- Opowiadanie: DHBW - Dzieciodzieło

Dzieciodzieło

Nie wiem, doprawdy nie wiem. Nie wiem, co o tym myśleć. Nie wiem.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Dzieciodzieło

Nie patrzyła na niego, tylko na ścianę.

– Chcę mieć dziecko.

Nie spodziewał się niczego innego. Przyglądał się ukradkiem jej bladej, szczupłej twarzy i intensywnie zielonym oczom. Na oko miała ze czterdzieści lat, ale nie wykluczał, że kruczoczarne włosy z białymi i siwymi pasemkami mogą ją postarzać. Szczupła sylwetka tonęła w puszystym płaszczu z czarnych piór. Duszący zapach słodkich perfum wgryzał się w nozdrza pomimo dzielącego ich biurka.

– Gratuluję podjęcia tak ważnej decyzji – odparł z uprzejmym uśmiechem. – Czy to będzie pani pierwsze dziecko?

– Tak.

Skinął głową i przeniósł wzrok na monitor, żeby sprawdzić, czy komputer zaznaczył odpowiednią opcję na formularzu.

– Więc jeszcze pani nie wie, co panią czeka – zażartował. – Cały proces może dać się we znaki, ale z pewnością przyniesie również wiele radości. Przede wszystkim pragnę panią zapewnić, że obecnie edycja genomu nie jest obciążona żadnym ryzykiem.

Skinęła głową, ale nadal nie raczyła na niego spojrzeć. Od początku zachowywała się dziwnie, jakby myślami była gdzieś bardzo daleko. Jej uwagę pochłaniała ściana po jej prawej, obwieszona dziesiątkami białych ramek o identycznych wymiarach. Zdjęcia przedstawiały uśmiechnięte dzieci w różnym wieku.

– Na początek chciałbym posłuchać, co pani ma do powiedzenia. Czy ma już pani jakiś zamysł? Ogólną wizję?

Nie odpowiedziała od razu. Czekał cierpliwie, choć zaczynał odczuwać lekką irytację.

– Piękne – powiedziała, wskazując brodą na zdjęcia. – Jest pan prawdziwym artystą.

Zaśmiał się krótko i skinął w podziękowaniu głową.

– Przyznam, że zdarza mi się to słyszeć.

– Ja również jestem artystką.

Skwitował to wyznanie uprzejmym uśmiechem, nie zamierzał jednak drążyć tematu. Miał nadzieję, że kobieta przejdzie nareszcie do rzeczy, niestety wyraźnie jej się nie śpieszyło.

– Wczoraj otwarto moją wystawę w Metanomo – oznajmiła. Sucho, bez śladu dumy w głosie. – Zresztą właśnie temu zawdzięcza pan moją wizytę, inaczej za nic nie przyjechałabym do tego wymuskanego miasta. Oczy bolą od tej bieli, od tego szkła… Słyszał pan o niej?

– O czym? – zapytał, bo zgubił wątek.

– O mojej wystawie. „Horyzonty Wertykalne”. W galerii Metanomo.

– Niestety, nie interesuję się sztuką.

– Doprawdy? – spytała beznamiętnie. – Ze swoim zmysłem estetyki?

– Obawiam się, że na sztukę zabrakłoby mi już czasu. A wracając do tematu… Będziemy musieli przeprowadzić szczegółowy wywiad medyczny obojga rodziców. Czy mogę spytać o kandydata na biologicznego ojca?

Machnęła lekceważąco ręką, nie przerywając oglądania zdjęć. Skinął głową i upewnił się, że jego elektroniczny asystent zaznaczył na formularzu opcję „Anonimowy dawca”.

– A czy wybrała już pani płeć?

Znów odpowiedziała po nieznośnie długiej chwili.

– Myślałam o tym, ale jakoś nie potrafię zdecydować. Chyba zdam się w tej kwestii na los.

Rozczarowała go ta odpowiedź, bo szczegółowe projektowanie cech stanowiło najciekawszą część jego pracy, nie mówiąc już o tym, że wolałby ją skasować za pełnowymiarowy model.

– Cóż, to znacznie zawęża nasze możliwości… Oczywiście jeżeli chodzi o wygląd. Przyznam, że jestem lekko zdziwiony, bo większość klientów…

– Słyszał pan kiedyś o Quasimodo? – przerwała mu, równie bezceremonialnie, co

beznamiętnie.

Wytrąciła go tym z równowagi, musiał chwilę pomyśleć, ale szybko pokręcił głową.

– Nie kojarzę.

– Jeśli nie czytał pan książki, to może oglądał pan chociaż tę śmieszną animację? Pewnie ma już z półtora wieku.

– Obawiam się, że nie należę do amatorów zabytkowej kinematografii.

– Lubię stare filmy. – Nadal patrzyła wyłącznie na ścianę. – Nowe są o niczym. Albo o tym samym.

Coraz trudniej było mu utrzymać na twarzy uprzejmy uśmiech. Wielu klientów nie darzył sympatią, natomiast ten babsztyl drażnił go wyjątkowo. Podejrzewał, że chciała wydawać się interesująca, a może tajemnicza, nieprzenikniona. Dla niego była co najwyżej pretensjonalna.

– Jeśli chodzi o eliminację wad genetycznych – podjął cierpliwie – to mogę zaoferować pakiet obejmujący wszystkie zidentyfikowane dotychczas choroby. Nie jest to tanie…

Było to oczywiście olbrzymie niedopowiedzenie. Nawet najwięksi krezusi lubili gwizdać albo łapać się za głowę, kiedy dyktował swoje ceny. Czekał na jakąś reakcję, najlepiej pytanie, ale kobieta milczała. Z trudem powstrzymał się przed wymownym westchnięciem.

– Mogę również zaoferować mniej kompleksowe pakiety, ale osobiście nie radzę ryzykować w kwestii zd…

– Podejrzewam, że skuszę się na pana najlepszy pakiet – przerwała mu obcesowo. – Na pewno chcę, żeby dziecko było zdrowe. Sądzę, że to mu nie zaszkodzi.

Zabrzmiało to dziwnie, nie zamierzał jednak okazywać konsternacji, bo podejrzewał, że o to właśnie jej chodziło. Skinął tylko głową, a na formularzu, przy opcji „pakiet kompleksowy”, pojawiła się zielona kropka.

– Doskonały wybór – zapewnił. – Jeżeli chodzi o fenotyp, czyli cechy zewnętrzne, muszę oczywiście zastrzec, że wiele zależy również od czynników środowiskowych, natomiast w naszych warunkach odpowiednia dieta powinna stanowić wystarczające uzupełnienie modelu genetycznego. Proszę jednak pamiętać, że efekt końcowy może nieznacznie odbiegać od zamierzonego. Pomimo ogromnych postępów, nadal daleko nam do chirurgicznej precyzji – dodał żartobliwie.

Przyjęła te słowa w milczeniu, zmrużyła tylko oczy. Zaklął w myślach, bo poczuł, że zaczynają go pobolewać kąciki ust. Postanowił za wszelką cenę zmusić babsztyla do mówienia.

– Może zaczniemy od podstawowych kwestii, takich jak wzrost, kolor włosów, kształt i kolor oczu, odcień skóry, ewentualnie rysy twarzy… – Bardzo się starał, by w jego głosie pobrzmiewał entuzjazm. Przesunął po blacie gruby katalog. – Nasza oferta jest jedną z najbardziej różnorodnych na rynku, i cały czas uzupełniamy ją o nowe pozycje. Co do koloru oczu, pozwolę sobie wspomnieć, że ostatnio dodaliśmy nowe odcienie brązu, naprawdę pięknie wpadają w złoto…

Spojrzała na katalog, jakby podsuwał jej pod nos gorzkie lekarstwo.

– Nie jestem tu dzisiaj, żeby rozmawiać o takich szczegółach – oznajmiła sucho. – Właściwie chcę się dowiedzieć tylko jednego.

– Mianowicie?

– Czy zaprojektuje pan dla mnie takie dziecko, jakie sobie wymyśliłam.

Uniósł brwi w wyrazie uprzejmego zdziwienia.

– Zrobię wszystko, by sprostać pani wymaganiom. Właśnie po to tutaj jestem.

– Teoretycznie tak. Ale sprawa nie jest taka prosta. Dwóch lekarzy już mi odmówiło.

Był pewien, że to tylko element jej małego przedstawienia, a jednak zabrzmiało niepokojąco. Całe to stopniowanie napięcia coraz mocniej działało mu na nerwy. Nie miał jednak wyboru, tym razem wypadało dopytać.

– Cóż, nie mogę nic powiedzieć, dopóki nie poznam pani zamysłu.

Spojrzała na niego po raz pierwszy od momentu, gdy posadziła tyłek w fotelu.

– Chcę, żeby moje dziecko było brzydkie.

– Słucham?

– Chcę, żeby było brzydkie.

Zamrugał, nadal uprzejmie zdziwiony.

– Cóż, wiadomo, że o gustach się nie dyskutuje. Każdy ma swój własny przepis na idealne potomstwo…

– Nie, pan nie rozumie. Chcę, żeby było brzydkie. Obiektywnie. Niezaprzeczalnie.

Na usta cisnęło mu się wiele pytań, lecz ostatecznie wyszło z tego pełne niedowierzania sapnięcie.

– Przepraszam, ale za nic nie potrafię odgadnąć, o co może pani chodzić.

– Myślę, że wyraziłam się jasno.

Rozłożył bezradnie ręce.

– Domyślam się, że jest w tym jakiś haczyk…

– Nie ma żadnego haczyka – zapewniła sucho. – Chcę, żeby było brzydkie. Żeby było niskie i miało grube kości. Odstające uszy. Krótką szyję. Okrągłą twarz bez zarysowanego podbródka. Opadające powieki. Problemy z cerą. Jeśli się da, to krótkie nogi.

O mało nie parsknął śmiechem, choć bynajmniej nie dostrzegał w tym nic zabawnego. Gorączkowo szukał jakiegoś możliwego wyjaśnienia.

– Czy to jakiś rodzaj… artystycznej… prowokacji? – zaryzykował.

– Prowokacja już dawno stała się nudna. Zwłaszcza artystyczna.

Nie wierzył w to, co słyszał. Wpatrywał się w beznamiętną twarz kobiety i usiłował rozgryźć, czy to ta cała artystyczna maniera poprzestawiała jej już trybiki w głowie, czy może jest po prostu beznadziejnie głupia.

„Czyżby błąd kodowania?”, pomyślał złośliwie. „Biedni rodzice. Na reklamację pewnie już za późno”.

– Dlaczego chce pani skrzywdzić swoje dziecko? – zapytał zimno.

– Kto powiedział, że chcę je skrzywdzić?

– A jak inaczej można to nazwać?

– Zapewniam, że nie jest to moją intencją. – Ewidentnie czekała na jego pytanie, ale zawiodła się. – Nie jest pan ciekaw powodu?

– Zastanawiam się raczej nad wyproszeniem pani z gabinetu.

Usta pomalowane fioletową szminką wygięły się w ledwo dostrzegalnym uśmiechu.

– Myślałam, że zrobi pan wszystko, by sprostać moim wymaganiom.

– Widzi pani, istnieje coś takiego jak etyka lekarska. A to, czego pani żąda, jest w mojej opinii nieetyczne. Wręcz niemoralne.

– Co jest niemoralne? Brzydota jest niemoralna?

Szukał przez chwilę odpowiednich słów.

