- Opowiadanie: silver_advent - O tym, jak się filozof z monarchą pojedynkował

O tym, jak się filozof z monarchą pojedynkował

Bajka.

Nie­ko­niecz­nie na do­bra­noc. 

 

Chciałem bardzo podziękować wszystkim betującym za zaangażowanie i pomoc w pisaniu tego tekstu.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

O tym, jak się filozof z monarchą pojedynkował

Król Au­gust Lu­kre­cjusz, pan i wład­ca kró­le­stwa Regii, uwiel­biał bie­sia­dy. Dla­te­go też, wraz z na­sta­niem lata, po­sta­no­wił urzą­dzić wspa­nia­ły bal ma­sko­wy. Wie­ści o pla­no­wa­nym wy­da­rze­niu ro­ze­szły się po kró­le­stwie, do­tar­ły także na dwory są­sied­nich państw.

Wozy pełne wina, miodu i za­mor­skich przy­sma­ków cią­gnę­ły nie­prze­rwa­nym sznu­rem przez bramę głów­ną sto­li­cy. Za­mó­wio­no tan­ce­rzy, ku­gla­rzy i ma­gi­ków. Prze­wi­dy­wa­no nawet pokaz słyn­ne­go ilu­zjo­ni­sty Ar­chi­bal­du­sa, któ­re­go sztucz­ki były tak do­sko­na­łe, że po­dej­rze­wa­no go o kon­szach­ty z dia­błem.

Trze­ba po­wie­dzieć, że król nie szczę­dził złota na przy­go­to­wa­nia.

Lista gości wyglądała rów­nie im­po­nu­ją­co. Ksią­żę­ta, ma­gna­ci, ba­ro­no­wie, a nawet zwy­czaj­na szlach­ta – wszy­scy mogli spo­dzie­wać się pi­sem­ne­go za­pro­sze­nia. Armia skry­bów od­po­wie­dzial­nych za pi­sa­nie za­pro­szeń pra­co­wa­ła w pocie czoła. He­rol­dzi jeź­dzi­li po kró­le­stwie z za­pa­łem god­nym psów goń­czych. W końcu za­pa­no­wał ba­ła­gan tak nad­zwy­czaj­ny, że nikt już nie wie­dział kto, kogo i gdzie za­pro­sił.

Gdy nad­szedł dzień roz­po­czę­cia hu­lan­ki, pod bramą kró­lew­skie­go dworu zgro­ma­dzi­ły się nie­prze­bra­ne tłumy.

Straż­ni­cy dwo­ili się i tro­ili, spraw­dza­jąc za­pro­sze­nia, żą­da­jąc pod­nie­sie­nia maski celem iden­ty­fi­ka­cji go­ścia. Pręd­ko jednak zro­zu­mie­li, że w tym sta­nie rze­czy wszelkie wysiłki są ska­za­ne na po­raż­kę. W mro­wiu ludzi ota­cza­ją­cych pałac po­wstał har­mi­der tak wiel­ki, że na bal mógł­by wejść w za­sa­dzie każdy, wy­ma­chu­jąc byle świst­kiem pa­pie­ru.

Nad­szedł czas roz­po­czę­cia uro­czy­sto­ści.

Służ­ba no­si­ła pie­czo­ne pro­się­ta i dzi­czy­znę. Zna­mie­ni­ty kwar­tet smycz­ko­wy wy­gry­wał pięk­ne me­lo­die.

Część biesiadników urzą­dzi­ła kon­kurs gło­śne­go be­ka­nia. W prze­ciw­nym krań­cu sali ba­lo­wej do­stoj­ni pa­no­wie pod­szczy­py­wa­li nie mniej do­stoj­ne panie, które pod­ska­ki­wa­ły z uda­wa­nym obu­rze­niem. Przy suto za­sta­wio­nym stole jakiś szlach­cic za­ło­żył się, że roz­bi­je sobie o głowę dzban pełny wina. Niestety, za­mach­nął się tak nie­szczę­śli­wie, że za­miast tego roz­bił łeb pi­ja­nego w sztok są­sia­da…

Jed­nym sło­wem – roz­po­czy­na­ła się przy­zwo­ita i ele­ganc­ka uczta, gdyby nie za­kłó­cił jej pe­wien, po­ża­ło­wa­nia godny in­cy­dent. 

Stało się bo­wiem tak, że jeden z bie­siad­ni­ków, który jak dotąd stał na ubo­czu i przy­glą­dał się wszyst­kie­mu z uwagą, na­brał po­wie­trza w płuca i wrza­snął z ca­łych sił:

– Żądam roz­mo­wy z mo­nar­chą!

Tłum ucichł. Ha­la­bard­ni­cy mieli za­miar zła­pać wi­chrzy­cie­la i wtrą­cić do lochu, ale mi­ło­ści­wie pa­nu­ją­cy Au­gust Lu­kre­cjusz uniósł dłoń, na znak, że po­zwa­la mówić przy­by­szo­wi.

– Drogi królu! – roz­po­czął nie­zna­jo­my. Mówił z ak­cen­tem ludów pół­no­cy, mimo to jego regijski brzmiał przy­zwo­icie. – Na­zy­wam się Ha­rald Ja­sno­wło­sy i wy­zy­wam cię na po­je­dy­nek!

Bie­sia­du­ją­cy dwo­rza­nie kręcili głowami z nie­do­wie­rza­niem. Cóż za nie­do­rzecz­ność! Jak on śmie?!

– Do­praw­dy? – Au­gust Lu­kre­cjusz po­dra­pał się ze zdzi­wie­nia po ko­ro­no­wa­nej gło­wie. – Przy­znam, że nie umiem zro­zu­mieć, skąd wziął się tak dzi­wacz­ny po­mysł, cu­dzo­ziem­cze?

