- Opowiadanie: Zanais - Cess i szkatułka szczęścia

Cess i szkatułka szczęścia

Opowiadanie ukazało się NF 8/22.

Jest, jakie jest, ale jest. Tagi doskonale oddają, czego się spodziewać ;)

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Cess i szkatułka szczęścia

 

Jaskinia Kciukogniota przypominała gębę pijaka – wilgotna, ciemna i śmierdząca straconymi złudzeniami, czy raczej, w tym przypadku, ściekami oraz odchodami szczurów. Cess stawiała ostrożnie kroki pomiędzy spienionymi kałużami a skupiskami gryzoni, które wcale nie wyglądały na przestraszone jej obecnością. Gęsto zawieszone na ścianach lampy oliwne dawały sporo światła oraz jeszcze więcej dymu, dodatkowo zanieczyszczając cuchnące powietrze.

– Ty jesteś Cess? – z męskiego głosu wyraźnie przebijało rozczarowanie.

Kciukogniot tkwił wciśnięty w absolutnie za mały tron jak korek w butelce. Watażka garbarskiej dzielnicy, pan życia i śmierci na przestrzeni pięciu ulic, lord zbrodni z pożałowania godnym terytorium. Długa szata okrywała tłuste ciało, twarz niknęła pod głębokim kapturem. Wystawał tylko potrójny podbródek, największy, jaki Cess kiedykolwiek widziała, rozrośnięty niczym napęczniały od krwi ogromny kleszcz.

Koło olbrzyma stała brązowoskóra kobieta ubrana w długą kolczugę i z wielkim mieczem u pasa. Ręce trzymała skrzyżowane na piersiach, patrząc na Cess spod zmrużonych, podkreślonych henną oczu, a wyraz jej twarzy zgadzał się z rozczarowaniem Kciukogniota.

Cess stanęła naprzeciw tronu, zachwiała się lekko i uniosła dumnie głowę. Niech południowe pogranicze cywilizowanego świata pozna klejnot Cechu Posłańców!

– We własnej – czknęła, próbując opanować mdłości – osobie.

Nie miała się czego wstydzić przed tymi dzikusami. Absolutnie! Przynajmniej mówili w poimperialnym. Miała już dość tubylców z ich świergoczącym językiem.

– Jesteś pijana – bardziej stwierdził, niż zapytał watażka.

– Sądzę, że na trzeźwo bym tu nie zeszła. – Podniosła nogę, by przepuścić parchatego szczura, i prawie straciła równowagę. – Dość tych komplementów. Podobno szukasz posłańca do… do…

– Clemenh – podpowiedział Kciukogniot.

– Właśnie.

Gdzie, do licha, było Clemenh? Cess spróbowała przypomnieć sobie najbliższe większe osady, ale jej mapa w głowie, prócz pobliskich tawern, zawierała wyłącznie białe plamy.

– Clemenh w Zaganie – dodał watażka.

– Oczywiście! – prychnęła. – Jest jakieś inne?

Gdzie, do licha, była Zagana?

Roześmiała się krótko, co bardziej przypominało chrumknięcie. W jej brzuchu zaczęło narastać niepokojące uczucie, coś w rodzaju zawiedzionego bulgotu.

– Podobno dobrze płacisz. – Cess obnażyła zęby na samo wspomnienie o złocie.

– Czterysta imperów, ale nie jestem pewien, czy zrobiłaś dobre pierwsze wrażenie.

– Zyskuję na bliższym poznaniu. – Rozciągnęła wargi jeszcze szerzej.

Czterysta monet z podobizną imperatora wystarczyłoby na bilet do domu. Na kochaną, chłodną Północ. Rozmarzona Cess odetchnęła głęboko, a wtedy dreszcze przeszyły ją od stóp do głów i zawartość żołądka postanowiła ujrzeć światło dzienne.

Zakryła usta dłonią, co okazało się daremnym gestem. Wymiociny chlusnęły spomiędzy palców i spłynęły na podłogę.

– Może – powiedziała, gdy już odzyskała głos – jednak nie.

Zapadła cisza, przerywana piskami zdziwionych szczurów i chrobotem małych łapek. Cess przesuwała wzrokiem od Kciukogniota do kobiety w zbroi i z powrotem, ale nikt się nie odezwał. Za to brązowoskóra patrzyła teraz na nią jak na przyklejone do podeszwy buta odchody gryzoni. Pierwsze wrażenie, niech to szlag!

Cess splunęła, wytarła usta rękawem, po czym spróbowała znów się uśmiechnąć.

– Prze… praszam. – Uprzejmość to podstawa negocjacji. Przez chwilę chciała dygnąć, ale strach przed upadkiem okazał się silniejszy.

– W Zaganie trwają rozruchy. Kto wie, czy nie dojdzie do rewolucji. – Kciukogniot zabębnił paluchami o poręcz tronu. – Kraj jest zamknięty. Trudno o przepustkę, ale dyplomowani posłańcy przekroczą granicę bez trudu. Wiesz, co mi powiedzieli w Cechu, gdy jednego szukałem?

– Zaskocz mnie – odparła. Czemu nie dyskutują o interesach nad kuflem czegoś mocniejszego? A gdyby tak zaproponować spotkanie w karczmie…

– Że tylko Cess jest na tyle głupia, aby pojechać teraz do Clemenh. Wyrobiłaś sobie pewną reputację. – Podbródek zafalował od tłumionego śmiechu. Cess znów poczuła mdłości.

– Dziękuję. – Zmarszczyła brwi. Jakaś natrętna myśl, że to wcale nie był komplement, pojawiła się w jej głowie, ale zniknęła szybko, przegoniona oparami alkoholu.

Watażka burknął coś pod nosem, sięgnął w fałdy swej obszernej szaty i wyjął czarną szkatułkę.

– Cech twierdzi, że posłańcowi może towarzyszyć jedna osoba.

– Owszem, czasem trzeba ochroniarza, albo jak pakunek jest za ciężki.

– Batana pojedzie z tobą. Dopilnuje, abyś nie zniknęła po drodze.

Cess pracowała sama. Każdy o tym wiedział. Dlaczego on nie? Gdy człowiek podróżuje bez towarzystwa, to wybiera nocleg, jaki mu odpowiada, jedzenie i, co najważniejsze, trunki. Dwie głowy to o jedną za dużo.

– Mam coś do powiedzenia w tej kwestii? – zapytała z nadzieją.

– Nie.

– Tak myślałam.

Zbrojna splunęła na podłogę.

– Nie będę niańczyć jakieś pijaczki.

Kciukogniot walnął pięścią w oparcie, które, o dziwo, wytrzymało.

– Zrobisz, co mówię! Clemenh! Spotkacie się z klientem w tamtejszej karczmie i sprzedacie mu szkatułkę, zrozumiano? Wyruszacie sarihą jutro po trzeciej modlitwie spod Domostwa Kół.

Cess uniosła brwi. Zdecydowanie musiała się napić. I te słowa o pijaczce. Do kogo to było? Tubylcy są dziwni. Nieważne. Wróci teraz prosto do tawerny i…

Czym, do licha, jest sariha?

 

***

 

Gdy miesiąc temu Cess stała na pokładzie cumującego statku, myślała, że wie wszystko o Berbenie – mieście, które przyjmowało łapczywie każdą nowość i każdego podróżnika, zabierało skrawek ich egzotyki i dołączało do wielobarwnej kolekcji kultur z całego świata. Prawdziwy klejnot Południa, jak opowiadali na dalekiej północy kupcy w bogatych strojach.

Parę dni po zejściu na ląd Cess wyrobiła sobie o Berbenie własne, zdecydowanie mniej pochlebne zdanie. Jak każdy port, ten również ociekał brudem, pyłem i, co najgorsze, smrodem, który w tutejszym pełnym słońcu jeżył włoski w nosie. Cess wątpiła, aby gawędziarscy kupcy tak naprawdę kiedykolwiek odwiedzili Berbenę. Albo po prostu gadali głupstwa dla chętnych uszu. Pełni gówna kłamcy!

Pragnęła wrócić do domu, a do tego potrzebowała złota Kciukogniota. Jedna robota i wypłynie stąd bez cienia żalu.

Nazajutrz po wizycie w jaskini watażki Cess zaleczyła kaca w jedyny bohaterski sposób – leżąc na zarobaczonym sienniku i wlewając w siebie resztki cierpkiego wina z glinianych butelek. Gdy już potrafiła ustać na nogach, a żołądek wrócił na swoje miejsce, włożyła spodnie, koszulę i z trudem wcisnęła stopy w lekkie buty. Czas do umówionego odjazdu spędziła w tawernie nad dzbanem piwa. W końcu słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, a pogoda przestała przypominać wnętrze rozgrzanego pieca. Metodą prób i błędów Cess zawiązała na głowie długą chustę, tak jak czynili niektórzy tubylcy. Z żalem napełniła bukłak wodą – wolałaby porządny zapas piwa, ale obiecała sobie, że tę robotę wykona na trzeźwo, a w skwarze Południa niewiele trzeba, aby się upić. Czas na zabawę nadejdzie, gdy dojadą do Clemenh. Z tym mocnym postanowieniem przypięła do pasa sztylet z cienkim ostrzem i ruszyła w stronę Domostwa Kół.

Przez chwilę rozważała, czy nie spróbować przemknąć bocznymi alejkami, ale nie chciała zabłądzić wśród setek jednakowych budynków z cegły i piaskowca, pożółkłych od wszędobylskiego pyłu. Z ciężkim sercem i przekleństwem na ustach obrała więc kierunek na jedną z głównych ulic.

Biała skóra działała na tutejszych handlarzy jak zwłoki na muchy. Cess próbowała ją ukrywać. Zakładała woale i suknie po kostki, z kolei żółte krótkie włosy kryła w cieniu głębokiego kaptura – wszystko na próżno. Uliczni sprzedawcy wyczuwali obcokrajowca niczym pies zagrzebaną kość. W końcu przestała się przejmować.

Żar słabł do znośnych rozmiarów, więc ludzi przybywało z każdą minutą – krzykliwych mężczyzn, odzianych w długie jasne szaty kontrastujące z ciemnymi twarzami, i milczących kobiet w czerni i błękicie.

 – No chodźcie, dranie – mruknęła Cess pod nosem na widok spieczonych słońcem twarzy, które obracały się do niej z błyskiem w oczach. W kilka chwil otoczyli ją tubylcy, świergocząc, gwiżdżąc i przekrzykując się nawzajem.

– Na co mi dywan, durniu?! – warknęła na chłopaka z dziurą zamiast oka. Ledwo go odepchnęła, stanął przed nią starzec z trzepoczącym kogutem w klatce. – Tak, świetny ptaszek, zabieraj go – powiedziała ostro.

Jej słowa trafiały w pustkę, zagłuszone wrzaskami sprzedawców. Przypomniała sobie moment, gdy po raz pierwszy zeszła na ląd po długiej podróży. W drodze do karczmy wciśnięto jej po okrutnie zawyżonych cenach dwie papugi i zdecydowanie za dużo daktyli. Na szczęście okazały się smaczne.

A zbyt słodkie daktyle wyrzuciła.

Niespodziewanie poczuła męską dłoń na pośladku. Za plecami ktoś zarechotał, przy wtórze chichotów innych mężczyzn.

Tego było już za dużo! Odwróciła się, jednocześnie zginając łokieć i zaciskając pięść. Trafiła brodatego tubylca prosto w obnażone zęby. Całkowicie zaniedbane i poczerniałe, jak zdążyła zauważyć.

Zapadła cisza, nawet kogut patrzył zaciekawiony. Uderzony mężczyzna wciąż stał. Otworzył zakrwawione usta, jakby miał zamiar coś powiedzieć, zabulgotał, oczami zrobił zeza, w końcu osunął się i upadł w piach.

Złość minęła tak szybko, jak się pojawiła.

– Zaraza – burknęła Cess. Jak na sygnał dookoła wybuchła wrzawa.

Handlarze wyrzucali ręce do góry, krzycząc ze zmarszczonymi brwiami, kogut aż chrypiał, dywan na ramieniu jednookiego młodzieńca trząsł się i groził rozwinięciem. Nagle wszyscy wskazywali brudnymi palcami na Cess i wrzeszczeli, najwyraźniej wołając patrol straży.

Próba nieudolnych tłumaczeń w imperialnym lochu nie stanowiła najlepszej perspektywy na spędzenie wieczoru. Przeklęte Południe! Co z tego, że była niewinna? Drań zasłużył na wybite zęby, ale lepiej nie kusić losu. Rzuciła się do ucieczki, łokciami rozpędzając przechodniów. Twarze wokół migały i znikały, wszystkie podobne do siebie. Z tyłu słyszała podniesione głosy, ale kogo to obchodziło? Niech spróbują ją złapać!

Zdyszana i przepocona dotarła wreszcie na wielki plac, okalający gmach z fasadą pełną krzywo namalowanych kół.

Odskoczyła, by nie wpaść pod skrzypiący wóz wyładowany szarymi workami. Dookoła, przy trzaskach batów, podjeżdżały i odjeżdżały wielkie powozy, między nimi pędzili jeźdźcy na parskających koniach. Jedne grupy tragarzy, kupców i pasażerów wchodziły do Domostwa Kół, drugie wychodziły, trzaskając brudnymi drzwiami. Wszystko w wielkim pośpiechu, nieładzie i chaosie. Cess stała zagubiona, kaszląc od kurzu i rozglądając się w poszukiwaniu Batany. Jak tu cokolwiek znaleźć? Przeklęte Południe!

– Cess, tutaj!

Głos Batany dobiegał gdzieś spod ściany Domostwa. Albo i nie. W panującym zgiełku Cess nie ufała własnym uszom. Przemknęła przez wszechobecną chmurę pyłu, z trudem unikając rozpędzonych wierzchowców oraz nerwowych pieszych, aż ujrzała twarz ciemnoskórej wojowniczki siedzącej w środku sarihy.

Okazało się, że sarihą był smutny powóz z zamkniętą kabiną, zaprzęgnięty w cztery potężne konie o różnej maści. Czarna farba odłaziła płatami z drewnianych ścian. Na dachu linami przymocowano bagaże, w tym coś, co wyglądało na całkiem sporą kuszę. Siedzący na koźle znudzony woźnica w słomkowym kapeluszu dłubał w nosie.

Cess wyjęła i pomachała swoimi papierami.

– Mam miejsce w tym… czymś.

Mężczyzna spojrzał, co wygrzebał z nosa, i pstryknął palcami, wysyłając znalezisko gdzieś w piach.

– Wsiadaj.

Cess otworzyła drzwiczki i wpakowała się do środka.

Przodem do kierunku jazdy siedziała Batana, tym razem bez zbroi, za to w szerokich spodniach i zdecydowanie zbyt skromnej koszulce, odsłaniającej chudy, umięśniony brzuch. Cess odruchowo położyła ręce na swoim, który zawierał kilka niechcianych fałdek, a mięśnie uparcie kryły się pod warstewką tłuszczu. Przez ramię Batana przewiesiła sobie niewielką torbę, gdzie zapewne schowała szkatułkę.

Obok wojowniczki siedział mały człowieczek o skórze czarnej jak káva, miejscowy aromatyczny napój. Gdyby nie siatka zmarszczek na twarzy, Cess uznałaby go za dziecko. Co dziwne, nie posiadał na głowie ani jednego włoska, nawet brwi i rzęs. W ustach trzymał niewielką fajkę, z której ulatywały smużki szarego dymu.

Cess spoczęła przy podstarzałej kobiecie o mlecznej karnacji i wyrazie twarzy, jakby bez przerwy żuła cytrynę. Mimo panującego upału włożyła wytworną długą suknię zapiętą pod samą szyję. Machała wściekle wachlarzem w zielone wzorki.

Batana pochyliła się do przodu. Cess nie mogła przestać gapić się na jej włosy, wyglądające jak dziesiątki warkoczyków sięgających aż do ramion. Co za dziwna moda…

– Masz przepustkę? – Batana pstryknęła palcami przed jej nosem.

– Oczywiście, rozmawiasz z profesjonalistką.

– W porządku – odparła, choć nie wyglądała na przekonaną. Stara śpiewka, uznała Cess. Jak zwykle nowi klienci musieli dopiero poznać się na jej zdolnościach, brawurze i uczciwości.

– To już wszyscy?! – krzyknął woźnica.

– Wszyscy! – odpowiedziała Batana.

Cess obejrzała każdego ze współpasażerów. Biała dama spod okienka, brązowa Batana i czarny jak smoła karzełek. Do tego opalona Cess. Ledwo powstrzymała parsknięcie.

– Dobrana z nas gromadka – powiedziała z uśmiechem. Trzy pary zmrużonych oczu spojrzały na nią ze zdziwieniem. Zapadła krępująca cisza. – To będzie wesoła podróż –mruknęła do siebie i wystawiła głowę przez okienko.

