- Opowiadanie: Corrinn - Słoik z weną

Słoik z weną

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Słoik z weną

Moczypiórko siedział przy biurku w najdalszym kącie pokoju, trzymając w jednej dłoni długopis, a w drugiej mokrą od łez chusteczkę.

Ryzy papieru dzieliły się na dwa rodzaje – niezapisane i zgniecione. Z odrzuconych usypana była górka, jaką znają jedynie literaccy himalaiści.

– Nie, nie i jeszcze raz nie! To się nie trzyma kupy! To, po prawdzie, nie trzyma się niczego!

Kolejna zmaltretowana kartka spadła na szczyt wzniesienia, powodując niewielką lawinę na wschodnim zboczu.

– Koniec na dzisiaj… – powiedział Moczypiórko, odkładając wilgotną chusteczkę do piórnika i wyrzucając długopis do kosza. – Jestem zbyt zmęczony, aby napisać choć jedno beznadziejne słowo więcej.

Młody pisarz mówił do siebie, co jednak nie jest dziwniejsze od pisania słów, których nikt nie przeczyta. Potarł dłonią czoło, potem zmęczone oczy, aż w końcu uderzył pięściami w biurko.

– Auć.

– Przepraszam – powiedział Moczypiórko. – Często zapominam, że jesteś tak wrażliwe.

– Też byłbyś, gdyby ktoś cię okładał pięściami – syknęło biurko. – Pracuję dla ciebie, chyba powinieneś traktować mnie z szacunkiem?

– Masz zupełną rację – stwierdził pisarz, wiedząc, że kłótnia z meblem nie ma sensu. To tak, jakby kłócić się z zamkniętymi drzwiami, że nie chcą się otworzyć.

Poza tym biurko rzeczywiście miało swoje prawa, które były łamane. Moczypiórko często się złościł, na czym cierpiał przede wszystkim blat, a czasami także szuflady i nóżki. Biurko wielokrotnie miało ochotę go kopnąć, ale ostatecznie kończyło się na potyczkach słownych. Głównie ze względu na to, że nie mogło się ruszyć.

– Idę spać – powiedział. – Ale pewnie nie będę mógł usnąć.

– Policz owce.

Pisarz wybałuszył przekrwione oczy.

– Przecież nie mam owiec. Mój dziadek miał, ale on był pasterzem i…

– Zatem policz owce dziadka – rzuciło głucho biurko. – To pomaga usnąć.

– Eee… Tak, spróbuję.

Pisarz umył się i runął na łóżko jak Krzywa Wieża w Pizie na Plac Katedralny, gdyby jej tylko pozwolić. Po chwili, wbrew temu, co zapowiadał, usnął. Śniły mu się owce, lecz nie mógł ich policzyć. We śnie sam był jedną z nich, czarnym baranem bez nadziei na napisanie książki.

Rankiem obudziło go pukanie do drzwi. W pierwszym odruchu próbował groźnie zabeczeć, aby odstraszyć intruza, ale przypomniało mu się, że na jawie nie jest owcą. Wstał, narzucił szybko byle jakie ubranie i zirytowany nacisnął klamkę.

W drzwiach stał gremlin. Miał duży nos do wywąchiwania okazji i oczy nawykłe do wiercenia dziur w brzuchu. Wyglądał na osobę, która koniecznie chce dokonać transakcji, równocześnie wiedząc, że transakcja właściwie już się dokonała.

– Niczego nie kupię – powiedział Moczypiórko, próbując przybrać ubogi wyraz twarzy, aby odstraszyć sprzedawcę. Nie było to trudne. W końcu był pisarzem przed wydawniczą inicjacją.

– Ależ niczego nie sprzedaję, proszę pana… Wręcz przeciwnie, mam dla pana prezent. Zupełnie za darmo.

Chłopak, który był za młody, aby wiedzieć, że za darmo można dostać co najwyżej świerzbu i zbyt biedny, aby nie skorzystać z okazji, rzekł:

– Proszę mówić dalej.

Gremlin wyjął z przepastnej kieszeni spodni maleńki słoiczek, który wyglądał nieco, jakby zaprojektował go Salwador Dali w stanie nietrzeźwości. W zasadzie nie był to słoik, ale wielofunkcyjne pięciowymiarowe naczynie, jedno z tych, które nie tylko przechowają żywność, ale też pomogą ugotować i zabawią się z kucharką.

Moczypiórko zawahał się.

– Co to jest? – zapytał, próbując zogniskować wzrok przez grube szkła okularów, ale przedmiot dwoił mu się w oczach.

– To O-ja-cię-ale-mam-talent-serum, czyli maść na zwiększenie potencjału.

– Zwiększenie potencji? – Moczypiórko zaczął zamykać drzwi, nerwowo sprawdzając, czy ktoś z sąsiadów ich nie słyszy.

But gremlina szybko znalazł się w odpowiednim miejscu, aby zapobiec przerwaniu nici konwersacji.

– P o t e n c j a ł u, proszę pana. Chodzi o to, że dzięki tej maści może pan namalować świetny obraz, nakręcić kasowy film lub napisać bestseller.

Drzwi gwałtownie otworzyły się na pełną szerokość, co nie spodobało się ścianie po przeciwnej stronie.

– Proszę wejść, zapraszam! – zawołał Moczypiórko.

– Przykro mi, ale nie mam czasu – powiedział gremlin, uśmiechając się. – Czeka na mnie jeszcze wielu klientów. Niemniej, zostawię panu wizytówkę, na wypadek, gdyby chciał pan dokupić więcej.

– Dokupić? – Umysł pisarza przeszedł ze stanu euforii w stan ostrożności. – Mówił pan, że to za darmo.

– Oczywiście, że tak mówiłem. Pierwszy słoiczek jest za darmo. W ramach promocji marki. Ale biznes jest biznes, nie możemy sobie pozwolić na rozdanie całego magazynu.

Gremlin wręczył pisarzowi O-ja-cię-ale-mam-talent-serum oraz wizytówkę, po czym pożegnał się uprzejmie i odszedł.

Dzień dopiero się rozpoczynał, ale pisarz czuł, że już stało się coś niezwykłego. Dzięki temu spotkaniu jego życie odmieni się. Być może na lepsze.

 

***

 

– Wiesz, jak to stosować? – zapytało biurko, gdy słoik z niebieską mazią znalazł się na blacie. – Podejrzane w dotyku, przynajmniej od spodu.

– Etykieta na pewno wszystko wyjaśni. Poza tym mam wizytówkę pana… – skierował wzrok na nazwisko – …Alemamrabata i jest tu numer komórkowy, w razie potrzeby zadzwonię.

Biurko spróbowało westchnąć, ale tylko zatrzeszczało.

– I to ma niby pomóc na blokadę twórczą?

– Oczywiście! – Moczypiórko rozpromienił się. – Niedługo będę sławny.

– Aha…

– Co my tu mamy… Ojej, instrukcja jest w obcym języku.

– Co tam jest napisane?

– Nie wiem, jakieś znaczki, szlaczki i piktogramy.

Biurko nie mogło przyjrzeć się etykiecie, ponieważ stolarz, który tchnął w nie życie, spartaczył robotę, zapominając o ważnym życiowym aspekcie – oczach. Wyczuwało jednak problem poważny niby zgraja rozwścieczonych korników.

– Nawet nie przypomina ludzkiego języka.

– Może zadzwoń po pomoc? – Biurko wyglądało na rozbawione.

