- Opowiadanie: chalbarczyk - Grawitacja

Grawitacja

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Grawitacja

Miasto pustoszało coraz bardziej. Ci, którzy mieli w sobie tyle energii, aby zaczynać życie od nowa, decydowali się opuścić Planetę na jednym z wahadłowców, które kurs brały na dalekie systemy planetarne, a o których mówiono, że to światy przyszłości. Tutaj wszystko było przeszłością. Porzucone domy, starzy ludzie i jej wspomnienia.

Wiera zapięła kombinezon, założyła gogle i wyszła na zewnątrz stacji Wodociągów. Pustynia ciągnęła się aż po pasmo dalekich gór, których podnóża ginęły już w ciemnościach. Rozpoczęła wspinaczkę na rusztowanie. Bezmyślnie stawiała na metalowych stopniach prawą stopę, lewą rękę, podciągała lewą stopę, byle wyżej. Studnia pracowała z cichym brzęczeniem. Otworzyła skrzynkę i sprawdziła parametry. Wiera była zadowolona ze swojej pracy, bo nie musiała myśleć. Wszelkie myśli zostawiała na dole i szła w górę lekka i wolna. Nie lubiła schodzić. Przeszłość połykała ją, gdy tylko dotknęła stopą ziemi.

 

Sąsiadka wystawiła na chodnik przed domem choinkę, oplecioną sznurem czerwonych światełek.

– No tak – powiedziała Wiera do siebie – zbliża się Boże Narodzenie.

Myślała, że nikt już o tym nie pamięta.

Nie chciała wracać do domu, który był pełen wspólnych zdjęć. Długie wieczorne godziny spędzała w barze, aż odeszli ostatni goście. Wychodziła ostatnia. W domu zasypiała od razu, w ubraniu, udając, że nie boi się snów.

Dzisiaj zamówiła wódkę.

– Nie wyjechałaś? – To mąż sąsiadki. Mówił protekcjonalnie i z nieukrywaną pogardą. – I po co tu siedzisz? Tu wszystko umiera.

Zaciągnął się śmierdzącym papierosem. Wiera zakaszlała.

– Wiesz – ciągnął dalej – podobno coś straszy we wschodniej zonie. Czy ty tam nie jeździsz?

Wiera jeździła.

– Pracuję gdzie indziej.

Facet wstał i z trudem ruszył do wyjścia. W domu chyba czeka na niego żona z ciepłą kolacją. A może z wyrzutami? Wiera nie była pewna.

*

Już ponad połowa Planety ginęła w ciemnościach. Zimny mrok podpełzał pod miasto i z niechęcią cofał się każdego ranka. Słońce jeszcze pokazywało się nad horyzontem, ale coraz bardziej odległe i zimne. Wszyscy wiedzieli, że któregoś dnia, może jeszcze nie za ich życia, ale kiedyś na pewno całkowicie zniknie. Dni były wypełnione bladoczerwonym światłem, które kładło się obojętnie na pustynne połacie ziemi, wysokie szyby pomp i szczyty gór.

Wiera nie wie, jak znalazła się w samym środku burzy. Piasek wirował z wyciem, a gdy opadł, jej oczom ukazała się ogromna góra z rudego kamienia. Pionowe żłobienia biegły wzwyż, ginąc gdzieś bardzo wysoko. Wiera patrzyła na to z zachwytem.

Nagle góra zadrżała i poruszyła się. Dźwignęła kamienną rękę, którą chwyciła Wierę i podniosła ku wielkiej twarzy wyciosanej ze skały.

– Jestem archaniołem – rzekła kamienna postać.

Wiera myślała, że archaniołowie już dawno opuścili Planetę.

– Dlaczego tutaj…?

– Dzisiaj będę ci prorokował.

W kobiecie zawrzał gniew.

– Nie chcę! Nie chcę żadnych proroctw! Wracaj skąd przyszedłeś!

Zdała sobie sprawę, że jej krzyk musi wydać się śmieszny. Posąg wydobywał dźwięk z wnętrza góry, był to drżący, niski i przyjemny szept, przypominający jej pierwsze pocałunki.

– Chcę ci zwiastować nadzieję.

– Przecież nasz świat jest skazany na zagładę! Spójrz na słońce! Niedługo będzie tylko daleką błękitną gwiazdą, a nas pochłonie ciemność! Jak możesz mi mówić o nadziei?!

Archanioł uśmiechnął się nieznacznie kamiennymi ustami.

– Dla Najwyższej Natury nie ma nic niemożliwego. Ona kieruje biegiem wszystkich rzeczy, formowaniem się galaktyk i umieraniem gwiazd. Ustanowiła smak ziarenka maku i postawiła archaniołów na straży porządku wszechświata. Jakżeby opuściła ludzi?

– Nie wierzę, że ona istnieje.

Archanioł popatrzył na nią czule.

– Hmm, a teraz proroctwo. Słuchaj uważnie. Spotkasz tego, którego nie chcieli. Chłód ustąpi przed ciepłem, a ciemność przed światłem. Synowie światłości będą cię strzegli na wszystkich twoich drogach. Lustra, w których się przeglądasz i widzisz upływający czas, zostaną rozbite.

– O czym ty mówisz?!

– Wiesz, proroctwo musi być enigmatyczne.

Zdawał się nic nie robić sobie z jej gniewu.

– Mógłbym cię uwolnić. Byłabyś wreszcie wolna i szczęśliwa.

Jakie to byłoby piękne, pomyślała, uwolnić się od przeszłości.

– Chcę zapomnieć – powiedziała – nie, nie zapomnieć. Chcę cofnąć czas i zacząć życie od nowa. Czy możesz to dla mnie zrobić?

