- Opowiadanie: Caern - Skandal na Jarotach

Skandal na Jarotach

W ko­mu­ni­stycz­nej Pol­sce Lu­do­wej par­tia po­sta­no­wi­ła to­le­ro­wać dzia­łal­ność spół­dziel­ni wiedź­miar­skich, które miały sta­no­wić prze­ciw­wa­gę dla wpły­wu ko­ścio­ła ka­to­lic­kie­go wśród Po­la­ków.  W ta­kich oto oko­licz­no­ściach przy­ro­dy Mi­le­na – młoda i nie­zbyt uta­len­to­wa­na wiedź­ma – pod­ję­ła współ­pra­cę ze Spół­dziel­nią Miesz­ka­nio­wą “Ja­ro­ty” w Olsz­ty­nie.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Skandal na Jarotach

1.

Twarz Zbysz­ka Hryw­ny, eta­to­we­go to­ka­rza, po­kry­wa­ły ob­le­śne, czer­wo­ne kro­sty. Nie­któ­re uro­sły tak bar­dzo, że przy­po­mi­na­ły doj­rza­łe, wto­pio­ne w skórę cze­re­śnie.

– Po­wta­rzam, za­bierz­cie od nas tę idiot­kę – wark­nął Zby­szek przez za­ci­śnię­te usta. Nie mógł nor­mal­nie mówić, bo wtedy kro­sty pę­ka­ły i lała się z nich śmier­dzą­ca ropa.

Wiedź­my wy­mie­ni­ły za­kło­po­ta­ne spoj­rze­nia.

– Mó­wi­łam mu, żeby nie pił wódy po le­kar­stwie, ale się nie po­słu­chał – po­wie­dzia­ła naj­młod­sza, ale jej wątły głos nie prze­bił się ponad gwar zgro­ma­dze­nia. Usły­sza­ła ją tylko star­sza ko­le­żan­ka.

– Mi­le­na, milcz, ja cię bła­gam. – Cza­row­ni­ca kar­cą­co spoj­rza­ła na dziew­czy­nę, a ta jakby zma­la­ła ze wsty­du i ukry­ła twarz w po­to­ku ja­snych wło­sów.

– I tak mnie nikt nie słu­cha – mruk­nę­ła pod nosem Mi­le­na.

– Da­li­śmy jej szan­sę – do­da­ła Ja­ni­na, żona bla­cha­rza, który nie mógł się sta­wić na ze­bra­nie. – By­li­śmy cier­pli­wi, ale dość tego. Mój stary z wyra zleźć nie może, bo go po cza­rach tej panny po­krę­ci­ło, jak dzia­da!

– Wiemy, że Mi­le­na bar­dzo się stara – pod­su­mo­wał pan Ja­niak, dy­rek­tor olsz­tyń­skiej Agro­my. – Za­wsze pierw­sza bie­gnie na pomoc. Maści robi i cza­sem nawet coś jej się uda. Ale jak się bie­rze za czary, to wia­do­mo, że bę­dzie tra­ge­dia.

Wanda, prze­wod­ni­czą­ca wiedź­miej spół­dziel­ni, wy­stą­pi­ła przed zgro­ma­dze­nie i pod­ję­ła bez­na­dziej­ną próbę tłu­ma­cze­nia pod­opiecz­nej.

– Nie prze­sa­dzaj­cie, lu­dzie. Dziew­czy­na ma do­pie­ro dwa­dzie­ścia lat, różdż­kę zdo­by­ła w ze­szłym roku.

– Czyś ty ośle­pła, jędzo sza­tań­ska? – wciął się Zby­szek, po­ka­zu­jąc pal­cem na­brzmia­łe ob­li­cze.

Wanda wes­tchnę­ła i nie pró­bo­wa­ła wię­cej dys­ku­to­wać.

– Mu­si­cie ją za­brać i przy­słać nam kogoś do­świad­czo­ne­go – oznaj­mił Ja­niak.

Nie zo­sta­ło nic wię­cej do po­wie­dze­nia. Wiedź­my wsia­dły do po­lo­ne­za i opu­ści­ły zgro­ma­dze­nie. W dro­dze po­wrot­nej Mi­le­na chcia­ła prze­pro­sić, ale prze­wod­ni­czą­ca nie do­pu­ści­ła dziew­czy­ny do głosu.

– Nawet sło­wem nie pi­śnij, bo cię znowu do woj­sko­wej pral­ni oddam.

Mi­le­na stru­chla­ła. Wspo­mnie­nie smro­du żoł­nier­skich onuc wy­star­czy­ło jej za na­ucz­kę. Po­my­śla­ła, że le­piej nie po­gar­szać sy­tu­acji, bo i tak spo­dzie­wa­ła się kło­po­tów po po­wro­cie do domu.

Domem Mi­le­ny była sie­dzi­ba spół­dziel­ni wiedź­miar­skiej “Dobre Panie”. Mie­ści­ła się w Olsz­ty­nie, w ka­mie­ni­cy zbu­do­wa­nej obok ba­zy­li­ki świę­te­go Ja­ku­ba, co kle­chom było bar­dzo nie w smak. Wiedź­my nie tylko ro­bi­ły oj­czul­kom kon­ku­ren­cję w usłu­gach du­cho­wych, ale też, dzię­ki de­kre­tom ko­mi­te­tu wo­je­wódz­kie­go, zo­sta­ły zwol­nio­ne z po­dat­ku od nie­ru­cho­mo­ści, a także mogły le­gal­nie pro­wa­dzić zie­lar­nię i ap­te­kę. Wszyst­ko to razem da­wa­ło re­zy­dent­kom spół­dziel­ni bar­dzo przy­zwo­ity do­chód, dzię­ki czemu ich sie­dzi­ba pre­zen­to­wa­ła się oka­za­le. Fa­sa­dę ka­mie­ni­cy zdo­bił sam Marek Bu­dzyń­ski, który pro­jek­to­wał war­szaw­skie osie­dle Ur­sy­nów i ko­ściół Wnie­bo­wstą­pie­nia Pań­skie­go w War­sza­wie. Ar­chi­tek­to­wi żaden pie­niądz nie śmier­dział, czy to ko­ściel­ny, czy wiedź­mo­wy.

Z do­brym za­rob­kiem szła rów­nież dobra opi­nia, o którą spół­dziel­nia bar­dzo dbała. “Dobre Panie” jako jedna z bar­dziej po­wa­ża­nych spół­dziel­ni w PRL, była sy­no­ni­mem uczci­wo­ści, ja­ko­ści i dys­kre­cji. Dla­te­go spra­wa Mi­le­ny bar­dzo wiedź­my mar­twi­ła.

– Co żeś znowu po­plą­ta­ła, dziew­czy­no?

Mi­le­na mięła w dło­niach skraj ko­szu­li i cien­kim gło­sem opo­wie­dzia­ła.

– Nie wy­trzy­mam z tobą. Mów żeż gło­śniej! – zde­ner­wo­wa­ła się Wanda.

– Bo jego na mon­tow­ni po­gry­zły we­łe­ty. No to chcia­łam od­cza­ro­wać cho­le­rę spod skóry, a na to naj­lep­szy jest żabi skrzek. W dru­giej kwar­cie księ­ży­ca na­zbie­ra­łam skrze­ku, potem du­si­łam w garze do pełni.

– Ty dur­no­to! – prze­rwa­ła Wanda. – Żabi skrzek jest na pie­przy­ki albo ku­rzaj­ki, a nie na ślinę nie­lu­dziów.

Mi­le­na spu­ści­ła spoj­rze­nie i nie od­wa­ży­ła się nic po­wie­dzieć. Wcze­śniej była świę­cie prze­ko­na­na, że na za­ję­ciach z le­cze­nia sama prze­wod­ni­czą­ca po­le­ca­ła skrzek na wy­syp­ki. Teraz nie była już ni­cze­go pewna.

Do kan­ce­la­rii wma­sze­ro­wa­ła ob­szer­na wiedź­ma Agata, spe­cja­list­ka od uro­ków na nie­wier­nych mężów. Spoj­rza­ła na Mi­le­nę z po­li­to­wa­niem i skie­ro­wa­ła się do prze­wod­ni­czą­cej.

– Pismo przy­szło – oznaj­mi­ła Agata, kła­dąc przed Wandą ko­per­tę ze znacz­kiem. – Od pre­ze­sa Koń­skie­go.

– A ten ob­wieś czego znowu chce? Mało mu było, jak nas wy­rzu­cił z dziel­ni­cy, dewot za­sra­ny?

 Wanda z nie­chę­cią ro­ze­rwa­ła ko­per­tę i zaj­rza­ła w tekst. Kiedy skoń­czy­ła czy­tać, jej twarz na­bie­gła krwią.

– Ależ ma tupet, a niech go dia­beł wy­ru­cha!

– Czego tam chce?

– No, czego? Po­mo­cy! Pisze, że pry­wat­na spra­wa, że do­bro­stan żony zo­stał wy­sta­wio­ny na próbę.

– Ko­lej­na do skro­ba­nia po cichu? – syk­nę­ła Agata.

– Niech się zwró­ci o pomoc do swo­je­go kle­chy! – wark­nę­ła Wanda i ci­snę­ła pismo w kąt. – Mó­wi­łaś coś?

Mi­le­na po­stą­pi­ła krok do przo­du i fak­tycz­nie coś po­wie­dzia­ła.

– Gło­śniej!

– No, bo jeśli pre­zes pisze do nas, to zna­czy, że musi być spra­wa bar­dzo po­uf­na.

Wanda chcia­ła ką­śli­wie sko­men­to­wać, ale Agata ją uprze­dzi­ła.

– Ma gów­nia­ra tro­chę oleju w gło­wie. Można by dwie pie­cze­nie na jed­nym ogniu upiec.

– Jak to?

Agata zła­pa­ła Mi­le­nę pod ło­kieć i bru­tal­nie wy­pchnę­ła dziew­czy­nę z kan­ce­la­rii.

– Won! Do­ro­śli będą o waż­nych rze­czach roz­ma­wiać.

Drzwi się za­trza­snę­ły.

2.

Józef Koń­ski, pre­zes spół­dziel­ni miesz­ka­nio­wej Ja­ro­ty, w mło­do­ści mu­siał być sil­nym i po­staw­nym męż­czy­zną, lecz teraz, po pięć­dzie­siąt­ce, za­okrą­glił się w brzu­chu i pod szyją.

– Tu pisze w li­ście, że masz ob­szer­ną wie­dzę w spra­wach ko­bie­cych – po­wie­dział pre­zes. – To praw­da?

Mi­le­na przy­tak­nę­ła.

– Ga­da­tli­wa nie je­steś, ale to mi od­po­wia­da. Ga­du­łów mam tu nad­miar. – Koń­ski wy­mow­nie spoj­rzał w kie­run­ku pro­bosz­cza Marka, któ­re­mu obec­ność wiedź­my bar­dzo nie od­po­wia­da­ła. Pio­ru­no­wał ją spoj­rze­niem, odkąd za­je­cha­ła do sie­dzi­by spół­dziel­ni. Mi­le­nie ksiądz wydał się ład­nym męż­czy­zną. Jego twarz, pełna chrze­ści­jań­skie­go za­pa­łu, wzbu­dzi­ła w niej li­tość. Zda­wa­ła sobie spra­wę, że nie­na­wist­ne spoj­rze­nia to tylko przy­kryw­ka dla tłu­mio­nej przez lata, wy­ko­śla­wio­nej chuci.

– Skoro więc masz taką wie­dzę, to za­przę­gniesz swoje czary, żeby pomóc Jance, mojej żonie.

Na dźwięk słowa “czary” ksiądz Marek prze­wró­cił ocza­mi i gło­śno wes­tchnął, lecz pre­zes go zi­gno­ro­wał. Mi­le­na za­da­ła py­ta­nie, lecz Koń­ski nie do­sły­szał.

– Py­ta­łam pana pre­ze­sa, co Ja­ni­nie do­le­ga?

– Nie będę gadał, sama ci wy­ja­śni.

– Bi­skup nie bę­dzie za­do­wo­lo­ny – za­uwa­żył Marek.

– To już moje zmar­twie­nie, księ­że pro­bosz­czu.

– Józef, spójrz tylko na nią – na­ci­skał ksiądz. – Prze­cież z miej­sca widać, że to słu­żeb­ni­ca Sza­ta­na. Młoda, ślicz­na, o bla­dej cerze i ja­snych wło­sach. Jak nic za­cznie pić krew miej­sco­wych dzie­ci.

Mi­le­na za­ci­snę­ła zęby, ale nie miała wy­star­cza­ją­co od­wa­gi, aby dys­ku­to­wać.

– Widzę, że wpa­dła ci ona w oko, księ­że – za­uwa­żył pre­zes. – Nic dziw­ne­go, ładna to ona jest. Ale won ci od niej, a swoje po­ra­dy zo­staw na Sąd Osta­tecz­ny.

– Udo­wod­nię ci, jakie toto ma za­mia­ry – za­pew­nił Marek i ru­szył na wiedź­mę zde­cy­do­wa­nym kro­kiem. Mi­le­na cof­nę­ła się, wy­cią­ga­jąc zza pasa dę­bo­wą różdż­kę. Wy­ce­lo­wa­ła jej ko­niec w księ­dza, a ten się za­trzy­mał i roz­ło­żył ręce.

– Nie zbli­żaj się, bo w ro­pu­chę za­mie­nię.

– A nie mó­wi­łem? Już mnie cza­ra­mi stra­szy.