– Nie – postanowił pisarz. – Przecież to oczywiste. Piszę ręcznie, więc trzeba wetrzeć to w dłonie i… powinno działać.

Wziął do rąk słoik, co nie było proste, gdyż pięciowymiarowe naczynie źle się trzyma w ograniczonych wymiarowo dłoniach, ale w końcu się udało.

– Musisz jeszcze odkręcić wieczko – podpowiedziało biurko, coraz bardziej rozbawione.

– Wiem, wiem.

Niestety, odkręcanie okazało się na tyle skomplikowane, że słoiczek wyślizgnął się pisarzowi i upadł na biurko. Odgłos tłuczonego szkła obwieścił światu, że Moczypiórko nie napisze bestsellera. Przynajmniej w najbliższej przyszłości.

– Co ja zrobiłem! – wykrzyknął chłopak, próbując gorączkowo zebrać kawałki szkła i uratować choć trochę magicznej substancji. Okazało się jednak, że przy zderzeniu z rzeczywistością wena szybko wyparowuje.

Pisarz spojrzał na mebel. Potem podniósł wszystkie czyste kartki, jakie na nim leżały, wrzucił je do kosza na śmieci i wyszedł z pokoju, zatrzaskując za sobą drzwi.

W drewnianym, przeżartym przez korniki umyśle biurka zaczął rodzić się pomysł.

 

***

 

– Ile?!

Głos po drugiej stronie linii cierpliwie tłumaczył:

– Trzy tysiące i ani grosza mniej.

– Nie mam takich pieniędzy! – zawołał Moczypiórko, stojąc nad przepaścią rozpaczy.

– W takim razie… – mówił Alemamrabat – życzę panu dużo natchnienia. Nic więcej nie mogę zaproponować.

Dźwięk przerwanego połączenia uderzył pisarza niczym odmowa wzięcia do antologii.

Moczypiórko rzucił telefon na łóżko i rozpłakał się. W całej swojej karierze nigdy nie był bliżej napisania bestsellera. A teraz okazja przeszła mu koło nosa.

Przypomniał sobie, jak w wieku szkolnym marzył o karierze pisarskiej. Podczas gdy jego rówieśnicy pluli na chodnik i podpierali bramy, on ciężko pracował, aby w przyszłości móc stanąć na półce obok wielkich tego świata. No, przynajmniej w tym samym pomieszczeniu.

W umyśle każdego pisarza są takie sekretne regały, na których kumulują się zapomniane natchnienia, pomysły i, nie wiedzieć czemu, puste butelki. O ile te ostatnie nie zajmują całego miejsca, w sytuacjach kryzysowych można liczyć na odkurzenie tych poprzednich, co z kolei skutkuje inspiracją. Przypomina to odbijanie się od dna, lecz w przypadku literatów, bardziej poprawnym określeniem jest „znalezienie właściwego słowa”. Moczypiórko znalazł jedno z nich.

– O, kurwa…

I po chwili dodał:

– Jaki ja jestem głupi!

Aż w końcu:

– Biurko! Ono może mi pomóc! Przecież wchłonęło cały talent zawarty w słoiku…

Pobiegł do pracowni. Przedarł się przez stosy zgniecionego papieru i niemal na kolanach poprosił:

– Pomóż mi, błagam!

Moczypiórko długo tłumaczył, dlaczego biedny mebel ma odwalić za niego całą pracę. Sam nie wiedział jak, ale argumenty wylewały się z niego jak rzeka fałszu ze źródła przebiegłości.

Mebel udawał, że nie słyszy. Następnie przez pewien czas milczał. W końcu się zlitował i oznajmił:

– Włóż do szuflady wszystkie czyste kartki, jakie masz. Zobaczę, co da się zrobić.

Pisarz podziękował, używając takich zwrotów jak „najlepsze biurko na świecie” i „nowy środek na korniki”, po czym zostawił mebel w spokoju, a sam położył się wcześniej spać. Nie mógł się doczekać, aż praca zostanie ukończona, ale biurko zabroniło podglądać przed świtem.

Przez sen słyszał dziwny dźwięk, jakby chrobotanie tysięcy myszy w tysiącach piwnic. Próbował je policzyć, ale było to niemożliwe.

Obudził się, czując, że słońce razi go przez okno. Niewiele myśląc, wparował do sąsiedniego pokoju, pociągnął szufladę i… ani drgnęła.

– Biurko?

– Uhm…

– Możesz pomóc?

– Mogę.

– Więc?

– Najpierw mi coś obiecaj.

– Tak? – zapytał Moczypiórko, a jego zniecierpliwione oczy żądne czytania niemal wychodziły z orbit.

– Dodasz mnie jako współautora – powiedziało biurko. – Bo, domyślam się, że nie pozwolisz, żebym było jedynym podpisanym twórcą.

– Chyba żar… – zaczął. Krótka iskierka niepokoju zatliła się w jego głowie. A jeśli dzieło pozostanie w szufladzie na zawsze? Nie może popełnić tego błędu.

– Oczywiście, że tak. – Pisarzowi udało się zmusić mięśnie twarzy do uśmiechu, którego biurko i tak nie widziało. – Dostaniesz nawet swój biogram – skłamał po raz drugi.

– W porządku – rzekł mebel, który niestety z powodu niechlujstwa właściciela niewiele mógł wiedzieć o porządkach i ogólnie pojętej czystości. – Otwieram.

Moczypiórko wziął do ręki książkę i zaczął czytać…

 

***

 

W biurze wydawnictwa „Symbol” trwało wielkie poruszenie. Ludzie i nieludzie przeciskali się i niemal wchodzili sobie na głowę, aby przeczytać fragment albo choć rzucić okiem na rękopis. Naczelna redaktorka była oczywiście trollem, bo tylko trolle mają dość twarde części ciała i cierpliwość kamienia, aby przetrwać jakoś na tym stanowisku. Teraz jednak czuła, jak miękną jej nogi.

– Pan to napisał? – zapytała, gdyż w spojrzeniu dwudziestoletniego Moczypiórka nie widać było czterdziestu lat doświadczenia, potrzebnych do napisania choć jednego rozdziału czegoś podobnego.

– Oczywiście, że ja – powiedział – przecież nie moje biurko.

W sali zagrzmiał głośny śmiech, napędzany wiarą, że oto mają przed sobą żyłę złota.

– Niesłychane – dodała pani redaktor, przekręcając rękopis na kolejną stronę. Przekręcanie kartek w przypadku trolli nie jest rzeczą łatwą, podobnie jak trudno nawleka się igłę w rękawicach bokserskich, ale po trzydziestu latach w zawodzie każdy robi swoje, nie zwracając uwagi na anatomiczne szczegóły.

– Ma pan ogromny talent! Już od pierwszych stron zapowiada się wybitnie! Zwykle nie mówię tego debiutantom, ale… myślę, że pana wydamy.

Moczypiórko był szczęśliwy. Kij z tym, że nie napisał ani słowa. Przecież nikt nie będzie podejrzewał biurka o przejawianie zainteresowań literackich, a już tym bardziej odbierał od niego zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa.

– Pozostaje jeszcze kwestia…

…pieniędzy – dokończyła za niego redaktorka, która wiedziała, o co w tym wszystkim chodzi. Zwłaszcza gdy ma się do czynienia z kimś młodym, kto nie wie, jakie są realia.

