- Opowiadanie: krzkot1988 - Lento con gran espressione

Lento con gran espressione

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Lento con gran espressione

Franciszek handlował pianinami, głównie pochodzącymi ze znamienitej poznańskiej fabryki pana Antoniego Gryglasa. Do niedawna sam terminował w rzeczonej fabryce. Traf chciał jednak, że szczerze zaprzyjaźnił się z synem pana Antoniego, Henrykiem. Gdy subiekt ich firmowego sklepu przy prestiżowej ulicy św. Marcina niedawno zmarł, Gryglasowie zaoferowali Franciszkowi bilet do lepszego życia. Tak został właścicielem salonu z pianinami. W wieku lat dwudziestu miał więc pewną pracę, która przynosiła mu wiele satysfakcji i solidny dochód, oraz niewielkie mieszkanko, znajdujące się na piętrze nad sklepem. Czegóż chcieć więcej?

 

Rozległ się dźwięk mosiężnego dzwonka, poruszonego przez otwierane drzwi.

Guten Tag, Fräulein. Wie kann ich Ihnen helfen? – Franciszek zawsze witał klientów po niemiecku. Niestety, Polacy, którzy mogli sobie pozwolić na zakup instrumentu, stanowili rzadkość.

– Dzień dobry – odparła nieco skrępowana nieznajoma, uwalniając dłonie ze skórzanych rękawiczek. – Jeżeli to dla pana nie kłopot, wolę po polsku. Meine Mutter jest Polką, ale rzadko mam okazję poćwiczyć wymowę w domu.

Panienka rzeczywiście wypowiadała słowa z dość ciężkim akcentem, ale Franciszek nie miał problemów ze zrozumieniem jej. Nie miał też najmniejszych wątpliwości, że dziewczyna była młodą arystokratką, w wieku około lat siedemnastu. Krucha, delikatna blondynka z nienaturalnie bladą cerą. Wyglądała niczym wycięta z portretu w pałacowej galerii. Miała na sobie prostą białą sukienkę i kapelusz ze wstążką. Klientka od razu spodobała się Franciszkowi, choć przesadnie szczupła budowa ciała i niemal biała cera nadawały jej nieco niezdrowego wyglądu.

– Oczywiście, panienko. – Franciszek otrząsnął się z rozmyślań. – Służę pomocą. Szuka panienka czegoś konkretnego?

– Wraz z rodzicami przeprowadziliśmy się niedawno z Poczdamu – odparła, gładząc delikatnie dłonią jedno z pianin. – Niestety, mój instrument nie przetrwał trudów podróży.

Uśmiechnęła się smutno. Jednak, w miarę jak pochłaniała wzrokiem salon, w jej oczach zapalały się iskry radości i podniecenia.

– Polecono mi właśnie pana – dodała już bardziej zdecydowanie.

– Jestem zaszczycony. – Subiekt skromnie skłonił głowę. – Ale rzeczywiście, muszę przyznać, że dysponuję najlepszym wyborem w mieście.

– W takim razie, zdam się na pana fachową opinię.

Dziewczyna tanecznym krokiem dotarła do kontuaru, jak gdyby w pomieszczeniu już ktoś grał walca, i oparła łokcie na dębowym blacie.

– Bo wie pan, ja wprost uwielbiam muzykę. Nie mogę bez niej żyć! – oznajmiła klientka z entuzjazmem.

– Nie sposób nie zauważyć – odparł sprzedawca z uśmiechem. – Koncertuje panienka?

– Broń Boże! – wykrzyknęła, zasłaniając dłonią usta. – Prędzej zdecydowałabym się paradować nago przed cesarzem Wilhelmem, niż grać przed tłumem nieznanych mi ludzi. Ale Mutter mówi, że mam doskonałą technikę.

– Chyba wiem, czego panience trzeba. – Wyszedł zza kontuaru i gestem zaprosił dziewczynę, by podążyła za nim w głąb pomieszczenia.

Sprzedawca wskazał ustawiony pod jedną ze ścian instrument, lśniący intensywną czerwienią lakierowanego mahoniu.

– To jeden z moich najlepszych egzemplarzy – powiedział. – Piękny i wyróżniający się z zewnątrz, wewnątrz zaś obdarzony niezwykłą ekspresją dźwięku. Może panienka wydobyć z niego najcichszy szept wiatru, albo zastąpić całą orkiestrę. Proszę spróbować.

Franciszek odsunął dla arystokratki pokryty pikowaną skórą taboret.

– Proszę grać, ile dusza zapragnie. Jeżeli się panience nie spodoba, obejrzymy inne instrumenty. Coś mi jednak mówi, że to ten jedyny.

Subiekt uśmiechnął się, skłonił nieznacznie głowę i dyskretnie wycofał za kontuar. Dziewczyna jednak zdawała się nie słyszeć jego słów. Zdjęła kapelusz i przesunęła dłonią po pokrywie klawiatury, jakby zapoznawała się z nowym wierzchowcem. Uniosła klapę i przez chwilę wpatrywała się w zachwycie w czarno-biały pejzaż z drewna i kości słoniowej. Gdy uniosła dłonie, Franciszek dostrzegł, że lekko drżą. Czy to z obawy, czy podekscytowania, chłopak nie był w stanie stwierdzić.

Z pianina popłynęły pierwsze dźwięki, które sprawiły, że subiekt natychmiast oderwał się od wertowania ksiąg rachunkowych i skupił uwagę wyłącznie na muzyce. Spodziewał się Mozarta, Beethovena, może Straussa. Dziewczyna wybrała jednak Chopina.

Salon wypełniły ciche, ledwie dosłyszalne początkowe akordy nokturnu cis-moll. Choć Franciszek sam nie był uzdolnionym pianistą, słyszał w życiu dostatecznie wiele recitali, by rozpoznać prawdziwe mistrzostwo. A delikatna artykulacja tej pierwszej frazy nokturnu była właśnie tym.

Mimo że rozpoczynające melodię gis nie było zagrane z wielką siłą, przeszyło powietrze niczym strzała i utkwiło prosto w sercu Franciszka. Następujący po nim tryl na fis dziewczyna zagrała z taką szybkością, że jej palce zlały się w jedno, a instrument z trudem nadążał z podbiciem klawiszy. Subiekt stracił poczucie upływającego czasu, odpływając w piękną fantazję. Dziewczyna, muzyka, gwiaździsta noc, pocałunek…

Nie zauważył nawet, kiedy pianino ucichło. Otworzył oczy. Kobieta wpatrywała się w niego z cieniem uśmiechu i lekko zaróżowionymi policzkami.

– Dam panu tysiąc marek, jeśli pan powie, gdzie wędrował myślami.

Tym razem, to twarz Franciszka zabarwiła się purpurą.

– Przepraszam najmocniej, panienko – wydusił. – Zasłuchałem się. Przepięknie panienka gra. Naprawdę uważam, że powinna panienka rozważyć występy przed publicznością.

Dziewczyna wstała i powoli podeszła do kontuaru.

– Pan może być moją publicznością – odezwała się, uśmiechając się niewinnie. – I proszę mi mówić Gerda. Gerda von Arnim. A pan ma jakieś imię?

– Franciszek – odparł, nieco skołowany bezpośredniością dziewczyny. – Ale wszyscy wołają na mnie Franz.

– Niestety, Franz, nie kupię dziś tego instrumentu, mimo iż rzeczywiście jest wspaniały. – Gerda cofnęła się o kilka kroków, a kąciki jej ust powędrowały w dół.

– Rozumiem. – Franciszek nieraz już znajdował się w podobnej sytuacji. Niecodzienne zachowanie dziewczyny nagle nabrało sensu. – Nie stać panienki na instrument i chcesz ćwiczyć tu, w sklepie? Spokojnie, nie mam nic przeciwko.

Twarz Gerdy natychmiast zapłonęła ogniem.

– To nie tak! – zaprzeczyła, gwałtownie wymachując rękoma. – Mam pieniądze. Po prostu muszę jeszcze wypróbować inne. To w końcu duży wydatek!