– Po­zwól więc, że wy­ja­śnię – od­parł Ha­rald. – Stu­dio­wa­łem wła­sne drze­wo ge­ne­alo­gicz­ne. Oka­za­ło się, że mąż ku­zy­na mojej ciot­ki, spo­krew­nio­ny z wujem stry­ja mo­je­go bra­tan­ka, miał przy­rod­nią sio­strę, która po­wi­ła stry­jecz­ne­go brata mo­je­go…

– Do rze­czy! – zi­ry­to­wał się Au­gust, a królewskie ob­li­cze ko­lo­rem coraz bar­dziej przy­po­mi­na­ło bu­ra­ka.

– No tak. Wy­bacz, czcigodny panie – lekko spe­szył się cu­dzo­zie­miec. – Krót­ko mó­wiąc, wy­cho­dzi jak na dłoni, że je­ste­śmy da­le­ki­mi ku­zy­na­mi, a po­wo­łu­jąc się na świę­te prawo suk­ce­sji, usta­no­wio­ne przez Mści­wo­ja Si­wo­bro­de­go, daje mi to pod­sta­wę do ubie­ga­nia się o tron Regii na dro­dze po­je­dyn­ku.

Au­gust Lu­kre­cjusz stał cał­ko­wi­cie osłu­pia­ły przez długą chwi­lę. W końcu par­sk­nął śmie­chem tak nie­opa­no­wa­nym, że aż zgiął się wpół i po­pła­kał. Dwo­rza­nie rów­nież ry­cze­li ze śmie­chu, śmia­li się straż­ni­cy, a także pod­słu­chu­ją­ca całe zaj­ście służ­ba. Zam­ko­we ptac­two, za­miesz­ku­ją­ce górne wieże, prze­ra­żo­ne nie­zro­zu­mia­ły­mi dźwię­ka­mi, po­de­rwa­ło się do lotu.

W końcu mo­nar­cha uspo­ko­ił się, po­now­nie uniósł dłoń, uci­sza­jąc ze­bra­nych, po czym gło­śno wy­sią­kał nos w ha­fto­wa­ną chu­s­tę i prze­mó­wił:

– Nie wiem, czy za­uwa­ży­łeś, wiel­ce sza­now­ny Ha­ral­dzie, ale od panowania Mści­wo­ja Si­wo­bro­de­go upły­nę­ło już tro­chę czasu. Ponad ty­siąc lat, jeśli dobrze liczę. Za jego rządów po placu głów­nym sto­li­cy prze­my­ka­ły sarny, a między chatami za­ją­ce sa­dzi­ły bobki i pogryzały trawę. Lud nosił skóry zwie­rząt, zszy­te nicią zro­bio­ną z jelit. Obec­nie sto­li­cy bro­nią ar­ma­ty, moja gwar­dia jest uzbro­jo­na w musz­kie­ty, a po uli­cach jeż­dżą ka­ro­ce. Chyba nawet człek kom­plet­nie głupi do­strzegł­by, że za­szły tutaj pewne zmia­ny…

– No tak, ale to nie wszyst­ko… – bąk­nął Ha­rald.

– Hę? – Mo­nar­cha uniósł brwi.

– Bo wi­dzisz, mam tu pewną pie­częć, którą zna­la­złem na stry­chu świę­tej pa­mię­ci dzia­du­nia. Był to człek na swój sposób sza­lo­ny, zbie­rał i su­szył mo­ty­le, gro­ma­dził ja­kieś po­dej­rza­ne zioła, ale w sumie dało się go lubić…

– To fan­ta­stycz­nie! – zadrwił Au­gust. – Wszy­scy z pew­no­ścią po­lu­bi­li­by­śmy two­je­go dziad­ka, drogi cu­dzo­ziem­cze, ale cóż u licha z tą prze­klę­tą pie­czę­cią?!

– A, no tak, pie­częć. Otóż we­dług trze­cie­go tomu “He­ral­dy­ki Do­mo­ro­słej” uczo­ne­go Ger­wa­ze­go z Wołgi, jest ona bez­sprzecz­nie po­wią­za­na z ro­da­mi kró­lew­ski­mi Regii, mości królu! A tym samym po­pie­ra tezę o słusz­no­ści mych rosz­czeń do tronu!

– Daj no tę pie­częć, chłop­cze… Chciałbym na nią rzucić okiem. 

 Ha­rald po­słusz­nie podał przed­miot kró­lo­wi, który obej­rzał go do­kład­nie i stwier­dził:

– Rze­czy­wi­ście, bar­dzo ładna rzecz. Moja naj­młod­sza córka stem­plu­je czymś po­dob­nym per­ga­mi­ny z ry­sun­ka­mi mi­siów i pie­sków.

Szlach­ta wyła, gwiz­da­ła i bęb­ni­ła rę­ka­mi po sto­łach…

– Jed­nak niech ci bę­dzie, czci­god­ny Ha­ral­dzie – dodał Au­gust, krztu­sząc się ze śmie­chu. – Usza­nu­ję świę­te prawa pra­dzia­dów.

– Yyy… Czyli przyj­mu­jesz po­je­dy­nek? – za­py­tał cu­dzo­zie­miec nie­pew­nie.

– Tak jest! – rzu­cił dziar­sko król, nie prze­sta­jąc się uśmie­chać.

Dwo­rza­nie wy­mie­ni­li za­sko­czo­ne spoj­rze­nia­.