Woźnica strzelił batem i sariha ruszyła.

 

***

 

Koła grzechotały po trakcie, drewno jęczało, śruby skrzypiały, a konie rżały. Wóz mijał poprzecinane kanałami irygacyjnymi pola uprawne. Zgarbieni niewolnicy w pocie czoła kopali nowe rowy. Pojawiali się w zasięgu wzroku i znikali po chwili wraz ze swoim tragicznym losem.

Słońce wisiało nisko, ale upał wciąż trzymał.

Podróż przebiegała w milczeniu, jeśli nie liczyć okazjonalnych westchnięć najwyraźniej zirytowanej staruszki.

Cess pociągnęła mocno z bukłaka i skrzywiła twarz ze wstrętem. Ciepła woda przesiąknięta zapachem gorącej koziej skóry przypominała w smaku roztopiony but.

Uznała, że starczy tej ciszy. Lubiła gadać, lubiła też słuchać, spotykać nowych ludzi. Między innymi dlatego została posłańcem. No i dla złota, prestiżu i poczucia dobrze wykonanego zadania, możliwości odwiedzenia ciekawych miejsc, poznania egzotycznych kultur… ale głównie dla złota. Krajobraz zmienił się w monotonne kamieniste pustkowie, którego jedyną atrakcją były rdzawe kamienie.

Cisza.

Zamknięci we czworo w pędzącej trumnie, a nikt nawet ust nie otwiera. Cess aż język świerzbił od nieużywania. Bogowie, nie wytrzyma! To zadanie dla niej! Będzie jak rwąca rzeka miażdżąca nurtem tamę milczenia.

Poklepała się otwartymi dłońmi po nogach i zagwizdała króciutko.

Bez rezultatu.

Arystokratka wzdychała z twarzą w oknie, Batana trzymała torbę na kolanach i wbijała w nią wzrok, jakby wiozła własne dziecko, a śmieszny człowieczek, marszcząc brwi, palił fajeczkę, najwyraźniej zatopiony we własnych myślach.

– Jakaś nowa moda? – Cess wyszczerzyła do niego zęby.

Zamrugał zdziwiony.

– Słucham?

– To jakiś nowy styl? Tak bez włosów? Kult? Wyznanie? Pan z daleka? Zupełnie bez włosów. Pan całkiem, że tak powiem, znaczy wszędzie… jak oskubany kurczak?

– Wypadek przy pracy, droga pani. Jestem alchemikiem.

– Alchemik, tak? Znałam kiedyś jednego. Degrano się zwał. Robił mikstury dla dziewczyn w domu uciech, wie pan? – Puściła oczko do alchemika. – Żeby nie zaszły. Wyobraź pan sobie, że raz pomylił składniki. Tragiczna sprawa. W ciągu miesiąca każda z dziewczyn w ciąży. Bogowie, jak się właściciel zeźlił. Podciął gardło biednemu Degrano.

– Przykra historia. – Alchemik wyglądał na prawdziwie poruszonego dramatem konfratra. Położył otwartą dłoń na sercu i skinął głową. – Din Valadż.

– Cess. Tylko Cess. Miło mi poznać. Martwiłam się, że będziemy siedzieć w milczeniu przez całą drogę. Opowiem panu jeszcze…

Dama odwróciła głowę od okna. Zmierzyła Cess przez wąską szczelinę oczu.

– Pani daruje sobie te opowieści dla żądnego głupich rozrywek plebsu!

– Chwila, kogo nazywasz głupią, stara pudernico?

– Wypraszam sobie! Jestem baronowa Lavidia ul Borrek i…

– I kogo to obchodzi? – fuknęła Cess. – Mogę jechać tym paskudztwem tak samo jak pani, bo mam bilet… Mam bilet, prawda?

– Niestety, tak – westchnęła Batana, nie podnosząc oczu znad torby.

– Panie, proszę! – Valadż wyciągnął do przodu otwarte dłonie. – Nie ma potrzeby się kłócić.

Nikt nie zwrócił na niego uwagi.

– Na dodatek pani śmierdzi! – Gdyby Lavidia zadarła nos jeszcze wyżej, porysowałaby dach. Wskazała wachlarzem przed siebie. – Ów osobnik kopci czymś okropnym i jeszcze ten fetor!

Cess uniosła rękę i powąchała swoją pachę. Zmarszczyła nos, ale, na bogów, jak się nie pocić w tym słońcu? Poza tym uciekała przed żądnym krwi tłumem!

– Bo jest gorąco! – zaprotestowała.

– Czuć od pani tanią gorzałę i piwo! To powóz dla szanowanych osób, a nie… nie… – Baronowa westchnęła ciężko. – Żadnych manier, kurtuazji…

– Czego?

– Poloru, kobiecości…

Cess zaczęła rozważać, jaka kara groziłaby za wyrzucenie bezczelnego babsztyla z pędzącego powozu. Zwęziła oczy i wysunęła szczękę.

– A pani od początku wzdycha, jakby gębą puszczała gazy.

– Co, proszę?! – Baronowa wybałuszyła oczy i poczerwieniała na twarzy. – Niech no…

Coś z gwizdem wleciało przez okno i wbiło się krzywo w ścianę nad obiema kobietami. Drzewce zadrgało jeszcze chwilę, po czym znieruchomiało. Cess spojrzała z niedowierzaniem na pocisk.

– Eee…

– Bandyci! – krzyknęła Batana.

Cess wystawiła głowę przez okno. Konni na tle bezchmurnego nieba. Ubrani na czarno, z widocznymi łukami i z pewnością bez przyjacielskich zamiarów. Oczywiście, pomyślała Cess, kiedy tylko nadarza mi się robota, to zawsze musi się zjawić jakaś banda drani. Splunęła w ich kierunku. Woźnica strzelił batem i wóz przyspieszył, trzęsąc się jeszcze bardziej.

– Są tu dla moich badań! – krzyknął Valadż.

– Raczej, aby mnie porwać dla okupu! – zaprotestowała baronowa.

– Z pewnością po szkatułkę – rzuciła ponuro Batana.

– Na mnie nie patrzcie. – Cess uniosła otwarte dłonie. – Nie przyciągam mężczyzn, którzy…

– Ciekawe, czemu? – wtrąciła Lavinia z krzywym uśmieszkiem.

– Zamknijcie się obie! Potrzebuję mojej kuszy. Jest na dachu. – Batana wyjrzała na zewnątrz i od razu schowała głowę. – Doganiają nas!

W ścianie nad głową Cess odsunęła się klapka wielkości przedramienia, ukazując w szparze zatroskane oblicze woźnicy.

– Państwo wybaczą, ale nastąpiły nieprzewidziane trudności. Jesteśmy w trakcie napadu…

Cess wyrwała i pokazała strzałę.

– Zauważyliśmy!

– W każdym razie, firma przewozowa „Gorni i synowie” nie odpowiada za straty wynikłe z napadu, zgodnie z regulaminem do wglądu w…

– Powoź, kretynie! – Cess zasunęła klapę. Co za głąb!

– Nie obrażać woźnicy! – zza ściany dobiegł jeszcze przytłumiony głos, ale zaraz potem rozległ się trzask bata i ostry krzyk popędzający konie.

Wóz trząsł się jak ręka pijaka. Stukot kopyt mieszał się z grzechotem i sykiem kół. Coś uderzyło głucho w tylną ścianę. I jeszcze raz.

Batana klepnęła Cess w kolano.

– Strzelają do nas. Odwrócę ich uwagę, a ty idź po tę przeklętą kuszę.

– Co? Dlaczego ja?

To było zupełnie niesprawiedliwe. Myśl o wspinaczce na dach pod obstrzałem zgrai krwiożerczych łuczników mroziła krew w żyłach. I to nie wspominając o upadku wprost pod rozpędzone koła albo twarde kopyta koni, łamiące kości, gruchoczące…

– No, idź! – krzyknęła Batana i otworzyła drzwiczki.

– Już, już. Bogowie! Żadnej etyki pracy…

Trakt sunął jak rwąca rzeka, kawałki skał na kamienistej ziemi przelatywały w mgnieniu oka. Wiatr dmuchał, szczypał w oczy, niósł ze sobą ciężkie oddechy koni i porykiwania woźnicy.

Cess wymacała niewielką barierkę na dachu, chwyciła ją i podciągnęła się, stękając przez zaciśnięte zęby. Na szczęście drzwiczki otwierały się w stronę bandytów, więc przynajmniej częściowo była osłonięta od ich łuków. Chyba że trafią w okno. Albo strzelą gdzieś z boku. Albo po prostu spadnie pod koła i strzały okażą się najmniejszym problemem.

Coś zdecydowanie poszło nie tak w moim życiu, uznała.

Potem się podciągnęła.

– Nie dam rady! – krzyknęła. Nigdy nie dbała o formę i teraz zbierała tego skutki. Za słabe ręce, za ciężki tyłek. Można wlać w siebie dużo piwa i choć potem człowiek bez przerwy chodzi za potrzebą, wyglądało na to, że część złocistego trunku zostaje w ciele. Jeśli wyjdzie cało z tej opresji, weźmie się za siebie. Zdecydowanie!

Jakieś ręce chwyciły ją za nogi i podsadziły. Cess stęknęła, wiatr wpychał jej powietrze do ust, końcówka chusty odczepiła się i majtała przed nosem, furkocząc jak wściekły szerszeń.

Jeszcze trochę.

Nagle jedna z dłoni złapała ją za krocze i pchnęła w górę.

– Hej, to prywatne! – zaprotestowała, ale dzięki tej niefortunnej pomocy w końcu wylądowała na dachu.

Przewiązane linką pakunki stukały i drgały. Skuliła się za nimi, po czym ostrożnie wyjrzała. Jakiś tuzin jeźdźców siedział na ogonie powozu, część napinała łuki i wypuszczała strzały. Cess pisnęła, gdy jedna wbiła się w skrzynkę tuż obok jej twarzy.

– Co jest? – głos woźnicy kipiał z oburzenia. – Pasażerom nie wolno wchodzić na dach. To niezgodne z regulaminem! Proszę natychmiast wracać do środka!

Ignorując mężczyznę, Cess szarpała się z owiniętą płótnem kuszą. Wyglądało na to, że ktokolwiek zabezpieczał bagaż, znał się na rzeczy. Linka ciągnęła się zawijasami przez kufry i torby, ściskając solidnie wszystkie pakunki. Cess dobyła sztylet i zaczęła ciąć.

Bat woźnicy strzelił przy jej twarzy, aż niemal upuściła ostrze.

– Zwariowałeś?! – wrzasnęła.

– Niszczenie bagażu jest niezgodne z regulaminem!

– Wiesz, gdzie to mam?

Sznurek puścił. Cess wyszarpnęła kuszę, pochyliła się i opuściła broń do kabiny.

– Bierz! – krzyknęła, jednocześnie klnąc na powiewający przed oczami pasek materiału. Jej chusta zaczęła się rozplątywać.

– Jeszcze bełty! – rozkazała wojowniczka, odbierając kuszę.

Cess warknęła cicho, sięgnęła do płótna i wydobyła kołczan z krótkimi strzałami. Zaryzykowała spojrzenie na bandytów. W samą porę, by dostrzec, jak jeden z mężczyzn – trudno powiedzieć, czy głupszy, czy odważniejszy niż pozostali – dogania powóz i z małpią zręcznością skacze z konia na tylną ścianę. Po chwili zaczął się wspinać na dach.

Cess klęknęła i spojrzała do kabiny. Batana naciągnęła już kuszę i teraz bębniła palcami po drewnianej kolbie. Babsztyl siedział z ponurą miną, wachlując się drżącą ręką. A Valadż jak gdyby nigdy nic nabijał fajkę nieznanym zielskiem.

Oczywiście.

Ona tu unika strzał, balansuje na pędzącej górze drewna i stali, a ci sobie odpoczywają.

Rzuciła bełty Batanie.

– Jeden jest na powozie i idzie do mnie!

– To go zrzuć.

No, cudownie.

Bandyta trzymał się barierek po obu stronach dachu i wspinał powoli, ale nieustępliwie. Szczęki zaciskał na nożu; czarna skóra oraz ubranie sprawiały, że wyglądał jak cień z wyszczerzonymi białymi zębami.

Kiedy nie wiadomo, co robić, trzeba robić cokolwiek. Cess zerwała chustę z głowy i rzuciła w łotrzyka. Materiał zaczepił się na jego twarzy, oplątał ją i drżał wściekle, smagany ciepłym wiatrem.

– Trafiłam – szepnęła Cess, nie dowierzając własnemu szczęściu.

Bandyta nie mógł zerwać tkaniny z twarzy, nie puszczając jednocześnie barierek. Szarpnął głową na lewo i prawo, ale bezskutecznie. Cess chwyciła oburącz drewnianą skrzynkę, w której zabrzęczało coś szklanego, i cisnęła nią w oślepionego napastnika. Dostał prosto w szczękę, wrzasnął krótko i spadł na trakt, wprost pod kopyta pędzących koni.

– Ha! Chłop z wozu, koniom lżej!

Do licha, ależ była niesamowita!

Nachyliła się, by pochwalić się swą walecznością Batanie, ale niespodziewanie poczuła na plecach mocne klepnięcie.

– Wracać do środka! – rozkazał woźnica.

– Au! Co robisz, głupcze?

– Odpowie pani za bagaż zgodnie z regulaminem!

– Łapy przy sobie! – ostrzegła Cess i ponownie zwiesiwszy głowę, krzyknęła do środka wozu: – Załatwiłam jednego!

– Świetnie – powiedziała Batana, zupełnie bez entuzjazmu w głosie. Potem wychyliła się, strzeliła i usiadła z powrotem, by napiąć kuszę.

– No proszę bardzo – mruknęła Cess.

Jak zawsze niedoceniona. Przeklęte Południe i tutejsi barbarzyńcy! W oknie pojawiła się twarz Valadża.

– Byłaby pani tak łaskawa i zechciała podać mój kuferek? Jest cały biały. Z pewnością nam teraz pomoże.

– Czy ja wyglądam na tragarza?

Z boku dobiegł ochrypły krzyk baronowej:

– Jeśli uszkodzisz choć jeden z moich bagaży, smarkulo, to puszczę cię z torbami!

Cess z urażoną miną cofnęła głowę. Drażliwi ludzie i ich przywiązanie do przedmiotów. Przecież strąciła tylko jedną maleńką skrzyneczkę. W obecnej sytuacji to tyle, co nic. Skupiła się na bagażach. Biały kufer, biały kufer… Oby Valadż miał tam coś użytecznego. Jest! Szarpnęła go mocno, co jednocześnie przechyliło resztę pakunków. Potoczyły się ze stukotem na tył wozu i spadły.

– Co to było? Co to za hałas? – dopytywała się baronowa.

Cess patrzyła, jak zawartość roztrzaskanych bagaży – ubrania i drobiazgi – ginie w pyle i pod kopytami koni bandytów.

– Nie wiem! – odparła. To nie była najlepsza wymówka, ale miała teraz ważniejsze problemy na głowie. Już nic ją nie chroniło przed strzałami napastników. Czym prędzej wrzuciła biały kuferek do kabiny i trzymając się barierki, zeszła do środka.

– Co tam jest? – spytała alchemika, który położył sobie skrzynkę na kolanach, po czym otworzył wieko. W środku, zabezpieczone skręconymi wiórami, leżały niewielkie kulki z brązowego materiału. Z ich końców zwisały krótkie nitki.

Valadż uśmiechnął się, wypuszczając z ust kłąb gryzącego dymu.

– Bomby zapalające.

Zielony wachlarz trzasnął go w czaszkę i zgasił uśmiech.

– Wiezie pan bomby powozem? – Baronowa ściągnęła brwi i wydęła usta. – Oburzające!

Choć raz Cess musiała się z nią zgodzić.

– Swoje najlepsze produkty sprzedaję i dostarczam osobiście – odparł niezrażony alchemik, biorąc pierwszą kulę. – To prototypy, ale mogę poświęcić dwie, maksymalnie trzy sztuki w obliczu zaistniałej sytuacji. – Odpalił fajką niteczkę. Gdy zaczęła syczeć, iskrzyć i skwierczeć, rzucił bombę przez okno.

Chęć ujrzenia wybuchowych niespodzianek Valadża zwyciężyła nad ostrożnością, więc Cess przepchnęła się do okienka i wystawiła głowę. Na jej widok najbliższy bandyta uniósł łuk, po czym zniknął wraz z koniem w oślepiającym huku i kuli ognia. Płonące pozostałości jeźdźca oraz wierzchowca legły na ziemi. Cess uniosła brwi i wydała z siebie głębokie westchnięcie. Ten wybuch… Coś niesamowitego!