– W takim razie, może zaproponuję… – zaczął Franz, odwracając się w kierunku importowanych pianin włoskich.

– Dziś już niestety nie mam czasu. Do zobaczenia, Franz!

Gdy Franciszek spojrzał ponownie w kierunku drzwi, zobaczył jedynie kołyszący się delikatnie dzwonek, przymocowany do framugi. Pokręcił nieznacznie głową i powrócił do ksiąg rachunkowych.

 

***

 

Gerda pojawiała się od tej pory w salonie często, choć nieregularnie. Czasem przesiadywała w sklepie całe dnie, czasem znikała na niemal tydzień, doprowadzając tym Franza do szału. Było to jednak szaleństwo pasji i miłości. Od tej pierwszej wizyty wiedział bowiem, że nie spotka w swoim życiu drugiej takiej kobiety. Oczywiście nigdy nie dawał jej do zrozumienia, jakie żywi wobec niej uczucia. Cóż on, biedny sklepikarz, wywodzący się z jeszcze biedniejszej rodziny, mógł zaoferować pruskiej dziedziczce. Jedynie wstyd i hańbę.

– Zawsze marzyłam, by przejechać się samochodem – mówiła właśnie Gerda, siedząc za klawiaturą austriackiego fortepianu marki Bösendorfer. – Tatko prowadził niedawno nowego forda, z Ameryki!

– Sam nie wiem – odparł z powątpiewaniem Franz, przypatrując się młoteczkowemu mechanizmowi instrumentu, w poszukiwaniu struny wydającej fałszywy dźwięk. – Ja chyba najlepiej czuję się na własnych nogach.

– Nie ma w tobie krzty ducha przygody, Franz – naburmuszyła się dziewczyna, posłusznie naciskając po kolei na basowe klawisze. – Z takim podejściem nigdy nie opuścisz tego sklepu.

Franciszek przerwał pracę i spojrzał na młodą arystokratkę z zaciekawieniem.

– A skąd pomysł, że w ogóle chcę opuścić ten sklep?

Zawahała się na moment. Kilkukrotnie otworzyła usta, nie mogąc znaleźć właściwych słów. W końcu spuściła wzrok i szepnęła cicho:

– Bo ja już nie będę go odwiedzać.

– Jak to? Czemu? – Franz poczuł, jak grunt usuwa mu się pod stopami, jakby nagle znalazł się na brzegu sztormowego morza.

– Rodzice mają już serdecznie dość mojego niezdecydowania. – Gerda podniosła wzrok i uśmiechnęła się przepraszająco. – Kazali mi kupić w końcu jakiś instrument, albo więcej nie wracać do tematu.

– I… wybrałaś już jakiś? – spytał chłopak, choć słowa z trudem przechodziły przez ściśnięte gardło.

– Myślę, że zdecyduję się na tego mahoniowego Gryglasa – odparła, wskazując pierwsze pianino, na którym grała w jego sklepie. – Mam do niego… sentyment.

– Cóż, przygotuję zatem dokumenty – powiedział cicho i ruszył w kierunku zaplecza.

Nie znosząca sprzeciwu dłoń chwyciła klapę jego kamizelki i mocno pociągnęła ku dołowi. Ich wargi zetknęły się, z początku niepewnie, potem coraz śmielej poszukując drogi do wnętrza ust. Krew w głowie Franciszka huczała niczym wodospad, a świat zaczął się kręcić z szaleńczą prędkością. Zamknął więc oczy i poddał się uczuciu, które próbował zdławić przez wiele tygodni.

– Widzisz? – powiedziała cicho Gerda, gdy rozdzielili się by złapać oddech. – Trochę odwagi może wiele zmienić.

Jej pierś unosiła się i opadała w tempie allegro. Franciszek zamknął dłonie Gerdy w swoich i spojrzał dziewczynie w oczy.

– Kocham cię, Gerdo. Ale nie możesz być z kimś takim, jak ja. Musimy skończyć to, nim będzie za późno.

Po policzku dziewczyny spłynęła łza, ale w oczach widać było wyłącznie zdecydowanie i upór.

– Nie wiesz jeszcze, na co mnie stać, kiedy mi na czymś zależy – odparła, śmiejąc się przez łzy. – Moi rodzice też nie. Wrócę za kilka dni, albo z ich błogosławieństwem, albo z walizką.

 

***

 

Niemal pół roku później, pewnego kwietniowego, deszczowego wieczora Franciszek szykował się do zamknięcia sklepu, gdy do środka, niczym tropikalny tajfun, wpadła Gerda. Była tak blada, że Franz z początku nie był pewien czy to człowiek, czy zjawa. Ściekająca z przemoczonej dziewczyny woda przekonała go jednak, że ma przed sobą materialną postać, nie przywidzenie.

– Gerda… Wróciłaś. Co się z tobą działo? – wyjąkał równie pobladły subiekt.

Nie odpowiedziała, wpatrując się w niego intensywnie jasnoniebieskimi oczyma. Było w tym spojrzeniu coś drapieżnego. Pożądanie, głód. Podeszła do kontuaru i szybkim ruchem chwyciła oburącz głowę Franciszka, przyciągając go do siebie. Jej usta były nieprzyjemnie zimne, lecz Franz nie zwracał na to uwagi.

– Tęskniłam, kochany – szepnęła Gerda, gdy ich wargi w końcu się rozdzieliły.

– Ja także, nawet nie wiesz jak bardzo – odparł. – Jesteś cała mokra i zziębnięta. Usiądź, przyniosę koce i zaparzę herbatę.

Po kilku minutach wrócił z wełnianym pledem i gorącym napojem. Gerda siedziała przed jednym z pianin i wpatrywała się w klawiaturę.

– Gerda, co się dzieje? Proszę, powiedz mi.

Franz ujął w ramiona dziewczynę, która skryła twarz w dłoniach. Po policzkach ściekały jej łzy, ale w oczach czaiła się wściekłość. Dopiero po kilku chwilach zdołała się opanować.

– Przepraszam – szepnęła, tuląc się do jego piersi. – Nie jestem sobą.

– Co się dzieje? – powtórzył Franciszek.

– Zdarzył się wypadek – odparła, nie podnosząc wzroku. – Vater kupił automobil. Chciałam tylko zobaczyć, jak działa. To nic złego, prawda? Ale moja siostra… Uparła się, żeby iść ze mną. Moja bliźniaczka. Zawsze była tam, gdzie ja, choć schowana w cieniu… A teraz jej nie ma. Zabiłam ją, Franz. Zabiłam ją.

– Co ty mówisz? – Franciszek w końcu oderwał ją od siebie i spojrzał w oczy. – To był wypadek. Nie ma w tym żadnej twojej winy. Tobie nic się nie stało?

Uśmiechnęła się smutno.

– Kilka złamań i stłuczeń. Nic, czego nie naprawiłoby kilka tygodni w łóżku. Gdy tylko lekarze mi pozwolili, przybiegłam prosto do ciebie. Musiałam cię zobaczyć. Tak bardzo cię potrzebuję.

– Nie martw się, jestem przy tobie. – Ponownie objął Gerdę i pogładził po jasnych włosach. – Już nikt nas nigdy nie rozdzieli. Pobierzmy się.

– Mówisz poważnie? – Tym razem to ona wysunęła się z jego ramion. – Nie śmiałam o tym marzyć, po tym jak przepadłam bez wieści. Spodziewałam się, że zapomnisz o mnie.

– Nigdy!

– W czasie rekonwalescencji rozmawiałam o nas z rodzicami. Nie zamierzają stać na drodze naszego szczęścia.

– W takim razie, po co zwlekać? – rzekł oszołomiony Franz. – Pobierzmy się jak najszybciej!

Ponownie zjednoczyli się w pocałunku. Pomimo emocji i ciepła panującego w salonie, usta Gerdy były wciąż zimne.