– Niemoralne jest celowe nadawanie dziecku cech powszechnie uważanych za niepożądane.

Przeniosła wzrok na ogromne okno za jego plecami. Na jej tęczówkach zatańczyło odbicie sąsiedniego wieżowca, harmonijnego połączenia szkła, metalu i połyskliwego białego tworzywa, o tarasach przesłoniętych wodospadami kwiecia. Nie sprawiała wrażenia zakłopotanej.

– Nie chcę, żeby moje dziecko czerpało siłę z wyglądu zewnętrznego – odparła po chwili. – By uzależniało od niego szczęście.

To było tak naiwne, że prychnął i pokręcił głową.

– Obawiam się, że może nie mieć wyboru. Realia są takie, a nie inne. Już od kilku pokoleń używamy inżynierii genetycznej do eliminowania niedociągnięć natury.

– I uważa pan, że dobrze na tym wyszliśmy? – W jej głosie zabrzmiało wyzwanie. – Co to za świat, w którym człowiek nie ma prawa do niedoskonałości? W którym brzydota stała się niemoralna?

– Myślę, że to raczej piękno stało się standardem.

– A ja mam wrażenie, że staliśmy się wydmuszkami. Pięknymi, ale pustymi skorupami.

– Doprawdy trudno odgadnąć, skąd taki wniosek.

Spojrzała na niego badawczo i zmarszczyła czoło, jakby intensywnie się nad czymś zastanawiała.

– Nie jest pan czasem zmęczony tą całą idyllą?

– Co dokładnie ma pani na myśli?

– Cały ten luksus. Bezpieczeństwo. Wygoda. – Zatoczyła szeroki gest dłonią. – Znaleźliśmy sposób na zdecydowaną większość chorób, a na naszych ulicach nie ma już wypadków. W naszych korporacjach zajmujemy się nadzorem i czerpaniem korzyści, bo właściwą pracę wykonują za nas inni. A skoro interesy robią się same, a technologia wyręcza nas w większości żmudnych obowiązków, to mamy mnóstwo wolnego czasu i niewiele powodów do stresu.

Pokiwał głową, bo nareszcie mógł jej przyznać rację.

– Myślę, że do tego właśnie zmierzała ludzkość od zarania dziejów – zauważył.

– Naprawdę? Właśnie do tego? – Jednym zdecydowanym gestem otworzyła torebkę i zaczęła w niej szperać.

– Mniej więcej.

– Dobrze, załóżmy więc, że jest idealnie. Żyjemy w najlepszym z możliwych światów. Tyle tylko, że nie przynosi nam to szczęścia. – Wyłowiła z torebki zapalniczkę, lecz zaraz spojrzała na niego pytająco. – Pewnie nie można tutaj palić?

– Zgadła pani.

Westchnęła i zwróciła zapalniczkę czarnej otchłani.

– Problem polega na tym – podjęła, znów patrząc mu prosto w oczy – że wyeliminowaliśmy najważniejsze czynniki, które powodują cierpienie, ale jednocześnie pozbawiliśmy się człowieczeństwa. Tego, co czyniło nas ludźmi.

Nie widział już powodu, by zmuszać się do uprzejmości. Przejechał dłonią w dół twarzy i parsknął śmiechem.

– To jedna z głupszych rzeczy, jakie słyszałem.

– Proszę pomyśleć. – Zdawała się niezrażona jego reakcją. – Tam, gdzie nie ma kontrastu, wszystko musi być mdłe i bez wyrazu. Nie zauważył pan, że nie potrafimy już budować więzi? Że traktujemy się przedmiotowo? Że wszystko jest na pokaz? Dzieci oznaczają szczęśliwe życie rodzinne, znajomi oznaczają popularność, partnerzy potwierdzają naszą atrakcyjność. Nie potrafimy już tworzyć związków, bo nie dostrzegamy człowieka, a jedynie jego wykreowany obraz.

– Przykro mi, jeśli jakieś osobiste doświadczenia wywołały u pani takie przekonanie. Ale uczucia międzyludzkie, miłość, przyjaźń, to wartości uniwersalne.

Pokręciła stanowczo głową.

– Wystarczy się tylko rozejrzeć. Nie wiemy już, co to wierność, oddanie, przywiązanie. Nudzimy się sobą od razu, bo nic nas nie łączy. Nie przeżywamy trudnych chwil, które mogłyby nas do siebie zbliżyć. Nie próbujemy niczego naprawiać, bo po co? Zaraz przecież znajdzie się ktoś nowy, równie rozczarowany i samotny jak my. Mylimy pożądanie z miłością, znajomość z przyjaźnią, obojętność z siłą. Czy zauważył pan, że otrząsamy się ze zdrady albo z rozstania, jakbyśmy strzepywali pyłek z rękawa? Kiedyś mogliśmy rozpaczać, teraz musimy kroczyć z wysoko podniesioną głową i uśmiechem przylepionym do twarzy.

– Myślę, że czyta pani za dużo mądrych artykułów. Ale dobrze, wierzę, że pani w to wierzy. Natomiast nie bardzo rozumiem, w jaki sposób brzydota ma uchronić przed tym pani dziecko.

Na jej twarzy zamajaczył delikatny uśmiech.

– Chciałabym, żeby szukało szczęścia w czymś innym. We własnej sile. W innych ludziach. – Zawahała się. – A jeśli znajdzie kiedyś miłość, to mam nadzieję, że będzie to prawdziwa miłość. Miłość do człowieka, a nie jego skorupy.

– Naprawdę uważa pani, że brzydota pomoże pani dziecku w znalezieniu miłości? – zapytał, nie kryjąc drwiny. – Bo ja myślę, że będzie dokładnie na odwrót. Pani dziecko będzie otoczone samymi pięknymi ludźmi, a w takich realiach może być tylko nieszczęśliwe.

– Nieszczęśliwe. – Prychnęła. – Zauważył pan, że szczęście to teraz wymóg i obowiązek? Ogłaszamy całemu światu, jacy jesteśmy piękni, bogaci i spełnieni. Wszyscy porównują się do wszystkich, więc wstydzimy się bólu i niepowodzeń. Cierpienie równa się porażce, cierpienie jest upokarzające. – Znów zaczęła odruchowo grzebać w torebce, ale szybko przestała. – A jednocześnie rozpaczamy z byle powodu. Mamy tak mało problemów, że musimy je sobie wymyślać, żeby mieć o czym rozmawiać. Nie męczy to pana?

– Jeżeli ma pani problem z zaakceptowaniem rzeczywistości… Proponuję zasięgnąć porady specjalisty.

Zaśmiała się, głośno, gardłowo, bezlitośnie.

– Widzi pan? Przecież to nie do pomyślenia, żeby ktoś był nieszczęśliwy. Toż nieszczęście jest nienormalne! A to by znaczyło, że wszyscy jesteśmy nienormalni. Zna pan kogoś, kto nie łyka tabletek? Kto nie leżakuje po psychoterapeutach?

Przyglądał się przez chwilę jej śliwkowym ustom, wygiętym w grymasie drwiny. Potem westchnął i splótł przed sobą dłonie.

– Mam wrażenie, że sama jest pani ofiarą zjawiska, które pani przed chwilą opisała. Nie ma pani poważniejszych problemów, dlatego szuka pani sposobu na urozmaicenie sobie życia. Tragiczne w tym wszystkim jest to, że ofiarą pani wymysłów może stać się niewinne dziecko – wycedził. – Tymczasem jako rodzic powinna pani zrobić wszystko, co w pani mocy, by zapewnić swojemu dziecku pełne i szczęśliwe życie. A wbrew pani urojeniom, brzydota mu w tym nie pomoże. Brzydota mu w tym przeszkodzi. I tak było zawsze. Ludzie zawsze woleli piękne od brzydkiego – dodał z naciskiem, po czym odchylił się w fotelu i założył nogę na nogę. – Krótko mówiąc, prosi pani, żebym zaprojektował dla pani wyrzutka. Człowieka niewpisującego się w normalność, a więc nieakceptowanego.

Znikł gdzieś lekceważący uśmieszek, teraz znów wpatrywała się w niego z mistrzowską beznamiętnością.

– Kto panu powiedział, że to dziecko będzie wyrzutkiem? Że będzie wyróżniać się z tłumu? – A widząc, że nie rozumie, dodała: – Kto panu powiedział, że będzie wychowywać się tutaj, na Północy?

– Wydało mi się to czymś oczywistym – powiedział ostrożnie.

– Początkowo zamierzałam wychować je sama. – Wzruszyła ramionami. – Ale potem zrozumiałam, że w ten sposób uczyniłabym je jakimś cholernym symbolem. Ludzie zarzucaliby mi, że zrobiłam to dla rozgłosu, że skrzywdziłam dziecko, żeby zamanifestować jakieś swoje głupie przekonania.

– I pewnie mieliby rację – zauważył zjadliwie. – Ale co w takim razie zamierza pani zrobić?

– Chcę je oddać do przytułku. Gdzieś na Południu.

Z wrażenia nie mógł przez chwilę dobyć głosu.

– Proszę mnie poprawić, jeśli się mylę… Ale to chyba po prostu okrutne?

Nie wyglądało na to, by przejęła się jego słowami.

– Był pan kiedyś na Południu? – zapytała spokojnie.

– Nie.

– Ludzie tam żyją.

– Co to znaczy? – wycedził, czując, że balansuje na skraju wytrzymałości.

– Dokładnie to – odparła, niewzruszona jego tonem. – Ludzie żyją tam ważnymi sprawami, a nie drobnostkami. Potrafią być dla siebie serdeczni, pomagać sobie, mimo że sami nie mają wiele. Potrafią być szczerzy, spontaniczni. Tam ulice tętnią życiem.

– Być może – syknął. – Ale panuje tam też ogromne bezrobocie, a pracuje się ciężko za małe pieniądze. Warunki higieniczne są tam często wątpliwe, opieka zdrowotna kuleje, a w dodatku wszędzie szerzy się przestępczość.

– Być może – przyznała. – Ale tam, gdzie panuje brzydota, ludzie doceniają piękno. Tam, gdzie jest ból i cierpienie, jest też prawdziwa radość, prawdziwe szczęście. To taka stara prawda – zauważyła z uśmiechem. – Tylko nieszczęście sprawia, że doceniamy dobre chwile, to, co mamy. Tylko perspektywa śmierci uświadamia nam, że żyjemy. Te rzeczy, które wyzwalają w nas najgorsze emocje, największy strach, potrafią też wydobyć z nas największe dobro. A ja chcę dać mojemu dziecku szansę – dodała z naciskiem. – Szansę na bycie człowiekiem.

Żachnął się ze złością.

– Skoro tak panią fascynują tamte obszary, dlaczego sama pani tam nie zamieszka?!

Wzruszyła ramionami.

– Byłabym tam tylko turystką. A gdybym spróbowała naprawdę wtopić się w tłum, mogłabym utonąć. Nie zostałam stworzona do takiego życia. Jesteśmy produktem społeczeństwa, w którym nas wychowano i w którym żyjemy. W moim przypadku oznacza to, że jestem słaba.

– Ale skoro nie chce pani tego dziecka wychowywać, skoro chce je pani porzucić, to po co chce je pani w ogóle urodzić?! – wycedził, ledwo powstrzymując się od rąbnięcia pięścią w stół.