– Teraz ja! – krzyknęła, jeszcze zanim schowała głowę do środka. – Muszę spróbować! – Sięgnęła dłonią do kuferka i wydobyła bombę.

– Ostrożnie… – syknął alchemik półgębkiem, drugą częścią ust przytrzymując kopcącą fajkę.

– Tak, tak. – Cess próbowała przyłożyć nitkę do wypełnionej żarem drewnianej główki, ale powóz za bardzo dygotał. – No, dalej, dalej… Zaraza! Pokaż pan to!

Wyrwała zaskoczonemu Valadżowi fajkę, przytknęła nitkę i… znów nic.

– Co jest? Zgasło?

– Może jednak ja? – Czyżby w głosie alchemika słyszała nutkę strachu? Niepotrzebnie! Rozmawiał z profesjonalistką.

Włożyła ustnik między wargi i z całych sił nabrała powietrza. Już ona to rozpali! Drobinki w główce rozżarzyły się do czerwoności. Ostry dym ugryzł płuca Cess. Przypominało to wciąganie gardłem stada jeży. Oczy zaszły jej łzami, policzki nadęły się od dymu, w końcu parsknęła z całych sił. Uświadomiła sobie, że chyba wcześniej powinna wyciągnąć z ust fajkę, dopiero gdy rozgrzane kawałki zielska wzbiły się w powietrze, wypełniając całą sarihę.

– Idiotka! – krzyknęła Batana, strząsając z włosów dymiącą drobinę.

Cess może nie użyłaby dokładnie tego słowa, ale musiała przyznać, że rytm wydarzeń trochę odbiegł od zamierzonego. Nagle wszyscy machali rękami w rozpaczliwej walce z kłębami iskier. Cess kaszlała, z trudem łapiąc powietrze. Z jej ust wciąż wydobywały się szare obłoki. Prawie nic nie widziała przez wilgotne oczy. Co ten wariat palił w fajce?

Nagłe syczenie sprawiło, że pasażerowie zamarli. W kuferku alchemika suche trociny dymiły, a nitki lontów…

Batana i Valadż rzucili się jednocześnie do skrzyni, by jak najszybciej wyrzucić podpalone bomby za okna. Cess nie zamierzała być gorsza. Odkupi swoją pomyłkę, zresztą nie poradzą sobie bez jej pomocy! Co trzy pary rąk to nie dwie, a pośpiech ma znaczenie. Inaczej wszyscy w środku skończą jako poczerniałe skwarki. Nie zważając na płonące wióry, chwyciła pierwszą kulę i rzuciła za okno.

Nie trafiła.

Bomba odbiła się i spadła na podłogę. Dlaczego te okna są takie małe? Kula tańczyła po podłodze w takt wybijany przez podrygujący powóz. Cess zdołała złapać ją w obie dłonie i podniosła tryumfalnie.

– Mam ją! – zawołała dumnie mimo podrażnionego gardła.

– Co robisz?! Rzucaj! – wrzasnął Valadż.

Rzeczywiście, nić prawie się wypaliła. Cess pchnęła bombę za okno. Wybuch wstrząsnął pojazdem. Płomienie przeleciały koło okna, szumiąca fala żaru potargała Cess włosy i oparzyła twarz.

– Ty… Ty… – Alchemik próbował wydusić z siebie słowa. Oczy otworzył tak szeroko, jakby mu zaraz miały wypaść. Dziadek Cess miał taką samą minę, gdy dla żartu wrzuciła do studni jego kolekcję suszonych motyli. A potem padł bez sił. Dlatego delikatnie poklepała Valadża w policzek.

– No już, już. Naprawdę nie powinien pan przewozić bomb. To niebezpieczne.

Niestety, alchemik dalej się nie ruszał. Może z wyjątkiem drgającej wargi. No nic, dojdzie do siebie. Znalazła na podłodze fajkę i wsadziła mu między rozchylone usta. Niektórzy tracą zimną krew w obliczu niebezpieczeństw. Nie każdy jest profesjonalistą, na szczęście Cess była skłonna wybaczać ludziom ich małe niedostatki. Dlatego zamknęła wieko dymiącego kuferka, zostawiła Valadża, aby ochłonął, i usiadła na swoim miejscu.

– Niedługo dotrzemy do mostu granicznego – zapewniła Batana. Z boku głowy dymił jej spalony w połowie warkoczyk, po twarzy spływały grube krople. Z trudem naciągała cięciwę. – Tam jest garnizon. Damy radę.

– Nie jadą już za nami, prawda? – Baronowa przecierała pomiętą chusteczką pot z czoła.

– Oczywiście, że nie – burknęła Cess. – Proszę zobaczyć. Jestem pewna, że uciekli albo nie żyją. No dalej, niech pani zobaczy. – Pchnęła staruszkę w stronę okna. – Śmiało.

Baronowa wystawiła głowę za okno.

– Dlaczego się palimy?

– Co takiego?! – Cess rzuciła się do okna, Batana do drugiego. Tylko Valadż siedział na miejscu, powoli unosząc drżącą rękę w kierunku fajki.

Cess zagwizdała cichutko z podziwu. Płomienie lizały tył powozu i koło, iskry odrywały się od drewna, by momentalnie zniknąć w powietrzu. Wyglądało, jakby pojazd ciągnął za sobą strojny ogon. Co gorsza, bandyci wcale nie odpuścili. Było ich mniej, ale wciąż pędzili na złamanie karku… skręcając w stronę pustyni?

W tym momencie otworzyła się klapka i woźnica krzyknął do środka.

– Trzymajcie się!

Sariha przechyliła się, biorąc ostry zakręt, a Cess ujrzała, że konie bandytów biegną teraz prosto na bok powozu, coraz bliżej i bliżej, jeźdźcy zaś zakładają strzały na łuki.

– Kryć się! – krzyknęła, jednocześnie padając na podłogę. Strzała wleciała do środka, ominęła baronową, której usta przybrały oburzony kształt odwróconej podkowy, i wyleciała drugim oknem. Kilka grotów zabębniło o drzwiczki i ścianę.

Batana wepchała się na Valadża, wystawiła kuszę za okno i strzeliła.

Nagle coś przeleciało z boku powozu i uderzyło z plaśnięciem o trakt.

– Co to było? – spytała Batana, sięgając po kolejny bełt.

Cess podniosła się z podłogi i wyjrzała na zewnątrz. Znieruchomiałe w dziwnej pozycji ciało na ziemi oddalało się coraz bardziej.

– To był woźnica. Wracaj, draniu! – krzyknęła ze złością.

Jak mu nie wstyd opuszczać powóz w trakcie napadu? Z pewnością złamał własny regulamin! Ludziom nie można wierzyć, że wykonają swoją pracę.

Konie zaczęły zwalniać. Cess zaklęła cicho. Jeśli pasażerowie wpadną w ręce bandytów, to nie skończy się na kradzieży czy pobiciu. Cess nie znała się może na pewnych rzeczach – choć nie było ich tak znowu wiele – ale wiedziała tyle, że łotry to drażliwe osobniki i marny los ofiar, które zalazły im za skórę. Nie zamierzała umierać gdzieś na bezdrożach.

Z pewnością nie miała co liczyć na starą baronową i alchemika. Oboje siedzieli jak sparaliżowani. Znowu wszystko na jej głowie. Może taki jest los bohaterów?

– Zastąpię woźnicę! – krzyknęła i otworzyła drzwiczki.

Co prawda, droga do kozła nie wyglądała na tak trudną jak wspinaczka na dach, ale jeden nieostrożny ruch wystarczyłby, aby spadła. Chwyciła dłonią barierkę, położyła wpierw jedną nogę na krawędzi okna, potem drugą, w końcu się podciągnęła. Wezbrała w niej duma. Zawsze wiedziała, że jest zdolna do akrobacji. I to pomimo braku takich mięśni, jakie widziała u Batany.

Czerwone słońce właśnie zachodziło, a czarne sylwetki jeźdźców pędziły tuż obok powozu.

– Chcę szkatułkę! – pisnął jeden z napastników w łamanym poimperialnym, choć nie potrafiła powiedzieć dokładnie który. Kobieta? Mężczyzna? Nie mogła poznać po głosie. W każdym razie sprawa celu napadu w końcu się wyjaśniła.

Cess zarzuciła nogę na kozioł, odepchnęła się, przechyliła – i nagle klęczała już na obitym skórą siedzisku. Lejce powiewały tuż obok, założone niedbale o wystający uchwyt na bat. Aż zrobiło jej się cieplej na sercu, gdy pomyślała o śmiertelnie rannym woźnicy, ostatkiem sił odkładającym lejce w bezpieczne miejsce. Może nie był jednak z niego taki drań?

Konie galopowały, wiatr rozwiewał im grzywy, boki lśniły od wilgoci, krople śliny pryskały w powietrze.

Daleko przed sobą Cess widziała światełko. Miała nadzieję, że to był posterunek graniczny, o którym mówiła Batana.

Wozem zatrzęsło. Jeden z bandytów rzucił się na drzwiczki po prawej stronie. Drugi z wysoko uniesionym mieczem pędził przy koźle niemal na wyciągnięcie ręki i najwidoczniej właśnie zastanawiał się, czy zaszlachtować Cess, czy któregoś konia.

– Bierzcie ją i się wynoście! – krzyknęła Batana, po czym coś jasnego wypadło z powozu. Bandyta obok Cess uśmiechnął się, skinął jej głową i zwolnił wraz z pozostałymi. Bandyci otoczyli wyrzucony pakunek i zaczęli zsiadać z koni, z każdą chwilą zostając coraz bardziej w tyle.

Cess uchyliła klapkę.

– Oddałaś im szkatułkę? – zapytała z wyrzutem Batanę. Bez przesyłki nie ma zapłaty, bez zapłaty nie ma biletu do domu. Prosta, bolesna zależność.

– Wyrzuciłam skrzynkę Valadża. Zaraz się zorientują, więc lepiej popędzaj konie!

– Ach! – westchnęła Cess. Batana nie była tak głupia, na jaką wygląda.

Most był coraz bliżej. Kamienny, oświetlony po bokach paleniskami, szeroki na tyle, aby nawet dwa powozy mogły się bezpiecznie minąć. Po drugiej stronie wieńczyła go kamienna wieża, z której właśnie wybiegały maleńkie postacie.

Cess uśmiechnęła się do nieba. Bandyci nie będą ich już ścigać, a nawet jeśli, to sariha zdąży dojechać na most, gdzie żołnierze z pewnością posiekają rozbójników na drobne kawałki. Czuła już złoto w kieszeni!

Konie wciąż galopowały, a blask lamp niebezpiecznie narastał. Uśmiech zamarł i zgasł. Cess szarpnęła lejcami, ale na próżno. Zajrzała do kabiny przez klapę woźnicy.

– Jak to zatrzymać?

Batana machnęła ręką i opierając głowę o ścianę, zamknęła oczy.

– Gdzieś tam jest hamulec.

To niewiele pomogło. Cess potarła szczypiący od czasu wybuchu bomby policzek. Hamulec musiał być gdzieś pod ręką. Zerknęła w lewo i w prawo. Może to? Wyglądało jak dźwignia z rączką obitą skórą. Takie coś ma zatrzymać rozpędzony powóz? Cess patrzyła z powątpiewaniem. Cóż, most się zbliżał, więc pozostało spróbować. Skoro sariha gna jak oszalała, pewnie trzeba pociągnąć z całej siły. To ma sens.

Chwyciła dźwignię obiema dłońmi i szarpnęła. Coś chrupnęło i skórzany uchwyt wraz z podłużnym kawałkiem drewna został jej w rękach. Powóz nie wydawał się zwalniać.

– Znalazłaś?! – krzyknęła Batana.

– Nie wiem. O to chodzi?

Cess z uśmiechem podsunęła do klapy wyłamaną dźwignię. Batana otworzyła jedno oko.

– Tak, to hamulec. Teraz… musisz… – Nie wiedzieć czemu, wojowniczka nagle wybałuszyła oczy. – Idiotka!

Valadż zaczął chichotać, po chwili śmiał się już z całych sił. Cess szybko zasunęła klapę, gwiżdżąc niewinnie cichą melodyjkę. Sprawy poszły niekoniecznie w dobrym kierunku, ale skąd, do licha, miała wiedzieć, żeby nie szarpać hamulcem? Podobno luksusowy pojazd, a tak marnie wykonany!

Most zapełnił się krzyczącymi żołnierzami. Cess nie rozumiała ani słowa, ale przypuszczała, że mają związek z prędkością powozu. Przecież robiła, co mogła! Tylko te przeklęte konie nie chciały się słuchać! Najpierw zwalniają, teraz biegną jak oszalałe!

Nagle ujrzała kilku żołnierzy z antałkami, rozlewających coś od jednej krawędzi mostu do drugiej. Ledwo skończyli, odsunęli się, a w kałużę ciśnięto pochodnię. Płomienie wystrzeliły w górę. Przejazd zagradzała teraz ściana ognia.

Konie zwolniły. Wóz toczył się jeszcze trochę i w końcu wyhamował. Ubrani w lekkie kurtki żołnierze otoczyli pojazd, kierując krótkie włócznie i zakrzywione miecze w kierunku kabiny. Łysy wielkolud ze złowieszczym toporem i wściekłą miną podszedł do Cess, która siedziała z rękami wysoko w górze.

Zachrypiał coś w swoim języku, otwierając szeroko oczy, aż błysnęły białka, i wskazał palcem na Cess – co nie wróżyło dobrze – a potem na ścianę ognia i dyszące konie.

– Nie rozumiem, ale jestem niewinna. – Uśmiechnęła się i potrząsnęła głową.

Zmarszczył brwi.

– Czo to ża maszakra? – wydukał w poimperialnym.

– Słucham? – Teraz to Cess wybałuszyła oczy.

Westchnęła z ulgą, gdy z kabiny dobiegł głos Batany, która zaczęła składać gorączkowe wyjaśnienia.

 

***

 

Cess stała oparta o kamienną barierkę i spoglądała w dół ku ciemnym wodom rwącej rzeki. Za sobą słyszała rozmowy żołnierzy, skrzypienie podnoszonego wozu i uderzenia młotka. Okazało się, że strażnicy trzymają w wieży zapasowe części do powozów. Podobno na moście często dochodziło do uszkodzeń kół. Według Cess za niemałą część tych wypadków odpowiadali sami żołnierze, bo cena za nowe koło okazała się skandalicznie wysoka. Cóż było robić? Chcąc nie chcąc, Batana, Valadż i Lavidia wspólnie zebrali pieniądze i naprawa trwała w najlepsze. Cess nie mogła narzekać. Przeżyła atak bandytów, Clemenh znajdowało się zaledwie godzinę jazdy od granicy, a przeklęte konie wypoczywały sobie przy wodzie i paszy.

Jęknęła, gdy ktoś brutalnie szarpnął ją za ramię.

– To tylko ja – warknęła Batana, zakładając na ramię zdumionej Cess torbę ze szkatułką. – Nie pytaj.

– Poszłaniec Cess! – Łysy oficer wyszedł z wieży, przeczesał wzrokiem pełen cieni most, ujrzał swój wystraszony obiekt poszukiwań i ruszył w jego stronę.

Cess wyprężyła się jak pijak na widok żony. W co się znów wpakowała? Jedną ręką objęła torbę, drugą przygniotła skołtunione włosy. Niestety, sterczały dalej. Błysnęła wymuszonym uśmiechem, choć wiedziała, że ten nie wygląda najlepiej przez ubytek jednego zęba na dole, a w połączeniu z krzywym nosem – niefortunnym wynikiem dawnej bijatyki – miała niewielkie szanse, aby oczarować kogokolwiek. Chyba że ktoś lubił ten typ urody. Zawsze trzeba wierzyć.

Poczuła mrowienie na plecach, gdy oficer podszedł z jej przepustką. Wysoki, umięśniony, z niesamowicie czarną skórą, zmarszczonym czołem i zaciśniętą szczęką.

– Słucham? – wystękała.

– Potrafisz mi wyczłumaczyć, czemu poczebujesz ochroniacza? – głos miał głębszy niż kopalnia.

– Czego? – Cess uniosła brwi.

– Ochroniarza – wytłumaczyła Batana. – Moja pracodawczyni nie jest biegła w walce, więc zatrudniła mnie dla bezpieczeństwa.

Cess nie przypominała sobie takiego zdarzenia.

– Naprawdę?

Batana wybuchła nerwowym śmiechem, a Cess poczuła na plecach silne klepnięcie.

– Za to kocha żarty!

Oficer nie wyglądał na rozbawionego.

– Co przewożysz? – Skinął na torbę.

Cess sięgnęła do środka i wyjęła czarną szkatułkę. Zdziwiła się, że była taka lekka. Co one wiozły, do licha?

– Tylko to. – Pokazała pudełko.

– Czo tam jest?