Archanioł wzruszył ramionami.

– Ba! Nie tylko to będzie nowe życie, ale życie idealne. Ciepłe domowe ognisko. Radość każdego dnia. Nigdy więcej raniących wspomnień. Chcesz?

Postawił ją na ziemi, a Wiera po raz pierwszy nie poczuła przytłaczającego ciężaru Planety.

Znów znalazła się w mieście, gdzie wielkie reflektory zawieszone między budynkami ogrzewały ulice i chodniki, dając przy tym drażniące pomarańczowe światło. Miasto nie mogło usnąć. Biegła do domu. W domu czeka na nią Peter. Wszystko będzie jak dawniej, tak jak było przed tym, gdy ją zostawił.

Nacisnęła niecierpliwie klamkę i weszła do mieszkania.

– Peter! Już jestem. To ja, kochanie. Peter!

Otwierała drzwi do kolejnych pomieszczeń, aż w końcu osunęła się bezsilnie na podłogę. Dom, cichy i pusty, dręczył ją jak każdego wieczora zdjęciami Petera z przeszłości.

Wróciła na pustynię. Archanioł znów był tylko kamienną górą. Niemą i pustą. Krzyczała i płakała, biła pięściami w skałę, ale nikt jej nie odpowiedział. Och, jaką była idiotką, że uwierzyła w tę halucynację! Przecież każdy wie, że archaniołowie dawno zniknęli z Planety, bo nikt nie spotkał ich od dwóch tysięcy lat. Proroctwo? Nowe życie? Co za bzdury!

Została jej już tylko rutyna. Rankiem zwlekała się z trudem z łóżka, jechała za miasto na pustynię, aby jak najszybciej znaleźć się wysoko na wieży. Dopiero wtedy mogła oddychać. Przez chwilę trwała w iluzji, że jest normalna. Później wracała do miasta, w barze zamawiała wódkę, wlokła się do mieszkania i zacisnąwszy powieki, próbowała usnąć. Pomarańczowa poświata w pokoju przypominała o umierającym słońcu.

*

Na dziś kończyła pracę. W sumie to straciła rachubę czasu. Czy to był jeszcze grudzień? Nagle wydało jej się, że widzi światło. Gdzieś koło pompy MP1212. Potrząsnęła głową. Nie, chyba to złudzenie. Powróciła do pakowania plecaka. Ma najwyżej kilka minut, nim wszystko zamarznie wraz z nadejściem mroku. Wtem przerwała, odwróciła się i spojrzała w głąb pustyni, gdzie czerń nocy pochłaniała kolejne szyby górnicze i wieże wodociągów. Przez długą chwilę nic się jednak nie działo. Westchnęła z irytacji, ale wtedy zabłysło. Światło, którego nie powinno tam być.

Nie wiedziała, co ma robić. Czy powinno ją to w ogóle obchodzić? Wahała się, ale w końcu wsiadła do samochodu i ruszyła ku ścianie ciemności. Uderzyło w nią przejmujące zimno, więc przyspieszyła. Zatrzymała się przy stalowym filarze pompy. Wysiadła i zaskoczona podeszła bliżej.

Latarnia dawała białe światło, a obok rozczochrana dziewczynka w lekkiej, stanowczo zbyt lekkiej sukience, siedziała na ziemi, która zaczynała już zamarzać.

– Kim jesteś? – spytała dziewczynka.

– Ja? Jestem Wiera – mechanicznie odpowiedziała – Wiera Liiv.

Dziewczynka się zaśmiała. Wstała i pogłaskała ciepłymi palcami policzek Wiery.

– Masz smutne oczy.

Pod wpływem gorącego dotyku Wierę opuszczał gniew i żal i przestało ją boleć tam, w środku. Poczuła, że jest w stanie nabrać powietrza w płuca, jakby była wysoko, nad ziemią. Rozejrzała się zdziwiona. Przecież nic się nie zmieniło, więc dlaczego…? Przypomniała sobie nagle, że nazajutrz jest Wigilia.

Dziecko patrzyło na nią wesoło. Dziewczynka mimo chłodu nie marzła. Miała czerwone usta, gorący oddech i różowe policzki. Wzięła Wierę za rękę.

– Chodźmy.

Z daleka zamigotały czerwone i żółte światła miasta.

– Czy to nasze Betlejem? – spytała dziewczynka, sadowiąc się w aucie.

– Betlejem?

– Miejsce, gdzie zaczyna się życie.

Wiera przymknęła oczy i przez chwilę milczała.

– Jak ci na imię?

– Berenika.

– Zapnij pas, Bereniko, w domu zaplotę ci warkocze, a jutro ubierzemy choinkę – powiedziała Wiera i poczuła, jak Planeta na zawsze traci swój ciężar, ponieważ stopy odrywają się lekko od ziemi, jakby nie doświadczały więcej grawitacji.

Koniec

Komentarze

Zasmuciłaś mnie i poruszyłaś. Nadzieja, którą mi ofiarowałaś, okazywała się być zimną skałą.

Przejmujący tekst. Tylko ten, zgrabnie wpleciony, warkocz Bereniki pozwolił nie zapłakać.

Przedświąteczna dawka smutku i nadziei. Wolałbym więcej nadziei, ale dobre i tyle. Dobrze misię czytało i jest zadowolone. :)

Cześć, chalbarczyk.

 

Ci, którzy mieli w sobie tyle energii, aby zaczynać życie od nowa, decydowali się opuścić Planetę na jednym z wahadłowców, które kurs brały na dalekie systemy planetarne, o których mówiono, że to światy przyszłości.

Krótka wycieczka przed odmianę słowa “który”.

 

W domu chyba czeka na niego żona z ciepłą kolacją. A może z wymówkami?

