirujące do miana ostoi Hestii, trąciło atmosferą siedliska rozjuszonych afrykańskich pszczół, a w zasadzie królowej i trutnia. Przez ściany ze zbrojonego kartobetonu musiało dać się słyszeć każdy szczegół żywiołowej wymiany zdań.

– To szaleństwo! – wykrzyknęła najspokojniejsza z żon.

– Pragmatyzm, najdroższa, a nie szaleństwo – żachnął się Rigun, pakując szpulę cienkiego drutu, dwa akumulatory, paprykarz, podgrzewacz gazowy, kilka lasek dynamitu i bambosze.

– Kto, no powiedz mi kto, dopiero na tydzień przed wigilią wybiera się na polowanie? – Zapytała zajadliwie, podkreślając moc wypowiedzi kopniakiem w kręcącego się pod nogami szczura sprzątającego. Ten zaskoczony uzyskaniem nagłego przyspieszenia, stracił panowanie nad mechanizmem zwieraczy i wypuścił z siebie strumień urobku z ostatniej godziny.

– I cóżeś najlepszego narobił? – Najcierpliwsza z dotychczasowych żon nie ukrywała frustracji, patrząc na zaciętą minę męża. Szczur zaś po pozytywnym przeprowadzeniu szeregu auto-testów systemów, pracowicie zbierał uprzednio pogubioną zawartości wnętrza.

Rigun miał ochotę westchnąć. Zrezygnował. Wypuszczenie powietrza w dużej ilości w takiej sytuacji sprowokowałoby kolejny komentarz – reakcja łańcuchowa, temat wałkowany wielokrotnie jak ciasto na makaron. Przy czym z ciastem obchodzono się łagodniej.

– Wyglądaj mnie, wrócę niebawem, a na pewno niezwłocznie – podkreślił, dając słuchaczowi szerokie pole do interpretacji, a sobie bazę możliwych usprawiedliwień.

– Acha, jak w zeszłym?! – fuknęła żona.

Spuścił wzrok. Nie chciał, by zauważyła w jego oku łzę – potwierdzenie, że żona ma rację nawet bardziej niż bardziej. Łomot płetwami spuszczony rok temu nadwątlił samoocenę, a jednocześnie wzmógł determinację, że podczas tegorocznych łowów załatwi skrzelarza na cacy i dostarczy jego trzepoczące ciało na tacy.

*

W milickim oddziale Staff Karporejszyn wrzało. Przygotowania do nadchodzącego sezonu połowowego, zwanego powszechnie rybokalipsą, szły pełną parą: przerzucano falami ławice bojowe w strategiczne okolice zbiorników, pokaźne i potężne sumy zagęszczały górne warstwy mułu. Oddziały złożone ze szczupaków i personelu naziemnego – bobrów, które zjadły zęby na stawianiu oporu, stosunkowo niedawno pozyskanego koalicjanta szopa pracza, zręcznego dywersanta pochodzącego zza wielkiej wody – wspólnie przeprowadzały akcje sabotażowe. Przeszkodę w postaci bariery językowej pomiędzy gatunkami, utrudniającą precyzyjną koordynację, pokonano dzięki kodowi Morse’a, opracowanego przez sojusznika z regionu Arktyki.

Najstarsze z ryb pamiętały czasy bezbronne, gdy każda z nich radziła sobie na własną płetwę. Aż do przełomowego momentu, gdy doszło do zanieczyszczenia wód podziemnych – dwunożne osobniki mające w poważaniu zasady moralne i ekologiczne, systematycznie zakopywały cylindryczne obiekty w okolicach nieistniejącego starego szlabanu z czasów drugiej wojny światowej. Śledzie dotarły do wiarygodnych źródeł, wskazujących na zakład utylizacji odpadów nano-chemicznych z ośrodków badawczych. Zbiorniki zgodnie z prawami natury zaczęły przeciekać. Związki w nich zawarte spowodowały niekontrolowany rozrost ośrodka odpowiedzialnego za inteligencję i świadomość. Człowiek, mówiąc zwięźle, sam wyhodował sobie wroga.

