- Opowiadanie: Krokus - Co w pustelni się staje, w pustelni ostaje

Co w pustelni się staje, w pustelni ostaje

Tekst ponad limit, ale ciąć na siłę nie będę. Powstał na ten konkurs, więc z takim tagiem publikuję, ze świadomością, że poza konkurencją.

Serdecznie dziękuję Sonacie i Gruszel za betę!

W tekście sporo jest przekleństw, a i trochę golizny się znajdzie.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Co w pustelni się staje, w pustelni ostaje

Tegoroczna wiosna niczym miała się nie różnić od poprzednich, jednak w marcu, poza ciepłym powietrzem z dolin, wiatr przygnał również Zuzkę Curusiową, do tego wystrojoną jak na Święty Marcin. Stare babsko – trzydziesta piąta wiosna już kark jej przyginała – miłą było odmianą od starych pryków z czyrakami i młodych byczków z rzeżączką, choć burzyła wieloletni mir pustelnika. Tak się bowiem przyjęło, że chłopy do gaju, do Michała zachodzą, a baby wiedźmę w borze odwiedzają. A wiedźmy, wiadomo, pustelnik nienawidził z wzajemnością.

Zuzka ledwie próg domu przekroczyła, a już jęła spódnice podwijać: jedną, drugą, trzecią.

– Michale Pustelniku, w krzyżu mnie łupie, o tu. – Wypięła dwa krągłe pośladki i palcem pomiędzy nie wskazała.

Coś zachrobotało pod łóżkiem. Staruszek przełknął głośno ślinę i pożałował, że dopiero co do pieca drwa dorzucił – taki gorąc się w chałupie zrobił.

– Krzyż to trochę wyżej – odpowiedział drżącym głosem i przeżegnał się szybko. – O, tu. – Opuścił spódnice kobiety i dłoń przyłożył tam, gdzie kończył się gorset w kolorowe kwiaty.

Przycisnął, zatoczył dłonią krąg na skórze, ścisnął w palcach. Zuza syknęła, aż biodrami do przodu rzuciła, a pustelnik tylko głową z ulgą pokiwał.

– Maści namieszam. Jutra gotowa będzie, przyślijcie męża, a na ten czas niech wam ciepłe okłady robi z kory wierzby.

Kobieta opuściła ramiona, jakby innej recepty oczekiwała.

– Sama przyjdę, z niego żadnego pożytku nie ma – powiedziała.

Znów się Michał przeżegnał, ale przytaknął, bo nie trzeba w żeniaczki iść, żeby wiedzieć, że ze starą babą nie ma co zadzierać. Rozpiął koszulę pod szyją, bo jeszcze jedno chciał jej powiedzieć.

– Aby wam żadne diabły łona ogniem piekielnym nie przypiekły, pantalony noście. Ino świeże.

Odwróciła się Curusiowa z krzywym uśmiechem, trochę spode łba spojrzała, a trochę smutno, ale przytaknęła i poszła.

Ledwie wśród drzew zniknęła, westchnął Michał głęboko i w chałupie okna pootwierał. Niech przeciąg wygna wszystkie złe myśli, co z Zuzką przyszły.

Coś zagwizdało i jęło się gramolić spod łóżka.

– Dyć, pustelnik z ciebie albo wzorowy, albo chujowy. Zależy jak na to patrzeć – powiedziało pokraczne stworzenie, nie większe niż kot, za to łyse i do niczego niepodobne.

Michał już niemal wystudził rozpalone lędźwie i głowę, gdy ta znów zaczęła się gotować.

– A ty co tu robisz, Francik? Do Wielkiej Nocy jeszcze miesiąc z okładem – ofuknął domowego stwora.

Chochołek Francik przypałętał się do Michała, gdy pustelnik ze śpiewem na ustach szedł do swej chaty. Przedrzeźniał i przezywał biedaka, figle płatał, a ten nijak nie potrafił sobie poradzić, aż sięgnął do zapasów bimbru i schlał się do nieprzytomności. Z natury złośliwy chochołek szybko w melancholię popadł, bo ileż można wyśmiewać jednego człeka? Tedy rozejm zawarli, że w drogę wchodzić sobie nie będą, a nawet na każdą Wigilię Bożego Narodzenia i w Niedzielę Zmartwychwstania do wspólnego stołu siądą.

– Biały tyłek Zuzki mnie przyzwał, bo to ładny tyłek był. A Zuzce, jak i wszystkim innym wiadomo, że dobry pustelnik dupczy, jak mu się panna wypina.

– To nie panna, tylko mężatka. I nie chciałem, i nie wypadało. Co ci w ogóle do tego?

Chochołek wzruszył ramionami, ale wyszczerzył zęby chytrze, jak to złośliwy stwór.