 

***

 

Zorganizowany naprędce ślub odbył się w cichej kaplicy, położonej na wzgórzu, nieopodal posiadłości rodu von Arnim. Franza zdziwiła nieco niewielka liczba gości. Uroczystość była jednak nagła i niespodziewana, więc przybyć mogła tylko rodzina z najbliższych okolic. Frau von Arnim co chwilę posyłała dziwne spojrzenia w kierunku Franza. Być może rodzinna tragedia nie zlikwidowała całkowicie ich uprzedzeń w stosunku do mezaliansu córki. Podczas weselnej kolacji Gerda nie przełknęła ani kęsa, tłumacząc się silnymi emocjami i obiecując, że zje coś później, gdy goście już wyjdą.

Dopiero gdy zostali sami, Franciszek mógł się nieco odprężyć. Powoli docierała do niego świadomość, że są teraz mężem i żoną. Po drodze do sypialni, w głowie Franza kotłowały się myśli o ich wspólnej przyszłości, a także o bardziej bezpośrednich implikacjach rozpoczęcia małżeńskiego życia.

Gerda przeszła za parawan by się przebrać, a chłopak poczuł nagłe uderzenie gorąca. Gdy dziewczyna wyłoniła się z powrotem, miała na sobie jedynie półprzezroczystą, jedwabną koszulę. Zdecydowanie nie był to tradycyjny nocny strój pobożnej katoliczki. Gerda nie wyglądała jednak w najmniejszym stopniu na zakłopotaną. Powoli podeszła do łóżka, a jej szczupłe biodra kołysały się w hipnotyzującym rytmie. Bez słów zaprosiła chłopaka, by do niej dołączył. Otumaniony podnieceniem Franz pozwolił usadzić się na posłaniu. Palce młodej kobiety po omacku szukały guzików koszuli, podczas gdy usta odbierały partnerowi oddech. Franciszek oddał się całkowicie we władanie jej i rozkoszy. Tam, gdzie Gerdzie brakowało doświadczenia, nadrabiała entuzjazmem.

Gdy miał już na sobie wyłącznie bieliznę, dziewczyna dała mu sygnał, by położył się w łóżku, po czym zgasiła jedyną oświetlającą pokój lampę. W nikłym blasku księżyca dostrzegł sylwetkę Gerdy, z której spływała ta odrobina materii, która jeszcze skrywała jej nagość. Stanęła u stóp łoża i powoli wślizgnęła się pod kołdrę. Franciszek wzdrygnął się lekko, gdy chłodne palce dotknęły jego uda. Zmusił się jednak do odprężenia. Gdy dłoń Gerdy powędrowała do jego męskości, Franz odpłynął na nieznane mu wcześniej wody. Nigdy nie sądził, że dotyk może sprawić taką przyjemność.

Zarys twarzy kochanki wychylił się spod kołdry tuż obok niego. Nie przerywając pieszczot, zaczęła obsypywać go pocałunkami. Ośmielony Franciszek począł szukać rękoma piersi dziewczyny. Zachęcony jękiem rozkoszy, jaki wydała z siebie Gerda, zaczął działać z większą werwą. Spenetrował językiem jej usta. Kochanka co jakiś czas przygryzała jego język, co Franciszek starał się ignorować, by nie zrujnować nastroju. W pewnym momencie jednak poczuł tak silne ugryzienie, że do oczu napłynęły mu łzy, a zmysły zalał smak krwi.

Franz zerwał się gwałtownie z posłania, odtrącając na bok dziewczynę.

– Przepraszam – powiedział, wziąwszy kilka głębszych oddechów. – To bolało i zaskoczyłaś mnie. Musisz bardziej uważać. Może lepiej, jeśli zapalimy nieco światła.

Po kilku próbach udało mu się wymacać włącznik lampy. Ułamek sekundy później Franciszek bardzo tego żałował. Z drugiej strony łóżka spoglądała na niego bowiem maszkara, jakiej nie wyśniłby w najgorszych koszmarach sam Edgar Poe. Potwór posiadał bez wątpienia ludzki szkielet, jednak cała lewa połowa jego tułowia oraz większość twarzy zostały wygryzione przez nieznanego padlinożercę, a rany roiły się od rozmaitych larw i pędraków. Reszta składała się z zakrwawionych zlepków zgniłego mięsa. Jedynym co łączyło tę abominację z Gerdą były resztki jasnych włosów i błękitne oczy.

Franz nie był w stanie poruszyć się, ani otworzyć ust. Wpatrywał się więc biernie w kroczące w jego stronę monstrum.

– Pora skonsumować nasz związek, kochanie – powiedziała obrzydliwa strzyga słodkim głosikiem, starając się sparodiować i zbezcześcić wszystko to, co było w Gerdzie dobre i piękne.

Myśl, że to coś skrzywdziło jego ukochaną sprawiła, że Franciszek otrząsnął się z paraliżu i, podbiegłszy do wygaszonego kominka, chwycił żeliwny pogrzebacz. Celując nim w maszkarę niczym ze strzelby, powoli kierował się do wyjścia. Ciało Gerdy zwolniło kroku, lecz wciąż zbliżało się z okrutnym grymasem na zachowanej części twarzy.

Franz zaczął wołać o pomoc. Gdy jego nagie plecy dotknęły zimnego metalu klamki, drzwi otworzyły się, prawie przyprawiając go o atak serca. Franciszek z trudem odzyskał równowagę i kątem oka dostrzegł stojącego po drugiej stronie hrabiego von Arnim.

– Proszę uciekać i wezwać pomoc! Pana córka nie jest tym, czym się wydaje – powiedział Franz nie odwracając wzroku od stwora.

Mężczyzna nie odpowiedział ani nie poruszył się. Franciszek zaryzykował więc kolejne spojrzenie. Ostatnie co zobaczył, to uchwyt bogato zdobionej hebanowej laski, zbliżający się do jego skroni.

 

***

 

Obudził się na drewnianym stole, w pomieszczeniu oświetlonym pojedynczą żarówką. Obecna w powietrzu wilgoć wskazywała na piwnicę. Kończyny miał skrępowane powrozem i przywiązane do mebla. Ktoś litościwie założył mu spodnie. Dopiero gdy jego wzrok przyzwyczaił się do wiszącego nad głową źródła jasnego światła, dostrzegł stojące w półcieniu małżeństwo von Arnim. Obserwowali go. Nagle wiedział już, co kryło się w spojrzeniach, które posyłali mu przez cały dzień. Nie była to niechęć, a przestroga.

– Naprawdę, bardzo nam przykro – odezwała się hrabina. – Kiedyś zrozumie pan… Nie, chyba nie będzie miał pan okazji… Zrozumiałby pan, że miłość do własnego dziecka nie zna żadnych praw i granic. Matka gotowa jest zrobić wszystko, co będzie konieczne dla jego przetrwania.

– Nie było żadnego wypadku ani siostry bliźniaczki – domyślił się Franz, którego głos brzmiał jak rozstrojony fortepian. – Wszystko to jedna wielka pułapka.

Jego krótkoterminowi teściowie spojrzeli po sobie.

– Wręcz przeciwnie – odparł Herr von Arnim z ciężkim niemieckim akcentem. – Nie możemy dla pana wiele zrobić, ale możemy powiedzieć prawdę.

– Nasza kochana Gerda naprawdę zginęła przed kilkoma miesiącami w wypadku automobilu – kontynuowała jego małżonka. – Nigdy sobie tego nie wybaczymy. Nie mogliśmy z tym żyć. Nasze słońce zgasło… Powinniśmy podążyć jej śladem.

Głos hrabiny na moment załamał się, a mąż zaskakująco delikatnym gestem położył jej dłoń na ramieniu.

– Po wypadku, lekarz upierał się przy wykonaniu sekcji zwłok – kontynuowała po chwili. – Chciał ustalić, czemu Gerda nagle straciła kontrolę nad pojazdem. Nic nie wskazywało, że popełniła jakiś błąd. Jej ciało i tak było… w złym stanie. Dlatego zgodziliśmy się.