– …ale pod jed­nym wa­run­kiem! – od­parł mo­nar­cha, naj­wy­raź­niej roz­we­se­lo­ny sy­tu­acją. – Wi­dzisz, je­stem już człe­kiem wie­ko­wym. Nie­ste­ty nie mogę wziąć udzia­łu w bitce oso­bi­ście. Nie­mniej jeśli chcesz, mój śmia­ły… hmm… ku­zy­nie… mogę wy­sta­wić naj­bar­dziej krzep­kie­go ze zbroj­nych, aby walczył w moim imie­niu. Wo­lisz po­je­dy­nek na to­po­ry czy mie­cze? A może ha­la­bar­dy? Cho­ciaż pa­trząc na twą mikrą po­stu­rę, śmiem wąt­pić, byś był w sta­nie utrzy­mać w rę­kach tak cięż­ki oręż.

Tłum wy­buch­nął śmie­chem, sły­sząc ostat­nią uwagę mo­nar­chy.

– Do­stoj­ny panie! – Ha­rald Ja­sno­wło­sy uśmiech­nął się ła­god­nie. – Źle mnie zro­zu­mia­łeś. Chcia­łem za­pro­po­no­wać po­je­dy­nek na ar­gu­men­ty. Re­pre­zen­tu­ję naukę, brzy­dzę się prze­mo­cą. Je­stem fi­lo­zo­fem, od­bie­ra­łem nauki u wiel­kie­go mi­strza Jorga Jon­mum­gen­durd­se­na. Niech zetrą się umy­sły, nie zaś pry­mi­tyw­na siła. Skoro mamy wal­czyć o tron, niech każdy z nas przed­sta­wi, jaką ma wizję pań­stwa. Jak chciał­by rzą­dzić, co mógł­by na­pra­wić, co ulep­szyć. Lub też, jeśli wizja prze­ciw­ni­ka zo­sta­nie za­pre­zen­to­wa­na, można przed­sta­wić kontr­ar­gu­men­ty.

Au­gust Lu­kre­cjusz spochmurniał. Wy­glą­da­ło na to, że za­mor­ski chły­stek jed­nak dość chy­trze go pod­szedł. Mógł­by rzecz jasna kazać ściąć na­trę­ta, ale wszak przy­jął wy­zwa­nie w obec­no­ści pod­da­nych. Wszy­scy to wi­dzie­li. A mo­nar­cha musi dbać o wi­ze­ru­nek. Skoro zaś w grę wcho­dził po­je­dy­nek in­te­lek­tu­al­ny, nie wy­pa­da­ło mu wy­zna­czać za­stęp­cy.

– Zgoda – od­parł w końcu, z po­nu­rym wy­ra­zem twa­rzy – ale mu­sisz mi dać czas na przy­go­to­wa­nie się. Za mie­siąc, o tej samej porze, w tym samym miej­scu. Roz­są­dzi nas dzie­się­ciu mę­dr­ców z ob­cych krain, byś nie za­rzu­cił sę­dziom stron­ni­czo­ści.

 

&

 

Przez na­stęp­ne czte­ry ty­go­dnie nikt nie wi­dział wład­cy. Po­wia­da­no, że za­szył się w naj­wyż­szej wieży, studiując w towarzystwie najsłynniejszych mędrców uczone pisma, dotyczące zarządzania państwem. Mó­wio­no, że pra­wie nie śpi, bez­u­stan­nie tre­nu­jąc umysł przed po­je­dyn­kiem. Roz­po­wia­da­no, że jego je­dy­ną roz­ryw­ką są spa­ce­ry. Że jest pełen de­ter­mi­na­cji w osią­gnię­ciu doskonałej formy umy­sło­wej. Ile w tym było praw­dy – trud­no orzec.

Tak czy owak – w końcu na­stał dzień po­je­dyn­ku.

Tłum gęst­niał w kom­na­cie ba­lo­wej. Za­cie­ka­wio­na ga­wiedź za­glą­da­ła sobie przez ra­mio­na. Ha­la­bard­ni­cy peł­ni­li straż obok mo­nar­chy, który, roz­parł­szy się wy­god­nie na tro­nie, kon­su­mo­wał udziec ba­ra­ni i pił wino.

Dzie­się­ciu mę­dr­ców z róż­nych stron świa­ta przy­cią­ga­ło uwagę ga­wie­dzi eg­zo­tycz­ny­mi sza­ta­mi, nie­ty­po­wy­mi na­kry­cia­mi głowy, ob­cy­mi ry­sa­mi twa­rzy. Każdy z sę­dziów sie­dział na fo­te­lu okry­tym czer­wo­nym suk­nem, ocze­ku­jąc roz­po­czę­cia in­te­lek­tu­al­nej po­tycz­ki.

Tym­cza­sem zja­wił się kró­lew­ski ad­wer­sarz.

– Bę­dzie­my lo­so­wa­li, kto rozpocznie starcie? – rzu­cił za­mor­ski fi­lo­zof.

– To zby­tecz­ne – stwier­dził mo­nar­cha. – Ustę­pu­ję ci pierw­szeń­stwa.

Śmia­łek od­chrząk­nął, ukło­nił się i roz­po­czął prze­mo­wę.

Ka­no­na­da słów spa­dła na mo­nar­chę ni­czym grad. Fi­lo­zof dwoił się i troił. Cy­to­wał naj­tęż­szych mę­dr­ców świa­ta, przy­ta­czał wiel­kie dzie­ła na­uko­we, sta­wiał śmia­łe hi­po­te­zy, kre­ślił przed ze­bra­ny­mi nie­zwy­kłe wizje. Przy­ta­czał spo­so­by rzą­dze­nia Atlan­ty­dą, opi­sy­wał nowe, hi­po­te­tycz­ne ustro­je, me­to­dy wła­da­nia pań­stwem, kon­cep­cje za­rzą­dza­nia armią i go­spo­dar­ką.

Trwa­ło to go­dzi­na­mi.