– Co w pustelni się staje, w pustelni ostaje – powiedział powoli.

Francik ledwie uskoczył przed lecącą chochlą.

– Idź precz i żebym cię przed Wielką Nocą nie widział!

Michał chwycił jeszcze miotłę i za chochołkiem wymachiwał, bo choć to puste słowa i nawet złej myśli nie zasiały, to sprawiły, że już nie patrzył na niektóre sprawy tak samo.

 

***

 

Na drugi dzień Zuzka już od progu kożuch i gorset zdjęła.

– Taki tu gorąc, pustelniku, macie. Maści namieszaliście?

Michał nie zważał, że znów strojna w kolorowe kwiaty przyszła, zaczął z kociołka maść wygrzebywać i napełniać nią naczynie. Coś zagwizdało spod łóżka, aż się mężczyzna wzdrygnął, ale Francika nie dojrzał.

– Proszę, niech wam mąż… – Przerwał, bo odwrócił się do Zuzy, a ta już bez koszuli stała, nagusieńka od pasa w górę. Gęsia skóra ją oblazła, a piersi, których do niczego przyrównać nie potrafił, stwardniały, bo w chacie wcale gorąco nie było i wiatr gnał od jednego okna do drugiego.

Michał zerkał na cycki Zuzki, a cycki spoglądały na niego. W gardle wyschło mu jak w bożonarodzeniowy poranek po Wigilii z chochołkiem, pot ściekał po skroniach. Wzdychnął i wszystkie siły zbierając, odwrócił się do ściany. W świetle paleniska zobaczył, jak Francik wygląda zza stągwi z szeroko otwartymi oczami.

„Co w pustelni się staje, w pustelni ostaje” – jakby usłyszał szept chochołka.

Pokręcił głową i zacisnął powieki.

– Zuzko – zaczął, z trudem podnosząc wzrok. – Jakiś zły duch toczy twe myśli, że przyszłaś pocieszenia szukać w ramionach starego pustelnika.

Kobieta wnet spąsowiała i wzrok spuściła. Lekko bokiem stanęła, a rękoma błądziła po ciele, jakby nie wiedziała, co powinna zasłonić.

Pustelnik zerwał koc z łóżka, zarzucił na nagie ciało Zuzki, pozamykał okna, by się nie zaziębiła i siadł, tuląc ją, jak matka tuli dziecko. Kobieta toczyła wielkie łzy, pociągała nosem i trzęsła się przy tym jak dwukółka na kocich łbach.

– Mąż mój, Antek ochlejmorda – zaczęła – już trzy lata mijają, jak z siwuchą pakt diabelski zawarł. On ją w mordę leje, ona go przez łeb siecze. Strach mnie co dzień bierze, czy z karczmy wróci, bo gadają, że pruskie oficery za darmo spijają, by wojskowy kontrakt na dwadzieścia lat do podpisu dać. A to chłop niezgorszy, cham zwykły, ale i dzieci, i mnie nie bija, nie krzyczy, nie gwałci. Ale też nie przytuli i nie pocieszy. Niegdyś patrzył na mię jak na skarb cenniejszy od złota, a teraz? – Machnęła ręką. – A ja wciąż niestara, choć też nie podlotka, i kochać chcę jak wtedy, gdy porywał mnie od rodzicieli.

Rozpłakała się kobiecina bez reszty, a Michał jął dumać, co począć trzeba. Bo choć sam przed żeniaczką uciekł, już go z wiedźmą swatali, to niejeden chłop do niego po radę przychodził, tedy wiedział co w żonatych duszach gra.

– Chłop się nigdy nie przyzna, ale i jemu ciężko. Pewnie też chciałby do tych lat wrócić, bo chłopskie serca miłości łakną bardziej niźli siwuchy w szary zmierzch. Toć zrobimy tedy tak…

Uradził Michał plan działania, jak to Antka od wódki wyswobodzić, a Zuza miała mu co tydzień spowiadać, jak postępy idą. W międzyczasie w pustym kotle chochlą mieszał, by tylko nie patrzeć, jak kobieta na powrót koszulę i gorset przywdziewa. Zoczył Francika i syknął, i prychnął, ale stwór wciąż się gapił.

 

***

 

Chwilę po tym, jak wyszła, do chaty pustelnika wszedł rudy chłopak. Francik ledwie umknął przed jego wzrokiem. Przybysz zmierzył Michała i wnętrze chaty wzrokiem dumnym, jakby nie chłopskim, a jednocześnie rozniósł po chałupie odór zjełczałego masła i szczyn. Siadł na krześle i czekał, co na te bezczelności gospodarz powie.