– Kiedy otworzyli jej zwłoki – przejął opowieść hrabia – w jamie brzusznej odnaleźli nierozwinięty płód. Początkowo doktor myślał, że była w ciąży, jednak wszelkie oznaki wskazywały, że zmarła jako dziewica. Lekarz wysnuł więc tezę, że był to pasożyt. Jej siostra bliźniaczka, wchłonięta na wczesnym etapie ciąży mojej żony.

– Tuż przed wypadkiem Gerda skarżyła się na bóle brzucha – dodała kobieta, nie mogąc dłużej powstrzymać łez. – Powiedziałam jej, że to na pewno nic takiego. Jaka ja byłam głupia! Płód już od kilku tygodni powodował wówczas zapalenie i krwotok. Według lekarza to on spowodował zasłabnięcie i wypadek.

– Wydawało się, że popełniliśmy już dość błędów – mówił dalej von Arnim słabym głosem –  ale najstraszniejsza pomyłka była dopiero przed nami. W swoim nieukojonym żalu zwróciliśmy się do bardziej… mrocznych metod.

Mężczyzna wskazał sąsiedni stół, na którym leżał opasły tom o pożółkłej obwolucie.

– W mojej rodzinie, jeszcze od czasów wypraw krzyżowych, przechowywana była księga zrabowana Arabom w Ziemi Świętej. Według legend, opisano tam dawno zapomniane rytuały, a jeden z nich podobno mógł posłużyć, by sprowadzić duszę zmarłego z powrotem do ciała. Byliśmy zaślepieni gniewem i smutkiem. Paktowalibyśmy z samym diabłem, gdyby obiecał zwrócić nam Gerdę.

Para wkroczyła w krąg światła i podeszła do Franza.

– Na początku myśleliśmy, że nic się nie wydarzyło – szepnął hrabia. – Żadna niespodzianka. Gdy jednak następnego ranka zeszliśmy na śniadanie, przy stole siedziała ona – nasza Gerda! Jakaż była nasza radość! W każdym razie do momentu, kiedy nie odnaleźliśmy naszej kucharki… A właściwie tego, co z niej pozostało. Zbudziliśmy coś strasznego, Franciszku. Sprowadziliśmy nie tę duszę, co trzeba.

– To jej siostra – wtrąciła Frau von Arnim drżącym głosem. – Pozbawiona szansy na życie stała się złośliwym duchem. Mściwym i wiecznie głodnym.

Kobieta odwróciła się do Franza plecami i rozpięła suknię, pozwalając jej spłynąć swobodnie z ramion.

– Boże Święty… – wyszeptał chłopak.

Plecy hrabiny były pulsującą masą poszarpanych mięśni. Wszędzie widoczne były ślady zębów. Jej małżonek uniósł jedynie nogawkę spodni, odsłaniając drewnianą protezę, zastępującą mu lewą nogę pod kolanem.

– Nas potraktowała łagodnie – powiedział mężczyzna.

– Ale po co jej ten cały spektakl? Udawanie Gerdy, ślub… Czemu po prostu nie zabiła mnie w moim sklepie?

– Wydaje mi się – zaczął von Arnim, nerwowo pocierając dłonie – że chce, by dusza naszej córeczki cierpiała. Chciała pana zdobyć, a potem zniszczyć. I obawiam się, że planuje długo delektować się zemstą.

– Musimy to powstrzymać – krzyknął Franz, szarpiąc swoje więzy. – Pomóżcie mi!

– Naprawdę nam przykro – odparła starsza kobieta, zapinając guziki sukni. – Ale to wciąż nasze jedyne dziecko. Nie możemy go skrzywdzić.

Hrabina ciężko wsparła się na ramieniu męża i wspólnie opuścili piwnicę, żegnani błaganiami Franciszka.

 

***

 

Wszechświat Franza skurczył się do rozmiarów niewielkiego kręgu światła, otaczającego jego łoże tortur. I to właśnie blask tego jedynego jasnego punktu w kosmosie podarował mu nadzieję. Nagły błysk, dostrzeżony kątem oka, pozwolił mu bowiem dostrzec niewielki chirurgiczny nóż, leżący tuż obok jego prawej dłoni. Widocznie hrabia nie był tak przekonany do słuszności ich czynów, jak jego małżonka.

Franciszek musiał mocno się wysilić, by dosięgnąć ostrza. Ostrożnie obrócił je w palcach i zaczął rozcinać kolejne włókna sznura. Gdy oswobodził ręce, pochylił się, by zająć się więzami wokół kostek. Zamarł jednak, słysząc za sobą rytmiczne szuranie.

Odwrócił się gwałtownie i stanął twarzą w twarz z potworem, zamieszkującym gnijące szczątki jego ukochanej. Odór kreatury był nie do zniesienia. Chłopak zamierzył się skalpelem na maszkarę, ale nie mógł zmusić się do zadania ciosu. Te oczy… Wciąż były oczami jego miłości.

– Wiedziałam, że nie ma w tobie ducha przygody – drażniła się z nim nienarodzona siostra Gerdy. – A teraz sprawdzimy, czy rzeczywiście jesteś taki słodki, jak myślała moja świętej pamięci bliźniaczka.

Franz nawet nie dostrzegł jej ruchu. Oprzytomniał dopiero, gdy jej zęby zamknęły się na jego przedramieniu. Wrzasnął z bólu i wypuścił nóż z ręki. Na jego oczach przegniłe fragmenty ciała stwora zaczęły pokrywać nowe mięśnie, ścięgna, tłuszcz, a w końcu skóra. Bestia kłapnęła zębami jeszcze raz, wyrywając spory fragment mięsa.

Bliźniaczka Gerdy przełknęła krwawy ochłap, po czym brutalnie pocałowała jęczącego z bólu Franciszka, pozostawiając w ustach smak jego własnej krwi. Stanęła nad nim naga i napawała się jego cierpieniem. Ciało Gerdy było piękne, wspanialsze nawet niż Franz wyobrażał sobie w sennych marzeniach. Jednak złowrogi grymas na jej pokrytej czerwienią twarzy nie pozostawiał wątpliwości, że Gerdy wewnątrz już nie było. W końcu dotarło to także do chłopaka, który zacisnął lewą rękę w pięść i grzmotnął z całej siły w szczękę swej ukochanej. Lekka i drobna postać poleciała daleko w tył i upadła na kamienną podłogę.

Kiedy oszołomiony potwór podnosił się na nogi, Franz zdołał ponownie chwycić skalpel i uwolnić nogi. Ziemska powłoka Gerdy powstała i z wściekłością zaszarżowała na przeciwnika. Zatrzymała się dopiero, gdy poczuła impet wbijającego się w jej pierś noża. Spojrzała w dół i ostrożnie wyjęła ostrze z piersi. Gdy tylko instrument chirurgiczny opuścił ciało, rana zasklepiła się, nie pozostawiając nawet kropli krwi. Twarz Gerdy wykrzywił złowieszczy uśmiech.

Franciszek patrzył oniemiały na potwora, którego najwyraźniej nic nie mogło powstrzymać. Pozostała mu jedynie ucieczka. Chłopak chwycił bez zastanowienia księgę, której von Arnim użył, by przywołać tę abominację i puścił się pędem w kierunku drzwi piwnicy. Mimo że potwór poruszał się nadnaturalnie szybko, Franz cudem dopadł do nich pierwszy i zatrzasnął za sobą. Powoli cofał się, modląc w duchu, by skobel wytrzymał kolejne uderzenia bestii.

Gdy łomotanie wreszcie ucichło, odetchnął z ulgą. Krwawiące przedramię zaczynało już drętwieć. Musiał szybko znaleźć pomoc. Rozejrzał się, ale nigdzie nie zauważył śladu państwa von Arnim. Odwrócił się, by przejść do dalszych komnat, gdy za jego plecami rozległ się głośny huk, a tuż po nim przeraźliwy, nieludzki wrzask. Dywan był usiany szczapami drewna, a dziewczęca dłoń z długimi szponami otwierała właśnie resztki drzwi.

