- Opowiadanie: Zanais - Cztery dni z Bidią

Cztery dni z Bidią

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Cztery dni z Bidią

 

Dzień 1

 

Rodzę się jako za­bu­rze­nie w gło­wie bez­dom­ne­go psa.

Jest głod­ny, prze­stra­szo­ny, zmę­czo­ny. Ucie­kał przed gwiz­dem i krzy­kiem, ucie­kał przed ludź­mi w zie­lo­nych mun­du­rach, przed hu­kiem bez burzy, ogniem i dymem. Zgu­bił się; nie wie, jak tra­fił mię­dzy wy­so­kie trawy z dala od zna­jo­mych za­pa­chów.

Ale ja wiem. Wiem rów­nież, że nie­da­le­ko są obcy.

Pies za­ta­pia kły w gni­ją­cym mię­sie spa­lo­ne­go ciała – pełno ich tutaj, póź­niej zli­zu­je rdzę ze stert po­rzu­co­ne­go me­ta­lu. Nie po­wi­nien tego robić. Dziw­ne, wręcz nie­na­tu­ral­ne za­cho­wa­nie. Fał­szy­wa nuta w upo­rząd­ko­wa­nej me­lo­dii świa­ta.

To do­pie­ro po­czą­tek.

Za­cho­dzą­ce słoń­ce roz­pa­la ob­ło­ki czer­wie­nią. Z nie­da­le­ka sły­chać od­głos trza­ska­ją­ce­go drew­na, bul­got zupy i pełne na­pię­cia głosy ludzi ze wscho­du. To ich szu­kam, w szcze­gól­no­ści bar­czy­ste­go czło­wie­ka z łysą głową. Do­wód­ca. Pa­mię­tam go, bo pa­mię­tam wszyst­ko. Przed laty wal­czył gdzie in­dziej, wśród pia­sków da­le­kie­go po­łu­dnia. Wie, co robić. Wie, jak prze­trwać, do­wo­dzić, tro­pić i za­bi­jać.

Dla­te­go musi umrzeć.

Ja-pies gnamy przez wy­so­ką trawę w jego stro­nę. Bie­gnie­my z wy­wie­szo­nym ję­zo­rem; boki pra­cu­ją, na­pię­ty ogon za­pew­nia rów­no­wa­gę.

Nie mają czasu na re­ak­cję – kłąb futra i kości rzuca się na do­wód­cę, przez mo­ment widzę pełne stra­chu wy­trzesz­czo­ne oczy, potem szczę­ki za­ci­ska­ją się na udzie.

Krzyk, strzał i krót­ki pisk.

Je­stem cier­niem wy­ro­słym na korze dębu.

Z ga­łę­zi pa­trzę na mar­twe­go psa i wrzesz­czą­cych męż­czyzn. Rana bę­dzie opa­trzo­na, lecz stare środ­ki me­dycz­ne ze spar­cia­łej ap­tecz­ki nie po­mo­gą. Reszt­ki me­ta­lu i sta­re­go mięsa już krążą we krwi. Rana zaj­dzie czer­nią. Go­rącz­ka to kwe­stia go­dzin. Śmierć – paru dni.

Jeden z żoł­nie­rzy – Bidia – po­cho­dzi z od­le­głe­go miej­sca, gdzie jesz­cze cza­sem opo­wia­da się o nas hi­sto­rie, trak­to­wa­ne z sza­cun­kiem przez sta­rych i wy­śmie­wa­ne przez mło­dych. Za­pa­trzo­ny w mar­twe­go psa, do­ty­ka za­wie­szo­nego na szyi amu­letu. Roz­są­dek szep­cze mu o sza­lo­nych zwie­rzę­tach, ale w głębi serca ten przed­wcze­śnie po­si­wia­ły żoł­nierz prze­czu­wa, że to nie ko­niec.

 

Dzień 2

 

Roz­ka­zy wy­da­je już inny czło­wiek: próż­ny, okrut­ny, głupi. Roz­ma­wia przez radio, po czym kie­ru­je ludzi dalej na za­chód. Żoł­nie­rze wcho­dzą do brzu­chów dwóch sta­lo­wych be­stii. Wę­dru­ję razem z nimi: jako rdza na świe­żo wy­czysz­czo­nej broni, prze­pa­lo­ny kabel, urwa­na sprzącz­ka i pleśń na su­cha­rze. Nic wiel­kie­go. To się zda­rza. To tylko…

Pech.

Bidia coraz czę­ściej sięga po amu­let z kości re­ni­fe­ra. Kiedy ma pew­ność, że nikt go nie sły­szy, szep­cze modły i za­klę­cia. Może nie wie­rzy w ich sku­tecz­ność, ale ja cofam się z bólem. Dawno, dawno temu ucie­ka­łem przed nimi z drew­nia­nych chat, uno­sząc skra­dzio­ne mleko i ser. Wy­glą­da­łem wtedy ina­czej, ale świat się zmie­nia i ja także. Wy­obra­że­nie kształ­tu­je formę. Kie­dyś małe, psot­ne stwo­rze­nie, dziś… coś nie­uchwyt­ne­go. Wspo­mnie­nia spra­wia­ją, że chi­cho­czę krztu­szą­cym się sil­ni­kiem.

Bidia, Bidia, Bidia. Po­lu­bi­łem cię.

 

Dzień 3

 

Me­ta­lo­we ptaki lecą nad nami, ob­ser­wu­ją za po­mo­cą szkla­nych oczu. Trud­no tra­fić w ru­cho­my cel, lecz ktoś, dzie­siąt­ki ki­lo­me­trów stąd, po­sta­na­wia za­ry­zy­ko­wać. Może chce tylko prze­stra­szyć ob­cych, by zro­zu­mie­li, że są pil­no­wa­ni.