– Z tego samego powodu, co wszyscy – odparła spokojnie. – A już zwłaszcza artyści. – Uśmiechnęła się tak pretensjonalnie, że miał ochotę zdzielić ją w twarz. – Chcę coś po sobie zostawić, a to będzie moje największe dzieło. Dzieło bez tytułu. I bez podpisu. Dzieło, które naprawdę będzie żyło własnym życiem.

Powoli zyskiwał pewność, że ma do czynienia z wariatką.

– A co, jeśli całe życie poświęci szukaniu piękna? Naprawianiu tego, co pani postanowiła zepsuć?

– Mam nadzieję, że nie. Ale o to właśnie chodzi. Żeby żyło, i żeby żyło dokładnie tak, jak chce.

– A kto mu to wytłumaczy, jeśli pani nie będzie obok?

Znów wzruszyła ramionami.

– Życie.

Oddychał teraz ciężko.

– Pani dziecko będzie tam walczyło o przetrwanie. – Wściekłość ściskała go mocno za szczękę, dlatego mówił powoli, cedząc słowa. – Nie dość, że będzie wychowywać się bez rodziców, to najpewniej będzie cierpieć niedostatek. Niech pani zapyta kogoś z Południa, czy wolałby, żeby jego dziecko wychowywało się tutaj, czy tam. Chce mu pani odmówić wszystkiego, czego oni nam zazdroszczą, począwszy od najlepszej edukacji, najnowszych zdobyczy nauki i medycyny…

– To prawda, medycynę doprowadziliśmy do perfekcji. – Prychnęła. – Podobnie jak eugenikę. Gorzej z człowieczeństwem.

Tym razem nie miał gotowej odpowiedzi. Zatrzymał się, dał sobie chwilę do namysłu, po czym ostrożnie powiedział:

– Zawsze istniały grupy bardziej i mniej uprzywilejowane.

Pokręciła głową.

– Może i tak. Ale teraz jest inaczej. Po pierwsze, teraz mamy rzeczywiste możliwości, by każdemu zapewnić godne życie i dostęp do wszystkich zdobyczy cywilizacji. Nie teoretycznie, a praktycznie. Nie robimy tego, bo lubimy gromadzić kolosalne fortuny. Lubimy władzę, jaką dają nam pieniądze. – Zmrużyła wyzywająco oczy. – Po drugie, lud, masy robotnicze, plebs, co pan woli… Ci ludzie jeszcze nigdy nie byli tak boleśnie świadomi swojej kondycji. Masy jeszcze nigdy nie były na tyle wykształcone i inteligentne, by tak wyraźnie dostrzegać niesprawiedliwość swojego położenia. By wiedzieć, że wszystko jest na wyciągnięcie ręki, ale zawsze poza ich zasięgiem. I nie muszę chyba panu tłumaczyć – teraz to ona cedziła przez zęby – że są ofiarami systemu, z którego my czerpiemy korzyści. A ja nie chcę, żeby moje dziecko w tym uczestniczyło.

Na jej twarzy po raz pierwszy odmalowała się jakaś gwałtowniejsza emocja. Nadeszła jego kolej, by przemówić spokojnie, beznamiętnie wręcz.

– W naszych rodzinach całe pokolenia pracowały ciężko właśnie po to, by powodziło nam się lepiej niż innym.

Prychnęła lekceważąco.

– Wie pan, ostatnio dość często bywam na Południu, uczestniczę w różnych akcjach charytatywnych. I wie pan, co widzę na twarzach dobroczyńców z Północy, ludzi takich jak ja czy pan, którzy odwiedzają Południe? – Satysfakcję. W środku aż się skręcają z radości. Z poczucia wyższości. – Jej głos stwardniał. – Nie chciałabym zobaczyć czegoś takiego w oczach mojego dziecka. Nigdy.

– Więc woli mu pani wszystko utrudnić, zamiast dać wszystko, co najlepsze – podsumował. – Bardzo mi przykro, ale mnie to przerasta. – Znów rozłożył ręce. – Nie mogę spełnić pani życzenia. Jako lekarz mam za zadanie pomagać ludziom, a nie im szkodzić.

W jej oczach błysnęła zimna wściekłość. Przyglądała mu się przez chwilę, jakby ważyła słowa. Potem wysunęła wyzywająco brodę.

– Czy zastanawiał się pan kiedyś nad tym, jak bardzo pański zawód przyczynia się do całej tej niesprawiedliwości?

Tego się nie spodziewał, nie wzruszyło go to jednak.

– Być może. I jest to oczywiście bardzo przykre. Natomiast tak się złożyło, że w taki właśnie sposób zarabiam na życie.

– Na życie? Czy na mieszkania, samoloty i jachty? Proszę powiedzieć, ma pan prywatny samolot?

– Nie widzę potrzeby kontynuowania tej rozmowy.

– Więc nie razi pana ta nierówność? Ta nieproporcjonalność?

– Oczywiście, że mnie razi. Ale jestem tylko tworem społeczeństwa, w którym żyję – zauważył z przekąsem.

– To prawda – wycedziła. – I to w takim stopniu, że czuję, jakbym mówiła do ściany.

– Nic na to nie poradzę. Mogę się jedynie dostosować.

– Dostosować? Czy z pełną świadomością dopuścić się zaniechania? Czerpać garściami z krzywdzącego systemu?

Miał już babsztyla serdecznie dość.

– Proszę pani – powiedział i westchnął głęboko. – Zapuszcza się pani na grząskie tereny. Takie słowa mogłyby nawet zainteresować pewne służby.

– A zatem dobrze się składa, że obowiązuje pana tajemnica lekarska. – Uśmiechnęła się samymi kącikami ust. – Ale proszę się nie obawiać, nie przygotowuję żadnej rewolucji. Może powinnam po prostu zmienić tabletki.

– Tak byłoby chyba najlepiej.

To zabrzmiało jak koniec rozmowy, ale kobieta nie ruszała się z miejsca.

– Jest pan pewien? – zapytała. – Nawet się pan nie zastanowi?

– Nie muszę się nad niczym zastanawiać.

– Będę szukać, aż znajdę. Dlaczego nie oszczędzi mi pan zachodu?

– Bardzo proszę, by oszczędziła mi pani całego tego przekonywania. Dziękuję za zainteresowanie naszymi usługami. Myślę, że trafi pani do drzwi, są, o, tam. – Wskazał ręką prosto przed siebie.

Wstała niespiesznie, nie spuszczając z niego wzroku, mimo że on ostentacyjnie wpatrywał się w monitor. Tuż przed drzwiami zatrzymała się i obróciła przez ramię.

– Zapraszam na moją wystawę – powiedziała. Spokojnie, uprzejmie. – Na pewno widział pan już mnóstwo kolorowych plam, ale jeszcze nigdy w takich aranżacjach.

– Dziękuję za zaproszenie.

Pożegnał ją sztucznym uśmiechem. Gdy wyszła, odetchnął z ulgą.

Koniec

Komentarze

Witaj.

 

Niezwykle kontrowersyjne treści. jestem mocno zszokowana argumentacją przyszłej matki, chociaż – jak zawsze, starając się zrozumieć stanowisko innego człowieka – po części rozumiem to, co przeszkadza jej w obecnym życiu. Mimo tego jednak uważam, że mogłaby sama poświęcić się, przejść nawet operację plastyczną, zmieniającą ją w brzydką osobę i zamieszkać tam, gdzie tak bardzo jej się podoba, chłonąc wszelkie uroki (wraz ze znanymi jej wadami) tamtejszego życia. Popieram tu jak najbardziej stanowisko lekarza, jak również jego poprzedników. Słowa i dążenia artystki uważam za nieetyczne i niemoralne. Jej pewność, że chce dobra dziecka, to dla mnie całkowite przeciwieństwo, ponieważ w moim odczuciu chce je najzwyczajniej skrzywdzić

Ogólnie to doskonałe opowiadanie (które natychmiast zgłaszam) napawa mnie smutkiem – żal mi ogromnie tej kobiety z jej wypaczonym pojmowaniem życia oraz sensu macierzyństwa, a nade wszystko żal mi jej przyszłego dziecka, bo – jak sama zapowiedziała – będzie szukać tak długo, aż wreszcie znajdzie i swe wymarzone dziecko urodzi.crying

 

.Co do spraw technicznych, czasem piszesz “Południe” wielką, a czasem małą literą. Sporo jest też “uprzejmych uśmiechów”, ale to już zwykłe moje czepialstwo. :)

Pozdrawiam serdecznie. :)

Pecunia non olet

Hej, ho, bruce! Bardzo się cieszę, że się spodobało, dziękuję za klika heart i za uwagi – “południe” już poprawione. ;)

She was with me. She did all those things and so many more, things I would never tell anyone, and she never even loved me. Now that’s love.

Mam mieszane uczucia co do tego tekstu. Czytało się dobrze i płynnie, doceniam pomysł i tytuł.

Co mi przeszkadzało? Bardzo powierzchownie zarysowane realia tego dystopijnego świata. Ponieważ poznajemy go właściwie tylko z wypowiedzi bohaterki, nie mam pewności, czy naprawdę jest on taki dystopijny, czy to ona jest świrnięta. Te puste relacje, o których mówi – nie mam powodu wierzyć, że wszyscy je tak odczuwają, a nie tylko ona.

Niemniej, opowiadanie skłania do zastanowienia, a to zawsze plus.

Kto nie leżakuje po psychoterapeutach?

Połączenie “leżakować po” mi zgrzyta. Można pewnie chadzać po terapeutach, ale leżakować raczej u terapeutów.

Kosmos to bazgranina byle jakich wielokropków!

I ja dziękuję i pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

No, nareszcie coś pobudzającego szare komórki. Nie ple ple o wampirkach, pitu pitu o nieszczęśliwych wilkołakach.

Pokazany w tekście kontrast miedzy domyślną Północa a nazwanym Południem jest mało wiarygodny, ale odpuszczam ten “grzech” natychmiast – jego usunięcie wymagałoby stworzenia powieści, nie krótkiego opowiadania. No dobrze, do rzeczy…

Autorka ukazała dwie dystopie. Ta pełna szczęśliwych, bogatych i zdrowych ludzi Północ jest, powtarzam, jest dystopią. Nie z racji ustroju ale z racji psychokondycji mieszkańców. Brak życiowych problemów prowadzi do spłycenia relacji, o czym wprost mówi bezimienna bohaterka tekstu, więc powtarzanie uważam za zbędne. Płytkość rzeczonych relacji okalecza psychicznie, co nie jest żadną nowością – I czego przedsmaki możemy już dzisiaj poznawać, czego niezłą ilustracja jest sięganie po smartfon, aby najpierw sfotografować człowieka leżącego na torach, a ewentualnie potem wybrać numer alarmowy. (Z życia wzięte.) Południe też rajem nie jest, ale tenże brak raju niejako pozwala na dochodzenie do głosu ludzkich odruchów – bo mieszkańcy mają prawdziwe problemy i wiedzą, że inni mają je też, co w pewnym sensie “konserwuje” altruizmy i pozwala im włączać się. Tyle i tak bez żargonów specjalistów od demografii, socjologii… W tekście też Autorka nie używa odnośnej terminologii, i bardzo dobrze, literatura ma oddziaływać przez indukowane odczucia, a nie zastępować referaty sympozjalne.

Generalnie – bardzo dobrze.

Lecę polecić – pozdrawiam – Adam

Cześć, DHBW. Fajny tekst, któremu kilk do biblio z pewnością się należy (ale w komentarzu będzie też kilka uwag).