– Sam żeś ją spro­wo­ko­wał. Ciesz się, że nie zro­bi­ła nic wię­cej. Wiedź­ma zo­sta­nie tak długo, jak ze­chcę. A teraz wra­caj na ple­ba­nię, księ­że, a za­rzą­dza­nie spół­dziel­nią zo­staw mnie.

Marek syk­nął wście­kle i wy­szedł.

– Jak­byś miała z nim kło­po­ty, to przyjdź do mnie. Nie chcę, żeby mi tu bi­skup na­rze­kał, że mu cza­row­ni­ca księ­dza w żabę za­mie­ni­ła.

– To bied­ny czło­wiek – mruk­nę­ła Mi­le­na.

– Jakby w Pol­sce Lu­do­wej każdy był tak bied­ny, jak on, to by się w pe-gie-erach na je­dwa­biu spało.

– On jest bied­ny, bo sa­mot­ny – do­da­ła wiedź­ma. – Re­gu­ła za­bra­nia mu być męż­czy­zną. A przez to się rozum wy­krzy­wia.

Pre­zes uśmiech­nął się tylko i za­mie­szał łyżką w her­ba­cie.

– Jest, jak jest. Skoro KC mówi, że wiedź­my są po­ży­tecz­ne, to ja się spie­rał nie będę. Ale ksiądz też mi jest po­trzeb­ny, bo miesz­kań­cy spół­dziel­ni tego chcą. Jakby nie chcie­li, to by par­tia już dawno po­za­my­ka­ła ko­ścio­ły. A tak, pro­szę, zna­la­zło się inne wyj­ście, żeby ko­ścio­ło­wi do­piec. Są prze­cież wiedź­my.

– Pan pre­zes po­dob­no sam jest wie­rzą­cy.

– W co ja wie­rzę, to moja spra­wa, a nie ko­mi­te­tu wo­je­wódz­kie­go. Dobra, dość tego. Na teo­lo­gicz­ną dys­pu­tę ocho­ty nie mam.

Do biura we­szła Ja­ni­na Koń­ska. Ko­bie­ta po­słusz­nie sta­nę­ła obok męża, dając się obej­rzeć w peł­nej kra­sie. Miała ciut po­wy­żej czter­dzie­stu lat, ale wy­glą­da­ła na młod­szą. Mi­le­na zwró­ci­ła uwagę na sze­ro­kie bio­dra Ja­ni­ny, mocne ra­mio­na oraz bar­dzo ładną, okrą­głą buzię.

Koń­ski przed­sta­wił mał­żon­kę i po­le­cił pa­niom udać się na po­ga­du­chy do pry­wat­ne­go po­ko­ju pre­ze­sa.

– Pan pre­zes wspo­mniał, że masz ja­kieś zmar­twie­nie – za­czę­ła Mi­le­na. Ja­ni­na spło­nę­ła czer­wie­nią i spu­ści­ła wzrok.

– Mo­żesz mi za­ufać. – Mi­le­na przy­su­nę­ła się bli­żej go­spo­dy­ni i po­ło­ży­ła dłoń na jej ręce. – Wszyst­ko zo­sta­nie mię­dzy nami, ko­bie­ta­mi.

Cięż­ko było wy­cią­gnąć praw­dę z pre­ze­so­wej. Coś głę­bo­ko le­ża­ło jej na sercu i bar­dzo się tego wsty­dzi­ła. Mi­le­na mu­sia­ła go­spo­dy­nię długo ura­biać, za­pew­niać o dys­kre­cji i na­ma­wiać na odro­bi­nę szcze­ro­ści.

– Cho­dzi o dziec­ko – mruk­nę­ła wresz­cie Ja­ni­na. – Józio liczy na mnie, że mu dam syna.

– W czym więc pro­blem?

– No, w tym, że jakoś nie mo­że­my.

– Nie mo­że­cie czego? – do­cie­ka­ła Mi­le­na, ale za­wsty­dzo­na Ja­ni­na za­mil­kła. – Na któ­rym eta­pie macie pro­blem?

– To ja mam pro­blem – rzu­ci­ła Koń­ska. – Z moim mężem jest wszyst­ko do­brze. Wszyst­ko tam dzia­ła, jak na­le­ży. No, w sen­sie, że on daje radę i wcale nie za krót­ko. Jest za­wsze chęt­ny i od ślubu czę­sto pró­bu­je­my.

– Ro­zu­miem. Mó­wisz więc, że to z tobą coś jest nie tak. A kiedy pró­bu­je­cie, to wszyst­ko jest w po­rząd­ku? Coś cię boli, coś prze­szka­dza?

– No… – Ja­ni­na znów za­mil­kła, a Mi­le­na wes­tchnę­ła znie­cier­pli­wio­na.

– Mu­sisz mi po­wie­dzieć coś wię­cej. Sama z sie­bie nie od­gad­nę na­tu­ry pro­ble­mu.

– Ja nie mogę. Toż to wstyd i groza przed Bo­giem.

– Niech ci bę­dzie. W takim razie muszę cię obej­rzeć. Połóż się na łóżku.

Koń­ska, nie bez opo­rów, roz­cią­gnę­ła się na wer­sal­ce.

– Nie wstydź się, mam wszyst­ko to samo. Teraz bio­der­ka do góry. Pro­szę pod spód po­dusz­kę.

– Ja nie wiem, czy to tak po bo­że­mu.

Mi­le­na po­wo­li tra­ci­ła cier­pli­wość. Po­czu­cie obo­wiąz­ku i za­wo­do­wa cie­ka­wość wzię­ła górę nad wro­dzo­ną nie­śmia­ło­ścią.

– Chcesz się do­wie­dzieć, co jest nie tak, czy nie? No, to ze­gnij nogi w ko­la­nach. I sze­rzej nogi.

Mi­le­na pod­wi­nę­ła spód­ni­cę pre­ze­so­wej, ścią­gnę­ła jej majt­ki i po­chy­li­ła się nad kro­czem pa­cjent­ki.

– Z ze­wnątrz wszyst­ko wy­glą­da nor­mal­nie – oce­ni­ła wiedź­ma. – Jak tu do­ty­kam, to coś boli? A tu? A tu, jak ma­su­ję, to co czu­jesz?

Ja­ni­na za­gry­zła wargę i za­ci­snę­ła oczy.

– Jezu Chry­ste – stęk­nę­ła.

– Zna­czy tutaj wszyst­ko do­brze. Zo­ba­czy­my więc dalej.

Mi­le­na wy­ję­ła z torby maść i po­sma­ro­wa­ła palce.

– Teraz się nie ru­szaj i nie pro­te­stuj. Muszę zba­dać w środ­ku. Bę­dzie pra­wie tak samo, jakby cię wziął mąż, tylko de­li­kat­niej.

Po chwi­li ba­da­nia za­sko­czo­na Mi­le­na spoj­rza­ła na Ja­ni­nę.

– Boże wszech­mo­gą­cy – stęk­nę­ła pre­ze­so­wa. – Coś strasz­ne­go zna­la­złaś?

Ja­ni­na prze­łknę­ła ślinę.

– Nie. Nie wiem. Muszę się upew­nić.

Mi­le­na wró­ci­ła mię­dzy uda Koń­skiej. Tym razem wci­snę­ła palce głę­biej i bar­dziej zde­cy­do­wa­nie po­ma­ca­ła pa­cjent­kę od środ­ka. Wynik ba­da­nia nie po­zo­sta­wiał wąt­pli­wo­ści.

– Je­steś dzie­wi­cą.

Ja­ni­na za­mar­ła, a Mi­le­na od­nio­sła wra­że­nie, że nie było to dla pre­ze­so­wej za­sko­cze­nie.

– Janka, sły­sza­łaś?

– Tak, tak. No, je­stem, jak Dzie­wi­ca Ma­ry­ja. To chyba bło­go­sła­wień­stwo, co?

– Nie, jeśli się nie ma anio­ła pod ręką, żeby cię za­płod­nił boską mocą.

Mi­le­na przy­sia­dła na skra­ju łóżka i po­zwo­li­ła Ja­ni­nie się ubrać.

– Mó­wi­łaś, że ro­bi­cie to czę­sto, tak?

Cią­gle onie­śmie­lo­na Ja­ni­na przy­tak­nę­ła.

– A, że tak za­py­tam, jak się z pre­ze­sem ko­cha­cie, to któ­rę­dy on wcho­dzi?

Po ko­lej­nej, cią­gną­cej się jak wiel­ki post nie­zręcz­nej ciszy, Ja­ni­na prze­ła­ma­ła się.

– No, my, zna­czy, mąż, to, on tak ina­czej tro­chę.

– Ina­czej?

– No, bo bi­skup po­wie­dział, że tędy co, no, wiesz, Mi­le­na, tędy, co się krew leje, to że tam Sza­tan miesz­ka i samo zło.

Mi­le­na klep­nę­ła się w czoło tak mocno, że mało co nie ze­mdla­ła.

– Ale to nawet miłe jest – przy­zna­ła Ja­ni­na. – No, cza­sem tro­chę, tak, no…

– Cia­sno?

– Cia­sno, tak. Cza­sem nawet za­bo­la­ło, ale my­śla­łam, że to taki mę­czeń­ski ból. Taki le­ciut­ki ból, żeby za do­brze nie było.

– Ale było do­brze.

– Oj, bar­dzo – wy­rwa­ło się Ja­ni­nie, która na­tych­miast spło­nę­ła ze wsty­du.

– Nie ma w tym nic złego, że było do­brze – po­cie­szy­ła Mi­le­na – ale nie ma żad­nej moż­li­wo­ści, żebyś w ten spo­sób za­cią­ży­ła.

– A co to za róż­ni­ca? Mąż mnie prze­cież na­sie­niem…

– W dupie, ko­bie­to, w dupie cię mąż na­sie­niem! – Mi­le­na nie wy­trzy­ma­ła. – Dobra, łatwo temu za­ra­dzić. Mu­sisz się z pre­ze­sem znowu bzy­kać, ale tym razem, że tak po­wiem, wła­ści­wą drogą.

– Ja nie wiem, czy on ze­chce. Jemu bi­skup do głowy na­kładł, że…

– Sza­tan, wiem. Nie macie wyj­ścia.

– Oj, Mi­le­na, ja nie wiem. Gdy­by­śmy cho­ciaż mieli pew­ność, że to przy­nie­sie nam dziec­ko.

– Jest na to spo­sób. Czary.

– Czary?

– W so­bo­tę przed pół­no­cą weź­miesz się w łóżku za męża. Do tego czasu przy­go­tu­ję skład­ni­ki za­klę­cia. Zro­bi­cie to tak, jak trze­ba i gwa­ran­tu­ję ci, że ta noc skoń­czy się bły­ska­wicz­ną ciążą.

Zza okna ga­bi­ne­tu roz­mo­wie przy­słu­chi­wał się ksiądz Marek. Na hasło “czary” za­ci­snął pię­ści i zgrzyt­nął zę­ba­mi.

3.

Pro­boszcz Marek tro­szecz­kę grze­szył. Nie za bar­dzo, żeby się w grze­chu nie za­tra­cić, tylko tak aku­rat, żeby nie za­po­mnieć, co zna­czą sza­tań­skie pod­szep­ty. Tak to sobie ksiądz wy­kon­cy­po­wał, że żeby ma­lucz­kich po­uczać, to mu­siał sam wie­dzieć, przed czym ich ostrze­gać.

Tej nocy po­sta­no­wił oddać się grzesz­nym uczyn­kom, bo mu­siał jakoś od­re­ago­wać tę prze­klę­tą wiedź­mę, która od ty­go­dnia pa­no­szy­ła się w jego pa­ra­fii. Na samą myśl o dziew­czy­nie ro­bi­ło mu się go­rą­co. My­ślał o jej wło­sach, które pło­nę­ły pie­kiel­ną barwą. My­ślał o jej oczach, które wier­ci­ły dziu­rę w duszy. Wspo­mi­nał kształt jej dłoni, które po­tra­fi­ły dia­bła ule­pić z gliny. Żeby więc choć na chwi­lę od­wró­cić myśli w inną stro­nę, wy­brał sobie ulu­bio­ny spo­sób grze­sze­nia, czyli prze­śmiew­czą lek­tu­rę. Do tego do­brze nalał sobie piwa, co już grze­chem nie było wcale.

Marek nie chwa­lił się ni­ko­mu, lecz w za­kry­stii cho­wał małą bi­blio­te­kę, która u księ­dza mo­gła­by się wydać co naj­mniej nie­sto­sow­na. Dzi­siaj zde­cy­do­wał się na li­te­ra­tu­rę ob­raz­ko­wą w wy­ko­na­niu Pap­cia Chmie­la. Po kilku głęb­szych na­śmie­wał się z pe­ry­pe­tii uczło­wie­czo­nej małpy.

– Ale durni ci biu­ro­kra­ci. – Ksiądz chi­chrał się w naj­lep­sze, ale album szyb­ko się skoń­czył, więc myśli o pięk­nej wiedź­mie od razu wró­ci­ły. Zbli­ża­ła się pół­noc. Nie­sio­ny lekką głową po piwie, ksiądz po­sta­no­wił in­ter­we­nio­wać w spra­wie cza­rów, które tej nocy miały się odbyć.

Na czas pracy na Ja­ro­tach pre­zes Koń­ski przy­dzie­lił Mi­le­nie ka­wa­ler­kę na par­te­rze jed­ne­go z blo­ków. Ksiądz wie­dział którą, po­nie­waż spół­dziel­nia nie miała przed nim se­kre­tów. Tam też się udał kro­kiem nie cał­kiem pro­stym i przy­cza­ił w krza­kach pod blo­kiem. Przez okno bal­ko­no­we zo­ba­czył, co się dzia­ło we­wnątrz.

