- Opowiadanie: ninedin - Plaża, dzika plaża

Plaża, dzika plaża

Czasami pisuję sobie i publikuję tu mitologiczne miniaturki-retellingi, tworzone dla zabawy i z zamiłowania. One nie mają ambicji bycia głębokimi, ani ważnymi, ani (zazwyczaj) poważnymi też nie; innymi słowy, jeżeli ktoś tu szuka głębi, to  raczej nie znajdzie. Nie są to też w założeniu pełnoprawne opowiadania z rozwiniętą charakterystyką postaci, spójnym światotwórtswem itd., a raczej zabawy konwencją i gry w nowe opowiadanie znanych historyjek.  Ale pisało mi się przyjemnie.

Dzisiaj w rolach głównych dwie postacie, które bardzo lubię, a w tle jedna, za którą przepadam i do której losów już raz, choć specyficznie, się na tym forum odwoływałam.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Plaża, dzika plaża

Król złodziei i królowa-czarownica spotkali się na dzikiej plaży wczesnym rankiem. Ona mieszkała bliżej, przyniosła więc koszyk ze świeżym chlebem, garść oliwek i cynowe kubeczki, do których on nalał wyjątkowo dobrego trunku, zwędzonego z piwnic brata-winiarza. Kobieta rozłożyła na piasku kolorowy, własnoręcznie wykonany koc i wystawiła twarz do słońca. Jej towarzysz z westchnieniem ulgi zdjął sandały i powiesił kapelusz na wbitej w piasek lasce podróżnej. Dopiero po posiłku rozpoczęli właściwe negocjacje.

– Nie daj się prosić – powiedział złodziej, kiedy już wymienili wstępne uwagi. – Sporo zainwestowałem w faceta. Uczciwie przyznam: lubię go. Rozumiemy się. To pokrewna dusza, serio. Można by wręcz powiedzieć, podopieczny.

Czarownica uniosła jasne brwi. Patrzyła na rozmówcę długo i bez słowa.

– No dobra, dobra! – zamachał rękami złodziej. – Przyznaję się. To rodzina, okej? Prawnuk. Mamusia była córką mojego ulubionego syna. Ulubionego ze śmiertelnych dzieci, znaczy. Weź odpuść, co? Rozumiem, że przypłynął tu znienacka i że jego ludzie zrobili ci najście na dom. Nie mam pretensji, że ich pozamieniałaś w żaby, knury czy co tam innego, takie twoje prawo, ale zrób to dla mnie i jemu po starej znajomości daruj, dobrze?

Ponieważ czarownica dalej milczała, złodziej z westchnieniem kontynuował.

– No niech ci będzie, przysługa za przysługę. Będę twoim dłużnikiem. Wiesz przecież, że ostrożny ze mnie gość i rzadko kiedy coś komuś wiszę. Plus, naprawdę nie proszę o wiele: możesz sobie zostawić resztę jego towarzyszy w postaci nierogacizny, tylko jego mi w nic nie zmieniaj. Możesz mu też, jak by to powiedzieć, troszeczkę pomóc, pokierować… Przecież ty wszystko umiesz, udawać też. Ten jeden raz zaprezentuj się jako miła i pomocna, okej, słoneczko?

– Z tekstami o słoneczku to do mojej rodziny, nie do mnie, jeśli łaska – prychnęła czarownica. – Poza tym, mój drogi, ja też mam swoją dumę. Jak ty to sobie wyobrażasz: facet wejdzie i powie „Ręce do góry, wiedźmo, wyskakuj z sekretów”, a ja grzecznie mówię „Tak jest, panie podróżnik” i pokazuję mu, którędy ku zaświatom? Nie patrz na mnie z takim zdziwieniem. Oczywiście, że się domyśliłam, gdzie i po co mam go skierować. 

Złodziej chciał coś powiedzieć, ale czarownica nie dała mu dojść do słowa.

– Wieści szybko się rozchodzą, mój drogi. Wszyscy wiemy, że najlepszy specjalista od spraw niemożliwych opuścił już domenę mojego ojca i przeniósł się pod opiekę mamusi, w podziemia, co sprawia, że kontakt z nim jest teraz lekko, hmm, utrudniony. A twój człowiek, cóż, potrzebuje niemożliwego, prawda? Co znaczy, że w tym momencie potrzebuje mnie.