Jeśli chodzi o styl i lekkość pióra, to nie mam się czego czepiać, ponieważ napisane sprawnie, naturalnie i czytało się przyjemnie. Dialogi brzmią dobrze, co w tym akurat tekście było szczególnie ważne, jako iż właściwie cały jest dialogiem. Zawsze doceniam, kiedy autorowi uda się zawrzeć ekspozycję i praktycznie całą fabułę wyłącznie w dialogu; to trudna sztuka, mi nigdy nie wyszła.

Pomysł ciekawy. Nie powala oryginalnością, ale jak na tekst eksplorujący pewien koncept i skupiający się niemal wyłącznie na nim – okej. Dodatkowy plus za to, że zmusiłaś mnie do przemyśleń. I kolejny – za to, że po lekturze nie jestem całkowicie przekonana do natychmiastowego osądzania Twojej Jane Doe ;P

Imo można by to opko nieco skrócić, bo kiedy intencje klientki stają się już czytelnikowi znane, a lekarz/projektant zaczyna się z kobietą przerzucać argumentami, tekst traci nieco na sile przekazu. Myślę, że tę wyliczankę, którą mu zaserwowała (tę o utracie człowieczeństwa itd), wszyscy już znamy na pamięć. Nie ma w tym niczego odkrywczego, a lament ciągnie się i ciągnieee i ciągnieeeee. Nuży o tyle, że świat przedstawiony nie wydaje się być szczególnie oryginalny – ot, taki jak nasz (bogata Północ, ubogie Południe), tyle że wzbogacony o inżynierię genetyczną na wysokim poziomie.

Zakończenie również średnio wybrzmiewa na tle dobrego początku. Trochę zabrakło mi puenty. Pogadali, ponarzekali i poszli.

Mimo tych uwag, uważam, że koncept jest na tyle ciekawy, że warto dać klika.

 

A i jeszcze jedno. “Kolekcjonuję” zabiegi pisarskie, które mi się rzucą w oczy jako ciekawe lub przydatne, i w Twoim tekście to mi się spodobało:

– Wczoraj otwarto moją wystawę w Metanomo – oznajmiła. Sucho, bez śladu dumy w głosie. – Zresztą właśnie temu zawdzięcza pan moją wizytę, inaczej za nic nie przyjechałabym do tego wymuskanego miasta. Oczy bolą od tej bieli, od tego szkła… Słyszał pan o niej?

– O czym? – zapytał, bo zgubił wątek.

– O mojej wystawie. „Horyzonty Wertykalne”. W galerii Metanomo.

Ja również zgubiłam wątek, więc doceniam, że udało Ci się naturalnie przypomnieć czytelnikowi, o czym mowa.

Przyciągnął mnie tytuł. Bo to naprawdę przyciągający tytuł. :)

Cóż, początek podobał mi się bardzo. Wprowadzenie do świata, w którym ludzie są projektowani na zamówienie rzeczywiście ciekawe, no i niepewność, do czego zmierza ta dziwna rozmowa. Od wzmianki o Quasimodo intencje bohaterki stają się oczywiste, ale to nie zbija napięcia. Tylko że potem zaczyna się dyskusja przypominająca spór prawników w sądzie i gdyby nie moje zamiłowanie do debat oksfordzkich, pewnie w tym momencie bym sobie poszedł. Jednak wolę jak ,,coś się dzieje”. :( Ale to raczej kwestia gustu, bo obiektywnie jest bardzo dobrze.

Od strony moralnej mam podobne odczucia jak bruce.

Offtop: Jakiś czas temu czytałem taką książkę, Klucz do otchłani. Akcja działa się w dalekiej przyszłości, gdzie większość dzieci była domyślnie projektowana na takie ,,elficko” wręcz piękne i tylko obrzydliwie bogaci ludzie mogli sobie pozwolić na szkraba ,,generowanego losowo”, który mógł być przez to brzydki.

,,Moim zdaniem, to nie ma tak, że dobrze albo że niedobrze. Gdybym miał powiedzieć, co cenię w życiu najbardziej..."

Omg omg omg, PRZYBYWAM! heart Dziękuję wszystkim za wpadnięcie, przeczytanie i zostawienie komentarza, jak również za kliczki do biblio! <loffa> heart

(Swoją drogą, jak to zrobiliście, AdamKB i gravel, że nie ma Was w wątku bibliotecznym w HP, a dodaliście po kliczku? ^^’ Chyba że mi się zepsuł ten wątek, czy co…)

 

Mindenamifaj,

nie mam pewności, czy naprawdę jest on taki dystopijny, czy to ona jest świrnięta.

Myślę, że jeśli chodzi o ogólny podział Północ-Południe, to gdyby gadała głupoty, lekarz by zaprzeczył – ale sam opowiada, że na Południu warunki są niewesołe, nie zaprzecza również, że Północ Południe wykorzystuje. Co do tych zaburzeń “psychospołecznych”, że tak powiem, to myślę, że to kwestia pewnej “samoświadomości”. Można zakładać, stereotypowo, że ARTYSTKA widzi więcej (podczas gdy lekarz jest na pewne rzeczy ślepy, tak jak niektórzy uparcie nie dostrzegają, że PIS nimi manipuluje ;D)– ale z drugiej strony, może jest po artystycznemu przewrażliwiona…? wink A może żyje tak wygodnie, że nie ma prawa narzekać? To również jest celowo pozostawione do oceny Czytelnikowi.

Wyrażenie z leżakowaniem jest celowo ironiczne, podkreśla, że łazi się od jednego do drugiego – wiem, że trochę razi, ale jest tam, że tak powiem, celowo.

 

AdamKB,

ple ple o wampirkach, pitu pitu o nieszczęśliwych wilkołakach

Ómarłam xD

 

Pokazany w tekście kontrast miedzy domyślną Północa a nazwanym Południem jest mało wiarygodny

No właśnie nie chciałam tego rozwijać, bo musiałabym wpleść sporo ekspozycji, a IMO opowiadanie by na tym straciło – ale moim zdaniem jest to właśnie niezwykle prawdopodobny podział, który może dokonać się w przyszłości – w związku ze zmianami klimatu. Północ będzie prawdopodobnie najlepszym miejscem do życia, a zatem tam będą chcieli mieszkać bogaci.

 

Ogólnie cieszę się, że trafiłam w gust ^^

 

gravel,

 

Dodatkowy plus za to, że zmusiłaś mnie do przemyśleń. I kolejny – za to, że po lekturze nie jestem całkowicie przekonana do natychmiastowego osądzania Twojej Jane Doe ;P

To cieszy najbardziej ^^

 

Dzięki za docenienie mojego, ee, zabiegu pisarskiego, nawet o tym nie myślałam w ten sposób, bo prostu wyszło naturalnie. ;D

 

SNDWLKR,

Od wzmianki o Quasimodo intencje bohaterki stają się oczywiste

Łohoho, niezły jesteś, jeżeli wywnioskowałeś to już na tym etapie surprise xD Może dlatego, że czytałeś ten Klucz do otchłani…?

 

Że dyskusja, zamiast akcji – no cóż, takie opowiadanie, no… wink

 

Bardzo ciekawy offtop, nie pomyślałabym, że ktoś może chcieć to robić na odwrót. enlightened

 

 

Raz jeszcze dziękuję – i pozdrawiam! heart

She was with me. She did all those things and so many more, things I would never tell anyone, and she never even loved me. Now that’s love.

Piórko daje magiczną moc klikania bez pośrednictwa wątku bibliotecznego ;p

Pff, to takie czary. xD

She was with me. She did all those things and so many more, things I would never tell anyone, and she never even loved me. Now that’s love.

DHBW

Sorry – tym razem czytam i komentuję.

***Jestem oczarowany. Poruszyłaś głęboko wszelkie moje dogłębne odczucia.

***Wspaniały pomysł – BRZYDKIE dziecko, żeby nie czerpało z uznaniowych błahostek piękna! /Wstrzeliłaś się dokładnie w tematykę, która mnie interesuje/.

***W środkowej części rozmowy z profesorem, co najmniej w dwóch miejscach, od słów: 1.”– Wystarczy się tylko rozejrzeć”. 2.”– Może i tak. Ale teraz jest inaczej” – zaczęłaś stosować teatralizację dialogu.

Teatralność dialogu: długie monologi, w których bohater opisuje rzeczywistość, nakreśla tło, reaguje na rozwój sytuacji. Niezły redaktor podpowiedział mi, żeby ten 'system' przekazu – przełożyć zdecydowanie do narratora.

****Od zdania: To prawda, medycynę doprowadziliśmy do perfekcji – bohaterka zaczyna powtarzać sens wcześniejszych „przemyśleń”. Zaczynam odbierać nadmiar jej „przemówień” i pomysłów na nowe życie dziecka. Zaczyna mnie to wkurzać. Od „może i tak” – do „dziecko w tym uczestniczyło” – bym już wyrzucił!

****Według mnie – to ważne. Brniesz w dyskusję, a odleciałaś od mądrej i pięknej akcji, od pomysłu „on – ona”. Zrobiło się już nudno!

„Potem wysunęła wyzywająco brodę” – pomyślałem, że nagle przekształci się w zmorę? (wyrzuć tę brodę, chyba do niczego nie prowadzi).

Całkowity brak finału. Kończy się NICZYM!!!!!!!!!!!

Jestem zmartwiony i wkurzony, że nie uzyskałem satysfakcji przeczytania 3/4 utworu.

Tutaj załatwiłaś to opowiadanie an wielki minus. Wspaniały był pomysł urodzenia ohydnego dziecka, który nie pociągnęłaś dalej!!!???

Po napisaniu nam o chęci porzucenia dziecka – właściwie nic z tym super ważnym tematem nie zrobiłaś.

Zostawiłaś czytelnika w dużym wkurzeniu, dlaczego autorka tak nas z tym nierozwiązanym tematem zostawiła?

Czytelnik – nie ja – już cię znielubił!

Jeśli nie mam racji – wykaż mi to, proszę.

Pozostając pozytywnie nastawiony do twojego pisania – ¾ opowiadania,

Pozdrawiam

LabinnaH

Ślimak, mając słabość do takich akademickich dyskusji, wślizguje się z zainteresowaniem i przebiera czułkami… Wyrażenie “leżakować po psychoterapeutach” wydało mi się całkiem trafne. Zdarzało mi się znać takie nawiedzone artystki, ale argumentacja tej konkretnej jest chybiona, rozpękła.

– To prawda, medycynę doprowadziliśmy do perfekcji. – Prychnęła. – Podobnie jak eugenikę. Gorzej z człowieczeństwem.

Tym razem nie miał gotowej odpowiedzi.

O, właśnie tutaj. Nie dziwota, że nie miał gotowej odpowiedzi, skoro pacjentka dotychczas przekonywała, jakoby pragnęła dobra swojego dziecka, a teraz zaczyna tylko twierdzić, że nie pozwoli mu czerpać korzyści z niesprawiedliwego systemu. Co nie jest zbyt przekonujące, wobec rodziny bowiem mamy z zasady większe zobowiązania niż wobec obcych, a w ogóle istnieją też sieroty bez kończyn i ta niewątpliwa niesprawiedliwość nie stanowi dobrej podstawy moralnej, aby swemu dziecku poobcinać co popadnie i popełnić samobójstwo.