Pokój oświe­tlał nie­bie­sko-czer­wo­ny pło­mień z pal­ni­ka na pro­pan-bu­tan. Butla z gazem stała na środ­ku po­ko­ju, a wokół niej wiedź­ma krzą­ta­ła się w po­śpie­chu. Roz­ło­ży­ła ma­gicz­ne uten­sy­lia, a na be­to­no­wej pod­ło­dze kredą na­ry­so­wa­ła ta­jem­ne znaki.

Marek po­sta­no­wił, że pój­dzie teraz do wiedź­my i wy­gar­nie jej z ca­łe­go serca. Popił tro­chę piwa dla od­wa­gi i już miał ru­szyć, gdy zo­ba­czył scenę jak z Dan­te­go. Wiedź­ma zrzuci­ła ubra­nie i w peł­nej kra­sie tań­czy­ła wokół pal­ni­ka, sy­piąc ja­kieś prosz­ki i śpie­wa­jąc pie­śni w nie­zna­nej mowie.

Od magii aż trzesz­cza­ło. Na traw­nik pod blo­kiem za­kra­dły się dziki, ma­mu­ny i inne bo­ro­stwo­ry, bo ta­kie­go wi­do­wi­ska dawno nie oglą­da­ły. Kiedy wiedź­mi głos osią­gnął wy­ży­ny, dziew­czy­na wy­la­ła na gołe ciało gar­niec miodu. Marek nie mógł ode­rwać wzro­ku od po­dry­gu­ją­cych pier­si i fa­lu­ją­cych wło­sów. Zu­peł­nie się za­tra­cił, a czas jakby sta­nął w miej­scu. Ksiądz oprzy­tom­niał do­pie­ro, gdy Mi­le­na od­wró­ci­ła się w jego stro­nę i wska­za­ła nań pal­cem.

– Chodź do mnie. – Usły­szał w gło­wie.

Nogi same z sie­bie po­pro­wa­dzi­ły na klat­kę scho­do­wą, a ręce z wła­snej woli zdję­ły su­tan­nę.

– Za­cza­ro­wa­ła mnie – jęk­nął ksiądz.

Wiedź­ma wpu­ści­ła pro­bosz­cza do domu i oba­li­ła go na po­sadz­kę, po czym wzię­ła bez­wstyd­nie, ni­czym Ka­lip­so Ody­se­usza. W tej samej go­dzi­nie w sy­pial­ni Koń­skich dzia­ły się rze­czy rów­nie na­mięt­ne. Tym razem zgod­ne ze sztu­ką ro­bie­nia dzie­ci.

4.

Marek spał w naj­lep­sze, gdy Mi­le­na się obu­dzi­ła. Le­ża­ła wtu­lo­na w jego pierś i było jej bar­dzo wy­god­nie. Uśmiech­nę­ła się na wspo­mnie­nie ze­szłej nocy. Prze­peł­nia­ła ją duma, po­nie­waż za­klę­cie po­szło wy­śmie­ni­cie, a noc uprzy­jem­ni­ły chwi­le spę­dzo­ne z pro­bosz­czem. Był pod­pi­ty, ow­szem, ale dzię­ki temu się roz­luź­nił i za­cho­wał jak męż­czy­zna. Mi­le­na nie na­le­ża­ła do roz­wią­złych i nie kła­dła się z byle kim, ale tej nocy ją po­nio­sło. Prze­peł­nio­na magią po pro­stu nie opa­no­wa­ła pra­gnie­nia, które uro­sło z za­klę­cia. Nie wi­dzia­ła w tym nic złego. Dla niej było to ludz­kie, nor­mal­ne. Nie­ste­ty, jak wia­do­mo, co dobre to musi się skoń­czyć, więc ksiądz wresz­cie otwo­rzył oczy. W pierw­szej chwi­li się uśmiech­nął i le­ni­wie prze­cią­gnął, lecz rze­czy­wi­stość szyb­ko go do­pę­dzi­ła. Ze­rwał się na ko­la­na i gwał­tow­nie prze­że­gnał.

– Zgwał­ci­łaś mnie!

Mi­le­na prze­wró­ci­ła ocza­mi i po­wie­dzia­ła coś pod nosem, ale ksiądz nie do­sły­szał.

– Rzu­ci­łaś na mnie urok i bez­boż­nie wy­ko­rzy­sta­łaś!

– Nie zgwał­ci­łam, nie za­cza­ro­wa­łam, tylko żeś sam przy­lazł, kiedy skoń­czy­łam cza­ro­wać.

– Ty, ty…

– Dajże spo­kój, chło­pa­ku. – Mi­le­na wsta­ła i się prze­cią­gnę­ła, a na ten widok Marek za­drżał. – Na­praw­dę bę­dziesz mi tu sceny od­gry­wał? Czy ja cię do mał­żeń­stwa na­ma­wiam?

Ksiądz na­rzu­cił su­tan­nę, lecz spoj­rze­nia od Mi­le­ny ode­rwać nie mógł. Wiedź­ma też się ubra­ła i kuc­nę­ła obok.

– Dobry z cie­bie czło­wiek – po­wie­dzia­ła – tylko ci rozum od­ję­ło, bo się w kruch­cie za­mkną­łeś i ży­jesz bar­dzo nie­zdro­wo.

Marek nie umiał zna­leźć ar­gu­men­tu na ten za­rzut.

– Ale że czary upra­wia­łaś, to nie za­prze­czysz – pró­bo­wał dys­ku­to­wać.

– Pew­nie, że nie za­prze­czę. Cza­ro­wa­łam, ow­szem, ale nie cie­bie, tylko pre­ze­so­wą. A przy­po­mnę ci, ma­toł­ku, że sam Pierw­szy Se­kre­tarz pod­pi­sał usta­wę, że cza­ro­wa­nie bę­dzie do­zwo­lo­ne, jeśli po­słu­ży do­bre­mu uczyn­ko­wi. A ja tu, wy­obraź sobie, aż dwa dobre uczyn­ki speł­ni­łam.

Ksiądz wbił w Mi­le­nę zdez­o­rien­to­wa­ne spoj­rze­nie.

– Pierw­szy uczy­nek dla Ja­ni­ny, żeby po­czę­ła dziec­ko.

– A drugi?

– A drugi dla cie­bie, ma­toł­ku, żebyś tro­chę ro­zu­mu na­brał. Ale to już było bez cza­rów.

Marek jesz­cze długo nie mógł po­zbie­rać myśli. Mi­le­na zo­sta­wi­ła go w ka­wa­ler­ce i po­szła na śnia­da­nie w to­wa­rzy­stwie pre­ze­sa.

M4 Koń­skich miało bo­aze­rię, me­blo­ścian­kę i ko­lo­ro­wy te­le­wi­zor rubin. Dało się wy­czuć, że miesz­kał tu lo­kal­ny dzia­łacz par­tyj­ny. Tego dnia pre­zes z żoną wy­glą­da­li na szczę­śli­wych. Józef od­zy­skał tro­chę ko­lo­rów, a Ja­ni­nie nie scho­dził z twa­rzy roz­ma­rzo­ny uśmiech. Pod­czas po­sił­ku byli bli­sko sie­bie, a pod sto­łem sple­tli nogi i trzy­ma­li się za dło­nie.

– Do­brze nam do­ra­dzi­łaś, wiedź­mo – oce­nił pre­zes, kiedy już na­peł­nił brzuch. – Zo­sta­niesz w spół­dziel­ni na pół etatu, do­pó­ki się nie okaże, czy twoje czary przy­nio­sły efekt.

– To dobry po­mysł. – Na Ja­ro­tach cza­row­ni­cy nie było dawno, bo Koń­ski wy­mó­wił wiedź­mom lokal pod pre­tek­stem sze­rze­nia pro­pa­gan­dy an­ty­so­cja­li­stycz­nej. Wszy­scy wie­dzie­li, że w rze­czy­wi­sto­ści cho­dzi­ło o ukła­dy pre­ze­sa z bi­sku­pem. Ko­mi­tet wo­je­wódz­ki już dawno się na­uczył przy­my­kać oko na lo­kal­ne po­wią­za­nia, żeby nie za­ogniać kru­chej rów­no­wa­gi. Do­pó­ki służ­by nie miały nic prze­ciw­ko, to i ko­mi­tet nie na­rze­kał. A kto wie? Być może bi­skup był TW i miał tecz­kę? W szcze­gó­ły nikt nie wni­kał.

Mi­le­na po­ma­ga­ła głów­nie jako uzdro­wi­ciel­ka i zie­lar­ka. Do nor­mal­nej przy­chod­ni za­wsze były ko­lej­ki, więc tym­cza­so­wy punkt kon­sul­ta­cji zdro­wot­nych w sie­dzi­bie spół­dziel­ni szyb­ko zdo­był po­pu­lar­ność. A ro­bo­ty było mnó­stwo, oczy­wi­ście naj­wię­cej z dzieć­mi. A to krzy­we plecy, a to ręka zła­ma­na. Naj­go­rzej było z zę­ba­mi. Mimo pie­lę­gnia­rek i flu­ory­za­cji w szko­łach, ro­dzi­ce nie za­wsze pa­mię­ta­li, co w domu robić, żeby próch­ni­ca się nie wdała. Był przy­pa­dek, że dziec­ko szo­ro­wa­ło zęby dże­mem, bo mu smak pasty do zębów nie pa­so­wał. Inny dzie­ciak miał wiel­ką dziu­rę w dol­nej piąt­ce, do któ­rej ro­dzi­ce wkła­da­li ka­wa­łek sera, żeby nie bo­la­ło. Ta­kich Mi­le­na pio­ru­nem od­sy­ła­ła do den­ty­sty, mó­wiąc, że tu czary nie po­mo­gą, tylko po­waż­na wie­dza me­dycz­na. W rze­czy­wi­sto­ści nie chcia­ła kusić losu. Ostat­nie za­klę­cie udało się wy­śmie­ni­cie i na razie to jej wy­star­czy­ło.

Wiedź­ma na­po­tka­ła też mnó­stwo pro­ble­mów ze spra­wa­mi ko­bie­cy­mi. Po­ziom wie­dzy na temat seksu, ciąży czy an­ty­kon­cep­cji był żaden, więc Mi­le­na cich­cem ko­bie­ty edu­ko­wa­ła i roz­da­wa­ła “Sztu­kę ko­cha­nia” Wi­słoc­kiej. Nie wszyst­kim się ten pro­ce­der po­do­bał, ale opie­ka nad dzieć­mi zjed­na­ła wiedź­mie po­wszech­ną sym­pa­tię. Po­cząt­ko­wą nie­uf­ność za­stą­pi­ła go­ścin­na ser­decz­ność. Kło­pot był tylko z pro­bosz­czem Mar­kiem.

Po wspól­nej nocy Mi­le­na nie wy­obra­ża­ła sobie kon­ty­nu­acji ich zna­jo­mo­ści, ale ksiądz miał na ten temat inny po­mysł. Przez pierw­szych kilka dni nie dawał dziew­czy­nie spo­ko­ju. Wpierw obie­cy­wał, że zrzu­ci dla niej su­tan­nę i ożeni się z nią. Na­cho­dził ją w miesz­ka­niu i na­ma­wiał na wspól­ne spa­ce­ry i obia­dy. Zi­ry­to­wa­na wiedź­ma wresz­cie nie wy­trzy­ma­ła i po­stra­szy­ła na­trę­ta różdż­ką. Wtedy na­sta­wie­nie Marka zmie­ni­ło się dia­me­tral­nie. W jego sercu po­now­nie roz­kwitł in­kwi­zy­cyj­ny zapał. Ksiądz za­czął grzmieć na ka­za­niach, że czary to uczyn­ki Sza­ta­na, a wiedź­my to jego ob­lu­bie­ni­ce. Wszyst­ko to spo­wo­do­wa­ło, że msze za­czę­ły się wy­lud­niać, bo miesz­kań­cy Jarot po­lu­bi­li Mi­le­nę. Nikt nie chciał dać wiary, że dziew­czę tak skrom­ne i sym­pa­tycz­ne mo­gło­by mieć co­kol­wiek wspól­ne­go z dia­błem. W ten spo­sób mi­nę­ło wiele dni, aż się pro­bosz­czo­wi od­krę­ci­ło i za­czął od nowa na­cho­dzić wiedź­mę. Wpierw prze­pra­szał za głu­po­ty, któ­rych na­plótł na ka­za­niach, a potem znowu wier­cił dziu­rę w brzu­chu. I tak to w kółko trwa­ło, do­pó­ki spra­wy Ja­ni­ny Koń­skiej nie na­bra­ły roz­pę­du.

Mi­le­na re­gu­lar­nie od­wie­dza­ła pre­ze­so­wą, ale nie tylko po to, żeby dbać o jej zdro­wie. Bar­dzo się z Janką po­lu­bi­ły, więc spo­tka­nia trwa­ły w nie­skoń­czo­ność. A to spa­ce­rek do Parku Czynu, a to pik­nik na Skan­dzie, a to czy­ta­nie Wi­słoc­kiej. Po­tra­fi­ły ca­ły­mi dnia­mi nie od­stę­po­wać się na krok. I tak upły­nął mie­siąc, odkąd Mi­le­na pod­pi­sa­ła umowę z ja­roc­ką spół­dziel­nią. Pew­ne­go dnia Ja­ni­na zwie­rzy­ła się, że już czas, żeby po­ja­wi­ło się krwa­wie­nie, a tu nic. Mi­le­na do­ra­dzi­ła po­wstrzy­mać en­tu­zjazm, bo to nic nie­zwy­kłe­go, że się okres może spóź­nić. Gdy jed­nak po ty­go­dniu nic się nie zda­rzy­ło, wy­pa­da­ło po­in­for­mo­wać męża.