Zrzu­ca bombę.

Bidia mnie bawi, więc wska­ku­ję do dru­giej be­stii. Po­przed­ni do­wód­ca leży ranny; spo­glą­da w ciem­ny kąt, do­strze­ga moje uśmiech­nię­te ob­li­cze uło­żo­ne z kurzu. Pró­bu­je coś po­wie­dzieć, lecz go­rącz­ka robi swoje i tylko jęczy, a ja za­tra­cam się w za­ba­wie. Zry­wam kabel, blo­ku­ję prze­kład­nię, zli­zu­ję smar. Sil­nik ga­śnie. Be­stia staje – ranna i wraż­li­wa.

Do­kład­nie pod spa­da­ją­cą śmier­cią.

Wy­buch roz­ry­wa dach i na­peł­nia wnę­trze ogniem. Wśród krót­kich krzy­ków sły­chać mój długi śmiech. 

Wie­czo­rem, w pro­wi­zo­rycz­nym obo­zie pod wy­so­ki­mi drze­wa­mi, Bidia roz­ma­wia z do­wód­cą. Opo­wia­da, prze­ko­nu­je, prosi, w końcu błaga. Jego na­gro­dą jest si­niak na po­li­ku i krwa­wią­ca warga. Widzę w oczach Bidii że­la­zną de­ter­mi­na­cję. To nie ko­niec.

W ciem­no­ściach nocy mój ulu­bie­niec pró­bu­je się wy­mknąć. Bez broni, na­uczo­ny su­ro­wym ży­ciem na ru­bie­żach Sy­be­rii, jest cichy ni­czym duch. Po­ru­sza się bez­sze­lest­nie.

Bidia, przy­ja­cie­lu, dla­te­go my­ślisz, że uciek­niesz? Twe za­klę­cia nie dzia­ła­ją bez prze­rwy.

Spra­wiam, że pod jego butem wil­got­na ga­łąz­ka pęka z gło­śnym trza­skiem.

Karą jest po­bi­cie. Inni żoł­nie­rze kopią Bidię, ale nie za mocno – oni rów­nież marzą o uciecz­ce. Do­wód­ca to widzi; ce­lu­je w twarz męż­czy­zny cięż­kim butem, ale po chwi­li upada na gni­ją­ce li­ście z krzy­kiem za­sko­cze­nia – wznie­cam skurcz w jego nodze.

Nad ranem Bidia leży i pa­trzy za­czer­wie­nio­ny­mi ocza­mi na ja­śnie­ją­ce niebo. Chciał­by wró­cić do chaty w le­śnej głu­szy, z dala od wojny za spra­wę, która go nie do­ty­czy. Tę­sk­ni za snem bez stra­chu przed śmier­cią z nieba, po­ci­skiem snaj­pe­ra i ukry­tą miną. Naj­bar­dziej zaś chciał­by zro­zu­mieć moją obec­ność. Dla­cze­go? Skąd się tu wzią­łem? 

Nie odpowiem mu, gdyż je­stem tylko za­kwi­tłym w paź­dzier­ni­ko­wym chło­dzie kro­ku­sem, scho­wa­nym pod li­ść­mi kilka drzew dalej. Wy­ja­śnił­bym mu, że spro­wa­dził mnie on sam i jemu po­dob­ni – ich bez­kry­tycz­na pew­ność zwy­cię­stwa, prze­ko­na­nie, że wszyst­ko osią­gną bez trudu.

Mimo to ro­zu­miem ich: Bidię, Mak­si­ma, An­to­na i po­zo­sta­łych. Ogłu­pie­ni fał­szy­wy­mi prze­mo­wa­mi i wiarą w ilu­zo­rycz­ną po­tę­gę, nie ro­zu­mie­ją, że są tylko na­iw­ny­mi nie­szczę­śni­ka­mi, któ­rym uczy­nio­ną wiel­ką psotę.

Ich przy­wód­cy za­słu­gu­ją na miano cho­chli­ków bar­dziej ode mnie.

 

Dzień 4

 

Je­stem już stary i zmę­czo­ny. Świat pró­bu­je się upo­rząd­ko­wać; czuję, jak mnie gnie­cie, pcha z po­wro­tem w nie­byt. W nocy spa­li­łem radio. Te­le­fo­ny nie znaj­du­ją za­się­gu.

Przed nami jest wio­ska, sku­pi­sko ni­skich domów, z któ­rych nie­któ­re zmie­nio­no w ruiny. Na prze­kór roz­sąd­ko­wi do­wód­ca wy­krzy­ku­je roz­kaz, a gro­ma­da nie­chęt­nych, głod­nych i prze­stra­szo­nych żoł­nie­rzy idzie po­wo­li w stro­nę za­bu­do­wań.

Chi­cho­czę, gdy strza­ły roz­łu­pu­ją głowę pierwszego chło­pa­ka, de­lek­tu­ję się bezradną bie­ga­ni­ną, krzy­kiem i tur­ko­tem ka­ra­bi­nów.

Świat roz­pa­da się na nie­skoń­czo­ny frak­tal – rze­czy­wi­stość w rze­czy­wi­sto­ściach, każde od­chy­le­nie od stanu pier­wot­ne­go i wy­ni­ka­ją­ce z tego zmia­ny, pro­wa­dzą­ce do ko­lej­nych wy­na­tu­rzeń i jesz­cze ko­lej­nych, na­cho­dzą­cych na sie­bie w bi­lio­nach kom­bi­na­cji, do­pó­ki nie spoj­rzę głę­biej, by od­kryć na­stęp­ne bi­lio­ny opi­sa­ne czte­re­ma zmien­ny­mi: co, jak, gdzie, kiedy.