– No właśnie, przecież nikt inny nie zaprojektuje mu… i nie spersonalizuje… tego rytuału równie dobrze! – wtrącił się złodziej z pochlebnym uśmiechem. – No wiesz, jedno z rodziców wiecznie żywe, drugie wiecznie niekoniecznie… Kto, jak nie ty, pani zaklęć, polypharmakos?

– Ależ ja wiem, że nikt – czarownica przesunęła dłonią po włosach, aż poleciały złote iskry. – Ale nawet sobie nie myśl, że tak po prostu wszystko będzie po twojemu, spryciarzu. Sugerujesz, że mam nawet nie próbować, w ogóle nie rzucić zaklęcia i udawać, że się boję jakiegoś śmiertelnika? Cały świat będzie się ze mnie śmiał po takim numerze. Nie ma mowy.

– Hmmm… – zamyślił się złodziej – A gdybyśmy tak spróbowali znaleźć jakiś… kompromis?

– Możemy próbować, byle to nie naruszyło mojej reputacji mistrzyni magii – odpowiedziała.

– A zgodzisz się pójść na układ, w którym tylko udajesz, że rzucasz to zaklęcie? – spytał. – Albo że jakoś ono, no nie wiem, w tym dniu akurat nie działa?

– Reputacja. Mistrzyni. Magii – powtórzyła czarownica znudzonym tonem. – Czego nie rozumiesz?

A ponieważ złodziej nic nie powiedział, kontynuowała:

– Jakim niby cudem ma mi ten czar, ot tak, nie zadziałać, bez zrobienia ze mnie nieudacznicy, co? No chyba, żeby… – urwała.

Jej gość nadal czekał. Czarownica milczała przez moment, po czym powiedziała powoli:

– Chyba zaczyna mi coś świtać. Może gdybyśmy pograli pozycją, ale nie moją, tylko twoją… Jako bóg z Olimpu, teoretycznie masz nade mną przewagę, choć oboje wiemy, jak jest w rzeczywistości, prawda? W każdym razie, mogę udać, że moją magię zawiesza jakiś olimpijski talizman czy cokolwiek tam, co mu dasz jako rzekome antidotum. Ja go postraszę, on mi pogrozi, ja się zgodzę być miła i załatwione.

Złodziej uśmiechnął się promiennie i zdecydowanie nieszczerze.

– Tak zupełnie bez korzyści dla ciebie? – zapytał. – Ależ się z ciebie altruistka zrobiła, moja droga.

– Żadna altruistka – czarownica odpowiedziała równie promiennym uśmiechem. – Po pierwsze, mam u ciebie przysługę. Po drugie, mówisz, że to twój krewny? Ciekawam, czy odziedziczył po tobie urodę i intelekt. Zdecydowanie brakuje mi tu, na wyspie, ciekawego męskiego towarzystwa. Ile można gadać do wieprzy i osłów, ja się pytam?

Uścisnęli sobie ręce i już mieli się rozejść, kiedy złodziej zapytał:

– Słuchaj, jeszcze jedno. Ja nie jestem… no wiesz, specjalistą od magii jako takiej. Co byś mu dała jako antidotum, żeby to wiarygodnie wyglądało? Jakiś naszyjnik? Magiczny pierścień? Podpowiedz mi, w końcu to twoja działka.

Kobieta zastanowiła się przez chwilę.

– Idź, wyrwij sobie coś z ogródka – zdecydowała. – Magiczne rośliny są modne, wszyscy w nie wierzą. Daj mu jakiegoś zaklętego ogórka albo inną tam świętą cebulę mocy. Albo czosnek – dodała po chwili. – Czosnki właśnie kwitną i wyglądają wręcz czarująco.

 

Koniec

Komentarze

Cześć, ninedin. Piszę z telefonu, więc będzie krótko. Opowiadanie bardzo sprawnie napisane, ale czegoś mi tu brakowało. Lektura okazała się być przyjemna, ale jakiś większych emocji nie poczułem. Puenta niezła, jednak w mojej opinii niewystarczająca. Czy się podobało? Tak, ale nie zachwyciło. Pozdrawiam!