Jó­ze­fa za­sta­ły w sali kon­fe­ren­cyj­nej, w któ­rej zwykł przyj­mo­wać gości i wy­da­wać przy­ję­cia. Pre­zes nie czuł się tego dnia naj­le­piej. Mi­le­na obie­ca­ła coś na to po­ra­dzić, a potem Ja­ni­na po­dzie­li­ła się no­wi­ną.

– To wiel­kie świę­to! – krzyk­nął pre­zes, ale zaraz się skrzy­wił od bo­lą­ce­go brzu­cha.

– Jesz­cze nie ogła­szaj­my tego pu­blicz­nie – za­su­ge­ro­wa­ła Mi­le­na. – Janka jest w ciąży, ow­szem, ale jest wcze­śnie i róż­nie to bywa.

– Co bywa? – za­nie­po­ko­ił się Józef.

– No, bywa, że się może ciąża nie utrzy­mać. To nie ozna­cza, że coś jest z Janką źle, tylko taka na­tu­ra rze­czy. Nie od razu Rzym zbu­do­wa­no.

Pre­zes się za­my­ślił.

– Strasz­nie te spra­wy skom­pli­ko­wa­ne – oce­nił.

– Jest do­kład­nie od­wrot­nie – po­uczy­ła Mi­le­na, która ostat­ni­mi czasy na­bra­ła wię­cej pew­no­ści sie­bie – tylko wy, fa­ce­ci, zro­bi­li­ście z tego czar­ną magię.

5.

Pilne we­zwa­nie wy­rwa­ło Mi­le­nę ze snu. Pełna nie­do­brych myśli, szyb­ko po­bie­gła do Koń­skich, a tam oka­za­ło się, że Ja­ni­na czuła się bar­dzo do­brze. Tym razem to z pre­ze­sem było źle.

Józef leżał w sy­pial­ni i skrę­cał się z bólu. Prze­ra­żo­na Ja­ni­na sie­dzia­ła obok.

– Co mu jest?

– Sama zo­bacz.

Mi­le­na ścią­gnę­ła z pre­ze­sa koł­drę i ob­ró­ci­ła go na plecy. Na widok wiel­kie­go, okrą­głe­go brzu­cha, Mi­le­na zła­pa­ła się za głowę.

– Co tu się dzie­je? – wy­dy­szał Koń­ski.

Nie trze­ba było wie­dzy me­dycz­nej, ma­gicz­nej czy ja­kiej­kol­wiek innej, by po­sta­wić dia­gno­zę. Wiedź­ma jed­nak po­sta­no­wi­ła spraw­dzić i po­ło­ży­ła drżą­ce ręce na pre­ze­sie. Gdy ma­ca­ła oko­li­ce pępka, wy­czu­ła pod skórą gwał­tow­ne po­ru­sze­nie.

– Ała! – jęk­nął Józef.

Mi­le­na spoj­rza­ła pre­ze­so­wi w oczy i coś po­wie­dzia­ła.

– Co mó­wisz, dziew­czy­no?

– Jest pan w ciąży – po­wtó­rzy­ła.

– Matko Boska. – Ja­ni­na się prze­że­gna­ła. – Jak to moż­li­we?

Od­po­wiedź była oczy­wi­sta, lecz Mi­le­nie słowa uwię­zły w gar­dle. Naj­wy­raź­niej za­klę­cie omył­ko­wo tra­fi­ło pre­ze­sa, a Ja­ni­na za­szła w ciążę, bo po­de­szła do spra­wy tra­dy­cyj­nie, a nie od dupy stro­ny. Wiedź­ma była bar­dzo nie­po­cie­szo­na. My­śla­ła, że za­klę­cie po­szło tak do­brze.

– To przez te twoje czary – rzu­cił pre­zes i uniósł się na łok­ciach. Bóle tro­chę ze­lża­ły, bo dziec­ko prze­sta­ło kopać.

– Ty cho­ler­na cza­row­ni­co! I co ja mam teraz zro­bić?

Ja­ni­na pró­bo­wa­ła uspo­ko­ić męża.

– Józiu, daj spo­kój. Dziec­ku za­szko­dzisz.

– Co ty opo­wia­dasz, ko­bie­to! Jakie dziec­ko? Ja nie mogę mieć dziec­ka!

– Cóż, naj­wy­raź­niej pan może – oce­ni­ła Mi­le­na, która, mimo fa­tal­ne­go zbie­gu zda­rzeń uzna­ła, że sy­tu­acja przed­sta­wia­ła się nie­zwy­kle in­te­re­su­ją­co.

– Co teraz bę­dzie? Co lu­dzie po­wie­dzą, jak mnie zo­ba­czą? A jak się do­wie­dzą, że je­stem w… – Pre­ze­so­wi nie star­czy­ło od­wa­gi, by wy­po­wie­dzieć te słowa.

– Sama mó­wi­łaś, że trze­ba mie­się­cy, żeby było dziec­ko – zwró­cił się do Mi­le­ny. – Że wcze­śniej to zy­go­ty i sroty.

– No, tak, ale mó­wi­łam o nor­mal­nym roz­wo­ju, nie ma­gicz­nym.

– Cier­pli­wo­ści mi już do was bra­ku­je, baby! Mó­wi­łaś, że to wszyst­ko wcale nie jest skom­pli­ko­wa­ne, a tu co? – Z każ­dym zda­niem pre­zes na­krę­cał się coraz bar­dziej. – Macie to na­tych­miast usu­nąć!

Ko­bie­ty wy­mie­ni­ły za­nie­po­ko­jo­ne spoj­rze­nia.

– To nie takie pro­ste. Teraz usu­nąć? No, nie wiem, za­le­ży jak na to spoj­rzeć.

– To nie takie pro­ste, za­le­ży, jak pa­trzeć – pi­skli­wie prze­drzeź­niał Józef. – Usu­nąć i ko­niec!

– Józiu, za­sta­nów się. Prze­cież dziec­ko umrze – pro­si­ła Ja­ni­na.

– Dia­beł, nie dziec­ko. Z cza­rów po­czę­te, dia­bel­skie na­sie­nie!

– Dziec­ko, jak dziec­ko – wtrą­ci­ła się Mi­le­na. – Dwie ręce, dwie nogi, nos pośrod­ku. Bę­dzie takie samo, jak każde inne. Tylko tro­chę ina­czej uro­dzo­ne.

– Nic mnie nie in­te­re­su­je. Wy­ciąć, spa­lić, roz­to­pić w kwa­sie. Moje ciało, mój wybór!

– A co by pro­boszcz po­wie­dział? – ar­gu­men­to­wa­ła Ja­ni­na. – Albo bi­skup?

– Nikt nic nie powie, bo nikt się nie dowie.

– Panie pre­ze­sie. To nie­bez­piecz­ne, rów­nież dla pana. Jest pan w trze­cim try­me­strze. Dziec­ko jest do­brze ukształ­to­wa­ne, wy­glą­da mi na zdro­we. Jest za późno na abor­cję.

– Nie waż mi się, babo, wię­cej tego prze­kleń­stwa uży­wać – po­gro­ził Józef. – Żadne abor­ty nie będą w moim domu.

– A jak­byś pan ina­czej to okre­ślił, co? Od­chu­dza­nie? – Mi­le­nę zi­ry­to­wa­ła hi­po­kry­zja męż­czy­zny.

– Dziew­czy­no, bła­gam cię. – Pre­zes był bli­ski pła­czu.

– Dość tego pie­prze­nia – wiedź­ma unio­sła się. – Od­ma­wiam usu­nię­cia tej ciąży. To wszyst­ko moja wina, przy­zna­ję się, ale nie bę­dzie­my dys­ku­to­wać o spra­wach oczy­wi­stych. Na abor­cję jest za późno i ko­niec. Dziec­ko trze­ba do­no­sić. Na moje oko zo­sta­ły ze dwa ty­go­dnie.

– Dziew­czy­no, li­to­ści. Jak ja to mam zro­bić?

– Ko­bie­ty robią to od za­ra­nia dzie­jów. Pan też dasz radę.

6.

Bi­skup Fran­ci­szek Łu­ka­siak na her­ba­tę miał za­wsze czas.

– Bar­dzo dobra – po­chwa­lił. – Po­pro­szę jesz­cze cukru.

– To z pacz­ki z Nie­miec. – Pro­boszcz Marek pod­sta­wił zna­ko­mi­te­mu go­ścio­wi cu­kier­nicz­kę. – Czy mo­że­my już je­chać?

– Strasz­nie się nie­cier­pli­wisz, synu. A trze­ba sobie po­zwo­lić na drob­ne przy­jem­no­ści, które w życiu są tak ulot­ne. – Bi­skup z przy­jem­no­ścią popił ze szklan­ki w ko­szycz­ku. W jego wieku, a był już przed sie­dem­dzie­siąt­ką, takie spra­wy, jak dobra her­ba­ta miały wiel­kie zna­cze­nie.

– Oba­wiam się, że mó­wi­my o rze­czy nie­cier­pią­cej zwło­ki.

– Czy nie przy­je­cha­łem na twoje we­zwa­nie wy­star­cza­ją­co szyb­ko, księ­że pro­bosz­czu?

– Tak, ojcze, ale…

– Synu, po­słu­chaj mnie uważ­nie. To są bar­dzo de­li­kat­ne spra­wy. Po­śpiech bę­dzie tu złym do­rad­cą. Ja wiem, że cie­bie i wielu z mojej owczar­ni bul­wer­su­ją cza­row­ni­ce. Ich prak­ty­ki stoją w jaw­nej sprzecz­no­ści z nauką Ko­ścio­ła, co zresz­tą sam wy­raź­nie za­zna­czy­łeś w li­ście.

– Jak Bóg na nie­bie – za­pa­lił się pro­boszcz. – Czemu więc mamy cze­kać? Prze­cież pre­zes Koń­ski to przy­ja­ciel bi­sku­pa.

Łu­ka­siak kar­cą­co spoj­rzał na księ­dza.

– Kto jest moim przy­ja­cie­lem, to moja spra­wa – po­wie­dział z na­ci­skiem. – Nie mo­żesz jed­nak, synu, po­mi­jać kon­tek­stu spra­wy. Pol­ska Lu­do­wa stoi obec­nie na dwóch fi­la­rach. Jed­nym jest nasz świę­ty Ko­ściół, a dru­gim par­tia. Nie mo­że­my tego igno­ro­wać. Osoby, takie jak pre­zes Koń­ski, łączą w sobie wpły­wy obu fi­la­rów. I skoro Józek uznał ko­niecz­ność we­zwa­nia wiedź­my, to ja bym się wpierw za­sta­no­wił, dla­cze­go tak zro­bił.

Pro­boszcz Marek po­czuł się skar­co­ny i za­milkł. Są­dził, że we­zwa­nie bi­sku­pa po­mo­że mu po­zbyć się z Jarot wiedź­my, któ­rej nadal nie mógł wy­rzu­cić z myśli. A tu, jak na złość, bi­skup na­ka­zał cier­pli­wość. A tej aku­rat pro­bosz­czo­wi bra­ko­wa­ło.

Picie her­ba­ty prze­dłu­ża­ło się w nie­skoń­czo­ność, aż w końcu Łu­ka­siak pod­niósł się z krze­sła i po­le­cił we­zwać auto. Marek ode­tchnął z ulgą. Nie­ste­ty, pre­ze­sa nie było w spół­dziel­ni od ty­go­dnia i nikt nie wie­dział, dla­cze­go.

– To musi mieć coś wspól­ne­go z tą wiedź­mą – wark­nął ksiądz, a bi­skup prze­wró­cił ocza­mi.

– Wra­caj­my na ple­ba­nię. Jutro za­dzwo­ni­my do biura i umó­wi­my spo­tka­nie.

– Nie. Coś mu­sia­ło się stać – oznaj­mił Marek i na­ci­snął gaz.

– Synu, co ro­bisz?

– Je­dzie­my do Koń­skich.

– To już jest prze­sa­da! – zde­ner­wo­wał się bi­skup, ale pro­boszcz nie zwra­cał na nic uwagi. Za­wró­cił z pi­skiem opon i ru­szył mię­dzy bloki. Po chwi­li za­trzy­mał się pod wła­ści­wym ad­re­sem.

– Idzie­my – po­le­cił Marek zde­cy­do­wa­nym gło­sem. Ze­stre­so­wa­ny bi­skup wy­gra­mo­lił się z auta.

– Nie uj­dzie ci to na sucho – za­gro­ził.

– Nie gadaj, bi­sku­pie, tylko ma­sze­ruj.

Jak na złość, windę wy­łą­czo­no z użyt­ku, więc na górę trze­ba było wdra­pać się po scho­dach. Bi­skup dy­szał, sapał i zło­rze­czył, ale pro­boszcz po­zo­sta­wał głu­chy na skar­gi. Gdy we­szli na dzie­wią­te pię­tro, na klat­ce roz­legł się wrzask męż­czy­zny. A potem na­stęp­ny. Za trze­cim razem do chóru do­łą­czył ko­bie­cy pisk.

– A nie mó­wi­łem?

– Matko boska – wy­dy­szał Łu­ka­siak. – Co to było?

– To na pewno czary. Szyb­ciej!

Bi­skup mu­siał przy­znać, że spra­wa przed­sta­wia­ła się po­dej­rza­nie, więc po­wziął ostat­ni wy­si­łek i po­ko­nał resz­tę scho­dów. Ksiądz Marek już był pod drzwia­mi i wci­skał guzik dzwon­ka, jakby chciał wybić dziu­rę w ścia­nie.

