- Opowiadanie: GreasySmooth - Okraść króla

Okraść króla

Trochę się przeleżało. Bardzo możliwe, że popełniono tu liczne występki wobec wiedzy historycznej, za co z góry przepraszam.

 

Greetz: MaLeeNa, oidrin, Sagitt, zygfryd89

 

Cytat z “Orlanda szalonego” z tłumaczenia Piotra Kochanowskiego.

 

reg ma rację, że gliniana posadzka w wiejskiej izbie to polepa, ale wybrałem swoją wersję, bo nie wiem, czy wszyscy wiedzą, co to polepa.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Okraść króla

Karcz­ma ple­bań­ska w Nie­po­ło­mi­cach, wy­bu­do­wa­na na ży­cze­nie sa­me­go Ka­zi­mie­rza Wiel­kie­go, nie­raz go­ści­ła kró­lów Rze­czy­po­spo­li­tej, wy­bie­ra­ją­cych się lub wra­ca­ją­cych z Sej­mów, wojen albo po­lo­wań. Mimo tego by­wal­cy karcz­my żywo za­re­ago­wa­li, gdy za pysz­nie wy­stro­jo­ny­mi przy­bocz­ny­mi do izby wszedł sam Ste­fan Ba­to­ry, okry­ty sławą zwy­cięz­ca spod Psko­wa.

Wszy­scy by­wal­cy zwró­ci­li głowy ku mo­nar­sze. Chłop, jesz­cze przed chwi­lą awan­tu­ru­ją­cy się z karcz­ma­rzem o za­pła­tę za piwo, za­milkł onie­mia­ły. Sie­dzą­cy przy ławie star­szy go­spo­darz, przed chwi­lą dłu­bią­cy w misie z kaszą, wstał, cof­nął się i zgiął wpół. Ukło­ni­ło się dwóch Żydów, wi­wa­to­wał pod­chmie­lo­ny szlach­cic w wy­tar­tym żu­pa­nie. Za­mil­kli młodzi chło­pi, któ­rzy w rogu karcz­my śpie­wa­li pio­sen­kę o Ja­gnie, co po karcz­mach cho­dzi­ła. 

Król w stro­ju na modłę tu­rec­ką pre­zen­to­wał się pysz­nie i do­stoj­nie. Nosił na sobie czer­wo­ną, ak­sa­mit­ną delię, o­kry­wa­ją­cą ra­mio­na czer­wo­no-zło­te­go żu­pa­na. Głowę mo­nar­chy okry­wa­ła czap­ka, zdo­bio­na srebr­nym skrzy­dłem orła z klej­no­ta­mi.

Batory nie był wcale zaskoczony widokiem izby, której daleko było do królewskiej. Słoma, po­kry­wa­ją­ca gli­nia­ną po­sadz­kę, sze­le­ści­ła pod bu­ta­mi. Izbę wypełniał za­pach go­to­wa­nej ka­pu­sty, piwa i ludz­kie­go potu. Pochmurna pogoda sprawiła, że we wnętrzu, mimo szerokich okien, panował niemal półmrok. Na grubo ciosanym stole stały zapalone świece, rozjaśniając nieco izbę.

Mo­nar­cha ze świtą i pa­choł­ka­mi prze­szedł żwawo przez izbę, roz­siadł się przy wol­nym końcu stołu i za­klął:

– Psia­krew, prze­klę­te błoto.

I w rze­czy samej po trzech dniach bu­rzo­wej po­go­dy trakt roz­mókł strasz­nie.

Zofia, sie­dzą­ca przy ławie nie­opo­dal or­sza­ku kró­lew­skie­go, na­chy­li­ła się do Go­ry­szew­skie­go:

– Głu­piś czy po­stra­dał zmy­sły? – syk­nę­ła, zerkając na króla.

Aktorzyna Bie­liń­ski, zro­zu­miaw­szy, że w rze­czy samej przy­wód­ca kom­pa­nii nie­go­dziw­ców na cel obrał sa­me­go mo­nar­chę Rze­czy­po­spo­li­tej, przy­brał wyraz twa­rzy, jakby zo­ba­czył ducha.

– Wy­co­faj­my się… – jęk­nął bła­gal­nie.

– Rób­cie, co ka­za­łem – wy­ce­dził przez zęby szlach­cic. – Wszyst­ko jest przy­go­to­wa­ne. Nie trud­niej bę­dzie niż cha­łu­pę czy kur­nik okraść.

– A na co? Ko­ro­nę czy sy­gnet chcesz za­bie­rać, tłuku? I gdzie sprze­dasz? – go­to­wa­ła się coraz bar­dziej Zofia.

– Cicho! – wy­ce­dził przez zęby Go­ry­szew­ski. – Za­kład o mie­szek pełen czerwieńców.

Było to, oczy­wi­ście, kłam­stwo. Do­brze wie­dział, że na całym przed­się­wzię­ciu mógł zy­skać tylko jedno – do­zgon­ną sławę.

 

Król z or­sza­kiem za­bra­li się do wina, a otaczali ich zbrojni strażnicy. Go­ry­szew­ski, uzna­jąc mo­ment za ko­rzyst­ny, kiw­nął pal­cem na don Si­mo­na. Ten wsko­czył na jego ramię, wspiął się na okry­tą koł­pa­kiem głowę, po czym dał susa na drew­nia­ną belkę. Za­ma­chał rącz­ka­mi i za­skrze­czał we­so­ło.