Czytanie książek to najpiękniejsza zabawa, jaką sobie ludzkość wymyśliła

Sympatyczne negocjacje:) 

Przyjemność więc jest obustronna – Tobie się tak pisało, a mnie czytało.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Mój ulubiony bóg i czarownica, w której zakochałam się dzięki pewnej książce :) Fajne negocjacje. Przeczytałam z przyjemnością, uśmiechnęłam się w paru miejscach. Świetny króciak :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Jak zapewne wiesz, Autorko, lubię krótkie teksty, ale ten jest za krótki. Daj ciąg dalszy. Rozbudziłaś mój apetyt i co teraz? Ładne było, ale się skończyło?

Witaj.

Przezabawna historyjka. Nasuwa mi się sentencja z internetu:

Negocjacje to proces, w którym dwie zaangażowane strony idące z dwóch różnych kierunków, zbliżają się do siebie. Problem w tym, aby skłonić drugą stronę, by szła szybciej i robiła większe kroki.

 

Z technicznych:

– Z tekstami o słoneczku to do mojej rodziny, nie do mnie, jeśli łaska – prychnęła czarownica – brak kropki

Oczywiście, że się domyśliłam, gdzie i po mam go skierować. – czy tu brakuje części zdania? 

Ależ z ciebie altruistka zrobiła, moja droga. – i tu?

 

Pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Dziękuję Wam wszystkim za odwiedziny, a Bruce dodatkowo i za miłe słowa, i za wskazanie błędów – poprawiłam. Misiu, specjalnie dla Ciebie napiszę jeszcze jakiś kawałeczek tej historii :) Irko, Śniąca – bardzo się cieszę, że sprawiłam Wam trochę przyjemności. Młody pisarzu, to nawet nie miało być pełnoprawne opowiadanie, tylko mitologiczna scenka, więc trochę się nie dziwię, że cię rozczarowało brakiem “czegoś więcej” :). Dziękuję!

Sprawy techniczne to śladowe drobiazgi.

Dzięki Twojemu tekstowi poczułam się, jakby znowu oglądała przygody Percy Jacksona z wyraźnym podkreśleniem odwiecznych niesnasek między nieśmiertelnymi. :))

 

Pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Tworzysz mixy, łącząc eposy o starych bogach z dzisiejszymi czasy. Bardzo smaczna, potrawa. Czytając można się nią delektować: zaciekawia, bawi i uczy. Tak, też uczy takich neptków do mnie podobnych, bo z ledwością skumałam sama z siebie, kim są persony dramatu, lecz się nie poddawałam i dopiero po skończeniu przeczytałam tekst z podanego przez Ciebie linku. I racja – nawet dla mnie mało płynne, choć cieszę się, że zamieściłaś link, bo dzięki temu mogłam potwierdzić swoje podejrzenia odnośnie typowanych postaci. xd

Amulet na zakończenie stanowił deser. :-)

Skarżypytuję :-)

 

PS. Cholernie spodobał mi się tytuł. xd

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Swoją drogą, odnośnie tytułu, to od razu, jak tylko zobaczyłam, miałam w głowie melodię i słowa piosenki Spacer dziką plażą. Czy to było zamierzone?

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Myślę, że tak, ale nie wiem…

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Oczywiście, że cytat z piosenki zamierzony :) Fajnie, że wychwyciłyście. Asylum, dziękuję za miłe słowa.

Kłaniam się.

Jak dla mnie, zabawna scenka zza kulis wiadomego spektaklu.

A może coś o żonie nie wymienionego i nie pokazanego głównego bohatera?

Pozdrawiam, Adam

A wiesz, że z tą żoną to fajny pomysł?

Nasz bohater w ogóle miał jeszcze siostrę (wydaną za mąż za serio najgłupszego z jego towarzyszy) i wokół tej postaci też bym chętnie coś kiedys zbudowała :)

Podoba mi się humor – jest w tle, między wierszami.

Sama scenka w porządku, natomiast bardzo pochwalę dialogi. Trochę unowocześnione, ale nie aż tak, aby męczyły. Między bohaterami wręcz iskrzy i, jak zwykle, losy śmiertelników są decydowane za kulisami, a nawet na kocyku piknikowym ;)

Lubię Twoje zabawy z mitologią.

Rozpoznałam postacie, ale nijak nie pamiętam, jak to było z talizmanem.

Kobitka się nieźle targowała i chyba sporo zyskała. A to pewne osiągnięcie, bo druga strona opiekowała się również kupcami. ;-)

A czosnek po prostu jest boski.

Babska logika rządzi!

No właśnie talizmanem była cudowna czar-roślina, chroniąca przed wszelkimi złymi zaklęciami.