– Nie wiem – odpowiedziała szczerze.

Łysy nachylił się do Cess, aż prawie zetknęli się nosami. Nie mogła się cofnąć, chyba że do rzeki.

– Mam rozumiecz, że nie wiesz, co przewożysz?

– Dokładnie tak. Widzisz, dobry człowieku, posłaniec nie pyta, co jest w środku, tylko dostarcza przesyłkę. Słuchaj!

Potrząsnęła szkatułką. Ze środka nie dobiegł żaden dźwięk. Batana jęknęła lekko, po czym zakaszlała.

– Przepraszam. – Wytarła usta rękawem. – Mam sucho w gardle.

– Widzi pan? – Cess schowała szkatułkę do torby. – Żadnej broni czy złota. Może listy miłosne? Albo zioła? Czego to ja nie przewoziłam? – Zacisnęła pięść i zaczęła wymieniać, prostując kolejne palce. – Medalioniki z portretami kochanek, kamienie runiczne, kości zmarłych, wypchane zwierzęta…

– Dobrze, dobrze – powiedział wyraźnie uspokojony oficer. – Ruszajcze, gdy tylko skończymy naprawę. – Oddał Cess przepustkę i odmaszerował.

Batana usiadła na krawędzi mostu i rozmasowywała skronie.

– Dobra robota. Na razie trzymaj torbę. To podejrzliwi ludzie. Oddasz mi ją za mostem.

Cess wzruszyła ramionami.

– A właściwie co wieziemy?

– Nie twoja sprawa.

– Bandyci szukali szkatułki. Słyszałam jednego… a może jedną?

– Eunuch.

– Co?

– Słyszałaś eunucha. Cienki głos. Co do pozostałych nie jestem pewna. Może najemnicy.

– Ale dlaczego?

– Ktoś jeszcze dowiedział się o szkatułce. Próbuje ją zdobyć zanim trafi w ręce umówionego kupca. Boję się, że nie zrezygnują. Przez most nie przejadą, ale niedaleko stąd jest bród. Ludzie mówią, że trzeba być szalonym, aby próbować tamtędy przejechać, ale to możliwe. Zwłaszcza gdy ktoś jest bardzo zdesperowany.

– W takim razie powinnyśmy ruszać.

Cess szczególnie śpieszyła się do karczmy – czegoś mocniejszego w kubku i ciepłego łóżka. Od czasu zachodu słońca robiło się chłodniej i chłodniej, aż w końcu czuła się, jakby ktoś obłożył ją kostkami lodu. Nie przypuszczała, że zatęskni za skwarem dnia. Ależ głupia ta pustynia!

– Chodź! – Chwyciła Batanę za ramię i pociągnęła w stronę stojących przy wieży Lavidii i Valadża. Oboje spięli się na jej widok jak para kotów, którą otoczyły psy. Cess uśmiechnęła się, najszczerzej jak potrafiła.

– Szanowni współtowarzysze. Myślę, że nadszedł czas, aby sprawiedliwie zagłosować nad nowym woźnicą.

Cess nie zamierzała odmrażać sobie tyłka na koźle w zimną bezchmurną noc, szczególnie że jedyne, co miała do picia, to ta przeklęta woda.

– Według mnie najlepiej poradzi sobie Batana – zaproponowała. – Kto jest za?

 

***

 

– Niech was muł w dupy ugryzie – burknęła Cess pod nosem. Dawno tak nie zmarzła. Popędzała krnąbrne konie i szczękała zębami.

Światła Clemenh powitała z okrzykiem radości.

– Ciszej tam! – Z kabiny dobiegł oburzony głos baronowej. – Tu śpią ludzie!

 

***

 

Woźnica z lokalnego Domostwa Kół załamywał ręce nad stanem powozu. Na przemian rozpaczał i groził surowymi konsekwencjami, śledztwem oraz ogromną rekompensatą. Cess kiwała głową, uśmiechała się i obiecywała zadośćuczynić wszystkim szkodom. Jak tylko znajdą mnie na Północy, chichotała w myślach.

Gdy tylko Batana i Cess zeszły z powozu, Valadż i baronowa kazali nowemu woźnicy natychmiast ruszać. Nie pożegnali się, z ich twarzy nie schodził wyraz ulgi, a podziękowania za bohaterskie czyny, na które czekała Cess, nigdy nie nadeszły.

Po krótkim marszu podróżniczki stanęły pod drzwiami jedynej karczmy w Clemenh. Miasteczko nie było duże, ale zajazd wybudowano pierwszorzędny. Ceglany budynek miał dwa piętra, wiele okien, stajnie i wewnętrzny dziedziniec. Ze środka sączyło się światło i dobiegały dźwięki muzyki przeplatane wesołymi głosami gości.

– Spora obora – stwierdziła Cess. Myślami była już w środku, najlepiej w łóżku, z dzbanem piwa. Objęła się rękoma i potarła zziębnięte ramiona. – Co dalej?

– Przeczekamy noc – odpowiedziała Batana. – Rankiem przybędzie człowiek, któremu sprzedamy szkatułkę. Potem jazda do domu. – Pchnęła drzwi, następnie weszła do środka.

– Bogowie, dom… – szepnęła Cess i podążyła za towarzyszką. 

Wnętrze nie przypominało tawern w Berbenie. Salę wypełniały długie stoły, przy których siedzieli czarnoskórzy Zaganczycy w luźnych białych szatach, grający w karty, śmiejący się i przekrzykujący nawzajem. Na blatach stały wielkie szklane urządzenia wypełnione dymem, który mężczyźni wciągali za pomocą skórzanych rurek połączonych z naczyniem. Cess nigdy nie widziała czegoś podobnego. Dym wznosił się wysoko, aż po sufit z zawieszonym ogromnym żyrandolem wypełnionym krzywymi świeczkami i strużkami zaschniętego wosku. Szerokie schody przy ścianie prowadziły na ogrodzoną balustradą galeryjkę, wzdłuż której prześwitywały drzwi do pokoi gościnnych.

Na jednym ze stołów, ku uciesze klientów, tańczyła kobieta w lekkich jedwabiach, kołysząc się do rytmu wygrywanego przez kapelę kilku mężczyzn.

Cess od razu udzielił się radosny nastrój. O to chodziło! Tak się trzeba bawić! Kiwając się w takt muzyki, ruszyła do wyjątkowo czystego kontuaru, gdzie Batana właśnie wręczała monety chudemu karczmarzowi z turbanem na głowie.

– Kupiłam nam pokój na noc. Niestety, został tylko najmniejszy. Trwa wesele. – Skinęła głową w kierunku głównego stołu, gdzie Cess przez opary siwego dymu dostrzegła wytwornie ubraną dziewczynę wpatrzoną w równie wystrojonego chłopaka. Szeptali coś do siebie i chichotali.

Cess uniosła rękę.

– Zdrowie nowożeńców! – krzyknęła. Nikt nie spojrzał w jej kierunku. Niezrażona, obróciła się do karczmarza.

– Mówisz w poimperialnym, dobry człowieku? Piwo! Dużo! – Pokazała rękoma w powietrzu kształt pękatego dzbana. Albo, co uświadomiła sobie po chwili z lekką obawą, dość tęgiej dziewki. Starzec w turbanie patrzył obojętnym wzrokiem.

Batana zamrugała ciemnymi oczami i westchnęła.

– Dziewczyno, słuchaj…

Cess nie przestawała gestykulować.

– Piwo! Wódka! Wino? – Zagięła palce, jakby obejmowała kufel, i podniosła dłoń do ust. Głośno udała, że pije. Wytarła nawet usta rękawem i skrzywiła się, czując jego smak. Cała była pokryta piachem, pyłem i zaschniętym potem. Spierzchnięte gardło domagało się trunku, a żołądek dopytywał o posiłek, ale Cess go zignorowała. Zresztą, jak można jeść bez popitki?

Karczmarz położył ręce na kontuarze i przemówił w doskonałym poimperialnym.

– W Zaganie nie ma takich rzeczy. Ogniste trunki zagłuszają umysł i oddalają nas od głosu Stworzyciela.

– Czo? – wydukała Cess.

– Nie sprzedajemy wina, piwa, wódki i innych barbarzyńskich okropności. – Mężczyzna wydobył skądś niezwykle czystą szmatkę, chuchnął na blat i delikatnym ruchem starł niewidoczną plamkę.

Cess przytrzymała się kontuaru. Co ten głupiec mówił? Nie, nie, przesłyszała się! Z pewnością! Albo żartował… O, tak! Zabawni ludzie w tym Clemenh. Uśmiechnęła się z trudem. Język drżał jej za zębami, pięści zaciskały się same, aż czuła, jak brudne paznokcie kłują skórę. Wyśmienity żart, choć na granicy jej poczucia humoru… A teraz na poważnie…

– Chciałabym zamówić kufel piwa – rzekła powoli, akcentując każde słowo, ze wzrokiem wbitym w karczmarza.

– Mamy kalu.

W końcu! Cess poczuła przyjemny dreszcz. Wiedziała, że podają tu coś normalnego. Karczma bez gorzały? Nonsens!

– Cały dzban kalu w takim razie! – Walnęła otwartą dłonią w blat.

– Kalu to fajki wodne. Działają podobnie, ale są…

– Dym?! Mam wciągać dym, jak zepsuty komin? Nieważne, jak to nazwiesz, to wciąż przeklęty dym, ty… khhh! – Niezbyt kulturalne określenie zostało brutalnie zdławione przez dłoń Batany. Wojowniczka chwyciła Cess od tyłu i, mimo protestów, zaczęła ciągnąć w stronę schodów.

– Będziemy u siebie. Zejdę po posiłek – powiedziała jeszcze do karczmarza, który tylko machnął ręką, jakby odganiał natrętną muchę.

Cess szamotała się, jednocześnie próbując powiedzieć staruszkowi, co sądzi o całej jego rodzinie do czwartego pokolenia wstecz. Niestety, Batana trzymała mocno. Wlekła Cess jak szmacianą lalkę przez kłęby dymu, wśród rozbawionych biesiadników o przekrwionych oczach, przy skocznych dźwiękach fujarek, bębenków i grzechotek.

Na schodach rzuciła ją na ścianę i szepnęła do ucha:

– Zabiorę rękę, ale zacznij robić awanturę, a zostawię cię w Zaganie bez biletu i złota. Zrozumiałaś?

Cess rozpaczliwie pokiwała głową. Zostać w tym pożałowania godnym miasteczku? Bez kropli napitku? Śmierć za życia. Przeklęte Południe!

Odetchnęła głęboko, gdy wojowniczka odsunęła dłoń.

– W porządku. Już jestem grzeczna. Słowo honoru, słowo posłań…

– Chodź już! – Batana pociągnęła ją po schodach na galeryjkę, a następnie wzdłuż kilku ozdobionych symbolami drzwi. – Tutaj – powiedziała i wygrzebała z kieszeni klucz.

Drzwi otworzyły się z rozdzierającym skrzypnięciem. Fala stęchłego powietrza przesyconego zapachem pleśni i nadgniłej słomy buchnęła ze środka, po czym szybko zmieszała się z przyjemniejszą wonią dymu.

W porównaniu do czystego parteru, wypolerowanego kontuaru i zamiecionych schodów, wykupiony pokój prezentował się niczym najgorsza mordownia z zapuszczonej wioski Północy. Nie posiadał okien, siennik wyglądał, jakby ktoś na nim dawno temu umarł i nikt nie kwapił się, aby uprzątnąć ciało, a pojedynczy zydel stał tak pewnie, jak łoś na zamarzniętym jeziorze. Ścianę nad zapalonym kagankiem pokrywała wielka tłusta plama z przylepionymi truchłami wyschniętych much.

– Ale nora – burknęła Batana.

Cess rozejrzała się, wykrzywiła usta z uznaniem i pokiwała spokojnie głowa.

– Nieźle. Bywałam w gorszych.

Batana uniosła rękę.

– Oszczędź sobie. Kładą tu obcokrajowców, którzy posmakowali kalu i, cóż… przesadzili – wytłumaczyła. Zdjęła z pleców kuszę oraz torbę, rzuciła je na łóżko i rozluźniła barki, robiąc kółka ramionami.

– Padam na twarz. Będziesz spała na podłodze.

Cess z powątpiewaniem obejrzała przebarwione drewno pod stopami. Brud jej nie przeszkadzał, ale wolałaby coś bardziej miękkiego.

– Czemu ja? – spytała z wyrzutem.

– Bo ja tak mówię? Idę po jedzenie. – Batana z trudem przecisnęła się obok Cess. – Nie ruszaj moich rzeczy, jasne?

Bardzo ostrożnie i powoli Cess siadła na stołku. Poklepała się po udach.

– Jasne. Słowo posłańca.

Batana nie wyglądała na przekonaną, ale po chwili wahania, wyszła, zamykając drzwi.

Nie pierwszy raz Cess zostawała sama z drogocennym ładunkiem. Nie pierwszy raz ktoś ufał, że zostawi go w spokoju. Dlatego siedziała pokornie, wdychając mdły zapach stęchlizny. Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć…

Drzwi otworzyły się gwałtownie. Na tle barierki i wielkiego żyrandola stała Batana ze zmrużonymi oczami. Cess uśmiechnęła się niewinnie.

– Gdzie to jedzenie?

Naprawdę, żadnego zaufania. Prychnęła w myślach. Czy Batana naprawdę spodziewała się, że przyłapie ją na kradzieży jak pospolitego złodziejaszka?

– Upewniałam się, że wszystko w porządku.

– Oczywiście – rzekła Cess. – Dziękuję za troskę. Odpoczywam sobie.

Batana zamknęła skrzypiące drzwi. Cess ponownie została sama. Odczekała moment, podeszła do wejścia i przystawiła ucho do drewna. Słyszała głównie dźwięki weselnej muzyki, ale z pewnością ktoś schodził po schodach. Dobrze, bardzo dobrze.

Ciekawość to wielka wada dla zawodowego posłańca i Cess usilnie pracowała, aby przestać ulegać złym podszeptom. Na wykładach w Cechu wbijano kandydatom do głowy pełen zestaw przymiotów pożądanych w tym zawodzie: lojalność, dyskrecja, punktualność, uprzejmość i solidność. Tak przynajmniej słyszała. Niestety, większość tych – z pewnością niezwykle ciekawych – spotkań przespała po nocnych balangach. Ale każdego dnia ćwiczyła charakter i uważała, że odnosi już coraz większe sukcesy.

Dlatego zawahała się i nawet poczuła przez moment wyrzuty sumienia – z czego była niezwykle dumna – zanim rzuciła się na torbę, szarpnęła zapięcie i wydobyła szkatułkę. Oczywiście, zabezpieczono ją zamkiem. Oczywiście, Cess nie zawsze była posłańcem, a jej umiejętności wykraczały nieco poza granice prawa. Dlatego cienki sztylet wystarczył, aby otworzyć tak prosty zamek. Przebierając palcami, Cess odetchnęła głęboko. Miała prawo wiedzieć, z jakiego powodu ryzykowała życiem. Przecież tylko spojrzy. Co złego może się stać?

Uchyliła wieko.

– Eee? – mruknęła, wybałuszając oczy.

W środku leżała pomarszczona, czarna… no właśnie, co? Cess uniosła coś dziwnego w palcach. Obiekt przypominał zasuszony korzeń nieznanej rośliny. Miękki i ciepły. Powąchała go. Pachniał jak długo leżący na słońcu kawałek… mięsa? To coś do jedzenia? Afrodyzjak? Ciekawe jak smakuje?

Drzwi otwarły się z hukiem i Batana wparowała do środka, ale zamiast robić awanturę, błyskawicznie je zatrzasnęła i podparła plecami.

– Idą tu! Wcale nie zamierzają płacić!

Dopiero wtedy ujrzała zastygłą z otwartymi ustami Cess, wciąż trzymającą przy nosie zawartość szkatułki.

– Co robisz z przyrodzeniem świętego Ismarka! – krzyknęła ze zgrozą wojowniczka.

Przez moment Cess gapiła się tępo. W końcu dotarł do niej sens słów Batany. Pisnęła jak dziewczynka na widok szczura i instynktownie machnęła ręką, odrzucając czarny narząd. Ten z mokrym plaśnięciem uderzył w tłustą plamę na ścianie i przykleił się do niej, otoczony zgrają muszych zwłok.

– W ogóle tego nie przypomina! Zaraza! – Wytarła ręce o spodnie.

– Bo ma ponad trzysta lat! Czego się spodziewałaś?

No, właśnie. Złota? Klejnotów? Po co otwierała szkatułkę? Cess najchętniej spoliczkowałaby siebie za najbardziej durny pomysł w karierze… Właściwie nie, było kilka gorszych, ale, niech to szlag, ten i tak zajmował miejsce w czołówce. Jeszcze rozmyślała, czy to ugryźć! Profesorowie na wykładach mieli rację – ciekawość to zgubny nałóg.