Sły­szę moź­dzierz – wiem, że nie trafi. Na razie. Widzę bie­gną­ce­go sa­ni­ta­riu­sza – mija scho­wa­ne­go za na­sy­pem Bidię i sku­lo­ny pró­bu­je do­stać się do wrzesz­czą­ce­go Sier­gie­ja. Na­głym po­dmu­chem wia­tru zmie­niam tra­jek­to­rię nad­la­tu­ją­ce­go po­ci­sku. Medyk roz­pa­da się w krwa­wą mgłę; od razu jed­nym odłam­kiem trą­cam drugi i szyję Sier­gie­ja prze­bi­ja metal. Anton nie­for­tun­nie sta­wia nogę – za­trosz­czy­łem się o to – skrę­ca kost­kę, dla­te­go prze­chy­la się i w jego brzuch tra­fia­ją dwie kule. W przy­ło­żo­nym do pod­bród­ka ka­ra­bi­nie Mak­si­ma de­to­nu­ję ma­ga­zy­nek, śmierć jest na­tych­mia­sto­wa.

Bidia roz­glą­da się prze­ra­żo­ny. Nie do­ty­kam go. Chro­nię przed zbłą­ka­ny­mi po­ci­ska­mi. Sie­dzi sku­lo­ny ni­czym w bańce, a jego kom­pa­ni pa­da­ją jeden za dru­gim. Alek­siej pró­bu­je się ukryć, wy­sta­wiam za­rdze­wia­ły gwóźdź spod ziemi, na który na­dzie­wa dłoń i z wrza­skiem pod­no­si głowę, w tym mo­men­cie kilka me­trów dalej Kola po­ty­ka się i przy­pad­kiem na­ci­ska spust – kula tra­fia Alek­sie­ja mię­dzy oczy. Kiedy do­wód­ca rzuca się do uciecz­ki, za­krę­cam ko­rzeń przed jego stopą. Upada twa­rzą na za­ostrzo­ny ka­wa­łek nad­pa­lo­nej deski. Umie­ra na­tych­miast.

To ko­niec.

Zo­stał tylko oto­czo­ny zwło­ka­mi Bidia. Ro­zu­mie, co spo­tka­ło jego od­dział, ale nie wie, czemu prze­żył. Może uzna, że jego mo­dli­twy za­dzia­ła­ły? Zo­sta­wia broń, pod­no­si ręce do góry i wy­cho­dzi ostroż­nie zza na­sy­pu.

Prze­ży­je. A kie­dyś wróci do swo­ich i gdzieś tam, wśród śnie­gów i lodu, opo­wie o mnie. Oto­czo­ny za­słu­cha­ny­mi twa­rza­mi, umilk­nie nagle i uświa­do­mi sobie, dla­cze­go oca­lał.

Je­ste­śmy próż­ne. Lu­bi­my hi­sto­rie o nas.

Za­cho­dzi słoń­ce i czuję, że pora spać. Od­pocz­nę tro­chę – ty­dzień albo sto lat – i znów się po­ja­wię, aby trosz­kę, za­le­d­wie odro­bin­ę, wybić świat z nud­ne­go, upo­rząd­ko­wa­ne­go rytmu.

Ocze­kuj­cie mnie.

Koniec

Komentarze

W kolejce. Powodzenia.

 

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Hej, jurki!

Na tym obrazku jest wściekły huraganowy kot z płonącym toporem na głowie?

Hmm, to miał być niematerialny przerażający chochlik ;)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Nie jest powiedziane, że nie może przyjąć postaci kota z płonącym toporem :>

Piękna historia. Za odebraną historię, podeptaną tradycję, nomadów zastrzelonych podczas przechodzenia na Alaskę i za niszczący wszystko alkoholizm, niech chochliki z Syberii z nimi zostaną.

Jako miłośnik Babci Gieni (mimo braku w historii rzeczonej straszliwego Cromma Cruacha, ale idzie Halloween i nie mogłem nie wspomnieć) przeczytałem do końca Twoje czwarte opowiadanie.

Nie ma sensu, żebym pisał ogólne wrażenie, ale kilka wybranych detali.

Krzyk, strzał i krótki pisk.

Nie umiem znaleźć uzasadnienia dla równoważnika zdania, kiedy pisk mógł się rozlec albo wybić nad.

Jestem cierniem wyrosłym na korze dębu.

Dla mnie to nadmiar purpury, ale może jestem dziwny.

Zrzuca pocisk.

Frazeologicznie pocisk się odpala albo wystrzeliwuje. Zrzuca się bombę. 

Są pociski, które się zrzuca np. Hellfire czy Maverick (tzw. odchodzące w dół), ale to wymagałoby napisania np. :

…od metalowego ptaka odpadł pocisk w kształcie strzały, wydawał się martwy, ale jego szklane oko patrzyło uważnie. Dostrzegło, co chciało zobaczyć. Obudził się, z początku lekko poruszył lotkami, jakby się przeciągał. Wykwitł mu ogon i z rykiem…

Nie odpowiem mu, gdyż jestem tylko zakwitłym w październikowym chłodzie krokusem, schowanym pod liśćmi kilka drzew dalej. Wyjaśniłbym mu, że sprowadził mnie on sam i jemu podobni – ich bezkrytyczna pewność zwycięstwa, przekonanie, że wszystko osiągną bez trudu.

Nie zrozumiałem :-(

Poczucie pewności sprowadza chochlika?

Dokładnie pod spadającą śmiercią.

Czyli bomba, choć jakaś purpurowa IMHO.

Chaos uwielbia psuć porządek.