Pani troll podrapała się po głowie, czemu towarzyszył dźwięk przypominający skrobanie łyżką koparki po zarośniętym wysoką trawą zboczu. Przeliczała w umyśle potencjalną wartość rynkową Moczypiórka, podzieliła ją przez tysiąc i dla pewności odjęła jeszcze dwa tysiące.

– Możemy panu zaproponować czte… trzy tysiące – powiedziała. – Płatne z góry – dodała pośpiesznie, widząc gasnące zainteresowanie w oczach pisarza.

– To mało, spodziewałem się…

– Jest pan debiutantem.

– Ale mówiła pani…

Tłum zgromadzonych wokół osób przybrał nagle wygląd gęstego, niedostępnego lasu, obojętnego na ludzkie „ale” i „spodziewałem się”.

– Przykro nam, ale nie możemy sobie pozwolić na błąd. Jasne, jeśli książka dobrze się sprzeda, chętnie wydamy kolejne na o wiele bardziej intratnych warunkach – pani redaktor wyraźnie podkreśliła słowo „intratnych”, rozkoszując się jego brzmieniem, co mogło sugerować, że w młodości była pryszczata i całe dnie spędzała w bibliotece, czytając słownik synonimów.

Moczypiórko przeanalizował w myślach wszystkie za i przeciw. „Symbol” był największym i najbardziej prestiżowym wydawnictwem w kraju. U nich ukazały się takie hity jak kryminał „Liść powieszony na drzewie” czy romans „Komu mruczy kot”. Trzy tysiące to mało za bestseller, ale pozostaje również sława, której nie da się przeliczyć na pieniądze.

– Zgadzam się – powiedział głosem, którym można by zatwierdzić każdą umowę.

– Zatem zapraszam do pokoju obok, gdzie dogadamy szczegóły… – powiedziała kobieta troll, wiedząc, że rybka połknęła haczyk, a spławik już cyka na tafli jeziora.

 

***

 

Pierwszy nakład rozszedł się w przeciągu miesiąca. Drugi po tygodniu. Trzeci sprzedał się, zanim jeszcze opuścił drukarnię.

Powiedzieć, że książka podpisana nazwiskiem Moczypiórka okazała się sukcesem, to tak, jakby rzec, że Mount Everest to spora góra. W księgarniach postawiono osobny regał. Nad półkami znalazła się tabliczka z zupełnie nową kategorią książek – powieści wybitne. Nie trzeba chyba nadmieniać, dla kogo była zarezerwowana.

Wywiady, spotkania, błysk fleszy… To wszystko stało się udziałem chłopaka, o którym jeszcze niedawno nikt nie słyszał. Pytany, co jest potrzebne, aby osiągnąć taki poziom, odpowiadał z uśmiechem:

– Wystarczy papier, dobre biurko i nieco rozlanego talentu.

Wszyscy śmiali się, uznając wypowiedź świeżo upieczonego autora za żart. W tym przypadku było tam ziarno prawdy. A może i cała cysterna.

– Jest pan bardzo skromny – dodawali, poklepując go po plecach.

Lecz nagłe szczęście nie wiąże się tylko z przyjemnościami.

Pewnego dnia, gdy był na spotkaniu autorskim, otrzymał bardzo niezręczne, choć oczywiste pytanie:

– Kiedy kolejna książka?

Tłum słuchaczy zamienił się w uosobienie zbiorowej ciszy.

Moczypiórko na chwilę się zawiesił, ale szybko odzyskał równowagę. Spokojnie i bez drżenia głosu odpowiedział:

– Pisanie to maraton, w którym pierwszy na mecie nie zawsze wygrywa.

Wypowiedź nie spodobała się pani redaktor. Po spotkaniu zatrzymała go w drzwiach sali konferencyjnej, specjalnie powiększonej o dwa tysiące miejsc, aby pomieścić wszystkich zainteresowanych. Lecz nawet w tak olbrzymim pomieszczeniu kobieta wyglądała, jakby zajmowała większą część przestrzeni. Jej spojrzenie było jak fałszywy przyjaciel, niby miłe i lojalne, ale wykazujące bliskie pokrewieństwo ze żmiją zygzakowatą.

– To jak, kiedy następna powieść? – zagadnęła, niby mimochodem, ale jej głos zabrzmiał jak maczuga nad głową niskiego i chudego Moczypiórka.

Pisarz poprawił okulary, próbując ukryć zakłopotanie.

– Nie wiem – przyznał szczerze. – To wymaga czasu.

– Tak, jasne… – zgodziła się kobieta. – Przypominam jednak, że na mocy naszej umowy musi pan dotrzymywać pewnych… terminów. A najbliższy kończy się za cztery miesiące.

Mózg pisarza nie lubi niektórych słów, które brzmią negatywnie i ostatecznie. Jednym z nich jest termin. Ponadto Moczypiórko, owszem, podpisał umowę, nawet przeczytał akapity napisane małym drukiem i znikającym atramentem. Niestety zapomniał, że trzeba jeszcze brać to wszystko pod uwagę.

Nagle w głowie zaświeciła mu się żarówka. Światło było wyraźne, mocno pobudziło neuroprzekaźniki do działania, wprawiło w drgania korę mózgową, aż w końcu dotarło do języka.

– Książka będzie za dwa miesiące.

– W porządku. – Redaktor nie czuła zaskoczenia. – Bardzo dobrze.

Odeszła krokiem, który dudnił w uszach pisarza jeszcze na długo po tym, jak zniknęła w czeluściach biurowca. Gdzieś tam, w budynku wydawnictwa, tysiące mrówek pracowało, aby on mógł kąpać się w blasku sławy. Nie mógł ich zawieść.

Biurko, pomyślał. Ale najpierw muszę udać się na zakupy.

 

***

 

– Wiedziałem, że jeszcze się zobaczymy! – Głos gremlina Alemamrabata rozległ się w sklepiku, wypełnił go, odbił się od wzmocnionych ścian i grubych kuloodpornych szyb i uderzył w nic nie spodziewającego się Moczypiórka, który aż podskoczył.

– Przepraszam – dodał pośpiesznie sprzedawca. – Co podać?

– To, co ostatnio – rzekł Moczypiórko konspiracyjnym tonem, ściszając głos do szeptu i nadając mu barwę tak neutralną, jak to tylko możliwe. Czuł się, jakby robił coś wstydliwego.

– Oczywiście, proszę pana. – Gremlin jak najdyskretniej wyciągnął spod lady słoiczek z niebieską substancją. – Mieliśmy świeżą dostawę, proszę więc stosować z umiarem.

– Tak, tak, wiem – rzekł Moczypiórko, równocześnie kładąc przed goblinem zwitek banknotów. Pieniądze nie mają w zwyczaju dematerializować się na oczach klienta, w tym przypadku zrobiły jednak wyjątek. Równocześnie coś w jednej z kieszeni Alemamrabata znacznie zwiększyło swoją objętość.

– Muszę przyznać, że zna się pan na swoim fachu – przyznał pisarz, nie do końca rozumiejąc, kiedy transakcja się rozpoczęła, a kiedy dobiegła końca. – W każdym razie życzę miłego dnia.

Gdy wychodził, coś mu przyszło do głowy. Odwrócił się i spojrzał badawczo na gremlina.

– Czytał pan moją powieść?

– Nie mam czasu – odpowiedział sprzedawca. – Wolę w tym czasie oddawać się rozrywkom. Na przykład zarabiać pieniądze.

– Rozumiem.

