- Opowiadanie: hrabiax - Domofon

Domofon

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

emlisien

Oceny

Domofon

Scho­dząc po scho­dach mia­łem bar­dzo dobry humor. Po­go­da była ide­al­nie wio­sen­na, nie za cie­pło, nie za zimno. Wła­ści­wie już za­po­mnia­łem o po­ran­nym po­grze­bie na któ­rym był pra­wie cały nasz blok. Zmarł mój są­siad. Wła­ści­wie to miesz­kał pię­tro niżej, po prze­ciw­nej stro­nie i tak na­praw­dę to się po­wie­sił. Dość szyb­ko, bo po pię­ciu dniach za­pach spod drzwi już nie mógł być tłu­ma­czo­ny ze­psu­tym je­dze­niem. Śmier­dzia­ło tru­pem i każdy to już wie­dział. To ide­al­nie de­fi­niu­je po­ziom sa­mot­no­ści tego czło­wie­ka. Myślę, że już po trzech dniach w nie­jed­nej gło­wie po­ja­wi­ła się myśl, że tam być może ktoś nie żyje, bo to dość spe­cy­ficz­ny za­pach, ale każdy wolał okła­my­wać sam sie­bie i tro­chę jesz­cze po­cze­kać. Sam je­stem jedną z ta­kich osób, ale teraz to już nie ma zna­cze­nia. 

Nie in­te­re­su­je mnie życie ob­cych ludzi, tak więc nie za bar­dzo in­te­re­so­wa­łem się tym czło­wie­kiem ani za życia, a już tym bar­dziej po jego śmier­ci. Nie można jed­nak było nie usły­szeć o spo­so­bie w jaki po­sta­no­wił pożegnać się z tym światem. Mia­no­wi­cie – jak do­no­szą lo­kal­ni de­tek­ty­wi – po­wie­sił się na pasku od spodni przymocowanym do klam­ki od drzwi ła­zien­ko­wych. Sły­sza­łem już wcze­śniej o po­dob­nych przy­pad­kach i nie­ustan­nie mnie to fa­scy­no­wa­ło. Jak to jest w ogóle moż­li­we, że czło­wiek po­tra­fi po­zba­wić się tak pier­wot­ne­go od­ru­chu i nie ra­to­wać się no­ga­mi, skoro do­ty­ka nimi ziemi? Wi­docz­nie miał dobry powód by tego nie robić.

Na drugim piętrze zagadnął mnie są­siad. Czło­wiek nad wyraz uprzej­my, eme­ryt z nad­mia­rem wol­ne­go czasu. Zwy­kle ogra­ni­cza­li­śmy się do “dzień dobry”, “ale po­go­da” czy “znowu czynsz pod­nie­śli”. Tym razem czu­łem, że na tym się nie skoń­czy. Jego oczy pło­nę­ły od nad­mia­ru in­for­ma­cji i czu­łem, że to ja je­stem tym, dla któ­re­go jest ta opo­wieść i oczy­wi­ście nie my­li­łem się.

– Dzień dobry – ode­zwa­łem się pierw­szy.

– Dzień dobry! – Jak za­wsze po­wie­dział to bar­dzo gło­śno, ak­cen­tu­jąc pierw­sze słowo. – Jak wra­że­nia po po­grze­bie? – dodał znacz­nie ci­szej.

– No cóż. Po­grzeb jak po­grzeb. Dziw­ne tylko, że aż tyle ludzi przy­szło. – Ja też już mó­wi­łem znacz­nie ci­szej. I nagle padło py­ta­nie, na które nie byłem go­to­wy, ale wi­dzia­łem, że pad­nie.

– Ma pan chwil­kę? Wej­dzie pan na mo­ment? Muszę kogoś po­pro­sić o radę, a może pan mi po­mo­że.

Wła­ści­wie nie mia­łem na to ocho­ty. Oczy­wi­ście nie mogło cho­dzić o nic in­ne­go jak tylko o na­sze­go po­cho­wa­ne­go już są­sia­da. Zgo­dzi­łem się, ale jed­no­cze­śnie obie­ca­łem sobie, że jak po pię­ciu mi­nu­tach nie do­wiem się ni­cze­go cie­ka­we­go to wy­cho­dzę.