Nie po włosach, lecz po fetorze, Michał poznał Rostka Gudbaja, bo nikt tak nie śmierdzi jak szpicle i plotkarze. A Rostek największym był plotkarzem we wsi. Istna baba w chłopskiej skórze, ale w jego pogłoskach zawsze prawda się kryła, a od siebie dodawał tylko trochę.

Pustelnik milczał, bo z myśli wciąż jeszcze próbował wyrugować cycki Zuzy.

Przybysz nie wytrzymał. Westchnął i sam zaczął, choć pogardliwy grymas wciąż tkwił mu na twarzy.

– Na czarach się znacie, prawda? Wszak dobry z was pustelnik. – Uniósł brwi w pytającym grymasie.

Michał nic nie odparł.

– A dobry pustelnik – ciągnął Gudbaj – dziewki dupczy, wszyscy to wiedzą. Zuza Curusiowa u was była, najsampierw widziałem, jak idzie do gaju, bo droga obok mojej chaty prowadzi. A później samem przez otwarte okno widział, jak przed tobą cyckami świeciła. Tyś ją wydupczył na wszystkie strony, stary zbereźniku. Niech się o tym dowie jej gach, Antek Curuś. Chłopina wielki jak dąb, z łatwością ci kości przetrąci, a za czary po chałupie czerwonego kura puści.

Urosła gula w gardle Michała.

– Idźcie precz, szatanie – krzyknął, choć bez przekonania.

Rostek tylko podniósł uspokajająco dłoń.

– Kto do was chodzi zawsze wszyscy ode mnie wiedzą. Zmilczę o hecach, jakie tu wyprawialiście, ale tylko jak swe czary w ruch puścicie. – Patrzył uważnie na Michała, a ten z niedowierzania gębę otwierał. – Ta Zuza zdrowa, cycki jej u pasa jeszcze nie wiszą. Miłosnych eliksirów uwarzcie, urok rzućcie, czy inną klątwę. Czarcim sposobem sprawcie, żeby mi dać przyszła. Na jutro będzie gotowe?

A skoro starzec nie zaprzeczył, wstał i ruszył do wyjścia. Drzwi same trzasnęły za nieproszonym gościem.

– A to chuj – usłyszał Michał spod łóżka.

 

***

 

Siedział pustelnik wieczorem w świetle paleniska. Wygrzebał z ziemianki butelkę najmocniejszej gorzałki, siadł z cynowym kubkiem przy blacie. Niedługo czekać musiał, Francik wszedł na drugi koniec stołu i gestem poprosił, by jemu też nalać.

Siedzieli w milczeniu, bo tak też można wódkę pić – razem, choć pogrążeni we własnych myślach. Trzy ćwierci butelki wychlali, jak przemówił chochołek zachrypłym głosem.

– Wkurwił mnie.

Obaj tylko pokiwali głowami i wciąż milczeli. W milczeniu znaleźli kolejną flaszkę, w milczeniu pili dalej, aż przyszedł ten moment, gdy wyznali sobie braterską miłość. Francik jednak na tym nie skończył.

– W drogę mi czas, Michale. Przybyłem tu w pierwszy dzień twego pustelnikowania i dobrze mi się żyło z tobą pod dachem. Ale to nie po chochołkowemu całe życie w jednym miejscu spędzić.

Michał słuchał.

– Wypraw mnie w długą z tym kurwim synem. Jak Zuzka powiada, po gospodach prusackie oficery chadzają, do armii werbują, przyda mi się taka przygoda. Gudbajowi także. Niech tylko chłopina z tej chaty ze śpiewem na ustach wyjdzie, a resztę sam załatwię.

Wiedzieć trzeba, że taka chochołków natura – przystają do tych, co z wesołą melodią na ustach ich mijają.

Pustelnik słuchał przyjaciela i tylko głową kiwał, jak to się robi pijackim zwyczajem, gdy żal za gardło ściska.

 

***

 

Rostek przyszedł nazajutrz, a pustelnik zauważył, że zadbany, wykąpany, bo zjełczałym masłem czuć było tylko trochę.

Nad paleniskiem już pyrkał wywar ze wszystkiego, co wokół chaty znaleźli: trawy, spróchniałych gałęzi, wczesnowiosennych kwiatów, wody z kałuży, ale i ptasich gówien, martwej myszy i obgryzionych kości. Na sam koniec Michał i Francik naszczali jeszcze do kociołka. Cała chałupa zaśmierdła, ale pustelnik stwierdził, że warto było.

Chytry uśmieszek Rostka szybko przygasł.

– Dajcie jeszcze wasze kłaki – powiedział Michał. Nic to nie dawało, nawet w diabelskiej magii, ale ohydna to rzecz pić własne włosy, więc pustelnik nie wahał się ani chwili.