Mówiąc bardzo oględnie – niezręczne. Trochę jakby ciemność lubiła zmniejszanie światła. Rozumiem, że Bakunin i “anarchia matką porządku”, ale u Ciebie nie ma przeciwstawienia. Miałeś na myśli: “my, chochliki, jako słudzy chaosu, lubimy psuć porządek”. Też niezręczne, ale przynajmniej dosłowne jak saperką w twarz.

Słyszę moździerz – wiem, że nie trafi.

Rozumiem, że wystrzał, to znaczy, że z bardzo bliska.

https://www.youtube.com/watch?v=TijJukr805Y

(rezonans podpórki lufy jest głośniejszy od wystrzału).

Wie, że nie trafi, bo taką ma chochliczą moc proroczą?

 

@Irka_Luz:

Na obrazku jest balrog Morgotha zagubiony we mgle. “You shall not pass flame of Udûn”.

Pokój – szczęśliwość; ale bojowanie Byt nasz podniebny

Hej, Radku

Miło, że wpadłeś.

Krzyk, strzał i krótki pisk.

Nie umiem znaleźć uzasadnienia dla równoważnika zdania, kiedy pisk mógł się rozlec albo wybić nad.

Przyznam, że nie bardzo rozumiem.

Jestem cierniem wyrosłym na korze dębu.

Dla mnie to nadmiar purpury, ale może jestem dziwny.

To szorcik napisany trochę z purpurą, ale przyznam, że tutaj jej nie widzę. Skoro pojawił się jako cierń, który wyrósł na korze dębu, to właśnie tak napisałem – purpurę znajdowałbym w innych miejscach, ale obecność purpury zależy od czytającego, więc rozumiem.

Zrzuca pocisk.

Frazeologicznie pocisk się odpala albo wystrzeliwuje. Zrzuca się bombę. 

Na tych sprawach nie znam się tak dobrze, więc racja. Zmieniam.

Nie zrozumiałem :-(

Poczucie pewności sprowadza chochlika?

Otóż to. Pewność, że się uda; postawa, że wszystko pójdzie gładko i zgodnie z planem – tak Ruscy weszli na Ukrainę.

Dokładnie pod spadającą śmiercią.

Czyli bomba, choć jakaś purpurowa IMHO.

Przypuszczam, że nie chodzi o farbę ;) Tak, purpurowa.

Chaos uwielbia psuć porządek.

Mówiąc bardzo oględnie – niezręczne. Trochę jakby ciemność lubiła zmniejszanie światła. Rozumiem, że Bakunin i “anarchia matką porządku”, ale u Ciebie nie ma przeciwstawienia.

Hm, zostawię, jak jest. Saperka w twarz mi nie bardzo pasuje – kwestia stylu.

Słyszę moździerz – wiem, że nie trafi.

Rozumiem, że wystrzał, to znaczy, że z bardzo bliska.

https://www.youtube.com/watch?v=TijJukr805Y

(rezonans podpórki lufy jest głośniejszy od wystrzału).

Wie, że nie trafi, bo taką ma chochliczą moc proroczą?

Nie bardzo wiedziałem, czym tu zastąpić – wolałem uniknąć kolejnego “widzę pocisk”. Pomyślę.

Wie, że nie trafi, bo widzi prawdopodobieństwa i różne wersje rzeczywistości.

 

Dzięki za wizytę i łapankę.

Pozdrawiam

Dobre. Po prostu. 

pozdrawiam, 

JolkaK.

Hej, JolkaK

Dzięki :)

Pozdrawiam

Mroczne. Fajne. Ciemna strona chochlika.laugh

 

Moje małe 3 gr:

Chaos uwielbia psuć porządek.

To chyba wynika z całej reszty, tak wstawione jawnie brzmi pretensjonalnie, bo jest oczywistą oczywistością.

 

W D1-D2 chochlik mówi o mtelowych ptakach i żaleznych pudłach, a potem używa już określeń jak: przekładnia, radiotelefon, moździerz, etc. Może się podszkolił? wink

 

 

 

 

 

Hej, Nan

To zdanie wyrzuciłem, bo już druga osoba zwraca na nie uwagę. Było zbyt łopatologiczne, przyznaję ;)

A co do słownictwa, im dłużej chochlik jest na świecie, tym bardziej miał się zmieniać ze „starego” do „nowoczesnego”.

Dzięki za wizytę i pozdrawiam

No. Dobrze im tak. Było siedzieć u siebie, nie kusić chochlików.

Dość jednostronna opowieść, ofiary nie miały za bardzo szans na obronę (jeden Bidia coś tam wskórał). Ale… patrz wyżej.

W jakiś perwersyjny, mściwy sposób czytało się przyjemnie.

Babska logika rządzi!

Hej, Finklo

Jednostronna i ani mi przez myśl nie przeszło dać szanse drugiej stronie. Najchętniej bym jeszcze im te kradzione pralki na łub spuścił.

Zresztą kto tam wierzy w chochliki. Pecha mieli ;)

Pozdrawiam

Jakiego pecha? To źli ludzie byli i mieli skorumpowanych dowódców, zbiorowo zawierzyli oszustowi, a potem i jego okłamywali… Na takim szajsie się armii nie zbuduje.

Babska logika rządzi!

Stąd moje “;)” przy tym pechu.

Druga armia świata wygląda jak siły zbrojne Sudanu Południowego (bez obrazy dla Sudanu).

Więcej takich chochlików, więcej! 

 

Hej, Adamie

Przydałoby się ich całe mnóstwo. Wygląda na to, że trochę tam jednak chochlików działa ;)

Dobre było. Pomysłowe i zaskakujące w swoim serio tonie.

Dobre, poruszające, smutne…

 

Wśród nagich gałęzi patrzę

Może raczej spośród gałęzi? Spomiędzy gałęzi? Albo: Tkwiąc wśród gałęzi, patrzę….

dotyka zawieszony na szyi amulet.