We­szli­śmy do środ­ka. Nigdy nie byłem w żad­nym innym miesz­ka­niu w tym bloku, poza moim. Za­wsze byłem cie­kaw jak wy­glą­da­ją, ile mają pokoi, jak są roz­miesz­czo­ne i urzą­dzo­ne. To było po pro­stu zwy­czaj­ne. Dawno niere­mon­to­wa­ne, ale czy­ste. Usie­dli­śmy przy stole w kuch­ni, tak jak­by­śmy mieli ja­kieś umó­wio­ne spo­tka­nie. Tutaj roz­ma­wia­li­śmy swo­bod­nie, bez ściszania gło­sów.

– Prze­pra­szam, że tak pana za­cze­piam na klat­ce, ale musi mi pan coś do­ra­dzić, bo już sam nie wiem, co robić.

W tym mo­men­cie za­czął roz­ma­so­wy­wać palce, było widać, że jest ze­stre­so­wa­ny. Chyba nawet mi się udzie­li­ło, bo za­py­ta­łem znacz­nie gło­śniej, niż za­mie­rza­łem.

– Ale co się stało?

– Widzi pan, ten nasz są­siad… On mi się zwie­rzył kie­dyś.

Tutaj na­stą­pi­ła pauza, jakby cze­kał, aż go za­chę­cę do dal­szej opo­wie­ści. Unio­słem tylko wy­mow­nie brwi – za­dzia­ła­ło.

– To było ja­kieś pół roku temu. Sprzą­ta­łem w piw­ni­cy i on nagle staje w progu z bu­tel­ką i pyta czy mam ocho­tę. To nie była wódka tylko jakaś na­lew­ka czy wino, w każ­dym razie słod­kie, ale to nie­waż­ne. Była so­bo­ta, późne po­po­łu­dnie, sa­mo­cho­dem już nie pla­no­wa­łem je­chać, więc się zgo­dzi­łem. Pa­mię­tam, że się wtedy zdzi­wi­łem, ale z dru­giej stro­ny napić się z są­sia­dem w piw­ni­cy to nic ta­kie­go, praw­da?

Kiw­ną­łem tylko głową. Za­czą­łem się już lekko nie­cier­pli­wić, ale cze­ka­łem na roz­wój opo­wie­ści.

– No i widzi pan, usie­dli­śmy sobie, na­la­li­śmy i on od razu mówi do mnie, że ma po­waż­ny pro­blem i że już nie wie do kogo się zwró­cić bo nikt tego nie trak­tu­je po­waż­nie. Cho­dzi­ło o to, że kilka razy w ty­go­dniu, z re­gu­ły wie­czo­rem dzwo­nił mu do­mo­fon.

No cóż, tutaj po­zwo­li­łem sobie na mały uśmie­szek.

– Uśmie­cha się pan, tak jak ja wtedy. Cho­dzi­ło o to , że to był dźwięk do­mo­fo­nu taki jak wtedy, kiedy ktoś na dole otwie­ra drzwi kodem. Wie pan, numer miesz­ka­nia, krat­ka, kod i klu­czyk, wtedy w miesz­ka­niu sły­chać taki po­je­dyn­czy dźwięk. Tylko, że on miesz­kał sam i jak twier­dził tego kodu nikt nie znał. On sam nigdy nie był pe­wien i z re­gu­ły otwie­rał klu­czem. Więc jak to się stało pierw­szy raz to po pro­stu po­my­ślał, że albo mu się prze­sły­sza­ło albo ja­kimś cudem ktoś się po­my­lił. Ale dwa albo trzy dni póź­niej znowu wie­czo­rem usły­szał ten dźwięk. Pod­szedł do do­mo­fo­nu, pod­niósł słu­chaw­kę i za­py­tał czy ktoś tam jest, ale nikt się nie ode­zwał. Więc zszedł na dół, ale tam też ni­ko­go nie było. No i co by pan sobie po­my­ślał?

– Albo, że ktoś sobie robi żarty, albo że do­mo­fon jest ze­psu­ty. Co in­ne­go? Zgło­sił to do spół­dziel­ni?

– No i widzi pan, oczy­wi­ście, że zgło­sił. Zgło­sił to w pią­tek, a w po­nie­dzia­łek przy­szedł elek­tryk. W tym cza­sie nic się nie wy­da­rzy­ło, do­mo­fon nie wydał żad­ne­go dźwię­ku. Elek­tryk wszyst­ko spraw­dził. I na tej kon­so­li na dole, i do­mo­fon w miesz­ka­niu i nic nie zna­lazł. Wszyst­ko dzia­ła­ło tak jak po­win­no. No i niech pan sobie wy­obra­zi, tego sa­me­go dnia, punkt dwu­dzie­sta pierw­sza i znowu dźwięk do­mo­fo­nu.