Mam wrażenie, że mogło tu chodzić nie o wymówki, a o wyrzuty. Chyba że żona zamiast kolacji przygotowała wymówki tłumaczące, dlaczego nie ma kolacji ;)

 

Pionowe żłobienia biegły w wzwyż, ginąc gdzieś bardzo wysoko.

W górę albo wzwyż.

 

Powróciła do pakowania plecaka. Ma najwyżej kilka minut, nim wszystko zamarznie wraz z nadejściem mroku.

Miała?

 

Nie przekonała mnie postać archanioła, a konkretnie sposób, w jaki się wypowiadał. Na przykład rozśmieszyła mnie ta kwestia: Dzisiaj będę ci prorokował. Cześć, jestem Jasiu, dzisiaj będę twoim kelnerem. Co podać?

Ostatecznie nie wiem też, czy rzeczywiście istniał, czy był tylko halucynacją (z niedożywienia i zimna ;)). Wątek archaniołów, które gdzieś tam kiedyś się objawiały, po czym zniknęły, wydał mi się intrygujący, szkoda zatem, że nie zdecydowałaś się go pociągnąć.

 

Nie wiem, co myśleć o tym opowiadaniu. Chyba nie rozumiem Twojego zamysłu. Nie wiem, kim jest ta dziewczynka, ani skąd się wzięła. Nie rozumiem, czemu Wiera tkwi na umierającej planecie, ani dlaczego postanowiła przygarnąć jakieś randomowe, dziwne dziecko, na które akurat przypadkiem się natknęła.

Klimat zbudowałaś fajny, czytało się nieźle i lektura z pewnością na różnych poziomach sprawiła przyjemność, chociaż trochę pod koniec zaczęła mnie drażnić nachalność w przekazywaniu tej wszechobecnej beznadziei. Przy każdej możliwej okazji podkreślane jest, jak bardzo wszystko nie ma sensu i do niczego nie prowadzi. Tym bardziej dziwi ten nagły happy end i rozmowa o nadziei i rozpoczynaniu się życia.

three goblins in a trench coat pretending to be a human

Odpowiedź zbiorcza

Dzięki wszystkim za komentarze!

Za dużo beznadziei? Za mało optymizmu? Hmm…

Gravel

Potknięcia poprawione, “które” w tym zdaniu użyte celowo.

Opowiadanie to parafraza zwiastowania i Bożego Narodzenia. Jak dla mnie ma w sobie trochę czegoś pozytywnego, bo w końcu przed bohaterką rysuje się perspektywa rozpoczęcia na nowo, uwolnienia ze starych uczuć…

 

Pozdrawiam!

Początek opowiadania bardzo mi się podobał. Urzekło mnie, jak budujesz klimat beznadziei na umierającej planecie i chociaż nie rozumiałam, dlaczego bohaterka postanowiła zostać i dlaczego ciągle pije, kibicowałam jej. Przy scenie z archaniołem nie byłam pewna, co mam myśleć. Nastój bardziej obiecywał kierunek twardego sf, a przepowiednia i kamienny archanioł trochę mi się z nim gryzie. Nie do końca rozumiem też samo zakończenie i kwestię nadziei. Bohaterka przygarnęła dziecko, ale nadal musi mu zapewnić opiekę i przyszłość na umierającej planecie. Nie jestem pewna, czy mnie samą napełniłoby to optymizmem. Z pewnością ucieszyłabym się, że mam nowy cel oraz towarzystwo, ale strach o przyszłość z pewnością by urósł. Może byłoby to bardziej zrozumiałe, gdybyś trochę bardziej nakreśliła przeszłość bohaterki? Jest w tym opowiadaniu dużo symboliki, lecz nie jestem pewna, czy odpowiednio wybrzmiewa ona w settingu, który wybrałaś.

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Podpisuję się właściwie w całości pod komentarzem ośmiornicy.

Na plus tego opowiadania zaliczam bardzo wyrazisty nastrój beznadziei i pomysłowe wplecenie warkocza Bereniki.

Na minus: nie wiem, o co chodzi :)

Kosmos to bazgranina byle jakich wielokropków!

mindenamifaj

 

Na minus: nie wiem, o co chodzi :)

laugh

No to muszę na przyszłe Święta napisać coś bardziej konkluzywnego. Niełatwe.

Dzięki za komentarz!

Ośmiornica

Przyznaję rację, że bardziej rozwinięte wątki sprawiłyby, że w opowiadaniu byłoby wiadomo, o co chodzi.

Jakkolwiek myślałam, że akurat kwestia tego, że bohaterka zostaje, chociaż nie jest wcale różowo – będzie zrozumiała. Tak jak dziś pytalibyśmy, dlaczego wszyscy nie uciekli z Ukrainy. Bo to jest ich dom na Ziemi.

Dzięki za komentarz i pozdrawiam!

Tak jak dziś pytalibyśmy, dlaczego wszyscy nie uciekli z Ukrainy. Bo to jest ich dom na Ziemi.

Może warto byłoby podkreślić jej sentyment do tego miejsca? Bohaterka piła wieczorami, a oddychała tylko w górze, więc miałam wrażenie, że nienawidzi miejsca, w którym przyszło jej żyć. Zresztą nie tylko ja nie rozumiałam, dlaczego nie wyjechała. Mąż sąsiadki również. ;)

Witaj.

Jestem mocno poruszona. Piękne, nostalgiczne, mocno uwrażliwione opowiadanie. 

I takie na czasie. Klik. :)

Pozdrawiam serdecznie. :)

Pecunia non olet

 

Hej, ciekawe opowiadanie, klimatyczny nastrój umierającego słońca i planety. Trochę moich subiektywnych uwag. :)

Wiera nie wie, jak znalazła się w samym środku burzy.