Zastanawia mnie jeszcze kreacja świata: zarysowujesz w sugestiach jakąś dystopię – że służby mogą się zainteresować, że brak akceptacji dla rzeczywistości świadczy o chorobie psychicznej. A jednocześnie z fabuły wyraźnie wynika co najmniej istnienie wolnych zawodów i znaczna swoboda podróżowania.

Przypominam sobie, że zagadnienie urody i brzydoty w kontekście postępu technologicznego rozważał Broszkiewicz w którejś ze swoich młodzieżowych science-fiction, może w Moim księżycowym pechu.

Dziękuję za możliwość lektury. Kłaniam się z sugestywnym plaśnięciem!

LabinnaH, dzięki za odwiedziny i komentarz.

 

Ślimaku! Bardzo mi miło, że wpadłeś. <3

Przyznam, że nie rozumiem trochę Twojej pierwszej uwagi. A raczej: dziwię się, że “rozpęknięcie” argumentacji uderzyło Cię dopiero na tym cytacie, a nie w momencie, kiedy bohaterka wyznaje, że chce urodzić brzydkie dziecko.

przekonywała, jakoby pragnęła dobra swojego dziecka, a teraz zaczyna tylko twierdzić, że nie pozwoli mu czerpać korzyści z niesprawiedliwego systemu

Przecież dokładnie to samo można powiedzieć o tej brzydocie…? Że sparafrazuję: “Przekonuje, że pragnie dobra swojego dziecka, a chce, żeby było brzydkie”. A zatem: dlaczego dopiero na tym zacytowanym fragmencie? ^^’

Poza tym: jej zdaniem te “korzyści z niesprawiedliwego systemu" nie przynoszą szczęścia (myślę, że widać, że jest o tym głęboko przekonana) – dlaczego zatem miałaby chcieć, żeby jej dziecko te korzyści czerpało, skoro uważa, że “the grass is greener on the other side”? Bo przecież jest przekonana, że te korzyści nie dość, że nie przyniosą jej dziecku szczęścia, to jeszcze pozbawią je człowieczeństwa…?

Moim zdaniem można się z nią kompletnie nie zgadzać, uważać za wariatkę itp., ale niekonsekwencji tutaj nie dostrzegam.

(Również “kontr-przykład” z sierotami bez kończyn i obcinaniem czego popadnie uważam za średnio trafiony – zdrowie generalnie stoi znacznie wyżej w hierarchii wartości niż wygląd, o ile wyglądem rodzic może się nie przejmować, to zdrowiem na ogół się przejmuje. ;)

Również tutaj bohaterka wyraźnie stwierdza, że chce, żeby jej dziecko było zdrowe – możemy zatem wywnioskować, że uważa zdrowie za istotny element szczęścia. Z kolei piękny wygląd jest dla niej symbolem czegoś, do czego odczuwa niechęć.)

 

A jednocześnie z fabuły wyraźnie wynika co najmniej istnienie wolnych zawodów i znaczna swoboda podróżowania.

Tutaj również niestety nie bardzo widzę powiązanie z istnieniem “specjalnych służb”. ^^’ Weźmy taką Polskę na ten moment – mamy lekarzy i artystów, możemy jechać gdzie chcemy, ale czy ktoś pracujący w spółce państwowej może swobodnie przekazywać dane Rosjanom, albo czy ktoś może zacząć podburzać społeczeństwo do rebelii, do obalenia władzy (niedemokratycznymi środkami) i zaprowadzenia, dajmy na to, oligarchii kiboli…? winkKrytykować władzę możemy jedynie w pewnych ograniczonych, “społecznie zdefiniowanych” ramach. Być może te ramy są w świecie przedstawionym “ciaśniejsze”, natomiast nie bardzo widzę, dlaczego jedno (swobody prywatne) miałoby wykluczać drugie (patrzenie krzywym okiem na próby zmiany obecnej sytuacji społeczno-politycznej). System: “korzystaj, tylko nie komentuj, bo siedzimy w tym wszyscy” wydaje mi się całkiem wiarygodny (zwłaszcza przy wyraźnym podziale na Północ-Południe).

Co do tego: “brak akceptacji dla rzeczywistości świadczy o chorobie psychicznej” – to nigdzie nie sugeruję, że korzystanie z psychiatrów i psychoterapeutów to jakiś państwowy wymóg – a przynajmniej mam nadzieję, że nigdzie tego nie sugeruję. ;) (Twój komentarz tak trochę zabrzmiał, jakbyś odczytał to jako coś systemowego.)

 

Dziękuję za odwiedziny i komentarz! heart Macham pędem… Ale nie na zachętę!

She was with me. She did all those things and so many more, things I would never tell anyone, and she never even loved me. Now that’s love.

Może i trochę pobieżnie napisałem, ale miałem nadzieję, że da się zrozumieć. Chętnie przybliżę swoje podejście do tematu. Widzę mianowicie, że dyskusję bohaterów tego opowiadania da się podzielić na trzy dosyć wyraźne fazy.

Faza pierwsza. Pacjentka informuje, że życzy sobie brzydkiego dziecka. Lekarz odmawia, powołując się na prawdopodobieństwo, że dziecko byłoby nieszczęśliwe z powodu braku akceptacji społecznej. Tutaj nie widzę większego problemu moralnego. Piękno może nie jest w pełni subiektywne, ale na tyle nieostro zdefiniowane, że trudno sobie wyobrazić określenie, jakie cechy wolno, a jakich nie wolno projektować. Jeżeli więc nauka umożliwiałaby, a prawo pozwalałoby na wybór fenotypu dziecka, rodzice zapewne mogliby poprosić o grube kości, odstające uszy, okrągłą twarz i tym podobne; lekarz zapewne mógłby odmówić realizacji danego zamówienia w oparciu o własne przekonania. Przekonania te są przy tym chyba słuszne, artystka nie próbuje odeprzeć argumentu, że w ich społeczeństwie dziecko mogłoby łatwo zostać wyrzutkiem.

Faza druga. Pacjentka informuje, że dziecko zamierza oddać do przytułku na Południu, gdzie jej zdaniem będzie mogło doznawać prawdziwych uczuć i żyć pełnią życia. Lekarz stwierdza, że ważniejszym czynnikiem przy wyborze miejsca rozwoju dziecka jest dostęp do opieki medycznej i edukacji. I ponownie, rozmówczyni właściwie nie kwestionuje tej opinii.

Faza trzecia (od słów, gdzie poprzednio wskazałem największe pęknięcie w argumentacji). Pacjentka nie udaje już, że chce dać swojemu dziecku coś ważnego i wyjątkowego. Twierdzi tylko, że nie zasługuje ono na lepsze w końcu życie mieszkańców Północy, skoro nie wszyscy na świecie mają do niego dostęp. Tym samym próbuje przejść do dyskusji o istniejących nierównościach społecznych i tego, czy każdy mieszkaniec bogatszych krajów jest za nie odpowiedzialny. Dyskusja ta nie jest tutaj istotna z punktu widzenia obowiązków zawodowych lekarza. Poza tym ma on wyraźnie dosyć egzaltowanej natrętki, która “dowolnie wybiera założenia etyczne i nie angażuje się z uprzednio użytą metryką” (cytat z jakiejś recenzji, zdaje się adekwatny), więc wyrzuca ją w końcu za drzwi.

W podsumowaniu tej analizy powiedziałbym zatem, że napisałaś ładną, wiarygodną dyskusję, w ocenie wyniku której można się jednak opowiedzieć po jednej tylko stronie.

Przy okazji widać, że broniłbym mimo wszystko swojego kontrprzykładu. Po pierwsze: lekarz jasno i celnie wskazał, że wychowanie w przytułku na Południu prawdopodobnie okaże się niekorzystne dla zdrowia dziecka. Po drugie: kontrprzykład tyczył się jednak ostatniej części dyskusji, gdzie pacjentka wydaje się twierdzić, iż ma moralne prawo odmówić czegoś swojemu dziecku tylko na tej podstawie, że nie wszyscy na świecie mają do tego dostęp.

I jeszcze raz zaznaczę: nie podważam tutaj jakości Twojego opowiadania, a jedynie wskazuję, dlaczego artystka wypadła w dyskusji zupełnie nieprzekonująco. Tekst doceniam jako bardzo zręczną ilustrację dziwactw, na jakie niektórzy ludzie wpadają wskutek życia w dobrobycie. Jeżeli jednak chciałaś, aby racje obojga były równo wyważone i pozostawiły czytelnika w rozterce, to się rzeczywiście nie udało, przynajmniej w odniesieniu do jednego konkretnego czytelnika ze skorupą i czułkami.

 

Co do systemu politycznego, nie była to również krytyka tekstu, tylko podzielenie się luźnymi wrażeniami. Wydaje mi się, że potencjalne zainteresowanie służb słowami w rodzaju:

Dostosować? Czy z pełną świadomością dopuścić się zaniechania? Czerpać garściami z krzywdzącego systemu?

świadczy o bardzo restrykcyjnym systemie, w którym artyści niewątpliwie podlegaliby ścisłej cenzurze i może w ogóle zarabiali tylko na państwowych posadach, prywatne gabinety lekarskie może łatwiej mogłyby istnieć, ale też pilnie kontrolowane (a tutaj ginekologia!) i w związku z tym możliwość swobodnych wyjazdów zagranicznych wydaje się wątpliwa, bo zaraz by większość wykształconych ludzi wyemigrowała. Psychiatrię represyjną już sobie po części dopowiedziałem, przy takim pojmowaniu świata przedstawionego jeden czy drugi cytat wydawał się ją trochę sugerować.

 

Mam nadzieję, że teraz udało mi się lepiej wyjaśnić swój pogląd na opowiadanie. Z lekkim zawodem przyjmuję do wiadomości, że to machanie pędem nie było oznaką zachęty.

Wow, cóż za analiza, normalnie poczułam się jak jakaś Tokarczuk. blush xD

 

Ślimaku, wszystko byłoby pięknie, gdyby nie pewna podstawowa sprawa, którą określiłabym jako… hm… niewłaściwe położenie akcentu z Twojej strony. xD Otóż artystka w żadnym, ale to w żadnym momencie nie stwierdza, że:

[dziecko] nie zasługuje na lepsze w końcu życie mieszkańców Północy, skoro nie wszyscy na świecie mają do niego dostęp.

Powodem, dla którego chce umieścić dziecko w przytułku, dla którego chce, żeby wychowywało się na Południu, jest coś zgoła innego:

 

– Ludzie tam żyją. (…) Ludzie żyją tam ważnymi sprawami, a nie drobnostkami. Potrafią być dla siebie serdeczni, pomagać sobie, mimo że sami nie mają wiele. Potrafią być szczerzy, spontaniczni. Tam ulice tętnią życiem. (…) tam, gdzie panuje brzydota, ludzie doceniają piękno. Tam, gdzie jest ból i cierpienie, jest też prawdziwa radość, prawdziwe szczęście. (…) Tylko nieszczęście sprawia, że doceniamy dobre chwile, to, co mamy. Tylko perspektywa śmierci uświadamia nam, że żyjemy. Te rzeczy, które wyzwalają w nas najgorsze emocje, największy strach, potrafią też wydobyć z nas największe dobro. A ja chcę dać mojemu dziecku szansę (…) Szansę na bycie człowiekiem.