Jeden z przy­bocz­nych króla wska­zał małp­kę. Król utkwił w niej wzrok i za­śmiał się ser­decz­nie. Go­ry­szew­ski wie­dział, że to może być je­dy­na szan­sa. Trą­cił butem nogę sie­dzą­ce­go na­prze­ciw Bie­liń­skie­go. Ten za­czął de­kla­mo­wać po wło­sku, gło­śno i z prze­ję­ciem:

 

Nie je­stem tem, czem się zdam z twa­rzy: już nie­ży­wy,

Już dawno jest pod zie­mią Or­land nie­szczę­śli­wy…

 

Go­ry­szew­ski zobaczył, że Ba­to­ry przez gwar usły­szał de­kla­ma­cję. W oczach króla za­go­ści­ło coś w ro­dzaju bły­sku, jakby wró­ci­ło do niego dawne wspo­mnie­nie.

Szlach­cic-oszust po­my­ślał, że gdyby Bie­liń­ski nie po­sta­no­wił okraść mi­strza wę­drow­nej trupy ak­tor­skiej, z którą się pa­łę­tał od pa­ła­cy­ku do pa­ła­cy­ku, to za­pew­ne teraz cie­szył­by się nie­ma­łym uzna­niem.

Batory po­chy­lił się do sie­dzą­ce­go po jego le­wi­cy An­drze­ja Opa­liń­skie­go, mar­szał­ka wiel­kie­go ko­ron­ne­go, i wy­szep­tał coś krót­ko. Kar­ma­zyn wstał i pod­szedł do sie­dzą­cej razem czwór­ki. Zwró­cił się do Go­ry­szew­skie­go, który jako je­dy­ny nosił się po szla­chec­ku i miał na palcu sy­gnet.

– Za po­zwo­le­niem, panie bra­cie, kto wy je­ste­ście?

Uwa­dze Go­ry­szew­skie­go nie uszło, że to panie bra­cie za­brzmia­ło oschle i nie­szcze­rze.

– Do­ma­radz­ki – od­po­wie­dział ze spo­ko­jem Go­ry­szew­ski.

– Król życzy sobie wać­pa­na i kom­pa­nów wi­dzieć przy sobie, bo mu się po­dróż dłu­ży­ła, a u was znać jest we­so­łość bez gru­biań­stwa.

 

Naj­pierw Go­ry­szew­ski, potem Bie­liń­ski przy­wi­ta­li się z od­po­wied­ni­mi ho­no­ra­mi. W końcu Zofia od­sło­ni­ła szary kap­tur, od­sła­nia­jąc upię­te, mie­dzia­ne włosy. Wzrok wszyst­kich ze­bra­nych przy ławie, a także nie­jed­ne­go sie­dzą­ce­go nie­opo­dal, skie­ro­wał się na nią.

Jan Za­moy­ski, kanc­lerz wiel­ki ko­ron­ny, sie­dzą­cy po pra­wi­cy Ba­to­re­go, mógł­by przy­siąc, że w izbie zro­bi­ło się ja­śniej, jakby włosy błysz­cza­ły wła­snym świa­tłem. Zmru­żył oczy, przy­glą­da­jąc się dziew­czy­nie po­dejrz­li­wie.

– Wasza wy­so­kość – po­wie­dzia­ła Zofia skrom­nie, chy­ląc głowę.

Król skie­ro­wał się do Bie­liń­skie­go, prze­ma­wia­jąc po wło­sku:

– Wy­ście aktor z trupy wło­skiej?

– Wasza kró­lew­ska mość, Ele­anor Pa­zien­zi, do usług, w rze­czy samej – od­po­wie­dział kom­pan Go­ry­szew­skie­go.

– Ład­nie że­ście re­cy­to­wa­li. Ja to po­zna­łem przy po­by­cie w Man­tui poetę, Je­hu­dę di Somi, sta­rej wiary, co mnie pew­nej fi­ne­zji w ję­zy­ku wło­skim uczył.

Bie­liń­ski zro­bił wiel­kie oczy, sły­sząc słowa Ba­to­re­go.

– Wasza wy­so­kość wy­ba­czy, ale nie może to być!

Na­braw­szy po­wie­trza, jak gdyby w zdzi­wie­niu, cią­gnął dalej.

– Dwa lata pra­co­wa­łem u mi­strza di Somi jako aktor, w Man­tui wła­śnie. Wspo­mi­nał nieraz, że znał księ­cia z Sied­mio­gro­du, co wa­lecz­ny był jak ja­strząb.

Król po­pa­trzył na rze­ko­me­go ak­to­ra z za­cie­ka­wie­niem, mile po­łech­ta­ny kom­ple­men­tem. Go­ry­szew­ski coraz mniej ża­ło­wał monet wy­da­nych na spi­ja­nie ak­to­rów z trupy ba­wią­cej na Wa­we­lu.

– Ależ nas los sko­ja­rzył. A co was w nasze stro­ny spro­wa­dzi­ło? – spy­tał Ba­to­ry.

– By­li­śmy w do­brach imć Mie­lec­kie­go, bawić jego gości. Nie­ste­ty, prze­go­nił nas, nie za­pła­ciw­szy – wtrą­cił się po pol­sku, sztucz­nie smut­nym gło­sem, Go­ry­szew­ski.

W oczach mo­nar­chy po­ja­wił się groź­ny błysk na wspo­mnie­nie jego wroga.

Na to od­po­wie­dział Opa­liń­ski:

– Nasz mi­ło­ści­wie pa­nu­ją­cy wład­ca bar­dzo bę­dzie rad z ja­kiejś tłu­stej, za wy­ba­cze­niem, aneg­do­ty, bo wo­je­wo­da po­dol­ski i dawny het­man nie­raz mu za skórę za­lazł.

– To ci był het­man! – wark­nął nie­mal król. – Nie może szlach­cic Rze­czy­po­spo­li­tej bez ho­no­ru jeń­ców rezać, bo wtedy ni­czym nie jest lep­szy od de­spo­ty mo­skiew­skie­go.