– A teraz słuchajcież, jak Zuzę do wyra zagonić. Wypijecie ten tu eliksir miłości…

– Ile? – zapytał rudy, zatykając nos.

Michał wpatrywał się w bulgoczącą breję.

– Chochelkę. – Usłyszał chrząknięcie spod łóżka. – Ale dla pewności wypijecie całą kwartę.

Gudbaj zzieleniał.

– I w manierkę weźmiecie, by popijać co sto kroków – dodał pustelnik, ukradkiem sprawdzając, czy nie pozwolił sobie na zbyt dużo. – A teraz najważniejsze. Jak już łykniecie eliksir, odejść stąd musicie w te pędy z pieśnią na ustach i śpiewać musicie aż do pierwszych rozstajów. Śpiewajcie, co chcecie, byle wesoło i z całego serca, bo to o serce Zuzy igry się toczą.

Rostek spuścił ramiona, a z twarzy zniknęła buńczuczna pewność siebie.

– Nie kantujecie mnie aby, czarowniku? Bo jak nie zadziała, to krotochwila wróci do ciebie szybciej niż wicher.

– Magia starożytnych przodków potrzebuje rytuału, a kto ceremonii nie dopełni, ten klątwę na się sprowadzi.

Gudbaj wychodził trzy razy z chaty, by zaczerpnąć powietrza, zanim nos zatkał i łyknął wywaru.

– Nie uroń ani kropli – przestrzegał Michał i z maskowaną dziką uciechą patrzył na chłystka.

Ten, jak już zaczerpnął powietrza, zaintonował:

Z tamtej strony jeziora, stoi lipka zielona…

I pognał do wsi. Michał ledwie uchwycił moment, gdy w ślad za Rostkiem ruszył Francik. Jeszcze przez chwilę słyszał, jak ich głosy się nakładają, a potem wszystko zagłuszyły wiatr i ptaki.

I żal. Bo pustelnik zdał sobie sprawę, że po raz pierwszy w życiu jest naprawdę sam. Żaden stwór domowy mu chaty nie nawiedza, a samotność jest najgorszą trwogą dla człowieka.

Wywalił więc kocioł z resztkami miłosnych eliksirów daleko za chatę, wszystkie okna pootwierał, a sam w strumieniu twarz przemył, włosy ulizał i poszedł do gaju, do chaty wiedźmy. Bo przecież być tak nie może, żeby człowiek nie mógł się na nikogo złościć i z kim godzić. A do Wielkiej Nocy został jeno miesiąc z okładem.

Koniec

Komentarze

W kolejce. Powodzenia.

Witaj.

 

Wspaniały tekst. Stylizacja, język, zwroty, imiona i nazwiska, zachowania, emocje oraz przemyślenia. Do tego wszystkiego smaczku dodaje jeszcze świetny humor. Czuje się i w pełni docenia specyficzną atmosferę Twojego wyjątkowego tekstu. Żal, że nie będzie konkursowym. smiley Klikam. :))

 

Podziękowania za uprzedzenie o tym, iż w opowieści jest – jak mawiano u mnie w regonie – “porno i dusno”. laugh

Pozdrawiam. 

Pecunia non olet

Cześć, Jurkowy Misiu!

Miło Cię widzieć!

 

Cześć, Bruce!

Ostrzec co najmniej wypadało :) 

Dziękuję za przemiły komentarz, cieszę się, że humor siadł, bo to zawsze loteria :D a i atmosfera fajnie, że wyszła, bo ja lubię takie klimaty :)

Dziękuję za wizytę, komentarz i klika!

 

Pozdrówka!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

To ja bardzo dziękuję i serdecznie pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Dzień dobry!

To ja z pobetowym komentarzem. Tekst bardzo fajny, dobry styl (sam widziałeś na becie, prawie zero uwag), jedynie co mi się rozjechało, to nieco struktura. Najpierw główną rolę gra Zuzka, potem Gudbaj, ale w krótkiej formie to nie razi aż tak w oczy.

Tylko nazwisko chochołka, jakieś takie prowokujące… Ale spokojnie, nadejdzie dzień zemsty, nawet nie wiesz kiedy devil

Tymczasem biegnę kliknąć!

Dziękuję za lekturę!

Ja jeszcze dopiszę, gratulując ciągle i nieprzerwaniewink, że na początku spodziewałam się baaardzo lubieżnego Pustelnika, niczym kuszony na różne sposoby (również przy ukazywaniu mu ponętnych kobiet) Pustelnik w spektaklu “Igraszki z diabłem” (doskonały w tej roli Wojciech Pokora), lecz się pomyliłam. :)

Pozdrawiam. :)

 

Pecunia non olet

Cześć, Gruszel!