Franz biegł ile sił w nogach, szukając miejsca, gdzie mógłby się ukryć przed ścigającą go bestią. W końcu stwór zagnał go na drugie piętro i chłopak znalazł się w korytarzu, kończącym się ślepym zaułkiem. Opętańczy śmiech jego prześladowczyni rozbrzmiewał tuż za nim. Wybrał najsolidniej wyglądające dębowe drzwi i wszedł do pomieszczenia. Wystrój wskazywał, że był to gabinet ojca Gerdy. Pomimo szarpiącego bólu w ramieniu, Franzowi udało się przesunąć pod drzwi ciężkie drewniane biurko.

Chłopak opatrzył szybko ranę alkoholem i owinął rękawem czyjejś koszuli. Usiadł w najodleglejszym kącie pomieszczenia i otworzył starożytną księgę, licząc w desperacji, że może w niej odnajdzie ocalenie. Grymuar był napisany po arabsku. Kartkował więc w panice tom, próbując pojąć coś ze skąpych ilustracji. Mniej więcej w połowie, spomiędzy stronic wysunął się znacznie nowszy, biały arkusz papieru. Tłumaczenie po niemiecku! To musiał być rytuał, który wykorzystali von Arnimowie. Składały się na niego skomplikowane wzory wyrysowane na ziemi oraz inkantacja w mowie znacznie starszej niż język Arabów.

W jednej z szuflad biurka odnalazł mały nóż do otwierania listów. Natychmiast zabrał się za rycie znaków w drewnianych deskach. Wtedy rozległo się delikatne, nieśmiałe pukanie.

– Franz? To ja, Gerda – odezwał się cicho tak znajomy, tak kochany przez młodego subiekta głos. – Przepraszam, że cię zraniłam. Nie byłam sobą. Ale odzyskałam kontrolę. Proszę cię, pomóż mi. Muszę się jej pozbyć!

Na ułamek sekundy Franciszek się zawahał. Wiedział, że szanse na to, że stwór za drzwiami mówi prawdę, są niemal żadne. Nawet to jednak obudziło płomyk nadziei w jego sercu, który jednak szybko zgasł, stłamszony przez ciężar rzeczywistości.

– Gerdy już nie ma – odparł zdławionym głosem i wrócił do mozolnego dłubania w podłodze.

Zgodnie z przewidywaniami, za ścianą rozległ się wrzask pierwotnej furii. Po chwili drzwi zaczęły trząść się w zawiasach, a z powały posypały się fragmenty tynku. Franz przyspieszył pracę, starając się jednocześnie zachować dokładność w odwzorowaniu symboli. Gdy skończył, górna połowa dębowych drzwi była już w drzazgach. Pozostało mu tylko czekanie.

Dopiero teraz zauważył, że pod oknem gabinetu stoi pianino. Mahoniowy Gryglas prezentował się równie znakomicie, jak w dniu, w którym opuścił salon. Franciszek usiadł przy instrumencie i położył na nim dłoń, jakby witał się ze starym przyjacielem.

Gdy stopy bestii znalazły się na biurku ojca, ponownie przybrała pełną postać jego ukochanej. Uśmiechnęła się widząc, jak Franz drży z przerażenia. Zwilżyła językiem usta i zeskoczyła na podłogę. Tu jednak stanęła jak wryta, spoglądając na otaczające ją symbole. Rzuciła się na Franciszka z głośnym sykiem, jednak jej nogi odmówiły posłuszeństwa. Gerda padła na kolana i złapała się za głowę. Młody subiekt wypowiedział słowa zapisane na notatce von Arnima. Znaki rozrysowane wokół wynaturzonej bliźniaczki rozbłysły i ponownie zgasły.

Gerda wstała i podniosła wzrok na Franciszka. Z jej oczu szerokimi strugami płynęły łzy.

– Przepraszam – wyszeptała, po czym jej twarz na powrót wykrzywił złośliwy grymas. Kolejne słowa nie były już skierowane do chłopaka. – Witaj, siostrzyczko. Znowu jesteśmy razem! Ale teraz to ja kieruję tym automobilem.

Zrobiła ostrożny krok ponad barierą znaków, lecz tym razem nie wywołały one żadnego efektu. Franz wiedział, że to koniec. Nie miał dokąd uciec, a walka czy błagania nie miały sensu. Ale przecież miał przed sobą niepodważalny dowód, że istnieje miejsce, gdzie będą mogli z Gerdą spotkać się ponownie. Więc czy był sens lękać się i smucić? To były troski żywych, a on był już martwy.

Odwrócił się spokojnie plecami do śliniącej się z głodu strzygi i podniósł pokrywę klawiatury. Jego prawa ręka wciąż była słaba. Miał jednak przeczucie, że nie będzie musiał grać zbyt długo. Pianina były całym jego życiem. To dobre miejsce na zakończenie.

Gabinet wypełniły początkowe akordy nokturnu cis-moll, podobnie jak tego pierwszego wieczora, niewiele ponad pół roku temu. Czuł już ciepły oddech Gerdy na karku. Franz wyobraził sobie, że znowu są w jego sklepie, a dziewczyna droczy się z nim, wytykając mu kolejne techniczne błędy. Uśmiechnął się.

 

Rozpoczyna się melodia. Gis, tryl na fis, e, fis, gis i wreszcie cis. Takie piękno, w tak prostej formie. Jak ona. Franciszek wyobraził sobie, że kładzie mu swe delikatne dłonie na ramionach i pieszczotliwie całuje w czubek głowy. Niemal usłyszał, jak mówi: “Kocham cię, Franz”. Dotarł już do fragmentu zapożyczonego z chopinowskiego koncertu f-moll, gdy poczuł na twarzy powiew świeżego, wiosennego powietrza. Gerda siadła na parapecie otwartego okna i przez chwilę jeszcze słuchała, jak gra. Uśmiechnęła się do niego po raz ostatni i skoczyła.

Koniec

Komentarze

Hej

Od razu powiem, że nie skupiałem się na łapance, tylko na historii. Czytało się płynnie, prócz jednego miejsca.

Dusza zamieszkująca ziemską powłokę Gerdy powstała i z wściekłością zaszarżowała na przeciwnika.

Dusza powstała? Bardziej ziemska powłoka, zamieszkana przez duszę siostry, bo dusza nie sądzę, by wstała i zaszarżowała.

 

Bardzo mi się podobało.

Przyznam, że najbardziej pierwsza scena w sklepie. Pięknie napisana i w dobrym tempie, mimo że prawie nic się nie dzieje, to nie nuży, bo budujesz melancholijny, zmysłowy klimat – widać rosnące uczucie między młodymi.

Korzystasz ze znanych motywów – (SPOOOOILER): zły bliźniak, doppelganger, fortepiany, stary rytuał i księgi, bohaterka, która pod wpływem znajomego impulsu przejmuje po raz ostatni kontrolę nad swoim opętanym ciałem. I są to motywy gotyckie, idealnie wpisujące się w gatunek. Ładnie to wszystko łączysz, dodając trochę makabry i walki (choć tej nieco moim zdaniem za dużo).

Cóż więcej powiedzieć? Przeczytałem z prawdziwą przyjemnością.

Klikam i pozdrawiam

Z jednej strony mi się podobało, a z drugiej nie. Przede wszystkim fabuła jest dość przewidywalna, zabrakło mi tu jakiegoś zwrotu akcji. Liczyłem, że historia pójdzie w nieco innym kierunku albo że będzie troszkę inaczej podana. Natomiast na pewno czuć tu romantyzm i gotycyzm, klimat, jaki tworzysz przypadł mi do gustu, zwłaszcza na początku, ale jednak całościowo tak pół na pół.

To chyba nostalgia, jedna wielka tęsknota za tamtymi czasami, tamtą modą, muzyką, stylem, życiem...

Hej, Zanaisie, dzięki za odwiedziny i cieszę się, że tekst się spodobał :-) 

 

Dusza powstała? Bardziej ziemska powłoka, zamieszkana przez duszę siostry, bo dusza nie sądzę, by wstała i zaszarżowała.