Dotyka zawieszonego na szyi amuletu.

 

Kosmos to bazgranina byle jakich wielokropków!

Hej, Ninedin

Dzięki, że wpadłaś :)

 

Hej, Mindenmifaj

Dzięki za łapankę i komentarz :)

Hej, Zan.

Przeczytane, ale w sumie nie wiem, co myślę o tym tekście. Na plus z pewnością nieoczywisty chochlik – mam wrażenie, że sięgnąłeś do tych mniej mainstreamowych i przyjaznych dzieciom przedstawień chochlika, co w kontekście tekstu opowiadającego o wojnie jest jak najbardziej uzasadnione. Dziwi mnie natomiast ta niemal wszechmoc Twojego chochlika. Wydaje się, że może praktycznie wszystko i sieje solidny chaos, gdziekolwiek się uda. Może jestem niedoedukowana w kwestii chochlików, ale powiedziałabym, że działają na trochę mniejszą skalę, bardziej lokalnie ;P Twój natomiast sprawia wrażenie bogom prawie brata, który samojeden jest w stanie roznieść całą armię w drobny puch.

Trochę zgrzyta mi początek. Pierwsze zdanie jest bardzo dobre, zapada w pamięć i zarzuca haka na czytelnika, ale nieco kłóci się z kolejnymi akapitami:

Rodzę się jako zaburzenie w głowie bezdomnego psa.

vs

Pamiętam go, bo pamiętam wszystko. Przed laty walczył gdzie indziej, wśród piasków dalekiego południa.

Ale może czegoś po prostu nie zrozumiałam.

 

Zapatrzony w martwego psa, dotyka zawieszony na szyi amuletu.

Coś się zepsuło temu zdaniu.

 

Ogółem przyjemna lektura. Lubiem jak się trup ściele.

Hej, Gravel

Ja się nawet nie będę bronił, bo masz, oczywiście, rację. Mój chochlik przypomina całą kompanię chochlików bojowych. Wizja końcowego rozpierduchu starcia wydała się zbyt kusząca, by przejmować się takimi niuansami ;) Szczerze życzę ruskim takich chochlików na froncie.

Co do Rodzę się i Pamiętam – to chochlik pojawia się co jakiś czas, ale pamięta wszystko (może pamięć chochliczego roju?). Słowa “rodzę się” może nie użyte najlepiej, ale jak sama przyznałaś, całkiem dobre na pierwsze zdanie ;)

Dawno się u mnie tak trup nie ścielił.

Zdanie poprawiłem.

Dzięki za wizytę i pozdrawiam :)

Hej! Fajne opowiadanie, lekko napisane. Nie wypowiadam się na temat logiki mocy chochlika, mnie się podobało, że narrator krył się pod różnymi postaciami, był to bardzo fajny zabieg. Mam problem ze związaniem się czytelnika z którymkolwiek bohaterem, oczywiście to szort, więc nie można mieć za dużo wymagań w tej kwestii, ale jednak. Chochlika, choć jest narratorem i fajnie mówi, ciężko lubić, bo jest po prostu sadystą :) Ja najbardziej związałam się z Bidią, właściwie współczułam mu, a tego chyba nie chciałeś? Oczywiście opisujesz, że żołnierzy zgubiła próżność itp, więc powinnam tych żołnierzy nie lubić, jednak tylko opisujesz tę ich próżność. Ja widzę, że Bidia się boi, modli się ze strachu, a chochlik biednemu przestraszonemu żołnierzowi rzuca jeszcze kłody pod nogi. Oczywiście mam na względzie sytuację geopolityczną, jednak pomogłoby wrzucenie jakiejś scenki, w której czytelnik poczułby, że Bidia czy kto inny zasługuje na to, aby chochlik ich gnębił. A tak taki dysonans poznawczy.

Hej, Avei

To w sumie tylko szorcik, pisany na szybko, ale już odpowiadam. Nie chciałem tu łączyć czytelnika z nikim konkretnym. Chochlik miał być wredny, jest w końcu chochlikiem, ale nie nazwałbym go sadystą. W czym się miałby przejawiać jego sadyzm? Zabija, ale z wyjątkiem pierwszego dowódcy, robi to szybko.

Bidia – dlaczego mam nie lubić, że ktoś mu współczuje? To normalna reakcja i kiedy sam czytam o kimś, kto dostaje kopniaki od losu i nie ma na to żadnej rady, odczuwam dla niego jakieś większe czy mniejsze współczucie. Bidia jako jedyny przeżył, niewola lepsza niż śmierć, ale to nie znaczy, że uczestnictwo w wojnie ma być dla niego miłym doświadczeniem. Zachowane życie to wystarczająca nagroda.

Pozdrawiam i dziękuję za komentarz.

Może rzeczywiście sadysta to za duże słowo, to po prostu chochlik. Właściwie często lubimy takie chochliki, ale głównie wtedy, kiedy czujemy, że inni zasługują na to, co te chochliki im robią (albo po prostu chcemy poczuć schadenfreude). Jednak biorąc pod uwagę tylko sam tekst, nie myśląc o sytuacji geopolitycznej, tego jednak nie odczułam. No ale to tylko szort, więc może nie musiałam.

Bidia – dlaczego mam nie lubić, że ktoś mu współczuje?

OK, ok, więc moja reakcja była odpowiednia i takiej oczekiwałeś, w porządku. To dobrze, że ukazałeś szerszy wymiar, że nie wszyscy żołnierze są tymi złymi, ale po prostu znaleźli się w złym czasie, w złym miejscu (co dla większości pewnie jest prawdą). Niemniej brakowało mi odczucia (za pomocą jakiejś scenki/akapitu, która ukazywałaby (a nie opisywałaby), że przynajmniej część żołnierzy jest zła (bo przecież jest). No ale to tylko szort, więc czegoś może przecież brakować. 