– Czemu to wieziemy?! Czemu oni to chcą?! – wrzasnęła, przykładając dłoń do czoła, by nie widzieć przyczepionego do ściany organu. W tym momencie ktoś lub coś walnęło w drzwi i Batana odskoczyła, po czym znów podparła je plecami.

– Ładuj kuszę! – rozkazała.

Cess rzuciła się do torby w poszukiwaniu bełtów.

– Wiem, że tam jesteście! – krzyknął ktoś zza drzwi piskliwym głosem. – Oddajcie szkatułkę, a puszczę was wolno. Macie minutę. Potem wyważymy drzwi.

– Eunuch? – spytała Cess. Wyciągnęła garść bełtów i zabrała się za naciąganie kuszy.

– Eunuch – potwierdziła Batana. – Ładuj szybciej.

– Po co im…?

– Przyrodzenie Ismarka to dawna relikwia. Podobno, gdy przyczepić ją eunuchowi, to mu przyrasta i… no, nie jest już eunuchem.

Cess stęknęła, mocując się z cięciwą.

– Co za bzdury!

– Oni w to wierzą – skwitowała Batana. – Każdy eunuch chciałby ją dorwać, ale nie każdy chce zapłacić. Więc…

Przerwał jej wielki grzmot wyłamywanych drzwi. Wpadły do środka pokoju, grzebiąc Batanę pod swoim ciężarem. W prostokącie światła stanął odziany w czerń wielkolud z błyszczącym nożem w dłoni. Drugą ręką machał przed malutkimi oczami, rozwiewając kłęby dymu i pył ze staranowanych drzwi. Zza framugi wyjrzała druga, nalana twarz starszego mężczyzny.

– Bierz szkatułkę, Vago! – pisnął eunuch.

Bywały dni, gdy Cess potrafiła działać szybciej, niż myślała. Zamiast wpaść w panikę, puściła kuszę, chwyciła zydel i trzymając go przed sobą jak ostrze, runęła w kierunku zaskoczonego wielkoluda. Gdy nadepnęła na drzwi, usłyszała stłumiony jęk Batany.

– Wybaaa… – Nie zdążyła przeprosić, bo potknęła się, nie wiedząc do końca o co, i poleciała prosto na zdumionego osiłka. Zbrojny cofnął się odruchowo przed pędzącymi na niego drewnianymi nogami stołka, oparł plecami o barierkę na galerii i uniósł nóż.

Za późno.

Stołek wbił się mężczyźnie w brzuch i rozsypał, posyłając na bok drewniane odłamki. W rękach Cess zostało samo oparcie. Upuszczone ostrze brzdąknęło o deski.

Cess obiecała sobie, że wypomni właścicielom niezwykle tandetne wyposażenie, gdy wtem usłyszała źle zwiastujący dźwięk. Pod naporem dwóch ciał barierka zatrzeszczała, jęknęła i pękła. Cess również pisnęła, czując na ramieniu uchwyt mocno przerażonego Vago. Wielkolud pociągnął ją za sobą i runęli. Lecieli w dół, twarzą w twarz, przytuleni do siebie jak zakochana para, wybałuszając oczy i krzycząc z całych sił, aż dzwoniło w uszach.

Długi stół nie wytrzymał spotkania z plecami bandyty i złamał się z ogłuszającym trzaskiem. Cess westchnęła, gdy uderzenie wypchnęło powietrze z jej płuc i zgniotło piersi o wciąż trzymane siedzisko stołka. Po lądowaniu na wielkim cielsku mężczyzny spodziewała się delikatniejszych doznań. Świat składa się z rozczarowań, uznała, a mężczyznom nie można ufać. Fajki wodne z krańców przełamanego stołu wzbiły się w powietrze, dołączyły do lecących misek z jedzeniem, kubków, kart do gry, żetonów i monet, zderzyły ze sobą, po czym pękły donośnie. Cess poczuła na włosach deszcz okruchów szkła i glinianych szczątków. Dookoła wybuchł zgiełk wystraszonych pisków, gniewnych syknięć i ochrypłych krzyków.

– Wina… – szepnęła Cess w pierś nieprzytomnego zbója.

Z trudem uniosła głowę i rozejrzała się po izbie. Dym spowił wszystko szarymi pasmami mgły. Odziani w biel weselnicy walczyli z opatulonymi w czerń bandytami. Zupełnie jak oszalałe szachy, pomyślała, czołgając się do tyłu. Co z Bataną? Co z… – wolała nie nazywać tego po imieniu – …zawartością szkatułki?

Klęknęła na podłodze, pomiędzy nogami nieszczęsnego osiłka. Uciec? Walczyć? Zazwyczaj była zwolenniczką pierwszej opcji. Chwila, zaraz, moment. Jeśli napastnicy zwyciężą i zabiorą… uznała, że nazwie to coś bibelotem, to złoto szlag trafi. Nie wspominając o gniewie Kciukogniota. Ciekawe, skąd to przezwisko? Uchyliła się przed rzuconym nie wiadomo skąd talerzem.

Postanowione.

Była zbyt blisko zdobycia biletu do domu i nie zamierzała pozwolić żadnej bandzie drani, by pokrzyżowała jej plany. Rozejrzała się w poszukiwaniu broni. Nic, chyba że… Na wyciągnięcie ręki leżał sporych rozmiarów flet. Nie podrzędna fujareczka, ale długi jak ramię kawał drewna. Nie było sensu wnikać, skąd się tu wziął. Chwyciła instrument i trzymając go przed sobą, ruszyła w stronę schodów.

Opary kalu nadawały wszystkiemu nieziemski wygląd. Tłum ugrzązł w bijatyce. Napastnicy, choć mniej liczni, byli uzbrojeni w długie noże i pałki, weselnicy używali czegokolwiek, co znaleźli pod ręką, ale najczęściej pięści i zębów. Szaty spływały krwią, ranni jęczeli pod ścianami albo padali nieprzytomni na podłogę.

Cess ominęła skuloną, wystraszoną dziewczynę o dużych oczach. Odłamki szkła chrzęściły pod stopami. Zderzyła się z mężczyzną trzymającym rozcięte ramię. Krzyczał coś niezrozumiałego, zatoczył się i upadł. Nagle stanęła twarzą w twarz z bandytą w czerni. Łysą czaszkę miał zakrwawioną, oczy zimne i wściekłe. To spojrzenie nie wróżyło nic dobrego, szczególnie w połączeniu z trzymanym przez zbója nożem. Napastnik zamachnął się ostrzem, Cess odskoczyła, uniosła flet oburącz i rąbnęła z całej siły w czarny łeb. Prysnęła krew, a oczy zbója zamgliły się i zadrżały. Osunął się na kolana.

– Tak to robimy na Północy – burknęła, po czym jeszcze raz trzasnęła go fletem.

Dotarła na schody. Wbiegała po dwa stopnie naraz. Dym tu był gęstszy. Zatrzymała się na moment, obserwując z góry nieziemską scenę walki. Widmowe postacie zderzały się ze sobą i krzyczały, ktoś płakał, gdzie indziej skryta w dymie kobieta zawodziła przeciągle.

Ale się porobiło.

Ruszyła w kierunku pokoju, trzymając przed sobą w gotowości niezawodny flet. Gryzące opary wciskały się do gardła i szczypały oczy, a głowa swędziała od drobin szkła.

Nagle z jej pokoju wybiegł grubasek w ciemnej tunice. Zatrzymał się i spojrzał na nią. Cess chwyciła mocniej flet, ale drań nie wyglądał na chętnego do walki. Rozpoznała nalaną twarz podstarzałego eunucha. Czarna jak káva, zadbana i wypielęgnowana. Malowało się na niej bezgraniczne szczęście.

To mogło oznaczać tylko jedno.

Cess uniosła flet. Eunuch też coś uniósł. Śmiejąc się jak obłąkany, chwycił spód szaty i podciągnął wysoko.

Pod spodem był nagi.

Przez moment Cess spodziewała się ujrzeć rezultat brutalnego okaleczenia, dawno zagojoną ranę albo pozostałości po skomplikowanym zabiegu.

Zamiast tego zobaczyła przyrodzenie świętego Ismarka. Nie przypominało już garści zasuszonych śliwek po długim pobycie na słońcu. Rosło, pęczniało, wydłużało się w największego…

– Zabieraj to, draniu! – wrzasnęła Cess, kopiąc byłego eunucha prosto w nowo zdobyte klejnoty. Wybałuszył zaszklone oczy, skrzyżował dłonie na podbrzuszu, złączył kolana i padł z krótkim jękiem.

– Zapomniałeś, jak to boli, co?

Przeszła nad sparaliżowanym z bólu mężczyzną i stanęła w progu pokoju. Pomogła Batanie wydostać się spod drzwi. Mimo krwawiącej wargi i drzazg w plecach wojowniczka sprawiała wrażenie bardziej wściekłej niż rannej.

– Gdzie to bydlę? – spytała, opierając się o framugę.

Cess wskazała palcem na pechowego zbója. Piszczał przeciągle i kołysał się na boki. Odgłosy walk na dole powoli cichły. Przewaga liczebna biesiadników okazała się zbyt wielka dla napastników. Ulatniający się dym odsłaniał zdewastowaną karczmę w całej okazałości.

– Trudno uwierzyć, ale relikwia zadziałała – mruknęła Cess. – Co teraz?

– Nie wiem.

Stały w milczeniu, patrząc na pogrążonego w bólu staruszka.

– Potrzebuję złota – stwierdziła w końcu Cess.

– Kciukogniot nie będzie zadowolony – odparła Batana. – Nie sprzedam relikwii przyczepionej do jakiegoś drania.

– To magiczna… rzecz, prawda?

– Nie da się ukryć.

– Myślisz… – Cess wzięła głęboki oddech. – Myślisz, że zasuszy się znowu, gdyby ją…?

Batana podniosła nóż upuszczony wcześniej przez wypchniętego z galeryjki bandytę.

– Jest tylko jeden sposób, aby się przekonać. W końcu potrzebujesz złota.

Cess skinęła głową. Uśmiechnęła się.

– I nie chcemy rozczarować Kciukogniota.

Nieszczęśnik zaczął się czołgać w kierunku schodów, ale kobiety dogoniły go bez trudu i przewróciły na plecy. Cess jeszcze nie widziała, żeby ktoś wyglądał na tak przerażonego. Bełkotał coś, wpatrzony w trzymane przez Batanę ostrze jak w koszmar, który właśnie stał się rzeczywistością. Strużka śliny ciekła mu z kącików ust, a dłonie uniósł w obronnym geście.

But Batany trafił go w szczękę.

– To za drzwi – warknęła. Kopnęła jeszcze raz, tym razem w nerkę. – A to bez powodu. Przytrzymaj mu ręce.

Cess rzuciła się wykonać polecenie. Usiadła na piersiach rannego, tyłem do Batany. Niektórych widoków lepiej nie oglądać.

– Przejdzie do historii – stwierdziła z powagą. – Człowiek, któremu obcięto bibelot dwa razy…

Noc w Clemenh przeszył jeszcze jeden, ostatni krzyk, ale wszyscy uczestnicy sławnego od tej pory wesela twierdzili potem zgodnie, że był to wrzask najstraszniejszy.

 

***

 

Cess stała na pokładzie, obserwując niknącą w oddali pożółkłą od pyłu Berbenę. Odcięta relikwia trafiła do szkatułki, szkatułka do umówionego kupca, który przybył następnego dnia, a złoto do rąk Kciukogniota. Sam watażka okazał się słownym człowiekiem i wypłacił Cess pełne czterysta imperów. Zadowolona z powodzenia misji Batana na szczęście przemilczała pewne niefortunne czyny towarzyszki, co pomogło uniknąć nerwowych wyjaśnień.

W końcu liczy się skutek, a nie droga do niego, prawda?

Złota starczyło na podróż kupieckim statkiem i kilka bukłaków z daktylówką.

Cess uniosła naczynie w stronę dalekiego miasta.

– Obyśmy więcej się nie spotkały – szepnęła.

Tęskniła za Północą.

 

Koniec

Komentarze

Cześć, Zan!

 

Pójdę na łatwiznę i przekleję opinię, którą już znasz.

Lektura Cess już jakiś czas temu za mną – byłem nieco przerażony ilością stron (bo opka w papierowej NF czyta mi się raczej średnio – lepiej niż na portalu, ale to wciąż nie książka), ale popłynąłem z tekstem. Nie żebym wcześniej wątpił, że tak może być :P ale było naprawdę lekko.

Lekko – no właśnie. Tekst bez zadęcia, od początku do końca utrzymany w tej samej konwencji, która mi się mega podobała. Zawartość szkatułki… cóż… tego się nie spodziewałem :D

Ogólne wrażenie bardzo pozytywne, zatem do gratulacji samej publikacji dołączam gratulacje za bardzo fajny tekst.

 

Pozdrówka!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Witaj.

Przygodowa opowieść o dalszych losach przesympatycznej, znanej mi już bohaterki, z szybkimi zwrotami akcji, przepełniona niecodziennym humorem – tak określiłabym to opowiadanie.

 

Z technicznych – moje sugestie i watpliwości:

Już nic nie chroniło przed strzałami napastników. – czy tu nie powinno być „jej”?

Ubrani w lekkie kurtki żołnierze otoczyli pojazd, kierując krótkie włócznie i zakrzywione miecze w kierunku kabiny. – powtórzenie/ styl

Jęknęła, gdy ktoś brutalnie szarpnął ją za ramię. – To tylko ja – warknęła Batana, zakładając na ramię zdumionej Cess torbę ze szkatułką. – powtórzenie

Batana nie wyglądała na przekonaną, ale po chwili wahania, (zbędny przecinek) wyszła, zamykając drzwi.

Czemu oni to chcą?! – tego?

 

Pozdrawiam, gratuluję raz jeszcze piórka i klikam bibliotecznie. :)

Pecunia non olet

Ja również pozwolę sobie przekleić komentarz spod wątku w hyde parku.

 

Opowiadanie pt. „Cess i szkatułka szczęścia” zagościło na łamach sierpniowej Nowej Fantastyki – czasopisma z jakże długą tradycją, ostoi fantastyki, magazynu, do którego wiele osób odczuwa sentyment i czyta go od lat, traktując jak wyznacznik tego, co w fantastyce najlepsze. Jest to więc ogromne wyróżnienie, dlatego założyłem, iż opowiadanie będzie co najmniej dobre, ba, może nawet bardzo dobre – oryginalne, z nietuzinkowym bohaterem, pozwalające się przenieść w niezwykły świat, który rozbudzi wyobraźnię, i pełne wartkiej akcji oraz niesamowitych przygód. Autor na swoim blogu określa opowiadanie w następujący sposób: „Komedia akcji w konwencji fantasy, z główną bohaterką, którą nie chcielibyście spotkać na swojej drodze ;)”. (Przy okazji, Zanaisie, warto ten błąd składniowy poprawić). Spodziewałem się więc bardzo przyjemnej lektury, bo zabawne opowiadanie akcji trudno zepsuć.

Na wstępie autor zabiera czytelnika w podróż do śmierdzącej, ciemnej jaskini pełnej ścieków i szczurzych odchodów, gdzie upojona alkoholem główna bohaterka wykonuje brawurowy pokaz rzygania podczas rozmowy ze zleceniodawcą, który ma jej powierzyć zadanie dostarczenia szkatułki szczęścia kupcowi z Clemenh. Pierwsze zdania zdecydowanie nie zachęcają do lektury i ujawniają braki warsztatowe. „Jaskinia Kciukogniota przypominała gębę pijaka – wilgotna, ciemna i śmierdząca straconymi złudzeniami, czy raczej, w tym przypadku, ściekami oraz odchodami szczurów”. To porównanie nie ma najmniejszego sensu. Określenia „wilgotna” i „ciemna” można zaakceptować, ale po „śmierdząca straconymi złudzeniami” należało to zdanie zakończyć. Dopisanie konstrukcji „czy raczej, w tym przypadku…” było zbędne, bo zupełnie niszczy porównanie. Jeśli autor uznał informację o ściekach i odchodach za kluczową i być może zabawną, to powinien inaczej wpleść ją w narrację.

Jakby tego było mało, jeszcze w tym samym akapicie pojawia się informacja: „Gęsto zawieszone na ścianach lampy dawały sporo światła oraz jeszcze więcej dymu, dodatkowo zanieczyszczając cuchnące powietrze”. To było ciemno czy nie? Oczywiście można się spierać o to, co oznacza „sporo światła”, ale po co. Lepiej pisać tak, żeby czytelnik nie miał wątpliwości i mógł sobie z łatwością wyobrazić otoczenie. Wzmianka o lampach pojawia się tylko po to, żeby jeszcze raz wspomnieć o smrodzie jaskini i dodać dym. Można było ten cel osiągnąć, jednocześnie nie burząc logiki całego opisu. Naprawdę łatwo to zdanie poprawić: Zawieszone na ścianach lampy dawały mało światła, ale za to dużo dymu, dodatkowo zanieczyszczając cuchnące powietrze”. Mankamentów językowych jest w tekście więcej, ale nie zamierzam tu cytować połowy opowiadania.