Masz rację, w tym całym materialno-astralnym zamieszaniu pogubiły się też podmioty. Poprawione :-)

Korzystasz ze znanych motywów

Nie sposób się nie zgodzić, Ameryki raczej nie odkrywam. Zamiast eksperymentów postawiłem na hołd dla klasycznej powieści gotyckiej i w tym ujęciu wydaje mi się, że gra to nieźle. Oczywiście ciekawie byłoby wyjść poza sztywne ramy gatunku, ale coś za coś :-)

Serdeczne dzięki za klika!

 

fanthomasie, dzięki za przeczytanie i za ciekawy konkurs, który mam nadzieję urodzi dużo dobrych tekstów :-)

Przede wszystkim fabuła jest dość przewidywalna, zabrakło mi tu jakiegoś zwrotu akcji.

Na pewno masz tu sporo racji. Nie zgodziłbym się ze stwierdzeniem, że wszystko w opowiadaniu dzieje się według znanego schematu i nie ma żadnych zaskoczeń, jednak z pewnością ogólne ramy historii to klasyka, ogrywana już na wszelkie możliwe sposoby. Chciałem, by historię pociągnął właśnie nastrój i postacie. Być może nie do końca się to udało :-)

ale jednak całościowo tak pół na pół

Czyli remis, polscy kopacze braliby taki wynik w ciemno, więc ja też się zadowolę :-D

Przeczytawszy.

Hm, o ile do atmosfery i wykorzystania motywów nie mogę się przyczepić, tak fabuła i język (momentami) średnio mnie przekonują. Są dobre sceny (te z makabrą, ale i to stopniowanie napięcia w sklepie), ale mamy i zbyt mocne łopaty (scena z rodzicami, noc poślubna). Coś z pewnością tu jest, na ten moment nie wiem, czy podoba mi się całość kompozycji czy tylko parę ładnych detali. 

Opowiadanie ma dwa style i dwie części. Jedna to pełna napięcia i dynamiki historia dwójki bohaterów, a druga to przemówienie teścia i teściowej, którzy m u s z ą wyjaśnić czytelnikowi, co się działo za kulisami. Nastrój, który budujesz w sklepie z fortepianami – fajny i intrygujący, ale niestety nie udało się go utrzymać do końca. Nie spodobało mi się również zakończenie – poczułam jakby historia zmierzała donikąd, po strasznych przygodach nie nastąpiło równie mocne rozwiązanie akcji.

Pozdrawiam!

Witaj.

 

Na kilka powtórzeń nie zwróciłam większej uwagi, zachwycona całością. Horror jest znakomity. Zakończenie potwornie smutne. Wplotłeś tyle różnorakich wątków, tyle fantastyki, że moim zdaniem to naprawdę doskonały tekst. Jest magia, tajemna księga Arabów, wspomnienie epoki krucjat, mordercze walki z upiorem, wspaniała miłość dwojga ludzi, bezgranicznie zakochanych w muzyce, jest także poświęcenie rodziców, wątek z siostrą bliźniaczką (potwierdzony medycznie, bo rzeczywiści zdarzały się podobne przypadki), jest mocne osadzenie akcji w czasie i przestrzeni, tragiczny wypadek młodej dziewczyny, są wreszcie zwykłe, ludzie emocje, pragnienia i marzenia.

I jest Chopina “Lento con gran espressione” – Powolny z dużą ekspresją.

Klik ode mnie, brawa!

 

Pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Serdeczne dzięki kolejnym odwiedzającym za przeczytanie! :-)

 

oidrin

 

ale mamy i zbyt mocne łopaty (scena z rodzicami, noc poślubna)

Ten problem został nieco wzmocniony przez fakt, że po ukończeniu historii tekst był sporo dłuższy i wymagał drastycznego cięcia o ¼ by zmieścić się w konkursowym limicie :-) Mogło to niestety zaburzyć płynność niektórych scen. I bynajmniej nie tłumaczę się, że to wszystko wina limitu znaków :-P Wprawniejszy autor z pewnością lepiej rozłożyłby akcenty w skróconym tekście. Mnie być może nie udało się zachować gdzieniegdzie odpowiedniej naturalności.

Mam jednak nadzieję, że ogólnie tekst czytało się przyjemnie :-)

 

chalbarczyku

Opowiadanie ma dwa style i dwie części. Jedna to pełna napięcia i dynamiki historia dwójki bohaterów, a druga to przemówienie teścia i teściowej, którzy m u s z ą wyjaśnić czytelnikowi, co się działo za kulisami.

Niestety, muszę się w dużej mierze z tobą zgodzić ;-) Jak wspomniałem wyżej, cięcia na tekście wymagały pewnych wyrzeczeń i ta scena ucierpiała chyba najbardziej. Uważam, że bez przekazania tych “zakulisowych” informacji opowiadanie nie byłoby satysfakcjonujące. Za dużo pozostawione by było domysłom. Zgadzam się jednak, że lepiej aby czytelnik odkrywał kolejne tajemnice stopniowo. Tu zaś powstał lekki infodump. Liczyłem jednak, że podzielenie opowiadanej historii pomiędzy dwójkę bohaterów nieco złagodzi to wrażenie.

 

Nie spodobało mi się również zakończenie – poczułam jakby historia zmierzała donikąd, po strasznych przygodach nie nastąpiło równie mocne rozwiązanie akcji.

A tu z kolei zgodzić się nie mogę. Czy zakończenie było satysfakcjonujące czy nie, to oczywiście kwestia indywidualna. Ale “mocne” w moim przekonaniu było. Mocne oczywiście pod względem emocjonalnym, nie akcji. Dla mnie osobiście, ostatnie fragmenty tekstu są przysłowiową pięścią w brzuch :-)

 

bruce

 

Jakie to miłe uczucie, gdy pod tekst trafia czytelnik, w którego gusta idealnie trafia historia! Od razu to człowieka podbudowuje :-)

Zakończenie potwornie smutne.

Tak właśnie je czułem :-(

I jest Chopina “Lento con gran espressione” – Powolny z dużą ekspresją.

Klik ode mnie, brawa!

Dzięki serdeczne i za klika i za docenienie Chopina!

 

Dziękuję również, pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Zgadzam się jednak, że lepiej aby czytelnik odkrywał kolejne tajemnice stopniowo. Tu zaś powstał lekki infodump. Liczyłem jednak, że podzielenie opowiadanej historii pomiędzy dwójkę bohaterów nieco złagodzi to wrażenie.

Rzeczywiście, wrzucenie infodumpa między pełną napięcia akcję dało dobry efekt, bo po scenie z teściami historia wartko popłynęła naprzód.

Pozdrawiam!

Ładna historia, skomplikowana jak na tę długość, ze dwa razy ma się poczucie, że to już koniec, a tu nic z tego.

Początek ma sporo wspólnych elementów z opkiem Koali (czytałeś?), ale potem skręcasz w całkiem inną stronę.

Kiedy Franz nauczył się grać na fortepianie? Jakoś ta umiejętność słabo mi pasuje do jego CV. Ale może jako subiekt…

Dlaczego fortepian córki stał w gabinecie ojca?

Udając się do sypialni, w głowie Franza kotłowały się myśli o ich wspólnej przyszłości,

W zdaniach tego typu nie wolno zmieniać podmiotu, bo wychodzą bzdury. Jeśli masz wątpliwości, spróbuj przestawić szyk zdań podrzędnych. “Myśli kotłowały się, udając się do sypialni” nie ma większego sensu, prawda?

Szlochając z bólu udało mu się przesunąć pod drzwi ciężkie drewniane biurko.

Jak wyżej. I jeszcze brakuje obowiązkowego przecinka.

Babska logika rządzi!

Czytałam jednym tchem i jeśli były jakieś językowe wpadki, to byłam zbyt wciągnięta, żeby zauważyć. Pięknie opisujesz początki znajomości i rodzące się uczucie. Gdybym miała na coś narzekać, to tylko na nieco infodumpową rozmowę z rodzicami.

Jedyna rzecz na której się potknęłam:

Udając się do sypialni, w głowie Franza kotłowały się myśli o ich wspólnej przyszłości, a także o bardziej bezpośrednich inklinacjach rozpoczęcia małżeńskiego życia.