Potwierdzam, że zwracałaś uwagę na strukturę, a brak znaczącej poprawy należy upatrywać jedynie w moim zaparciu (i braku czasu :P może nawet przede wszystkim w braku czasu ;))

Genezę nazwiska znasz, nie mogłem się oprzeć ;) czekam na zemstę, choć wiem, że pewnie przyjdzie po czasie, na zimno ;)

Dziękuję za betę, komentarz i kliczka!

 

Bruce, witaj ponownie!

Ha! Celowałem w frywolny, wiejski klimat, ale jednocześnie chciałem pokazać uświadomionego Pustelnika, który jak już pokona swe demony, to będzie potrafił coś zaradzić.

“Igraszek z diabłem” nie znam, ale zachęcasz :)

 

Pozdrówka!

 

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Od samego początku wszystko wskazywało na to, że główną aktorką w tym teatrze będzie Zuza, ale potem okazało się, że jednak nie i ten przeskok trochę mnie wytrącił z równowagi. Szybko go jednak zaakceptowałem i cieszyłem się dalej opowieścią, chociaż nie ukrywam, że chętnie bym się dowiedział, jakie to działania zalecił Michał w sprawie chłopa-chlejusa ;)

Szkoda, że nie pociąłeś dostatecznie, żeby wyrobić się w limicie, ale z drugiej strony te 2,5k znaków mogłyby spowodować poważne straty na stylu bądź na rytmie tekstu, więc w moim przekonaniu podjąłeś słuszną decyzję.

Jestem pod ogromnym wrażeniem stylizacji językowej. Bardzo ładnie.

Na osobne wyróżnienie zasługuje zakończenie, które jakoś tak sprawia, że robi się w sercu ciepło ;) 

Klikam.

 

PS. Postać Rostka Gudbaja kojarzy mi się z nikim innym, jak z naszym portalowym Morteciusem, wiele tożsamych cech osobowości oraz podobnie złośliwe nastawienie do życia.

Świetnie wycelowałeś, naprawdę.yes

A “Igraszki…” polecam, na załączonej fotce jest jeszcze kuszący lubieżnego Pustelnika Diabeł – Marek Kondrat. Świetna obsada, genialne dialogi. 

Pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Cześć, Amonie!

 

Ten przeskok głównej postaci wytknęła mi już Gruszel na becie, ale czasu było już za mało. Początek miał raczej zbudować relację Michał-Francik i same postacie.

2,5k znaków to 20% tekstu. Są tu zdania, które wykreślić można, ale czułem, że to już nie byłoby to samo. Pojedynkowe “Rybki…” ciąłem bez opamiętania i miało to swoje konsekwencje – wybrałem lepszą jakość tekstu niż klasyfikację w konkursie :)

Cieszę się, że stylizacja przypadła do gustu :)

Zakończenie wyszło tak jakoś samo, więc również cieszy mnie pozytywny odbiór!

Mort chyba rudy nie jest (jak coś to nic nie mam do rudych :P), nie wiem jak z plotkarstwem, ale fakt – kilka złośliwości przemycić potrafi ;)

 

Dzięki za wizytę, komentarz i kliczka, a ponad wszystko za kibicowanie w zamieszczeniu tekstu w terminie!

 

Bruce, tuzy teatru, to i wrażenia super – jeśli będę miał możliwość na pewno pójdę obejrzeć :)

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Potwierdzam, że zwracałaś uwagę na strukturę, a brak znaczącej poprawy należy upatrywać jedynie w moim zaparciu (i braku czasu :P może nawet przede wszystkim w braku czasu ;))

Nie twierdzę, ze koniecznie musisz poprawić, po prostu jako beta czułam się w obowiązku poinformować, co ew. może być z tekstem nie tak.

 

Genezę nazwiska znasz, nie mogłem się oprzeć ;) czekam na zemstę, choć wiem, że pewnie przyjdzie po czasie, na zimno ;)

Coś wymyślę devil

To wpadam z komentarzem. Szorcik mi się podobał. Widzę w nim magiczny klimat tajemniczości oraz rozbudowane, ładne opisy. Ciekawie kreujesz światy w swoich opowiadaniach, pełne magii i dziwnych istot kryjących się gdzieś po lasach – i w tym tekście również mnie pod tym względem nie zawiodłeś. Zgrabnie pokazałeś naturę chochlików i podobał mi się sposób, w jaki Francik poradził sobie z natrętnym Rostkiem. Udany tekścik, dorzucam swojego klika :)

 

EDIT: Wracam, albowiem tekst zapadł mi w pamięć, a czytałam go już jakiś czas temu. Magiczny klimat dawnej wsi wszedł gdzieś w umysł, a to oznacza, że był naprawdę umiejętnie podany. Mimo, że tekst jest krótki, można w niego mocno wsiąknąć, a wrażenia z lektury czuje się przez dłuższy czas po czytaniu. Wspaniałe połączenie humoru ze stylizacją i dawnymi obyczajami. Będzie to jedno z tych opowiadań, które zostaną w pamięci na dłużej.