– Szanowni pływacze i pływaczki! – odezwał się dowódca w stopniu złotego łuskownika. – Dotychczasowy przebieg akcji przedświątecznej przedstawia się następująco: poświęcono kilkaset płotek, udaremnionych porwań grubych ryb ponad tysiąc. Ataki dwunożnych, ogarniętych szałem kulinarnym, nadal się zdarzają, lecz coraz częściej kończą się fiaskiem. Sieci naziemniaków zapełniamy sprzętem pozostawionym przez ich niefrasobliwych pobratymców w okresie letnim.

Podniósł dumnie pysk i nabrał wody robiąc efektowną przerwę.

– Oby tak dalej. – Woda zafalowała w rytm poruszanych w uznaniu płetw. – Proszę o wystąpienie przedstawiciela sekcji wywiadowczej.

Na środek wypłynął leszcz, cienki w grzbiecie, choć mocny w paszczy.

– Z wiarygodnego źródła wiemy o zbliżającej się akcji znanego osobnika rasy ludzkiej, mającej na celu uprowadzenie szefa naszej karporacji, następnie poddanie go waterboardingowi w izolatce, a ostatecznie anihilacji przez usmażenie. Dotąd skutecznie studziliśmy jego zapał. W tym roku, jak doniósł agent pelikan, arsenał w jaki się wyposażył wymagał opracowania nowej akcji obronno-zaczepnej. Nasze szeregi zasili podłuskownik Węgorzewicz z wydziału elektrycznego. Przywitajcie go wylewnie.

– Będę się streszczał: nie dalej niż za dwa dni spodziewamy się intruza – zaczął. – Oprócz standardowych instrumentów zanęcających i łowieckich agenci zaobserwowali nietypowy pakunek. Z braku odpowiedniego sprzętu i gryzoni nie udało się zinfiltrować jego zawartości. Musimy być zwinni i nastawić się na adaptacyjny tryb operacyjny. Szczegóły podam poszczególnym grupom.

– A jakiego rodzaju zanęta? – spytał wiecznie głodny narybek karasia.

– Niestety najlepsza, wyselekcjonowana, z górnej półki, dobrana pod cel, oparta na kwasie rybonukleinowym.

Pytający strzelił karpika, dając wyraz zdziwienia na granicy przerażenia.

– Rozpłynąć się na stanowiska – polecił złotołuski.

*

Rigun wczesnym rankiem wyruszył w samotną podróż. Dotarł przed wschodem słońca. Mróz kąsał odsłonięte części ciała. Polowania nadszedł czas. Księżyc blady jak śmierć oświetlał okolicę. Przyćmiewał blask drżących ze zniecierpliwienia gwiazd – ciekawych jak potoczą się losy tegorocznej wyprawy. Okolica od epokowej rybolucji zmieniła się nie do poznania: budynki gospodarcze popadły w ruinę, ich właściciele po kilku nieudanych akcjach pacyfikacyjnych „podopiecznych” dali za wygraną i zwinęli interes. Drzewostan się zagęścił, zasieki ze szkieletów jeżyn skutecznie darły odzież i raniły ciała, wilcze doły – autorskie dzieła zdziczałej psiej watahy – groziły w najlepszym razie złamaniem półotwartym, w najgorszym: śmiercią głodową w oczekiwaniu na ratunek.

Szedł jak zimowy lis, ostrożnie stąpając mimo ciężkiego plecaka. Zatrzymywał się co chwila, badając teren radarem geologicznym oraz okolicę przez soczewki z termowizją. Nietoperze spały w najlepsze – raz ze względu na porę roku, dwa, że nadajnik ukryty w samochodzie puszczał nietoperkowe kołysanki.

– Przezorny, zawsze ubezpieczony – powtarzał w myślach wielokrotnie.