Czosnek, znaczy – Grecy utożsamiali to ziele, zwane moly, właśnie z tak zwanym czarnym czosnkiem o dużych kwiatach.

Cieszę się, że się przyjemnie czytało.

Fajne, super są takie mitologiczne apokryfy :)

Kiedy coś dłuższego? :)

Che mi sento di morir

świętą cebulę mocy

XD Ależ naiwni ci śmiertelnicy…

Złodzieja rozpoznałem prawie od razu, czarownicę po chwili, ale że jesteśmy za kulisami tej historii do końca nie skojarzyłem, chociaż wszystko było na swoim miejscu. Pewnie dlatego, że w ciągu kilku lat pielęgnowania innych zainteresowań te wszystkie rodzinne powiązania bohaterów greckich mitów wyleciały mi z głowy… Trzeba odświeżyć temat.

Było fajnie. Wincyj!

,,Moim zdaniem, to nie ma tak, że dobrze albo że niedobrze. Gdybym miał powiedzieć, co cenię w życiu najbardziej..."

Dobrze się bawiłem przy lekturze, przyjemna, nie wzbudza silnych emocji – chwila niezobowiązującej rozrywki z klasyczną podbudową. Postaci i umiejscowienie akcji zaraz rozpoznałem, może chwilę zajęło mi przypomnienie sobie imienia wiedźmy (że jest istotnie różna od Medei). Jej kreacja fantastyczna, bóg złodziei może wypadł trochę bladziej, nie jestem pewien. I mówisz, że nasz nieobecny bohater miał jeszcze siostrę? Ciekawe, jakoś jej nie kojarzę – mimo wszystko wciąż mnie zdumiewa, ile znasz tych postaci mitologicznych.

Cześć, 

Lekkie i przyjemne opowiadanko, z nieprzerysowanym humorem. “Zaklęty ogórek” i “święta cebula” mnie rozczuliły do reszty ;)

pozdrawiam,

Moje córki uwielbiają mit ze świnkami.

Podoba mi się lekkie podejście do zagadnienia i taki język bez przytupu. Z “czego nie rozumiesz” na czele. Normalnie Percy Jackson;)

Dziękuję Wam wszystkim: jest mi naprawdę miło, że trochę Was ubawiłam i dostarczyłam rozrywki.

 

@Ślimak Zagłady: nie dziw się, że nie pamiętasz. Siostry zarówno Odyseusza (rodzona), jak i Achillesa (przyrodnia, córka jego ojca i śmiertelniczki) są dosłownie wspomniane przelotem w źródłach. Tym fajniej by się o nich pisało :)

Cieszę się też (zwłaszcza @Ambush), że nie przeszkadza Wam coś, co sama lubię robić, a mianowicie pisanie o mitycznych postaciach współczesnym językiem. Z “Percym Jacksonem” skojarzenie może być nieprzypadkowe – współtłumaczyłam pomniejsze fragmenty cyklu i późniejsze spinoffy :)

Ładniutkie i milusie, przytulne wręcz, choć troszkę mi się tu chronologia wywraca, chyba że Kirke ma już jakichś innych poprzemienianych na wyspie? Czy Odyseusz et consortes dopiero płyną, czy już tam są?

http://altronapoleone.home.blog

To było tak. W dziesiątej pieśni Odysei oni:

a)dopływają do wyspy i dwa całe dni odpoczywają po przejściach u Lajstrygonów

b) Odys sam idzie na polowanie i widzi dom Kirke; być może mija jeszcze jedna noc;

c) Odys dzieli swoich ludzi na dwie grupy: jedną dowodzi on, drugą Eurylochos

d) grupa Eurylochosa idzie do Kirke

e) przy domu widzą liczne oswojone dzikie zwierzęta, dziwnie się zachowujące i budzące w ludziach lęk

f) Kirke zamienia wszystkich poza Eurylochosem (który został na zewnątrz) w świnie

g) Eurylochos czeka na okazję, ucieka

h) Odys podejmuje decyzję o interwencji: pójdzie do domu Kirke ratować ludzi

i) po drodze spotyka Hermesa i dostaje rady

j) Odys spotyka Kirke

 

Te zwierzęta w punkcie e to zapewne inni żeglarze, zamienieni przez Kirke. Rozmowa Hermesa i Kirke ma miejsce gdzieś między f) a g), jak zakładam – w tej sytuacji mowa albo o tych innych “zwierzętach”, albo o grupie Eurylochosa a najazdem jest sama obecność ludzi Odysa na wyspie, na której są3 dni, zanim zauważą dom Kirke.