Wracając jednak do tematu bohaterki, to Cess jest dyplomowanym posłańcem, mimo że nie zna nawet lokalizacji najbliższych osad, ale kto by się przejmował takimi nieścisłościami. Do misji nadaje się idealnie, ponieważ tylko ona jest na tyle głupia, aby udać się do ogarniętego zamieszkami państwa. Jedynie posłańcy mogą bez trudnej do zdobycia przepustki dostać się do Clemenh. Oczywiście tak się szczęśliwie składa, że prawo pozwala, by taki posłaniec miał ochronę. Cess otrzymuj więc od zleceniodawcy obstawę w postaci zbrojnej o wdzięcznym imieniu Batana.

Po tym wybitnym zawiązaniu akcji, następuje seria nudnych wydarzeń, które nic do opowiadania nie wnoszą. Towarzyszymy Cess, gdy pije na umór, gdy na targowisku ktoś chwyta ją za tyłek, za co odwdzięcza mu się ciosem w zęby, i w efekcie musi uciekać przed strażnikami, aż wreszcie dociera do powozu, mającego zabrać ją do Clemenh.

W kolejnej scenie czytelnik może zapoznać się z opisem współpasażerów oraz śledzić durne dialogi wypełnione informacjami nieistotnym w żaden sposób dla fabuły oraz inwektywami jakimi obrzucają się postaci. Jak widać wcale o tę przepustkę nie jest tak trudno, skoro są inni podróżni.

Spokój jednak nie trwa długo, bo powóz atakują bandyci, chcący przejąć szkatułkę. Jest to pomysł oklepany wręcz do bólu. A gdyby brak oryginalności to było za mało, to jeszcze opis tej walki wlecze się aż przez trzy strony, nie wywołując przy tym ani odrobiny napięcia, które w opowiadaniach akcji jest przecież nieodzowne. Za to głupota i nieudolność bohaterki jest wykorzystywana do gmatwania sceny pościgu. W końcówce mamy okazję poczytać o jeszcze jednej wspaniałej bijatyce w jakże fantastycznej scenerii, jaką jest karczma.

Nie sądziłem, że w jednym opowiadaniu można zepsuć absolutnie wszystkie elementy podstawowe czyli: fabułę, kreację bohatera i światotwórstwo. Opinie o fabule już przedstawiłem powyżej, bohaterka ma dwie cechy jest głupia i wulgarna, a świat fantasy ogranicza się do cuchnącej jaskini, pustkowia, targowiska i karczmy. Dowiadujemy się też, że jest w tej wspaniałej krainie północ i południe.

I najważniejszy element opowiadania czyli humor, bo według słów autora jest to komedia. Podczas całej lektury z utęsknieniem więc wyczekiwałem tych wspaniałych żartów, które wynagrodzą mi nijaką fabułę i durną bohaterkę. Jakież było moje zdziwienie, gdy dotarłem do ostatniego zdania, a humor nie wystąpił ani razu. Ale to przecież niemożliwe, musiałem przeoczyć, pomyślałem. Uparłem się, żeby ten humor znaleźć. Przeczytałem jeszcze raz, zadając sobie pytanie cóż takiego autor opowiadania uznał za zabawne na tyle, aby tekst określić mianem komedii. Czy odnalazłem humor sytuacyjny, a może uszczypliwą ironię, niebanalną zabawę słowem lub humorystyczne porównania? Nic z tego. Humor zawarty w tekście jest najgorszego rodzaju, jest prostacki, wręcz wulgarny i po prostu głupi, głupi tak bardzo, że zamiast śmiechu wywołuje uczucie zażenowania. Nie śmieszy mnie bekająca i rzygająca bohaterka, nie śmieszy mnie, że obelgę odbiera jak komplement, nie śmieszy mnie nijaka kłótnia w powozie, nie śmieszą mnie idiotyczne wypowiedzi woźnicy podczas ataku bandytów ani to, że dłubał w nosie, a potem oglądał to, co wygrzebał, nie śmieszy mnie opis macania po kroczu i wreszcie nie śmieszy mnie magiczne zasuszone przyrodzenie. Te rzekome żarty są pozbawione błyskotliwości.

Na portalu spotykam się z ciągłymi zarzutami, że nie potrafię chwalić, że szukam na siłę wad, a przecież każde opowiadanie ma jakieś zalety. I powinienem niczym dobry tatuś, widzący bliżej nieokreślony bohomaza swojej latorośli, wychwalać, cmokać z podziwu i głaskać, bo w ten sposób się motywuje i zachęca do dalszego rozwoju. Choćbym starał się ze wszystkich sił, to w tym opowiadaniu nie ma ani jednego elementu godnego pochwały. Obrzydliwy, sztampowy tekst okraszony prostackim humorem, bez chociażby cienia oryginalności nie zasługuje na chwalenie. Co mam pochwalić? Kreację świata fantasy ograniczającą się do opisu śmierdzącej jaskini, nijakiego miasta oraz zasuszonego przyrodzenia o magicznych właściwościach. A może na pochwały zasługuje zapijaczona bohaterka eksponująca swoją głupotę? A może fabułę należy wychwalać? Bohaterkę dwa razy atakują bandyci, gdy dostarcza szkatułkę i tyle. Może więc to humor ma mi wynagrodzić niedostatki w innych aspektach opowiadania? Może powinienem się zwijać ze śmiechu, czytając o rzygowinach przeciekających przez palce albo o penisie w magiczny sposób doczepiającym się do eunucha. Nie, „Cess i szkatułka szczęścia” to oburzająco kiepskie opowiadanie.

W mojej ocenie opowiadanie nie zasługuje nawet na bibliotekę. Mimo kilku tygodni, które minęły od lektury, nadal jestem głęboko zniesmaczony i rozczarowany tym opowiadaniem.

 

Tagi doskonale oddają, czego się spodziewać ;)

Absolutnie nie mogę się zgodzić, zaliczenie tego opowiadania do heroic fantasy jest błędem. Nie występują w tekście elementy kluczowe dla tego typu fantastyki. Z tagiem humor również bym polemizował, ale to już moje subiektywne odczucie, bo podczas lektury nie uśmiechnąłem się ani razu, towarzyszyło mi jedynie uczucie zniesmaczenia. Alkohol faktycznie występuję, choć raczej przetrawiony.

„Ten, który z demonami walczy, winien uważać, by samemu nie stać się jednym z nich" – Friedrich Nietzsche

Hej 

Opowiadanie napisane lekko i co tu ukrywać dobrze. Świetnie opisany sceny akcji. Fabuła powiedzmy nie banalna, mocno komiczna :).Jednak co do postaci, muszę się zgodzić z Osvald. Cess jest zwyczajnie irytująca, co psuje całe opowiadanie. W tekście czuć, że bohaterka ma być przekoloryzowana, jednak tu coś mocno poszło nie tak. A szkoda bo relacja Cess (lekkoducha) i Batanay (poważnej wojowniczki) daje dużo możliwości na komiczne dialogi i zwroty akcji. Niestety potencjał tej relacji jest kompletnie zmarnowany w mojej ocenie. Złapałem się na tym, że gdy Batana mówi o Cess jako idiotce trudno się jest z nią nie zgodzić 

Pozdrawiam

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Hej, Krokusie!

Cieszę się, że weszło gładko i że opowiadanie trzyma ramy swojej konwencji od początku do końca, bo taki był zamysł – lekka przygodówka :) Dzięki za wizytę!

Pozdrawiam!

 

Hej, Bruce

Dzięki za łapankę. Ostatniej wersji, która poszła do druku, niestety, nie mam, ale może i tam jakieś drobne błędy się uchowały ;)

Pozdrawiam!

 

Hej, Bardjaskier!

Miło mi, że humor przypadł do gustu. Czy Cess może być irytująca? Owszem, i tak miało być. To dobra dziewczyna, ale, cóż, niezbyt bystra. Do tego zadufana w sobie, próżna, leniwa moczymorda. Jej heroizm jest najczęściej wynikiem przypadku. Powiedzmy taki Jaś Fasola w spódnicy. Ma wzbudzać u czytelnika inny rodzaj sympatii. No i przede wszystkim jest zaprzeczeniem Mary Sue.

Dzięki za komentarz i pozdrawiam!

Dziękuję również, pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Hej

 

Zanais

 

“To dobra dziewczyna, ale, cóż, niezbyt bystra. Do tego zadufana w sobie, próżna, leniwa moczymorda.”

 

Pytanie czy taki bohater może się podobać :) Ale to kwestia gustu :) W mój nie trafiła 

 

Pozdrawiam

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Pytanie czy taki bohater może się podobać :) Ale to kwestia gustu :) W mój nie trafiła

Nie ma sprawy, żaden nie trafia w każdy gust. Np. moja żona nie trawi Geralta ;) Zdaje sobie sprawę, że Cess może irytować. Nie ona jedna :)

 Praktycznie każda postać z Abercrombiego, Kane od Wagnera, nawet Al Bundy i Ferdynand Kiepski – czy to postacie, z którymi się utożsamiasz? Ash z Martwego Zła? Bohater nie musi być dobry, mądry, cnotliwy, odpowiedzialny, odważny. Ma być przede wszystkim interesujący. To nie jest pierwsze opowiadanie z Cess, które wrzuciłem na portal i gwarantuję, że nie zmądrzała tu ani odrobinkę od poprzednich przygód.

 

Zanais

 

 

Oczywiście :) To Twoja bohaterka jeśli opisywanie jej przygód sprawia Ci przyjemność to najważniejsze. Ja osobiście też przestałem lubić Geralta po, którymś tam przeczytaniu sagi :)

Pozdrawiam

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Oczywiście :) To Twoja bohaterka jeśli opisywanie jej przygód sprawia Ci przyjemność to najważniejsze. Ja osobiście też przestałem lubić Geralta po, którymś tam przeczytaniu sagi :)

Nawet nie chodzi o przyjemność, bo chyba każdemu z nas sprawia przyjemność pisanie (inaczej po co się tym zajmujemy). Po prostu, jak sam zauważyłeś, to kwestia gustu. Mimo to cieszę się, że dobrnąłeś do końca opowiadania :)

Pozdrawiam

Ja trochę traktuję Cess, jak taką dorosłą/wyrośniętą Pippi, za którą w dzieciństwie przepadałam. :)

Pecunia non olet

Ale czemu trzeba klikać Bibliotekę?

Że opowiadanie mi pasuje, dałem wyraz już w recenzji NF. 

Oklaski od Starucha (który nie przepada za fantasy)!

Częścią tolerancji jest uwolnienie się od kompulsywnej potrzeby słuszności - JeRzy

Podobało mi się, czytało się przyjemnie, a jeśli się lubi konwencję tego typu fantastyki humorystycznej, tekst daje sporo satysfakcji, IMHO. Mnie przynajmniej dał :)

Bruce

Mam zatem nadzieję, że przygody Cess pozwalają Ci wrócić do miłych wspomnień ;)

Pozdrawiam

 

Staruch

Miło mi, że się zjawiłeś. Znałem Twoje uprzedzenia co do fantasy, tym bardziej cieszy mnie, że opowiadanie się spodobało :)

Pozdrawiam

Ale czemu trzeba klikać Bibliotekę?

Staruch, popieram, Biblioteka powinna być przyznana automatycznie; ja też nie kumem tego, początkowo sądziłam, że to inny rodzaj “kolejnych szczebelków drabiny nagradzania”.

 

 

Bruce

Mam zatem nadzieję, że przygody Cess pozwalają Ci wrócić do miłych wspomnień ;)

Zdecydowanie tak, Zanaisie. Jest dla mnie bohaterką nieprawdopodobnie zwariowaną i nieokiełznaną, ale – dzięki temu – przesympatyczną. :)

 

Pozdrawiam Was. :)

Pecunia non olet

Kupiłem i wgrałem stosowny numer Nowej Fantastyki, ale zanim udało mi się przeczytać – szczęśliwie pojawiło się na portalu. Do ¾ czyta się dobrze. Podsumuję na koniec, ale najpierw uwagi szczegółowe:

– We własnej – czknęła, próbując opanować mdłości – osobie.

Nie wiem, czy to jest dobrze ortograficznie, bo nie ma “czkać” ani bekać na liście.

 

Jakby ktoś się pytał, to sariha znaczy po arabsku i urdu owczarka w pewnym zdrobnieniu, więc pewnie “owczareczka”. Sądzę, że każde słowo coś znaczy, więc bez znaczenia.

W drodze do karczmy wciśnięto jej po okrutnie zawyżonych cenach dwie papugi i zdecydowanie za dużo daktyli. Na szczęście okazały się smaczne.

A zbyt słodkie daktyle wyrzuciła.

Słyszałem, że papugi są łykowate.

Odwróciła się, jednocześnie zginając łokieć i zaciskając pięść. Trafiła brodatego tubylca prosto w obnażone zęby.

Moim zdaniem nieco niezgrabne. Chyba lepiej by brzmiało: “Odwróciła się, uderzając pięścią tubylca prosto…” 

– Ha! Chłop z wozu, koniom lżej!

dobre!

 

cdn.

Pokój – szczęśliwość; ale bojowanie Byt nasz podniebny

Hej,

 

fajny tekst, ciekawa historia, zwłaszcza jej core, korzeń :) Zawartość szkatułki broni całości historii i nadaje jej odowiedniego polotu.

Wykonanie też na wysokim poziomie, opisy płynne i wszystko spina się w kompletną i barwną opowieść.

Bihaterowie i świat przedstawiony wydają mi się nieco papierowi. Brakuje mi tła, więcej kontrastu pomiędzy Północą a Południem, a Batana i Cess są jak dla mnie zbyt skąpo wyposażone w charakterystyczne cechy czyniące z nich odpowiednio wojowniczkę i posłańca. Przykładowo pijaństwo Cess przydałoby się zrównoważyć jakąś brawurową cechą, np. szybkością czy zdolnością do wspinania się. Zamiast takiej “bohaterskiej” cechy, wpisującej się w opowieść fantastyczną, w moim przekonaniu mamy “normalne” zdolności, czy wręcz działania napędzane fartem ;) Dla mnie nie koresponduje to z konwencją heroic fantasy.

 

Ostatni klik ode mnie ;)

 

Pozdrawiam serdecznie!

Che mi sento di morir

Hej, BasementKey

 

Zacznę od heroica – ja widzę tę konwencję nie tylko jako opowieść o zdolnościach, ale też o postawie moralnej lub o charakterze. Cess się nie zmienia, mimo wszelkich rzucanych obelg, mimo tarapatów, w które się pakuje. Zostaje sobą. Jasne, nie przeczę, że to trochę na granicy heroic fantasy, ale przecież bliżej temu do heroika (szczególnie że mamy tu bohaterską Batanę) niż do high fantasy. Zresztą to tylko tag na forum, nie będę o to robił dramy ;)

Świat jest ledwo zarysowany, bo właściwie tak lubię – to low fantasy, gdzie magii prawie nie ma. Nie wiem, co odpowiedzieć na zarzuty o papierowość Cess i Betany, bo starałem się im nadać odpowiednio różne osobowości, a także – poprzez akcje – pokazać różne podejście do działań. Cess to posłaniec, a jakie cechy ma mieć posłaniec? Cess nawet sama przypomina, że nie była pilną uczennicą, i właściwie stanowi zaprzeczenie dobrego posłańca. Do tego niezbyt bystra z niej osoba ;) Ale ponieważ głupi ma szczęście…

Betana walczy, ochrania Cess, ma pomysły, robi, co może, aby wykonać misję. No i jest postacią drugoplanową.

To nie ambitne opowiadanie, przygodówka z humorem, celowana w styl Joe Abercrombiego – zwłaszcza jego opowiadań z Ostrych Cięć, i, hm, no cały urok Cess polega na wadach.

Jak mi powiedziała raz pewna bardzo mądra osoba:

“w IV w. p.n.e. Arystoteles zauważył, że postacie w komedii i gatunkach pokrewnych powinny być "niskie", pełne wad i "gorsze' od nas, bo wtedy śmieszą”

Cieszę się, że doceniasz korzeń :)

Dziękuję za ostatecznego klika i za komentarz.

Pozdrawiam!

cd

 

Jedną z cech, które mi przeszkadzają w odbiorze tekstu są nieuzasadnione jednolinijkowe akapity, jak na przykład tu:

Zbrojny cofnął się odruchowo przed pędzącymi na niego drewnianymi nogami stołka, oparł plecami o barierkę na galerii i uniósł nóż.