Na pewno chodzi o inklinacje?

Kosmos to bazgranina byle jakich wielokropków!

Hej Finklo, dzięki za przeczytanie i jak zwykle cenne uwagi :-)

 

Początek ma sporo wspólnych elementów z opkiem Koali (czytałeś?), ale potem skręcasz w całkiem inną stronę.

Przeczytałem niedawno, i rzeczywiście wybraliśmy podobne podejście do “Nokturnów”. Ale w sumie słysząc to słowo nie przychodzi mi nic innego do głowy. Sam gram trochę na pianinie, więc widzę nokturn – myślę Chopin :-D

 

Kiedy Franz nauczył się grać na fortepianie? Jakoś ta umiejętność słabo mi pasuje do jego CV. Ale może jako subiekt…

O, a to niby czemu nie pasuje? Zaznaczam w tekście, że nie jest szczególnie utalentowanym pianistą, ale przesiadując całymi dniami w sklepie pełnym instrumentów, trudno mi sobie wyobrazić, żeby się nie nauczył. A większość nokturnów Chopina, jest tak naprawdę całkiem łatwa do zagrania (oczywiście nie wchodząc w interpretacyjne niuanse).

 

Dlaczego fortepian córki stał w gabinecie ojca?

Po jej śmierci przeniósł go tam, by mu o niej przypominał :-)

 

Udając się do sypialni, w głowie Franza kotłowały się myśli o ich wspólnej przyszłości,

Cóż, mógłbym się wykłócać, że myśli Franza udały się do sypialni wraz z nim, ale chyba faktycznie lepiej to zmienić :-D

 

Dzięki mindenamifaj za entuzjastyczną recenzję i zgłoszenie, które ostatecznie wysłało tekst do biblioteki :-)

 

Gdybym miała na coś narzekać, to tylko na nieco infodumpową rozmowę z rodzicami.

Jak we wcześniejszych komentarzach, zgadzam się, wyszło nie do końca naturalnie. Może po zakończeniu konkursu trochę jeszcze w tym fragmencie pogrzebię :-)

 

Na pewno chodzi o inklinacje?

Hehe, rzecz jasna miały być “implikacje”. Nie mam pojęcia skąd mi się te inklinacje wzięły :-P

Dzięki mindenamifaj za entuzjastyczną recenzję i zgłoszenie, które ostatecznie wysłało tekst do biblioteki :-)

Cała przyjemność po mojej stronie :)

Hehe, rzecz jasna miały być “implikacje”. Nie mam pojęcia skąd mi się te inklinacje wzięły :-P

Chochliki przywołane konkursem się panoszą ;)

Kosmos to bazgranina byle jakich wielokropków!

Jestem muzyczną nogą (i to wcale nie od fortepianu), więc uważam, że opanowanie gry na instrumencie jest bardzo trudne. Jeśli nie zrobi się tego w dzieciństwie, to już raczej pozamiatane – jak z językiem obcym albo matematyką. A Franz pochodził z ubogiej rodziny, chyba nie mieli fortepianu w salonie. Ale to nie jest niemożliwe, tylko mnie zaskoczyło.

Babska logika rządzi!

Finklo, pierwszą styczność z jakimkolwiek instrumentem klawiszowym miałem w wieku lat trzydziestu. Po czterech latach, nie pobierając żadnych lekcji i dysponując niewielkim zasobem wolnego czasu, nokturny Chopina są dla mnie jak najbardziej do zagrania :-) Więc nigdy nie jest za późno na naukę, chociaż Franz raczej nie miał dostępu do tutoriali na Youtubie i pewnie miał trochę trudniej :-P

Pacz pan, a jak ja w podstawówce opanowałam “Wlazł kotek” na klawiszach (acz trzeba mi wskazać, od którego zacząć), tak dalej nie wyszłam. Mimo orkiestry w liceum. Na trąbce gama to był szczyt moich możliwości. Teraz nawet tego bym nie dała rady. Zresztą, i wtedy nie za każdym razem się udawało…

Babska logika rządzi!

O! Trąbka to dopiero trudny instrument! Naciskać klawisze w pianinie to byle niemowlę albo kot potrafi, a żeby na trąbce grali to nie widziałem :-P

No, próbuj dalej. Jeszcze trochę wspólnych wysiłków i wmówisz mi, że dojście do gamy po całym semestrze ćwiczeń to oznaka talentu. ;-)

Czekaj, to nie była trąbka, tylko waltornia. Czy to coś zmienia?

Babska logika rządzi!

Zmienia nieco kwalifikację twojej wiedzy muzycznej. Ocena spada do poziomu "skrzypce to taka mała gitara z dziurami w kształcie robaków" :-P

Wcale nie! Na gitarze nie gra się patykiem!

Nie no, odróżniam trąbkę od waltorni, tylko starannie wypchnęłam ten traumatyczny okres ze świadomości i teraz wspomnienia opornie wracają.

Babska logika rządzi!

To w takim razie przepraszam za przywołanie traumatycznych wspomnień z dzieciństwa i ewentualne ataki fonofobii! Na kanwie tej historii mógłby powstać scenariusz do K-dramy :-P

Ja mam osobiście kłopot z tym opowiadaniem. O ile zachwyciło mnie klimatem, to później jakoś trudno było mi utrzymać ten sam poziom immersji. Ciężko mi było uwierzyć w ten szybki ślub, jakiś chirurgiczny skalpel niewiadomo skąd. Szczerze to myślałem, że może on też ma bliźniaka w sobie i stworki się polubią:) jestem pół na pół jak ktoś już tu wcześniej napisał.

Hej vrchamps, dzięki za przeczytanie i ocenę! 

 

Szczerze to myślałem, że może on też ma bliźniaka w sobie i stworki się polubią:)

Chyba oczekiwałeś zupełnie innego opowiadania i rozumiem, że możesz się wobec tego czuć rozczarowany :-D A byłaby to swoją drogą piękna historia miłości pokonującej wszelkie przeszkody :-)

Krucha, delikatna blondynka z nienaturalnie bladą cerą.

Zgrzyta mi to zdanie bez orzeczenia…

Choć Franciszek sam nie był uzdolnionym pianistą, słyszał w życiu dostatecznie wiele recitali, by rozpoznać prawdziwe mistrzostwo. A delikatna artykulacja tej pierwszej frazy nokturnu była właśnie tym.

Jak na ładunek emocjonalny i potencjał to wychodzi strasznie prosto…

że jej palce zlały się w jedność,

A nie “w jedno”?

 

Tym razem przyszła kolej Franciszka, by zabarwić twarz purpurą.

Brzmi, jakby podjął decyzję…

 

–Spokojnie, nie mam nic przeciwko.

Nie pasuje do tonu rozmowy z arystokratką…

 

Przykro mi to powiedzieć, ale opis koncertu prosty i nieco kiczowaty, ta strzała, pocałunki… Jak dla mnie prosi się o jakiś nieco poetycki opis, ale bez egzaltacji…

Bardzo dobrze wychodzi labilność emocjonalna bohaterki. Ogólnie dobre wprowadzenie.

Ściekająca z przemoczonej dziewczyny woda przekonała go jednak, że ma przed sobą materialną postać, nie przywidzenie.

Może “utwierdziła”? Martwy przedmiot chyba nie przekonuje….

Być może rodzinna tragedia nie zlikwidowała całkowicie ich uprzedzeń w stosunku do mezaliansu córki.

To “likwidowanie” strasznie nie pasuje…

 

Po drodze do sypialni, BEZ PRZECINKA w głowie Franza kotłowały się myśli o ich wspólnej przyszłości, a także o bardziej bezpośrednich implikacjach rozpoczęcia małżeńskiego życia.

Będą się zaraz implikować :) Nieco techniczne…

Gerda przeszła za parawan by się przebrać, a chłopak poczuł nagłe uderzenie.

Brakuje IMO dopowiedzenia..

Gdy dziewczyna wyłoniła się z powrotem,

Może “znowu”, “na powrót”?