Fakt, nie pamiętam fabuły aż tak dokładnie ;)

http://altronapoleone.home.blog

Kurczę, co zacznę rozmyślać nad drobiazgowością mitologii greckiej, to krew mnie zalewa, że słowiańska została tego wszystkiego pozbawiona. Z jednej strony – rodzeństwo herosa, z drugiej – trudności z ustaleniem, kto wchodził w skład naszego rdzennego panteonu. Wrrr!

Babska logika rządzi!

Wiesz, bo grecka i rzymska żyły na tyle długo, że jeszcze w czasach, kiedy w mniej więcej te bóstwa wierzono, dorwali się do niej na wielką skalę a) poeci i pisarze, b) artyści malarze i rzeźbiarze, c) uczeni. A ponieważ mity ani w zasadzie żadne dzieła literackie nie były dla Greków / Rzymian dogmatem religijnym (poza faktem, że bogowie istnieją), to hulaj dusza, opowiadamy / przerabiamy / dorabiamy własne / katalogujemy. No i dzięki temu mamy tych wersji i opowieści MNÓSTWO. A że przy tym i Grecy, i Rzymianie mieli do genealogii stosunek taki sam, jak hobbici – mamy spisane mnóstwo, mnóstwo danych, bo w końcu często ród potomków danego bóstwa kończył się na /”…a jego córką była nasza prababcia”. Natomiast jako Słowianie mieliśmy sporego pecha, historycznie rzecz biorąc…

Wiem, Ninedin. Ból Słowian polega na tym, że najpierw dostaliśmy nową wiarę, która wyrugowała rdzenną, a dopiero potem pismo.

Babska logika rządzi!

A jeszcze “potem” rozpowszechniano instrukcję, jak rugować pierwotne wiary, zamiast pospisywać ich treści i zachować jako dziedzictwo.

Ale psioczymy tylko na hiszpańskich konkwistadorów…

Kto powiedział, że tylko? ;-)

Babska logika rządzi!

Bo takie utyskiwania na niszczenie lokalnych kultur najczęściej dotyczą Mezoameryki i jej zdobywców. Ale faktem jest, że to z powodu skali zjawiska, które powtarzało się mniej lub bardziej dokładnie w innych rejonach i czasach.

Były kultury, które “żyły” równie długo, ale nie wykształciły takiej literatury i sztuki. Mamy bardzo piękne teksty egipskie czy z różnych kolejnych kultur mezopotamskich (spora ich część przechowała się w księgach biblijnych tak btw), czy także z kultur mezoamerykańskich, ale nigdzie nie było tak “systematycznego” rozwoju sztuk, na dodatek traktowanych przynajmniej częściowo i od pewnego momentu jako niemalże “sztuka dla sztuki” w sensie oderwania od kultu, religii, sacrum, tworzenia pięknych rzeczy dla tworzenia pięknych rzeczy i estetycznej uciechy, nawet jeśli połączonej z nauką w sensie kształtowania umysłów obywateli.

Jeśli gdzieś jest rzeczywiście “grecki cud”, to w tym.

 

Natomiast co do “konkwistadorów” to wczesne chrześcijaństwo zrobiło bardzo dużo i skutecznie, żeby tę grecko-rzymską, pogańską kulturę też rugować. Zakaz teatru, igrzysk, zamknięcie Akademii Platońskiej, niszczenie świątyń, rzeźb, tekstów, a nawet świętych gajów. To była kolosalna, momentami wręcz systematyczna akcja niszczenia. My z tej kultury mamy tak naprawdę bardzo mało…

 

http://altronapoleone.home.blog

A wszystko w imię i dla triumfu religii miłości bliźniego. Tjaaa…

To wszystko z mojej strony w tym temacie.

Ale był epos o Gilgameszu, Egipt też miał jakąś literaturę (fakt, uboższą niż grecko-rzymska). Będę się upierać, że wynalazek pisma jest kluczowy dla zachowania niematerialnego dziedzictwa.

A “piękne rzeczy” chyba każda kultura tworzy? Nawet niech to będzie sztuka użytkowa, ale najbogatsi/najważniejsi na ogół lubią otaczać się ładnymi przedmiotami i nosić biżuterię.