Gdy pisarz wracał do domu, minął sklep meblowy. Nawet go nie zauważył. W pewnym momencie wydawało mu się tylko, że się ochłodziło. Zatarł dłonie i pośpiesznie oddalił się w kierunku ciepłego łóżka.

 

***

 

Otworzył drzwi i usłyszał, że radio nadaje listę przebojów. Czyżby go nie wyłączył? I dlaczego nie zamknął drzwi, oddzielających pracownię od reszty domu. Aż tak śpieszył się na spotkanie fanów, że zapomniał o ostrożności? A jeśli biurko usłyszało „live” z konferencji? Nie może się dowiedzieć, że nie ma go na okładce!

– Cześć, biurko! – powiedział najsłodziej, jak tylko mógł. Gdyby głos mógł być tortem, ten zdobyłby pierwszą nagrodę w konkursie cukiernictwa.

Milczenie.

Moczypiórko zawahał się.

– Jaki ze mnie głuptas, nie wyłączyłem radia! – zaśmiał się.

Biurko trwało w tym samym miejscu, ale miejsce wyglądało inaczej. Niby nic się nie zmieniło, ale podświadomie pisarz czuł, że stało się coś złego.

Wyłączył radio, zamknął drzwi, które zaskrzypiały przeraźliwie i pomału podszedł do biurka. Położył rękę na blacie. Był znacznie zimniejszy niż zazwyczaj.

– Biurko? – zapytał.

Lecz biurko nie słyszało go. Być może gdzieś, w innym świecie, jego personifikacja siedzi na rajskiej plaży i popijając smar do zawiasów, rozkoszuje się popołudniowym słońcem. Możliwe, że nie ma tam korników, a dzielni konserwatorzy-aniołowie dbają, aby każdy był w dobrej formie. Lecz w pracowni znajdowała się teraz wyłącznie jedna czująca osoba.

– Mam dla ciebie prezent – powiedział niepewnie, jeszcze nie rozumiejąc sytuacji. – Gdzieś to schowałem… O, mam. Środek na korniki. Kupiłem go w zeszłym miesiącu, ale jakoś nigdy nie było okazji, aby ci go wręczyć.

Pot wstąpił mu na skronie. Jeszcze nigdy nie czuł się tak bardzo, bardzo samotny.

– Biurko? – spróbował znowu, ale i tym razem bez sukcesu.

Usiadł na krześle, bo nogi ugięły się pod nim, jakby ktoś nagle wyciągnął z nich mięśnie i wstawił tam watę. Nie chciał płakać, ale nie mógł się powstrzymać. To tylko biurko, próbował sobie tłumaczyć, nawet nie wiadomo, czy naprawdę było żywe…

Przez następny tydzień nie wychodził z domu, aż w końcu zmusiły go to tego potrzeby codziennego życia.

 

***

 

Gdy nieco doszedł do siebie, przypomniało mu się, że musi napisać książkę. Nie usiadł przy biurku. Teraz, gdy stało się tylko kawałkiem drewna, nie potrafił. Było w tym coś niestosownego.

Przycupnął na brzegu łóżka i spojrzał na trzymaną kartkę. Jej biel wydała mu się przerażająca.

– No dobrze… – zaczął i umilkł. Mówienie, kiedy nikogo nie ma, jest bezcelowe. Nie mógł zebrać myśli. Były zupełnie jak dzieci, które rozbiegły się po boisku i nie słuchały gwizdka trenera. Albo jak kawałki zwierciadła, które po potłuczeniu i sklejeniu już nigdy nie będą tym samym lustrem.

O-ja-cię-ale-mam-talent-serum czekało na niego. Leżało na półce, w zasięgu nie tylko wzroku, ale i rąk Moczypiórka. Powodowany rozpaczą i nadzieją, sięgnął po nie, po czym z najwyższą ostrożnością otworzył słoik. Zaczął smarować dłonie. Niebieska substancja szybko odparowała. Pisarz poczuł, że dłonie są jakby nawilżone, ale poza tym nie wydarzyło się nic niezwykłego.

Zaczął pisać. Skreślił i napisał znowu. Znów skreślił i sięgnął po słoik. Zużył resztę, nie patrząc do wnętrza. Nikt nie wie, co znajduje się na dnie tak cudacznego naczynia, ale może lepiej nie sprawdzać.

Próbował jeszcze przez pół godziny, ale nie napisał nic, co nadawałoby się do czegokolwiek innego, niż jako podręcznikowy przykład tekstu ledwie poprawnego.

– Ono rzeczywiście miało talent… – powiedział. – Musiało tylko wydarzyć się coś, żeby… żeby uwierzyło, że może to zrobić…

Wstał i ociężałym krokiem ruszył do pracowni. Otworzył szufladę biurka i znalazł tam krótki list. Nie był szczególnie zaskoczony.

 

Jeżeli to czytasz, wiedz, że darzę Cię sympatią. Wiem, co zrobiłeś, ale nie gniewam się na Ciebie, ponieważ Twoje marzenie spełniło się i nie chcę zakłócać Twojej radości. Dziś mija moja gwarancja. Prawdopodobnie, zanim wrócisz do domu, stanę się tylko zwyczajnym meblem. Korzystaj ze mnie nadal, nie mam nic przeciwko. Pamiętaj jednak, że talentu nie da się kupić, a jedyne, na czym możesz naprawdę polegać, to Twój własny rozum i ciężka praca.

 

Całusy,

Twoje biurko

 

Pisarz wiedział, że nie da rady napisać w ciągu paru tygodni książki, która dorówna dziełu biurka. W następnym wywiadzie zwierzył się ze wszystkiego dziennikarzom, którzy uznali go za wariata i więcej o nic nie pytali. Wydawnictwo zerwało z nim kontakt.

Moczypiórko zaszył się w swym ciemnym pokoju i pisał. Nie wiedział, dokąd go to zaprowadzi, ale chciał spróbować jeszcze raz. Nie miał innego celu w życiu.

Zrozumiał, że pisanie to niebezpieczna żegluga.

I że on stoi za sterem.

Koniec

Komentarze

Komentarz będzie pisany na bieżąco.

 

Początek nie jest odkrywczy, ale sympatyczny, każdy z nas był takim pisarzem i każdy miał chwile słabości, kiedy niczego ciekawego nie mógł wymyślić. Ja nawet załapałam się na czasy pisania na papierze, choć akurat kartek nie rzucałam na wielkie stosy. Te stosy zresztą trudno sobie wyobrazić, chyba że kartek byłoby naprawdę dużo. Ale tego się nie czepiam, bo opowiadanie jest humorystyczną abstrakcją. :)

 

Rozmowa z biurkiem – widać, że się kolegują. Ciekawi mnie teraz, czy biurko faktycznie ożyło, czy może to majaki autora zmęczonego długim pisaniem. Skojarzyło mi się to z pewnym komiksem czytanym za dzieciaka w „Kaczorze Donaldzie”, tam też meble żyły, dzięki wynalazkowi Diodaka. Na koniec chyba się zbuntowały, zobaczymy jak będzie tutaj.

 

– zatem po­licz owce dziad­ka

 

Duża litera uciekła. ;)

 

przy­brać ubogi wyraz twa­rzy, aby od­stra­szyć sprze­daw­cę. Nie było to trud­ne. W końcu był pi­sa­rzem przed wy­daw­ni­czą ini­cja­cją.

 

Jeżeli mamy zdanie „Nie było to trudne”, to raczej usunęłabym to „próbował”, bo pokazuje, że tylko próbował, a drugie zdanie sugeruje coś innego.