– Zwa­rio­wa­li­ście? – za­py­ta­ła Mi­le­na, uchy­la­jąc drzwi.

– Wie­dzia­łem, że coś knu­jesz – od­parł ksiądz i na­parł na drzwi. Do przedpokoju wbie­gła spo­co­na Ja­ni­na.

– Mi­le­na, chodź już. A ci czego tu chcą?

Wiedź­ma po­sta­no­wi­ła zi­gno­ro­wać du­chow­nych.

– Tylko mi nie prze­szka­dzaj­cie – rzu­ci­ła. Pro­boszcz Marek po­szedł za Mi­le­ną do sa­lo­nu, który bar­dziej przy­po­mi­nał salę szpi­tal­ną niż zwy­kły, dzien­ny pokój. Z pod­ło­gi znik­nął dywan, a w jego miej­scu za­le­gła płach­ta li­no­leum. Me­blo­ścian­kę po­kry­to mlecz­ną ce­ra­tą, a na stole, za­miast dzien­nej za­sta­wy, wier­cił się Józef Koń­ski. Pre­zes roz­glą­dał się nie­przy­tom­nie. Wy­glą­dał, jakby zażył silne środ­ki odu­rza­ją­ce, które ja­kimś cudem nie uło­ży­ły go do snu. Pro­boszcz zbladł na widok wiel­kie­go brzu­cha pa­cjen­ta.

– Matko prze­naj­święt­sza. – Marek prze­że­gnał się kilka razy. – Co­ście zro­bi­ły z pre­ze­sem?

Do sa­lo­nu wresz­cie do­czła­pał zzia­ja­ny bi­skup. Jego spoj­rze­nie padło na sto­lik, na któ­rym Ja­ni­na ukła­da­ła na­rzę­dzia chi­rur­gicz­ne. W kącie obok stała apa­ra­tu­ra ane­ste­zjo­lo­gicz­na.

– Józek! – wy­rwa­ło się Łu­ka­sia­ko­wi. – Józek, co z tobą? – Fran­ci­szek mo­men­tal­nie od­zy­skał siły i pod­biegł do stołu. Na widok bi­sku­pa, pre­zes jakby się oży­wił.

– Fra­niu – mruk­nął. – Mój Fra­niu.

Koń­ski z wiel­kim tru­dem uniósł dłoń i po­gła­skał star­ca po po­licz­ku.

– Ja umie­ram – wy­dy­szał z tru­dem. – Jak do­brze, że je­steś. Tyle lat…

– Nic nie mów. Wszyst­ko bę­dzie do­brze. – Fran­ci­szek Łu­ka­siak chwy­cił dłoń Jó­ze­fa i zło­żył na niej czuły po­ca­łu­nek. Ja­ni­na pa­trzy­ła na męż­czyzn z czu­ło­ścią. Po­win­na czuć się ura­żo­na albo zdra­dzo­na, lecz je­dy­ne, co czuła, to współ­czu­cie. Tym­cza­sem zdez­o­rien­to­wa­ny ksiądz Marek nie wie­dział, co ze sobą zro­bić.

– Jak to? Co oni? Oni?

– Na­pa­trzył się? – zde­ner­wo­wa­ła się Mi­le­na. – To wy­no­cha mi stąd. Już że­ście mi tu syfu na­nie­śli, trze­ba bę­dzie znowu wszyst­ko od­ka­zić.

Po­czer­wie­nia­ła twarz pro­bosz­cza nie wró­ży­ła do­brze. Wi­dzia­ła to nie tylko Mi­le­na, ale i pre­ze­so­wa.

– Księ­że pro­bosz­czu – po­wie­dzia­ła po­jed­naw­czo – niech­że ksiądz za­bie­rze bi­sku­pa i po­zwo­li nam wy­ko­nać ro­bo­tę.

– Jaką ro­bo­tę? Czy wy że­ście wszy­scy rozum po­stra­da­li? Trze­ba ka­ret­kę wołać, za­wieźć pre­ze­sa do szpi­ta­la wo­je­wódz­kie­go.

– Księ­że Marku, my tu sobie po­ra­dzi­my – pro­si­ła Ja­ni­na. – Ja prze­cież tyle lat pie­lę­gniar­ką byłam, a Mi­le­na zna się na rze­czy le­piej niż…

– Ta prze­klę­ta jędza niech stąd wy­pie­prza na mio­tle! Wy­star­cza­ją­co złego już na­ro­bi­ła!

– Uspo­kój się, dur­niu – wark­nę­ła Mi­le­na. – On sam wy­my­ślił, że­by­śmy przy­ję­ły dziec­ko w domu, po cichu. Jeśli go za­wie­ziesz do szpi­ta­la, to wszyst­ko się wyda i jego życie bę­dzie zruj­no­wa­ne. Po­do­ba ci się to?

– Nie będę z wami dys­ku­to­wał – rzu­cił ksiądz i ru­szył do stołu. Mi­le­na za­gro­dzi­ła mu drogę i wy­ce­lo­wa­ła różdż­kę, ale we wszyst­ko wmie­szał się bi­skup.

– Uspo­kój­cie się! Zro­bi­cie krzyw­dę Jó­zio­wi!

Marek ni­ko­go nie słu­chał. Ode­pchnął Mi­le­nę, która upa­dła na li­no­leum i chwy­cił pre­ze­sa za ręce.

– Pod­nieś się, czło­wie­ku. Za­bie­ram cię stąd.

– On nie może! – wrza­snę­ła Ja­ni­na i rzu­ci­ła się na pro­bosz­cza. Bi­skup do­łą­czył do ko­tło­wa­ni­ny, żeby ode­pchnąć Marka. Wtedy Mi­le­na pod­nio­sła się z pod­ło­gi i wy­ce­lo­wa­ła różdż­kę.

– Dość tego!

Bły­snął świet­li­sty pro­mień i ugo­dził pro­bosz­cza pro­sto w twarz. Ksiądz jęk­nął, za­chwiał się i zszo­ko­wa­ny padł na ko­la­na. Dy­szą­ca z ner­wów wiedź­ma pod­nio­sła się, a gdy zo­ba­czy­ła, co zro­bi­ła, za­kry­ła usta, tłu­miąc cichy jęk.

Z księ­dzem było wszyst­ko w po­rząd­ku. Roz­glą­dał się przez chwi­lę i ob­ma­cy­wał ciało, ale nic mu się nie stało. Za to, gdy spoj­rzał za sie­bie, zo­ba­czył na pod­ło­dzę pę­ka­tą ro­pu­chę. Wy­glą­da­ła na bar­dzo po­spo­li­ty w Pol­sce ga­tu­nek bufo vir­dis – ro­pu­chy zie­lo­nej. Płaz był sza­ra­wy w ciem­no­zie­lo­ne łaty, o chro­po­wa­tej skó­rze, upstrzo­nej czer­wo­ny­mi pla­ma­mi gru­czo­łów ja­do­wych.

– Ojcze bi­sku­pie – jęk­nął ksiądz.

Bi­skup w ro­pu­szej po­sta­ci roz­glą­dał się w po­szu­ki­wa­niu muchy albo cze­goś po­dob­ne­go do je­dze­nia. Spra­wy ma­te­rii du­cho­wej tym­cza­so­wo go nie in­te­re­so­wa­ły.

Mi­le­na wy­ję­cza­ła prze­pro­si­ny, ale chyba nikt jej nie usły­szał. Ja­ni­na i pro­boszcz sku­pi­li się na zła­pa­niu ro­pu­chy, żeby nie wy­sko­czy­ła na bal­kon. Bi­skup wy­lą­do­wał w misce przy­kry­tej dursz­la­kiem.

– Ja nie chcia­łam.

– Te twoje prze­klę­te czary – po­wie­dział ksiądz Marek, ale ręce opu­ścił bez­wład­nie, nie wie­dząc, co robić dalej. Sy­tu­ację ogar­nę­ła Ja­ni­na.

– Dość tych awan­tur. Bie­rze­my się do ro­bo­ty. Mi­le­na, trze­ba przy­jąć dziec­ko. Pro­boszcz bę­dzie asy­sto­wał.

– Ja w życiu tego…

– A wła­śnie, że tego – prze­rwa­ła mu pre­ze­so­wa. – Jak taki mądry je­steś od spraw ko­bie­cych, to masz teraz oka­zję się wy­ka­zać.

I wy­ka­zał się. Ku za­sko­cze­niu wszyst­kich opa­no­wał nerwy, nie­chęć i uprze­dze­nia i po pro­stu po­mógł. A ope­ra­cja nie na­le­ża­ła do ła­twych. Mi­le­na pra­co­wa­ła drżą­cy­mi rę­ka­mi, bo fi­zjo­lo­gia męż­czy­zny była nieco inna niż u ko­bie­ty w ciąży. Mię­śnie brzu­cha uło­ży­ły się ina­czej, więc cię­cie trze­ba było po­pro­wa­dzić nie­stan­dar­do­wo. Oka­za­ło się, że zwy­kle nie­zbyt roz­mow­nej Mi­le­nie po­mo­gło plot­ko­wa­nie z Ja­ni­ną.

– Wie­dzia­łaś coś o nich?

– Józek był za młodu w se­mi­na­rium – opo­wie­dzia­ła pre­ze­so­wa – ale nie zro­bił świę­ceń. Po­szedł w po­li­ty­kę. Może wtedy?

Ja­ni­na po­zwo­li­ła sobie na wy­nu­rze­nia i opo­wie­dzia­ła prak­tycz­nie całą hi­sto­rię jej mał­żeń­stwa. Mi­le­na słu­cha­ła jed­nym uchem i nie­wie­le za­pa­mię­ta­ła, ale nie to było naj­waż­niej­sze. Spo­koj­ny głos przy­ja­ciół­ki oka­zał się bal­sa­mem na nerwy mło­dej wiedź­my. Dzię­ki temu wszyst­ko po­szło do­brze. Chło­piec uło­żył się w jamie otrzew­nej, która tym­cza­so­wo prze­ję­ła funk­cję ło­ży­ska ma­ci­cy. Mi­le­na była pod wiel­kim wra­że­niem, jak jej za­klę­cie zmie­ni­ło bio­lo­gię do­ro­słe­go czło­wie­ka. Na jej oko wszyst­ko po­to­czy­ło się pra­wi­dło­wo. Dziec­ko uło­ży­ło się nawet w od­po­wied­niej po­zy­cji do po­ro­du, więc wy­ję­cie ma­lu­cha nie na­strę­czy­ło pro­ble­mów. A potem zo­sta­ło tylko za­szyć pre­ze­sa.

We­dług Mi­le­ny chło­piec uro­dził się ty­dzień za wcze­śnie, ale był zdro­wy. Naj­bar­dziej za­chwy­co­ny wy­da­wał się pro­boszcz, który z chę­cią uczest­ni­czył w myciu ma­lu­cha.

– Prze­pra­szam was – po­wie­dział trzy­ma­jąc za­wi­niąt­ko. – Taki durny byłem.

– Durny byłeś, ow­szem – sko­men­to­wa­ła Ja­ni­na.

– Dobry z cie­bie czło­wiek – po­chwa­li­ła Mi­le­na i po­ca­ło­wa­ła księ­dza w po­li­czek.

7.

Pre­zes wy­bu­dził się nad ranem. Czuł się i wy­glą­dał jak ruski czołg pod Stu­dzian­ka­mi.

– Czy ja do­brze pa­mię­tam, że wi­dzia­łem Fran­ka? – szep­nął do Mi­le­ny pod­czas zmia­ny opa­trun­ków. Wiedź­ma przy­tak­nę­ła, ale Koń­ski wy­czuł, że coś go omi­nę­ło. Nie zo­sta­ło nic in­ne­go, jak tylko opo­wie­dzieć, co się stało. Mi­le­na ni­cze­go nie po­mi­nę­ła. Pre­zes słu­chał uważ­nie, a na ko­niec wes­tchnął i za­mknął oczy.

– Janka, ja cię prze­pra­szam. – Ja­ni­na chwy­ci­ła dłoń męża.

– Nic nie mów, głup­ku, tylko wra­caj do zdro­wia.

– Po­każ­cie mi dziec­ko.

Pro­boszcz Marek po­ło­żył no­wo­rod­ka obok Jó­ze­fa. Chłop­czyk cią­gle jesz­cze nie otwo­rzył oczu. Pre­zes po­gła­skał go po gło­wie.

– Ślicz­ny. I taki spo­koj­ny.

– Jest zdro­wy i silny – po­chwa­li­ła Mi­le­na.

– Ale nie mój. Moje dziec­ko jest tutaj. – Pre­zes wska­zał Ja­ni­nę.

– Wiem.

– On jest dziec­kiem two­ich cza­rów. Mu­sisz go za­brać.

W sa­lo­nie za­pa­dła cisza, którą prze­rwał płacz chłop­czy­ka. Ja­ni­na za­bra­ła go do kuch­ni, gdzie przy­go­to­wa­ła butlę z mle­kiem. Nor­mal­nie o dzie­cię­ce kle­iki było nie­zwy­kle trud­no, ale pre­zes za­wcza­su nabył w Pe­we­xie cały zapas, gdy tylko się oka­za­ło, że Ja­ni­na za­szła w ciążę.

– Zo­sta­nę, do­pó­ki pre­zes nie sta­nie na nogi – po­sta­no­wi­ła Mi­le­na. – A potem razem z chłop­cem wrócę do swo­jej spół­dziel­ni.

– Daj­cie mu na imię Fra­nek – za­pro­po­no­wał Józef.