Za późno.

Stołek wbił się mężczyźnie w brzuch i rozsypał, posyłając na bok drewniane odłamki. W rękach Cess zostało samo oparcie. Upuszczone ostrze brzdąknęło o deski.

Oczywiście ten jest jak najbardziej uzasadniony:

Przecież tylko spojrzy. Co złego może się stać?

Uchyliła wieko.

– Eee? – mruknęła, wybałuszając oczy.

(piszę z ostrożności, żeby ktoś nie pomyślał, że się zwyczajnie czepiam)

 

Również nie rozumiem celu artystycznego w zdaniach pozbawionych orzeczenia np.: “Cisza.” zamiast na przykład: “Panowała cisza.”, bo co ta cisza? Mi parser, przetwarzający język polski do rozumu, za każdym razem staje w takich miejscach.

 

Jestem zwolennikiem luźnego podejścia do purpury, ale przeszkadzały mi występujące na początku: “Jaskinia Kciukogniota przypominała gębę pijaka – wilgotna, ciemna i śmierdząca straconymi złudzeniami, czy raczej, w tym przypadku, ściekami oraz odchodami szczurów.” czy “Wystawał tylko potrójny podbródek, największy, jaki Cess kiedykolwiek widziała, rozrośnięty niczym napęczniały od krwi ogromny kleszcz.” (nie wiem, czy nie przecinek po rozrośnięty). Potem to ustąpiło i czytało się już dużo lepiej i z przyjemnością.

 

Lektura dawała radość, konstrukcja scen mi się podobała i nawet walka wokół powozu wypadła interesująco, a bałem się gmatwaniny. Zakończenie wydaje mi się satysfakcjonujące. Nie zaśmiałem się ani razu, ale bardzo dobre opowiadanie bohaterskie w konwencji low fantasy, co dla mnie również na plus.

Jak mi powiedziała raz pewna bardzo mądra osoba:

“w IV w. p.n.e. Arystoteles zauważył, że postacie w komedii i gatunkach pokrewnych powinny być "niskie", pełne wad i "gorsze' od nas, bo wtedy śmieszą”

Może Cess powinna być niższa?

 

Odnosząc się do zarzutu BasementKey, ludzkie oblicze bohaterek (brak pajęczych nici wyskakujących z nadgarstków) jest zaletą tego tekstu i konstrukcji postaci.

 

Czytałbym więcej o Cess!

 

Spóźniłem się z klikiem bibliotecznym :-(

Pokój – szczęśliwość; ale bojowanie Byt nasz podniebny

Cess to posłaniec, a jakie cechy ma mieć posłaniec? Cess nawet sama przypomina, że nie była pilną uczennicą, i właściwie stanowi zaprzeczenie dobrego posłańca. Do tego niezbyt bystra z niej osoba ;) Ale ponieważ głupi ma szczęście…

No właśnie, jakie cechy ma mieć posłaniec – to ja powinienem Ciebie zapytać ;) Po co się wynajmuje posłańca? Niby jest most, na którym trzeba okazać glejt, ale jest też niedaleko bród…

Co do głupoty – mogłaby być takim trochę Forrestem Gumpem, ale IMHO nie jest wystarczająco naiwna, a poza tym Forrest miał również niesamowite zdolności ;)

Ale, ale – może to faktycznie taka konwencja, takie fantasy raczej pełne ludzkich cech, słabości, nawyków niż magii i smoków. Mi po prostu czegoś tutaj brakuje, niekoniecznie fantastycznych zdolności, może po prostu szczypty profesjonalizm, czegoś co odrózniałoby główną bohaterkę od reszty postaci. 

Pozdrawiam!

Che mi sento di morir

No właśnie, jakie cechy ma mieć posłaniec – to ja powinienem Ciebie zapytać ;) Po co się wynajmuje posłańca? Niby jest most, na którym trzeba okazać glejt, ale jest też niedaleko bród…

W tym przypadku potrzebują jej upoważnień. A jeśli chodzi o cechy posłańca, to…

Ciekawość to wielka wada dla zawodowego posłańca i Cess usilnie pracowała, aby przestać ulegać złym podszeptom. Na wykładach w Cechu wbijano kandydatom do głowy pełen zestaw przymiotów pożądanych w tym zawodzie: lojalność, dyskrecja, punktualność, uprzejmość i solidność. Tak przynajmniej słyszała. Niestety, większość tych – z pewnością niezwykle ciekawych – spotkań przespała po nocnych balangach.

;)

 

Co do głupoty – mogłaby być takim trochę Forrestem Gumpem, ale IMHO nie jest wystarczająco naiwna, a poza tym Forrest miał również niesamowite zdolności ;)

Forrest to dobry chłopak był, naiwny, ale poczciwy. No i biegał, że ho, ho ;)

 Ale, ale – może to faktycznie taka konwencja, takie fantasy raczej pełne ludzkich cech, słabości, nawyków niż magii i smoków. Mi po prostu czegoś tutaj brakuje, niekoniecznie fantastycznych zdolności, może po prostu szczypty profesjonalizm, czegoś co odrózniałoby główną bohaterkę od reszty postaci. 

Tak, to low fantasy i wiadomo, kwestia gustu. Są książki, gdzie magowie łażą między ludźmi, a każdy karczmarz ma pod ladą magiczną pałkę w celu uspokajania klientów, są i takie, gdzie magii prawie nie ma, a fantasy jest głównie w tle. Takie i takie dobre, ale Cess to ta druga kategoria.

Pozdrawiam również

ale jeden nieostrożny ruch wystarczył, aby spadła. ← wystarczyłby, albo wystarczał

Fajne :) (na lic. Anet). Polubiłem opowiadania z Cess, jako główną bohaterką, pewnie dlatego, że jest jaka jest i opowiadania są tak napisane, że czyta się je lekko. Więcej Cess! 

Hej, Misiu

Poprawione. Cess jest, jaka jest i na pewno się nie zmieni. Chodzi mi po głowie kolejna opowieść z jej udziałem, ale na razie muszę odzyskać chęć pisania takich “gatunkowych zbrodni” ;)

Dzięki za wizytę i pozdrawiam!

Osvaldzie

 

Analizując nie tylko zgłoszenie Twojego komentarza w tym wątku, ale całość twojego ostatniego postępowania na portalu, zwłaszcza wobec osoby Zanaisa, przyznaję Ci moderatorskie ostrzeżenie.

Chociaż istotnie w przypadku poszczególnych komentarzy widać, że uważnie cedzisz słowa, starając się możliwie zbliżyć do granicy regulaminu, ale jej nie przekroczyć, to analizując całość Twojej działalności na forum trudno jest nie dopatrzyć się złej woli oraz licznych prowokacji. Dostrzegając, podobnie jak część innych użytkowników portalu, wartość merytoryczną Twojej krytyki, która często zawarta była w komentarzach przykryta nieprzyjemną formą, staraliśmy się temperować Twoje zachowanie interweniując tylko w miejscach, w których mocno przekraczałeś granice. Uważamy zresztą, że przynosiło to pozytywne skutki, Twoje komentarze po początkowym okresie działalności spuściły nieco z tonu, dalej niosąc krytyczną treść, ale w mniej dotkliwej formie.

Ostatnio jednak obserwujemy, że tendencja ta wyraźnie się zatrzymała, a ostatnie udzielane Ci upomnienia nie przynoszą skutków, dlatego zdecydowaliśmy się sięgnąć po wyższy poziom narzędzi moderatorskich.

Nikt nie zabrania Ci krytycznej i surowej oceny opowiadań. Nikt nie nakazuje Ci też doszukiwać się pozytywów w tekstach, w których nic Ci się nie podoba. Każdą krytykę da się jednak wyrazić językiem, który nie będzie napastliwy i nie będzie antagonizował autora.

Jednocześnie dziwi nas Twoja potrzeba do ciągłego, upartego wracania pod opowiadania ludzi, których dotychczasowa twórczość najwyraźniej wybitnie Ci się nie podobała i mieszałeś ją z błotem, by zostawiać tam długie i skrajnie negatywne wywody. Może lepiej poświęcić ten czas, szukając opowiadań które Ci się spodobają, zamiast iść pod te, gdzie wiesz, że będziesz cierpiał podczas lektury, a następnie Twój komentarz doprowadzi do przepychanki z innymi użytkownikami.

 

Arnubis

Pełniący obowiązki administratora portalu fantastyka.pl

Może nie wyglądam, ale jestem tu moderatorem. Jeśli masz jakąś sprawę, ale boisz się Beryla - pisz śmiało.

Analizując nie tylko zgłoszenie Twojego komentarza w tym wątku, ale całość twojego ostatniego postępowania na portalu, zwłaszcza wobec osoby Zanaisa, przyznaję Ci moderatorskie ostrzeżenie.

Jakiego postępowanie, Arnubisie? Skomentowania opowiadania? No przyznam, że moderacja tego portalu osiągnęła poziom, z którym już trudno dyskutować. Może oszczędźcie wszystkim trudu i napiszcie w regulaminie, że Zanais wielkim pisarzem jest i krytykowanie jego opowiadań kwalifikuje się na upomnienie. Podaj linki, do tego mojego rzekomego ostatniego zachowania, które kwalifikuje mnie do ostrzeżenia.

Chociaż istotnie w przypadku poszczególnych komentarzy widać, że uważnie cedzisz słowa, starając się możliwie zbliżyć do granicy regulaminu, ale jej nie przekroczyć, to analizując całość 

Masz rację, bardzo cedziłem słowa, bo gdybym chciał opisać autentyczne doznania po przeczytaniu tego opowiadania, to komentarz musiałby być wulgarny.

Twojej działalności na forum trudno jest nie dopatrzyć się złej woli oraz licznych prowokacji. Dostrzegając, podobnie jak część innych użytkowników portalu, wartość merytoryczną Twojej krytyki, która często zawarta była w komentarzach przykryta nieprzyjemną formą, staraliśmy się temperować Twoje zachowanie interweniując tylko w miejscach, w których mocno przekraczałeś granice. Uważamy zresztą, że przynosiło to pozytywne skutki, Twoje komentarze po początkowym okresie działalności spuściły nieco z tonu, dalej niosąc krytyczną treść, ale w mniej dotkliwej formie.

Arnubisie a w działaniu moderacji trudno jest się nie dopatrzyć się stronniczości i nierównego traktowana użytkowników. Autentycznie brzydzi mnie, że na portalu literackim wprowadzacie cenzurę pod pretekstem domysłów o złe intencje i prowokacje. Może oszczędźcie i sobie i innym zachodu i wpiszcie w regulamin, że nie wolno krytykować opowiadań Zanaisa i problem będzie z głowy.

Chcesz mi udzielić upomnienia, to wskaż w moim komentarzu choć jedno niestosowne zdanie naruszające regulamin. Wskaż choć jeden link do mojej prowokacji, które są podobno liczne.

Jakby było mało bzdur w tym uzasadnieniu, to jeszcze powołujesz się na moją całą działalność na forum. Po pierwsze prawo nie działa wstecz, a ja za wszystkie przekroczenia nowego regulaminu zostałem upomniany, jestem wiec teraz karany drugi raz za to samo.

Chcesz mi udzielić upomnienia to proszę o konkretne przykłady.

Ostatnio jednak obserwujemy, że tendencja ta wyraźnie się zatrzymała, a ostatnie udzielane Ci upomnienia nie przynoszą skutków, dlatego zdecydowaliśmy się sięgnąć po wyższy poziom narzędzi moderatorskich.

Tutaj sam sobie zaprzeczasz, bo akapit wyżej piszesz o tym, że cedzę słowa i staram się nie przekraczać granic regulaminu. Mało tego, to jest komentarz, który przekopiowałem z hydeparku, nie powstał teraz i wiem, że był przez moderację raz oceniany.

 

Pozostaje mi jedynie publicznie oświadczyć, że opowiadań Zanaisa więcej czytał nie będę (można świętować), bo jeśli nie mogę napisać szczerze, co myślę, to nie ma to żadnego sensu. Portal literacki to wolność słowa, wolność wyrażania opinii i to, co zaprezentowałeś Arnubisie, godzi bezpośrednio nie tylko w idee tego portalu, ale też fundamentalne prawo do krytyki. Gratuluję pokazałeś wszystkim użytkownikom, jak działa ta społeczność.

Ośmieszyłeś tą decyzją, z racji pełnionej funkcji, również całą moderację.

 

Odwołałbym się, ale zgodnie z regulaminem mogę się tylko dowołać do administratora, więc jest to błędne koło. Tak czy inaczej choćby dla zasady odwołuję się od decyzji o udzieleniu ostrzeżenia, bo nie została poparta żądną argumentacją. Wpis Arnubisa zawiera insynuacje i domysły, a nie zawiera żadnych konkretów.

„Ten, który z demonami walczy, winien uważać, by samemu nie stać się jednym z nich" – Friedrich Nietzsche

Miałam jak przy oglądaniu Jasia Fasoli; niby śmieszne, ale w którymś momencie głupota głównego bohatera zaczyna mnie wkurzać.

Czyli tym razem odniosłam wrażenie, że Cess jest przegięta w swojej głupocie. Gdyby to była moja postać, dałabym jej więcej bazarowego cwaniactwa albo czegoś podobnego, żeby nie wyszła na totalną idiotkę. Podobno głupi ma zawsze szczęście, ale prawdopodobieństwo też ma swoje prawa.

Babska logika rządzi!

Hej, Finklo

Ha, rozumiem, zachowania Fasoli też czasem były irytujące – szczególnie że czasem złośliwy z niego był typek – a jednak ludzie oglądali.

Opowiadanie jest stare (czekało ponad rok na publikację, a ja naprawdę nie piszę od dawna), teraz pewnie napisałbym je inaczej. Bazarowe cwaniactwo… Z pewnością przemyślę, ale sądzę, że więcej głupoty objawia się w mowie Cess niż w jej działaniu. Pomijając problem z hamulcem, całą resztę wykonała dość dobrze. A prawdopodobieństwo i bohaterowie fantasy? To się nie klei ;)

Dzięki za wizytę i komentarz :)

No, ja nie oglądam. Benny Hilla jeszcze trawię, ale Jaś Fasola poszedł o to jedno oczko za daleko.

Jeszcze podpaliła skrzynkę z bombami, otworzyła szkatułkę (to akurat nie miało jakichś tragicznych skutków, ale i tak stanowiło niepotrzebną głupotę), wykłócała się z karczmarzem o alkohol, którego tam dostać nie mogła…

Pacz pan, jakoś łatwiej mi uwierzyć w cudowne przyrodzenie, niż w nieustający strumień farta opływający jedną osobę. ;-)

Babska logika rządzi!

No, ja nie oglądam. Benny Hilla jeszcze trawię, ale Jaś Fasola poszedł o to jedno oczko za daleko.

Benny Hill teraz taki niepoprawny politycznie ;) Też oglądałem.

Jeszcze podpaliła skrzynkę z bombami, otworzyła szkatułkę (to akurat nie miało jakichś tragicznych skutków, ale i tak stanowiło niepotrzebną głupotę), wykłócała się z karczmarzem o alkohol, którego tam dostać nie mogła…

Podpalenie skrzynki uznałbym za niefortunny wypadek, otwarcie szkatułki – któż jest bez wad? Głupia decyzja bohatera świetnie napędza opowieść, a czasem stanowi nawet oś całego opowiadania np. Lato Ala Sarrantonio, wykłócanie się z karczmarzem też jest tylko głupotą w mowie.

Zgadzam się, że Cess może irytować. Pisałem już wcześniej, że to taki Jaś Fasola w spódnicy, a ten typ humoru nie przypada każdemu do gustu (w sumie jak wszystkie typy).

Pacz pan, jakoś łatwiej mi uwierzyć w cudowne przyrodzenie, niż w nieustający strumień farta opływający jedną osobę. ;-)

Gdyby opowieść kończyła się na Cess zastrzelonej bandycką strzałą, z pewnością byłoby bardziej prawdopodobne, ale nie wiem, jak z oceną konkursową :P

Offtop usuwam zgodnie z życzeniem autora, kto miał czytać komentarze, czytał, kto miał się odnieść, odniósł się, ścieżki odwoławcze zostały przekazane w wiadomości prywatnej.

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Już gratulowałam tekstu zamieszczonego w NF, a teraz mogę przeczytać. :)

 

Zaczyna się klimatycznie. Lubię, jak jest opis miejsca, które odpycha, a cuchnąca jaskinia do takich się zalicza. 

 

dodatkowo zanieczyszczając cuchnące powietrze.