Mimo że pra­wie każda myśl rzu­co­na przez fi­lo­zo­fa godna była druku szcze­ro­zło­tą czcion­ką, nie­któ­rym zgro­ma­dzo­nym, od na­tło­ku słów wiel­kich i waż­kich, zda­rzy­ło się na chwi­lę przy­snąć. Mało który umysł był w sta­nie wy­trzy­mać napór ta­kiej mą­dro­ści.

Mo­nar­cha spo­glą­dał na prze­ciw­ni­ka z coraz bar­dziej znu­dzo­ną miną. W końcu sam mu­siał pod­pie­rać pię­ścią pod­bró­dek, by nie udać się w ob­ję­cia Mor­fe­usza.

Po blisko sied­miu go­dzi­nach fi­lo­zof wresz­cie za­milkł.

Ciszę w ogrom­nej sali mą­ci­ło je­dy­nie brzę­cze­nie much i po­chra­py­wa­nie nie­któ­rych dwo­rzan, któ­rzy pod­da­li się i nie do­trwa­li do końca.

Au­gust Lu­kre­cjusz uznał, że nad­szedł czas na ri­po­stę.

Po­wo­li prze­cią­gnął się i już miał otwo­rzyć usta, gdy…

Nie wia­do­mo, czy to wina po­tra­wy, którą spo­ży­wał wład­ca, czy długo zaj­mo­wa­nej po­zy­cji sie­dzą­cej – dość po­wie­dzieć, że mo­nar­cha miast roz­po­cząć wy­po­wiedź, wy­jąt­ko­wo gło­śno i prze­cią­gle ze­psuł po­wie­trze.

Szlach­ta za­gry­za­ła wargi. W każ­dych in­nych oko­licz­no­ściach za­pew­ne skoń­czy­ło­by się salwą śmie­chu, jed­nak na­trzą­sa­nie się z kró­lew­skiej fi­zjo­lo­gii wy­da­ło się dwo­rza­nom wy­jąt­ko­wo głu­pim po­my­słem.

Tym­cza­sem zda­rzy­ła się rzecz nie­sły­cha­na.

Naj­star­szy z mę­dr­ców po­wstał i za­czął bić brawo. Na­stęp­nie zrobił krok w przód i prze­mó­wił:

– Wiel­ce sza­now­ny królu. Oto naj­wła­ściw­sza i naj­bar­dziej roz­trop­na re­ak­cja na ten ob­ra­ża­ją­cy umy­sły ze­bra­nych stek bzdur, który ra­czył wy­rzu­cić z sie­bie twój za­mor­ski ad­wer­sarz, jeno przez przy­pa­dek mie­nią­cy się fi­lo­zo­fem. To jest kontr­ar­gu­ment na miarę ko­ro­no­wa­nej głowy! Nie wiem, co po­wie­dzą inni sę­dzio­wie, ale dla mnie je­steś zwy­cięz­cą tej po­tycz­ki. Nie ma sensu dalej jej to­czyć.

Ko­lej­ni mę­dr­cy za­czę­li wsta­wać z krze­seł i na­gra­dzać oklaskami nie­zwy­kle trafny kontr­ar­gu­ment na prze­mą­drza­łe dyr­dy­ma­ły „re­for­ma­to­ra” zza sied­miu mórz.

Wer­dykt był jed­no­gło­śny. Król zwy­cię­żył.

– Jak to!? – wściekł się Ha­rald Ja­sno­wło­sy. – To są kpiny! To wszyst­ko jakiś prze­klę­ty cyrk! Je­stem fi­lo­zo­fem, a ten pier­dzą­cy żar­łok nie sięga mi ro­zu­mem do pięt!

– Dość tego! – krzyk­nął Au­gust Lu­kre­cjusz. – Nie po­zwo­lę, by ob­ra­ża­no mą cześć! Stra­że!! Brać go!!

Nie­usta­ją­ce­go w pro­te­stach fi­lo­zo­fa poj­ma­no i uwię­zio­no w lochu.

Jesz­cze tego sa­me­go wie­czo­ra odbył się sąd, po któ­rym cudzoziemca wy­wle­czo­no na głów­ny plac, a na­stęp­nie ścię­to. Głowę bez­czel­ne­go za­mor­skie­go mę­dr­ka po­wie­szo­no ku prze­stro­dze nad głów­ną bramą.

Przez kilka ko­lej­nych dni kró­le­stwo świę­to­wa­ło wie­ko­pom­ny try­umf in­te­lek­tu­al­ny wład­cy.

Świę­to­wa­li także mę­dr­cy.

Gdy zaś minął ty­dzień, roz­je­cha­li się w cztery strony świata.

Na wiel­błą­dach, konno, na ośle.

Kilku cięż­szych o po­kaź­ny mie­szek złota, ofia­ro­wany przez agenta Au­gu­sta Lu­kre­cju­sza.

Jeden – świętujący uwolnienie porwanej córki.

Jesz­cze inny – cie­szą­cy się z awansu siostrzeńca, który właśnie został najmłodszym kasztelanem w całej Regii.

 

&

 

Ku­piec ko­rzen­ny Jo­hann pro­wa­dził wnuka do mia­sta. Gdy prze­cho­dzi­li przez głów­ną bramę, za­sło­nił dziec­ku oczy.

– Dziad­ku, co tam jest? – do­py­ty­wał chło­piec.

– Siedź cicho, mały. Nic ważnego.

– Chyba wiem. Mama mó­wi­ła. Tam jest głowa fi­lo­zo­fa, który po­je­dyn­ko­wał się z kró­lem.

– Ech… Po co py­tasz, skoro wiesz?

– Dziad­ku? A ten fi­lo­zof był mądry?