Powróciła do pakowania plecaka. Ma najwyżej kilka minut, nim wszystko zamarznie wraz z nadejściem mroku.

Czasami zmieniasz czas przeszły na teraźniejszy, a opowiadanie jest napisane w przeszłym. Można by to poprawić. :)

– Jestem archaniołem – rzekła kamienna postać.

Wiera myślała, że archaniołowie już dawno opuścili Planetę.

– Dlaczego tutaj…?

– Dzisiaj będę ci prorokował.

W kobiecie zawrzał gniew.

Ten dialog jest dla mnie najsłabszym miejscem opowiadania. Pojawia jej się archanioł, a jej pierwsze pytanie to “Dlaczego tutaj?” . No i dlaczego zawrzał w niej gniew? Myślę, że to by trzeba rozpisać jeszcze raz. 

Bardzo świąteczne zakończenie, choć poprawiłabym trochę przez rozpisanie przeżyć bohaterki po znalezieniu dziewczynki. Ale ja sama mam problem z zakończeniami, nigdy nie wiem, czy dla czytelnika już wystarczająco coś opisałam, czy nie. ;)

Nie wiem, czy tekst pasuje do hasła “Bezsenność w Betlejem”, ale tego już nie będę oceniać. Opowiadanie mi się podoba, klimat, wykreowany świat i fabuła. 

Gratuluję i powodzenia w pisaniu, 

JolkaK

 

Cześć Bruce!

I takie na czasie

Jakże się cieszę, że doceniłaś aktualność w tym krótkim opowiadaniu! Bardzo chciałam, aby wybrzmiała nasza sytuacja i nasza teraźniejszość, ale nie byłam pewna, czy to będzie jasne.

Dzięki za przeczytanie i pozdrawiam!

Ośmiornica

Zresztą nie tylko ja nie rozumiałam, dlaczego nie wyjechała. Mąż sąsiadki również

laugh

Dzięki za zwrócenie uwagi na to niedociągnięcie w kreacji bohaterki, chciałam, aby była wiarygodna, ale w ogóle nie myślałam, żeby bardziej ją zakorzeniać w tamtym miejscu. Chyba dlatego, że opowiadanie by się mocno rozciągnęło.

 

 

Cześć JolkaK!

 

Na pewno rozpisanie bardziej przeżyć i motywacji bohaterki dałoby większą jasność. Ale z drugiej strony pewne niedomówienia mogą wprowadzić jakiś rodzaj napięcia do tekstu.

Co do użycia czasów – pewnie masz rację

Co do dialogu z archaniołem – też masz rację. Chodzi o to, że archaniołowie byli kiedyś na Planecie, ale nie zjawili się wtedy, gdy bohaterka potrzebowała pomocy i kiedy życie jej się sypało, tylko teraz, z jakimś bzdurnym proroctwem…

 

Dziękuję za ciepłe przyjęcie świątecznego opowiadania.

I pozdrawiam!

Wybrzmiało wszystko idealnie. :)

Pozdrawiam i dziękuję. :)

Pecunia non olet

Ciekawe połączenie klimatu świątecznego z postapokaliptycznym science fiction. Jeśli dobrze zrozumiałem morał, to Wierze (dobrze odmieniłem?) doskwierała samotność, dlatego wszystko dookoła zdawało się takie złe i ciężkie. Zatem kiedy oferowała dom i miłość spotkanej na ulicy sierotce jej życie nabrało sensu. 

 

Fajny motyw z proroctwem archanioła i z motywem przedstawienia go jako żywej góry. Mogło się wydawać, że spotkanie z nim, to tylko halucynacja, ale proroctwo się spełniło – spotkała tego, kogo nie chcieli, czyli porzuconą dziewczynkę, sierotę, a może i bękarta pasującego do męskiej formy z przepowiedni skalnego olbrzyma.

 

Światło prowadzące do celu skojarzyło mi się z Gwiazdą Betlejemską wskazującą drogę, a sama “zbyt lekko ubrana” dziewczynka może być nawiązaniem do dzieciątka, które płakało z zimna, bo “nie dała mu matula sukienki”. Ale może to moja nadinterpretacja ;)

 

Zastanawiam się, czy w imionach nie ma jakiegoś ukrytego przekazu, na którego wyłapanie jestem zbyt mało wyedukowany? 

 

Pozdrawiam :)

Mordoc

Miło mi, że klimat się spodobał. Ponieważ miała to być kosmiczna parafraza Bożego Narodzenia, więc takie interpretacje są jak najbardziej na miejscu.

Co do imion: Wiera pasuje do Świąt, a Berenika do warkoczy… :)

Dzięki za odwiedziny i pozdrawiam!

Podobało mi się :)

Przynoszę radość :)

Dużo tu smutku, zniechęcenia i braku nadziei, a za mało, jak na mój gust, klimatu świąt. Obawiam się, że nie pojęłam właściwie Twoich intencji i nie umiałam należycie odczytać opowiadania.

 

Ci, któ­rzy mieli w sobie tyle ener­gii, aby za­czy­nać życie od nowa, de­cy­do­wa­li się opu­ścić Pla­ne­tę na jed­nym z wa­ha­dłow­ców, które kurs brały na da­le­kie sys­te­my pla­ne­tar­ne, o któ­rych mó­wio­no… -> lekka któroza.

Proponuję: Ci, któ­rzy mieli w sobie tyle ener­gii, aby za­czy­nać życie od nowa, de­cy­do­wa­li się opu­ścić Pla­ne­tę na jed­nym z wa­ha­dłow­ców biorących kurs na da­le­kie sys­te­my pla­ne­tar­ne. Mó­wio­no o nich

 

Tutaj wszyst­ko było prze­szło­ścią. Po­rzu­co­ne domy, sta­rzy lu­dzie i jej wspo­mnie­nia. → O czyich wspomnieniach jest mowa?