Babska logika rządzi!

To właśnie wspomniałam, pisząc o Egipcie i Mezopotamii. I nie musisz się upierać, że wynalazek pisma był kluczowy, bo nikt tego nie kontestuje XD Aczkolwiek on nie oznacza, że rozwinie się złożona, usystematyzowana literatura na przykład, która oderwie się od “funkcjonalności” czyli albo sacrum, albo związków z władzą. Kultury Mezoameryki miały zresztą pismo (glify, węzełki), więc można by co najwyżej rozważać, czy kluczowe dla rozwoju takiej “autonomicznej” kultury nie jest pismo o charakterze abstrakcyjnym jak alfabetyczne, które jest w praktyce dostępne dla dużej liczby ludzi, łatwo się go nauczyć, co poszerza potencjalny krąg twórców i odbiorców, a więc możliwość propagowania kultury. Niemniej nawet w alfabetycznym kręgu europejskim masz do XIX wieku bardzo dużą rolę przekazu ustnego. A z drugiej strony masz starożytną Persję, wspaniała kultura niematerialna, bardzo wyrafinowany system religijny, ale oni zapożyczają formy artystyczne od wcześniejszych ludów na podbitych ziemiach i prawie że nie tworzą literatury (choć istnieją przesłanki, że mieli jakieś formy teatralne na przykład). Po prostu to nie jest prosty system ;)

Natomiast co do “pięknych rzeczy”. To, o czym piszesz, jest właśnie kulturą związaną z ośrodkami władzy albo religii. Dla władcy te piękne rzeczy nie miały wyłącznie wartości estetycznej, one miały również funkcję podkreślania jego pozycji, symbolicznej reprezentacji różnych aspektów władzy, wreszcie pokazywania potęgi państwa. Jeszcze w drugiej połowie XVII wieku Wersal nie jest po prostu kaprysem władcy, który ma kasę i chce sobie zamieszkać w wielkim pałacu. To jest komunikat na zewnątrz: “stać nas na wielką salę pełną ogromnych luster, stać nas też na armaty” oraz do wewnątrz: nasze państwo jest wspaniałe. I tam siedzi cały aparat władzy, a nie po prostu mieszka król z dworem. I to jest inna mentalność niż współczesna, potrzeba prawdziwego kryzysu ekonomicznego oraz prawdziwej arogancji władzy, żeby lud zaatakował te symbole.

Natomiast w Grecji, w której – w większości państw – nie było tego typu ośrodków władzy (choć nie przeceniajmy, oczywiście, demokracji ateńskiej, która z naszym rozumieniem tego systemu nie miała wiele wspólnego), nie było też aż takiej potrzeby podkreślania potęgi za pomocą drogich przedmiotów. Nawet skarbiec Ateny można było przetopić na potrzeby państwa, więc to bogactwo było użytkowe.

I w pewnym momencie tam kultura zaczyna się odrywać od tego państwowego czy religijnego aspektu.

Oczywiście wszędzie ludzie zamożni zamawiali piękne przedmioty i to było np. wyznacznikiem statusu, ale przedmioty użytkowe to trochę co innego, to nie jest właśnie “sztuka dla sztuki”. Udział tej ostatniej w innych starożytnych kulturach jest po prostu procentowo dużo mniejszy, a zaryzykowałabym twierdzenie, że były takie kultury, gdzie praktycznie nie istniał (w sensie statystycznym znowu, jako obserwowalne zjawisko kulturowe).

Byłam ostatnio na ogromnej wystawie o Inkach, z artefaktami sprowadzonymi z Peru. To są niekiedy bardzo ładne rzeczy, ciekawe i tak dalej. Ale z tej wystawy wynikało jasno, że to była kultura całkowicie zdominowana przez religię i w zasadzie wszystko miało do tej religii odniesienie.

Rzymianie odziedziczyli po Etruskach i Italikach też solidnego świra religijnego, ale zarazem od Greków przejęli jednak poczucie, że sztuka może być po prostu sztuką ;)

http://altronapoleone.home.blog

Kultury Mezoameryki miały zresztą pismo (glify, węzełki),

No, i czy nie wiemy więcej o Quetzalcoatlu niż o Swarogu?