– Nie, wnucz­ku. Większego głupca nie widziałem.

– Jak to? 

– Zro­zu­miesz, gdy dorośniesz.

Wnu­czek wes­tchnął.

– Starsi za­wsze tak mówią.

– No ale cóż mam rzec? – od­po­wie­dział smut­no Jo­hann. – Po pro­stu takie jest życie. Patrz pod nogi, miast za­dzie­rać głowę. Łatwo wdep­nąć w łajno, gdy czło­wiek, idąc w nie­zna­ne, wpa­tru­je się w gwiaz­dy.

Koniec

Komentarze

Podobało mi się. Ciekawie napisane, rzeczywiście bajka z morałem, dawno czegoś takiego nie czytałam. 

 

Sugerowałabym kilka kosmetycznych zmian:

 

– Drogi królu! – rozpoczął nieznajomy. Mówił z akcentem ludów północy, ale najwyraźniej posługiwał się językiem regijskim przyzwoicie. – Nazywam się Harald Jasnowłosy i wyzywam cię na pojedynek!

Kropka po “przyzwoicie”. Lekko zgrzytnął mi szyk. Może tak byłoby lepiej? 

Mówił z akcentem ludów północy, mimo to jego regijski brzmiał przyzwoicie.

 

– Doprawdy? – August Lukrecjusz podrapał się po koronowanej głowie ze zdziwienia.

Tu też trzeba dać kropkę na końcu i zmieniłabym szyk na: 

– Doprawdy? – August Lukrecjusz podrapał się ze zdziwienia po koronowanej głowie.

 

– To fantastycznie! – zadrwił August.

 

– Zgoda – odparł w końcu, z ponurym wyrazem twarzy. – ale musisz

Tu bez kropki na końcu wtrącenia jeśli dalej kontunuujesz z małej litery.

Bardzo dziękuję za odwiedziny.

Z interpunkcją niestety jestem nieco na bakier. Reguły w dialogach znam, ale przepuściłem – moje niedbalstwo, czerwienie się :)

Jeśli chodzi o szyk, to faktycznie czasem dziwnie buduje te zdania. Staram się to zwalczać, ale nie zawsze się udaje. 

Twoje sugestie bardzo mi odpowiadają, wprowadziłem wszystkie zmiany. 

No i fajnie, że się spodobało!

 

 

Tak gdzieś między sowizdrzalską legendą a baśnią, ale z odwróconymi dość gorzko, mimo humoru, znakami – zwykle w takich historiach w rozmowie między władcą a jakimś rodzajem (zwykle ludowego) mędrca / chłopka-roztropka wygrywa ten drugi, ośmieszając postacie związane z autorytetem. Ty odwracasz znaki, pokazujesz pod podszewką baśniowej opowieści bezwzględne polityczne machinacje, nawet jeśli potraktowane z humorem. Podobało się.

Ot, taka sobie opowiastka. Nie czytało się źle, ale cóż… Riposta króla nie przemówiła do mnie.

Szkoda, że brakło fantastyki.

 

Oka­za­ło się, że mąż ku­zy­na mojej ciot­ki… → Czy dobrze rozumiem, że kuzyn ciotki miał męża?

 

że aż zgiął się w pół i po­pła­kał. → …że aż zgiął się wpół i po­pła­kał.

 

Dwo­rza­nie wy­mie­ni­li się za­sko­czo­ny­mi spoj­rze­nia­mi. → Dwo­rza­nie wy­mie­ni­li za­sko­czo­ne spoj­rze­nia­.

 

stu­diu­jąc uczo­ne pisma do­ty­czą­ce za­rzą­dza­nia pań­stwem w to­wa­rzy­stwie naj­słyn­niej­szych uczo­nych. → Czy dobrze rozumiem, że król chciał wiedzieć, jak zarządzać państwem w towarzystwie uczonych? A może miało być: …stu­diu­jąc w to­wa­rzy­stwie naj­słyn­niej­szych mędrców uczo­ne pisma, do­ty­czą­ce za­rzą­dza­nia pań­stwem.

 

Na­stęp­nie wy­stą­pił przed sie­bie i prze­mó­wił: → Na czy polega wystąpienie przed siebie? Czy on się rozdwoił i jeden stał gdzie stał, a drugi stanął przed pierwszym?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Miło było poczytać historię opowiedzianą bez zadęcia i okraszoną humorem, a mimo tego podsuwającą pod rozwagę kilka dość poważnych myśli, zwykle zwanych morałami.

Ninedin – Przyznam, że Twoja wizyta, pochlebna opinia i popierający ją klik do biblioteki jest dla mnie niemałym zaskoczeniem. Niemałym, ale za to bardzo miłym :) Serdecznie dziękuję.

Regulatorzy – cóż, raz się podoba, a raz nie. Jednak samo stwierdzenie, że “nie czytało się źle” z ust kogoś, kto przeczytał chyba większość opowiadań na tym forum, jest dla mnie gratyfikujące :) Wskazane błędy poprawiłem jak umiałem, bardzo dziękuję za to, że mimo wszystko chciało Ci się przeczytać tekst i znaleźć usterki… Niemniej, Twoje rozumowanie w kwestii kuzyna ciotki jest jak najbardziej słuszne :D

AdamKB – A mnie jest miło czytać komentarze podobne do Twojego :)

 

Fakt, jakoś do tej pory nie trafiałam pod Twoje teksty – po tym zajrzę i pod inne :)

No, fajna bajka. Tylko fantastyki mało.

W ogóle odnoszę wrażenie, że powiastka filozoficzna albo inna publicystyka udająca opowiadanie.

Ale czytało się przyjemnie.

Babska logika rządzi!