– Niech bę­dzie. Fran­ci­szek.

– Mi­le­na. Jesz­cze jedno.

– Tak, panie pre­ze­sie?

– Od­cza­ruj bi­sku­pa, bar­dzo cię pro­szę.

8.

Pre­zes Koń­ski za­ła­twił Mi­le­nie przy­dział na wózek dzie­cię­cy z za­so­bów spół­dziel­ni miesz­ka­nio­wej. Po­sta­rał się też o dys­kret­ne prze­pro­wa­dze­nie pa­pie­ro­lo­gii, która po­zwo­li­ła chłop­cu nadać PESEL.

Fran­ci­szek miał już mie­siąc i był spo­koj­nym dziec­kiem. Pła­kał, ow­szem, ale nigdy za długo. W za­mian za to uwiel­biał się wier­cić i wy­ma­chi­wać no­ga­mi. Chrzci­ny chłop­ca po­pro­wa­dził sam bi­skup Łu­ka­siak, który uznał całą hi­sto­rię za dowód łaski bo­skiej. Ro­dzi­ca­mi chrzest­ny­mi Fran­ka zo­sta­li Koń­scy.

W dzień po ce­re­mo­nii Mi­le­na miała już wsiąść do sa­mo­cho­du i wró­cić do sie­dzi­by spół­dziel­ni “Dobre Panie”, ale za­trzy­mał ją pro­boszcz Marek.

– Chciał­bym, żebyś do­brze mnie za­pa­mię­ta­ła – po­wie­dział.

– Prze­cież ja nie ucie­kam na Księ­życ, tylko do cen­trum. Pewno się jesz­cze kie­dyś spo­tka­my.

– No, racja, ale i tak chcia­łem swoje po­wie­dzieć.

Marek nie do­sły­szał od­po­wie­dzi Mi­le­ny. Uznał, że może mówić dalej.

– Wtedy w nocy, u cie­bie w miesz­ka­niu… Ja wiem, że mnie nie za­cza­ro­wa­łaś. To samo ze mnie wy­szło, przy­zna­ję. Ale nie będę prze­pra­szać, bo czuję, że to była boska in­ter­wen­cja. To nie było złe i tak miało być. Chyba sam Bóg chciał, żebym sobie przy­po­mniał, co to zna­czy być do­brym czło­wie­kiem. Tro­chę po­kręt­nie to brzmi, ja wiem.

– Ja cię ro­zu­miem – rze­kła Mi­le­na. – To mądre, co po­wie­dzia­łeś. Dzię­ku­ję.

Nie­dłu­go póź­niej Mi­le­na sie­dzia­ła z dziec­kiem na rę­kach w ga­bi­ne­cie Wandy. Prze­wod­ni­czą­ca wiedź­miej spół­dziel­ni nie mogła wyjść z po­dzi­wu, czy­ta­jąc list po­chwal­ny od pre­ze­sa Koń­skie­go.

– Nie wiem, coś tam na­wy­pra­wia­ła, ani skąd masz tego dzie­cia­ka – sko­men­to­wa­ła Wanda, od­kła­da­jąc list – ale muszę ci po­gra­tu­lo­wać. Pre­zes Koń­ski prze­pra­sza za wcze­śniej­sze po­mó­wie­nia i za­chę­ca wiedź­my do przy­szłej współ­pra­cy. No, prę­dzej bym się spo­dzie­wa­ła Pierw­sze­go Se­kre­ta­rza w su­kien­ce niż takie coś.

Wanda par­sk­nę­ła śmie­chem, a wiedź­ma Agata jej wtó­ro­wa­ła.

– Pew­nie spo­dzie­wa­ły­ście się, że znowu coś za­wa­lę, a przy oka­zji spra­wię pre­ze­so­wi przy­krość, co? – Mi­le­na za­sko­czy­ła star­sze wiedź­my zu­chwa­ło­ścią. – Tak chcia­ły­ście dwie pie­cze­nie na jed­nym ogniu upiec, praw­da?

– Mi­len­ko, coś ty – za­prze­czy­ła Wanda, ale młoda cza­row­ni­ca nie po­zwo­li­ła jej kon­ty­nu­ować.

– Nie mu­si­cie kła­mać. Już ja was znam. Aż za do­brze. Dla­te­go mam tu dla was dru­gie pismo.

Wanda prze­tar­ła oczy ze zdu­mie­nia, czy­ta­jąc do­ku­ment. Agata zaj­rza­ła jej przez ramię i też się zdzi­wi­ła.

– Wy­po­wie­dze­nie?

– Tak. Nie będę już wa­szym po­py­cha­dłem.

– A co ty, gów­nia­ro, zro­bisz bez nas? – prych­nę­ła Agata. – Do klasz­to­ru pój­dziesz?

– Nie. Je­stem nie­wie­rzą­ca. Za­kła­dam swoją spół­dziel­nię i zajmę się edu­ka­cją wśród ko­biet i mło­dzie­ży. A wy się nad sobą za­sta­nów­cie, sio­stry, bo czeka was jesz­cze nie­jed­no za­sko­cze­nie.

Koniec

Komentarze

Wow! Zaglądam do poczekalni, a tu w tytule opka nazwa dzielnicy, na której kiedyś spędzałem całkiem sporo czasu. Tagi nie z moich klimatów, ale ciekawość bierze górą. Kolejkuję, przeczytam za kilka dni jak się z Mumiami obrobię.

„Poszukiwanie prawdy, która, choćby najgorsza, mogłaby tłumaczyć jakiś sens czy choćby konsekwencję w tym, czego jesteśmy świadkami wokół siebie, przynosi jedyną możliwą odpowiedź: że samo poszukiwanie jest, lub może stać się, ową prawdą.” J.Kaczmarski

Bardzo fajne, przyjemne i humorzaste opowiadanie, które lekko się czyta. :)

Rozwaliła mnie rozmowa z prezesową, kiedy ta dosłownie wymacała, o co chodzi xD. Biedna Milena, niewiele jej wychodzi – zwłaszcza zaklęcia, choć zamiana klechy w żabę na plus. Błędów nie zauważyłem, albo nie chciałem zauważać, bo czytało się przyjemnie, a to dla mnie najważniejsze. Ale pod koniec zaczęło mnie zastanawiać, dlaczego Milena rzuciła zaklęcie ciążowe, skoro Końscy i tak robili bobasa „po bożemu”. Żeby po prostu przyspieszyć proces rozwoju bobasa?

Dałbym klika, ale jeszcze nie mogę. :D

Ja także nie wypatrywałem błędów, bo gdy dotarłem do momentu, w którym stało się jasne, że będzie bardziej na wesoło, niż na serio, zwracałem uwagę tylko na bieg wydarzeń, przyczyny i skutki.

Dobry pomysł na “przeciwwagę” dla Kościoła. Rządzący w tamtym czasie chyba faktycznie byliby zdolni do takiego karkołomnego manewru, oczywiście gdyby czary działały. Elegancko, bo wręcz delikatnie pokazałeś, co zakulisowo łączyło prezesa z biskupem. No i Milenie pozwoliłeś na wybrniecie z kłopotu, usamodzielnienie się po zyskaniu wiary w siebie.

Podziękowania za relaksujący, gdyż bawiący tekst – Adam

Caernie, napisałeś bardzo lekki i wielce zabawne opowiadanie. Niezwykle zgrabnie i dość prześmiewczo pokazałeś pewne aspekty życia w czasach PRL-u i nad wyraz umiejętnie wplotłeś w tamten klimat czarownice, które , jak widać, nieźle sobie radziły z błogosławieństwem partii i mimo niechęci kościoła.

Wykonanie pozostawia nico do życzenia, ale mam nadzieję, że poprawisz usterki, bo chciałabym zgłosić opowiadanie do Biblioteki. ;)

 

sie­dzi­ba spół­dziel­ni wiedź­miar­skiej “Dobre panie”. → …sie­dzi­ba spół­dziel­ni wiedź­miar­skiej “Dobre Panie”.

 

Mie­ści­ła się ona w Olsz­ty­nie… → Zbędny zaimek, wystarczy: Mie­ści­ła się w Olsz­ty­nie

 

“Dobre panie” jako jedna z bar­dziej po­wa­ża­nych spół­dziel­ni w PRL, były sy­no­ni­mem uczci­wo­ści… → Piszesz o spółdzielni, a „Dobre Panie” to jej nazwa. Spółdzielnia jest jedna, więc: “Dobre Panie” jako jedna z bar­dziej po­wa­ża­nych spół­dziel­ni w PRL, była sy­no­ni­mem uczci­wo­ści

 

Mi­le­na mełła w dło­niach skraj ko­szu­li… → Mi­le­na mięła w dło­niach skraj ko­szu­li

Sprawdź, co znaczą słowa mełłamięła.

 

Mów żesz gło­śniej! – zde­ner­wo­wa­ła się Wanda.Mów żeż gło­śniej! – zde­ner­wo­wa­ła się Wanda.

 

Do kan­ce­la­rii wma­sze­ro­wa­ła ob­szer­na wiedź­ma… → Czy osoba może być obszerna?

Proponuję: Do kan­ce­la­rii wma­sze­ro­wa­ła gruba/ tęga/ zażywna wiedź­ma

 

Wiedź­ma po­rzu­ci­ła ubra­nia i w peł­nej kra­sie tań­czy­ła… → Wiedź­ma z­rzu­ci­ła/ zdjęła ubra­nie i w peł­nej kra­sie tań­czy­ła

Ubrania wiszą w szafie, leżą na półkach i w szufladach. Odzież, którą mamy na sobie to ubranie.

Ubrania się nie porzuca. No, chyba że nie nadaje się już do noszenia, ale wtedy raczej się je wyrzuca.

 

– Chodź do mnie – usły­szał w gło­wie. → – Chodź do mnie. – Usły­szał w gło­wie.

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać głosy w głowie.

 

– Dajże spo­kój, chło­pa­ku – Mi­le­na wsta­ła i się prze­cią­gnę­ła… → Brak kropki po wypowiedzi.

 

To dobry po­mysł. Na Ja­ro­tach cza­row­ni­cy nie było dawno, bo Koń­ski wy­mó­wił wiedź­mom lokal pod pre­tek­stem sze­rze­nia pro­pa­gan­dy an­ty­so­cja­li­stycz­nej. → Narracji nie poprzedza półpauza.

 

przy­my­kać oka na lo­kal­ne po­wią­za­nia… → …przy­my­kać oko na lo­kal­ne po­wią­za­nia

 

– Matko boska. – Ja­ni­na się prze­że­gna­ła.– Matko Boska. – Ja­ni­na się prze­że­gna­ła.

 

– Dwie ręce, dwie nogi, nos po środ­ku.– Dwie ręce, dwie nogi, nos pośrod­ku.

 

Na przed­po­kój wy­bie­gła spo­co­na Ja­ni­na. → Przedpokój jest pomieszczeniem, więc: Do przed­po­koju w­bie­gła spo­co­na Ja­ni­na.

 

– Tylko mi nie prze­szka­dzaj­cie – rzu­ci­ła na od­chod­ne. → Dlaczego na odchodne? Przecież Milena nigdzie nie odchodziła.

Proponuję: – Tylko mi nie prze­szka­dzaj­cie – rzu­ci­ła jeszcze.

 

Bły­snął świe­li­sty pro­mień i ugo­dził pro­bosz­cza… → Literówka.

 

– Jak taki mądry je­steś od spraw ko­bie­cych… → – Jak taki mądry je­steś w sprawach ko­bie­cych

 

do sie­dzi­by spół­dziel­ni “Dobre panie”… → …do sie­dzi­by spół­dziel­ni “Dobre Panie”

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

regulatorzy

Dzięki serdeczne za dobre słowo i za pomoc w walce z babolami. Właśnie je poprawiłem, ale dwa z błędów zostawiłem do przegadania, albowiem chciałbym o nie trochę pokruszyć kopię ;)

Pierwszy to ta obszerna wiedźma. Absolutnie masz rację, zwracając uwagę na te słowo i podając jego słownikowe znaczenie. Tak faktycznie jest. Ja jednak sądzę, że język, szczególnie literacki, daje pewną plastyczność i pozwala na niestandardowe użycie słów, których znaczenie jest bliskie lub w jakiś sposób kojarzy się z myślą. W tym wypadku ta “obszerność” może się odnosić nie tylko do tuszy, ale również do “obszernego” zachowania. Dodatkowo takie luźne i w kontekście sceny nieco żartobliwe określenie podkreśla też lekkość języka i całego tekstu.

Druga rzecz, to 

– Jak taki mądry jesteś od spraw kobiecych… → – Jak taki mądry jesteś w sprawach kobiecych

Moim zdaniem uwaga byłaby trafna w przypadku zdania opisowego. W tym wypadku użyłem takiego sformułowania jako fragment dialogu, ponieważ jest ono bardzo potoczne. W życiu codziennym to dość normalne, że się mówi “specjalista/tka od czegoś tam” i tak też wypowiedziała się bohaterka.

 

krar85

Na Jarotach były w czasach licealny dobre klimaty ;) Choć moja dzielnia to bardziej Dworcowa albo Zatorze. Tak czy siak, opowiadanie jest przy okazji hołdem dla miłych wspomnień.

 

ZigiNAdamKB

Cieszę się bardzo, że opowiadanie Was wciągnęło. Jest ono w pewnym sensie eksperymentem, zarówno pod względem tematu i sposobu prowadzenia narracji, dlatego pozytywny odbiór tekstu jest dla mnie bardzo ważny.

A zaklęcie “na dziecko” faktycznie miało na celu przyspieszenie całego procesu.