Tak, to wszystko, o czym piszesz wyżej, jest prawdą. Acz rzekłabym, że niektóre granice bardzo trudno wyznaczyć. Czy traktat Sun Zi jest związany z władzą? A prace Arystotelesa, nauczyciela niejakiego Olka? Tak, obnoszenie się z biżuterią itp. to oznaka statusu. Czyli świetny pomysł, żeby założyć coś złotego na pierwszą randkę (czy tam na spotkanie ze swatem, mniejsza o pośredników), nawet jeśli nie jesteś z rodziny panującej.

Piękne przedmioty mogą się wiązać z władzą albo świątynią. Ale kogo jeszcze stać, żeby zamówić sobie rzeźbę u Fidiasza albo landszafcik u Leonarda da Vinci? Co innego zwyczajna mozaika czy dywanik… Do kogo należała Wenus z Willendorfu?

Dobra, to raczej pytania retoryczne. Nie musisz odpowiadać, jeśli nie masz ochoty. I tak offtop się zrobił niezgorszy.

Babska logika rządzi!

Co do Wenus z Willendorfu nie wiemy, na ile była postrzegana jako wyjątkowa – podobnych rzeźb jest sporo, na pewno są kultowe. My ją widzimy jako najdoskonalsze dzieło swej epoki, ale nie mamy żadnych danych, żeby mieć choćby przeczucie, jak byłaby oceniona wtedy. Oczywiście w dużej mierze przez to, że nie mamy dokumentów pisanych XD Ale ani przez chwilę nie kwestionowałam wagi pisma dla przekazu kulturowego. To jest największa rewolucja od czasów neolitu, oczywiście.

Natomiast rozgraniczenie na to, co jest związane z władzą, a co powstaje w oderwaniu od ośrodków władzy, takiej czy innej, jest oczywiście płynne, kultury nie da się skwantyfikować, zdefiniować i poszufladkować. Wiadomo, że mecenat władzy jest nie do przecenienia, w różnych epokach różnie, ale jednak. To jednak nie oznacza, że wszystko jest w odbiorze wiązane z tym mecenatem, a odbiór jest kluczowy. I jeśli ktoś pisze panegiryk do króla, to każdy widzi, że to do króla. Ale jeśli król zasponsoruje dramaturga, to nie każdy widz będzie o tym wiedział, czyli rzecz może funkcjonować w oderwaniu od genezy. Dobra luksusowe powstają w chwili, kiedy istnieje już stratyfikacja społeczna i jest grupa ludzi, którzy mogą sobie na nie pozwolić – zarówno na materiał, z którego są wykonane, jak i na pracę rzemieślnika, który jest mistrzem w swoim fachu. Taka więc biżuteria wciąż jest sztuką użytkową. Może być absolutnie cudowna, ale ma prymarnie zastosowanie praktyczne, nawet jeśli pochodzi spod ręki Lalique’a i obecnie wystawia się ją w muzeach albo kolekcjonuje. I oczywiście portret też ma pierwotnie mocny związek ze statusem, dopiero rozwój miniatur malarskich i średniej klasy warsztatów je produkujących od XVIII w. sprawia, że portret może zamówić praktycznie każdy, niemniej taki duży pozostaje wyznacznikiem statusu.

Tylko nawet jeśli się przyjrzeć statystycznie takiej niewątpliwie luksusowej gałęzi sztuki, jaką jest gliptyka, czyli produkcja gemm – ze szlachetnych, półszlachetnych albo zwykłych kamieni, z pasty szklanej, z ceramiki, z pasty szklanej itd. – to widać, że w Egipcie faraońskim, skąd mamy takich zabytków krocie, są to głównie artefakty związane z wierzeniami, skarabeusze. A już w kulturach epoki brązu na terenach Grecji, zwłaszcza w kulturze mykeńskiej znacznie większy statystycznie udział mają gemmy o charakterze ewidentnie “cywilnym”.

Co do kogo stać na Leonarda – najwyraźniej takich Galeranich było stać, skoro machnął portret Cecylki, oryginalnie z landszafcikiem w tle (bo samych landszafcików nie malował). Wartość dzieł Leonarda zresztą wyszła dopiero po śmierci, że tak powiem, bo namalował mało ;)

http://altronapoleone.home.blog

Przeurocza scenka. Chciałoby się więcej i mam nadzieję, Ninedin, że przy Twojej wiedzy pomysłów Ci nie braknie. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję, bardzo mi miło to czytać :)

Hej,

 

Ciekawe, nowoczesne ujęcie mitologiczno-fantastycznych… hm… archetypów? xD Z przymrużeniem oka. Jednego tylko nie rozumiem – dlaczego chłoptasia nie odczarowała po cichu i równie po cichu, ot tak, po prostu, nie pomogła…? Trochę zbędne mi się wydaje to kombinowanie.