 

Ale abstrahując od tego czepialstwa, ten fragment autentycznie mnie rozbawił. Podoba mi się też, jak kreujesz świat, używasz nietypowych porównań, czyta się lekko, przyjemnie.

 

Chło­pak, który był za młody, aby wie­dzieć, że za darmo można do­stać co naj­wy­żej świerz­ba i zbyt bied­ny, aby nie sko­rzy­stać z oka­zji

 

He he, lubię tego narratora, trafia w punkt.

 

Postać gremlina też dobrze wprowadzona, opowiadanie ma właściwe tempo, nie przedłużałeś początku, a to na plus.

Jedyne, czego się czepię, to może choć jedno zdanie więcej o gremlinie, żeby go lepiej ukazać.

 

Cała rozmowa jest zabawna i utrzymana na podobnym poziomie. Co do słoiczka, to skojarzył mi się z narkotykiem z „Jestem bogiem”. ;) Tutaj oczywiście na plus motyw fantasy.

 

Pan Alemamrabat

Dobre :D

 

O, pisarz nie dostał nic z o-ja-cię-ale-mam-talent, zaskoczyłeś mnie pozytywnie. Biurko wpadło na pomysł i ta świeżość opowiadania bardzo mi się podoba. :)

 

Dźwięk prze­rwa­ne­go po­łą­cze­nia ude­rzył pi­sa­rza ni­czym od­mo­wa wzię­cia do an­to­lo­gii.

 

Nie tylko to porównanie, ale ogólnie wszystkie w tekście są zabawne i takie nowe, przynajmniej w moim odczuciu. Bawisz się słowami, co Ci wychodzi naprawdę dobrze.

 

Hahaha, ten tekst mnie rozwalił:

 

W całej swo­jej ka­rie­rze nigdy nie był bli­żej na­pi­sa­nia be­st­sel­le­ra.

 

Dalej to chyba trzeba by wkleić większość fragmentów, trafiłeś idealnie w moje poczucie humoru, jest zabawnie, ciekawie, nie mogę się doczekać, co też za książkę napisało biurko. :D

 

– Oczy­wi­ście, że ja – po­wie­dział – prze­cież nie moje biur­ko.

 

Znowu się zaśmiałam. :D

 

Ogólnie atmosfera w redakcji świetnie nakreślona, tworzysz napięcie. Podoba mi się, że wciąż nie wiemy, co zawiera ten bestseller, a jednocześnie cała sytuacja w redakcji jest opisana tak samo zabawnie i ciekawie jak reszta tekstu. To duża sztuka, żeby stworzyć coś, co tak przyciągnie czytelnika, że musi zobaczyć zakończenie, a jednocześnie po drodze dostaje kolejne smaczki i nie czuje zniecierpliwienia, tylko wciąż dobrze się bawi. ;)

 

– Wy­star­czy pa­pier, dobre biur­ko i nieco roz­la­ne­go ta­len­tu.

 

He he, te żarty nie przestaną mnie bawić.

 

Trochę za szybko przeskoczyłeś do chwili, w której Moczypiórko jest tak sławny, nie pokazując interakcji z biurkiem, zabrakło mi tego, biorąc pod uwagę, że to biurko odwaliło całą robotę i oczekiwało czegoś w zamian, a dopiero po miesiącu się dowiedziało przypadkiem.

 

Moment, w którym biurko przestaje się odzywać, jest inny niż reszta opowiadania, ale mi to nie przeszkadza.

 

– Ono rze­czy­wi­ście miało ta­lent… – po­wie­dział. – Mu­sia­ło tylko za­dziać się coś, żeby… żeby uwie­rzy­ło, że może to zro­bić…

 

Świetne. A jednak magiczny słoik nie był tym, czym mógł być. Znowu zaskoczyłeś.

 

List od biurka i cała końcówka – niesamowite. Z takiego lekkiego humoru przeszedłeś do tego, co najważniejsze – żeby pisać i próbować. Nikt nie zrobi tego za nas, a oprócz talentu trzeba jeszcze mieć trochę szczęścia, samozaparcia i wiary w siebie. Podoba mi się też, że łamałeś schematy, zaskakiwałeś i stworzyłeś świat, który mnie wciągnął. Językowo nie mam nic do zarzucenia.

 

Pozdrawiam,

Ananke

Ananke

 

Serdecznie dziękuję za komentarz. Cieszę się, że trafiłem w Twoje poczucie humoru ;) Bardzo mi miło. Zawsze odczuwam ulgę, gdy pierwszy komentarz jest pozytywny.

 

Pozdrawiam!

Drugi komentarz też jest pozytywny. Zabawne porównania i zabawa słowami to jest to, co miś lubi.

Wprawdzie myślał, że biurko się obrazi za niedotrzymanie obietnicy o współautorstwie i np. zemści się pisząc gniota, ale wybrane przez Ciebie rozwiązanie też dobre. Miś się uśmiechał czytając. Dobre na początek dnia z NF.

Pamiętaj jednak, że talentu nie da się kupić, a jedyne, na czym możesz naprawdę polegać, to twój własny rozum i ciężka praca.

Warto pamiętać. :)

Corrinn, idealnie trafiłeś w moje poczucie humoru, więc miałam sporo radości przy czytaniu. ;) A co do ulgi przy pierwszym komentarzu pozytywnym, to wiem, o co chodzi. :)

 

Wprawdzie myślał, że biurko się obrazi za niedotrzymanie obietnicy o współautorstwie i np. zemści się pisząc gniota

I dlatego opowiadanie tak fajnie burzyło schematy. :)

Cześć, Corrinn.

To jest dobre! 

– Ono rzeczywiście miało talent… – powiedział. – Musiało tylko zadziać się coś, żeby… żeby uwierzyło, że może to zrobić…

Trochę za szybko rozumuje. To mnie wybiło z rytmu. 

Historia wciąga od początku i nie chce wypuścić. Od razu zakładasz na czytelnika haczyk. Zadajemy sobie pytanie, dlaczego biurko mówi? 

Przyjaźń między człowiekiem, a meblem przedstawiłeś naprawdę dobrze. Jest przesłanie, jest klimat i są wiarygodne postacie. 

Lekturę uważam za udaną i nie żałuje czasu na nią poświęconego.

Nad udaniem się do klikarni, muszę pomyśleć. 

Pozdrawiam! 

Oczywiście pamiętał o tym - o czym pamięta każdy rozsądny człowiek - że nie powinno się nigdy zatrzaskiwać za sobą drzwi, gdy się wchodzi do szafy.

Koala75

Dziękuję za odwiedziny :)

 

Młody pisarz

Cieszę się, że czas poświęcony lekturze uważasz za udany ;)

Po kliknięciu sześciu punktów czuję się zwolniony z pisania długiego komentarza. Bo co napiszę? Że podobało się? Zabawne porównania, zręczne opisy? Gdyby takimi nie były, nie spodobałyby mi się i nie klikałbym. :-)

AdamKB

Dziękuję! Lubię czasem pożonglować słowem. Choć wiele piłeczek zgubiłem po drodze i pewnie niejedna mi jeszcze upadnie. :D

:-) No to co z tego? Podniesiesz i wykorzystasz w następnym serwie. :-)

Interesujący tekst. Miejscami zabawny, miejscami gorzki. Ogólnie sympatyczny.

To nieładnie tak okłamywać biurko, ten autor nie zasłużył sobie na taki mebel.