Lico króla po­czer­wie­nia­ło. Na to Bie­liń­ski wstał z ławy, i za­czął opo­wia­dać śpiew­nym gło­sem, jak w ko­me­dii, od­gry­wa­jąc jed­no­cze­śnie spro­śne ruchy:

 

Chuć jest wszak­że rze­czą zmien­ną,

Bo amo­ro­wą strza­łą rażon

Imć Mie­lec­ki raz za­tę­sk­nił –

za sta­jen­ną!

 

Kom­pa­ni króla ryk­nę­li ze śmie­chu, poza Za­moy­skim, który pa­trzył na ak­to­ra z dez­apro­ba­tą. Gniew samego króla za to ulotnił się i nie został po nim ślad.

Go­ry­szew­ski z za­do­wo­le­niem za­uwa­żył też czer­wo­ne wy­pie­ki na twa­rzy Ba­to­re­go. Kto wie, czy winem nie ra­czył się już w po­dró­ży… Potem spoj­rzał na włosy Zofii i doj­rzał, jak spod mie­dzia­ne­go bla­sku prze­bi­ło nagle przez chwi­lę siwe pa­sem­ko. Psia­krew, miało dzia­łać dłu­żej, po­my­ślał.

– Wasza ła­ska­wość po­zwo­li, że za­ofe­ru­ję, skoro już je­ste­śmy przy Ita­lii, skrom­ne wino z win­nic Fer­ra­ry, które po­da­ro­wa­no mi… – za­czął szlach­cic dwoj­ga na­zwisk.

– Świet­ny to kon­cept! – rzekł Opa­liń­ski – wina, co się sprze­da­je po karcz­mach, do pojenia czartów się na­da­ją. A co mie­li­śmy ze sobą, to już osu­szo­ne przez jego kró­lew­ską mość!

Ba­to­ry za­śmiał się, kle­piąc po udzie. Go­ry­szew­ski po­słał więc po­słu­gacz­kę do swo­ich juków. Bie­liń­ski za to kon­ty­nu­ował swój wy­stęp:

 

Tak się sza­mo­ta­li

Że za ko­niem sto­jąc,

Nic się nie po­zna­li

 

I jak na ży­cze­nie

Koń wać­pa­na tęgo

Kop­nął w przy­ro­dze­nie!

 

Pio­sen­ce Bie­liń­skie­go to­wa­rzy­szy­ły salwy śmie­chu, a na końcu okla­ski, przy czym znowu Za­moy­skie­mu we­so­łość się zu­peł­nie nie udzie­la­ła. Na­stęp­nie na­la­no ofia­ro­wa­ne­go wina. Opa­liń­ski, i król po­win­szo­wa­li trun­ku. Go­ry­szew­ski z ulgą przy­jął, że roz­twór, na który zresz­tą on i kom­pa­ni za­ży­li an­ti­do­tum, nie dawał żad­ne­go wy­czu­wal­ne­go za­pa­chu ani smaku.

Wtedy Za­moy­ski ode­zwał się:

– Mam przed­nią ta­ba­kę, wprost od posła fran­cu­skie­go.

Po­czę­sto­wał nią króla, Opa­liń­skie­go, a wresz­cie Go­ry­szew­skie­go. Ten za­klął w duchu, gdy roz­po­znał smak i za­pach dria­kwi, neu­tra­li­zu­ją­cej czyn­nik al­che­micz­ny. Nie dając nic po sobie po­znać, Go­ry­szew­ski vel Do­ma­radz­ki za­gwiz­dał na don Si­mo­na.

Małp­ka sta­nę­ła przed kró­lem, przyj­mu­jąc cu­dacz­ną pozę. Ba­to­ry uśmiech­nął się pod nosem, ale wtedy zwie­rzę rzu­ci­ło się ku jego gło­wie, za­bie­ra­jąc czap­kę z głowy. Król za­mach­nął się, by zwie­rzę zła­pać, ale zro­bił to zbyt wolno. Małp­ka po chwi­li trzy­ma­ła się już przy bel­kach na su­fi­cie, ma­cha­jąc kró­lew­ską zdo­by­czą wszem i wobec.

– Psia­krew – wark­nął Opa­liń­ski, ro­ze­źlo­ny na de­spekt wobec ko­ro­no­wa­nej głowy.

– Racz­cie wy­ba­czyć… – jęk­nął Go­ry­szew­ski, uda­jąc za­sko­cze­nie i strach.

Także straż­ni­cy króla przy­stą­pi­li, się­ga­jąc po broń. Bie­liń­ski zbladł.

– Dość – rzu­cił król, śmie­jąc się. – Po­ko­na­nym, ale w żar­tach.

Zofia kla­snę­ła w dło­nie. Małp­ka ze­sko­czy­ła z belki stro­po­wej, po­de­szła do niej po­słusz­nie i od­da­ła czap­kę. Dziew­czy­na po­kło­ni­ła się kró­lo­wi, pro­sząc o prze­ba­cze­nie.

– Wasza mi­łość i ja­śnie oświe­ce­ni pa­no­wie po­zwo­lą, że od­sta­wię zwie­rzę tam, gdzie juki – po­wie­dzia­ła, od­da­la­jąc się.

Go­ry­szew­ski za­uwa­żył, jak chwi­lę wcze­śniej Za­moy­ski przy­pa­try­wał się za­wiesz­ce na pier­siach dziew­czy­ny. Szlach­cic przy­gryzł wargę, za­sta­na­wia­jąc się, czy ma­gnat mógł coś po­dej­rze­wać.

Wspo­mniał dłu­gie noce spę­dzo­ne w zim­nej piw­ni­cy pod zam­kiem nie­po­ło­mic­kim, w któ­re­go fun­da­ment wmu­ro­wa­ny był ka­mień z pra­daw­nej, ob­da­rzo­nej wiel­ką mocą skały wa­wel­skiej.