Myśl, że to coś skrzywdziło jego ukochaną sprawiła, że Franciszek otrząsnął się z paraliżu i, podbiegłszy do wygaszonego kominka, chwycił za żeliwny pogrzebacz.

Strasznie przyciężkie zdanie :)

– Ale po co jej ta cała szopka? Udawanie Gerdy, ślub… Czemu po prostu nie zabiła mnie w moim sklepie?

Jak mnie to słowo wybiłooooo…. Współczesne w tym użyciu, nie ten rejestr… Przedstawienie?

 

Hrabina nie dostrzegła noża przy dłoni związanego?

 

– Wiedziałam, że nie ma w tobie ducha przygody – drażniła się z nim nienarodzona siostra Gerdy. – A teraz sprawdzimy, czy rzeczywiście jesteś taki słodki, jak myślała moja świętej pamięci bliźniaczka.

Znowuż nieco disneyowsko, prowokacyjno-przesadnie…

 

C.d.n.

 

Zacne :)

 

Śmierć snu osiadła w zamku okolicy

Podobało mi się. Melancholijne opowiadanie o dość krótkiej, ale pełnej napięcia i tajemnicy miłości. Wiadomo było już od początku, że z dziewczyną musi być coś nie tak, ale i tak mnie wciągnęło. Ładnie zbudowane napięcie i zaskakujące zakończenie. Motyw gry na pianinie dobrze współgrał z całością i zbudował klimat, podobała mi się też klamra z nokturnem. Wątek z bliźniaczką-pasożytem – brr! Czyli doskonale horrorowy. Całkiem niezły tekścik, zasłużona biblioteka. 

Nie zdziwiło mnie uczucie, jakim zapałali do siebie Franciszek i Gerda, ale spodziewałam się pewnych oporów na ten związek ze strony państwa von Arnim, dlatego zdziwiła mnie łatwość, z jaka nań przystali. Natomiast noc poślubna i finał opowieści – ukazujące szkaradę, mocno ociekające krwią sceny i wprowadzające nagle nienarodzoną siostrę bliźniaczkę, że o arabskich praktykach magicznych nie wspomnę – mocno zaskoczyły. No, ale skoro tak to sobie wymyśliłeś, Krzkocie, pozostaje mi wyznać, że opowieść przeczytałam nie bez zainteresowania. ;)

 

Sprze­daw­ca wska­zał na usta­wio­ny pod jedną ze ścian in­stru­ment… → Sprze­daw­ca wska­zał usta­wio­ny pod jedną ze ścian in­stru­ment

Pokazując coś, wskazujemy rzecz, nie na tę rzecz.

 

Zdję­ła z głowy ka­pe­lusz… → Zbędne dookreślenie – wiadomo, ze kapelusz nosi się na głowie.

 

Fran­ci­szek nie raz już znaj­do­wał się w po­dob­nej sy­tu­acji.Fran­ci­szek nieraz już znaj­do­wał się w po­dob­nej sy­tu­acji.

 

– To nie tak! – Za­prze­czy­ła, gwał­tow­nie wy­ma­chu­jąc rę­ko­ma.– To nie tak! – za­prze­czy­ła, gwał­tow­nie wy­ma­chu­jąc rę­ko­ma.

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi.

 

– Tatko pro­wa­dził nie­daw­no no­we­go Forda, z Ame­ry­ki! – Tatko pro­wa­dził nie­daw­no no­we­go forda, z Ame­ry­ki!

https://rjp.pan.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=285:pisownia-marek-samochodow&catid=44&Itemid=58

 

Nie zno­szą­ca sprze­ci­wu dłoń chwy­ci­ła za klapę jego ka­mi­zel­ki… → Niezno­szą­ca sprze­ci­wu dłoń chwy­ci­ła klapę jego ka­mi­zel­ki

 

chwy­cił za że­liw­ny po­grze­bacz. → …chwy­cił że­liw­ny po­grze­bacz.

 

Męż­czy­zna wska­zał na są­sied­ni stół… → Męż­czy­zna wska­zał są­sied­ni stół

 

Póki oszo­ło­mio­ny po­twór pod­no­sił się na nogi… → Kiedy oszo­ło­mio­ny po­twór pod­no­sił się na nogi

 

górna po­ło­wa dę­bo­wych drzwi była już w strzę­pach. → Raczej: …górna po­ło­wa dę­bo­wych drzwi była już w drzazgach.

 

Ma­ho­nio­wy Gry­glas pre­zen­to­wał się rów­nie zna­ko­mi­cie, co w dniu… → Ma­ho­nio­wy Gry­glas pre­zen­to­wał się rów­nie zna­ko­mi­cie, jak w dniu

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Od momentu jego zauważenia intrygował mnie tytuł, nadany opowiadaniu. Ale tekst był w trakcie bety. Potem jakoś nie składało się, żeby poczytać. No i horror… Jednak w końcu kliknąłem, otworzyłem, przeczytałem.

Będzie krótko z klasycznym otwarciem. Jako że nie zależę do znawców i miłośników gatunku, mogę tylko przyznać (się), że dobrze skomponowany i napisany tekst “z cudzego podwórka” jednak nie tylko daje się przeczytać, ale lektura potrafi usatysfakcjonować. Sama klasyka, jak zauważyłem w pobieżnie przejrzanych komentarzach – ale co z tego, że klasyczne instrumentarium. Na takim też można grać, a jeśli gra dobry muzyk, słucha się, czyli w tym przypadku czyta, ze wspomnianą przed chwilą satysfakcją końcową.

Pozdrawiam, Adam

Ponownie zbiorcze dzięki wszystkim za wizytę i cenne komentarze! Cieszę się, że lektura była satysfakcjonująca, a groza została odczuta :-)

 

GreasySmooth

 

Jak na ładunek emocjonalny i potencjał to wychodzi strasznie prosto…

Zgadzamy się w ocenie, ale rozmijamy w interpretacji :-P Franz poetą bynajmniej nie jest, więc nie przychodzą mu do głowy kwieciste opisy, ale jeśli ktoś zmusiłby go, by ubrał w słowa wrażenia z gry Gerdy, to była ona właśnie tym, prawdziwym mistrzostwem ;-)

 

A nie “w jedno”?

Racja. Poprawiam.

 

Brzmi, jakby podjął decyzję…

Fajnie byłoby mieć kontrolę nad własnymi kolorami, ale rzeczywiście, to nie jest element fantastyczny, który chciałem zamieścić w tekście :-)

 

Nie pasuje do tonu rozmowy z arystokratką…

Zgadza się, ale w tym momencie Franz myśli, że pomylił się w ocenie Gerdy i jest ona co najwyżej biedną mieszczanką, której nie stać na własny instrument.

 

Przykro mi to powiedzieć, ale opis koncertu prosty i nieco kiczowaty, ta strzała, pocałunki… Jak dla mnie prosi się o jakiś nieco poetycki opis, ale bez egzaltacji…

Przykro mi, że tak uważasz, bo byłem raczej zadowolony z tego fragmentu :-P

 

Brakuje IMO dopowiedzenia.

Zgadza się, musiałem zgubić przy ktorejść korekcie.

 

Jak mnie to słowo wybiłooooo…. Współczesne w tym użyciu, nie ten rejestr… Przedstawienie?

Racja. Szopen tak, szopka nie.

 

Znowuż nieco disneyowsko, prowokacyjno-przesadnie…

No cóż, nakryłeś mnie. Tak, namiętnie oglądam disneyowskie produkcje i nie przegapiam żadnych nowych premier :-P Ale nie widzę też w tym nic złego, choć oczywiście masz prawo szukać czegoś innego w opowiadaniu grozy :-)

 

reg

 

Serdeczne dzięki za przeczytanie “nie bez zainteresowania” i jak zawsze trafne poprawki :-) Zostaną zaraz wprowadzone w życie!

Krzkocie, owszem, zainteresowanie towarzyszyło mi podczas lektury. No i bardzo mi miło, że mogłam się przydać. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka