- Opowiadanie: Krokus - Trzysta metrów wolności

Trzysta metrów wolności

Opowiadanie napisane na nabór zewnętrzny, którego tematem był Honor. Udało mi się zdobyć drugie miejsce :) Wyciągam z szuflady.

Tekst inspirowany historią węgierskiej “złotej jedenastki”, przybrany w bardziej nowoczesne, ale chyba ponadczasowe szaty.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Trzysta metrów wolności

Rozpoczęła się sześćdziesiąta, ostatnia, minuta finałowego meczu o mistrzostwo Ligi Narodów w Haborballu. Ferenc czuł spływające po twarzy strużki potu. Gdy pomyślał o zbliżającej się dogrywce, nogi zaciążyły mu jeszcze bardziej.

– Nie zrobić nic głupiego, może trafi się kontra, ale przede wszystkim: bez głupich błędów – krzyknął w języku magyońskim do kolegów z drużyny.

Wiedział, że jego słowa wyłapią rozstawione wokół stadionu mikrofony, sztuczna inteligencja automatycznie przetłumaczy je na wspólny, a potem trafią do głośników telewizorów na całym świecie. Finał Ligi Narodów był corocznym świętem sportu na całym globie, nawet najbardziej zatwardziali przeciwnicy tej brutalnej gry, siadali wtedy przed telewizorami i obserwowali starcie o być albo nie być na kartach historii. Z kolei bukmacherzy nie skrywali radości na widok rosnących słupków wpłat z zakładów.

Sędzia ustawił dwóch zawodników przeciwnych drużyn: Magyonii i Geralii, naprzeciwko siebie do rzutu wolnego. Podrzucił twardą, kompozytową piłkę, a dwóch rosłych zawodników skoczyło do niej, próbując trącić ją czubkami palców w stronę kolegów z drużyny. Geralczyk nieznacznie uprzedził przeciwnika i piłka trafiła w ręce kolegów z jego zespołu. Ferenc rzucił się pędem do obrony własnej bramki, ale widział, że Gerd Bergmann, zawodnik, którego krył, zostawił go za plecami. Cały mecz bez błędów, a teraz trafił mu się taki babol! Próbował zmusić nogi do szybszego biegu. Widział, jak piłka leci w kierunku wychodzącego na czystą pozycję Gerda. Rzucił się szczupakiem do przodu i próbował trącić ją czubkami palców. Nie trafił. Gerd zorientował się i sprytnie, niemal niezauważalnie zmienił kierunek biegu. Wyciągnięta ręka Magyończyka zahaczyła jego nogi i zawodnik z Geralii runął na ziemię. Ferenc zaklął w duchu siarczyście. Dźwięk gwizdka sędziego spadł na niego jak ostrze gilotyny. Karny!

Stadion oszalał. Do sędziego zbiegli się protestujący Magyończycy. Komentatorzy odchodzili od zmysłów, nie mogli uwierzyć: oto starcie dwóch legend, kluczowych zawodników swoich drużyn, miało zadecydować o mistrzostwie w ostatniej minucie!

­– Frajer – powiedział we wspólnym Gerd, zasłaniając usta dłonią.

Żaden algorytm odczytywania treści z ruchu warg nie był w stanie pokonać takiej naturalnej przeszkody, a w tumulcie, jaki ogarnął stadion, nawet najlepsze mikrofony nie potrafiły wychwycić tych słów. Usłyszał je tylko Ferenc.

Karnego miał wykonać sam poszkodowany. Wszyscy oprócz niego i obu bramkarzy, zgodnie z przepisami, ustawili się na linii środkowej boiska. Stadion zastygł w oczekiwaniu.

Ciszę przeszył gwizdek sędziego. Gerd ustawiony z piłką pod własną bramką przybił piątkę ze swoim bramkarzem.

– Hanza! – krzyknął.

Był to bojowy okrzyk Geralczyków. Sprzyjająca im połowa stadionu oszalała. Druga strona zagryzała palce.

Gerd ruszył biegiem, kozłując piłkę. Dopiero gdy minie ustawionych na linii środkowej zawodników, ci będą mogli się ruszyć. Nabrał prędkość. W pełnym pędzie wbiegł na połowę przeciwnika. Pozostali gracze ruszyli za nim w pogoń. Tylko załamany Ferenc pozostał w miejscu. Tymczasem Gerd zbliżał się do bramki Magyończyków. Jeszcze trzydzieści metrów. Karne rzucało się zazwyczaj z około dziesięciu. Dwadzieścia pięć metrów, dwadzieścia. Rzut!

Magyoński bramkarz został na piętach, dał się zaskoczyć! W bezruchu obserwował, jak kompozytowa kula leci w prawy narożnik jego bramki. Stadion ucichł, aż słychać było świst powietrza wokół lecącej piłki.

Słupek!

Piłka odbiła się od słupka i poleciała wprost w bramkarza. Ten z trudem ją opanował i niewiele myśląc, rzucił przed siebie. Grzmot z trybun rozrywał bębenki w uszach. Piłka poleciała na przeciwległą stronę boiska. Jej tor lotu tuż przed bramkarzem Geralczyków przeciął Ferenc. Złapał jedną ręką, a potem technicznym rzutem w górny róg bramki zdobył gola. Pięć do czterech! Siedemnaście sekund do końca!

Ferenc utonął w objęciach kolegów, mikrofony w budkach komentatorskich szkliły się od śliny pryskającej z ust dziennikarzy. Żelbet trybun drżał w posadach, cała Magyonia wrzasnęła jak jeden mąż. W Geralii trzaskały rozbijane ekrany telewizorów.

Dopiero po chwili sędzia opanował zamieszanie na boisku.

– Siedemnaście sekund! Bez głupich błędów – krzyczał Ferenc, patrząc na zatrzymany zegar.

Sędzia wznowił grę.

Geralczycy rzucili się do ataku. Piłka powędrowała pod bramkę Magyonii, zakotłowało się. Osiem sekund. Bramkarz Geralii walczył w polu karnym przeciwników. Pięć sekund. Potężne zamieszanie. Trzy. Ferenc przechwycił podanie. Przewracając się, rzucił w kierunku pustej bramki. Niecelnie. Rozległa się końcowa syrena. Stadion eksplodował.

Drużyna Geralii stała osłupiona, Magyończycy biegali w euforii pomiędzy nimi. Ferenc podbiegł do Gerda. Teatralnie przysłonił usta i krzyknął:

– Hanza, frajerze!

Ten chwycił go za ramię, a drugą ręką ponownie przysłonił usta.

– Jeszcze cię zniszczę, gnoju – odpowiedział i zwarli się w zapaśniczym klinczu.

Szybko rozdzielili ich członkowie obu drużyn. Z pozoru błahy incydent, w kolejnych dniach nabił miliony wyświetleń na stronie właściciela praw do transmisji.

 

***

 

Dwa tygodnie wakacji, jakie przysługiwały mu po każdym sezonie, Ferenc spędził w nadmorskim apartamencie państwowego ośrodka wypoczynkowego „Złota”, wraz z żoną Bianką oraz synami Nandorem i Zoltanem. Dla przeciętnego obywatela Magyonii ośrodek ten był niedostępny, ale często korzystały z niego ważne osobistości państwowe. Po tak dramatycznym finale sam prezydent zaoferował Ferencowi ekskluzywny pobyt, zaznaczając, że zawodnik stanie się wręcz twarzą ośrodka. W istocie, na każdym kroku towarzyszył mu osobisty fotograf prezydenta, robiący zdjęcia wszystkich jego aktywności: od śniadania, przez codzienny jogging, zabawy z dziećmi, obiad, popołudniowy trening, aż po romantyczne kolacje z żoną, które marzyło się Ferencowi spędzać poza czujnym obiektywem państwowego aparatu śledczego. Uznawał to jednak za cenę swojej popularności i akceptował. Wiedział, że przeciętnego obywatela stać co najwyżej na kilka dni urlopu w zatłoczonym hotelu o niskim standardzie, bez połowy udogodnień, jakich miał okazję zaznać.