Niegłupia historyjka. Ładnie szpicla wpuścili w kanał, ale należało mu się.

Dość dużo wątków tu nawpychałeś. Wyszło dobrze, ale uważam, że dałoby się ściąć do limitu.

Acz z drugiej strony… Nie mam pojęcia, w jaki sposób Pustelnik pomógł Zuzce.

Satysfakcjonująca lektura.

Babska logika rządzi!

Stare babsko – trzydziesta piąta wiosna już kark jej przyginała

Ej no weź :P

 

Postaci barwne, fabuła pomysłowa i świetny styl. Aż szkoda, że nie konkursowe. Czyta się tak dobrze, że wcale nie czuć, że ma znaków ponad limit, może nikt nie zauważy? ;)

Kosmos to bazgranina byle jakich wielokropków!

Cześć, Sonato!

 

Bardzo dziękuję za miłe słowa – bardzo lubię taką leśną magię, więc tym bardziej cieszy mnie Twoja opinia :)

 

Dziękuję za betę, komentarz i kliczka!

 

Cześć, Finklo!

 

Ostatnio pomysły na typowego szorta się mnie nie trzymają, z kolei pisać dłuższych rzeczy jakoś nie mam siły :/ a ścinać próbowałem, ale to już nie było to – dałoby się może tekst przebudować, ale na to nie było już czasu.

Pomóc trzeba było nie tyle Zuzce, co jej mężowi – myślę, że zaczęli od ustalenia cóż go dręczy, że po siwuchę sięga.

Nie mniej cieszę się, że lektura usatysfakcjonowała :)

 

Dzięki za wizytę, komentarz i wykopnięcie do biblio!

 

Cześć, Mindenamifaj!

 

Ej no weź :P

Ej, no co? :P Tak kiedyś było :P

Cieszę się, że przypadło do gustu :) tym bardziej jeśli lekko się czyta, wyjście poza limit jednak dość znaczne ;)

 

Dzięki za wizytę i komentarz!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Dzień dybry,

 

Znów się Michał przeżegnał, ale przytaknął, bo nie trzeba w żeniaczki iść, żeby wiedzieć, że ze starą babą nie ma co zadzierać.

Wspaniałe :)

 

Michał zerkał na cycki Zuzki, a cycki spoglądały na niego.

Haha, jejku, świetne!

 

Mam wątpliwości co do króla polskich przekleństw, czyli “c*uja”. Akcja opowiadania rozgrywa się w odległych dla nas czasach i nie jestem pewna, czy już wtedy c*uj byłby używany. Większość tekstów historycznych sugeruje, że królowa polskich przekleństw jest jednocześnie najprawdopodobniej najstarszym wulgaryzmem, którego używa się obecnie, a zaczęto się nim posługiwać ok. 500-600 lat temu (źródło: https://www.damosfera.pl/wulgaryzmy-staropolskie-czyli-od-jak-dawna-lubujemy-sie-w-przeklinaniu/). W tym opowiadaniu ludzie wierzą w magię i czary, więc czas akcji musiał się rozgrywać jeszcze przed chrztem Polski – wtedy raczej c*uj nie był jeszcze używany. Ale może za bardzo się czepiam. Czasem lubię tak podywagować.

 

Abstrahując już od wszelkich członków lub zawodów: opowiadanie bardzo mi się podobało, miejscami bawiło, a miejscami smuciło. Stylizacja językowa robi wrażenie. Opko/szort? zasłużenie znajduje się w Bibliotece. Powodzenia w konkursie!

 

Życie mnie mnie, a Cię mnie?

HH91, czas akcji nie był na pewno przed chrztem Polski, bo są m. in. pruskie oficery, więc nie czepiałbym się zanadto tego ch*ja :P 

No, racja, zapomniałam o pruskich oficerach… W sumie nawet dzisiaj można znaleźć ludzi, którzy wierzą w jakieś gusła ;p

Życie mnie mnie, a Cię mnie?

Cześć, HollyHell!