 

Ran­kiem zwle­ka­ła się cięż­ko z łóżka… → Ran­kiem zwle­ka­ła się z trudem z łóżka

 

od­wró­ci­ła się i spoj­rza­ła wgłąb pu­sty­ni… → …od­wró­ci­ła się i spoj­rza­ła w głąb pu­sty­ni

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

regulatorzy

Dzięki za przeczytanie, poprawiłam z grubsza wg wskazówek.

Jak tak sobie myślę po czasie, to mogłam bardziej zaakcentować w opowiadaniu nadzieję i nowe życie, bez balastu, może wtedy By Ci się bardziej spodobało :)

Pozdrawiam!

 

Слава Україні!

Pierwsze skojarzenie: prawo niespodzianki, że na drodze protagonistki stanie jej przeznaczenie – dobrze się w oczach ułożyło, choć nieco w odmiennym wykonaniu w porównaniu do pierwowzoru.

Grawitacja jako symbol przygniatającej codzienności – przemawia do wyobraźni.

Nostalgicznie wyszło, ze szczyptą pocieszenia jak na świąteczne opowiadanie przystało.

PanKratzek

smiley

Byłam świadoma tego, że nie każdemu się spodoba takie kosmiczne Boże Narodzenie, tym bardziej mi miło czytać życzliwy komentarz.

Pozdrawiam!

Dobrze się czytało, choć nie czułam tu świątecznej myśli przewodniej konkursu. Raczej to opowiadanie z tych dołujących, choć zakończenie bardzo na plus. Po przeczytaniu komentarza Mordoca, faktycznie wiele rzeczy staje się oczywistych (choć wiadomo, że to tylko interpretacja czytelnika). Natomiast nie mogę zrozumieć, że główna bohaterka woli żyć w tej rozpaczy za ukochanym, zamiast otrząsnąć się po czasie żałoby. Jakoś to mi nie pasuje do osoby, którą przedstawiłaś w tekście (albo ja tak ją odebrałam).

Cześć Monique

Natomiast nie mogę zrozumieć, że główna bohaterka woli żyć w tej rozpaczy

Och, gdyby gdzieś sprzedawali takie coś, dzięki czemu można od razu otrząsnąć się z nieszczęścia i żyć szczęśliwie dalej – sama ustawiłabym się w kolejkę :)

Cieszę się, że spodobało Ci się zakończenie (już sobie obiecałam, że na następne Święta napiszę coś weselszego). I pozdrawiam!

Dlatego napisałam, że po czasie żałoby :). Wiadomo, że w pierwszej kolejności rozpacza się za utraconym, ciężko się z tym pogodzić i niektórzy ludzie nie potrafią się z tego otrząsnąć. Lecz twoją bohaterkę odebrałam, jako twardą babkę, która owszem ma w sercu pustkę, ale choćby ze zrobienia na złość, w końcu dojdzie do siebie.

Ale to tylko takie marudzenia i nie masz co się przejmować (Albo to nawet na plus, bo bohaterka wzbudza emocje). Również pozdrawiam :).

Cześć,

Styl / sposób zapisu inny niż sam stosuję – nie podejmuję się ocenić, bo pewnie sugerowałbym zrobienie różnych rzeczy na własną modłę.

Historia mi się spodobała, również sam sposób opowiadania.

Hasło “W krainie ciemności, gdzie zaległy cienie” widać w całości, z kolei przy “Bezsenność w Betlejem” widziałbym chyba kilka interpretacji.

Bardzo dobry jest optymistyczny twist na końcu.

Gdybym mógł (w sensie: miał formalną możliwość), zgłosiłbym do biblioteki.

Pozdrawiam i dziękuję za lekturę. Prosimy o więcej.

Wesołych Świąt!

Czytało się dobrze, ale nie bez zastrzeżeń. Wydaje mi się, że za bardzo skupiłaś się na końcu Planety, na słońcu dającym coraz mniej światła i na tym, że wszystko umiera – opowiadanie sporo by zyskało, gdybyś większą uwagę poświęciła osobistemu wymiarowi tragedii bohaterki. Bronisz się trochę tym, że jest wspomnienie o Peterze, ale tylko trochę ;) Nie przypadł mi do gustu archanioł, a zwłaszcza to, co mówił (czy też w jaki sposób). Myślę, że można byłoby trochę popracować nad jego kwestiami dialogowymi, szczególnie, że wygłoszone proroctwo jest kluczowe dla tekstu. 

Czy dobrze interpretuję, że archanioł zwiastuje pojawienie się nowego życia, nowej nadziei, a potem jego obietnica spełnia się w osobie Bereniki? Jeśli tak, to akurat fajne :) I jest zrealizowany motyw świąteczny.

Nie mam zastrzeżeń do wykonania. Napisałaś ładnie i nic mocniej nie zgrzytnęło.

Pozdrawiam, Wesołych Świąt :)

Tomasz

Dzięki za życzliwy komentarz!

Amon

Archanioł miał być trochę nonszalancki, wprowadzać szczyptę innego nastroju w pesymizm świata. Jeśli się wyróżnił – nawet bez podobania się – to chyba dobrze :)

Proroctwo się, całe szczęście, spełnia i daje nowy start. Cieszę się, że przypadło do gustu.

Pozdrawiam i Wesołych Świąt!

 

Początek podobał mi się bardzo – już czułam ten klimat postapo i beznadziei. Umierająca planeta, bohaterka ze swoim bagażem doświadczeń i smutkami. Czekałam na ujawienie, co jest ich przyczyną. 