Pozdrawiam!

Może rzeczywiście sadysta to za duże słowo, to po prostu chochlik. Właściwie często lubimy takie chochliki, ale głównie wtedy, kiedy czujemy, że inni zasługują na to, co te chochliki im robią

Historie, w których bohater/ka zostaje bez powodu ofiarą jakiegoś zła, a potem mści się okrutnie na prześladowcach, są wciąż popularne i raczej nikt tam nie przejmuje się odczuciami sprawcy. Sprawiedliwa zemsta (często okrutna) nie jest czymś szlachetnym i zapewne odwołuje się do najprostszych instynktów, ale tak to już jest.

Oczywiście, to szort i wiele tutaj nie da się zmieścić, choć przyznaję, że limit jeszcze pozwalał mi włożyć jakąś scenę. Brak zarysowania sytuacji geopolitycznej może boleć, racja, natomiast wynikał raczej z wczucia się w bohatera. Chochlik nie robi tego, bo współczuje Ukrainie, czy nie lubi Rosji, tylko pojawia się tam, gdzie nie jest spodziewany, bo wszystko miało się udać (mówi o tym w tekście). Nie przejmuje się sytuacją geopolityczną.

o dobrze, że ukazałeś szerszy wymiar, że nie wszyscy żołnierze są tymi złymi, ale po prostu znaleźli się w złym czasie, w złym miejscu (co dla większości pewnie jest prawdą). Niemniej brakowało mi odczucia (za pomocą jakiejś scenki/akapitu, która ukazywałaby (a nie opisywałaby), że przynajmniej część żołnierzy jest zła (bo przecież jest).

Racja. To łączy się z tym, co pisałem wyżej. Na pewno uważam, że są w armii rosyjskiej porządni ludzie, ale nie sądzę, aby było ich tam za wielu. Przydałaby się scena, gdzie to zło żołnierzy jest pokazane, aby bardziej usprawiedliwić ich śmierć; może za bardzo zdałem się na wiedzę zewnętrzną czytelnika.

Słuszna uwaga :)

Ech, Zanaisie, okazuje się, że są chochliki i chochliki, a Ty najwyraźniej opisałeś poczynania stworka tego drugiego rodzaju. Niezły miałeś pomysł – bardzo przypadł mi do gustu.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hej, Reg

Znaczy się, za brutalny mój chochlik? No, fakt, to nie taki typ co sika do mleka ;)

Dzięki za wizytę (i brak łapanki :P )

Pozdrawiam serdecznie

Za brak łapanki to ja powinnam podziękować Tobie, Zanaisie. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć, Zanaisie!

 

jestem tylko zakwitłym w październikowym chłodzie krokusem

Ej, no ja taki złośliwy, ani psuja nie jestem…

 

Istotnie inne to opowiadanie o chochlikach, aż mnie trochę ukłuło słowo “chochlik” w oczy, gdy gdzieś się w tekście przewinęło. Ma zbyt dużo beztroski w wydźwięku i mocno kontrastuje z tekstem.

Podoba mi się, że chochlik jest bezosobowy. Taki świadomy pan pech – zły los. Okrutnie przedstawiona wojna, z perspektywy tych, którzy muszą się w tym g***ie babrać. To jest dla mnie największy dysonans tej wojny – ruscy szeregowi są bezmyślnie wysyłani na śmierć, bo pan tak chciał. I żal. Ale potem odkrywają co się działo w Izium, czy jeszcze gdzie indziej… Ech…

 

Pozdrówka i powodzenia w krokusie!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Hej, Krokusie

I tak nic o piesku? ;)

Trochę “przypakowałem” tego chochlika, bez dwóch zdań i rozumiem dysonans między moim a ludowym skrzatem-psujem.

Miło mi, że bezosobowość się spodobała – wydawała mi się bardziej pasować do schematu działania i do natury pecha, którego nie można złapać czy zabić.

Rosja kontynuuje swoje tradycje prowadzenia wojen: sprzętu może mają niewiele, ale ludzi do poświecenia mnóstwo. Smutne.

Dzięki za wizytę i pozdrawiam

Witaj.

 

Przejmujące, niezwykle dramatyczne. Opowiadanie tak realnie pokazuje oblicze wojny, że czytelnik przeżywa każdy opis, każdą sytuację, każdy atak. :(

Najmocniej brzmi dla mnie ten fragment:

Ogłupieni fałszywymi przemowami i wiarą w iluzoryczną potęgę, nie rozumieją, że są tylko naiwnymi nieszczęśnikami, którym uczynioną wielką psotę.

Ich przywódcy zasługują na miano chochlików bardziej ode mnie.

Klik ode mnie to tylko formalność, tekst jest znakomity, brawa! 

Pozdrawiam. 

Pecunia non olet

Hej, bruce

Dzięki za komentarz i pochwały. Cieszę się, że akurat ten fragment Ci się spodobał, bo to właściwie główny motyw tekstu – cała przewrotność sytuacji z punktu widzenia zwykłego żołnierza, oszukanego i wysłanego na śmierć.

Dzięki za kliczek. Pozdrawiam

Dziękuję również. :)

Pecunia non olet

Cześć, Zanaisie.