 

Fakt – z kilku fraz jestem tu zadowolony, więc cieszę się, że i Tobie przypadły do gustu :) Fajnie, że pojawiły się emocje :) Stylizacją trochę przesiąkłem odświeżając sobie “Baśń o wężowym sercu…” i cieszy mnie, że tak pozytywnie jest odbierana. Miał to być szort, ale wyszedł za długi, a ciąć nie mam serca i ochoty :)

A co do brzydkiego słowa – czas akcji to najprawdopodobniej XIX wiek (Historia prusacki oficerów zasłyszana podczas ostatniej wizyty w Twierdzy Kłodzkiej – trafił nam się rewelacyjny przewodnik), ewentualnie XVIII wiek. Na wsi do dziś jest sporo folkloru, a wiara w czary miejscami wciąż się trzyma. Dość powiedzieć, że ostatnie wiedźmy w Europie spłonęły na stosie prawdopodobnie właśnie w Polsce, w Drouchowie, w 1775 roku.

 

Dzięki za wizytę i miły komentarz!

Pozdrówka

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Powtórzę za innymi – świetna stylizacja. Racja, że cięcie tekstu zaszkodziło by, pozbawiając klimatu. Ciekawe postacie a i satysfakcja na końcu się pojawia. Również jestem ciekawa co doradził Zuzce :).

Cześć, Monique!

 

Bardzo dziękuję za przemiły komentarz – cieszy mnie on! :) w zamyśle pustelnik miał skłonić Zuzkę, żeby wsparła męża i poszukała przyczyny tego, że sięga po gorzałę.

 

Dzięki za wizytę i komentarz!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Coś pięknego! Takie opowiadania czyta się niemal jak prezent urodzinowy! Postacie są żywe, prawdziwe i niezwykle przekonujące. Miodzio! Jedyny zarzut to, że za krótkie! Chciałoby się poczytać jeszcze, co tam z Zuzą uradzili. Może druga część?

Pozdrawiam!

Cześć, Jolu!

 

Ojej, dziękuję! :) bardzo miłe słowa z Twojej strony!

Ha! Druga część? Prędzej bym poszedł w stronę podchodów do wiedźmy chyba ;)

 

Dziękuję za wizytę i komentarz!

Pozdrówka!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Zupełnie innego rozwoju historii się spodziewałam. Zaskoczyła mnie postawa pustelnika, los szantażysty i Zuzka. Zastanawia mnie, czemu chochlik z taka łachudrą chciał wędrować.

Bardzo podobała mi się relacja mnicha z chochlikiem.

Ach szacun za tytuł, choć spodziewałam się większych ekscesów.

Cześć, Ambush!

 

Zatem udało mi się zwieść Cię ;)

Chochołek przyczepia się do różnych person, które wesoło sobie podśpiewują, więc w ramach zemsty spróbuje Rostka wysłać do prusackiego wojska, a jeśli mu się znudzi lżenie rudego, tedy do jakiegoś oficera się przyczepi. Po tylu latach w pustelni to dla niego miła odmiana :)

Na ekscesy się gotowało, ale pustelnik jakoś się ogarnął ;)

 

Dzięki za wizytę i komentarz!

Pozdrówka!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Ech, Krokusie, jaka szkoda, że opowiadanie nie uczestniczy w konkursie.

Ale cóż, rozumiem Twoją decyzję, bo z tego tekstu nie da się wyciąć choćby zdania, by nie zrobić krzywdy opowieści, a tę czytało się doskonale, zarówno w części wodzenia pustelnika na pokuszenie, jak i podczas przemyślnego sporządzania eliksiru miłości. Duża w tym zasługa obecności Francika.

Muszę też dodać, że choć nie lubię wulgaryzmów, to tutaj mi nie przeszkadzały, a nawet w pewien sposób uwiarygodniły opisaną rzeczywistość.

Bardzo spodobał mi się finał, kiedy to pustelnik, porzuciwszy uprzedzenia, postanowił wybrać się do wiedźmy. ;)

 

…jak ko­bie­ta na po­wrót ko­szu­lę i gor­set przy­odzie­wa. → W co kobieta przyodziewała koszulę i gorset?

Proponuję: …jak ko­bie­ta na po­wrót w ko­szu­lę i gor­set się przy­odzie­wa. Lub: …jak ko­bie­ta na po­wrót ko­szu­lę i gor­set przy­wdzie­wa.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

W sumie nic nie wiadomo, ani co z babą, ani co z chłopem, ale czytało się całkiem przyjemnie :)

Przynoszę radość :)

Cześć, Reg

Choć konkurs przesympatyczny, z mocną obsadą jurkową, to żeby skrócić go do wymaganych 10k musiałbym go zapewne mocno przekonstruować, a i pewnych rzeczy musiałbym się pozbyć. To już nie byłoby to samo, a z cięcia na siłę ostatecznie wyleczyły mnie moje “Chciałbym mieć rybki”.

Miało wyjść swojsko, a przecie żaden szanujący się chochołek nie nazwie plotkarza na przykład hmm… szelmą :P

Ciekawe jak mu poszło z wiedźmą – to w sumie pomysł na sequel ;)

 

Za poprawki zaraz się biorę, dziękuję!