Istotnie, Silverze, nie wszystko podoba się wszystkim jednakowo, ale mam nadzieję, że Twoje przyszłe opowiadania przeczytam z większym entuzjazmem. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jak dla mnie, niestety, stanowczo przegadane. Dałoby się to skompresować i to znacznie, bo tak naprawdę wydarzyły się tylko trzy rzeczy: król dostaje wyzwanie → filozof wygłasza tyradę → król wygrywa przez pierdnięcie (proszę o wybaczenie języka). A na zakończenie wystarczyłoby jedno zdanie o nabiciu głowy na pal. W obecnej postaci morał z końcówki wydaje mi się w ogóle nie pasować do historii – jest to jakoś powiązane, ale nie powiedziałabym, że dobrze oddaje sytuację. Acz napisane ładnie.

deviantart.com/sil-vah

Finklo, w istocie – jest to prosta bajka. Do publicystyki czy powiastki filozoficznej bym jednak nie porównywał, miło mi słyszeć komplementy, ale moje pióro jest zbyt siermiężne by operować w wyżej wymienionych :) Regulatorzy – cóż, będę się starać. Nic nie mogę jednak tu obiecać, bo u mnie to tak, jak w tym powiedzonku: chciałem jak nigdy, wyszło jak zawsze… :) Silvo, obawiam się, że przegadanie to moje drugie imię. Tutaj i tak bardzo się ograniczam ;)

Witaj silver_advent!

 

Przyjemnie się czytało i napięcie rosło do momentu “odpowiedzi” króla. Rozumiem morał – siła i pochlebstwa ponad rozum i sprawiedliwość, spodziewałem się jednak czegoś więcej.

 

Pozdrawiam!

Czołem, Kronosie. Nie wiem, czy dobrze zrozumiałem Twoj komentarz – miałeś na myśli mniej sztampowe rozwiązanie fabularne, mniej oczywisty morał czy może poczułeś się dotknięty grubiaństwem "punktu kulminacyjnego"? Ogólnie: ciekawe, czy gdyby zmienić królewskiego bąka na coś mniej obciążonego społecznym tabu, np. na przeciągłe ziewnięcie, to według was bajka zyskałaby w odbiorze…

Bardziej złożone rozwiązanie fabularne, może jakiś twist, rzeczy okazują się inne niż nam się wydają? Choć ta fabuła nie jest zła, po prostu świetny początek narobił mi smaku na coś więcej. ;) Spodziewałem się chociażby jakiegoś intelektualnego pojedynku miedzy filozofem a królem. 

W zasadzie odpowiedź króla była „twistem” a jednak jak dla mnie to za słabe w porównaniu do wysokiej jakości początku i środkowej części tekstu.

 

edit: Myślę jeszcze nad tym ziewnięciem. Chyba jednak by nie zmieniło wiele. Bo to tak, jakby przygotowywać się do wielkiej bitwy, zbroić, ustawiać armaty, ostrzyć noże, debatować nad taktyką i… nagle w pole bitwy uderza meteor i wszyscy giną. Morał – nic od nas nie zależy. 

Okej, czyli zwyczajnie "za proste", "wiele hałasu o nic"? No cóż, nie da się zaprzeczyć, za wiele tu się nie dzieje :)

Misiowi bardzo się podoba, wywołuje uśmiech. Zakończenie też.

Patrz pod nogi, miast zadzierać głowę. Łatwo wdepnąć w łajno, gdy człowiek, idąc w nieznane, wpatruje się w gwiazdy.

Dobra opowieść na poprawę humoru i zastanowienie. Klik

Dzięki Koalo :) Poprawa humoru u czytelnika zawsze cieszy autora tekstu :) (chyba że pisał horror ;)

No, no niezłe, ale Sapkowski to nie jest. 

Tak jak mówiłem, opowiadanie bardzo mi się spodobało. 

Dostrzegam tu odniesienie do naszych czasów i dobry przekaz. 

Styl porządny, udało ci się stworzyć realistyczny obraz uczty. Czułem tę atmosferę, która panowała w zamku.

Dwie główne postacie mają swój charakter, nie są takie same. Pojedynek między królem, a jego kuzynem szału nie robi, ale jest dobry. 

Największe plusy to: Przesłanie, klimat i dialogi. 

Dialogi stoją na bardzo wysokim poziomie, brzmią bardzo naturalnie. 

Idę do klikarni. 

Pozdrawiam! 

 

 

Oczywiście pamiętał o tym - o czym pamięta każdy rozsądny człowiek - że nie powinno się nigdy zatrzaskiwać za sobą drzwi, gdy się wchodzi do szafy.

Dziękuję jeszcze raz, Młody Pisarzu – za komentarz i bardzo fajną betę :)

Hej

Zbudowałeś ładne napięcie, ale zakończenie jakoś do mnie nie przemówiło. Może spodziewałem się zbyt wiele, bo właściwie masz tu i humor (choć nie powiem, aby wysokich lotów), jak i morał. Ponadto przez tekst się naprawdę dobrze płynęło. Nie odczułem przegadania, ale to subiektywne.

I tylko nie wiem, czy sędziowie zostali nagrodzeni po, czy przekupieni przed ;)

Pozdrawiam

Dzięki za odwiedzony, Zanaisie :) Sędziowie byli przekupieni / zastraszeni przed pojedynkiem. Za to najstarszy mędrzec wykorzystał zbieg okoliczności, by dokonać na królu subtelnej zemsty: ogłosić zwycięzcę w taki sposób, by było mu z tą "wiktorią" niezręcznie i nie w smak. Król nie miał wyboru, musiał zaakceptować taki obrót spraw, ale wizerunkowo mocno stracił. To zwycięstwo nie nosiło nawet pozorów uczciwej walki. Dodam, że po wystąpieniu najstarszego, pozostali sędziowie nie mieli w zasadzie wyboru, więc łatwo domyślić się, który był "niekooperatywny" i musiał zostać poddany "siłowej perswazji".