W momencie archanioła czułam się już nieco zagubiona:

 

Wiera nie wie, jak znalazła się w samym środku burzy. Piasek wirował z wyciem, a gdy opadł, jej oczom ukazała się ogromna góra z rudego kamienia. Pionowe żłobienia biegły wzwyż, ginąc gdzieś bardzo wysoko. Wiera patrzyła na to z zachwytem.

Nie byłam pewna, czy bohaterka była wtedy na pustyni, przy wodociągach? Dość nagle pojawia się ten fragment i nieco się pogubiłam.

 

Dalsza część mnie niestety rozczarowała – może dlaczego, że początek uderzał w tony postapo/sci-fi i czegoś takiego się jednak spodziewałam?

Mamy przepowiednię i wybraną, ale dlaczego Wiera? Kim jest dziewczynka? Czemu Wiera akurat ją spotyka? Czemu kilka minut zanim zapadanie ciemność (co swoją drogą dla mnie jest mało logiczne, bohaterka jakby chciała się ewakuować to raczej zrobiłaby to wcześniej?). Zabrakło mi też wyjaśnienia tych kwesti, za dużo jak dla mnie zostało niedopowiedziane.

Kliklam do bliblio, bo napisane dobrze, choć mi samej nie do końca się podobało.

W całości bardzo ładne. Świetnie oddany klimat beznadziei i schyłku.

Zabawny jest ten fragment dialogu:

– O czym ty mówisz?!

– Wiesz, proroctwo musi być enigmatyczne.

Myślałam, że to dalej to pójdzie w kierunku parodii.

 

Jest kilka punktów, których chciałbym się czepić:

Pierwszy dialog w barze – gość z pogardą pyta bohaterki “po co tu siedzisz?” – A on? Też został, jakie ma wie prawo tak mówić?

Już ponad połowa Planety ginęła w ciemnościach.

Nijak nie potrafię tego zrozumieć. Gwiazda zwykle oświetla dokładnie połowę planety – chyba że jest bardzo blisko, ale to chyba nie ten przypadek, bo dalej czytamy że jest “coraz bardziej odległe i zimne”.

Nagle góra zadrżała i poruszyła się. Oderwała kamienną rękę, którą chwyciła Wierę

Odrywanie ręki trochę mnie zaskoczyło, niezbyt fortunnie użyte wyrażenie.

 

Oczywiście mnie, jako fizyka, dręczy zagadka śmierci tego świata. Nie wiem, czy gwiazda gaśnie, czy się oddala i dlaczego dzieje się to tak szybko? Rozumiem jednak, że zarówno dla czytelników, jak i dla samej fabuły, nie ma to żadnego znaczenia.

 

Na szczęście, po niezbyt udanej ekspozycji, opowiadanie nabiera płynności. Bardzo spodobała mi się scena proroctwa (ale ta ręka) i mechanika świata, którą w nim szkicujesz. Bohaterkę bardzo uwiarygadniasz poprzez opis jej pracy – nie do końca jednak rozumiem dlaczego zdecydowała się pozostać na planecie. 

No i na koniec mamy bardzo ładną scenę z zanikającą grawitacją, która… 

 (uwaga, włączam tryb FIZYK)

została niestety zepsuta zwrotem:

poczuła, jak Planeta na zawsze traci swój ciężar

– Planeta jakimś cudem mogła stracić swoją masę w wyniku czego Wiera straciłaby swój ciężar.

 

PS.

Atmosfery świątecznej za bardzo nie poczułem, chociaż rozumiem, że tekst nawiązuję do tamtych wydarzeń. I być może uchwyciłem tu jego największą wartość. Ukazuje mi (a może jeszcze komuś), że opowiadanie o narodzinach Chrystusa nie na w sobie “świątecznej atmosfery”.

Prezenty za to były udane.

Jeśli komuś się wydaje, że mnie tu nie ma, to spieszę powiadomić, że mu się wydaje.

Na parafrazę zwiastowania nie wpadłam, dopiero mignęło mi przy scrollowaniu komentarzy – ciekawy trop.

Całość ładna, nastrojowa i pal diabli, czy przy gasnącej gwieździe jest szansa na nowy początek, bo ten tekst nastrojem stoi, a nie fabułą.

Zastanawia mnie, czy imię dziewczynki jest celowe? To imię występujące w starożytności na terenach Palestyny, ponieważ popularne wśród hellenistycznych Greków, było parę takich królowych, była też później oczywiście ukochana Tytusa. Niemniej istotniejsze jest to, że to jest imię będące fonetycznym zniekształceniem Ferenike – niosąca zwycięstwo – a to z kolei stoi u podstaw Weroniki (etymologia z “prawdziwym obrazem”, jakieś pokrętne vera icon, jest sztuczna).

 

Co do technikaliów: zrobiłabym coś z “oderwaniem ręki” – może po prostu ją uniósł?

http://altronapoleone.home.blog

Shanti

Niedomówienia miały być częścią konwencji, bardziej budowania pewnego nastroju niż konkretnej fabuły. Kim jest dziewczynka? Tego nie wiadomo, wie tylko archanioł :)

Dzięki za komentarz!

 

Sabina Anto

Parodia to nie moje klimaty, więc wolałam zakończyć bezpieczną melancholią i przygnębieniem z iskrą Bożonarodzeniowej nadziei :)

Dziękuję za odwiedziny.

I pozdrawiam!