Z dru­giej stro­ny szlach­cic wie­dział, bo wie­dział to każdy, że Jan Za­moy­ski, kanc­lerz wiel­ki ko­ron­ny i het­man wiel­ki ko­ron­ny Rze­czy­po­spo­li­tej Oboj­ga Na­ro­dów, parał się nie­zli­czo­ny­mi sztu­ka­mi, w tym i al­che­mią. Czy po­tra­fił do­strzec urok? Czy ta­ba­kę z dria­kwią podał kró­lo­wi na wszel­ki wy­pa­dek, czy też wy­czuł czyn­nik za­war­ty w winie?

Po dłuższej chwili Zofia pojawiła się w izbie, niosąc mandolinę.

– A już mie­li­śmy wać­pan­nę pytać, jakie ta­len­ty po­sia­da – za­ga­ił ru­basz­nie Opa­liń­ski.

Zofia za­gra­ła me­lo­dię pięk­ną i za­ra­zem nieco rzew­ną. Król wpa­try­wał się w nią jak urze­czo­ny, nie od­ry­wa­jąc wzro­ku ani na chwi­lę. Za­moy­ski za to za­czął wier­cić się nie­spo­koj­nie, zer­ka­jąc to na króla, to na dziew­czy­nę.

 

– Wać­pa­no­wie wy­ba­czą, ale iść muszę do la­tri­nium – po­wie­dział z po­wa­gą król, gdy mu­zy­ka usta­ła.

Wstał ocię­ża­le i od­szedł, eskor­to­wa­ny przez pa­choł­ków. Za­pa­no­wa­ła chwi­la ciszy. Nagle Za­moy­ski spo­waż­niał i wbił wzrok w Go­ry­szew­skie­go.

– Sko­roś wać­pan z Do­ma­radz­kich, to cze­muż pie­czę­tu­jesz się Śle­pow­ro­nem? Nie jest Osto­ja her­bem Do­ma­radz­kich z San­do­mie­rza, a Do­ma­radz­kich z linii Cedry her­bem Gryf? – spy­tał kanc­lerz, takim tonem, jakby ganił chłop­ka w polu. Go­ry­szew­ski po­czuł, jak na czoło wy­stę­pu­je pot.

– Prze­ni­kli­wy jest ja­śnie oświe­co­ny pan kanc­lerz, i uczo­ny wiel­ce. Wy­wo­dzi­my się z bocz­nej linii Do­ma­radz­kich, a po­sia­dło­ści mamy pod Wę­gro­wem – od­parł ze spo­ko­jem, który wiele wy­sił­ku go kosz­to­wał.

Za­moy­ski po­krę­cił chwi­lę wąsem.

– Nig­dym nie sły­szał o Do­ma­radz­kich przy Wę­gro­wie… Oso­bli­we… – po­wie­dział tylko. Po czym zwró­cił się do Bie­liń­skie­go po wło­sku:

– Prócz stu­diów w Pa­dwie zwie­dzi­łem różne mia­sta Ita­lii. W Man­tui mó­wio­no twar­dą, szorst­ką gwarą. A u was język śpiew­ny, jak nie przy­mie­rza­jąc, u To­skań­czy­ków. To wy nie uro­dze­ni w Man­tui za­pew­ne?

Go­ry­szew­ski za­uwa­żył, że jego kom­pan czer­wie­ni się. Po chwi­li za­czął dukać coś w od­po­wie­dzi, ale Za­moy­ski uciął, mó­wiąc:

– A u wać­pan­ny pięk­ny wi­sior. Można, za prze­pro­sze­niem, po­pro­sić? – po­wie­dział, wy­cią­ga­jąc rękę w kie­run­ku Zofii.

Kiw­nął ręką na pa­choł­ków, któ­rzy po­de­szli, ob­na­ża­jąc czę­ścio­wo sza­ble. Za­lęk­nio­na dziew­czy­na zdję­ła wi­sior i po­da­ła go ma­gna­to­wi. Po chwi­li zda­wa­ła się być inną osobą – cera z bla­dej ni­czym opal stała się zie­mi­sta, oczy oka­za­ły się być pod­krą­żo­ne, a włosy wy­pło­wia­łe.

Za­moy­ski otwo­rzył wi­sior jak puz­der­ko. Wy­sy­pał z niego ciem­no­fio­le­to­wy pyłek, jakby ża­rzą­cy się, a z nim włosy, wy­rwa­ne wcze­śniej przez małp­kę z kró­lew­skiej głowy.

– Cyna, siar­ka, skała wul­ka­nicz­na – po­wie­dział w za­du­mie Za­moy­ski. – Po­żyw­ka dla czar­cie­go uroku, ini­cjo­wa­ne­go ludz­ką tkan­ką. Urok w uroku. Po­zba­wio­ne wszel­kiej ele­gan­cji, ale spryt­ne wiel­ce.

Po czym po­pa­trzył z drwi­ną w oczach na Go­ry­szew­skie­go. Ten sie­dział pro­sto, jak gdyby po­go­dzo­ny z losem, po­dob­nie jak Zofia. Bie­liń­ski za to od­dy­chał nie­rów­no, trzę­sąc się. Ob­ra­cał w gło­wie wi­dzia­ne nie­raz na ryn­kach miast sceny ła­ma­nia kołem, wie­sza­nia, ćwiar­to­wa­nia, przy­pa­la­nia pięt­nem i pod­pa­la­nia siar­ki na skó­rze.

 

Gdy do izby wró­cił król z eskor­tą, Za­moy­ski wstał i z po­wa­gą po­wie­dział:

– Wasza mi­łość, z przy­kro­ścią rzec muszę, że ci tutaj to oszu­ści.

Ba­to­ry prych­nął po­gar­dli­wie, mó­wiąc:

– Od razu żem to zmiar­ko­wał! Ale do za­ba­wy przed­ni, bo lep­sza z nimi roz­ryw­ka niż wy­stęp trupy te­atral­nej.

Za­moy­ski pró­bo­wał nie dać po­znać po sobie za­fra­so­wa­nia.

– Za­sta­wio­ną pu­łap­kę na życie wa­szej mi­ło­ści uda­rem­ni­łem… – cią­gnął już nieco mniej pew­nie kanc­lerz.

– Zna­czy się, nie ma jej już? – rzu­cił król ze znie­cier­pli­wie­niem.

– Ow­szem, lecz… – od­parł zbity z pan­ta­ły­ku Za­moy­ski.

– Rad je­stem to sły­szeć, bo ta panna wpa­dła mi w oko – rzu­cił król. – Teraz nieco stra­ci­ła na uroku, ale ja już się do kon­cep­tu za­pa­li­łem i pilno być nam na osob­no­ści.

Na­chy­lił się nad mar­szał­kiem i szep­nął mu coś do ucha.

Przy­bocz­ny króla, zwra­ca­jąc się do Zofii, peł­nym po­wa­gi gło­sem po­wie­dział:

– By­ła­by wać­pan­na ła­ska­wa to­wa­rzy­szyć kró­lo­wi do al­ko­wy w tyl­nej izbie? Zaraz z niej wy­rzu­ci­my lo­ka­to­rów i roz­ło­ży­my pie­rzy­ny.

Za­moy­ski chciał pro­te­sto­wać, ale król mach­nął na niego gniew­nie ręką, mówiąc, nieco podpitym głosem:

– Nie musicie mnie pilnować przed białogłową.

Zofia wsta­ła, czer­wie­niąc się, po czym ode­szli razem.

Mar­sza­łek ukło­nił się Go­ry­szew­skie­mu i Bie­liń­skie­mu.

– Wać­pa­nu i towarzyszowi po­le­co­no wy­pła­cić po pięć zło­tych czer­wo­nych, przy tym że­gna­jąc przy­jaź­nie, acz sta­now­czo. Udzielam też życzliwej rady, by­ście wać­pa­no­wie szyb­ko w drogę ru­sza­li, a co wi­dzie­li i sły­sze­li, to za­cho­wa­li dla sie­bie. Na trzy staje po­je­dzie z wami grupa pa­choł­ków, coby głu­pie kon­cep­ty nie za­lę­gły się po­now­nie w gło­wie. Oby­śmy się nie spo­tka­li, bo może być to dla was przy­kre.

Go­ry­szew­skie­mu nie trze­ba było dwa razy po­wta­rzać. Miej­sce spo­tka­nia z Zofią mieli na wszel­ki wy­pa­dek umó­wio­ne.

Za­moy­ski wbił wzrok w stół, nic nie mó­wiąc.

 

Zofia, ro­ze­bra­na już do bia­łej ma­te­rii, wy­cią­gnę­ła za­lot­nie rękę. Król mu­snął dłoń usta­mi, po czym chciał wy­ru­szać na ko­lej­ne pod­bo­je. Na to Zofia rąb­nę­ła go na odlew szkla­ni­cą i ścią­gnę­ła sy­gnet z palca. Król, tra­cąc przy­tom­ność, zo­ba­czył jesz­cze, jak dziew­czy­na uśmie­cha się, szcze­rząc nie­rów­ne, żółte i wy­bra­ko­wa­ne zęby w okrut­nym uśmie­chu.

– Śpij słod­ko, mości królu – szep­nę­ła mu do ucha, po czym ucie­kła oknem, gdy pa­choł­ko­wie wy­wa­ża­li drzwi. Do­bie­gła do staj­ni, gdzie ko­lej­nych dwóch pa­choł­ków kró­lew­skich ra­czy­ło się winem z bu­kła­ka. Wi­dząc nie­wia­stę w bieli, z roz­czo­chra­ny­mi wło­sa­mi, osłu­pie­li, my­śląc, że to zjawa. Chwi­lę póź­niej Zofia cwa­ło­wa­ła trak­tem na gnia­do­szu z kró­lew­skiej staj­ni. W jej włosy wcze­pia­ły się drob­ne łapki i nóżki, a don SImon skrze­czał we­so­ło. W ju­kach ja­śniał ukra­dzio­ny przez małp­kę z fur­go­nu kró­lew­skie­go kord ze zło­tym gra­we­run­kiem „Ba­tho­ry”.

Tak to roku pań­skie­go ty­siąc pięć­set osiem­dzie­sią­te­go czwar­te­go Ste­fan, z Bożej łaski król Pol­ski, wiel­ki ksią­żę li­tew­ski, ruski, pru­ski, ma­zo­wiec­ki, żmudz­ki, ki­jow­ski, wo­łyń­ski, pod­la­ski, inf­lanc­ki, ksią­żę sied­mio­grodz­ki, po­niósł nie­znacz­ną, ale sta­no­wią­cą pewną ujmę po­raż­kę, a na­zwi­sko Go­ry­szew­skie­go tra­fi­ło do an­na­łów szel­mo­stwa i wy­stęp­ku.

Że króla w końcu zmo­gła dzie­wo­ja, to omi­nię­to, bo stu­le­cie, które nad­cho­dzi­ło, su­row­sze było dla bia­ło­głów, niż po­przed­nie, i nie miało swo­je­go księ­dza Gla­be­ra, co by w ko­bie­cie więk­szą, a nie mniej­szą sub­tel­ność ro­zu­mu do­strze­gał, i o prawo nauki dla nich się do­po­mi­nał.

 

Go­ry­szew­ski i Bie­liń­ski stali pod drze­wem, przy­wią­zaw­szy konie, i cze­ka­li już dłuż­szy czas. Prze­mo­kli od desz­czu i trzę­śli się z zimna. Przy­wód­ca ob­ra­cał w gło­wie sumy, które za­cią­gnął na kre­dyt na całą ope­ra­cję. Za­sta­na­wiał się, czy Zofia wróci, z nie­po­ko­jem wy­cze­ku­jąc ja­kiejś ozna­ki jej przy­by­cia. W końcu w świe­cie szel­mo­stwa przy­jaźń się­ga­ła tylko sa­kiew­ki, a nie serca.