 

Chodzi również o to, że:

staliśmy się wydmuszkami. Pięknymi, ale pustymi skorupami.

wyeliminowaliśmy najważniejsze czynniki, które powodują cierpienie, ale jednocześnie pozbawiliśmy się człowieczeństwa. Tego, co czyniło nas ludźmi.

nie potrafimy już budować więzi (…) Nie potrafimy już tworzyć związków, bo nie dostrzegamy człowieka, a jedynie jego wykreowany obraz.

Nie wiemy już, co to wierność, oddanie, przywiązanie. Nudzimy się sobą od razu, bo nic nas nie łączy. Nie przeżywamy trudnych chwil, które mogłyby nas do siebie zbliżyć. Nie próbujemy niczego naprawiać, bo po co? Zaraz przecież znajdzie się ktoś nowy, równie rozczarowany i samotny jak my.

 

Natomiast od zacytowanego przez Ciebie fragmentu dyskusja staje się wręcz offtopowa – tutaj nie ma już bezpośrednich argumentów, jest raczej jakieś “uzewnętrznienie” przemyśleń artystki, jakieś jej wynurzenia, które mogą, owszem, “dokładać cegiełkę” – ale jest to rzecz poboczna. Jest to raczej oskarżenie wypowiedziane pod adresem Północy “w ogóle”, które w pewnym momencie przekształca się wręcz w zarzut wycelowany osobiście w lekarza – “Proszę powiedzieć, ma pan prywatny samolot?”. Owszem, jako część ogólnych przemyśleń mogło się to przyczynić do powstania tego dziwnego pomysłu i podjęcia tej dziwnej decyzji, niemniej główne, najważniejsze argumenty pojawiają się PRZED tym fragmentem, a nie wraz z nim.

 

Zauważ, że po zacytowanym fragmencie dość długo nie ma mowy o samym dziecku (poza wstawką pt. “nie chcę, żeby moje dziecko w tym uczestniczyło”), jest właśnie dyskusja o społeczeństwie, która znowu przechodzi potem w tematykę dziecka. Tak więc Twój wniosek, który zacytowałam na początku komentarza, jest w moim odczuciu nadinterpretacją – ale wiadomo, że autor wie i rozumie więcej niż czytelnik wink, tak więc wypada wziąć winę na siebie.

 

Podobnie: co do systemu politycznego, fakt, że taką sobie zakreśliłeś wizję, jest z pewnością w dużej mierze moją winą – widocznie za słabo opisałam ogólnoświatową sytuację. Niemniej nie o to mi chodziło. ;) W mojej wizji Północ jest światem uprzywilejowanych bogaczy, stworzonym przez nich samych, a zatem narzucanie sobie przez nich ograniczeń mijałoby się z celem. Natomiast nigdy nie można wykluczyć, że pomimo całej wygody, szczęśliwości itp. znajdzie się ktoś niezadowolony z tych światowych nierówności, dlatego (całkiem słusznie, z punktu widzenia Północy) pewne służby kontrolują, czy ktoś nie nawołuje do zmiany tego stanu rzeczy. Poza tym panuje absolutna swoboda. ;)

 

I jeszcze kilka ogólnych słów – otóż nie chodziło mi o zilustrowanie “dziwactw, na jakie niektórzy ludzie wpadają wskutek życia w dobrobycie”, a raczej o pokazanie, do czego (prawie) idealny dobrobyt może doprowadzić (nie wszyscy na Północy zdają sobie z tego sprawę, ale jeśli spojrzeć z boku, to owszem, wcale nie są tacy szczęśliwi, jak można by przypuszczać). Owszem, była tutaj również aluzja do mediów społecznościowych – którą AdamKB wspaniale wyłapał. <3

I co, jeśli ten dobrobyt jest zbudowany na nieszczęściu innych – czy rzeczywiście wolno się nim cieszyć? I dlaczego tak właściwie Północ nie robi nic z sytuacją Południa, skoro mogłaby, bo ma ku temu środki? Słowem: historia zatacza koło, za 100 lat możemy mieć na świecie nową odmianę feudalizmu (o ile w ogóle kiedykolwiek z niego wyszliśmy).

Ale to nie jest zarzut wobec Ciebie, Ślimaku, tylko mówię, o co mniej więcej mi chodziło i jakie przemyślenia zamierzałam wywołać u Czytelnika (między innymi, bo jest jeszcze np. kwestia brzydoty czy wagi, jaką przykładamy do statusu materialnego). Nie uważam przy tym Twojego komentarza za jakąś swoją “porażkę”, bo wiadomo, że nie ma szans, żeby wszyscy w tym samym tekście zobaczyli to samo. ;) Przykro mi, że nie wyszło mi z Czytelnikiem ze skorupą i czułkami, ale cieszę się, że znaleźli się i tacy, których ten tekst skłonił do refleksji. ;)

 

Pozdrawiam! heart

She was with me. She did all those things and so many more, things I would never tell anyone, and she never even loved me. Now that’s love.

Dziękuję za obszerne i cierpliwe wyjaśnienia! Widzę teraz, że zamyśliłaś przebieg tej rozmowy istotnie inaczej, niż ja go odebrałem. Doszedłem bowiem do wniosku, że lekarz dostatecznie wytłumaczył, czemu uczynienie dziecka brzydkim nie przyniesie mu szczęścia: pozostawione na Północy nie będzie miało szans na integrację w społeczeństwie, wysłane na Południe nie będzie mogło liczyć na adekwatną opiekę zdrowotną i edukację. Artystka wcześniej przyznała, że zdrowie jest jednak potrzebne; potem też nie spróbowała tych argumentów podważyć. Jako fragmentu kluczowego dla interpretacji jej stanowiska nie byłbym więc skłonny postrzegać wcześniejszych uwag o bogactwie duchowym na Południu, lecz właśnie ten finałowy offtop. Wtedy to, moim zdaniem, “ukazuje swoją prawdziwą twarz” i mówi, iż uważa za wielką niesprawiedliwość, że nie wszyscy na świecie mogą korzystać z północnego dobrobytu (a nie: że system na Północy pozbawia ludzi uczuciowości i człowieczeństwa!) – i dlatego nie pozwoli, aby jej dziecko pasożytowało na ludności Południa (a nie: pragnie zapewnić dziecku to, co uważa za najlepsze dla niego!).

Rozumiesz zatem, że zinterpretowałem tekst w taki sposób: artystka chce urodzić brzydkie dziecko i oddać je do przytułku na Południu, gdyż nie może znieść systemu opartego na wyzysku, a tak ma nadzieję dać ujście frustracji; ponieważ nie chce się przyznać do tego podejścia (wszystko jedno: ze wstydu czy z obaw przed wspomnianymi “służbami”), przedstawia wystudiowaną argumentację, próbując dowieść, jakoby był to najlepszy sposób na zapewnienie potomkowi szczęśliwego życia; lekarz obala tę argumentację; pacjentka w gniewie ujawnia swoje prawdziwe motywy. Teraz wiem (a od początku mogłem się domyślać), że Twoje zamiary autorskie były zgoła odmienne. Pomyślałem jednak, że informacja o takim możliwym sposobie odbioru tekstu też może być dla Ciebie cenna.

Pozdrawiam serdecznie i śluziście!

To prawda, Ślimaku, że to cenna informacja. Nie przeszło mi przez głowę, że można tak ten fragment zinterpretować, i że może to aż tak wpłynąć na odbiór całego tekstu. Nie dziwi mnie to jednak szczególnie xD, bo tekst z założenia jest dosyć “kontrowersyjny”, a interpretacji, wiadomo, tyle, ile Czytelników. xD

 

Ja również dziękuję za obszerne i cierpliwe wyjaśnienia heart I za śluz… eee… też dziękuję. ^^’

She was with me. She did all those things and so many more, things I would never tell anyone, and she never even loved me. Now that’s love.

Bardzo ciekawe. Pobudza do myślenia. Kontrowersyjne. Koniecznie powinno wylądować w Bibliotece i nie zalegać tam na półce, czego mu życzę. Klik.

Lubię Twoje pisanie, ten tekst nie jest tutaj wyjątkiem, chociaż mogę go podzielić na dwie części. Pierwsza podobała mi się bardziej “literacko”, że tak to określę – pod kątem budowania historii, jakichś opisów, zawiązania szczątkowej akcji. W drugiej części mi tego zabrakło, w zamian jednak dostałam tekst zmuszający do myślenia, co w taką ponurą pogodę dobrze mi zrobiło ^^

 

Niby dystopia, ale kto wie? Dysmorfia selfie to coraz popularniejsze zjawisko, które będzie się pogłębiać. 

 

Zastanawia mnie jedno, czy dziecko musiało być koniecznie brzydkie. Najbrzydsze z możliwych? To też skrajność, która zwraca uwagę. Tak samo jak piękno wyróżnia się na Południu, tak samo – zgaduję – wyróżniałaby się ekstremalna brzydota. Musiałaby być ekstremalna, żeby była obiektywna. A przy tym nawet wspomniany Quasimodo został królem karnawału dzięki swojej brzydocie. 

 

– Kto panu powiedział, że to dziecko będzie wyrzutkiem? Że będzie wyróżniać się z tłumu? – A widząc, że nie rozumie, dodała: – Kto panu powiedział, że będzie wychowywać się tutaj, na Północy?

To mi zgrzytnęło. Skoro je odda/porzuci, to w stereotypowym postrzeganiu dziecko będzie w pewnym stopniu wyrzutkiem. 

 

I jeszcze jedno – kobieta chce jednocześnie zdrowego, ale brzydkiego dziecka. Padają określenia “problemy z cerą” i “koślawe nogi”. A to może wykluczać pełnie zdrowia. 

 

I tyle. Garść uwag, która nie zmienia faktu wspomnianego na początku – lubię Twoje pisanie, więc idę kliknąć :)

Dehabewu!

 

Napisane dobrze, literacko git, nie ma się do czego przyczepić. 

Natomiast sama konstrukcja opka robi z niego bardziej… esej niż opowiadanie. Czyta się bardziej jak jakiś artykuł czy tekst o czyjejś opinii na temat sytuacji społeczno-ekonomicznej na świecie/w państwie. I takie odczucie miałem przez cały tekst niestety.

 

Pozdrawiam!

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Ho, ho, ho, przybywam! heart Dziękuję za kliki, dzięki Wam jestem już w biblio! <evil laugh> devil devil devil devil xD

 

Misiu, dziękuję ślicznie, również życzę tego mojemu opowiadaniu! blush xD Cieszę się, że przypadło Misiowi do gustu.

 

OldGuard,

Omg omg omg, jak to miło, że ktoś lubi moje pisanie! blush Właśnie utworzyłam plik Excela o nazwie “lubiący moje pisanie”, i mam już zapełnioną jedną komórkę – a Ty jesteś pierwsza na liście! heart

<kariera> <sława> <chałwa> xDDDDDDDD

No, a teraz na poważnie. sad xD

 

Skoro je odda/porzuci, to w stereotypowym postrzeganiu dziecko będzie w pewnym stopniu wyrzutkiem.

Hm, hm, hm, jak się zestawi słowa “porzucić” i “wyrzutek”, to rzeczywiście może zgrzytnąć – ale słowo “wyrzutek” oznacza jednak coś innego niż osoba porzucona:

https://sjp.pwn.pl/szukaj/wyrzutek.html

«osoba napiętnowana przez swoje środowisko i wyłączona z niego»

Na Południu dziecko raczej nie byłoby wyrzutkiem, chociaż, owszem, byłoby porzucone.