Hej, przyjemny tekst, gładko się czytało. Taka bajka z ponadczasowym morałem. Tylko w jednym momencie muszę przyznać, że wybiłam się trochę z obrazka, na początku. Akurat budowałam sobie scenę, wczuwałam się w klimat i:

Jednym słowem – rozpoczynała się przyzwoita i elegancka impreza, gdyby nie zakłócił jej pewien, pożałowania godny incydent.

Ta elegancka impreza jakoś mi nie pasuje. Moje zdanie oczywiście, zwyczajnie kojarzy mi się dość współcześnie. Może bardziej jakaś zacna/huczna hulanka/popijawa, ostre opilstwo albo coś na królewsko, może w stronę rubasznej uroczystości? Wiem, że mi dzwoni, ale wieży nie wskażę.

 

Tekst na tyle mi się podobał, że zachciałam skomentować.

 

Pozdrawiam!

Dzięki, Mandalo. Też czułem, że coś tu nie gra, ale nie do końca byłem przekonany, jakiego synonimu użyć. Chyba zmienię na "uroczystość", chyba wystarczający kontrast z komicznym stanem rzeczy ;) Cieszę się, że tekst Ci się spodobał!

Tekst przyjemny do czytania. Nawet mnie natchnął w pewne strony, a to sobie cenię właśnie w czytaniu. Nie będę oceniał błędów językoznawczych, bo do bycia językoznawcą nie startowałem i nie miałem okazji na tym polu ani polec, ani zwyciężyć (nie licząc kilku epizodów).

Ciekawe realia średniowieczne, początek przypomniał mi bal z Wiedźmina 3, ale pewnie też znaleźć można podobne rzeczy w literaturze. Lubię takie bale. Zarys okoliczności jest dosyć standardowy (tu pijak, tam dziewka etc.), rozumiem, że miał być głównie tłem do pojedynku. Tu powiem bardzo szczerze, oczekiwałem faktycznie pojedynku filozoficznego na styl wybranych dialogów (niekoniecznie Uczty). Tego nie dostałem (i nie mówię, że takie rzeczy pisze się ot tak), ale w zamian jest coś innego. Przypomnienie o rzucaniu pereł przed wieprze i to zawsze się ceni. Czy rzuca się perły przed wieprze? Jeśli będę lekko zatrute… Tutaj niestety zatruł nas sam wieprz :). Czy tekst jest dobrze napisany? Tak. Czy jest odkrywczy, wyjątkowy? To zależy kto go przeczyta. Jednym otworzy lekko oczy, a inni po prostu nie usną, ale też nie będą dużo bardziej rozbudzeni niż byli wcześniej. W moich okolicznościach czytania odbiór jest pozytywny.

Cześć Vacterze!

Miło mi, że wpadłeś i przeczytałeś. A że tekst natchnął w pewne strony, to już pełen sukces :)

Przyjemnie mi, że masz tekst za napisany dobrze, ja sam miałem co do tego pewne wątpliwości – przede wszystkim zastanawiałem się nad równowagą między “show” i “tell”. Tutaj tego “tell” jest zdecydowanie za dużo jak na realia opowiadania, ale z drugiej strony jest to bajka, więc myślę, że w tej konwencji sprawa się jako tako broni.

I tak, masz rację, odbiór może być bardzo różny. Mam świadomość, że tekst może być dla niektórych zbyt gruby, przemądrzały, nadęty w przekazie. Tego nie unikniemy. Myślę, że sporo grzeszków wynika z tego, że próbowałem trzymać się konwencji bajki, chociaż to też nie wyszło do końca jak trzeba. 

Ale tak czy owak – jest mi miło, że ostatecznie odebrałeś tekst pozytywnie.

Komentarz będzie powstawał na bieżąco.

 

Wstęp dość zwyczajny, zaczyna się jak w bajkach. Jest król, jest planowana uczta, wyczuwam gorączkowe nastroje. Właściwie niczym się nie wyróżnia, ale język mi pasuje, bo masz tak lekkie pióro, że czytanie to przyjemność.

 

Armia skry­bów od­po­wie­dzial­nych za pi­sa­nie za­pro­szeń pra­co­wa­ła w pocie czoła.

 

Czytałam niedawno o skrytobójcach i chyba po nieprzespanej nocy mój mózg nie przetworzył do końca tamtego tekstu, bo przeczytałam u Ciebie „Armia skrytobójców odpowiedzialnych za pisanie zaproszeń…” i w tym momencie mnie poraziło. Cooo? Skrytobójcy piszą zaproszenia? Już nawet zaczęłam dorabiać teorię, że oni piszą do tych, których chcą zabić na przyjęciu… Ale zajrzałam do tekstu jeszcze raz i zrozumiałam swój błąd. :D

 

Straż­ni­cy dwo­ili się i tro­ili, spraw­dza­jąc za­pro­sze­nia, żą­da­jąc pod­nie­sie­nia maski celem iden­ty­fi­ka­cji go­ścia.

 

Jak na tamte czasy to chyba naciągane? Skąd strażnicy znaliby tych wszystkich ludzi? I jeszcze jedno, nie lepiej, żeby wpuszczały osoby do tego wyznaczone, a strażnicy niech pilnują porządku? Oczywiście nie znam się na realiach, więc jeśli w czasach, w których pisałeś, była to rola strażników, to okej. Po prostu mi się to gryzie.