Gruszel

Fajna synchroniczna fotografia :)

fizyk

Generalnie z uwagami to ja się zgadzam. Zastanawiałam się, co może być przyczyną oziębiania planety i ubywania światła i jedyne do czego doszłam – to oddalanie się. Zdaję sobie sprawę, że to mało, no mało ambitne i do tego budzi słuszne wątpliwości…

Jednak co do ‘planeta straciła swój ciężar’ – masa i ciężar w języku potocznym to synonimy i tak należy to, bez precyzji, czytać. Zresztą, tu idę w kierunku metafory, bo planeta i życie nie przytłaczają masą (to by było dziwne), ale ciężarem.

Dlaczego bohaterka została?

Chciałam pokazać jakąś uniwersalną sytuację, bo i my możemy zapytać: dlaczego nie wszyscy uciekają z Ukrainy? Przecież jest wojna.

Cieszę się, że mimo dyletanctwa w sprawie ucieczki planety, to niektóre motywy nie były złe.

Pozdrawiam!

 

 

drakaina

Miło mi, że klimat Ci się spodobał (fabuła jest szczątkowa). Imię Bereniki nie jest oczywiście przypadkowe, chociaż nie zdawałam sobie sprawy, że to ferein nike – dzięki za to dopowiedzenie.

Rękę archanioła poprawiłam.

Pozdrawiam!

Miło mi, że mogłam być pomocna.

 

A szczątkowość fabuły jest ostatnią rzeczą, jaka mogłaby mi przeszkadzać, jeśli jest pomysł i nastrój :)

http://altronapoleone.home.blog

Nastrojowe, bez dwóch zdań. Oddałaś tę schyłkową atmosferę i towarzyszące jej poczucie beznadziei. Sięgnęłaś po znany rekwizyt – zalewanie robaka w barze – ale mi to nie przeszkadzało.

Po przejrzeniu komentarzy nawiązanie do biblijnego zwiastowania wydaje się oczywiste, sam nie wiem, czemu nie wpadłem na to podczas lektury. Miałem wrażenie, za archanioł plącze rejestry podczas rozmowy z Wierą, ale, zważywszy na to, że mógł być halucynacją albo potężną istotą, wiedzącą najlepiej, jak zwracać się do danego odbiorcy, wydaje mi się to ciekawym zabiegiem – miks skrojony specjalnie pod rozmówcę.

Zakończenie, mimo wszystko, podnoszące na duchu.

Udany tekst, podobało mi się.

Pozdrawiam!

Chalbarczyk!

 

Ciekawy, oniryczny tekst, chociaż chyba troszkę zbyt oniryczny jak na mój gust. Czytało się całkiem okej, chociaż ostatecznie zostawiłaś mnie nieco zagubionego. Ale hej, to mój odbiór, widzę, że innym podeszło znacznie bardziej! :D

No, ale niestety trochę mało świąt – czaję nawiązanie do odnowienia nadziei pod postacią tej dziewczynki, ale jakoś tak, hmm…

W każdym razie!

Pozdrawiam ^^

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Adam_c4

Miło mi czytać taki życzliwy komentarz i że archanioł nie wypadł źle :)

 

Barbarian

Chciałam, aby każdy wczuł się w nadzieję i nowe życie bohaterki, które dostaje ona zgodnie z proroctwem na końcu (co miało być świątecznym motywem), ale rozumiem, że nie dla wszystkich to było takie radosne :)

Dzięki za komentarz!

 

Przeczytałem, ale dwie rzeczy mnie wytrąciły i skłaniały ku wyłączeniu.

 

Pierwsza rzecz, to pojawienie się na Planecie. Po wstępie, bohaterka zaczyna akcję. Myślałem, że jest jedną z uciekinierek na innej planecie:

 

Miasto pustoszało coraz bardziej. Ci, którzy mieli w sobie tyle energii, aby zaczynać życie od nowa, decydowali się opuścić Planetę na jednym z wahadłowców, które kurs brały na dalekie systemy planetarne, a o których mówiono, że to światy przyszłości. Tutaj wszystko było przeszłością. Porzucone domy, starzy ludzie i jej wspomnienia.

[mamy zapowiedź ucieczki, dynamika wskazuje na ten kierunek akcji. Lecimy dalej z tekstem. Nagle urywa się wstęp i od detalu rozpoczyna się działanie.]

Wiera zapięła kombinezon, założyła gogle i wyszła na zewnątrz stacji Wodociągów. Pustynia ciągnęła się aż po pasmo dalekich gór, których podnóża ginęły już w ciemnościach. Rozpoczęła wspinaczkę na rusztowanie. Bezmyślnie stawiała na metalowych stopniach prawą stopę, lewą rękę, podciągała lewą stopę, byle wyżej. Studnia pracowała z cichym brzęczeniem. Otworzyła skrzynkę i sprawdziła parametry. Wiera była zadowolona ze swojej pracy, bo nie musiała myśleć. Wszelkie myśli zostawiała na dole i szła w górę lekka i wolna. Nie lubiła schodzić. Przeszłość połykała ją, gdy tylko dotknęła stopą ziemi.

Nadal nie wiemy, czy jest na Ziemi, czy na nowej Planecie (Przyznam, że nie wiem w końcu gdzie toczy się akcja). Pojawia się fragment, od którego staje się to jasne, ale bardzo niejednoznacznie. Domyśliłem się, że skoro prezentowany jest klasyczny kawałek działań, bardzo przyziemny, to mowa będzie o powrocie na starą planetę. Jednak dopiero tutaj to zrozumiałem i to wcale nie jest 100% dowodu.

Sąsiadka wystawiła na chodnik przed domem choinkę, oplecioną sznurem czerwonych światełek.