Jesteśmy wybrańcami. Sami się wybraliśmy!

Caernie, jest mi niezmiernie miło, że niemal wszystkie uwagi uznałeś za przydatne. ;)

 

Ja jed­nak sądzę, że język, szcze­gól­nie li­te­rac­ki, daje pewną pla­stycz­ność i po­zwa­la na nie­stan­dar­do­we uży­cie słów, któ­rych zna­cze­nie jest bli­skie lub w jakiś spo­sób ko­ja­rzy się z myślą. W tym wy­pad­ku ta “ob­szer­ność” może się od­no­sić nie tylko do tuszy, ale rów­nież do “ob­szer­ne­go” za­cho­wa­nia. Do­dat­ko­wo takie luźne i w kon­tek­ście sceny nieco żar­to­bli­we okre­śle­nie pod­kre­śla też lek­kość ję­zy­ka i ca­łe­go tek­stu.

Rozumiem Twoją chęć zachowania „obszernej wiedźmy”, ale nadal nie wydaje mi się, aby to było najwłaściwsze określenie, zwłaszcza że to słowa narratora. Rozumiem że wiedźma była sporych rozmiarów, pewnie miała na sobie obszerny ubiór i poruszała się zamaszyście, ale nadal uważam, że określenie osoby słowem „obszerna” nie jest najwłaściwsze, mimo żartobliwego charakteru opowiadania.

 

W tym wypadku użyłem takiego sformułowania jako fragment dialogu, ponieważ jest ono bardzo potoczne. W życiu codziennym to dość normalne, że się mówi “specjalista/tka od czegoś tam” i tak też wypowiedziała się bohaterka.

I w tym przypadku rozumiem Twoje podejście do sprawy, zwłaszcza że w dialogach mogą się zdarzyć różne potocyzmy. I zgadzam się z Tobą, że powszechnie używa się przytoczonego powiedzenia „specjalista/tka od czegoś tam”, ale zważ proszę, że mówisz tu o „specjaliście” a w opowiadaniu jest mowa nie o „specjaliście” a o „mądrym”.  Określenia mądryspecjalista nie synonimami. Podtrzymuję zdanie, że można być mądrym w pewnych sprawach, ale nie wydaje mi się, żeby można być mądrym od pewnych spraw.

 

Jednakowoż, jak by na to nie patrzeć, to jest Twoje opowiadanie i wyłącznie od Ciebie zależy, jakimi słowami będzie napisane.

A teraz drepczę do klikarni. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Długie, nieco zawiłe, ale smakowite i zabawne.

I same happyendy, wiec jestem bardzo zadowolona.

Bardzo podoba mi się jak zmienia się punkt widzenia, w zależności od punktu siedzenia.

Całość lekka i zabawna. Milena swoją niezdarnością bardzo mi przypomina pewnego rudowłosego czarodzieja z serii książek o pewnym czarodzieju.

 

Teraz kolej na ciąg dalszy przygód, tym razem w nowej spółdzielni.

Hej!

Coś tam wyłapałem, ale to naprawdę drobiazgi: 

Jak nic a zacznie pić krew miejscowych dzieci.

Mam wrażenie, że możesz wyrzucić “a” po “nic”, wtedy wypowiedź stanie się płynniejsza. 

Tej nocy postanowił oddać się grzesznym uczynkom, bo musiał jakoś odreagować tę przeklętą wiedźmę, która od tygodnia panoszyła się w jego parafii.

Odreagowuje się emocje, a nie przyczyny ich powstania. Wiem, że to skrót myślowy, ale jednak brzmi to dziwnie. Sugeruję dodać: “odreagować złość na” albo coś w tym rodzaju.

Normalnie o dziecięce kleiki było niezwykle trudno, ale prezes zawczasu nabył w Pewexie cały zapas, gdy tylko się okazało, że Janina zaszła [w] ciążę.

Brakuje “w”.

Ogólnie rzecz biorąc, nie będę oryginalny, jeśli powiem, że czytało mi się lekko i przyjemnie. Tekst bowiem jest sprawnie napisany, dialogi są bardzo dobre, opisy zręcznie wprowadzone w akcję, sprawnie poprowadzone przejścia czasowe. Podoba mi się, jak umiejscowiłeś fabułę na społecznym tle PRL-u, które jest wręcz kolejnym bohaterem opowiadania. Bardzo też przypadła mi do gustu dynamika relacji między dwoma przeciwstawnymi biegunami: magią i wiarą. A w zasadzie reprezentującymi je ludźmi. Doceniam to, że do obu podszedłeś – to nie paradoks – poważnie i choć opowiadanie było prześmiewcze, to czytelnik śmiał się razem z bohaterami, a nie z nich. Oczywiście to nic obowiązkowego, ale jako czytelnik nie czułem się przez to rozdarty, ponieważ i ksiądz Marek i wiedźma Milena mają swoją godność, swoje pobudki i swoje słabe strony, a Ty to umiejętnie ukazałeś.

Tak już zupełnie na marginesie największą fikcją w tym opowiadaniu wydaje mi się cesarskie cięcie przeprowadzone w salonie. No ale cóż, taka licentia poetica konwencji fantasy, jak mniemam. W każdym razie w sumie trochę bym żałował, gdyby mi, studentowi medycyny, taki pacjent przeszedł koło nosa. 

Pozdrawiam, 

Maldi

Maldi -

dzięki za komentarz. Faktycznie chciałem się w opowiadaniu trochę pośmiać z ludzkiej naiwności i małostkowości, ale i nie oceniać nikogo, a raczej opierać się na zwykłych ludzkich słabościach, które przecież nie biorą się znikąd. Cieszę się bardzo, że zagrał Ci klimat PRL. Decydując się na taką scenografię opowiadania obawiałem się trochę, że zamiast śmiesznie, może wyjść paździerzowo albo, co gorsza, niezrozumiale dla młodszych czytelników. Klimaty peerelowskie pamiętam z dzieciństwa i musiałem się pilnować, żeby nie gloryfikować, ani też nadmiernie krytykować. 

Co do cesarskiego cięcia w salonie – cieszę się, że byłeś w stanie przymknąć oko. Nie jest to jednak całkiem z palca wyssane, ponieważ czytałem o takich zabiegach przeprowadzanych w jeszcze gorszych warunkach, czyli wojennych. Zwykle niestety z efektem, który łatwo przewidzieć. Tutaj postanowiłem pofantazjować i uznałem, że Milena ma szanse na uratowanie dziecka. I faktycznie – taki pacjent, jak prezes Koński, zdecydowanie byłby nie lada sensacją naukową ;)

Jesteśmy wybrańcami. Sami się wybraliśmy!

Witaj.

 

Ubawiłam się setnie. :)) Gratuluję pomysłu oraz lekkości pisania. :)

 

Tu mam pytanie – kto mówi tę kwestię?:

– To dobry pomysł. – Na Jarotach czarownicy nie było dawno, bo Koński wymówił wiedźmom lokal pod pretekstem szerzenia propagandy antysocjalistycznej. Wszyscy wiedzieli, że w rzeczywistości chodziło o układy prezesa z biskupem. Komitet wojewódzki już dawno się nauczył przymykać oko na lokalne powiązania, żeby nie zaogniać kruchej równowagi. Dopóki służby nie miały nic przeciwko, to i komitet nie narzekał. A kto wie? Być może biskup był TW i miał teczkę? W szczegóły nikt nie wnikał.

 

Pozdrawiam. 

Pecunia non olet

Podobało mi się. Ciekawe, charakterystyczne postacie (proboszcz w dodatku zabawnie dynamiczny, przechodzi więcej przemian niż przeciętny bohater 1000-stronicowej powieście), lekki styl, dużo humoru, no i najważniejsze – wszystko oparte na bardzo ciekawym pomyśle.

Zajrzałam i przeczytałam, aby zdecydować o ominacji bądź nie. Dzisiaj jest dla mnie ostatnim dniem, dyżurni mają jeszcze dwa dni – do dziesiątego, przypominam! :-)

Opowiadanie jest zdecydowanie fajne, odmienne, z nerwem i pomysłem, lecz – kurcze – o włos przed piórkiem.

Dlaczego podjęłam decyzję na nie ?

Zaważyło "przegadanie". Rozmowy zwłaszcza w pierwszych scenach toczą się langsam langsam, jak w niektórych powieściach fantasy. Rozwija się i rozwija. Koncept jest super. Same postaci są krwiste i domyślone od początku. Dajesz im możliwość pokazania się z charakteru i zachowań, lecz jednocześnie… rzecz rozpuszczasz, głownie – chyba – przez atrybucje dialogowe i dopowiadanie w wypowiedziach. Im dalej tym lepiej, jakbyś wpadł w rytm bohaterów i bohaterek, bądź ja odpuściłam i zaczęłam czytać tylko dla przyjemności. Pamiętaj, że nie wyznaję się na pisaniu, jedynie osobistym czytelnictwie. Znaczy kryterium błyskawiczne – wciągnie/nie wciągnie. Bez wątpienia zainteresowało z lekkimi irytacjami po drodze. Na początku krzyczałam w myślach:

– Po kiego grzyba mu te wszystkie podkreślenia, wyolbrzymianie słowem? Daj postaciom trochę oddechu, niech robią to, co chcą. Nie przykrawaj ich wygładzonym zapisem.

 

Co mi się niezmiernie podobało?

*świeżość pomysłu

*cały kontekst

*wyczucie facetów i kobiet.

 

pzd srd

a

 

Ps. Nie sprawdzałam, czy masz już piórko czy nie? Jeśli nie, jedynie kwestia czasu! :-) Choć jednocześnie  pewnie już wiesz, że laury na forum nijak się nie przekładają zewnętrznie. Może kiedyś tak będzie, ale jeszcze nie teraz.

zygfrydzie, dzięki za tę nominację!

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Wielkie dzięki wszystkim za kolejne komentarze. Bardzo się cieszę, że opowiadanie sprawiło Wam przyjemność. 

bruce

Wypowiedź, którą zaznaczyłaś, należy do Mileny. Dialog w tym momencie odbywa się między nią a prezesem. Sądziłem, że to jasne, ale najwyraźniej powinienem sobie ten fragment ponownie przeczytać.

 

zygfryd89

Był taki moment w trakcie pisania, że miałem problem z proboszczem. Nie byłem do końca pewien, co do postawy, jaką powinien przyjąć, żeby wszystko ładnie się złożyło. Złapałem się na tym, że napisałem bohatera, który miota się na lewo i prawo i sam nie może dojść ze sobą do porozumienia. W efekcie postanowiłem zostawić właśnie tak. Pomyślałem, że przecież na świecie jest cała masa ludzi, którzy aż do śmierci mają własne zdanie, ale absolutnie się z nim nie zgadzają ;) Fajnie, że zwróciłeś uwagę na ten aspekt postaci.

I przy okazji – serdeczne dzięki za nominację! Bardzo doceniam i traktuję to, jako wielką zachętę do dalszego tłuczenia w klawisze.

 

Asylum

Faktycznie, jak na taką objętość to tekst zawiera mnóstwo dialogu. Takie miałem założenie, żeby opowiedzieć historię poprzez ludzkie interakcje, a jest mi najłatwiej opowiadać o nich za pomocą słów, które wypowiadają same postacie. No i postawiłem również na płynność czytania, a mam wrażenie, że w takim wykonaniu, z dialogiem na pierwszym miejscu, tekst będzie najłatwiejszy do przyswojenia. Zaskoczyła mnie więc Twoja opinia, wedle której nie dałem postaciom oddechu i przykrawałem je wygładzonym zapisem. Pracując nad tekstem miałem wrażenie, że właśnie ustami bohaterów będzie najlepiej pokazać ich punkt widzenia oraz emocje.

Kurczę, jestem w kropce. Dałaś mi do myślenia i to bardzo. Zdecydowanie będę musiał pochylić się nad tekstem i na spokojnie przeczytać go, mając w głowie Twoje uwagi. Być może rzeczywiście gdzieś tu przesadziłem? Muszę podziękować za nową perspektywę i świeże spojrzenie na tekst. Natomiast bardzo się cieszę, że koncept i bohaterowie przypadli Ci do gustu.

O kwestię nominacji proszę, nie martw się ;) Co prawda jak dotąd na piórko jeszcze nie zasłużyłem, ale sam fakt, że moje opowiadanie jest w tym kontekście dyskutowane to już dla mnie nowość i wielka radocha.

Jesteśmy wybrańcami. Sami się wybraliśmy!

Rozumiem, dziękuję za wyjaśnienie i pozdrawiam serdecznie. :)

Pecunia non olet

Rozumiem, dziękuję za wyjaśnienie i pozdrawiam serdecznie. :)

Pecunia non olet

Cześć!

 

Trochę to trwało, ale w końcu jestem. Lekki i przyjemny tekst, choć fanem satyry czasów słusznie minionych nie jestem, to momentami naprawdę nieźle się bawiłem. Nie bez znaczenia były tez olsztyńskie realia (tylko tak się zastanawiam, czy na Jarotach przed 1989 były bloki z windą oraz kościół… ale to nie jest aż tak ważne). Napisane bardzo przyjemnie, bez zgrzytów czy dłużyzn. Udany obraz całości burzy trochę jednostronne przedstawienie tematów intymności i relacji międzyludzkich z perspektywy mocno postępowej, że tak to nazwę. Konstruując przesłanie warto imho pokazać nieco szersze spektrum poruszanego problemu, tak by czytelnik miał nad czym myśleć, a nie dostał wyciąg z karykaturalnych postaw strony konserwatywnej. Tekst zyskałby, ale pewnie przestałby być tak lekki ;-)

Na początku trochę brakowało mi kontekstu, a natłok bohaterów nie pomagał. Może warto by na przyszłość nieco zwolnić z początku, by czytelnik miał czas wszystko sobie w głowie poukładać? Za to końcówka przepiękna, akcja w mieszkaniu jak rodem z Bareii… Tylko nadal nie wiem, co się z ropuszczem biskupem stało?