W nieoczywisty sposób potraktowałeś temat konkursowy i Twój chochlik nie jest tylko małym, psotnym stworzonkiem, tylko naprawdę “czymś więcej” – bardziej pasowałoby do niego określenie “demon”. Twój bohater jest mocno overpowered, ale bardziej interesuje mnie, dlaczego przeszedł ewolucję od wykradania sera i mleka (czyli dosyć niewinnych psikusów) do wymierzania sprawiedliwości w trakcie toczącej się wojny? Jest ten fragment:

 

Wyglądałem wtedy inaczej, ale świat się zmienia i ja także. Wyobrażenie kształtuje formę. Kiedyś małe, psotne stworzenie, dziś… coś nieuchwytnego. Wspomnienia sprawiają, że chichoczę krztuszącym się silnikiem.

I domyślam się, że chochlik dostosowuje charakter do otoczenia, czyli na spokojnej Syberii mógł wywijać nieszkodliwe figle, a na wojnie większy kaliber. Czy tak? ;P

Makabryczne te żarty. Na pewno szort wypada interesująco na tle innych tekstów konkursowych, chociaż utrzymany jest w poważnym i wyjątkowo ponurym tonie. 

Dokładam ostatnią polecajkę do biblioteki. 

Hej, Amonie

Już wyjaśniam, choć może nie jest to najlepsze wytłumaczenie – uznałem, że teraz chochlik to pech: kiedyś skwaszone mleko czy zagubienie czegoś przypisywano chochlikom, teraz się mówi, że miałem pecha. Chochlik jako złośliwość losu stał się czymś niematerialnym, nikt już nie obarcza winą upierdliwego skrzata.

Nie czytałem jeszcze innych tekstów na chochliki (śpieszę się na deadlajn pewnego tekstu), ale cieszę się, że wyszedłem nieco inaczej, nawet jeśli chochlik wyszedł zbyt demonicznie ;)

Dzięki za klika i wizytę.

Pozdrawiam serdecznie

Podobało mi się :)

Przynoszę radość :)

Hej, Anet

Miło mi :)

Mam nadzieję, bo dałam Ci połowę punktów, które miałam do rozdysponowania ;)

Przynoszę radość :)

Anet, teraz to mi milej :P Dzięki!

Interesująca opowieść z perspektywy substancji. Narodzona jakaś zjadliwość w materii, rozchodzi się wszędzie mając wielką moc i świadomość. Przyznam, że straciłem z oczu chochliki po drodze, ale czytałem dalej powoli rozumiejąc koncept. Całe wydarzenia są rozmazane, gdzieś się dzieją niewyraźnie poza rozgrywającą się w myśleniu owej zjadliwości (czy raczej tego niezwykłego chochlika, będącego całą naturą) obserwacją. Takie wrażenie odniosłem, choć spojrzałem jeszcze raz i tam faktycznie pojawiają się w tej masie opowieści konkrety.

Mamy tylko tę perspektywę, choć wydawać by się mogło, że to ogromna perspektywa. Z wiatru, z drzewa, umierającego psa. To lepsze niż obserwatorium. Jedna rzecz mnie zastanawia, treść obserwacji takiego niezwykłego chochlika:

 

Rozkazy wydaje już inny człowiek: próżny, okrutny, głupi.

Brzmi to trochę jak myśli obserwowanego. Dlaczego taki byt jak potężny chochlik, zdolny być niemal wszystkim, miałby oceniać w ten sposób jakąś jednostkę? Czy wynika to z faktu, że pojawił się w psie, który wycierpiał od złych pokazanych w opowiadaniu, a dla Blidy był przyjacielem? Stąd Chochlik jakby wchłonął pieskie emocje? To brzmi jakby miało wtedy sens.

 

Jak śmiertelna choroba, która kradnie miłość naszych bliskich.

 

Czy tak było? To już kwestia istoty tego niezwykłego zjawiska, które okazuje się być chochlikiem.

 

 

Najlepszą wizytówką piszącego są jego komentarze.

Hej, Vacterze

Hm, chochlik z pewnością trochę odmienny od standardowego, ale nie jest całą naturą. Raczej lokalnym zaburzeniem ukierunkowanym na określone działania.

Jedna rzecz mnie zastanawia, treść obserwacji takiego niezwykłego chochlika:

 

Rozkazy wydaje już inny człowiek: próżny, okrutny, głupi.

Brzmi to trochę jak myśli obserwowanego. Dlaczego taki byt jak potężny chochlik, zdolny być niemal wszystkim, miałby oceniać w ten sposób jakąś jednostkę?

Postaci chochlika to błędy w naturze, może przybrać formę czegokolwiek, ale nie zmienia to jego myślenia, czy oceniania. To nadal stworzenie, które pamięta inne czasy i przede wszystkim pamięta ludzi, więc może ocenić ich postępowanie.

Chochlik u mnie to uosobienie pecha i nie chciałem ograniczać czy zarysowywać limitów w jego mocy.

Dzięki za wizytę i pozdrawiam!

Styl jest patetyczny, czasem wpadający w manierę przesady. Zgrzyta trochę naiwna, trochę zbyt prosta ocena żołnierzy, biednych, bo zostali oszukani… Tym niemniej, chochlikowa przyjaźń z Bidią wciągająca i mogłaby rozwinąć się w dłuższą opowieść. Wojna jest straszna i okrutna, a chochlik enigmatyczny. Całkiem udany tekst. Pozdrawiam!

 

Brutalny tekst, ale intrygujący. Pierwsze zdanie świetne, od razu wciągnąłeś mnie w historię. Całość rozwija się powoli, lecz nie brakuje tutaj akcji i mocnych wrażeń. 

Chochlik jest postacią niby dobrą, ale tak naprawdę skrywa mroczny charakter. Zabicie ludzi, których określa jako zagubionych, no cóż, to wydaje się przerażające. :) Ciekawy pomysł i dobrze napisany. Masz świetny styl, szczególnie lubię u ciebie opisy, bo są bardzo wyraziste. 