 

Zapewne nie zaskoczę nikogo wyznaniem, że uśmiechło zwłaszcza tutaj:

Daj mu jakiegoś zaklętego ogórka albo inną tam świętą cebulę mocy.

<3 xD

 

Pozdrawiam ^^

She was with me. She did all those things and so many more, things I would never tell anyone, and she never even loved me. Now that’s love.

dlaczego chłoptasia nie odczarowała po cichu i równie po cichu, ot tak, po prostu, nie pomogła…?

 

Bo to jest prequel do już istniejącej sceny z Odysei, gdzie Kirke robi dokładnie to, co w mojej małej zabawie umawia z Hermesem. Czyli to, co napisałam, to pewien rodzaj uzasadnienia tego, dlaczego tamta znana już z literatury wygląda tak, jak wygląda, i to tamta scena determinuje sporo z moich decyzji literackich tutaj :)

 

DHBW, cieszę się, że się miło czytało, dziękuję :)

Reg, niezwykle miło mi to słyszeć, dziękuję :)

Oki, teraz rozumiem. Niestety nie jestem z tym klasykiem zaznajomiona :( xD Dzięki za wyjaśnienia.

She was with me. She did all those things and so many more, things I would never tell anyone, and she never even loved me. Now that’s love.

To jest jedna z rzeczy, które lubię w retellingach / prequelach etc.: że się musisz wpasować w już dane ramy i do nich dostosować. To jest pewien rodzaj ograniczenia, który może wcale nie ograniczać, a wręcz przeciwnie – wymuszać nowe, kreatywne podejścia :)

Cześć!

 

Polityka wielka i mała. Nie pamiętam, z kim rozmawiał król złodziei, ale wskazówek dałaś dużo, więc zaraz wygooglam. Przyjemne, dobrze napisane, choć też nieco hermetyczne – albo inaczej, ktoś, kto dobrze zna mitologię, może lepiej się przy tym bawić ;-)  Bo ja przykładowo nie wiem, dlaczego królowa tak ochoczo przystała na propozycję po bardzo krótkich negocjacjach (Aż się prosi o rozwinięcie)

 

Pozdrawiam!

„Poszukiwanie prawdy, która, choćby najgorsza, mogłaby tłumaczyć jakiś sens czy choćby konsekwencję w tym, czego jesteśmy świadkami wokół siebie, przynosi jedyną możliwą odpowiedź: że samo poszukiwanie jest, lub może stać się, ową prawdą.” J.Kaczmarski

Przyjemny tekst i ładny, choć z mitologią to jestem trochę na bakier i pewnie nie mogłem docenić wszystkiego.

Podobało mi się :)

Przynoszę radość :)

Cześć, ninedin, tu Twój wtorkowy dyżurny :)

 

Jest mitologia, więc mnie, jako czytelnika, masz. Bardzo lubię wszelkie jej ślady, a że tu nie ślady, a całość w klimacie, to tym lepiej.

Fajnie ograne te pertraktacje, a nowoczesność języka – z uwagi na konsekwencję – nie raziła. Oparłaś się też pokusie przegięcia, co zawsze jest łatwe przy takich tekstach. Może pamiętasz mój pierwszy biblioteczny tekst: “Co się odwlecze, to nie uciecze” – podobna sprawa, acz inna mitologia :)

Postacie fajnie zarysowane (bo i trudno przy tym metrażu o jakieś pogłębienie), a fakt, że żadna z nich dosłownie nie wskazuje, kto jest przedmiotem (a raczej podmiotem) negocjacji, wychodzi tekstowi na plus.

Warsztatowo nie mam się do czego przyczepić.

Dobry tekst :)

 

Pozdrawiam,

fmsduval :)

 

Dla jasności – to profil zapasowy względem tego

@krar85, @Zygfryd89, @fmsduval1, @Anet

 

Dziękuję Wam, miło, że Wam się podobało :) Zawsze miło coś takiego usłyszeć, szczególnie w roku, który pisarsko nie był dla mnie, najoględniej mówiąc, dobry ani udany :)

Nowa Fantastyka