Koniec

Komentarze

Pamiętając Twój świetny szort Orżnąć bóstwo spodziewałem się dobrego ‘szelmowskiego’ tekstu i nie zawiodłem się. Oczywiście są zupełnie różne. Spotykamy się z zupełnie innym rodzajem fantastyki i dobrze to świadczy o autorze. 

Trochę marudzenia:

Chłop, jeszcze przed chwilą awanturujący się z karczmarzem o zapłatę za piwo, zamilkł, oniemiały. ← czy nie ma tu za wiele przecinków?

Nosił na sobie czerwoną, aksamitną delię, okrywającą ramiona pięknie zdobionego, czerwono-złotego żupana. ← może inaczej?

Izbę przenikał zapach gotowanej kapusty, piwa i ludzkiego potu. ← może wypełniał?

rozsiadł się na wolnym końcu stołu… ← chyba nie na

– Głupiś, czy postradał zmysły? ← może: czyś?

Waćpanu polecono wypłacić po pięć złotych czerwonych, ← może Waćpanom?

przy tym żegnając przyjaźnie, acz stanowczo, i z przyjazną radą, byście waćpanowie szybko w drogę ruszali, a co widzieli i słyszeli, to zachowali dla siebie. ← Brakuje mi czasownika na przykład: powiedział

 

 

Chciałbym przekazać szanownemu Autorowi, że bardzo mi się podobało. Opowiadanie odebrałem jako przedstawienie konfliktu pomiędzy Magią Władzy a Magią Pospólstwa. Magia pospólstwa zawsze wygrywa. Wiadomo… ;) Wsadziłbym osobiście jeszcze grę w trzy karty zamiast włoskich deklamacji i zrobił scenę podobną do tej z “Jak rozpętałem II Wojnę Światową”, gdy Dolas pokazuje generałowi Legii Cudzoziemskiej jak się gra, a Kiedros (tutaj Zamojski) wyciera pot z czoła… No, ale i tak się uśmiałem. Małpa jest fajna, trupa jest fajna (może zbyt liczna, chociaż w Żądle, to też był wieloosobowy precyzyjny projekt, więc aż tak nie wadzi), Batory jest fajny. Co do zaplecza historycznego, wydaje mi się, że praca domowa została odrobiona, co trochę widać zbyt mocno. Ja bym wywalił połowę tych szlacheckich tytułów i wtrętów historiograficznych. Niezły jest dialog odnośnie pochodzenia herbu, też mnie rozbawił. Ogólnie przeczytałbym więcej na temat poczynań tej wesołej trupki.

Trochę mało, jak dla mnie, fantastyczności (amulecik?). Powinni mieć jakiegoś wampira albo strzygę w grupie i byłoby pysznie.

Niczego sobie facecja, z udziałem szajki parających się magią złodziejaszków, smakowicie okraszona obecnością króla Stefana Batorego i towarzyszących mu ważnych person. :)

Czytało się to nieźle, choć wykonanie pozostawia sporo do życzenia.

 

Nosił na sobie czer­wo­ną, ak­sa­mit­ną delię, o­kry­wa­ją­cą ra­mio­na pięk­nie zdo­bio­ne­go, czer­wo­no-zło­te­go żu­pa­na. → Zbędne dopowiedzenie – czy król nosiłby delię obok siebie?

Proponuję: Ubrany w ak­sa­mit­ną delię, włożoną na pięk­nie zdo­bio­ny, czer­wo­no-zło­ty żu­pa­n.

 

Ba­to­ry nie spe­szył się wcale wi­do­kiem izby, niebę­dą­cej po praw­dzie zu­peł­nie kró­lew­ską. → Przypuszczam, że królów nie peszy widok izb. To karczmarz mógł być speszony widokiem króla.

Proponuję: Ba­to­ry nie był wcale zaskoczony wi­do­kiem izby, której daleko było do królewskiej.

 

Słoma, po­kry­wa­ją­ca gli­nia­ną po­sadz­kę, sze­le­ści­ła pod bu­ta­mi.Słoma po­kry­wa­ją­ca polepę sze­le­ści­ła pod bu­ta­mi.

Gliniana podłoga w wiejskiej izbie to polepa.

 

Mimo sze­ro­kich okien przez po­chmur­ną po­go­dę pa­no­wał nie­mal pół­mrok. → A może: Pochmurna pogoda sprawiła, że we wnętrzu, mimo szerokich okien, panował niemal półmrok.

 

Na stole stały roz­pa­lo­ne świe­ce, rzu­ca­jąc cie­nie na grubo cio­sa­nym, drew­nia­nym stole. → Powtórzenie. Zbędne dookreślenie – czy stół mógł być inny, nie drewniany? Świece nie rzucają cienia – cienie rzucają oświetlone prze nie przedmioty.

Proponuję: Na grubo ciosanym stole stały zapalone świece, rozjaśniając nieco izbę.

 

roz­siadł się na wol­nym końcu stołu i za­klął: → …roz­siadł się przy wol­nym końcu stołu i za­klął:

 

– Za­kład o suty mie­szek monet żem zro­bił. → Co zrobił Goryszewski i kiedy?

 

Jeden z przy­bocz­nych króla wska­zał na małp­kę.Jeden z przy­bocz­nych króla wska­zał małp­kę.

Wskazujemy kogoś/ coś, nie na kogoś/ na coś.