Wakacje wystarczyły, by zatęsknił za reprezentacją. Roztrenowanie, regeneracja, czas spędzony z rodziną: to wszystko było dla niego ważne, ale miało też swój czas w kalendarzu, który właśnie się kończył. Wracał czas treningów, dyskusji w szatni i ligowych meczów.

 

***

 

Już przed pierwszym treningiem padło pytanie:

– Hej, a gdzie Gyula?

Zrobiło się zamieszanie, piłkarze szukali wzrokiem kolegi i jednocześnie próbowali się policzyć nawzajem.

– Trenerze? – zagadnął Ferenc.

Gusztáv Szalai stał przed swoim zespołem ze spuszczoną głową i rękami splecionymi za plecami. Głośno westchnął, wszyscy ucichli.

– Gyula nie został powołany – odparł powoli, nie podnosząc wzroku.

Piłkarze milcząco wymienili spojrzenia. Gyula Gulácsi co prawda popełnił w finale błąd, ale przez cały sezon był mocnym punktem zespołu, nieraz ratował wynik i wszyscy w drużynie mu ufali. Ale decyzji trenera nikt nie śmiał podważyć.

Szkoleniowiec westchnął ponownie, podniósł wzrok za plecy zawodników. Ferenc obrócił się, a potem szturchnął łokciem László, który stał najbliżej; reszta zespołu również się obejrzała.

Po przeciwległej stronie boiska stał niewysoki mężczyzna z łysiejącą głową, ubrany w nieco zbyt obszerny, czarny garnitur i białą koszulę bez krawata. Przyglądał się drużynie narodowej zza wielkich okularów przeciwsłonecznych.

– Na rozgrzewkę dziesięć okrążeń, potem ćwiczenia w parach. Dzisiaj trening wprowadzający, bez piłek – powiedział sucho trener.

 

***

 

Krótką drogę z treningu do hotelu przeszli w parach.

– To gość z UOO? – zapytał Ferenca przyjaciel, z którym dzielił pokój, László Botka.

Lider Magyończyków obejrzał się za siebie.

– To musi mieć związek z Gyulą. Musimy się dowiedzieć, dlaczego wyleciał.

László kiwnął głową.

– Mają podsłuchy, ukryte kamery na boisku i w hotelu, a przysyłają jakiegoś kurdupla, żeby miał na nas oko. To jakieś metody z minionej epoki!

Ferenc wzruszył ramionami.

– To znaczy, że sprawa jest poważna. Rozmawiamy o tym tylko tutaj: od bramy stadionu, do trawnika przed hotelem. Wszędzie indziej będą mieć nas na podsłuchu. Jakby któryś z chłopaków zaczął temat, ucinaj.

– Tylko tutaj – powtórzył za przyjacielem László. – To nam zostało. Zasrane trzysta metrów wolności.

Ferenc obejrzał się jeszcze za siebie. Korowód zawodników zamykał mężczyzna w okularach przeciwsłonecznych.

 

***

 

Następnego dnia, gdy wracali z wieczornego treningu, Mihály Lang zatrzymał się w połowie drogi powrotnej i każdemu, kto go mijał, szeptał te same słowa:

– Wejdź na stronę ministerstwa sportu, artykuł o meczu finałowym.

Gdy doszedł do niego jegomość w garniturze, uśmiechnął się teatralnie.

– Jestem Mihály – wyciągnął rękę w geście powitania – a pan? Może skoczymy na szybkie piwko?

Agent Urzędu Ochrony Obywateli nawet nie zwolnił. Minął zawodnika, nie podnosząc choćby brwi. Mihály zmarszczył czoło i splunął pod nogi.

 

***

 

Ferenc zaraz po powrocie do pokoju usiadł na łóżku i uruchomił tablet. Naprzeciwko László zrobił to samo. Zalogowali się na swoje profile zaufane, przez które UOO miało dostęp do całej historii przeglądania, ale były też jedynym sposobem na podłączenie się do sieci, a w zasadzie do cenzurowanej przez rząd Magyonii części globalnetu.

Skrupulatnie studiowali treść artykułu, w którym systemowy dziennikarz wychwalał sukces rodaków, jednocześnie przedstawiając przeciwników jako najgorszych wrogów wielkiej Magyonii. Ferencowi zbierało się na wymioty, gdy przedstawiano go jako zesłańca niebios, a przeciwników równano z najgorszym sortem odszczepieńców. „Zasrana propaganda” – pomyślał. Z Geralczykami zawsze mieli na pieńku, ich mecze określano mianem klasyków. Bergmanna z kolei nie lubił za butę i arogancję, ale mimo wszystko artykuł nie był obiektywny w ani jednym akapicie.

Czytał go już drugi raz, szukając jakiejkolwiek wskazówki.

– Puszka – zawołał go László przezwiskiem.

Ferenc podniósł wzrok: przyjaciel pokazywał na swoim tablecie zdjęcie z artykułu. Szybko przewinął stronę na swoim urządzeniu. Zmarszczył brwi, przypatrując się fotografii w poszukiwaniu jakiegoś istotnego szczegółu.

Nagle zaklął pod nosem. Na zdjęciu cała drużyna wznosiła puchar za zwycięstwo w Lidze Narodów. Cała, oprócz Gyuli. Ktoś wprawnie usunął sylwetkę bramkarza z kadru.

 

***

 

W drodze na poranny trening zdążyli jedynie zdawkowo wymienić uwagi. Gyula świętował razem z nimi, skakał na podium, pił szampana z pucharu – tego byli pewni. Dlaczego został usunięty ze zdjęć – tego nikt się nie domyślał.

Każdy z zawodników zacisnął usta i zmarszczył brwi, gdy wchodził na płytę boiska: trener Szalai czekał na nich w milczeniu, a tuż obok stał kurdupel w ciemnych okularach.

Stanęli w niezbyt równym szeregu, wszyscy skrzyżowali ręce na piersiach i patrzyli nieprzychylnie na gościa.

– Panowie – odchrząknął Szalai. – Pan Hadszeg Brunnszo ma kilka słów do powiedzenia.

Kurdupel skinął głową.

– Dziękuję trenerze – powiedział wolno. – Dzień dobry, panowie. Nazywam się Hadszeg Brunnszo, jestem…

– Hadszeg! – krzyknął Mihály z ironią w głosie. – Miło wreszcie poznać, wczoraj mi się nie przedstawiłeś.

Mężczyzna w ciemnych okularach nawet nie drgnął, cierpliwie poczekał, aż Lang skończy i kontynuował.

– Jestem przedstawicielem Urzędu Ochrony Obywateli. Wy zaś jesteście dumą naszego narodu. Przybyłem na zgrupowanie z prostego powodu: dopilnować, by przygotowania do sezonu przebiegły sprawnie i bez żadnych przeszkód.

– Hurra! Urząd Ochrony Obywateli chroni naród przed blamażem w lidze! – wtrącił się ponownie Mihály.

Tym razem Brunnszo zwrócił się w jego stronę.

– UOO chroni was, żebyście mogli skoncentrować się na tym, co najważniejsze: na formie sportowej.

– A jakbyś tak, Hadszeg, przestał pierdolić? – Mihály stał z uśmiechem na ustach i przechyloną na bok głową.

Łysina rządowego agenta poczerwieniała, ale ani jeden mięsień nawet nie drgnął na jego twarzy.

– Właśnie tego chcemy uniknąć: rozluźnienia. Może trzeba wprowadzić więcej dyscypliny – zwrócił się do trenera, po czym spokojnym krokiem odszedł w stronę hotelu.

– Lang, do cholery! – wysyczał Gusztáv Szalai.

Zaklął jeszcze pod nosem i zaordynował rozgrzewkę.

 

***

 

Na popołudniowym treningu Mihály Lang już się nie pojawił. Słowa były zbędne.

 

***

 

– Myślisz, że zasrańce z Geralii też mają na głowie takich cieci? – zapytał László w drodze do hotelu.

Ferenc prychnął.

– Żartujesz? Tamci pływają w forsie. Tam jest inny świat, László.

– A niby skąd wiesz?

Puszka milczał przez chwilę.

– Nikomu nie mów, dobra?

– No, dobra. – Wzruszył ramionami László.

– Na wakacjach w tym ośrodku, ostatniej nocy udało mi się podłączyć do tamtejszej sieci. Tam mają łączność bez cenzury ze światowym globalnetem, nie musiałem się nawet logować profilem zaufanym. W pierwszej kolejności wyszukałem info o nas, potem o Geralii, Gerdzie… Wiesz, co gnój opowiadał w wywiadzie? Że jesteśmy „reżimowymi marionetkami, propagandowymi narzędziami do budowania wizji idealnego państwa”. My! Ty, ja i chłopaki!

László otworzył szeroko usta i oczy. Słuchał w milczeniu.

– W tym samym wywiadzie krytykował własny rząd, miał pretensje do związku haborballa w Geralii. To wszystko, kurwa, mógł wyszukać każdy dzieciak w jego kraju, każdy jeden Geralczyk, Ravelczyk, czy Brolijczyk. Nikt tego nie cenzurował! – zamilkł na chwilę. Byli już blisko hotelu. – Nie mów tego chłopakom.

– Ale chyba powinniśmy, przecież…

– Nie mów ­– wysyczał. – Nie, i już!

– Puszka! – usłyszeli głos trenera zza pleców.

Odwrócili się i zobaczyli, jak Gusztáv Szalai zbliża się do nich z ogniem w oczach i bojowym nastawieniem.

– Czekaj, Puszka! – powtórzył trener.

Ferenc patrzył na niego zdziwiony.

– Słuchaj mnie teraz – Szalai chwycił zawodnika za ramiona i szarpnął. – To, że sezon jeszcze się nie rozpoczął, nie znaczy, że możesz odpuszczać. Jesteś liderem i masz trenować jak lider, zrozumiano?!

Na ułamek sekundy z twarzy szkoleniowca zniknęła wściekłość, a Ferencowi wydawało się, że ten mrugnął do niego jednym okiem. Szalai chwycił Puszkę na koszulkę i przyciągnął do siebie.

– Nie zawiedź mnie, chłopcze – wysyczał.

A następnie niemal niezauważalnym ruchem wrzucił mu coś za kołnierz i oddalił się pospiesznie.

Wszyscy, którzy byli w pobliżu, patrzyli to na trenera, to na Ferenca. Puszka wymacał poskładany kawałek papieru pod koszulką wpuszczoną w spodenki.

– Przepraszam, panowie – odezwał się. – Następnym razem dam z siebie wszystko.

 

***

 

Ferenc próbował wymyślić sposób, by obejrzeć przesyłkę od trenera. Nic nie przychodziło mu do głowy, kamery były wszędzie. Świadomość, że na kawałku papieru mogą być ważne informacje, a on nie może ich nawet przeczytać, sprawiała, że odchodził od zmysłów.

– Wszystko w porządku? – zapytał László. – Na treningu było dobrze, nie wiem za co trener…

– Jest w porządku – przerwał mu Ferenc. – Trener miał rację.

Przyjaciel przypatrywał mu się jeszcze przez chwilę, a potem wrócił do czytania na swoim tablecie.

Latarka! Kiedyś, podczas wyjazdowego meczu, na jednym ze stoisk reklamowych rozdawali niewielkie latarki z kolorowym logo tamtejszej firmy. Jakimś cudem przy przekraczaniu granicy celnicy nie skonfiskowali jej, więc wciąż powinna znajdować się kieszeni plecaka.

Sprawdził. Jest.

Teraz wystarczyło poczekać, aż nadejdzie noc.

 

***

 

Gdy zgasili światło i położyli się w łóżkach, Ferenc czekał w ciemności, aż przyjaciel zaśnie. Pod poduszką trzymał latarkę i kartkę od trenera. Serce waliło mu jak dzwon, nie miał się co bać, że sam przymknie oczy ze zmęczenia. Po kilkunastu minutach usłyszał chrapanie z drugiego łóżka.

Nasunął powoli kołdrę na głowę, upewnił się, że ta przykrywa go szczelnie i włączył latarkę. Rozwinął zawiniątko, które okazało się pierwszą stroną jakiegoś zagranicznego magazynu. Tematem numeru, było zdobycie mistrzostwa Ligi Narodów przez Magyończyków. Ferenc przyjrzał się zdjęciu, które wypełniało całą stronę: jego drużyna wznosiła puchar w geście tryumfu. Wyszukał Gyulę, przyjrzał się dokładnie. Wtedy serce zabiło mu jeszcze mocniej.

 

***

 

– Podczas fety Gyula miał na ramieniu opaskę z flagą Wolnej Magyonii, podaj dalej – powiedział Ferenc do László, gdy znów wyszli na swoje trzysta metrów wolności.

Jeden zwolnił, drugi przyspieszył, przekazywali informację kolejnym zawodnikom. Wchodząc na boisko, wiedzieli już wszyscy. Milczeli.

Wolna Magyonia była organizacją opozycyjną, tworzącą rząd na uchodźctwie. Respektowali prawo sprzed puczu, czy jak to nazywała obecna władza Magyonii: Zielonego Powstania; wojskowego przewrotu, w którym rządy siłą przejęło wojsko. Jeszcze dwadzieścia lat temu wiedział o tym każdy w kraju, ale rok po roku pamięć o tych wydarzeniach wymazywano, przestrzeń publiczna podlegała ścisłej cenzurze i nikt nie chciał o tym rozmawiać, nawet w domowym zaciszu.

Zielone Powstanie przyniosło nowy ład, prawo i flagę. Wcześniejszą, czerwono-biało-zieloną, zastąpiła zielona z czerwonym pasem u dołu i biało-czerwonym ornamentem ludowym przy drzewcu. Cenzura nie miała litości dla żadnej formy symboli starego ustroju. Naród został pozbawiony wolności i historii, a nad wszystkim czuwały wszelkiej maści systemy podsłuchów, wizji i rejestrów aktywności cyfrowej.

Przez cały trening Ferenc miał przed oczami Gyulę Gulácsiego, na którego ramieniu dumnie widniała opaska w trzy poziome pasy: czerwony, biały i zielony.

W tamtym zamieszaniu nikt nie zauważył. Nikt, oprócz czujnego oka cenzury.

 

***

 

Trzysta metrów. Tyle musiało wystarczyć podczas ostatnich dni zgrupowania, by ustalić, jak mają się zachować. Do pierwszego meczu w sezonie zostały dwa tygodnie, ale po powrocie do stolicy, gdzie stacjonowali na co dzień w trakcie sezonu, nie mieli nawet co liczyć na choćby pięć metrów, gdzie nie byłoby podsłuchów i czujnych oczu kamer.

Trzysta metrów, pokonywane w tę i we w tę, trening po treningu, było jak powiew wolności, którą państwo zabierało im w każdej sekundzie życia od chwili narodzin. Szepty, ustalenia przekazywane półgębkiem, to wszystko budowało nadzieję, że przecież gdzieś tam jest wolny świat, gdzie ludzie tacy sami jak oni mogą mówić, co chcą.

 

***

 

Rozgrzewka Magyończyków przed pierwszym meczem fazy zasadniczej wyglądała na niezwykle intensywną. Komentatorzy zgodnie oceniali, że w przedmeczowej demonstracji siły, Ravelczycy wypadli wyjątkowo słabo i nawet jeśli ktoś wcześniej twierdził, że mogą sprawić niespodziankę, teraz nie mógł mieć wątpliwości: obrońcy tytułu nie zamierzali brać jeńców.

Nikt nie zwrócił już uwagi, że Ravelczycy swój hymn odśpiewali wyjątkowo głośno, a Magyończycy solidarnie przemilczeli zielono-powstańczą pieśń, będącą oficjalnym hymnem państwowym. Bukmacherzy z całego świata chętnie przyjmowali zakłady za zwycięstwem Ravelii, bo jaka była szansa, że mistrzowie przegrają mecz? Tylko naiwni i pijani, skuszeni wysokim kursem, obstawiali zwycięstwo skazywanych na pożarcie zawodników niewielkiego państewka z zachodu.

Ferenc rozejrzał się po boisku i skinął kolegom. Sędzia sprawdził gotowość kapitanów, poczekał na sygnał ze stolika protokolanta, w końcu dostał ostateczną zgodę na rozpoczęcie od realizatora transmisji.

Ravelczycy zaczynali. Gwizdek. Ruszyli do ataku. Nagle stadion ucichł.

Żaden z Magyończyków nie ruszył się z miejsca.

– Za wolność, Gyula! – wrzasnął Ferenc.

Miał nadzieję, że cenzura nie zdąży tego wyciąć.

Każdy zawodnik mistrzów Ligi Narodów zasłonił usta dłonią, a drugą, zaciśniętą w pięść, uniósł nad głową.

W ciszy, która ogarnęła stadion, słychać było tylko krzyki ich przeciwników.

– Co jest?!

– Rzucaj!

– Nie, stój!

– Jasna cholera, o co chodzi?!

W studiu realizatorskim Państwowej Telewizji Magyonii cenzor klął siarczyście na całą ekipę. Transmisję urwano dopiero po kilku minutach, gdy dobiegł do głównego wyłącznika prądu.

 

***

 

– Nie rozumiecie swojej sytuacji, Pisztoly.

Kurdupel w ciemnych okularach zapalił kolejnego papierosa. Dym wypełniający niewielki pokój przesłuchań, drażnił Ferenca w nozdrza.

– Jesteście gwiazdą. Najlepszy strzelec, najlepszy asystent, lider zespołu, no i MVP Ligi Narodów.

Agent przyglądał się zawodnikowi, który spuścił wzrok na skute kajdankami ręce.

– Reprezentant kraju, bohater narodowy – kontynuował powoli. – Brzmi pięknie, ale to już zobowiązania. Powinniście świecić przykładem. – Zaciągnął się papierosem. – A wykazaliście się rażącą niekompetencją. To kwestia solidarności. Kwestia honoru. Waszego i narodowego. Cały kraj na was liczył, każdy obywatel miał nadzieję na kolejne zwycięstwo, a wy nas wystawiliście. Nas, tak nas. Mnie też. Do tego Federacja nałoży na nas karę za gesty polityczne, myślicie, że kto za to zapłaci? Nie wy, tylko obywatele, którzy uczciwie płacą podatki i pracują na was.

Zaciągnął się ponownie. Leniwie wypuścił obłok dymu, który wpasował się w gęstą zawiesinę w powietrzu.

– Puścimy to w niepamięć – powiedział kurdupel przyjaznym tonem, patrząc gdzieś w bok. – To tylko jeden mecz, do kolejnych podejdziecie w pełni profesjonalnie, z pełnym zaangażowaniem. – Uśmiechnął się i spojrzał na Ferenca przez ciemne okulary. – Prawda?

Chwilę siedzieli w milczeniu. Dym w pokoju gęstniał.

– Honor i ojczyzna. Kiedyś był jeszcze Bóg – zaśmiał się ze swojego żartu. – Viktor! – krzyknął po chwili.

Do pokoju wszedł klawisz. Kurdupel skinął w stronę Ferenca, a strażnik rozpiął kajdanki.

– Możecie iść.

Ferenc z trudem wstał, mięśnie zastygły od kilkugodzinnego siedzenia.

– Jeszcze jedno – dodał kurdupel, gdy Ferenc przechodził już przez drzwi. – László Botka. Rok temu się ożenił. Znacie jego żonę, prawda? Piękna kobieta. – Zaciągnął się, a Ferencowi serce podeszło do gardła. – Jesteście odpowiedzialni nie tylko za kraj, ale od teraz przede wszystkim za nią. To kwestia honoru.

Uśmiechnął się jadowicie. Ferenc zacisnął usta i pięści.

– A ten László, to honorowy jest? – ciągnął agent. – Bo widzisz, martwię się o twoją rodzinę, odkąd stał się za nią odpowiedzialny.

Strażnik wypchnął zawodnika na zewnątrz.

 

***

 

Mecz drugiej kolejki fazy zasadniczej zgromadził przed telewizorami nie mniej widzów niż poprzedni finał. Jeszcze przed sezonem Geralczycy odgrażali się w mediach rychłym rewanżem, tym bardziej że mecz miał być rozgrywany na ich terenie, ale po wydarzeniach z pierwszej kolejki nabrali wody w usta i ograniczali się do wyświechtanych formułek jak „jesteśmy odpowiednio przygotowani do meczu”, czy „wiemy co mamy robić, by pokazać swą najlepszą stronę”. Zapowiadało się, że tym razem nie będzie to mecz na ostrzu noża, ale wszystkich ciekawiło, jak zachowają się zawodnicy obu krajów.

W tunelu, przed wyjściem na boisko, obie drużyny stały ze spuszczonymi głowami. Kamera skupiła się na mających wyprowadzić swoje zespoły Ferencu i Gerdzie. Przed finałem nie szczędzili sobie prowokacji, teraz zdawali się nie dostrzegać, że stoją tuż obok siebie.

Pierwszy raz od niepamiętnych czasów, kibice na stadionie w Geralii nie przywitali swoich odwiecznych rywali gwizdami. Coś dziwnego wisiało w powietrzu.

Po odegraniu hymnów zawodnicy stanęli na swoich pozycjach. Zaczynali Geralczycy, piłkę w rękach obracał Gerd Bergmann. Do momentu, aż sędzia nie dał sygnału do rozpoczęcia spotkania, zespoły nie patrzyły na siebie nawzajem, jakby stała pomiędzy nimi nieprzezroczysta ściana.

Gwizdek. Gerd rzucił piłkę na skrzydło. Magyończycy rozbiegli się po boisku. Próbowali odebrać piłkę, ale ta spadła na trawę tuż przed stopami prawego pomocnika Geralii, odbiła się i wyleciała na aut. Zawodnicy z Magyonii podnieśli głowy. Stadion wybuchł entuzjastycznym krzykiem. Każdy z Geralskich zawodników stał z uniesioną pięścią, a drugą dłonią zasłaniał swoje usta. Stopniowo kibice cichli, a nad trybunami uniosły się zaciśnięte pięści.

Magyończycy stali zdezorientowani i rozglądali się dookoła. Wymieniali pytające spojrzenia.

Do Ferenca podszedł Gerd. Odsłonił usta.

– Pewnie nawet o tym nie słyszałeś, ale źle was oceniłem. Zza tej niewidzialnej kurtyny wyglądaliście inaczej. Przepraszam – powiedział do oniemiałego Puszki. – Rozmawiałem już z kapitanami innych zespołów, przed każdym meczem Ligi będziemy wznosić pięści.

– Nie musieliście – wydukał wzruszony Ferenc – to nie wasza sprawa. – Łzy ciekły mu po policzkach.

– To sprawa honoru – odpowiedział Gerd. – Możemy się nie lubić, podczas meczu możemy walczyć nawet na pięści, ale gdy to przestaje być sport, a w grę wchodzi wolność i godność człowieka, stajemy za wami murem.

– Dziękuję – powiedział drżącym głosem Ferenc.

Tym razem w budynku Państwowej Telewizji Magyonii aż dwóch cenzorów, specjalnie przygotowanych na mecz, czekało na rozwój wypadków. Sygnał do krajowych odbiorników został puszczony z opóźnieniem, by w razie niespodziewanych wypadków, żaden nieprzychylny władzy gest nie przedostał się do telewizorów obywateli. Nikt nie przygotował się tylko na zamknięcie cenzorów w sali nagrań dźwiękowych. Nie mogli przez to zatrzymać również wydania specjalnego serwisu informacyjnego. Wciąż próbowali sforsować zaryglowane drzwi, gdy prezenterka z czerwono-biało-zieloną opaską na ręce informowała o powstaniu, które wybuchło w całym kraju. Wolna Magyonia wstawała z kolan.

Koniec

Komentarze

Cześć, Krokus

Opowiadanie czytało się bardzo przyjemnie. Przepłynąłem przez tekst. Zatrzymałem się tylko w jednym momencie, niestety na dłużej. Sytuacja z wyrzuceniem bramkarza, była na początku dosyć niejasna. Przeczytałem jeszcze raz początek, nie znalazłem powodu, więc wróciłem do dalszego czytania. Później poznajemy, dlaczego został wyrzucony, ale wcześniej zawodnicy mówili o jakimś błędzie, który zrobił podczas meczu… Nic takiego nie znalazłem. 

Bardzo ciekawy motyw przewodni, państwo gdzie dzieje się akcja może przypominać niektóre kraje z naszego świata. 

Poczułem ten heroizm wstępujący w zawodników, gdy zrozumieli, że można żyć inaczej. 

Wzruszyłem się, gdy przeczytałem fragment o wzniesionych pięściach. Ładnie ukazałeś solidarność ludzi… Naprawdę ładnie. 

Podobała mi się także scena meczu. Moja wyobraźnia podsuwała mi kolejne obrazy, a przyznam, że nieczęsto zdarza mi się oglądać transmisje sportowe. 

Zakończenie też na plus, chociaż za pierwszym razem nie wydało się zbyt wiarygodne. Jednak teraz sądzę, że to właśnie takie impulsy są wstanie pobudzić ludzi do działania. 

Odwrócili się i zobaczyli jak Gusztáv Szalai zbliża się do nich z ogniem w oczach i bojowym nastawieniem.

Brakuje przecinka.

Pozdrawiam!

Oczywiście pamiętał o tym - o czym pamięta każdy rozsądny człowiek - że nie powinno się nigdy zatrzaskiwać za sobą drzwi, gdy się wchodzi do szafy.

Cześć, Młody Pisarzu!

 

Sytuacja z bramkarzem od początku była niejasna. Finał skończył się 5:4, więc jakieś tam błędy musieli popełnić – opisałem tylko ostatnią minutę meczu, bo większa część byłaby pewnie niezjadliwa :)

Bardzo ciekawy motyw przewodni, państwo gdzie dzieje się akcja może przypominać niektóre kraje z naszego świata. 

Nawet daleko patrzeć nie trzeba, choć z punktu widzenia sportu, uważam, że szanse na wyszkolenie najlepszych zawodników w dyktaturze są mniejsze niż w kapitalistycznym świecie. A tu musieliby wyszkolić całą drużynę.

Wzruszyłem się, gdy przeczytałem fragment o wzniesionych pięściach. Ładnie ukazałeś solidarność ludzi… Naprawdę ładnie. 

Cieszy mnie to :) a takie rzeczy w świecie sportu się dzieją!

Ja bardzo sport lubię, można rzec, że się na nim wychowałem, stąd bardzo mnie cieszy, że wyszło dobrze :)

W tekście tego nie ma, ale oczywiście sytuacja z reprezentacją nie jest oczywiście przyczyną wybuchu powstania, raczej miała służyć za iskrę, która wznieci wielki płomień.

Za wyłapanie zagubionego przecinka dziękuję! Już poprawiłem :D

 

Dziękuję za wizytę i rozbudowany komentarz! (Edit: no i za gwiazdki! :D)

Pozdrawiam!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Bardzo dobrze się czytało. Miś poleca wszystkim. Nie fanom sportu też. 

Hej,

 

fajne opko, w zasadzie gotowe do publikacji ;)

 

Jak na taką liczbę znaków wszystko rozegrane bardzo klarownie, świat przedstawiony zarysowany w odpowiednich proporcjach. Być może przydałoby się kilka słów więcej o przyczynach powstania reżimu, kwestiach społecznych, ale bez tego też tekst się broni.

 

Oprócz kontekstu politycznego jest też kontekst społeczny, który przychodzi mi do głowy, zwłaszcza akci takich jak “me too” czy “black lives matter”. Nieźle ten tekst sie wpisuje w nasze czay.

 

Pozdrawiam!

Che mi sento di morir

Cześć, Misiu!

 

Bardzo mnie cieszy Twoja wizyta, jak również zostawiony komentarz! Dziękuję!

 

Cześć, Kluczu!

 

Przybywam przyciągnięty polecajką na SB! A, nie… czekaj… Dziękuję za małą reklamę ;)

Dziękuję za opinie, w sumie nie zastanawiałem się nad przyczynami reżimu, bo bardziej miałem w głowie bezduszność sytuacji – tak jak węgierska złota jedenastka, którą wszyscy typowali na zwycięzców Mistrzostw Świata, ale nie dane im było wziąć udziału w czempionacie. Bo reżim :(

Cieszę się, że da się tekst wpasować i w nasze czasy, choć z drugiej strony, chciałoby się, żeby to był tekst jedynie o przeszłości :)

 

Dzięki za komentarz i klika!

 

Pozdrówka!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

W warstwie sportowej tekst raczej nudny, ale za to w socjologicznej – sam miód. No, nie przepadam za totalitaryzmami, lubię, kiedy dostają po mordach, choćby w literaturze.

Przykre, kiedy polityka wdziera się do sportu. Ale wiemy przecież, że tak bywało. Serce rośnie, kiedy jakiś Kozakiewicz ma gest.

Ciekawam, czy “Polak, Węgier – dwa bratanki”.

nawet najbardziej zatwardziali przeciwnicy tej brutalnej gry, siadali wtedy przed telewizorami i obserwowali starcie o być albo nie być na kartach historii.

Oj, tu moje zawieszenie niewiary trzeszczało niemiłosiernie.

Babska logika rządzi!

Przesłanie fajne.

Całość lekko przypomina FiFĘ, początek trochę Super Bowl lub inne potencjalnie możliwe ustawki, ale czegoś nie rozumiem? Błąd jest błędem, czyli kara była za opaskę i zdarzyła się okazja do dogodnej interwencji, ale jeśli bramkarz był dobry, czy wystarczyłby taki pretekst (może?). Dziwi mnie też, że koledzy nie zauważyli, nie wiedzieli, są przecież bracią w zespole, więcej czasu spędzają ze sobą na treningach niż z żonami i dziećmi. ;-)

Brakuje mi sceny z bramkarzem.

 

Przeczytałam początek, potem kolejny rozdział i się zdziwiłam: Ferenc, magyończyk; Gerd, geralczyk; kim jest Gyula? I o jakim błędzie mowa? Ha, pewnie bramkarz, choć nie on zawinił w końcówce i czemu stał jak zamurowany, przecież widział, co się dzieje? Piszesz, że był zaskoczony. No, nie wiem, widział, końcówka meczu – nerwy napięte jak postronki i nic nie zrobił? Żadnego ruchu, nawet spóźnionego? 

 

Drobiazgi:

,Podrzucił twardą, kompozytową piłkę, a dwóch rosłych zawodników skoczyło do niej, próbując trącić ją czubkami palców w stronę kolegów z drużyny.

Czubkami palców trącić silnie wyrzuconą twardą piłkę z kompozytu? A jakie oni mieli palce – metalowe? :p Kontuzja gotowa, spróbuj z piłką lekarską, albo lżejszą do siatkówki czy ręcznej. Słowo „trącić” – wybiło mnie.

,Geralczyk nieznacznie uprzedził przeciwnika i piłka trafiła w ręce kolegów z jego zespołu.

Wyprzedził lub inaczej? Przy „uprzedził” lekko mi się prosi jakieś dopełnienie, ale nie wiem ,jak to miało być.

 

W sumie podobało mi się, bo odmienne i konkretne oraz lubię Super Bowl. :-) Warsztatowo dla mnie ok. Treściowo nie do końca mi się spina taki wpływ smutnych panów, chcących wygrywać na sport. Brakuje jakiejś informacji, abym zrozumiała, np. dlaczego właśnie teraz, może co tracił. Nie wiem, przypomniał mi się przysłowiowy gest Kozakiewicza i różne manifesty przy okazji wojny, która trwa. 

Fajnie, że opowiadasz historię niejako z boku przez obserwatorów, ale tu też brakuje mi info, jakiegoś postępu bądż domyślania się – przeszłości. Trochę zbyt łatwe wyjaśnienie, rachu-ciachu i bęc.

 

Skarżypytuję, znaczy klikam. ;-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Krokusie, cieszę się, że opisowi meczu poświęciłeś tyle uwagi, ile trzeba, aby czytający zorientował się, co jest grane i nie doznał znużenia, a główny nacisk położyłeś na sprawy dziejące się poza boiskiem, bo to one mówią najwięcej, nawet jeśli nie zawsze nazywa się rzeczy po imieniu. A smutni panowie umieli nazywać wszystko po swojemu i biada tym, którzy chcieliby widzieć coś inaczej. I to wszystko doskonale wybrzmiało w Twoim opowiadaniu.

Źle się dzieje, kiedy polityka wkracza do każdej dziedziny życia, dlatego cieszą wszelkie przejawy zarówno niesubordynacji, jak i solidarności, tutaj demonstrowane przez inną drużynę i całą widownię.

Cieszę się, że jury doceniło Twój tekst i gratuluję zajętego miejsca.  

Z przyjemnością udaję się do klikarni. ;D

 

nie raz ra­to­wał wynik… → …nieraz ra­to­wał wynik

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przejmujące opowiadanie. Bardzo podobało mi się dawkowanie wrażeń i skutecznie wprowadzona zmiana czasu (epoki). Fajne były zaczepki z zasłoniętymi ustami, zresztą odsłonięcie też zrobiło wrażenie;)

Płynnie się czyta i technicznie bardzo sprawne.

 

 

Krokusie!

 

Bukmacherzy z całego świata chętnie przyjmowali zakłady za zwycięstwem Ravelii, bo jaka była szansa, że mistrzowie przegrają mecz?

A nie Magyonii?

 

Krokusie mój drogi! Dobre opowiadanie, które w trafny sposób przedstawia sytuacje w krajach objętych totalitarnym/autorytarnym reżimem. W tekście pojawia się niedaleka przyszłość, jednak niestety i w naszych czasach takie sytuacje mają miejsce. Czy długo tak jeszcze będzie? Pewnie niestety tak, ale trzeba liczyć na to, że z czasem ludzkość poprawi się na tyle, że ze spokojnym duchem będzie można nazwać to opowiadanie fikcją.

Masz kliczka ode mnie.

Pozdrawiam!

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Witaj Krokusie!

 

Rzucił się szczupakiem do przodu i próbował trącić ją czubkami palców. Nie trafił. Gerd zorientował się i sprytnie, niemal niezauważalnie zmienił kierunek biegu. Wyciągnięta ręka Magyończyka trąciła jego nogi i zawodnik z Geralii runął na ziemię.

Jedyna usterka jaką wykryłem.

 

– A jakbyś tak, Hadszeg, przestał pierdolić? – Mihály stał z uśmiechem na ustach i przechyloną na bok głową.

Oj, czuję, że Mihaly sobie nagrabi…

 

Naprawdę dobrze napisane, powiedziałbym, że najpłynniej spośród Twoich tekstów, które miałem okazję czytać (albo to ja wyjątkowo wczułem się w emocje towarzyszące rywalizacji sportowej pod presją wszechobecnych “oczu” sytemu totalitarnego).

Kojarzy się z twórczością Zajdla i Orwella. Nabiera szczególnego znaczenia w kontekście bieżących wydarzeń na Ukrainie i reżimu Putina, choć wymowa uniwersalna. Przesłanie jak najbardziej szczytne. No i pięknie pokazane! Brakuje opowiadań w których honor i szlachetne porywy są wiodącym motywem. Podobało mi się, zgłaszam do biblioteki!

Ho, ho! Wsiąkłem w weekend i widzę, że się nazbierało!

 

Cześć, Finklo!

 

Oj, tu moje zawieszenie niewiary trzeszczało niemiłosiernie.

Huehuehue :D są “najbardziej zatwardziali przeciwnicy haborballa”, są “Najbardziej zatwardziali przeciwnicy sportu” i są “Ludzie a’la Finkla” :D

A totalitaryzmom i dyktatorom… kij prosto w oko!

Ciekawam, czy “Polak, Węgier – dwa bratanki”.

To ciekawe, bo w zasadzie jedziemy aktualnie na podobnym koniu i pewnie każdy z nas znalazłby sobie bratniego Węgra :P

Dzięki za wizytę, komentarz i kliczka!

 

Cześć, Asylum!

 

Bramkarz założył opaskę dopiero na mistrzowską fetę i tylko to zaważyło na jego usunięciu przez smutnych panów. Błąd popełnił gdzieś tam wcześniej, w trakcie meczu – to było nieistotne – wzmianka o błędzie była raczej próbą dociekania przez kolegów z zespołu, dlaczego nagle nie ma podstawowego bramkarza.

Dlaczego dał się zaskoczyć? Gerd rzucił znacznie wcześniej niż Gyula się spodziewał. Tu wzorem były rzuty z biodra w ręcznej, w sytuacji, gdy nikt się nie spodziewa. Sam element zaskoczenie jest kluczowy. Podobnie jak kiwki rozgrywającego w siatkówce – stojąc w obronie, czasem widać znacznie wcześniej, gdzie poleci piłka, ale jeśli zawodnik nie ma odpowiedniej postawy, to będzie sprawiał wrażenie jakby siedział w okopach, a piłka spadnie tuż przed jego nosem. To nie powinno się przydarzyć na takim poziomie, ale jednak…

Rzut piłką w górę jest na wzór koszykówki – tam rzadko się piłkę łapie, tylko sięga czubkami palców bądź co bądź twardą, ciężką piłkę, by skierować ją w stronę przeciwników. W siatkówce czasem podobnie, przy walce na siatce, czasami czubkami palców trąca się zawieszoną nad siatką piłkę, by oprzeć ją o blok przeciwnika, lub go wykiwać – tu mam dużo doświadczenia od zawodnika, poprze kibica, aż po sędziego :) trącanie zostaje ;)

Z tym “uprzedził” muszę się zastanowić – w zasadzie pasuje, bo to znaczy “zrobić coś szybciej”, w tym wypadku pewnie dlatego, że skoczył wyżej. Z drugiej strony jest w tym coś może nie do końca pasującego – muszę to przegryźć ;)

Ha! Fajnie, że przywołujesz Super Bowl, bo choć ja akurat nie jestem zaznajomiony z tematem, to finał Ligi Narodów Haborballa miał być właśnie takim fenomenem, ale na skalę światową :)

dlaczego właśnie teraz, może co tracił

Pytasz o feralnego bramkarza? Dlaczego akurat teraz założył opaskę? Nie mam jasnej odpowiedzi, ale możliwe, że odważnie wyraził to, czego bali się mówić wszyscy pozostali. To z założenia miał być drobny, ale znaczący gest.

tu też brakuje mi info, jakiegoś postępu bądż domyślania się – przeszłości. Trochę zbyt łatwe wyjaśnienie, rachu-ciachu i bęc.

Tu też się kłaniał limit – jeśli dobrze pamiętam, to było 26k zzs, zatem nie było miejsca na rozszerzenie kontekstu. Finał też trochę przesadzony, bo chciałem uciąć na geście przeciwników, ale zrobiło się powstanie – widocznie coś już od dawna wisiało w powietrzu ;)

 

Dzięki za wizytę, komentarz i klika!

 

Cześć, Reg!

Filmy i teksty o sporcie, jeśli próbują opowiedzieć zbyt dużo, stają się zazwyczaj sztuczne, bo nic prawdziwemu sportowi równać się nie może ;) ale to moje skromne zdanie – stąd zdecydowałem się opisać jedynie ostatnią minutę meczu, oraz pierwsze minuty dwóch kolejnych.

Mnie pochody pierwszomajowe ominęły (byłem może na jednym), ale wiem, że smutni panowie mieli się u nas całkiem dobrze. Wciąż są zresztą miejsca, gdzie się panoszą. A cóż można przeciw nim zdziałać, jeśli nie demonstrować niesubordynację?

Zresztą sport sprzyja stykaniu się różnych światów i różnych realiów.

Również cieszę się z zajętego miejsca :) Babola zaraz poprawię :)

 

Dziękuję za wizytę, komentarz i kliczka!

 

Cześć, Ambush!

Wracasz na portalowy szlak? :D

Cieszy mnie Twoja opinia, fajnie, jeśli tekst był przejmujący :)

Dzięki za wizytę, komentarz i kliczka!

 

Cześć, Barbarzyńco!

A nie Magyonii?

Bukmacher cieszy się, jeśli obstawiasz zespół, który później przegrywa, więc jeśli Magyonia była faworytem, to każde obstawienie Ravelii było w teorii czystym zyskiem.

Optymistycznie patrzysz na świat :) nie wiem, czy jestem w stanie uwierzyć w świat bez dyktatorów, bo obawiam się, że będą zawsze, tylko wyewoluują do innej formy, niż tą znaną nam z ZSRR, Rosji, czy nawet republik bananowych :)

W każdym razie cieszę się, że opowiadanie przypadło do gustu!

Dzięki za wizytę, komentarz i kliczka!

 

Cześć, Kronosie!

Babolka zaraz poprawię :)

Mihaly nie należał do pokornych, a takich smutni panowie zawsze mają na oku :(

Naprawdę dobrze napisane, powiedziałbym, że najpłynniej spośród Twoich tekstów, które miałem okazję czytać

Pisać zacząłem 1,5 roku temu, a tekst napisałem mniej więcej rok temu. Zatem był to jeden z pierwszych, w dodatku napisany w niespotykanym obecnie dla mnie tempie – odnoszę wrażenie, że przez ten rok coś poszło nie tak :P

Orwella ostatnio nadrabiam, ale Zajdla jeszcze nie przerabiałem – muszę zdecydowanie się poprawić w tych obszarach!

Boję się, że będzie miało swoje znaczenie jeszcze długo, długo, a może i zawsze. Sport wydał mi się wyjątkowo dobrze dopasowany do tematu honoru, bo też w tym obszarze czuję się dość dobrze, z kolei literatury o tym traktującej jest bardzo mało.

Dzięki za wizytę, komentarz i kliczka!

 

Pozdrawiam, drodzy czytelnicy!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

i są “Ludzie a’la Finkla” :D

Ci ludzie to ze sportu lubią oglądać otwarcia i zamknięcia olimpiad. Ale ostatnio i to przegapiłam (autentycznie przez dobry tydzień nie miałam świadomości, że to już trwa), tak że tego…

Babska logika rządzi!

Jeśli ktoś mi mówi “otwarcie igrzysk”, ja mówię “Mr. Bean, Londyn 2012”!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Śpiweał również sportowo – “Jurgen Klinsmann ist kaputt” :P

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Hah, aleś tu połączył wiele wątków, od klasycznego Rollerballa (to pewnie niekoniecznie celowo, ale tam też było dużo o wątkach społecznych), przez rolę sportu w propagandzie reżimów, po nawiązania do staczania się Węgier w tym kierunku, czy wątku z podwójną flagą. No i roli technologii. W sumie na tym wszystkim tylko kształt gestu opozycyjnego jakoś tak niepokojąco kojarzy się też z reżimami (przez skojarzenie z parodią innego gestu) – nie wiem czy celowo, ale… ale dziwnie to wyszło w połączeniu z resztą.

 

" Stanęli w niezbyt równym szeregu"

– nadmiarowa spacja przed akapitem.

 

Realistyczne, energiczne, patriotyczne. Interesujące, podobało mi się.

Podobało mi się :)

Przynoszę radość :)

Jestem!

Trochę mnie żyćko ścisnęło i nie było kiedy siąść do kompa z odpowiedziami – już nadrabiam!

 

Wilku!

O Rollerball’u pierwsze słyszę :P Początek opisu filmu brzmi faktycznie znajomo :P z hailowaniem łatwo pomylić różne gesty (kiedyś Podolskiemu nawrzucali w necie komentarzy, że hitlerowiec, bo jak schodził z boiska, to podniósł rękę, pozdrawiając publiczność, czy kogoś na ławce), także nie jest to gest, który ma się kojarzyć z reżimem :) Acz faktycznie rozumiem, że takie ścieżki skojarzeniowe mogły powstać w Twej wilczej głowie ;)

Babolka zaraz naprawię! Dzięki!

 

Dzięki z wizytę i komentarz!

 

CzarnaAmy!

Realistyczne, energiczne, patriotyczne.

Cieszę się, miło mi, fajnie, że tak odebrałaś :)

 

Dzięki za wizytę i komentarz!

 

Anet!

Podoba mi się Twój radosny komentarz! 

 

Dziękuję za niego i za wizytę!

 

Pozdrówka, Czytelnicy! Wybaczcie zwłokę z odpowiedzią!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Druga strona zagryzała palce

Może zagryzała wargi albo obgryzała paznokcie? 

Nabrał prędkość

Prędkości. 

Nabrał prędkość. W pełnym pędzie wbiegł na połowę przeciwnika. Pozostali gracze ruszyli za nim w pogoń

Dużo tego "p-". 

Piłka odbiła się od słupka

Już wcześniej się dowiedzieliśmy o tym, że słupek. 

Na popołudniowym treningu Mihály Lang już się nie pojawił. Słowa były zbędne

Jeżeli tem sport jest tak istotny, to dziwię się, że z taką łatwością wycinają zwycięzki skład. Co innego gdyby przegrali. 

 

Ciekawy jestem, co zainspirowało cię do napisania tego opowiadania. Może obawy, jak wyglądała będzie masza rzeczywistość, jeżeli nie zmienimy politycznego kursu? :P

Tak czy inaczej, gdyby obciąć te zaawansowane algorytmy i wymyślony sport, tekst jest niesamowicie realistyczny. Aż przypomniał mi się film "Ucieczka do zwycięstwa". Lata go nie widziałem, może czas sobie odświeżyć pamięć? :) 

Tekst pokazuje nam standardowe oblicze totalitaryzmów i nietrudno uwierzyć, że w podobny (nawet gorszy) sposób są traktowani obecnie sportowcy z takiej Korei Północnej. Przy tej poprawnej konstrukcji i prawdopodobnym realiom obyło się jednak bez zaskoczeń. Nie było też miejsca, w którym mocniej wszedłbym w los danej postaci, ani momentu większego dramatyzmu. 

Zakończenie typowo ku pokrzepieniu serc, a zakończenie do zakończenia już w ogóle wyszło cukierkowo – mam na myśli moment w którym wybucha powstanie. Przy czym rozumiem, że takie widowiska sportowe mogą porywać serca tłumów. 

Jeśli pozwolimy na łamanie zasad w wyjątkowych sytuacjach, stworzą wyjątkowe sytuacje, aby łamać zasady.

Cześć, Krokusie!

 

 Nie dziwię się, że stanąłeś na podium wspomnianego w przedmowie naboru, bo to dobre opowiadanie jest, naprawdę dobre. Dzięki tej lekturze mogłem też przekonać się, o ile szerszy jest zakres Twoich pisarskich możliwości. Dotąd wszak czytałem dwa Twoje teksty zbliżone do siebie klimatem i stylistyką.

Aspekt sportowy wcale nie nuży, zaoferowałeś go w bardzo dobrej proporcji. Cieszy mnie też, że nie o sport w tym tekście przede wszystkim chodzi.

Uważam, że bardzo dobrze poradziłeś sobie z realiami “pozaboiskowymi”. Czułem ten ciężar wyboru między po prostu graniem i czerpaniem ze swojej pozycji garściami a solidarnością i chceniem czegoś więcej od życia. W mojej ocenie umknąłeś też spod topora nadmiernej ckliwości czy pompatyczności, która w tekstach kultury tego typu pojawia się nader często. No, może wkradło się tego trochę w samym finale, być może nieco naiwnie wybrzmiewa końcowa, wzmiankowana jedynie rebelia. Ale to wciąż nie razi na tyle, bym mógł się skrzywić.

Najmocniej wybrzmiała dla mnie rozmowa Ferenca z urzędnikiem UOO, a zwłaszcza jej końcówka związana z odpowiedzialnością László za rodzinę Ferenca. To było mocne i wybrzmiało naprawdę potężnie.

Podobały mi się też nawiązania do Węgier, choć realia chyba zbliżone – póki co – do Białorusi/Korei.