 

Dziękuję też za wizytę i komentarz!

 

Cześć, Anet!

Baba pewnie będzie do Michała przychodziła, żeby swego chłopa od gorzałki wyleczyć – trzymam za to kciuki ;)

 

Dziękuję za wizytę, komentarz i radość!

 

Pozdrawiam!

 

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

…żeby skrócić go do wymaganych 10k musiałbym go zapewne mocno przekonstruować…

I dobrze, Krokusie, że nie chciałeś majstrować przy fajnym opowiadaniu. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

 

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Cześć, Irko!

 

Toż to Michał, jak żywy! Ale raczej faza robienia maści dla Zuzki, niźli eliksiru miłosnego ;)

 

Pozdrawiam!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

A chochlik na scianie w zle;)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Tle, cholerna komorka :/

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Przeoczyłbym :o 

Nieodmiennie podziwiam Twą zdolność do wyszukiwania grafik ;)

Tle, cholerna komorka :/

komórka, czy chochlik?

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Zabawne i pouczające, acz nie nachalne. Fajna historia. :-) Nie skracałbym.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Szkoda, że poza konkursem sad

Cześć, Asylum!

 

Fajnie, że się spodobało, a i cieszę się, że humor dał radę ;)

 

Dzięki za wizytę i komentarz!

 

Cześć, NaN!

 

Ja też trochę żałuję, ale cięcia mogłyby zmasakrować ten tekst :(

 

Dzięki za wizytę i komentarz!

 

Pozdrówka!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

– A ty co tu robisz, Francik?

xD

 

Rację ma Gruszel, że struktura jest taka se – a wystarczyłoby co nieco dodać na koniec o Zuzie, historię jakoś skonkludować albo w ogóle zakończenie przerobić. Rozpisać się mogłeś, skoro i tak już byłeś ponad limitem:P

Poza tym tekst jest ładnie napisany, czyta się przyjemnie, a postaci – w istocie – całkiem żywe. Tylko Michała szkoda, że u wiedźmy skończył – przecie nie tylko brzydka, a jeszcze kurzajkami zarazi!!1!

 

PS. Postać Rostka Gudbaja kojarzy mi się z nikim innym, jak z naszym portalowym Morteciusem, wiele tożsamych cech osobowości oraz podobnie złośliwe nastawienie do życia.

Szkalowanko!

Слава Україні!

Witaj, Golodh!

 

Wiele rzeczy można było zrobić inaczej :P tymczasem chciałem żeby tekst zachował chociaż pozory szorta i opublikować w terminie :)

Historia Zuzki i jej męża to rzecz do rozpisania na znacznie więcej dni i scen :) natomiast co do wiedźmy, to skąd wiesz jak wygląda? :> Jakiś czas temu przyszło mi na myśl, żeby napisać część drugą właśnie o podchodach Michała do wiedźmy – kto wie, może mnie jeszcze natchnie ;)

Dziękuję za miły komentarz, cieszy mnie, że Francik rozweselił ;)

Szkalowanko ewidentne, ale istnieją przesłanki, że nie bezpodstawne XP

 

Pozdrówka!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Krokusie!

 

Ujęła mnie ta historyjka!

A szczególnie cycki historia pustelnika, co zaczął sam, potem sam już nie był, bo go Gruszel Francik nawiedził, potem co znowu był sam, a na końcu już nie, bo zadupczyć postanowił!

Fajne, miło spędzony czas, dziękuję. ^^

Pozdrawiam!

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Barbarzyńco,

 

Rad jestem, że historia Cię ujęła, choć przestrzegam przed upraszczaniem – to był chujowy (cytując Francika) pustelnik, więc do wiedźmy nie dupczyć szedł, a leczyć swą samotność :)

 

Cieszę się, żeś dobrze czas spędził!

Dzięki za wizytę i komentarz!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Bardzo dobre opowiadanie, świetnie się czyta. Szkoda, że podjąłeś decyzję o nie skróceniu do szorta, ale ułatwiłeś nam pracę. XD. Zasłużone miejsce w bibliotece.

Cześć, Misiu!

 

Ja dziękuję za konkurs, miałem nie brać udziału, ale w ostatniej chwili przyszła inspiracja – jak to bywa, pomysł z krótkiego trochę się rozrósł, ale to też dlatego, że świetnie się bawiłem pisząc ten tekst. Choć mnie to dyskwalifikowało, to cieszę się, że przyniosło trochę rozrywki :)

 

Dziękuję, jurku Koalo, również za wizytę i komentarz!

Pozdrówka!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Nowa Fantastyka