Dotarł, jak mniemał, niezauważony na brzeg skutego lodem stawu. Uruchomił sonar genetyczny, dane załadowały się automatycznie i na ekranie pojawiła się przybliżona lokalizacja obiektu „K”, automat zsynchronizował dane z mapą, a program kłusowniczy wskazał najlepsze miejsca do rozmieszczenia elektrod. Zanim wszedł na lód pokryty cienką i skrzącą się bielą, wzuł rakiety tuszujące wagę tuszy i drgania – z tym sprzętem nawet stepujący irlandzki jeleń pozostałby niewykryty.

Z plecaka wyciągnął emitery, palnik i batonik ochotkowo-rosówkowy – przysmak rasowego karpia. Za sobą ciągnął kable zasilające wpięte w klemy akumulatorów.

– Najtrudniejszy pierwszy krok – zanucił, podążając ścieżką wyznaczoną przez aplikację. Intuicja poradziła obejrzeć się kontrolnie za siebie: kątem oka wychwycił ruch w okolicach plecaka. Termowizja nic nie pokazała, przełączył na demaskator iluzji cyfrowych: bez zakłóceń. Rozrzucone uprzednio czujniki ruchu również milczały. Kilka oddechów później, nieco uspokojony, dotarł do pierwszego punktu. Syknęła opalarka. Rozgrzana do czerwoności nakładka termiczna na końcówce elektrody, wciąż pozostającej na uwięzi przewodu, torowała urządzeniu drogę w kierunku dna.

– Jeszcze tylko ostatnie cięcie – mruczał pod nosem, wycinając plazmowym nożem otwór w lodzie. Ostrożnie wyciągnął chwytakami kawał zmrożonej wody i odłożył na bok. Wsunął końcówki przewodów emiterów do złączek przedłużacza. Przykucnął nad krawędzią przerębli i sięgnął po włącznik. Nie martwił się porażeniem, przecież elektryka prąd nie…

*

– Cichy alarm, powtarzam cichy alarm. – Ciernik-czujka puścił ostrzegawczy bąbel powietrza. – Łowca na tafli w kwadracie C4.

Informacja sprawnie dotarła do centrali, razem z hermetycznie zapakowanymi laskami dynamitu, które grupa dywersyjna złożona z szopów niepostrzeżenie wykradła Rigunowi.

– Spokojnie, bez gwałtownych ruchów – zarządził dowódca. – Ławica przechwytująca: zabezpieczyć teren i wyprowadzić cel! Berserkowie. – Skierował się w stronę oddziału piranii w piankach termicznych. – Sprawdzić stan uzębienia i spływać na pozycje ofensywne.

Węgorzewicz pływał niespokojnie, martwiły go metalowe elementy zanurzone w mule.

– Wyczuwam drgania mocy – powiedział w końcu. Zmutowany narząd Sachsa wykrywał istotnie zmiany w polu elektrycznym, łączące brzeg z wyłomem na powierzchni stawu. Natychmiast podpłynął do głównodowodzącego akcją, gdy wyczuł…

– Impuls! – Nieme pyszczki rozwarły się w przerażeniu. Ochrona zdążyła dotrzeć do celu, ale miast odpłynąć z nim w bezpieczny obszar akwenu powoli wynurzała się brzuchami do góry, bynajmniej nie z lenistwa. Karp walczył, szamocząc się jakby chciał zrzucić z siebie ładunki elektryczne obezwładniające jego ciało. Za późno i na próżno.

Zwiadowca nie wahał się ani chwili, złapał pyszczkiem za pęk kabli ładunków i pomknął w stronę epicentrum przerażenia i porażenia. Rozpoznał materiał wybuchowy i rodzaj zapalnika – elektryczny, zwłoczny – uśmiechnął się w duchu. Za nim pomknęła zapasowa ławica ratunkowa.

Rigun z zadowoleniem obserwował zbliżające się do powierzchni otumanione ryby, wypatrywał tej jednej, konkretnej, pożądanej. Zatarł ręce i sięgnął po podbierak.

Ekipa ratunkowa w ostatniej chwili zgarnęła cel, przywarła do jego ciała tworząc rybi kokon i pomknęła w stronę strefy bezpieczeństwa. Podłuskownik znajdował się przy dnie, tuż pod przeręblą, zwinął się jak wąż, oplatając ładunek wybuchowy tak, by narząd Huntera znajdował się tuż przy szybkozłączkach. Skoncentrował się, spiął i wyładował cały swój gniew. Przewody zapalnikowe przekazały impuls do główki zapalacza. Opóźniacz dał szansę na ucieczkę bohaterskiemu saperowi – Węgorzewicz gnał ostatkiem sił po sporym wydatku energetycznym. Oswobodzona z czułego uścisku wiązka ładunków łagodnie ułożyła się na kołderce z mułu.

Rigun przetarł oczy ze zdziwienia: już widział przecież znajomy kształt płetwy, a sonar genetyczny informował o zbliżającej się jednostce o poszukiwanym kodzie, gdy z niewytłumaczalnego powodu, jego pikanie zmieniło się z przyspieszonego na odległy niczym termin przesilenia letniego. Przysiągłby również, że w głębi zamajaczyła paczka jaskrawej barwy w którą zapakował przecież…

Detonacja skruszyła lód w promieniu kilku metrów. Powietrze przecięły kawałki lodu i krzyk bólu Riguna wyrzuconego z ogromną siłą w stronę lądu.

*

Honor Riguna został splamiony po raz wtóry. Leżał mokry, zziębnięty i poobijany, wpatrzony niemo w nieboskłon. Sam i bez nadziei na ratunek.

Przymknął oczy na krótką chwilę. Zdawało się tylko – przeleżał cały dzień, a następująca po nim noc minęła niepostrzeżenie, czmychając przed kolejnym mroźnym porankiem. Na szczęście egzobielizna ochroniła przed chłodem, ogrzewając i masując poturbowane członki.

Gdy powieki powędrowały w górę zobaczył nad sobą zatroskaną twarz człowieczą. Rysy wskazywały na płeć męską, dalekowschodniego pochodzenia. Pomógł mu wstać, bacząc na stan poszkodowanego.

– Jak mam dziękować, panie… – wydukał Rigun.

– Panga – odezwał się wybawiciel z mocnym akcentem z Kambodży.

– Przepraszam, pańskie imię bardzo mi przypomina pewne stworzenie.

– Tak, tak, tak, to taka ryba.

– A wie pan – Rigun sięgnął dyskretnie po paralizator, schowany w bocznej kieszeni bojówek – że to się świetnie składa?

Wróci z trofeum. Nie docelowym wprawdzie – w ostateczności może być.

– Bzzzzzt! – Elektroszoker zaintonował porażającą pieśń. Pan Panga po raz pierwszy i ostatni zatańczył electro-boogie.

Koniec

Komentarze

Przeczytawszy strzeliłam karpika;)

Jak pięknie dowiodłeś, że punkt siedzenia ma kluczowe znaczenie.

Dodatkowy plus za smaczki obyczajowo-rodzinne.

Całkiem ciekawy pomysł na rybokalipsę :) Uważaj na zagmatwane zdania. Niektóre musiałam czytać kilka razy. Na przykład to:

Mieszkanie aspirujące do miana ostoi Hestii, trącało atmosferą siedliska afrykańskich pszczół, a w zasadzie królowej i trutnia.

Wciąż nie bardzo wiem, co chciałes nim powiedzieć.

@ośmiornica Tak pół żartem, pół serio: najpierw piszę po niemiecku, a następnie tłumaczę na polski – stąd tak długie zdania wychodzą.

W takim razie jestem pełna podziwu :) Nie myślałeś o wrzucaniu na betę, żeby ktoś ci tę zdania przeglądał przed opublikowaniem?

Uśmiałem się, wydobyłeś chyba 120% ryby z ryby. smileysmileysmiley

 

Drobiazgi: “wagę tuszy” – może “tuszę “?

I tak z czystej ciekawości – jak termowizja wykrywała zimnokrwiste ryby???

Cześć! Na początek uwagi:

 

Mieszkanie aspirujące do miana ostoi Hestii, trącało atmosferą siedliska afrykańskich pszczół, a w zasadzie królowej i trutnia.

Imo to zdanie do przeróbki, bo kompletnie nie wiem, o co w nim chodzi. O ile ostoję Hestii jeszcze jestem w stanie rozszyfrować, o tyle atmosferę siedliska afrykańskich pszczół już nie za bardzo. Dlaczego nie zwykłych, tylko afrykańskich?

 

– Wyglądaj mnie, wrócę niebawem, a nawet niezwłocznie – podkreślił, dające szerokie pole do interpretacji słuchaczowi, a sobie bazę możliwych usprawiedliwień.

Coś Ci się zgubiło. Co dające?

 

Nie chciał, by zauważyła w jego oku łzę – potwierdzenia, że żona ma rację nawet bardziej niż bardziej.

Łzę potwierdzenia, czy łzę – potwierdzenie? ;)

 

Oddziały złożone ze szczupaków i personelu naziemnego: bobrami, które zjadły zęby na stawianiu oporu oraz stosunkowo świeżo pozyskany koalicjant szop pracz – zręczny dywersant, pochodzący zza wielkiej wody, przeprowadzały akcje sabotażowe.

Odmiana się poplątała. Oddziały złożone z bobrami? Poza tym za dużo tu wtrąceń i dygresji.

Proponuję: Oddziały złożone ze szczupaków i personelu naziemnego – bobrów, które zjadły zęby na stawianiu oporu oraz stosunkowo świeżo pozyskanego koalicjanta, szopa pracza, zręcznego dywersanta pochodzącego zza wielkiej wody – przeprowadzały akcje sabotażowe.

 

z czasów Drugiej Wojny Światowej

Jeśli chodzi o rzeczywistą wojnę światową, to małymi literami.

(Chociaż, z tego co czytam, wielka litera też jest spotykana. Niemniej, częstszy jest zapis małą)

 

następnie poddanie go waterboarding’owi w izolatce

Waterboardingowi. Bez apostrofu.

 

Berserki.

Raczej berserkowie.

 

Sympatyczny tekst. Fajne fish puns, możliwości wykorzystałeś na maksa xD Podobała mi się przewrotność zakończenia oraz interesująca perspektywa – święta od ryby strony. Czytało się lekko, humor trafił, tylko niezręczności sporo.

three goblins in a trench coat pretending to be a human

@gravel – Zacnie wyłapane potknięcia. Dziękuję.

Ci nieszczęśni berserkowie… Rany, trza było pójść w liczbę pojedynczą lub wpierw po słownik(skojarzyło mi się z fińczykami – tymi od pana Romana)

Wiem jak brzmi ul pełen rozjuszonych pszczół europejskich, afrykańskie mają co najmniej plus pięćdziesiąt do zła.

A to pierwsze zdanie… Strasznie mi się podoba. Acz podumam jeszcze, pokombinuję.

@NaN – “wzuł rakiety tuszujące wagę tuszy” – zdecydowanie wagę tuszy, inaczej bym mógł to ująć: tuszujące wagę ciała, ale że tusza brzmi bardziej okazale, że tak powiem, uwypukla stan kilogramów.

Termowizja nie na ryby, ino na czyhające niebezpieczeństwa lądowe.

 

Ogólnie trochę popłynąłem z tematem – w sensie pozytywnym.

Ości niniejszym zostały rzucone.

Cześć!

Bawisz się językiem w tym ryboopowiadaniu i rozumiem, że o to chodziło. Lekko i śmiesznie, zdania czasem całkowicie niezrozumiałe, puszczają do czytelnika oko, bo tu najważniejsza jest żonglerka słowami.

Koniec trochę przerażający.

Słowem, przyjemny szorcik. Zgłoszę do ryboteki.

Wielce doceniam ichtiologiczną wiedzę autora, ale ja zupełnie nie byłem w stanie podążać za podwodną akcją.

Dodatkowo, humorystyczne z założenia zdania i sceny, niestety nie wywoływały u mnie uśmiechu – jakiś taki ponurak jestem.

Wydaje się, że to po prostu – nie moje rybki, nie moje akwarium. sad

Jeśli komuś się wydaje, że mnie tu nie ma, to spieszę powiadomić, że mu się wydaje.

Podoba mi się perspektywa rybokalipsy od strony ryb, zabawa w działania i przeciwdziałania oraz końcowy twist. Uśmiechnęło.

Nic nie poradzę, że ten humor działa na mnie:). Świetna gra słowami i żartem. Poprawiłeś mi humor:).

O, to jest bardzo udany tekst.

Fajna zabawa językiem (chociaż momentami przesadziłeś, bo nad niektórymi zdaniami zawieszałem się na dłuższą chwilę), bardzo zacny humor i porywająca akcja. Jestem pod dużym wrażeniem pomysłu na rybokalipsę :)

Koniec odebrałem jako mocno niepokojący. Wydaje mi się, że Rigun może mieć ze sobą poważny problem xd

Przeczytałem jak na razie tylko kilka świątecznych tekstów, ale czuję, że to może być jedna z ciekawszych konkursowych propozycji.

Oczywiście klikam bibliotekę ;) Pozdrawiam!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Człowiek na sekundę przymknie oko i na stronę nie zajrzy, a tu stos komentarzy.

@chalbarczyk, z okiem coś jest na rzeczy, zwłaszcza rybim – szersza perspektywa

@fizyk111 – wiedza o rybach raczej powierzchowna, nie zagłębiałem się zbytnio; doceniam szczerość w temacie poczucia humoru i to całkiem szczerze piszę

@Koala75 – miał dojść jeszcze motyw australijski, ale zamieszanie związane z wprowadzeniem eukaliptusów i ich amatorów byłoby już przeciąganiem struny, choć w zasadzie koala się pojawił, jako komentator, ale nadal się liczy

@Monique.M – strzeliłem karpika, acz nieco pozowanego, niemniej rad jestem z połaskotania ośrodka chichondrycznego

@AmonRa – jako prosty skryba, chylę czoła, sam Ra(o bogowie!) raczył postawić znaki na piasku mej pamięci; tak Rigun miał problem, ciągłe niepowodzenia napędziły frustrację aż zdecydował się na niecodzienny pomysł; “może być jedna z ciekawszych konkursowych propozycji” – skromność nakazuje zaprzeczyć, kindersztuba zaś podziękować

Hmm. Dość okrutne to opowiadanko ;) Ale, jak mawiał śp. pamięci szef mojej śp. Mamy, “w filmach przyrodniczych albo kopulują, albo się wzajemnie zjadają”. No i tu jest to drugie.

A tak poza tym całkiem zgrabna i nieźle napisana historyjka, najlepsza część środkowa, ale twist na końcu zacny, choć okrutny.

 

Językowo jest nieźle, zakładam, że pewna przesada, purpurowość jest celowa, bo całe to opowiadanie stoi specyficznym absurdem i np. technobełkot też do tego należy. Niemniej mam wrażenie, że w pierwszym zdaniu to wyszło troszkę mniej zgrabnie niż w reszcie tekstu.

 

Mieszkanie aspirujące do miana ostoi Hestii, trącało atmosferą siedliska rozjuszonych afrykańskich pszczół, a w zasadzie królowej i trutnia.

No i, jeśli już, to trąciło.

 

Wyglądaj mnie, wrócę niebawem, a nawet niezwłocznie

Tu mnie zatrzymało, ale potem uznałam, że Rigun nie jest szczególnie mocny w znaczenia słów?

http://altronapoleone.home.blog

Witaj drakaino, z okrucieństwem mi nie po drodze ostatnio, drzewiej owszem, bom na ryby się zasadzał regularnie. Tym razem neologizmy techniczne nie wyszły za dobre, wymuszone, zamiast wunderbauma – paździerz.

Póki co nie mam pomysłu na zmianę postaci otwierającego zdania. Natomiast “trącało” zostanie poprawione. A “a nawet niezwłocznie” nieco się zmieni, choć Rigun prostym, omylnym człekiem jest.

Śmieszne i optymistyczne. Oczywiście, pana Pangi żal, ale mniej niż karpika…

 

Trochę drobiazgów stylistyczno-gramatycznych: 

…– groziły w najlepszym razie złamaniem półotwartym, w najgorszym: śmierć głodową w oczekiwaniu na ratunek.” –

śmiercią

 

Nakładka termiczna na końcówce elektrody, rozgrzana do czerwoności, torowała drogę urządzeniu w kierunku dna, pozostającego na uwięzi przewodu.

– tu nie jestem pewna o co chodzi – czy to dno pozostawało na uwięzi przewodu? Jeżeli to urządzenie pozostawało na uwięzi przewodu, to powinno być torowała drogę w kierunku dna, urządzeniu pozostającemu na uwięzi przewodu.

 

bynajmniej z lenistwa

brakuje “nie”, powinno być: bynajmniej nie z lenistwa

 

Pozdrawiam

 

 

@Sabina Anto – przefasonowałem zdanie, które wątpliwości budziło.

Pogoniłem lenistwo własne, ryb również.

PanieKratzek, toż napisał Pan horror czystej wody!

Napięcie nie opuszczało mnie nawet na chwilę – nie wykluczam, że za sprawą niejakiego Węgorzewicza – a i poczynania pozostałych uczestników przedsięwzięcia przyczyniły się stworzenia niezwykłej atmosfery i wzorowo przedstawionego postępowania w obliczu wielkiego zagrożenia. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Слава Україні!

Mój stary jest fanatykiem wędkarstwa – 200 lat później. Ale nie Twój test utrzymany jest w zupełnie innym stylu niż kultowa pasta. Jest zabawny, ale nie wprost. Grozę śmiertelnego starcia równoważysz udanymi gierkami słownymi i dbałością w opisywaniu przedziwnych, futurystycznych gadżetów. Zakończenie bardzo dobre, ostatnie zdanie zapadnie w pamięć :)

Pozdrawiam! 

Sympatyczne :)

Przynoszę radość :)

Brawo za ciekawą interpretację prezentu, świetne rybne zabawy słowne i okropny twist na końcu! Wyszła z tego zabawna wybuchowa mieszanka :)

 

Kosmos to bazgranina byle jakich wielokropków!

Witajcie Gościny i Goście,

@Anet – sympatyczny komentarz.

@regulatorzy – wpadliście tak niespodziewanie jak inkwizycja, popiołów nie zostawiając, a jeno dobre słowo. Dziękować.

@adam_c4 – skuszony wspomnieniem o paście, przeczytałem z ciekawości. Kawał dobrej roboty, czytało się wartko, dobra część na temat udzielania się na forum wędkarskim. No i że Czytelnik chwycił przynętę i dotarł do końca. Dziękuję.

@mindenamifaj – nick taki podobny do takiej ryby… mintaj. Rigun lubi to. Ciekawe, gdzie w tym roku złoży wizytę?

Ano, PanieKratzek, wpadliśmy i raz jeszcze powiemy, że to była fajna opowieść. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Na początek łapanka:

Karp walczył, szamocząc się jakby chciał zrzucić z siebie ładunki elektryczne obezwładniającego jego ciało.

ładunki obezwładniające jego ciało lub obezwładniające go

 

Podłuskownik znajdował () przy dnie, tuż pod przeręblą

znajdował się

Riguna wyrzuconego w ogromną siłą w stronę lądu

wyrzuconego z ogromną siłą

 

Ciekawy tekst i jak rozumiem jest to futurystyczna wizja, która zwraca uwagę na szkodliwą działalność człowieka. Jeśli dobrze pojąłem, to wśród zwierząt doszło do mutacji wywołanej przez składane przez ludzi odpady (w tym te radioaktywne). Na przyszłość wskazuje także sprzęt, którym dysponuje Rigun, taki jak nóż plazmowy, egzobielizna tudzież szczur sprzątający. W przypadku tego ostatniego mam wątpliwości, czy to robot, kolejny z mutantów, a może dwa w jednym, czyli cyborg. 

Końcówkę, w której Rigun zabiera ze sobą pana Pangę jako trofeum, można zinterpretować jako “niektórzy nigdy się nie nauczą” lub “głupiec już zawsze pozostanie głupcem”. 

 

Ilość i jakość gierek słownych oraz neologizmów zrobiła na mnie spore wrażenie. Spodobało mi się także dopasowanie odpowiednich ról do konkretnych gatunków.

– poświęcenie płotek dla grubych ryb,

– leszcz cienki w grzbiecie, choć mocny w paszczy,

– strzelić karpika,

- bobrów, które zjadły zęby na stawianiu oporu,

– skrzelarz,

- podłuskownik Węgorzewicz z wydziału elektrycznego,

– rybolucja,

- program kłusowniczy,

– Piranie jako berserkowie, do tego w piankach termicznych, bo to w końcu ryby żyjące w ciepłym klimacie,

– zopy pracze jako zwinny oddział podkradający rzeczy,

– agent pelikan.

 

A to tylko część przykładów, które udało mi się wyłapać.

 

nadajnik ukryty w samochodzie puszczał nietoperkowe kołysanki

Wyróżniam powyższy fragment, ponieważ mnie ubawił :)

 

Wyczuwam drgania mocy

To zapewne nawiązanie do Gwiezdnych Wojen i to ze strony węgorza wytwarzającego prąd, czyli podobnie jak w przypadku Imperatora Palpatine’a / Darth Sidiousa.

 

Warto zwrócić także uwagę na takie smaczki jak Narząd Sachsa, tudzież wspomniane wyżej ocieplacze piranii, które świadczą o umiejętnym wykorzystaniu wiedzy, a także o dbałości o szczegóły.

 

 

Pozdrawiam

Hej, hej, hej!

Dziękuję Ci, PanKratzku, za udział w krokusie!

Poniższy komentarz jest pisany jeszcze przed wstawieniem obrazka jurorsko-konkursowego :)

Początkowy odbiór miałem taki, że „o, ho, pośmieszkujemy, powymyślamy, a potem stoczymy się po równi pochyłej”. Ale Ty utrzymałeś poziom lekkiego absurdu, zabawy w tworzenie śmieszkowego świata i to wszystko było mega spójne. No, ale dobra – jeszcze końcówka! Bałem się, że po tylu fajerwerkach nie udźwigniesz zakończenia i znów się pomyliłem.

Bardzo mi się podobało! Fajnie wpleciony motyw i hasło, solidne wykonanie techniczne i do tego światotwórstwo wagi lekkiej, ale za to w niebotycznych ilościach.

Bardzo liczyłem na takie teksty w konkursie :)

Pozdrówka!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

@mordoc – łapanki, to to co lubię, dzięki! Poprawię w trybie niezwłocznym lub nieco później, ale na pewno.

Swoje zrobił research przed pisaniem i w jego trakcie – poczytałem o zapalnikach, o materiałach wybuchowych i rybach, zwłaszcza o węgorzach elektrycznych. Piraniach też oraz pangach.

Gierki słowne weszły do umysłu przez Szymona Majewskiego i jego “Słów cięcie-gięcie”(Outta Sewer pozdrawiam tak przy okazji).

@Krokus – udźwignąłem końcówkę tylko dlatego, że powstała jako pierwsza, cała reszta dopisana została później ;-) Wspomniane wyżej rozpoznanie terenu i tematu dało w miarę stabilny grunt pod historię.

Obojgu dziękuję za wizytę.

Idziemy na ryby?

 

PanKratzku, zanim pójdziesz na ryby, odbierz, proszę, wiadomość prywatną i daj mi znać chociaż w jednej kluczowej kwestii ;)

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Nowa Fantastyka