 

W oczach króla za­go­ści­ło coś na ro­dzaj bły­sku… → W oczach króla za­go­ści­ło coś w ro­dzaju bły­sku

 

W końcu Zofia od­sło­ni­ła szary kap­tur, od­sła­nia­jąc upię­te, mie­dzia­ne włosy. → Brzmi to fatalnie.

Czym zasłonięty był kaptur, że trzeba go było odsłonić?

Proponuję: W końcu Zofia zdjęła szary kap­tur, od­sła­nia­jąc upię­te, mie­dzia­ne włosy.

 

przy­glą­da­jąc się dziew­czy­nie po­dejrz­li­wie.

– Wasza wy­so­kość – po­wie­dzia­ła dziew­czy­na skrom­nie, chy­ląc głowę. → Czy to celowe powtórzenie?

 

Wspo­mi­nał nie raz, że znał księ­cia… → Wspo­mi­nał nieraz, że znał księ­cia

 

Gniew sa­me­go króla za to ulot­nił się i nie zo­sta­ło po nim śladu.Gniew sa­me­go króla za to ulot­nił się i nie zo­sta­ło po nim ani śladu. Lub: Gniew sa­me­go króla za to ulot­nił się i nie zo­sta­ł po nim ślad.

 

Ba­to­ry za­śmiał się, kle­piąc się po udzie. → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuje: Ba­to­ry za­śmiał się, kle­piąc po udzie.

 

Nie dając po sobie po­znać… → Chyba miało być: Nie dając nic po sobie po­znać

 

zwie­rzę rzu­ci­ło się ku jego gło­wie, za­bie­ra­jąc mu czap­kę z głowy. → Brzydkie powtórzenie. Czy oba zaimki są konieczne?

A może wystarczy: …zwie­rzę rzu­ci­ło się ku jego gło­wie, za­bie­ra­jąc czap­kę.

 

Po dłuż­szej chwi­li Zofia po­ja­wi­ła się w izbie, nio­sąc przy sobie man­do­li­nę. → Czy mogła nieść mandolinę, nie mając jej przy sobie?

Wystarczy: Po dłuż­szej chwi­li Zofia po­ja­wi­ła się w izbie, nio­sąc man­do­li­nę.

 

 – Nig­dym nie sły­szał o Do­ma­radz­kich przy Wę­gro­wie.. → Jeśli zdanie miała kończyć kropka, jest o jedna kropkę za dużo, a jeśli wielokropek, brakuje jednej kropki.

 

Mar­sza­łek ukło­nił się do Go­ry­szew­skie­go i Bie­liń­skie­go.Mar­sza­łek ukło­nił się Go­ry­szew­skie­mu Bie­liń­skie­mu.

Kłaniamy się komuś, nie do kogoś.

 

przy tym że­gna­jąc przy­jaź­nie, acz sta­now­czo, i z przy­ja­zną radą, by­ście waćpanowie… → Czy to celowe powtórzenie?

Proponuję: …przy tym że­gna­jąc przy­jaź­nie, acz sta­now­czo, i z życzliwą radą, by­ście waćpanowie

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ciekawe. Jest potencjał na kolejne historie osadzone w tym settingu. :) Zgadzam się z Adderem, że ciut za mało fantastyki w fantastyce – w pewnym momencie przemknęło mi przez myśl ,,Ale by był odlot, gdyby Batory okazał się WAMPIREM!!!” (nie wiem, do czego by to miało prowadzić, ale idea jest fascynująca). Poza tym – bohaterowie to całkiem sympatyczna gromadka, w jakiś opaczny sposób kojarząca mi się z załogą ,,Piratów z Karaibów”.

A teraz zadam pytanie z trochę innej beczki, które jednak nurtuje mnie od dawna (wybacz, G.S., że robię to akurat tutaj, ale tak mi się nasunęło) – dlaczego w tekstach osadzonych w realiach Rzeczypospolitej szlacheckiej zawsze jest archaizowany język? Bo w historiach z tego samego okresu, ale dziejących się w innych częściach świata, gdzie bohaterowie w domyśle posługują się innym językiem, wszyscy mówią (względnie) normalnie – nawet jeśli książkę/opowiadanie napisano po polsku i nic nie miało prawa zginąć w tłumaczeniu.

,,Moim zdaniem, to nie ma tak, że dobrze albo że niedobrze. Gdybym miał powiedzieć, co cenię w życiu najbardziej..."

AdderMertoo: dziękuję, dostrzegłeś w tym głębie, której wcale nie miałem na myśli :) Cóż, jestem trochę low fantasy fanboyem. Motyw z Dolasem do rozważenie :D

 

reg: Jak ty mię zaimponowałaś (ponownie). Dziękuję za korektę. Polepa – dodałem notkę w przedmowie, boję się jednak, że skończy się to tym, że czytelnicy będą szukali definicji w sąsiedniej zakładce przeglądarki…

 

SNDWLKR: Można sobie wyobrazić wariant, w którym wszystkie fortele zadziałały i Batory jest na łasce złodziei, po czym obnaża wydłużone kły….

 

Co do Twojego pytania – wszyscy żeśmy Sienkiewicza czytali. Mi po prostu trudno wyobrazić sobie taką opowiastkę bez Waćpanów. Ale nie stoi za tym żadne głębokie przemślenie.