 

czy dziecko musiało być koniecznie brzydkie. Najbrzydsze z możliwych? To też skrajność, która zwraca uwagę

Hm, tutaj jest taka kwestia, że “od kilku pokoleń korzystają z osiągnieć inżynierii genetycznej” – więc gdyby bohaterka postanowiła urodzić dziecko bez interwencji “w tę drugą stronę”, prawdopodobnie wyszłoby z tego coś bardzo ładnego, bo w jej rodzinie już od kilku pokoleń wszyscy są ładni. ;) Dawcy – tatusiowie ^^’ – też pochodzą pewnie bardziej z Północy niż Południa. ;)

Dziecko, w jej mniemaniu, owszem, koniecznie musiało być “brzydkie”. Ale czy najbrzydsze? Podejrzewam, że ten wymarzony opis, który zaserwowała lekarzowi, pasowałby do wielu osób na Południu. ^^’ Niewielu jest ludzi idealnych, takie “skazy” to raczej normalna rzecz… Tylko, no właśnie, nie na Północy. Myślę, że przez to nagromadzenie negatywnych cech bohaterka chciała zapewnić, że dziecko będzie “brzydkie”, że z całą pewnością nie będzie przypominać tych “cudeniek” z jej świata.

 

Edit, bo zapomniałam: co do problemów z cerą, to mogą być symptomem choroby, ale też często są po prostu kwestią “indywidualnych predyspozycji”, ot, niektórzy mają cerę trądzikową, ale spokojnie z tym żyją. Nad koślawymi nogami bardziej się zastanawiam, bo może to prowadzić w przyszłości do jakichś problemów zdrowotnych, w sumie racja… Hm. To zmienię na “krótkie”. Bardzo słuszna uwaga!

 

P.S. Nie wiem, czy mówili o tym w telewizji, ale… Z dniem 29.09. stałam się OldDHBW. sad Smuteczek. sad xD

 

Bakłażyńco!

Dziękuję, że wpadłeś. heart

 

Napisane dobrze, literacko git, nie ma się do czego przyczepić. 

Natomiast sama konstrukcja opka robi z niego bardziej… esej niż opowiadanie.

Hm, czyli w sumie literacko nie jest git – skoro wyszedł esej, a nie opowiadanie. ;D Może miałeś na myśli, że “językowo” jest git…?

 

No cóż, przykro mi, że odniosłeś takie wrażenie (a raczej: że odniosłeś je w aż takim stopniu), ale też nie celowałam tutaj w mrożące krew w żyłach zwroty akcji. sad xD Pocieszam się, że ostatnio czytałam Lemowy “Głos Pana” i cała ta książka jest właściwie w dużym stopniu esejem filozoficznym – a ja lubię Lema, toteż się ten, no… Pocieszam, no. sad xD

 

Pozdrawiam Wszystkich! heart

 

She was with me. She did all those things and so many more, things I would never tell anyone, and she never even loved me. Now that’s love.

“językowo” jest git…?

Tak, tak, wybacz, zamotałem się. 

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Ewidentnie!

 

She was with me. She did all those things and so many more, things I would never tell anyone, and she never even loved me. Now that’s love.

OldDHBW,

 

potem jest już łatwiej :P aż do kolejnej zmiany z przodu, ale do tego jeszcze daleka droga ^^

 

Ok, kupuję wytłumaczenie postrzegania brzydoty przez Północ, pewnie wybrzmiałoby to bardziej w długim opowiadaniu, ale też nie ta kwestia była kluczowa, więc nie czepiam się dla czepiania ^^ 

 

Co do wyrzutka, to tak, specjalnie sprawdziłam wcześniej co na ten temat mówi sjp, mimo wszystko mi zgrzytnęło, ale znowu – nie czepiam się dla samego czepiania ^^ 

 

<kariera> <sława> <chałwa> xDDDDDDDD

 

chałwa zawsze najlepsza!

OldDHBW,

potem jest już łatwiej :P

Mówisz, że teraz można już swobodnie dziadzieć, tak bez wyrzutów sumienia? Wspaniale sad xD

 

Życzmy sobie mnóstwa chałwy! heart

She was with me. She did all those things and so many more, things I would never tell anyone, and she never even loved me. Now that’s love.

Bardzo fajny pomysł na świat i bohaterkę.

Ale akcji to tu nie ma. Pokazałaś tylko jedną scenkę, długą rozmowę z lekarzem. Gdybyś na przykład dołożyła jakieś przygody dziecka albo chociaż umieszczenie go w tym przytułku na Południu… No, wtedy to mogłoby być piórkowe opowiadanie. W tej chwili to szkic świata i pomysł na bohaterkę.

Faktycznie, może skłaniać do namysłu.

Tak mi się wydaje, że w naszym regionie linia demarkacyjna raczej dzieliła świat na bogaty Zachód i uduchowiony Wschód, ale Północ/Południe też ma sens.

Babska logika rządzi!

Heloł, Finklo!

 

Myślę, że zwłaszcza w przyszłości ta “linia demarkacyjna” będzie miała sens, w związku ze zmianami klimatu – przy jeszcze wyższych temperaturach środek globu raczej nie będzie wymarzonym miejscem do życia.

 

Omg omg omg, ale mi miło, że widzisz chociaż zadatki na piórko <3 Kurde no, ale w tym opku o to chodzi, że jest jedną długą rozmową. crying xD Nie bardzo widzę, co scena umieszczenia tego dziecka w przytułku by wnosiła. Albo jego, hm, przygody. Gdyby było ukazane jako szczęśliwe, przyznawałabym bohaterce rację, gdyby było nieszczęśliwe, wskazywałabym, że się myliła. A czy wygląd i miejsce wychowania byłyby jedynymi czynnikami, które wpłynęły na jego szczęście…? To musiałaby być naprawdę długa historia. :)

 

Dziękuję za czytanko i komentarz! heart

 

She was with me. She did all those things and so many more, things I would never tell anyone, and she never even loved me. Now that’s love.

OK, co chciałaś pokazać, to pokazałaś. Ale fabuła się nie załapała.

A na południe od równika też jest biegun. ;-)

Babska logika rządzi!

A na południe od równika też jest biegun. ;-)

No tak, ale mniej tam lądów, na których można zamieszkać. ;P Australia i Ameryka Południowa też mają raczej ostry klimat…

She was with me. She did all those things and so many more, things I would never tell anyone, and she never even loved me. Now that’s love.

A Antarktyda?

Babska logika rządzi!

Hm, tam jest baaaardzo gruba warstwa lodu, nawet jeśli dużo stopnieje, to pewnie nie wszystko. A pod tym jest lita skała, żadnej gleby… Zanim się tam wytworzy biosfera z prawdziwego zdarzenia, trochę czasu minie. Na północy (Kanada, Skandynawia, Syberia…?) nadal jest mnóstwo pięknych, niezamieszkanych miejsc, natomiast łatwiej jest tam pociągnąć całą cywilizowaną infrastrukturę. ;) Tak więc w perspektywie najbliższych stuleci obstawiałabym jednak północ.

She was with me. She did all those things and so many more, things I would never tell anyone, and she never even loved me. Now that’s love.

Lita skała? Przecież to kiedyś była normalna część bodajże Gondwany. Nic z tych czasów nie ostało? A nawet jeśli, to topniejące lodowce te skały poszarpią.

Babska logika rządzi!

Eeee być może, ale chyba trochę offtopowo się tutaj zrobiło. ^^’

She was with me. She did all those things and so many more, things I would never tell anyone, and she never even loved me. Now that’s love.

Wpisuje się to w teorię, że wszyscy jesteśmy krzywdzeni przez rodziców i krzywdzimy swoje dzieci.

Sprasowałas mnie listopadowo, skutecznie i gładko.

She was with me. She did all those things and so many more, things I would never tell anyone, and she never even loved me. Now that’s love.

Hej! Zgadzam się z LabinnaH. Bardzo ciekawie się zapowiadało z tą brzydotą, świetny pomysł, który mnie zaintrygował, ale późniejsza dyskusja to za dużo sztampowych monologów, które kończą się brakiem finału, a szkoda. Niestety staję po prostu po stronie lekarza, choć wolałabym się wahać – fajnie, jakby babeczka sprawniej argumentowała swój pomysł, a tak wyszła bardziej na szurniętą. Niemniej opowiadanie dało do myślenia.

Aha, byłabym zapomniała. Świetny tytuł.

Hej avei,

 

Dziękuję za wpadnięcie i przeczytanie! heart Niestety opowiadanie nie było obliczone na finałowe fajerwerki, tak więc za ich brak nie mogę przeprosić. ;) Cieszę się, że chociaż trochę dało do myślenia.

 

Pozdrawiam ^^

She was with me. She did all those things and so many more, things I would never tell anyone, and she never even loved me. Now that’s love.

Hej!

 

Na pewno chcę, żeby dziecko było zdrowe. Sądzę, że to mu nie zaszkodzi.

laugh

– Podejrzewam, że skuszę się na pana najlepszy pakiet

A więc była bardzo bogata? Wcześniej mówił, że na taki pakiet krzywią się nawet najwięksi krezusi.

– Chcę, żeby było brzydkie.

W tym momencie opowiadanie mnie dużo bardziej zaciekawiło. wink

O mało nie parsknął śmiechem, choć bynajmniej nie dostrzegał w tym nic zabawnego.

Nie rozumiem czemu o mało nie parsknął śmiechem. Szczególnie, że drugie zdanie potwierdza, że nic go nie rozśmieszyło.

– Widzi pani, istnieje coś takiego jak etyka lekarska. A to, czego pani żąda, jest w mojej opinii nieetyczne. Wręcz niemoralne.

Jaka jest różnica miedzy “nieetyczne”, a “niemoralne”? Etyka to dziedzina filozofii zajmująca się moralnością.

– Będę szukać, aż znajdę. Dlaczego nie oszczędzi mi pan zachodu?

– Bardzo proszę, by oszczędziła mi pani całego tego przekonywania

 

To bardziej oparte na dialogu rozważanie filozoficzne niż opowiadanie. Ale podobało mi się i obudziło emocje, a nawet kazało zastanonowić się nad pewnymi kwestiami. Jakże podobne jest to opowiadanie w wielu punktach do mojego tekstu “Dobrzy ludzie”. Widać wielu z nas trapią te same problemy.

Dla jasności – popieram lekarza, który nie zgodził się na “wyprodukowanie” brzydkiego dziecka.

Dobrze napisane, łatwo i szybko sie czytało, co dla mnie jest dużą zaletą. Natomiast zabrakło mi punchline, czy jakiejś lepiej zarysowanej puenty na koniec.

 

Moja refleksja po przeczytaniu jest następująca: absolutna eugenika doprowadziłaby do upadku ludzkości. Przetasowania genetyczne muszą być do pewnego stopnia przypadkowe i poza kontrolą ludzi. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć jakie geny w dłuższym terminie będą sprzyjały rozwojowi społeczeństwa, a jakie doprowadzą do jego degeneracji. Ze słabego, wątłego dziecka może być genialny matematyk. Z brzydkiego, doskonały muzyk. Piękny, proporcjonalnie umięśniony facet może mieć problem z systemem immunologicznym, albo mieć predyspozycje do takiego czy innego nowotworu. Geny (czymkolwiek są), na pierwszy rzut oka nie mające ze sobą związku mogą wpływać na siebie, bo proces przemiany genotypu w fenotyp jest ekstremalnie złożony i to co jeszcze do niedawna wydawało się zestawem “śmieciowych genów” obecnie okazuje się pełnić ważną rolę w całym procesie. Jedym słowem, genetyka działa bardziej na zasadzie “black box”, niż jak konstruowane przez ludzi urządzenia, w których da sie pogrzebać i naprawić jak np. pralka, silnik samochodowy czy nawet komputer.