Pozdrawiam! 

Czytanie książek to najpiękniejsza zabawa, jaką sobie ludzkość wymyśliła

Hej, chalbarczyk

Styl jest patetyczny, czasem wpadający w manierę przesady.

Racja. Taki sam zastosowałem w “Żółte zęby” i przypadł mi do gustu, dlatego jest i tutaj.

Zgrzyta trochę naiwna, trochę zbyt prosta ocena żołnierzy, biednych, bo zostali oszukani…

Nie oceniam ich jednoznacznie. Dopuszczają się ohydnych czynów, jednocześnie władze nie dbają o nich i oszukują. Skomplikowana sprawa, nie do rozstrzygnięcia w takim tekście.

Tym niemniej, chochlikowa przyjaźń z Bidią wciągająca i mogłaby rozwinąć się w dłuższą opowieść

To bardziej zabawa kota z myszą, kaprys chochlika ;)

Wojna jest straszna i okrutna, a chochlik enigmatyczny. Całkiem udany tekst.

Dzięki i pozdrawiam :)

 

Hej, Młody pisarzu

Brutalny tekst, ale intrygujący. Pierwsze zdanie świetne, od razu wciągnąłeś mnie w historię. Całość rozwija się powoli, lecz nie brakuje tutaj akcji i mocnych wrażeń. 

Dzięki, pierwsze zdanie przeszło wiele wersji, zanim skończyło w tej formie.

Chochlik jest postacią niby dobrą, ale tak naprawdę skrywa mroczny charakter. Zabicie ludzi, których określa jako zagubionych, no cóż, to wydaje się przerażające.

Nie nazwałbym chochlika dobrym, raczej wymyka się klasycznemu podziałowi na dobro i zło.

Ciekawy pomysł i dobrze napisany. Masz świetny styl, szczególnie lubię u ciebie opisy, bo są bardzo wyraziste.

Dzięki za miłe słowa i wizytę :)

Pozdrawiam

Hej, Ambush

Piękna historia. Za odebraną historię, podeptaną tradycję, nomadów zastrzelonych podczas przechodzenia na Alaskę i za niszczący wszystko alkoholizm, niech chochliki z Syberii z nimi zostaną.

Przepraszam i teraz nie wiem, czy dokończyć, że Cię po prostu nie zauważyłem? ;p

Zdecydowanie przyłączam się do życzeń, niech chochliki nie tylko z Syberii ich odwiedzą. Właściwie jak się patrzy, co się dzieje z ich zmobilizowanymi, to sami dla siebie są największymi wrogami.

Pozdrawiam i dzięki za wizytę

I to jest właśnie nadęte opowiadanie nastawione na przekaz, na przerost formy nad treścią.

Rodzę się jako zaburzenie w głowie bezdomnego psa.

Okropne, literacka sztuczka i efekciarstwo, za którym nic konkretnego nie idzie, bo cała historia jest wydmuszką.

Jestem cierniem wyrosłym na korze dębu.

Od kiedy to kora dębu ma ciernie?

Rozmawia przez radio, po czym kieruje ludzi dalej na zachód. Żołnierze wchodzą do brzuchów dwóch stalowych bestii.

Chochlik potrafi nazwać radio, ale nie zna słowa czołg. No ale przecież, jakby powiedział czołg, to by nie było efekciarskie.

Rozmawia przez radio, po czym kieruje ludzi dalej na zachód. Żołnierze wchodzą do brzuchów dwóch stalowych bestii.

Silnikiem? A czemuż nie sercem stalowej bestii?

Dowódca to widzi; celuje w twarz mężczyzny ciężkim butem, ale po chwili upada na gnijące liście z krzykiem zaskoczenia – wzniecam skurcz w jego nodze.

To obnaża cały bezsens tej historii. Po co pies liżący rdzę i potem gryzący dowódcę w nogę, skoro chochlik potrafi tak wpływać na ludzkie ciało? Mógłby bez trudu wykończyć dowódcę wywołując chociażby udar. Tylko wtedy nie można by tworzyć takiego tandetnego efekciarstwa, a to przecież najważniejsze.

Wyjaśniłbym mu, że sprowadził mnie on sam i jemu podobni – ich bezkrytyczna pewność zwycięstwa, przekonanie, że wszystko osiągną bez trudu.

Mimo to rozumiem ich: Bidię, Maksima, Antona i pozostałych. Ogłupieni fałszywymi przemowami i wiarą w iluzoryczną potęgę, nie rozumieją, że są tylko naiwnymi nieszczęśnikami, którym uczynioną wielką psotę.

Ich przywódcy zasługują na miano chochlików bardziej ode mnie.

No tak, trzeba czytelnikowi wyłożyć dokładnie co i jak. Przywalić między oczy wyjaśnieniem, streścić, bo może w tym morzu bufonady literackiej się zagubił.

Nie podobało mi się. Nie sądziłem, że można się tak wynudzić czytające tekst na niecałe 8 tys. znaków.

„Przekonania są bardziej niebezpiecznymi wrogami prawdy niż kłamstwa“ – Friedrich Nietzsche

Jestem cierniem wyrosłym na korze dębu. ← poetyckie, ale mi zgrzytnęło.

Dalej dałem się zaczarować. Przekornie nie wesołe, ale piękne. Dobrze, że już w bibliotece, nie muszę tworzyć merytorycznego komentarza. :)

Dzięki, Misiu.

Cierń na korze dębu był specjalnie, jako coś dziwnego, niemożliwego, jak krokus zakwitły zimą, czy inne przypadki w wykonaniu chochlika.

Wesoło nie było, ale cieszę się, że pięknie :) Dziękuję za docenienie i konkurs.

Pozdrawiam!

Nowa Fantastyka