 

Humor mi pasuje, trochę nawet skojarzyłam go sobie z Sapkowskim. ;)

 

Oka­za­ło się, że mąż ku­zy­na mojej ciot­ki, spo­krew­nio­ny z wujem stry­ja mo­je­go bra­tan­ka, miał przy­rod­nią sio­strę, która po­wi­ła stry­jecz­ne­go brata mo­je­go…

– Do rze­czy! – zi­ry­to­wał się Au­gust, a kró­lew­skie ob­li­cze ko­lo­rem coraz bar­dziej przy­po­mi­na­ło bu­ra­ka.

 

Haha, przy tym to już parsknęłam śmiechem. No, na pewno jest to mój rodzaj humoru.

 

Au­gust Lu­kre­cjusz stał cał­ko­wi­cie osłu­pia­ły przez długą chwi­lę

 

Taka wspaniała uczta, a król stoi? Ciężko mi to sobie wyobrazić. Okej, mógł akurat wstać, ale na czas rozmowy z cudzoziemcem powinien usiąść, żeby pokazać, jaki to on ważny.

 

Dalej jest nadal zabawnie, mamy klimat, śmiejącego się króla ku uciesze gawiedzi, mamy młodego cudzoziemca, który na potwierdzenie pojedynku pokazuje pieczęć. Czyta się lekko i przyjemnie.

 

Fakt, że pojedynek nie będzie na miecze, sugerował mi tytuł, więc to akurat nie zaskoczyło. Za to jestem ciekawa, co wymyśli król, a co Harald.

 

Hahaha, rozbroiłeś mnie tym, Harald produkował się przez siedem godzin, a król skwitował to przypadkowym pierdem. Dobre. Już widzę minę Haralda, jego oburzenie, aż nie wytrzymał i rzucił obelgami, za jakie został zamknięty. A że został ścięty – mocne, krótkie, życiowe.

 

Podobało mi się, nawet bardzo. Może w pewnym momencie trochę żal mi było tej wymiany filozoficznej, bo może coś by wniosła do mojego spojrzenia na rządzenie państwa, ale nie pasowałaby do całości opowiadania. Takie to nietypowe, bo w sumie do właściwego pojedynku nie doszło, a jednocześnie się odbył.

 

Fakt, że mędrcy byli opłaceni – spodziewałam się tego, ale nie zepsuło mi to przyjemności z czytania, bo wątek rozwinął się zaskakująco.

Końcówka jest urokliwa. Taka zwykła rozmowa dziadka z wnuczkiem, a jak dużo pokazuje. Dziadek mądry gość. :) Wiadomo, można to uznać za moralizatorstwo, a można podejść inaczej i stwierdzić, że dziadek chciał coś przekazać wnuczkowi, a że był z niego moralizator, to już inna sprawa. :)

 

Całość mnie ubawiła i zadowoliła.

 

Pozdrawiam,

Ananke

Ananke, naprawdę miło jest przeczytać tak rozbudowany komentarz ze strony osoby, która niedawno pojawiła się na portalu. Cóż – jako autor również jestem zadowolony, acz nie ubawiony :) Bardzo dziękuję za tak miłe i treściwe podsumowanie.

Cześć!

 

Trochę powtórzę komentarz z bety. Chyba się jeszcze nie zdarzyło, żeby mnie tak krótki tekst zdążył rozśmieszyć, a zaraz potem zasmucić puentą. Przekaz jest prosty, ale jak na takiego króciaka wystarczy. Od początku dobrze wyszła Ci budowa napięcia, bo jest jasne, że nastąpi zwrot akcji, ale nie wiadomo jaki. Rozbudowany początek bardziej mi się podoba niż w pierwsza wersja. Choć teksty nastawione na morał nie należą do moich ulubionych, tak ten jest napisany na tyle lekko i konkretnie, że była to przyjemna lektura.

"Ani połowy spośród was nie znam nawet do połowy tak dobrze, jak bym pragnął; a mniej niż połowę z was lubię o połowę mniej, niż zasługujecie".

Dziekuję, Alicello. Byłaś nieocenioną betującą, bez Ciebie to opowiadanie nie miałoby obecnego kształtu. Wskazałaś wiele dziur i dzięki Tobie wprowadziłem w tekst wiele zmian na lepsze. Dlatego jeszcze raz – dzięki i cieszę się, że ostateczna wersja Ci się podoba :)

Mądra była to bajka, mówiąca o tym, że nieważne jakie człowiek dźwięki wydaje i z którego otworu pochodzą, bo liczy się tylko siła, co porusza serca i umysły ludzkie. Nieco bym tylko środek przerobił, gdyż powaga, z jaką król August Lukrecjusz (czy aby przypadkiem król nazywa się identycznie jak słynny rzymski poeta?) przygotowywał się do pojedynku kłóciła się z samym jego przebiegiem, przez co końcówka nieco gwałtowna mi się wydała. Ale nie ma co kręcić nosem, jeno czym prędzej doklikać bibliotekę, by owa ponadczasowa mądrość nie przepadła w mrokach poczekalni.

Przyjemnie się czytało :)

Przynoszę radość :)

Dzięki Palaio :) Wiem o czym mówisz i wynika to z chronologii powstawania tekstu. Można rzeczywiście traktować to jako rodzaj niedoróbki. Rozumiem niekoniecznie pozytywny odbiór tego tekstu, niemniej fakt, że nie przepadnie w mrokach poczekalni jest pewnym pocieszeniem. Z drugiej strony w mrokach poczekalni przepadło już kilka ciekawych tekstów, więc może nie byłby w aż tak złym towarzystwie? :)

Anet – fajnie! :D

Może i Twój tekst nie poruszył mego kamiennego serca, ani do mrocznych zakamarków mej duszy nie dotarł, jednakże całkiem przyjemna była to lektura.

Genialne! Hah

wisny

Nowa Fantastyka