To jak dla mnie zbędne, bo: 

– już wcześniej mamy opis, że śmierdziało, więc powietrze siłą rzeczy cuchnie, my to wiemy;

– skoro lampy oliwne dają dym, to oczywiste jest, że zanieczyszczają dodatkowo powietrze. ;)

 

Podoba mi się, że Cess ma te ludzkie odruchy (mdłości, czkanie) i w dodatku jest pijana. Fajnie się to komponuje z jej wejściem do jaskini, przewrotnie pokazane, że na misje nie podążają tylko herosi bez skazy, ale może też się zdarzyć ktoś taki jak Cess. :)

 

Polubiłam Cess, mimo że jest pijana i nie ogarnia życia, ale od razu zapałałam do niej sympatią, może dlatego, że bardziej lubię bohaterów z wadami, takich, którzy są wyraziści.

 

Opisy miasta mają urok, pomimo że to opisy, w których jest brud, smród i jeszcze ten pył. Malujesz te widoki przed oczami, tworzysz krainę, a ja mam wrażenie, że widzę to przed sobą, jakbym oglądała film. 

 

Na szczęście okazały się smaczne.

A zbyt słodkie daktyle wyrzuciła.

Czarny humor, dobre. :D

 

Samo przechadzanie się pomiędzy straganami, uderzenie gościa i ucieczka, to też ma barwne opisy, nic mi nie zgrzyta. Tekst został mocno dopracowany. :)

 

Siedzący na koźle znudzony woźnica w słomkowym kapeluszu dłubał w nosie.

W tym opowiadaniu wiele jest ludzkich cech, jak powyżej. To mi się baaardzo podoba, lubię czytać o ludziach, którzy zachowują się jak ludzie, a nie tylko siedzą albo po prostu wyglądają tak a tak. ;)

 

Jak Cess się odezwała i ruszyła rozmowa, to bardzo się wciągnęłam, raz nawet uśmiechnęłm. Cess przy przepychankach z baronową skojarzyła mi się z Ciri u Szczurów, ale taką starszą o dobrych kilka lat, już bez przeznaczenia i żyjącą po swojemu. 

 

– W każdym razie, firma przewozowa „Gorni i synowie” nie odpowiada za straty wynikłe z napadu, zgodnie z regulaminem do wglądu w…

Tu już parsknęłam śmiechem. :D

 

Ten napad świetnie wpasowuje się do historii. Rozmowa była bardzo interesująca, nic nie słabo, a tu jeszcze napad, więc cały czas lektura mocno trzyma czytelnika.

 

Jedna tylko rzecz mi nie gra: po co Batana zostawiła kuszę na dachu, skoro mogli ich napaść? No ale przy opowiadaniu humorystycznym, aż tak się tego nie czepiam. ;)

 

Coś czuję, że ta skrzyneczka, co straciła ją Cess, to było coś ważnego… 

Haha, a zresztą, inne też spadły. :D 

Jej „nie wiem” było przezabawne. :D 

 

Cess to taki raptus, oj, z tymi bombami to namieszała, jak dziecko entuzjastycznie dobierając się do tego, na czym się nie zna. Ale pasuje to do jej charakteru i do tekstu. 

 

 Odrobina spokoju, humor przy Valadżu, ale nie dajesz bohaterom wytchnienia. Trochę tych zbójów za dużo, bo strzelanie i bomby, a oni nie odpuścili, ale okej, może mają dobry powód. No i wyjaśnia się – szkatułka. Ciekawe, co w niej jest? :)

 

Batana nie była tak głupia, na jaką wygląda.

Wyglądała

 

No i podróż dobiegła końca – było zabawnie, w szybkim tempie, akcja pędziła do przodu jak powóz. 

 

Podoba mi się jak spokojnie poprowadziłeś akcję przed kolejnym ruszeniem w drogę. Cess i rozmowa ze strażnikiem, bardzo dobra stylizacja językowa, takie smaczki dodają uroku. Teraz coraz bardziej jestem ciekawa, co przewożą, dziwi mnie, że Cess ze swoim charakterem się nie zastanawia i nie dopytuje.

 

Jestem przy opisie tawerny i tak sobie myślę, że mimo formy opowiadania, wykreowałeś ciekawy, rozległy świat. Czytając, mam wręcz wrażenie, że to taka zapowiedź, wycinek z przygód Cess. 

 

Świetny pomysł z brakiem alkoholu, byłam pewna, że Cess w końcu otrzyma wytęskniony trunek, a tu niespodzianka. Fajnie zaskakujesz, nawet w takich drobnych sprawach. 

 

Batana zabierająca zirytowaną Cess od karczmarza sprawiła, że trochę mi szkoda braku ich wcześniejszej relacji. Mogło być tego trochę więcej. ;)

 

O, tego mi brakowało: Cess zainteresowanej szkatułką. Uśmiechnęłam się na widok Batany wracającej do pokoju, żeby sprawdzić Cess. 

 

Przyrodzenie w szkatułce – w dodatku mające trzysta lat, pomysł bardzo oryginalny. :D 

 

Upuszczone ostrze brzdąknęło o deski.

To zdanie mi nie pasuje, słowo brzdąknąć kojarzy się z gitarą, a nie z nożem, który uderza o podłogę. W sensie: upuszczając nóż, czy może on brzdąkać? 

 

Cess obiecała sobie, że wypomni właścicielom niezwykle tandetne wyposażenie, gdy wtem usłyszała źle zwiastujący dźwięk.

Tu też niezgrabne wyrażenie: gdy wtem usłyszała źle zwiastujący dźwięk.

Lepiej napisać, co usłyszała, nie opisywać, że dźwięk był zły i coś zwiastował.

 

Łoo, no nie spodziewałam się, że tak się sprawy potoczą. Relikt działa, ale nieszczęsny eunuch odzyskał go tylko na chwilę… Kradzież jednak nie popłaca. 

 

Koniec właściwie taki jak zapowiedź kolejnej części. Jeżeli innych części nie ma, to już bardziej pasuje końcówka z krzykiem. Ale to tylko moja opinia, bo ta skrótowość mało pasuje do całości dość rozwiniętej w całym opowiadaniu. ;)

 

Całość mi się podobała i czytałam z przyjemnością. 

Przy okazji, nie uważam, że komedie muszą zawsze śmieszyć do łez. Dla mnie takie lekkie opowiadania, w których można się uśmiechać płynąć przez tekst to też sztuka. ;)

 

Pozdrawiam, 

Ananke

 

P.S. Cieszę się, że w związku z decyzją moderacji, po tym komentarzu ode mnie, nie będzie więcej podważania opinii czytelników i nie będziemy musieli psuć sobie nerwów niepotrzebnymi złośliwościami. :)

Hej, Ananke

Już gratulowałam tekstu zamieszczonego w NF, a teraz mogę przeczytać. :)

Miło mi znów Cię widzieć pod moim tekstem.

dodatkowo zanieczyszczając cuchnące powietrze.

To jak dla mnie zbędne, bo: 

– już wcześniej mamy opis, że śmierdziało, więc powietrze siłą rzeczy cuchnie, my to wiemy;

– skoro lampy oliwne dają dym, to oczywiste jest, że zanieczyszczają dodatkowo powietrze. ;)

Kiedyś napiszę tekst, który nie powtarza wcześniejszych informacji… Kiedyś… może drabble? ;)

Fajnie się to komponuje z jej wejściem do jaskini, przewrotnie pokazane, że na misje nie podążają tylko herosi bez skazy, ale może też się zdarzyć ktoś taki jak Cess. :)

Kciukogniot z pewnością również wolałby kogoś innego niż Cess, ale na bezrybiu… ;)

Polubiłam Cess, mimo że jest pijana i nie ogarnia życia, ale od razu zapałałam do niej sympatią, może dlatego, że bardziej lubię bohaterów z wadami, takich, którzy są wyraziści.

A to się cieszę. Cess to chodząca wada, choć bardzo się dziewczyna stara.

Samo przechadzanie się pomiędzy straganami, uderzenie gościa i ucieczka, to też ma barwne opisy, nic mi nie zgrzyta. Tekst został mocno dopracowany. :)

Miło mi :)

Siedzący na koźle znudzony woźnica w słomkowym kapeluszu dłubał w nosie.

W tym opowiadaniu wiele jest ludzkich cech, jak powyżej. To mi się baaardzo podoba, lubię czytać o ludziach, którzy zachowują się jak ludzie, a nie tylko siedzą albo po prostu wyglądają tak a tak.

Pewnie każdy ma inną definicję low fantasy, ale dla mnie to brud, smród i ubóstwo.

Tu już parsknęłam śmiechem. :D

:) Biurokracja jest wszędzie.

Jedna tylko rzecz mi nie gra: po co Batana zostawiła kuszę na dachu, skoro mogli ich napaść? No ale przy opowiadaniu humorystycznym, aż tak się tego nie czepiam. ;

To taka wyprawa incognito. Nie wiem, jak wytłumaczyliby woźnicy oraz współpasażerom obecność kuszy w powozie. To jakby ktoś z karabinem podróżował.

Cess to taki raptus, oj, z tymi bombami to namieszała, jak dziecko entuzjastycznie dobierając się do tego, na czym się nie zna. Ale pasuje to do jej charakteru i do tekstu. 

Chciała pomóc. Zbyt wysokie mniemanie o własnych umiejętnościach to cała Cess.

Batana nie była tak głupia, na jaką wygląda.

Wyglądała

Tutaj chyba jest brak następstwa czasów. Ale może coś mylę.

Czytając, mam wręcz wrażenie, że to taka zapowiedź, wycinek z przygód Cess. 

Kiedyś do niej wrócę.

Batana zabierająca zirytowaną Cess od karczmarza sprawiła, że trochę mi szkoda braku ich wcześniejszej relacji. Mogło być tego trochę więcej. ;)

Nie miały okazji. A to, co Cess wyrabiała w powozie tylko utwierdziło Batanę, że ma dość nierozsądną towarzyszkę podróży. 

Uśmiechnęłam się na widok Batany wracającej do pokoju, żeby sprawdzić Cess

Jak wyżej ;)

Przyrodzenie w szkatułce – w dodatku mające trzysta lat, pomysł bardzo oryginalny. :D 

Jakoś przeszedł w NFie. Mam nadzieję, że z powodu zbudowanego wcześniej napięcia, co tam jest :P

Upuszczone ostrze brzdąknęło o deski.

To zdanie mi nie pasuje, słowo brzdąknąć kojarzy się z gitarą, a nie z nożem, który uderza o podłogę. W sensie: upuszczając nóż, czy może on brzdąkać? 

Hm. Chyba korzystałem z tej definicji z Sjp: zwykle o instrumentach strunowych lub metalowych przedmiotach: wydawać krótkie dźwięki na skutek szarpania, uderzania;

Cess obiecała sobie, że wypomni właścicielom niezwykle tandetne wyposażenie, gdy wtem usłyszała źle zwiastujący dźwięk.

Tu też niezgrabne wyrażenie: gdy wtem usłyszała źle zwiastujący dźwięk.

Lepiej napisać, co usłyszała, nie opisywać, że dźwięk był zły i coś zwiastował.

Racja.

Koniec właściwie taki jak zapowiedź kolejnej części. Jeżeli innych części nie ma, to już bardziej pasuje końcówka z krzykiem. Ale to tylko moja opinia, bo ta skrótowość mało pasuje do całości dość rozwiniętej w całym opowiadaniu. ;)

Z końcówki też nie byłem zbytnio zadowolony, ale wolałem wyjaśnić, co się wydarzyło potem, bo za dużo wątków byłoby otwarte. No i Cess zasługiwała na szczęśliwe zakończenie. Koniec końców wypełniła misję ;)

Całość mi się podobała i czytałam z przyjemnością. 

Przy okazji, nie uważam, że komedie muszą zawsze śmieszyć do łez. Dla mnie takie lekkie opowiadania, w których można się uśmiechać płynąć przez tekst to też sztuka. ;)

Cieszę się :) Nie, nie zamierzałem pisać komedii, przy której człowiek dusi się ze śmiechu. To lekka przygodówka z gatunku feel good. Cess dla wielu to irytująca postać i zgadzam się, że trzeba ją nieco poprawić. W każdym razie jakoś się spodobała ;)

 

Cieszę się, że w związku z decyzją moderacji, po tym komentarzu ode mnie, nie będzie więcej podważania opinii czytelników i nie będziemy musieli psuć sobie nerwów niepotrzebnymi złośliwościami. :)

Zdecydowanie ulżyło :) Dostaję normalną konstruktywną krytykę – właśnie dla takiej tu jestem.

Pozdrawiam i dzięki za lekturę!

Taka burza, że aż chyba dj sobie wstawi komentarz do poczytania w wolnej chwili :D

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Wszelki duch, DJ! ;-)

To jak już sobie poczytasz, to jeszcze opko Zanaisa skomentuj, łachudro ty ;-)

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Miło mi znów Cię widzieć pod moim tekstem.

Na pewno nie pod ostatnim. Ja mam po prostu wolne tempo. :D

 

Kiedyś… może drabble? ;)

A pisywałeś drabble? Ja pod wpływem tych z forum napisałam trzy, ale Mąż nie zrozumiał, więc nie są szczególnie udane. :p

 

A to się cieszę. Cess to chodząca wada, choć bardzo się dziewczyna stara.

Czasami się stara, a czasami niekoniecznie. Dla mnie jest taka ludzka w tych swoich wadach i w tym, że nie może czasami odpuścić, mimo że wie o kłopotach, jakie ją spotkają. Dla jednych to może głupota, dla innych po prostu silna potrzeba zaspokojenia ciekawości. 

 

To taka wyprawa incognito. Nie wiem, jak wytłumaczyliby woźnicy oraz współpasażerom obecność kuszy w powozie. To jakby ktoś z karabinem podróżował.

Ach, racja! Moje niedopatrzenie. Nie pomyślałam o tym. ;) Chyba niebezpieczeństwo przyćmiło mi osąd. 

 

Tutaj chyba jest brak następstwa czasów. Ale może coś mylę.

Hm, no czas przeszły i czas teraźniejszy mi się gryzą, ale może to poprawne, skoro edycja nie wyłapała. ;)

 

Kiedyś do niej wrócę.

Czekam na to. :)

 

Nie miały okazji. A to, co Cess wyrabiała w powozie tylko utwierdziło Batanę, że ma dość nierozsądną towarzyszkę podróży. 

Wiem, ale one mi się kojarzą trochę z relacją na linii Geralt-Jaskier, więc gdzieś tam mogłaby zaistnieć jakaś ciekawa okazja, przy okazji pogłębiająca Cess. ;)

 

wydawać krótkie dźwięki na skutek szarpania, uderzania;

To mi się kojarzy z uderzaniem w te przedmioty, a nie uderzaniem przedmiotu o coś innego, ale robiąc eskperyment z nożem to średnio mi brzdękał. :D 

 

Cess dla wielu to irytująca postać i zgadzam się, że trzeba ją nieco poprawić. W każdym razie jakoś się spodobała ;)

Mi się podobała i nie irytowała, ale jestem w stanie zrozumieć, że może irytować, ja mam tak przy superbohaterach: no czytam/oglądam i mnie irytują (choć staram się omijać). 

 

Zdecydowanie ulżyło :) Dostaję normalną konstruktywną krytykę – właśnie dla takiej tu jestem.

Po to jest właśnie to forum. :)

 

Pozdrawiam i do zobaczenia pod kolejnym opowiadaniem. ;) Komentarz już napisany. :)

 

Trochę wstyd, że nie przeczytałem na papierze, ale lepiej późno niż wcale.

Opowiadanie świetne. Po pierwsze naprawdę zabawne. Po drugie świetna główna bohaterka, choć ten punkt łączy się z pierwszym. Język bez zastrzeżeń, a porównanie z łosiem zapamiętam na długo. Historia w sumie prosta, ale od ujawnienia zawartości szkatułki nabrała pazura, i w sumie też się do niej nie przyczepię.

W każdym razie gratuluję publikacji.

Hej, Zygfrydzie

Trochę wstyd, że nie przeczytałem na papierze, ale lepiej późno niż wcale.

E, jaki wstyd, miło mi, że w ogóle tu dotarłeś.

Opowiadanie świetne. Po pierwsze naprawdę zabawne.

Jak humor trafi to zawsze się autor cieszy :) 

Język bez zastrzeżeń, a porównanie z łosiem zapamiętam na długo.

Jakie porównanie z łosiem? xD

Historia w sumie prosta, ale od ujawnienia zawartości szkatułki nabrała pazura, i w sumie też się do niej nie przyczepię.

Ta historia nie miała być ambitna ani skomplikowana. Jaka bohaterka, taka opowieść – prosta ;)

 

Dzięki za odwiedziny :)

Pozdrawiam

Jakie porównanie z łosiem? xD

zydel stał tak pewnie, jak łoś na zamarzniętym jeziorze

:)

Podobało mi się :)

Przynoszę radość :)

Hej, Anet

Cieszę się!

Nowa Fantastyka