Jak to się stało, że za pierwszym razem facet nie umiał otworzyć słoika, a za drugim nie miał żadnych problemów?

Biurko niby było stare, przeżarte kornikami, a tu nagle gwarancja mu się skończyła?

Babska logika rządzi!

Finkla

 

Jak to się stało, że za pierwszym razem facet nie umiał otworzyć słoika, a za drugim nie miał żadnych problemów?

Ludzie uczą się na swoich błędach. Nazywamy to doświadczeniem. :)

 

Biurko niby było stare, przeżarte kornikami, a tu nagle gwarancja mu się skończyła?

Jak powszechnie wiadomo, gwarancja na gadające biurka jest znacznie dłuższa niż na zwykłe. Jednakże w życiu każdego przychodzi taki czas, kiedy trzeba sobie powiedzieć: wystarczy, spakować tobołek, zarzucić go na plecy i wymaszerować w obce strony.

 

Dziękuję za komentarz i klika :D

Jestem zachwycona Twoim tekstem Corrinn :)

Nie wiem skąd wziąłeś ten cudowny pomysł, trochę mi tutaj wybrzmiewa Teksański Hey’a, ale być może nadinterpretuję.

Pozdrawiam :)

Ale ładne, zabawne, nie pozbawione refleksji, absurdalne i gorzkie. Pięknie napisane!

Skarżypytuję, znaczy  klikam. :-)

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

MaLeeNa

 

Na pomysł wpadłem trochę przypadkiem, po prostu nagle przyszło mi do głowy, aby napisać o słoiku z weną pisarską i o pisarzu, który ma blokadę twórczą, potem nieco udoskonaliłem fabułę i wyszło, co wyszło. :) Również pozdrawiam i dziękuję!

 

Asylum

 

Pięknie dziękuję. :)

Świetny tekst! Dobry humor. Były prawdziwe emocje. Wciągnęło mnie od początku i nie puściło do samego końca. Spodziewałem się innego rozwinięcia akcji, ale zakończyłeś lepiej niż to, co mi przyszło do głowy. Jeden z fajniejszych tesktów jakie ostatnio czytałem. Polecam do biblioteki. 

kronos.maximus

 

Cieszę się i dziękuję za polecenie do biblioteki! To bardzo motywujące. Pozdrawiam :)

Opowiadania spod znaku “niespełniony pisarz” zawsze wydają mi się przewidywalne i niestety z tym nie było inaczej. Nie sądzę, aby na długo utkwiło mi w pamięci. Brak mu oryginalności i choć częściowo nadrabia to abstrakcja – gadające biurko, troll i inne takie – to jednak moim zdaniem nie wystarczy. Przydałoby się coś, co przełamie ten ogólny schemat tego typu teksów.

Nie zmienia to faktu, że to fajne, luźne opowiadanie z walorem humorystycznym. Przeczytałam z przyjemnością i kilkakrotnie wywołało szczery uśmiech na mojej twarzy.

Zostaw ten żyrandol.

Verus

 

Dzięki za komentarz :D

No cóż, temat może wielokrotnie eksploatowany, ale za to bardzo dla nas, pisarzy, ważny :)

Bardzo fajny tekst do przeczytania i podumania nawet. Przypomniałem sobie o moich biurkach, ile musiały przeżyć trudnych chwil (szczególnie to pomazane pastelami).

 

Dużo mi się tu podoba, nie przeszkadza mi ogranie tematu pisarstwa. Kilka rzeczy jednak wymienię.

 

W okół ciekawej historyjki malują się dość stereotypowe obrazki, np:

pani redaktor wyraźnie podkreśliła słowo „intratnych”, rozkoszując się jego brzmieniem, co mogło sugerować, że w młodości była pryszczata i całe dnie spędzała w bibliotece, czytając słownik synonimów.

Nigdy nie byłem fanem tego sformułowania, takie maniakalne wspominanie o “pryszczatości” zauważyłem tylko w pewnym polskim czasopiśmie (niegdyś miesięczniku) i służyło ono raczej niezbyt miłemu określeniu młodych chłopaków, oglądających treśct “18+”. “Pryszczaci” jako określenie wydają mi się reliktem, niekoniecznie pięknym i użytecznym. Oczywiście to moje spostrzeżenie, nie wiem jak widzą to inni :). To jest jednak zdanie narratora, a nie bohatera. W innym miejscu, narracja przebiega tak:

W umyśle każdego pisarza są takie sekretne regały, na których kumulują się zapomniane natchnienia, pomysły i, nie wiedzieć czemu, puste butelki. O ile te ostatnie nie zajmują całego miejsca, w sytuacjach kryzysowych można liczyć na odkurzenie tych poprzednich, co z kolei skutkuje inspiracją. Przypomina to odbijanie się od dna, lecz w przypadku literatów, bardziej poprawnym określeniem jest „znalezienie właściwego słowa”. Moczypiórko znalazł jedno z nich.

Widać więc, że narrator to dość ułożony człowiek i umie sprytnie dokopać bohaterowi. Więć co się z nim stało, ze nagle poleciał w redaktorski banał? Ja odbieram te pryszcze bardziej jako jakąś naleciałość, niż świadomy akt twórczy.

 

Poza tym metafory. Góra – więc Everest, wieża – więc krzywa wiadomo gdzie. Dopisał bym Pana Alemamrabata, ale z jakichś względów ta pozornie “zbyt śmieszna i nawiązująca” nazwa wypada dobrze ;).

 

Podsumowując – odbiór był pozytywny. Naprawdę nie miałem ochoty czytać w tej temperaturze i myślę, że byłem źle nastawiony. Ale tekst wytrzymał te warunki i zmienił pogodę (przynajmniej ducha).

– Zwiększenie potencji? – Moczypiórko zaczął zamykać drzwi, nerwowo sprawdzając, czy ktoś z sąsiadów ich nie słyszy.

But gremlina szybko znalazł się w odpowiednim miejscu, aby zapobiec przerwaniu nici konwersacji.

– P o t e n c j a ł u, proszę pana.

:D:D

 

Zabawne i sprawnie napisane. Podchodziłam trochę sceptycznie do kolejnego tekstu pisaniu (i jak to trudno, ojojojoj, gdzie ta wena), ale udało się uniknąć tonu jojczącego. Podoba mi się imię Moczypiórko.

 

Zgadzam się z uwagami Vactera co do “pryszczatości”. Też przykuło moją uwagę w trakcie czytania.

Corrinnie, niezmiernie podoba mi się Twój pomysł. Bardzo umiejętnie połączyłeś absurd ze świetnej jakości humorem, dzięki czemu powstało opowiadanie, którego lektura rozbawiła mnie i odprężyła.

I tylko szkoda, że wykonanie, niestety, pozostawia nieco do życzenia.

 

i zi­ry­to­wa­ny po­cią­gnął za klam­kę. → …i zi­ry­to­wa­ny po­cią­gnął klam­kę.

 

pró­bu­jąc przy­brać ubogi wyraz twa­rzy… → Na czym polega ubogość wyrazu twarzy?

 

za darmo można do­stać co naj­wy­żej świerz­ba… → …za darmo można do­stać co naj­wy­żej świerz­bu

 

– Może za­dzwoń po pomoc? – biur­ko wy­glą­da­ło na roz­ba­wio­ne.– Może za­dzwoń po pomoc? – Biur­ko wy­glą­da­ło na roz­ba­wio­ne.

Sugeruję powtórkę wiadomości o zapisywaniu dialogów.