Trud­no mi w to było uwie­rzyć, ale nie dałem tego po sobie po­znać. Za­miast tego za­py­ta­łem:

– Dla­cze­go go w takim razie nie wy­łą­czył? Chyba i tak go nikt nie od­wie­dzał?

– No wła­śnie! O to samo go za­py­ta­łem. Oka­za­ło się, że nieraz go wy­łą­czał, ale to nic nie po­ma­ga­ło. Dźwię­ku nie było sły­chać, ale jak tylko zbli­ża­ła się dwu­dzie­sta pierw­sza to on czuł, że to się i tak dzie­je. Więc wolał już to usły­szeć niż sobie to wy­obra­żać. Jest jesz­cze jedna rzecz. Wie pan ile czasu zaj­mu­je doj­ście z par­te­ru na trze­cie pię­tro pod drzwi numer dzie­więt­na­ście? Do­kład­nie dwa­dzie­ścia dwie se­kun­dy. Sam to nawet spraw­dzi­łem i wy­szło mi tyle samo. Bo za każ­dym razem jak ten do­mo­fon dzwo­nił, do­kład­nie po tym cza­sie miał wra­że­nie, że ktoś stoi pod drzwia­mi. No i wie pan co?

– Ni­ko­go tam nie było?

– Wła­śnie! No i widzi pan, ja to panu mówię, jak już jest po wszyst­kim, a widzę, że pan i tak za bar­dzo w to nie wie­rzy. To niech pan sobie wy­obra­zi, że mówi to panu ktoś obcy, w piw­ni­cy, przy na­lew­ce.

– Pan się tym za­drę­cza? Prze­cież to nie pana wina. To był do­ro­sły facet, zro­bił co zro­bił. Chyba , że to pan tym do­mo­fo­nem dzwo­nił?

– No co pan. Cho­dzi o to, że moim zda­niem to wła­śnie przez ten do­mo­fon on się po­wie­sił. Że wpadł w jakiś obłęd, czy co i nikt mu nie po­mógł. A ja o tym wie­dzia­łem. Żeby mi teraz nie od­wa­li­ło.

– Nie wy­da­je się to panu dziw­ne? Z re­gu­ły wszyst­ko da się wy­tłu­ma­czyć w ra­cjo­nal­ny spo­sób. Jak do­mo­fon może sam dzwo­nić, a wła­ści­wie sam sobie wpi­sać kod? I to o jed­nej kon­kret­nej go­dzi­nie? Nie był chory psy­chicz­nie cza­sem?

– Wie pan ile razy się nad tym za­sta­na­wia­łem? Że może sobie to wy­my­ślił, albo że tam mu bra­ku­je pią­tej klep­ki. Ale jakby pan go wtedy sły­szał w tej piw­ni­cy. To był za­ła­ma­ny czło­wiek, ale wszyst­ko opo­wie­dział tak zwięź­le i do­kład­nie, że nie można było w to nie uwie­rzyć.

– No cóż. Niech się pan za­sta­no­wi, co mógł pan zro­bić? Nic. Wy­słu­chał go pan i tyle. Nie pro­sił o żadną pomoc więc nie ma o czym roz­my­ślać. – Ude­rzy­łem dłoń­mi w uda na znak, że mój czas się skoń­czył. Są­siad na szczę­ście przy­jął to ze zro­zu­mie­niem. Po­że­gna­li­śmy i wy­sze­dłem. 

 

Dzień minął dosyć szyb­ko, za szyb­ko. Wie­czo­rem jak w każdą so­bo­tę po­je­cha­łem na basen, wy­po­cić wszyst­kie pro­ble­my koń­czą­ce­go się ty­go­dnia. Gdy wra­ca­łem włą­czy­łem nawet sto­per przy drzwiach od klat­ki i fak­tycz­nie do­sze­dłem pod fe­ral­ne miesz­ka­nie w dwa­dzie­ścia jeden se­kund, więc po­dob­nie. Uśmiech­ną­łem się tylko sam do sie­bie na myśl o moim są­sie­dzie.

Uwielbiam wchodzić do wysprzątanego mieszkania, a lekki zapach chloru dodaje temu miejsce nieco więcej sterylności. Na wie­czór nie mia­łem żad­nych pla­nów. Za­czą­łem przy­go­to­wy­wać lekką ko­la­cję, póź­niej chcia­łem zo­ba­czyć wia­do­mo­ści.