Śmierć snu osiadła w zamku okolicy

Bardzo proszę, Greasy. Miło mi, że mogłam się przydać, ale też zachodzę w głowę, czymże Ci zaimponowałam… ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zgadzam się z Reg, że to całkiem fajna facecja. Ale trochę szkoda, że tylko facecja, bo tu aż się prosi o coś więcej – pełnokrwiste opowiadanie o przygodach imć Goryszewskiego i jego kompanii, zwieńczone wystrychnięciem na dudka samego króla. Bo teraz masz mnóstwo postaci i krótki tekst, co sprawia, że żaden z bohaterów nie przykuwa uwagi, choć każdy na uwagę zasługuje.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Przy lekturze bawiłem się przednio. Pozostaje tylko pożałować, jak wskazały Przedmówczynie, że mamy tylko pojedynczą scenkę, a nie dłuższe opowiadanie lub zgoła cykl. Realia historyczne zdają się sprawnie opracowane, w każdym razie amator taki jak ja nie potrafi się do niczego przyczepić, może zawodowy historyk znalazłby słabsze punkty? – tego nie wiem. Stylizacja językowa w obrębie pewnej konwencji dość konsekwentna, wiadomo, że w rzeczywistości mowa ówczesnych Polaków była dużo odleglejsza od naszej, całkowity realizm byłby tutaj niepraktyczny przy pisaniu i czytaniu. Bardzo podoba mi się kreacja Zamoyskiego. Doceniam podanie źródła cytatu, mało kto teraz dba o takie szczegóły.

W zakresie fabuły mam pewne zastrzeżenie: z jednej strony cele szajki wydają się od początku do końca czysto złodziejskie, a z drugiej konstruują urok, który ewidentnie mógł królowi poważnie zaszkodzić. W samym zakończeniu znalazłem dwa drobiazgi:

W jej włosy wczepiały się drobne łapki i nóżki, a don SImon skrzeczał wesoło.

Niepotrzebne wielkie I w “Simonie”.

stulecie, które nadchodziło, surowsze było dla białogłów, niż poprzednie

Przecinek przed “niż” nieuzasadniony, nie ma rozbieżnych orzeczeń.

I wcześniej było jeszcze:

Ten wskoczył na jego ramię

Zdecydowanie bardziej naturalnie brzmiałoby “wskoczył mu na ramię”.

 

Pozdrawiam serdecznie,

Ślimak Zagłady

ale też zachodzę w głowę, czymże Ci zaimponowałam…

Nie starczy mi miejsca na wyliczanie!

Zgadzam się z Reg, że to całkiem fajna facecja. Ale trochę szkoda, że tylko facecja, bo tu aż się prosi o coś więcej

Chciałbym i myślę o tym :) Na razie im dłuższy tekst, tym słabiej, hihi.

Przy lekturze bawiłem się przednio.

Ależ bardzo mnie to cieszy! W to zakład celuje.

może zawodowy historyk znalazłby słabsze punkty?

Szczerze to pewnie tak :)

 

Poprawki będą naniesione!

Śmierć snu osiadła w zamku okolicy

Uśmiechnęło mnie już na początku i trzymało do końca :)

Bardzo zgrabne, stylistycznie udane i zabawne. Przez momencik miałam kłopot się połapać, kto jest kim i ilu członków ma ta szajka, ale tylko przez momencik.

Kosmos to bazgranina byle jakich wielokropków!

Bardzo możliwe, że popełniono tu liczne występki wobec wiedzy historycznej, za co z góry przepraszam.

Na szczęście IMHO nie doszło do zbrodni na fantastyce ;-)

 

Bardzo mi się podobało Greasy! Trzymało w napięciu i dobre. Czytałem tak bardzo jednym tchem, że ewentualne niedoróbki nie rzuciły się w oczy.

Pokój – szczęśliwość; ale bojowanie Byt nasz podniebny

Uśmiechnęło mnie już na początku i trzymało do końca :)

Ten komentarz uśmiechnął mnie, dziękuję!

Bardzo mi się podobało Greasy! Trzymało w napięciu i dobre.

Dziękować, cieszy mnie to!

Śmierć snu osiadła w zamku okolicy

Witaj.

 

Znakomite opowiadanie, humor przedni, świetna lekkość w pisaniu, brawa! Szczególnie spodobały mi się emocje bohaterów i przezabawne dopowiedzenia narratora. :))

 

Z technicznych dostrzegłam:

W końcu Zofia odsłoniła szary kaptur, odsłaniając upięte, miedziane włosy.

 

Pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Z pewnym wahaniem, bo wciąż widzę rozbieżność między wyraźnie rabunkowymi celami szajki a “zastawioną pułapką na życie waszej miłości”, postanowiłem Ci opowiadanie doklikać, skoro już mogę to zrobić bezpośrednio, a zbliża się termin miesiąca od publikacji.

Znakomite opowiadanie, humor przedni, świetna lekkość w pisaniu, brawa! Szczególnie spodobały mi się emocje bohaterów i przezabawne dopowiedzenia narratora. :))

Pięknie dziękuję!

 

Z pewnym wahaniem, bo wciąż widzę rozbieżność między wyraźnie rabunkowymi celami szajki a “zastawioną pułapką na życie waszej miłości”, postanowiłem Ci opowiadanie doklikać, skoro już mogę to zrobić bezpośrednio, a zbliża się termin miesiąca od publikacji.

Ależ bardzo mi miło. Zamoyski nieco dramatyzował, widząc jowialny nastrój króla :)

 

 

Śmierć snu osiadła w zamku okolicy

Bardzo fantastyczne założenie narracyjne… Nawet przyjmując, że Batory pojawił się w tej karczmie, a jego słudzy nikogo z izby nie wyrzucili, to ciężko byłoby Goryszewskiemu wieść z królem dyskurs. Owszem, prawdopodobnie Batory znał włoski i mógł się w tym języku porozumiewać, dobrze znał także łacinę, ale wiemy, że nie znał, niestety polskiego… I wcale nie próbował nauczyć się języka polskiego. Z polskimi dostojnikami i szlachtą porozumiewał się po łacinie, wtedy był to język międzynarodowy, podobnie jak potem francuski, a teraz angielski.

Co absolutnie nie zmienia faktu, że Stefan Batory, Siedmiogrodzianin, władca wybitny, był jednym z najbardziej dla nas zasłużonych polskich królów. 

Pozdrówka.

Sympatyczne :)

Przynoszę radość :)

Nowa Fantastyka