Udany retaling historii o dziewczynie, która to z dzieckiem wróciła i postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce.

 

2P dla Ciebie: Pozdrawiam i Polecam do biblioteki!

„Poszukiwanie prawdy, która, choćby najgorsza, mogłaby tłumaczyć jakiś sens czy choćby konsekwencję w tym, czego jesteśmy świadkami wokół siebie, przynosi jedyną możliwą odpowiedź: że samo poszukiwanie jest, lub może stać się, ową prawdą.” J.Kaczmarski

Ciekawa lektura. Podobało mi się i obmyślenie podejścia władz PRL do wiedźm, i zręcznie, nienachalnie wplecione komentarze obyczajowe, i pointa z asertywnością okazaną przez główną bohaterkę. Jej charakter też nie jest jednoznaczny, interesująco łączy pewność siebie z nieporadnością. Do opowiadania przyciągnęło mnie także to, że Olsztyn bardzo lubię, choć akurat z Jarotami nie miałem do czynienia, raczej starówka i jeziora.

Architektowi żaden pieniądz nie śmierdział, czy to kościelny, czy wiedźmowy.

Gdzie indziej używasz przymiotnika “wiedźmi”, chyba właściwszego.

prezes zawczasu nabył w Pewexie cały zapas, gdy tylko się okazało, że Janina zaszła ciążę.

Powinno być: zaszła w ciążę. I teraz amatorskie uwagi do sceny operacji…

Już żeście mi tu syfu nanieśli, trzeba będzie znowu wszystko odkazić.

Dość ulotna wzmianka, nie wiem, czy wystarcza do podkreślenia, że przygotowanie sterylnego pola operacyjnego w salonie to taki większy wyczyn.

Milena pracowała drżącymi rękami, bo fizjologia mężczyzny była nieco inna niż u kobiety w ciąży. Mięśnie brzucha ułożyły się inaczej, więc cięcie trzeba było poprowadzić niestandardowo.

A skąd ona mogłaby to umieć i wiedzieć, jakie są standardy? Z dotychczasowej treści opowiadania stanowczo wynikało, że szkolili ją na zielarkę-farmaceutkę, a nie na chirurga. I ona również znieczulała? Nie mówię, że takie przeprowadzenie operacji jest zupełnie niemożliwe, ale parametry życiowe pacjenta naprawdę powinien kontrolować anestezjolog, a nie pielęgniarka; do tego proboszcz w roli instrumentariusza… To już przypomina warunki nawet nie tyle wojenne, co powstańcze. Całe towarzystwo musiałoby mieć nieźle poprzestawiane priorytety, aby podjąć takie ryzyko jedynie dla uniknięcia ewentualnego “skandalu” w szpitalu. (A przecież obowiązuje tajemnica lekarska i żaden ginekolog nie biegałby po Olsztynie z okólnikiem, że prezes urodził dziecko).

Chłopiec ułożył się w jamie otrzewnej, która tymczasowo przejęła funkcję łożyska macicy.

Bardzo proszę o w miarę prawidłowy opis patofizjologiczny! Nie ma czegoś takiego jak “łożysko macicy”. Łożysko to odrębny od macicy narząd, który w czasie ciąży u łożyskowców (to jest większości ssaków, w tym ludzi) rozwija się wraz z zarodkiem i zagnieżdża, czyli wytwarza połączenia tkankowe i naczyniowe z organizmem matki (nosiciela). Jeżeli zagnieździ się w wyściółce macicy, to ogólnie wszyscy się cieszą, bo ona jest do tego przystosowana: w czasie porodu zazwyczaj może się oddzielić, wydalić łożysko i ograniczyć krwawienie, poza tym macica stanowi właściwe środowisko dla rozwoju płodu. Może niestety zagnieździć się gdzieś indziej (jajowód, jajnik, pochwa), mówi się wówczas o ciąży ektopowej (pozamacicznej), donoszenie ciąży jest niemożliwe i przeprowadza się operację dla ratowania życia matki.

I rzeczywiście, łożysko może też się zagnieździć w jamie otrzewnej, zazwyczaj dlatego, że plemnik połączony z komórką jajową wywędruje tam przez strzępki jajowodu (duży wyczyn – to tak, jakby posłać człowieka za zakręt korytarza do biura naprzeciwko, a on pomyliłby drogę i wyszedł piętro wyżej przez szyb wentylacyjny). Jest to dobry model sytuacji, w jakiej znalazł się pacjent (trzeba przyjąć, że zaklęcie Mileny w jakiś sposób dostarczyło tam zygotę oraz nieźle mu namieszało w gospodarce hormonalnej, aby w ogóle umożliwić utrzymanie ciąży). W takim przypadku zagnieżdżenie polega na tym, że łożysko wytwarza połączenia z unaczynieniem narządów trzewnych. Dla płodu unoszenie się między pętlami jelit jest zdecydowanie mniej korzystne niż pobyt w macicy, ale bądź co bądź niekiedy przeżyć może. Podstawowym problemem podczas operacji byłoby jednak poradzenie sobie z łożyskiem, którego pozostawienie prowadzi zwykle do infekcji i zaburzeń biochemicznych, a próba usunięcia wiązałaby się z ogromnym ryzykiem śmiertelnego krwotoku, zwłaszcza że bohaterowie nie mają nawet możliwości przeprowadzenia transfuzji. Trochę mi więc zabrakło rozwinięcia tego wątku medycznego.

Niemniej, jak już napisałem, lektura była bardzo ciekawa. Dziękuję i pozdrawiam!

krar85

Cieszę się, że klimat lat słusznie minionych jednak Cię nie zniechęcił. Co do Jarot, to na pewno przed ‘89 bloki były. Jedynie z tym kościołem nie mam pewności, ale w sumie pozwoliłem sobie na założenie, że był bez sprawdzenia faktów. Na szczęście w tym wypadku mam nadzieję, że to nie jest nadmierne nagięcie rzeczywistości. Ale wydaje mi się, że już był.

W sprawie biskupa zastosowałem mały skrót. Pod koniec sceny w mieszkaniu prezes Koński prosi Milenę, aby odczarowała biskupa. Potem w akapitach podsumowujących dalsze zdarzenia wspominam, że biskup poprowadził chrzciny małego Franka, więc zostawiam domysł, że Milena odczarowała ropuchę.

Jesteśmy wybrańcami. Sami się wybraliśmy!

Ślimaku Zagłady

Bardzo dziękuję za poradę w sprawach patofizjologicznych. Ale tak łatwo Ci jeszcze nie odpuszczę i poproszę o odrobinę więcej pomocy. 

Przede wszystkim – założyłem, że Milena, mimo nieporadności w magii, na sprawach intymnych, również pod kątem fizjologii, zna się całkiem nieźle. Stąd zresztą była jej wiedza i porady w spółdzielni. Oczywiście domyślam się, że taka bazowa wiedza, nawet na poziomie lekarza z przychodni nie jest wystarczająca, aby przeprowadzić tak skomplikowany zabieg. Tutaj jednak traktuję to wszystko nieco z przymrużeniem oka, dlatego pozwoliłem sobie na pofantazjowanie.

Całe towarzystwo musiałoby mieć nieźle poprzestawiane priorytety, aby podjąć takie ryzyko jedynie dla uniknięcia ewentualnego “skandalu” w szpitalu.

W wypadku tego zdania pozwolę sobie nie do końca się zgodzić. Ludzie ze wstydu potrafią robić rzeczy nie tylko głupie, ale też makabryczne, łącznie z samobójstwem. I jak faktycznie moja wiedza na temat anatomii pozostawia wiele do życzenia, tak z zakresu psychologii mam nieco lepsze pojęcie (naprawdę tylko nieco większe, ale przynajmniej tyle). Dlatego opracowując sobie taką scenę uznałem, że lęk Końskiego przed ujawnieniem może być wystarczającym motywem, aby podjąć ryzyko operacji. Oczywiście nadal wszystko biorę z przymrużeniem oka, ze względu na charakter opowiadania.

 

Jeśli zaś chodzi o sprawę przekonstruowania fizjologii Końskiego, to faktycznie, magia zaszalała. Zwykle wytłumaczenie “bo magia” nie jest dla mnie wystarczające, ale tym razem sam się takim zabiegiem posłużyłem. Tłumaczę się konstrukcją świata, w której możliwa jest zamiana człowieka w żabę. Nawet bym nie śmiał podjąć próby wytłumaczenia tego z punktu widzenia biologii, fizyki i chemii.

 

Co do rozwinięcia sprawy odkażania pokoju oraz szczegółów, a także, jak napisałeś:

Bardzo proszę o w miarę prawidłowy opis patofizjologiczny!

Oprócz zabawy z pisaniem, zadałem sobie ćwiczenie w postaci utrzymania limitu 40K znaków, co jest standardem w większości konkursów, a dla mnie zwykle stanowi trudność, by nie rozhulać się w ilości znaków. Dlatego nie pozwoliłem sobie na głębsze studium “magicznej przemiany” z punktu widzenia anatomii. Natomiast w tym właśnie momencie chciałbym poprosić Cię o dodatkową pomoc. Jak sądzisz, jak powinienem poprawić scenę porodu, aby zbliżyć się do choćby minimalnego realizmu, o którym wspominasz? Co powinienem dopisać? Czy wystarczy, jeśli poprawię błąd i posłużę się takim zdaniem:

Chłopiec ułożył się w jamie otrzewnej, w której zagnieździło się łożysko.

Zdaję sobie sprawę, że to może nie być wystarczające, tym bardziej, że moja wiedza w tym temacie jest dalece niewystarczająca. Natomiast bardzo się cieszę, że opowiadanie przypadło Ci do gustu. Tym bardziej mam nadzieję, że znajdziesz chwilę, żeby mnie tu jeszcze wesprzeć :)

Jesteśmy wybrańcami. Sami się wybraliśmy!

Zawsze miło widzieć zaangażowanie i obszerną odpowiedź! Może powinienem jeszcze raz zaznaczyć, że nie mam wykształcenia medycznego, moja wiedza w tym zakresie jest stosunkowo obszerna, ale jednak amatorska. Gdyby więc zawitał do Ciebie któryś z lekarzy udzielających się na portalu, sam się chętnie zapoznam z jego uwagami. A w szczegółach…

Oczywiście domyślam się, że taka bazowa wiedza, nawet na poziomie lekarza z przychodni nie jest wystarczająca, aby przeprowadzić tak skomplikowany zabieg.

O ile wiem, lekarz powinien zdobyć na studiach wiedzę wystarczającą, aby przeprowadzić cesarskie cięcie, jeżeli naprawdę nie ma innego wyjścia. Wiązałoby się to jednak z nieporównanie wyższym ryzykiem ciężkich powikłań i żaden odpowiedzialny “lekarz z przychodni” nie podjąłby się tego, jeżeli w mieście da się znaleźć wykwalifikowanego ginekologa. Poza tym tutaj nie mówimy o zwykłym cięciu cesarskim.

W wypadku tego zdania pozwolę sobie nie do końca się zgodzić. Ludzie ze wstydu potrafią robić rzeczy nie tylko głupie, ale też makabryczne, łącznie z samobójstwem.

Tego nie kwestionuję. Mam tylko wrażenie, że to trochę za duże grono, aby ktoś się nie wykazał trzeźwą oceną sytuacji (proboszcz próbował, ale jakoś niemrawo). Janinie nie zaświtało w głowie, że mąż jej się wykrwawi na stole kuchennym, a ona nic nie będzie w stanie zrobić?

Co powinienem dopisać? Czy wystarczy, jeśli poprawię błąd i posłużę się takim zdaniem

Na pewno poprawi sytuację. Wypadałoby jeszcze popracować nad tym miejscem:

Dziecko ułożyło się nawet w odpowiedniej pozycji do porodu, więc wyjęcie malucha nie nastręczyło problemów. A potem zostało tylko zaszyć prezesa,

ponieważ, jak mówiłem, między tymi dwoma zdaniami trzeba coś zrobić z łożyskiem. Aby nie wchodzić w dłuższe opisy, chyba najprościej będzie posłużyć się zwrotem mniej więcej tego typu:

Szczęśliwie łożysko zagnieździło się wyraźną pojedynczą szypułą naczyniową przyłączoną do sieci większej, co umożliwiło sprawne podwiązanie go i usunięcie.

Wydaje mi się, że taki wariant nie jest zupełnie niemożliwy, chociaż pacjent musiałby mieć wyjątkowe szczęście, bo takie łożysko zwykle raczej wypuszcza dużo naczyń i wczepia się w co popadnie.

Alternatywnie można je prezesowi zostawić, ale na dłuższą metę zaszkodzi, bo będzie wydzielało gonadotropinę kosmówkową, poza tym może ulec zakażeniu. Jeżeli jednak Milena ma jakieś wiedźmie sposoby, aby szybko i bez śladu wygoić ranę pozabiegową, potem już można pacjenta zwyczajnie skierować do szpitala, lekarze co najwyżej opiszą “przypadek aktywnego hormonalnie nowotworu o utkaniu tkankowym zbliżonym do łożyska”.

Mam nadzieję, że przyda Ci się taka odpowiedź. W razie potrzeby oczywiście pytaj o dalsze szczegóły.

Sympatyczne :)

Przynoszę radość :)

Nowa Fantastyka