Kla­sycz­na ko­la­cja, or­ki­szo­wy chleb, żółty ser i po­mi­dor ma­li­no­wy. Z dru­gie­go po­ko­ju usły­sza­łem, że wia­do­mo­ści już się za­czy­na­ją, czyli wy­bi­ła dwu­dzie­sta pierw­sza.

I wtedy dźwięk wpi­sa­ne­go kodu na do­mo­fo­nie wy­peł­nił całe miesz­ka­nie.

 

 

Koniec

Komentarze

Hej!

Garść uwag na początek: 

To idealnie definiuje poziom samotności tego człowieka. Myślę, że już po trzech dniach w niejednej głowie pojawiła się myśl, że tam być może ktoś nie żyje, bo to dość specyficzny zapach, ale każdy wolał okłamać sam siebie i trochę jeszcze poczekać.

W tym miejscu zdecydowanie lepiej pasuje aspekt niedokonany czasownika, tzn. “okłamywać samego siebie”; w przeciwieństwie do okłamania kogoś, co może nastąpić jednokrotnie, siebie raczej okłamujemy poprzez ciągłe wypieranie lub zaprzeczanie nawracających, dręczących nas myśli.

Zwykle ograniczyliśmy to się “dzień dobry”, “ale pogoda” czy “znowu czynsz podnieśli”.Zwykle ograniczyliśmy to się “dzień dobry”, “ale pogoda” czy “znowu czynsz podnieśli”.

Tutaj miało być “się do” jak mniemam.

– Dzień dobry! – Jak zawsze powiedział to bardzo głośno, akcentując pierwsze słowo. -Jak wrażenia po pogrzebie? – powiedział znacznie ciszej.

Powtórzenie. Sugeruję na miejscu drugiego “powiedział” zastosować “dodał”.

Ma pan chwilkę? Wejdzie Pan na moment? Muszę kogoś poprosić o radę, a może pan mi pomoże.

To “pan”, podobnie jak wszystkie pozostałe, które potem pojawiają się w tekście, powinno być napisane z małej litery.

Nigdy nie byłem w żadnym innym mieszkaniu w tym bloku, po za moim

“Poza” piszemy łącznie.

To nie była wódka tylko jakaś nalewka czy wino, w każdym razie słodkie, ale to nie ważne.

Podobnie “nieważne” w tym znaczeniu.

Wieczorem jak w każdą sobotę pojechał na basen, wypocić wszystkie problemy kończącego się tygodnia.

Powinna być pierwsza osoba liczby pojedynczej.

Widzę, że masz skłonność do gawędy; ja podobnie. Czasami to dobrze, a czasami źle, kiedy zamiast rozpocząć akcję, snuje się gawędziarskie wstępy. U Ciebie jednak mam wrażenie ta skłonność ładnie się skomponowała w tym krótkim, jednowątkowym opowiadaniu. Moim zdaniem bardzo ładnie uwidacznia centralny motyw nawiedzonego (?) domofonu, również napięcie jest budowane nie przez akcję, ale poprzez dialog. Komuś może się to nie spodobać, ale moim zdaniem zbudowanie całego opowiadania na jednym dialogu sprawdziło się całkiem nieźle. Widać, że masz zadatki do tego, by pisać tego typu narracje, masz słuch i Twoje dialogi brzmią wiarygodnie. Nie każdemu ta sztuka wychodzi na początku.

Przy okazji poruszasz też trochę głębszych problemów, psychologii tłumu (tutaj raczej: społeczności bloku), a ta ludzka obojętność, która jest jak najbardziej autentyczna i realna, bardzo dobrze akcentuje tą paranormalną historię.

Pozdrawiam!

Dzięki Maldi za wprawne oko, błędy poprawione.

powiesił się na pasku od spodni przymocowanego do klamki z drzwi łazienkowych ← przymocowanym

Pomysłowe. Chyba lepiej będzie, jeżeli nie wyłączę domofonu. Będę myślał, że się popsuł. Byłoby gorzej, gdyby dźwięczał wyłączony. I po co to czytałem?

Jak niewiele trzeba, żeby było creepy :-) Bardzo fajnie zbudowałeś klimat hrabioxie! 

Koala75, najmocniej przepraszam…

emlisien, merci beaucoup!

W sumie fajny tekst, od razu zaciekawia, i płynnie się czyta. Może przydałoby się trochę zagęścić atmosferę, bo jednak horror to taki skromny, powiedziałbym, w wersji light.