 

po­cią­gnął za szu­fla­dę i… ani drgnę­ła. → …po­cią­gnął szu­fla­dę i… ani drgnę­ła.

 

która wie­dzia­ła, o co w tym wszyst­kim się roz­cho­dzi. → …o co w tym wszyst­kim ­cho­dzi.

 

– W po­rząd­ku – Re­dak­tor nie czuła za­sko­cze­nia. – Bar­dzo do­brze. → Brak kropki po pierwszej wypowiedzi.

 

który dud­nił w uszach pi­sa­rza jesz­cze na długo po tym, jak znik­nę­ła w od­mę­tach biu­row­ca. → …który dud­nił w uszach pi­sa­rza jesz­cze długo po tym, jak znik­nę­ła w czeluściach biu­row­ca.

 

– Oczy­wi­ście, pro­szę pana – grem­lin jak naj­dy­skret­niej wy­cią­gnął spod lady sło­iczek z nie­bie­ską sub­stan­cją. → – Oczy­wi­ście, pro­szę pana.Grem­lin jak naj­dy­skret­niej wy­cią­gnął spod lady sło­iczek z nie­bie­ską sub­stan­cją.

 

usły­szał, że radio gra listę prze­bo­jów. → …usły­szał, że radio nadaje listę prze­bo­jów.

 

się­gnął po nie, po czym otwo­rzył z naj­wyż­szą ostroż­no­ścią słoik. → …się­gnął po nie, po czym z naj­wyż­szą ostroż­no­ścią otworzył słoik.

 

– Mu­sia­ło tylko za­dziać się coś, żeby… żeby uwie­rzy­ło→ – Mu­sia­ło tylko wydarzyć się coś, żeby… żeby uwie­rzy­ło

https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/Co-to-sie-zadziewa;15693.html

https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/Zadziac-sie;21114.html

 

nie gnie­wam się na Cie­bie, po­nie­waż twoje ma­rze­nie… → nie gnie­wam się na Cie­bie, po­nie­waż Twoje ma­rze­nie…

 

to twój wła­sny rozum… → …to Twój wła­sny rozum…

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Vacter, mindenamifaj

 

Serdecznie dziękuję za komentarze :)

 

Reg

 

Dziękuję za łapankę błędów, których nie zauważyłem przy samodzielnej korekcie. Cieszę się, że się podobało. :D

Bardzo proszę, Corrinnie. Miło mi, że mogłam pomóc. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Okazało się jednak, że przy zderzeniu z rzeczywistością wena szybko wyparowuje. 

Oj jakie to piękne, jakie prawdziwe. Za samo to zdanie należy się pió…słoiczek.

W drewnianym, przeżartym przez korniki umyśle biurka zaczął rodzić się pomysł. 

Noo, tutaj wreszcie mnie to opowiadanie prawdziwie zainteresowało.

 

A za zakończenie powinienem się na Ciebie, autorze obrazić, bo ono obraża inteligencję czytelnika, czyli między innymi moją.

Po głębokim zastanowieniu, postanowiłem jednak się nie obrażać i za całą przyjemność czytania (z wyjątkiem oczywiście samiutkiego zakończenia) zgłosić opowiadanie do biblioteki.

Ujęło mnie przede wszystkim swoją płynnością, lekkością i nienachalnym humorem. Odnajduję w nim wątki autobiograficzne – i Twoje i moje.

Jeśli komuś się wydaje, że mnie tu nie ma, to spieszę powiadomić, że mu się wydaje.

Corrinnie, dokonałeś poprawek, więc mogę udać się do klikarni. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nadal jednak nie wiem, czy można "pociągnąć za klamkę" czy "pociągnąć klamkę", dla mnie pierwsza forma też jest w porządku, ale może się mylę :) nie mogę w słowniku znaleźc odpowiedzi.

 

Fizyk111

 

Dziękuję :) Fajnie, że jednak postanowiłeś się nie obrażać

Świetne opowiadanie! Bardzo mi się podobało.

Zastanawiałam się podczas lektury do czego to zmierza, bo w mojej głowie jedynym wytłumaczeniem było to, że niebieska maź kumuluje zasoby talentu, polotu, błyskotliwości rozłożone na całe życie i po jej zastosowaniu stworzy się arcydzieło, ale będzie się wyzutym, beznamiętnym, szarym przedmiotem (jak później biurko? – bez urazy). Znalazłeś inne wyjaśnienie, którego się nie spodziewałam. Był tam morał i dużo bardziej pasował do lekkości opowiadania. Szkoda, że sprzedawca był oszustem. Bawiłam się przednio!

 

*edit

Jeden czep: biurko nie mogło przyjrzeć się zbyt dobrze – raczej w ogóle, bo nie miało oczu?

Nadal jednak nie wiem, czy można "pociągnąć za klamkę" czy "pociągnąć klamkę", dla mnie pierwsza forma też jest w porządku, ale może się mylę :)

Corrinnie, możesz pociągnąć koleżankę za warkocz, kolegę za ramię, marchew za nać, gdy wyrywasz ją z grządki, ale nie bardzo wiem, za co chcesz pociągnąć klamkę. Mogłabym jeszcze zrozumieć, gdybyś przy otwieraniu drzwi pociągnął je za klamkę, ale samo pociąganie za klamkę, choć często używane w mowie potocznej, moim zdaniem, nie brzmi najlepiej.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

M.G.Zanadra

 

Poprawione :)

 

Zastanawiałam się podczas lektury do czego to zmierza, bo w mojej głowie jedynym wytłumaczeniem było to, że niebieska maź kumuluje zasoby talentu, polotu, błyskotliwości rozłożone na całe życie i po jej zastosowaniu stworzy się arcydzieło, ale będzie się wyzutym, beznamiętnym, szarym przedmiotem (jak później biurko? – bez urazy). Znalazłeś inne wyjaśnienie

 

Ciekawy pomysł :) ale właśnie tego każdy się spodziewał, więc chciałem, aby było inaczej.

Dziękuję za komentarz i pozdrawiam :)

 

Reg

 

Muszę pomyśleć, jak to zmienić, bo samo pociąganie klamki mnie niestety nie pociąga :D A też proste “i otworzył drzwi” mi tu nie pasuje, choć może nie ma nic lepszego.

Corrinnie, a może: …i zirytowany nacisnął klamkę. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

W drzwiach stał gremlin. Miał duży żydowski nos […] Wyglądał na osobę, która koniecznie chce dokonać transakcji

 

Fajna historia z morałem na koniec. Doskonale wyważone proporcje absurdu, literackich rozważań, humoru i akcji. Czytało się bardzo dobrze. :)

Jeśli pozwolimy na łamanie zasad w wyjątkowych sytuacjach, stworzą wyjątkowe sytuacje, aby łamać zasady.

Bardzo dobry tekst, wykorzystujący świetny pomysł. Sprawnie napisany, doskonały język narracji, świetne zharmonizowanie ciepłego absurdu z tak zwaną “prozą życia” w bardzo umiejętnie wykreowanym nietypowym universum, też bardzo ciekawym.

Brawo!

Oczywiście, biblioteka jak najbardziej zasłużona, jednakże nie wiem jeszcze, czy nie jest tekst “piórkowy”. Jskies terminy obowazywały od napisania komentarza do zgłoszenie “piórkowej” propozycji.

Sprawdzę… 

Pozdrówka.

Rogerze, już nie obowiązują, jeśli chcesz to możesz od razu zgłosić.

Слава Україні!