I raczej nigdy nie będziemy mogli tego przewidzieć, ze względu na stopnień komplikacji genomu oraz ontogenezy w ogólności (chociaż… może po wynalezieniu kwantowych komputerów?). Więc, imho, lepiej to zostawić naturze. Ingerować można, ale tylko w ewidentnych przypadkach jakichś jaskrawych degeneracji genetycznych.

 

Pozdrawiam!

To jest dobrze napisany tekst, płynnie się go czyta, na klika zasługuje IMHO bezdyskusyjnie. Mam poważny problem natomiast z etyką głównej bohaterki, ale to nie jest dyskusja na teraz, tylko na moment, kiedy będę się miała czas rozpisać. Postaram się wrócić.

Trzymam za słowo, dziękuję za wpadnięcie i przeczytanie! wink (Psst! Wszystkie kliki już mam. ^^)

She was with me. She did all those things and so many more, things I would never tell anyone, and she never even loved me. Now that’s love.

Ha, tym lepiej, w każdym razie na pewno jest warte i mojego kliknięcia, nawet jeśli ono nie jest już wymagane:)

OMG, kronosie.maximusie, jakimś cudem tak przescrollowałam, że nie zauważyłam Twojego komentarza! crying Wybacz, kajam się.

 

Dziękuję, że wpadłeś! Co do Twoich uwag – śmiech nie zawsze jest wynikiem rozbawienia, chociaż, owszem, właśnie z nim się kojarzy. Tutaj był wyrazem zaskoczenia, niedowierzania, a może niepewności – “czy to żart…?”.

Dla mnie “etyka lekarska” kojarzy się ze zbiorem zewnętrznych zasad narzucanych lekarzom, natomiast to dopowiedzenie o moralności miało jeszcze wskazywać na subiektywność tego sądu – ale żeby rozsądzić, czy zastosowałam te słowa dobrze, potrzeba by jakiegoś filozofa w stylu Tarniny. xD

Co do “oszczędzania”, to jest to celowe powtórzenie – ona prosi, żeby czegoś jej oszczędził, a on odpowiada: “nie, niech pani mi czegoś oszczędzi”.

 

Co do Twojej opinii o eugenice, to zasadniczo się z tym zgodzę, natomiast patrząc na to, jak ważny jest obecnie wygląd i jak bardzo promuje się piękno, nie wątpię, że gdy tylko będzie to możliwe, wielu ludzi skorzysta z takiej genetycznej ingerencji. ;) To prawda, że lepiej w tym nie grzebać, bo nie jesteśmy w stanie wszystkiego przewidzieć – ale z drugiej strony, jeśli chodzi o samo opowiadanie, można również założyć, że w świecie przedstawionym nauka jest na tyle zaawansowana, że można ingerować w zdrowie czy wygląd bez psucia innych rzeczy. (Nie ma to jakiegoś związku z Twoimi przemyśleniami, tak tylko zauważam.)

 

Pozdrawiam heart

She was with me. She did all those things and so many more, things I would never tell anyone, and she never even loved me. Now that’s love.

Sympatyczne :)

Przynoszę radość :)

Komentarz mi zniknął :/

Jutro rano skrobnę więc nowy…

„Poszukiwanie prawdy, która, choćby najgorsza, mogłaby tłumaczyć jakiś sens czy choćby konsekwencję w tym, czego jesteśmy świadkami wokół siebie, przynosi jedyną możliwą odpowiedź: że samo poszukiwanie jest, lub może stać się, ową prawdą.” J.Kaczmarski

Drogi Ziemniaku,

po pierwsze muszę powiedzieć, że czytało się płynnie:) Dialogi wypadły wiarygodnie, a przy nich również bohaterowie opowiadania, co właśnie przy takiej formie opowieści było całkiem istotne. Zresztą sam pomysł był pomysłowy i (chyba:P) oryginalny. Świat idealnej genetyki, w której ktoś chce dla dobra dziecka (póki co nie mówię, czy słusznie;P) stworzyć je brzydkie i porzucić – myślę, że jest to co najmniej nieoczywisty dylemat moralny.

Moja wątpliwość tyczy się tego, jak powierzchownie podeszłaś do tematu w samych dialogach. Moim zdaniem brakuje tu konkretu, w miejsce którego jest dużo ogólników – a w połączeniu z lekkim, delikatnym zarysowaniem świata z Północą i Południem sprawia to miejscami wrażenie przekazaniem stanowiska autorki (i to niekoniecznie w tej konkretnej sprawie, a ogólnych przemyśleń o świecie i dążeniu do doskonałości). Szczególnie że, a takie przynajmniej miałem wrażenie, pan lekarz jest z góry przedstawiany jako ten, który nie ma racji:P A o tyle szkoda, że problem nie jest właśnie aż tak oczywisty:P

No więc tak… Konkretne przykłady są zwykle bardziej przekonujące, a to było trochę abstrakcyjne. Ale czytało się dobrze:P

Na koniec – wybacz, że przyszedłem nie pod to opko, ale przygnała mnie nominacja krara:P Wciąż pamiętam, że mam przeczytać Dary Niebios… I kiedyś na pewno to zrobię!

Слава Україні!

Anet, Dziękuję, chociaż nie jestem pewna, czy określiłabym to opowiadanie akurat jako… ee… sympatyczne? xD

 

Krarze, czekam niecierpliwie na komentarz – i dziękuję za nominację! blush Właśnie ją zobaczyłam dzięki komentarzowi Golodha. Dla mnie już sama ta nominacja jest ogromnym wyróżnieniem blush

 

Golodhu, nie ma sprawy, Dary Niebios poczekają. ;) Dzięki, że w ogóle wpadłeś, zajęło Ci to tylko pół roku! <podśmichuje> xD

To ciekawe, że lekarz jest w Twojej opinii przedstawiany jako ten, który nie ma racji, bo w komentarzach powyżej to raczej jemu przyznawano rację – bez sugerowania, że to “wbrew zamysłom autorki” czy coś takiego. Ale baaardzo mnie cieszy, że doszedłeś do takiego wniosku, bo nie było moim zamysłem przedstawiać tej kobiety jako kompletnie pokręconej wariatki . ;) Prawdę mówiąc, pisałam to opowiadanie bardziej z jej punktu widzenia, chociaż nie mogę powiedzieć, żebym się z nią zgadzała (a już na pewno nie w pełni) – i stanowisko lekarza rozumiem.

Cieszę się, że czytało się płynnie <3

 

Pozdrawiam Wszystkich heart

She was with me. She did all those things and so many more, things I would never tell anyone, and she never even loved me. Now that’s love.

Witaj DHBW!

 

OMG, kronosie.maximusie, jakimś cudem tak przescrollowałam, że nie zauważyłam Twojego komentarza! crying Wybacz, kajam się.

Ależ nic się nie stało! Kajanie zupełnie zbędne. Ile razy ja coś przeoczyłem…

 

Dziękuję, że wpadłeś!

Cała przyjemność po mojej stronie! Co do Twoich odpowiedzi na moje uwagi – satysfakcjonują mnie.

 

Miłego dnia!

 

DHBW, czytam opowiadania, do których pojawiły się jakiekolwiek głosy nominacyjne. Do mnie niestety opowiadanie nie trafiło. 

Zalążek pomysłu z brzydotą jest ciekawy i inspirujący, natomiast jego obudowanie bardzo mało dla mnie przekonywujące. 

 

Zbudowałaś bardzo długą wymianę zdań, w której brakuje napięcia. 

Za to co mamy: 

*sporo wyjaśnień wkładanych w usta bohaterki i frazesów wypowiadanych przez doktora. Nie pokazujesz problemu, tylko go wyłuszczasz w dialogu stron. 

*beznamiętność i obojętność. Rodzaj kukiełkowego teatru, w którym oglądam postaci, a z boku stoi inspicjent, który dopowiada atrybucje dialogowe, podkreślając emocje, gesty i zachowania bohaterów. Nazywasz je wprost w narracji, nie wynikają z kwestii wypowiadanych przez bohaterów. Odnosiłam wrażenie akademickiej dyskusji dwóch naukowców lekko znudzonych rozmową, swoimi publikacjami, cytowaniami, którzy muszą przeprowadzić dyskusję. Jakże mnie jako czytelnika ma obchodzić opisywana sytuacja, jeśli nawet bohaterowie są obojętni?

*mało naturalne reakcje bohaterów pojawiające się w atrybucjach dialogowych. Spróbuj wyobrazić sobie przebieg podobnej rozmowy i bardziej ją zdynamizować. 

 

Podsumowanie: przemyślałabym pomysł i konstrukcję opowiadania, tak aby pokazać świat i żyjących w nim obu bohaterów oraz spięcie występujące na styku ich subiektywnych rzeczywistości.  Można byłoby spróbować również z samych tylko dialogów, to byłby fajny eksperyment. ;-)

 

pzd

a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Cześć!

 

Jakoś wczoraj mi rozrabianie dobrze wychodziło, najpierw komentarz znikną (a nominowałem tekst), potem konkurs z błędami wkleiłem ;-)

Przeczytałem i muszę przyznać, że bardzo mi się opowiadanie podobało. Ciekawy futuryzm, tak, nieco ograny zapewne, ale spodobał mi się. W banalnym (jak się z początku wydaje) dialogu pomiędzy “lekarzem” a “artystką” dostajemy przepięknie zilustrowane problemy pokolenia xyz, które już w zasadzie nie musi pracować i może (o ile tylko ma na to ochotę), poświęcić się swoim celom. Pan doktor jest miły, dba o PR, ma ściany obwieszone portretami swoich cudów.

Pani artystka dawkuje napięcie, powoli wprowadzając czytelnika (i oponenta) w świat swoich spostrzeżeń na rzeczywistość. Pokazujesz bardzo niewiele świata przedstawionego, ale jest to wystarczające, bo rozrzucone strzępy informacji pozwalają powinny pozwolić każdemu zbudować obraz relacji tym światem rządzących i problemów, z którymi borykają się mieszkańcy.

Bardzo mi się także spodobało, że bohaterowie są ludzcy, a nie książkowi. Nie ma tu pompy, patosu, a jedynie wyraźna chęć załatwienia swoich potrzeb i przedmiotowe traktowanie ludzi. W postawach widać to, o czym mówi artystka. Zdecydowanie wyszło, widać to zwłaszcza w zakończeniu, kiedy to lekko siada logika zdarzeń (ale jak popatrzeć z perspektywy osób zmęczonych rozmową, na granicy wybuchu…) Nice! Kolejny punkt za bezstronność: pokazujesz, nie oceniasz, nie mówisz, co kto ma myśleć. Ten czynnik przesądził – imho – o tym, że tekst warto nominować. Więcej takich opowiadań!

 

Gratulacje i pozdrawiam!

 

EDIT: Uff, ten nie zniknął.

„Poszukiwanie prawdy, która, choćby najgorsza, mogłaby tłumaczyć jakiś sens czy choćby konsekwencję w tym, czego jesteśmy świadkami wokół siebie, przynosi jedyną możliwą odpowiedź: że samo poszukiwanie jest, lub może stać się, ową prawdą.” J.Kaczmarski

Nowa Fantastyka