Zgrzytnęło mi tam coś – “jak donoszą lokalni detektywi” – brzmi to dziwacznie. Detektywi niczego nie donoszą, co najwyżej prowadzą śledztwo albo je zamykają. No i “lokalni’, to znaczy że osiedlowi?

 

“Na wysokości drugiego piętra..” – też nie za bardzo. To tak jakby ktoś wspinał się po zewnętrznej stronie budynku i zatrzymał się na wysokości drugiego piętra. Po prostu na drugim piętrze.

Agroeling, cieszę się, że dobrze się czytało!

Produkty w wersji light też potrafią być smaczne, a z wysokością drugiego piętra, hm, cóż, nikt się tutaj nie wspina, więc wypada poprawić.

 

Pozdrawiam!

Mamy tu dość osobliwy i niezrozumiały przypadek samowłączającego się domofonu. A ponieważ rzecz nie została wyjaśniona i nagle dotknęła kolejnego lokatora, domyślam się, że na jednym śmiertelnym zejściu ta sprawa się nie skończy.

Czytałoby się nieźle, gdyby usterki nie odebrały mi części przyjemności z lektury.

 

Nie in­te­re­su­je mnie życie ob­cych ludzi, tak więc nie za bar­dzo in­te­re­so­wa­łem tym człowiekiem… → Chyba miało być: Nie in­te­re­su­je mnie życie ob­cych ludzi, tak więc nie za bar­dzo in­te­re­so­wa­łem się tym człowiekiem

Czy to celowe powtórzenie?

 

o spo­so­bie w jaki po­sta­no­wił od­pra­wić się z tego świa­ta. → Czy sąsiad na pewno odprawił się?

 

Na dru­gim pię­trze za­ga­ił mnie są­siad. → Można zagaić obrady/ zebranie/ rozmowę, ale nie można zagaić kogoś.

Proponuję: Na dru­gim pię­trze zagadnął mnie są­siad.

 

-Jak wra­że­nia po po­grze­bie? → Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza.

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi.

 

Tutaj roz­ma­wia­li­śmy swo­bod­nie, bez ści­szo­nych gło­sów. → Tutaj roz­ma­wia­li­śmy swo­bod­nie, bez ści­szania gło­sów. Lub: Tutaj roz­ma­wia­li­śmy swo­bod­nie, nie ściszając gło­sów.

 

W tym mo­men­cie za­czął roz­ma­so­wy­wać swoje palce… → Zbędny zaimek – czy rozmasowywałby cudze palce?

 

Oka­za­ło się, że nie raz go wy­łą­czał… → Oka­za­ło się, że nieraz go wy­łą­czał

 

do­mo­fon dzwo­nił, do­kład­nie po po tym cza­sie… → Dwa grzybki w barszczyku.

 

gdy wcho­dzi się do wy­sprzą­ta­ne­go miesz­ka­nia po wi­zy­cie na ba­se­nie. → Czy bytność na basenie na pewno można nazwać wizytą?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy, bardzo dziękuję za cenne uwagi i sugestie. Ze wszystkim się zgadzam i wszystko już poprawiłem.

 

Dobre pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz. Postaram się, by drugie było lepsze. : )

Bardzo proszę, Hrabiaksie. Miło mi, że uznałeś uwagi za przydatne.

Pozostaję z nadzieją, że drugie wrażenie będzie znacznie lepsze od pierwszego. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie powala, ale czytało się dobrze. Klimat się udał, podczas lektury zerknęłam podejrzliwie w stronę domofonu :)

Jedyne moje zastrzeżenie: czemu wszyscy byli na pogrzebie sąsiada, skoro był wszystkim tak obojętny, że przez ileś dni nikt nawet nie sprawdził czy żyje? Sam narrator przyznaje: “Nie interesuje mnie życie obcych ludzi, tak więc nie za bardzo interesowałem się tym człowiekiem ani za życia, a już tym bardziej po jego śmierci.” To czemu pofatygował się na pogrzeb?

Kosmos to bazgranina byle jakich wielokropków!

Mindenamifaj, cieszę się, że chociaż trochę się podobało.

Muszę przyznać, że sam byłem zdziwiony, że wszyscy poszli. Tak to już na tych osiedlach jest, ludzie przyzwoici i ciekawscy ; )

Pomysł bardzo dobry i wywołał ciarki. Pod względem technicznym można by podciągnąć to i owo, rzucają się w oczy niepotrzebne entery. 

Dzięki zygfryd89! Ciągle się uczę.

Nowa Fantastyka