 

Z pozdrowieniami,

fmsduval

 

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

Podobało się: Poczułem klimat sportu z lat dzieciństwa i młodości moich rodziców. I jeszcze wcześniejszej, Krwawej Łaźni, chociaż tutaj tak naprawdę role są nieco odwrócone.

Nie podobało się: Haborball nie wydaje się tutaj sportem groźniejszym od futbolu amerykańskiego, czy rugby, stąd nie wiem czy byłby aż tak kontrowersyjny.

 

Gratuluję i pozdrawiam!

Cześć, Gekikara!

Jeżeli tem sport jest tak istotny, to dziwię się, że z taką łatwością wycinają zwycięzki skład. Co innego gdyby przegrali. 

takie rzeczy akurat łatwo wytłumaczyć zmianą pokoleniową lub czymkolwiek innym – nie jeden wielki gracz odchodził z klubu czy reprezentacji po zdobyciu ważnego trofeum.

Inspiracją była irytacja jak polityka się miesza do sportu – węgierska “złota jedenastka” realnie mogła myśleć o zdobyciu MŚ, a na przeszkodzie nie stanęła kontuzja, silniejszy przeciwnik na boisku, czy własna głowa, a polityka właśnie. Cóż, obecny kurs polityczny nie uważam za prawidłowy, więc jeśli tekst wybrzmiewa w tym kontekście, to mogę się tylko cieszyć!

Korea Północna to sztandarowy przykład, ale ostre jazdy wciąż zdarzają się również w Afryce, gdzie zawodnicy WKS zostali po którymś turnieju zamknięci w więzieniu :(

Zakończenie szykowałem pod nabór, więc miał być honor – zdecydowałem się na honor Gerda okazany przez solidarność. A cukierkowa końcówka z powstaniem wyszła mi tak trochę mimochodem podczas pisania. Ale tak – o ile wątpię, by sport potrafił wywołać powstanie, to takie gesty mogą być iskrą. Dlatego uwielbiam sport.

 

Dziękuję za wizytę i komentarz!

 

Cześć, Fmsduval!

 

Ja chyba po prostu poszedłem w klimaty “Drzew” i “Halnego”, bo bardzo lubię takie opowieści, ale przecież na tym się pisanko nie kończy ;) Dziękuję w każdym razie!

Aspekt sportowy wcale nie nuży, zaoferowałeś go w bardzo dobrej proporcji. Cieszy mnie też, że nie o sport w tym tekście przede wszystkim chodzi.

Jestem miłośnikiem sportu, ale uważam, że nie da się napisać dobrego tekstu tylko o sporcie (jak i nakręcić dobrego filmu o sporcie), bo byłyby przez większość krytyków spuentowany stwierdzeniem “to życzeniowe, takie rzeczy się nie dzieją” – a jednak ;)

Cieszę się z odczuć – zastanawiałem się nieco nad tym jak pokazać totalitaryzm przyszłości, gdzie są tablety, dostęp do internetu itd. ale to chyba nie będzie się zbytnio różnić od tego co jest teraz. Co więcej uważam, że da się taki totalitaryzm wprowadzać tak, jak powinno się gotować żabę – powoli, ale skutecznie.

Podobały mi się też nawiązania do Węgier, choć realia chyba zbliżone – póki co – do Białorusi/Korei.

Realia w sumie każdego totalitaryzmu. Chiny też mogłyby tu “dodać” coś od siebie, niejeden kraj afrykański, czy bananowa republika na karaibach :(

 

Dzięki za wizytę i komentarz!

 

Cześć, Olgierdzie!

 

Sport z lat dzieciństwa kojarzy mi się z beztroską, ale też właśnie walką o uznanie na podwórku – tzw. szacun na dzielni :P (choć u mnie bardziej na osiedlu) – ja wspominam to bardzo dobrze, cieszę się, że też mogłeś do młodości wrócić :)

Z tym Haborballem masz sporo racji – trochę tu nawtykałem futbolu amerykańskiego, piłki ręcznej i innych dyscyplin drużynowych, ale też nie chciałem iść zbytnio w szczegóły, bo wyszłaby straszna nuda, a jeszcze by wyszedł z tego quidditch – kompletnie niedopracowana dyscyplina sportowa :P

 

Dziękuję za wizytę i komentarz!

 

Pozdrówka, Czytelnicy!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Szalai chwycił Puszkę na koszulkę i przyciągnął do siebie.

za koszulkę?

 

Czytając pierwsze zdania, pomyślałam O nie! Sport! I to jakieś mistrzostwa…

 

 

Ale z każdym kolejnym zdaniem, wciągał mnie ten tekst coraz bardziej. Nie przepadam za oglądaniem czy czytaniem o rozgrywkach sportowych, ale tutaj bardzo szybko mnie zaciekawiłeś i wręcz chłonęłam kolejne fragmenty. Wszystko opisane było przejrzyście, wszystko było zrozumiałe. Akcja płynęła ciągnąc czytelnika z nurtem.

Możemy się nie lubić, podczas meczu możemy walczyć nawet na pięści, ale gdy to przestaje być sport, a w grę wchodzi wolność i godność człowieka, stajemy za wami murem.

To trochę pachnie postacią z komiksów i to jedyny mini “zarzut”.

Reszta opowiadania pobudza wyobraźnię, a chwilami nawet angażuje czytelnika.

Co tu dużo mówić, świetny tekst Krokusie.

Sportowa akcja stanowiła fajne tło i płynęła bez szwanku. W umiejętny sposób zagrałeś zawieszeniem akcji (usunięcie bramkarza ze składu), aby zaciekawić czytelnika i wyjaśnić wątek później. Podoba mi się kontrast w przedstawieniu agenta UOO, który wydawał się bucowatym idiotą, a który finalnie okazał się groźnym narzędziem swojego aparatu – czy to w wypadku aresztowania Mihalego czy krzyżowej zależności za rodziny i była strzałem w dziesiątkę, skutecznie uniemożliwiając działanie bohaterów. 

Podoba mi się przesłanie i ostateczny sportowy duch ponad podziałami, tak jak przedstawienie grozy i bezlitosnego działania totalitaryzmu. Klikałbym, gdyby jeszcze było co.

Oj, oj, oj! Ale się porobiło! Przeoczyłem komentarze, biję się w pierś!

 

Cześć, MGZ!

Ha! Sport uwielbiam oglądać, ale widzę, że jestem raczej w mniejszości na portalu ;) Zresztą sport jest tu tylko tłem, nie mniej jednak cieszę się, że udało mi się wciągnąć Cię w tę historię :)

To trochę pachnie postacią z komiksów i to jedyny mini “zarzut”.

Postacią z komiksów? Chodzi o swego rodzaju patos?

Reszta opowiadania pobudza wyobraźnię, a chwilami nawet angażuje czytelnika.

Bardzo mi miło, szczególnie za te chwile zaangażowania :P

 

Dzięki za wizytę i komentarz!

 

Cześć, Sagitt!

Bardzo mi się podoba Twój komentarz :D Dziękuję i bardzo się cieszę!

Podoba mi się kontrast w przedstawieniu agenta UOO, który wydawał się bucowatym idiotą, a który finalnie okazał się groźnym narzędziem swojego aparatu

Hmm… w sumie w totalitarnym państwie bucowaci idioci często okazują się skuteczni w takiej roli – tak mi się przynajmniej wydaje :P ale akurat Hadszeg faktycznie amatorem nie był – cieszy mnie jak go odebrałeś :)

 

Dzięki za wizytę i komentarz (no i potencjalnego klika :P)

 

Pozdrówka, Czytelnicy, i jeszcze raz przepraszam za zwłokę z odpowiedzią!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Hej!

Jestem z tych, co raz na cztery lat (a czasem i rzadziej) zagryzają palce przez pół godziny, a potem idą koić nerwy myjąc okna ;)

Mimo mojej niechęci do sportu, z przyjemnością przeczytałam Twój tekst. Pragnienie wolności, drużyna, zrobienie totalitarnych palantów w bambuko, wszystko zagrało i poruszyło serce me.

Pozdrawiam :)

Nowa Fantastyka