Nie wiem, czy takie prowadzenie tekstu było zamierzone. Wydaje mi się, że nie. Kiedy już uznałem, że wiem gdzie jesteśmy, zacząłem czytać dalej i nagle po prezentacji świata post-apo, pojawia się postać Archanioła. Czyli w jeden klimat, który jeszcze nie został w pełni ograny, weszła moc nadnaturalna. Cały koncept wydaje się ciekawy:

Powrót po latach na opuszczoną planetę z Kolonii (czyli trochę Zajdel), zastanie tam zmienionego życia (ale jednak coś nadal tam się dzieje, jak u Babuszek w Zonie), trafiamy na historię Biblijną (gwiazda, narodziny etc.).

 

Moim zdaniem to opowiadanie jest bardziej fragmentem czegoś większego, niż odrębnym dziełem. Więcej otwiera niż zamyka. Sama koncepcja jest może ciekawa, ale też niekoniecznie odkrywcza (SF wjeżdżające w tematykę świąteczną można znać choćby z parodii Terminatora). Sprawdziłoby się w dłuższym dziele w stylu post-apo.

Pisałem... odkąd-jeszcze-zanim-byłem-w-planach-pamiętam.

Vacter

Nie dam głowy uciąć, że w całości zrozumiałam Twój komentarz, ale spróbuję odpowiedzieć. Rozumiem, że w tekście szukasz wskazówek, gdzie (konkretnie) dzieje się akcja. Nie ma to najmniejszego znaczenia. Jest to jedna z planet zamieszkiwana przez ludzi, którzy uczynili z niej swój dom. Nie przypadkiem pojawia się nazwa po prostu ‘Planeta’.

Zrozumiałam też, że oczekiwałeś klasycznej post-apo, z wartką akcją, jakąś ucieczką, współrzędnymi, brutalną jatką, może z silnymi bohaterami i twistem na końcu. Ale to nie moje klimaty.

Jest to po prostu parafraza zwiastowania i Bożego Narodzenia, które dzieją się w rzeczywistości Wszechświata, nieograniczonego jedynie do Ziemi. A w tych zdarzeniach przeplata się to co naturalne z tym, co ponadnaturalne – co próbowałam pokazać.

 

Moim zdaniem to opowiadanie jest bardziej fragmentem czegoś większego, niż odrębnym dziełem.

 

Nie jest to fragment, oczywiście, bo mamy jakąś tragedię w życiu bohaterki, możliwość ucieczki (ale ucieczka niczego nie rozwiąże), zwiastowanie i nowy start. Nie wiem, co można byłoby dalej na ten temat pisać :)

Zastanawiam się, czy opowiadanie by zyskało, jakby było mniej niedopowiedzeń, a wszystko toczyłoby się bardziej naturalnie… Ciężko mi stwierdzić.

Dzięki za ciekawą recenzję i pozdrawiam!

Hej!

Ciekawe połączenie kosmicznego (planetarnego?) sci-fi z opowieścią świąteczną. Bardzo podobał mi się klimat, ładne też niektóre sformułowania (urzekła mnie połykająca przeszłość przy wchodzeniu na drabinę). W tekście jest dużo niedomówień i po ukończeniu stwierdzam, że troszkę mi to jednak przeszkadzało (nie rozumiem, skąd akurat ta dziewczynka i dlaczego, rozumiem, że dziecko, to nadzieja, ale nic nie zwiastowało akurat tej dziewczynki – pomijam proroctwo archanioła, bo pod nie można podciągnąć wieeele rzeczy). Gdyby chociaż było wspomniane, że brakowało jej dziecka, ale ja odebrałam, że brakowało jej partnera. Tak czy siak, tekst ciekawy.

Pozdrawiam!

avei

Dzięki za komentarz, cieszę się, że świąteczny klimat mimo wszystko trochę wybrzmiał.

I pozdrawiam!

Mocno (pesy)mistycz­ny tekst, też bym wolał wię­cej nadziei w opowiadaniach świątecznych, ale ogolnie przyjemnie się czytało

To chyba nostalgia, jedna wielka tęsknota za tamtymi czasami, tamtą modą, muzyką, stylem, życiem...

No, klimacik jest bardzo fajny. Pesymistycznym tekstu bym tak do końca nie nazwała, bo w sumie pojawia się mała zbawicielka, a przynajmniej tak zrozumiałam Twoją opowieść. Zastanawiam się, co spowodowało, że Słońce wyraźnie zmalało, czyżby Ziemia wypadła ze swojego miejsca i oddala się od Słońca?

Podobało mi się :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Hej, hej, hej!

Dziękuję Ci, Chalbarczyk, za udział w krokusie!

Poniższy komentarz jest pisany jeszcze przed wstawieniem obrazka jurorsko-konkursowego :)

Oj, muszę przyznać, że chyba nie zrozumiałem. Przyzwyczaiłaś, że zawierasz w tekstach wiele symboliki, ale tutaj chyba zbyt dużo zostawiłaś u siebie w głowie. Kim jest dziewczynka i kim w tym wszystkim jest Wiera? Czy potrzebowała kogoś, kim mogłaby się opiekować i stąd poczuła się wolna, wyzwolona od grawitacji, która ją uziemiała? Czy teraz poleci na inną planetę?

Trochę rozjechało się też w klimacie. Jest ciężko, po czym nagle jest spotkanie z archaniołem, który… jest w sumie zabawny – tak odczytuję jego sposób wyrażania się.

Warstwa Science jest potraktowana po łebkach i w sumie niewiele wiadomo o tym, co dzieje się z planetą. Umiera, ale trudno orzec jak i dlaczego.

Żałuję, że nie wykorzystałaś pełniej limitu – mogłabyś znacznie więcej wyjaśnić.

Natomiast technicznie jest napisane bardzo ładnie, nie potykałem się przy czytaniu.

Pozdrówka!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Nowa Fantastyka