Dzięki za info, sprawa załatwiona.

Pozdrówka.

Corrinnie, a może: …i zirytowany nacisnął klamkę. :)

Myślę, że to dobry kompromis ;)

 

Gekikara

 

Dziękuję za miły komentarz! Pozdrawiam :)

 

RogerRedeye

 

Tobie również serdecznie dziękuję :)

 

Napisałbym coś więcej w odpowiedzi, ale sam już nie wiem, co jeszcze mogę powiedzieć. Tak pozytywny odbiór bardzo mnie uszczęśliwił.

Fajny tekst, pomysłowy i zabawny. Skojarzył mi się przez temat (bo i ton, i fabuła inna, z wyjątkiem motywu “młody pisarz nie ma weny”) z “Balladą o celnym strzale” Kinga, tyle że tam gdzie SK idzie w psychologiczne bebechy, ty sięgasz po czarny humor i fajnie zrobioną personifikację biurka (które przypomina lekceważonego a niezbędnego ghost writera). Narracja fajna, bo prowadzona z dystansem i lekką ironią, a przy tm konsekwentnie. Z butów mnie nie wybiło (ale też wziąłeś sobie piekielnie trudny temat – w sensie trudno nim już dziś po tylu tekstach na ten temat zrobić wrażenie), ale czytało się bardzo przyjemnie, bo to inteligentny i pomysłowy tekst.

 

PS. “Żydowski nos” mi zgrzytnął, to jest jednak etniczna karykatura i IMHO nie brzmi dobrze.

ninedin

 

Nos zmieniony na coś bardziej neutralnego ;) Cieszę się, że się podobało.

Sympatyczne :)

Przynoszę radość :)

Dziękuję, Anet :)

– Chyba żar… – zaczął. Krótka iskierka niepokoju zatliła się w jego głowie. A jeśli dzieło pozostanie w szufladzie na zawsze? Nie może popełnić tego błędu.

– Oczywiście, że tak. – Pisarzowi udało się zmusić mięśnie twarzy do uśmiechu, którego biurko i tak nie widziało. – Dostaniesz nawet swój biogram – skłamał po raz drugi.

Nie powinien być to jeden akapit?

 

 

Otóż więc jest to bardzo fajna bajka. Lekka, pomysłowa, śmieszna, z nieco Pratchettowskim humorem. W sumie to – o zgrozo – nie mam za bardzo się czego czepiać. Podobało mi się;)

Слава Україні!

Golodh

 

Dzięki ;) Co do akapitu to nie wiem, nie chciałem, aby było w nim za dużo myślników, ale może lepiej byłoby w jednym, bo mówi ten sam podmiot.

 

W sumie to – o zgrozo – nie mam za bardzo się czego czepiać.

Zawiodłeś mnie tutaj :(

Dżem dobry.

 

Już od pierwszych zdań mi się to podoba. Dobry znak :)

 

Młody pisarz mówił do siebie, co jednak nie jest dziwniejsze od pisania słów, których nikt nie przeczyta.

<płaczę>

 

Pisarz umył się i runął na łóżko jak Krzywa Wieża w Pizie na Plac Katedralny, gdyby jej tylko pozwolić.

<śmiecham>

 

Wziął do rąk słoik, co nie było proste, gdyż pięciowymiarowe naczynie źle się trzyma w ograniczonych wymiarowo dłoniach, ale w końcu się udało.

Tak symbolicznie się przyczepię, żeby nie było, że TWA. Ta wzmianka powinna pojawić się kilka akapitów wcześniej, kiedy Moczypiórko bierze słoik od gremlina :)

 

Okazało się jednak, że przy zderzeniu z rzeczywistością wena szybko wyparowuje.

Kurde. To zdanie to jest cudo. Złote złoto po prostu <3

 

bardziej poprawnym określeniem jest „znalezienie właściwego słowa”. Moczypiórko znalazł jedno z nich.

O, kurwa…

prymitywny humor. dlatego mnie bawi :D

 

Powiem teraz coś, za co sam siebie znienawidzę, bo mi mówiono to wielokrotnie i zawsze zdawało mi się, że to taki dziwaczny zarzut… ale zakończenie mogłoby być ciut lepsze. Ono nie jest złe: po prostu takie, jakby, dość oczywiste. Maść nie zadziałała, pisarz poniósł porażkę, koniec. Spodziewałem się jednak czegoś trochę bardziej ambitnego, bo pierwsze 2/3 opowiadania były naprawdę super.

 

Jezu, nadal mi się wydaje, że to głupi zarzut. Nie musisz mnie słuchać.

 

A i tak uważam, że opowiadanie jako całość jest zajebiste. Już samo imię bohatera jest cudne. Humor bardzo wpasowujący się w mój prywatny guścik, a także w nasze ogólnopisarskie grono. Koncept biurka, które pisze za pisarza, doskonały! Patrzę teraz na swoje biurko i tak sobie myślę, czy by też do niego nie zacząć gadać, może napisze coś lepszego niż moje wypociny… Rozbawiłeś, trochę wzruszyłeś, skłoniłeś do refleksji. Tylko tak dalej.

Pozdróweczka.

Precz z sygnaturkami.

Niebieski_kosmita

 

Co do zakończenia – tak, na pewno gdybym posiedział i podumał dłużej, wpadłbym na inny pomysł, możliwe że byłby mocniejszy, ale też nie zawsze trzeba strzelać z armaty, bo lepsze bywa wrogiem dobrego :)

 

Jezu, nadal mi się wydaje, że to głupi zarzut. Nie musisz mnie słuchać.

Słucham, bo w następnym opowiadaniu takie rady mogę wykorzystać. A jak nie w następnym, to na pewno w którymś.

 

Dziękuję Ci za miły komentarz i opinię o tekście. Pozdrawiam!

Kurła, zajebiste, masz więcej?

https://www.facebook.com/konserwatywnenarzekanie

GreasySmooth

 

Jasne, że będzie więcej. Obecnie piszę na inny temat i w odmiennym klimacie, ale z pewnością nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa.

Dzięki :)

No cóż, temat może wielokrotnie eksploatowany, ale za to bardzo dla nas, pisarzy, ważny :)

Ciężko się nie zgodzić. :p

Zostaw ten żyrandol.

Hej,

 

interesująca historia, ciekawie podana, z morałem, podoba mi się :)

 

Nie mam takiego poczucia, że to coś wyeksploatowanego, wręcz przeciwnie, myślę, że to świeże ujecie tematu i pewnie Twoja historia zostanie ze mną na dłużej. Dobra robota!

 

Pozdrawiam!

Che mi sento di morir

Opowiadanie podobało mi się i przywiodło mi na myśl mówiące przedmioty z bajek Walta Disneya takie jak gadający dzbanek, świecznik czy kredens. Uśmiechnęłam się kilka razy czytając je, jednak w żadnym momencie nie zaśmiałam się na głos. Trafne porównania, urocze nazwy. 

 

Vacter

Pokolenie pryszczatych zgodnie z definicją zaczerpniętą z Wikipedii: Pryszczaci, pokolenie „pryszczatych” – grupa młodych polskich pisarzy przełomu lat 40. i 50., radykalnych entuzjastów podporządkowania twórczości literackiej wymogom ideologii partii komunistycznej

Nie jest to więc wyłącznie określenie na fanów ‘świerszczyków’ :P 

BasementKey, AmyBlack

 

Dziękuję za przeczytanie i komentarze. :)

Nowa Fantastyka